Arystokrata IV (Violet)  3.62/5 (981)

49 min. czytania

Zbiory własne Autorki

Przeciągnęła szczotką z miękkim włosiem po karku Bagesta i przytuliła policzek do jedwabistej sierści konia. Pachniał sianem, ziołami i mroźnym powietrzem, których woń, przemieszana ze specyficznym zapachem zwierzęcia, jeszcze utrzymywała się po niedawnym spacerze. Zanurzyła dłoń w krótkiej, gęstej grzywie i przejechała po całej długości szyi. Kary opuścił głowę, gdy jej palce dotarły w okolice uszu, i rozciągnął mięśnie grzbietu.

– Dobrze ci, prawda, staruszku? – Powtórzyła tę czynność jeszcze dwukrotnie, sprawiając, że wierzchowiec się odprężył. Po chwili powróciła do czyszczenia. Długimi, zamaszystymi pociągnięciami czesała boki i zad, czerpiąc z tego zajęcia przyjemność. Była to odrobina wytchnienia po spędzeniu przeważającej części dnia za biurkiem w gabinecie brata. Musiała wyrwać się z tego pomieszczenia, aby nie zwariować. Od dłuższego czasu rezydowała tam większość dni, zagłębiając się w mechanizm funkcjonowania rezydencji i plantacji. Przestudiowała dziesiątki dokumentów, lecz jeszcze drugie tyle pozostało do przejrzenia. Powoli zapoznawała się z pracownikami, personelem i służbą wewnętrzną domu, celowo odsuwając kontrolę plantacji na późniejszy termin. Bez trudu zorientowała się, że tamtejsze struktury rządzą się własnymi zasadami, nie do końca zgodnymi z kodeksem i wytycznymi firmy. Nadzór nad strategiczną działalnością holdingu sprawowali ludzie mocno wtopieni w system władzy, ze znikomą kontrolą z zewnątrz. Szybko zdała sobie sprawę, że zaprowadzenie porządku i sporych zmian musi odbyć się ze szczególną rozwagą.

Koń zaczepiał ją swymi miękkimi wargami, skubał materiał kurtki, dopominał się smakołyków, skrywanych w kieszeniach, a które mu od czasu do czasu podtykała.

– Przestań! Zjadłeś już prawie wszystkie! – ofuknęła go rozbawiona, przesuwając znowu szczotką po karku, kłębie i grzbiecie.

Kary poddawał się zabiegom z wyraźną aprobatą, łypiąc na nią swoim wielkim, ciemnym okiem. Łączyła ich specyficzna więź. Marta kochała tego konia, a on odwdzięczał jej się tak, jak potrafiło najlepiej zwierzę – oddaniem i przywiązaniem. Godziny spędzone w boksie razem z nowonarodzonym, osieroconym źrebięciem sprawiły, że traktował ją jak matkę, później jak rówieśnika do zabawy, w końcu równorzędnego członka swojego dziwnego stada. Nie miała pojęcia, czy konisko pamiętało feralny wieczór, kiedy trzeba było zastrzelić jego matkę, której szanse na przeżycie w skutek powikłań porodowych równały się zeru, oraz czy pamiętał wymierzone w siebie dwie lufy dubeltówki. Ona do dziś miała przed oczami wyczerpane wysiłkiem przychodzenia na świat źrebię, spoglądające ufnie błyszczącymi źrenicami w dwa śmiercionośne otwory; czekające na decyzję o pociągnięciu cyngla, by zakończyć jego króciutkie życie z powodu złamania kości nogi, do którego przyczyniła się agonia samej klaczy. Marta, przypadkowo przebywająca w tym czasie w stajni, usłyszała słowa:

– Nic z niego nie będzie…

Gdyby nie ujrzała pokrytego śluzem, czarnego ciałka, z nieproporcjonalnie długimi nogami, w tym jedną przednią wykręconą pod nienaturalnym kątem, wielkimi uszami próbującymi bezowocnie nasłuchiwać cichego rżenia matki i nieporadną, z góry skazaną na niepowodzenie próbą wstania, aby zaczerpnąć pierwszego łyka mleka, przyznałaby rację ojcu i zebranym przy narodzinach lekarzom. Źrebię było jednym z bardzo wielu innych źrebiąt, które zdrowo przyszły na świat lub miały się narodzić w najbliższym czasie. Po co komu taki kłopot? Na co się zda taka kaleka? Najlepiej skrócić cierpienie, ograniczyć koszty, nie ten to inny… Cóż, takie życie…

Sprzeciwiła się gwałtownie i zdecydowanie. Machnięto ręką na fanaberię dorastającej pannicy. Ot, znudzi się bardzo szybko, wtedy zrobią porządek i już. W końcu własnemu dziecku się nie odmawia. Tak, Marcie się nie odmawia, ale ona sama też nie rzucała słów na wiatr. Wspólnie z osobistym niewolnikiem pierwsze dni i tygodnie życia źrebięcia spędzała w stajni, w boksie z małą końską sierotą, niezgrabnie drepczącą przez zagipsowaną nogę. Wielu zadziwionych było nie tylko wytrwałością i zaangażowaniem nastolatki, lecz przede wszystkim uporem i konsekwencją w walce o przegraną zdaniem doświadczonych w tej materii osób sprawę. Wytrwała. Wytrwali. I ona, i mały konik, który z czasem stał się całkiem sporym koniem. Z poświęceniem lekarza i swoim własnym udowodniła, że warto było walczyć o życie nic dla innych niewartej istoty. Udowodniła, że Bagest po złamaniu jest w stanie biegać i nosić na swoim grzbiecie jeźdźca. Okazało się, że nieznacznie krzywa noga sprawia niedużo kłopotów, a dziewczyna nauczyła się mowy ciała swojego wierzchowca. Nigdy nie wymuszała na nim więcej, niż mógł i chciał wykonać. Kiedy podczas galopów zwalniał, zmieniał wielokrotnie nogę prowadzącą, czekała. Rozumiała jego „słowa”, gdy „mówił”, że coś jest nie tak, że musi zmienić takt. Wystarczyły dwa – trzy kroki, aby znów wszystko wróciło do normy.

Zjechała dłonią po łopatce do stawu nadgarstkowego i pęciny. Na kości wyraźnie wyczuwalna była blizna po pęknięciu. Rozmasowała miejsce, które już od bardzo dawna było tylko pamiątką nieprzyjemnych, a jednocześnie skłaniających do refleksji trudnych dni. Kary wargami skubał ją po plecach, jakby chciał odwdzięczyć się takim samym masażem.

– Spróbuj mnie tylko ugryźć, draniu. – Pokręciła głową, gdy zaczął bezczelnie ciągnąć za kurtkę do góry. Był to swoisty rytuał od czasów źrebięcych, gdy pozwalała mu rozbierać się z szalika, kamizelki i  uciekać z ubraniem w zębach. Dopóki go goniła, uciekał, ale tylko do momentu gdy zorientował się, że jego towarzyszka nie ma już ochoty na gonitwy; zmęczona siadała na ziemi, obserwując rozbrykanego źrebaka, podrzucającego głową swoją zdobycz. Wracał wówczas zadowolony i trącał chrapami, nierzadko dość mocno gryząc. Wtedy dostawał w nos i obrażony przez kilka chwil odbiegał, aby znów powrócić i z jeszcze większym zapałem nakłaniać Martę do galopowania z nim po pastwisku.

Nagle Bagest gwałtownie odwrócił głowę i postawił uszy, naprężając przy tym mięśnie; to był sygnał, że do stajni wszedł człowiek. Poruszenie wśród innych koni w boksach, które z ciekawością powystawiały głowy, potwierdziły obecność intruza w budynku. Przez chwilę wsłuchiwała się w głuchy odgłos kroków na posadzce z drewnianych bali. Powoli uniosła się i wyjrzała zza karego.

– Witaj, Martinie – odezwała się pierwsza. Nie spuszczając oczu z nadchodzącego mężczyzny, czochrała grzywę Bagesta.

– Dzień dobry – odpowiedział na powitanie, posyłając ciepły, choć zdystansowany uśmiech. – Chciałaś mnie widzieć…

– Tak. Wybacz, że ściągnęłam cię tutaj, ale uznałam, że wyjście z biura będzie z korzyścią zarówno dla mnie, jak i dla ciebie. – Wrzuciła szczotki do stojącej pod ścianą skrzynki z akcesoriami do pielęgnacji konia i podała żebrzącemu zwierzęciu jabłko.

– Doskonały pomysł – potwierdził z entuzjazmem – i przyznam, że jakoś mnie nie zaskoczyłaś zaproszeniem do stajni, a wyrwanie się zza biurka rzeczywiście mi się przyda.

Obeszła wierzchowca, poklepała go po mocno zbudowanej łopatce, poprawiła grzywę między uszami i podała luźno wiszącą u kantara końcówkę uwiązu oczekującemu w pobliżu niewolnikowi.

– Pospaceruj z nim jeszcze po parku około pół godziny. – Popatrzyła na swego ulubieńca z troską i po chwili dodała: – Załóż mu na czas przechadzki derkę, źle zniósł podróż i mocno się zgrzał.

– Tak jest, Pani. – Niewolny, natychmiast zastosował się do polecenia i podążył do siodlarni.

– Pamiętasz Bagesta? – spytała Martina, obserwując parę odchodzącą korytarzem w stronę wyjścia na padoki.

– Doskonale – odparł rozbawiony mężczyzna. – Jest w świetnej kondycji.

– Tak, jest w doskonałej formie… – Odwróciła się zaciekawiona tajemniczym ożywieniem w głosie mężczyzny.

– Widziałem, że przy wyprowadzaniu z koniowozu przeciągnął przez pół padoku stajennego – wyjaśnił. – Jak na emeryta, całkiem nieźle sobie poczyna, a o tym, ile czasu zajęło wprowadzenie go do stajni, już nie wspomnę.

Mężczyzna, pomimo wesołości, czujnie obserwował kobietę. Była pewna, że próbuje rozszyfrować jej nastrój. Uśmiechnęła się do siebie. Nie trudno było zauważyć, że personel postrzega ją przez pryzmat Roberta. Nie raz zastanawiała się, jak wypada na tle brata, bo że byli porównywani, nie ulegało żadnej wątpliwości.

– Zdaje się, że oboje oglądaliśmy ten spektakl? – Marta roześmiała się na samo wspomnienie porannego widowiska.

– Jakżeby inaczej! Kiedy tylko zauważyłem podjeżdżające pod stajnię auto, nie potrafiłem odmówić sobie takiego przedstawienia. Twój koń wielokrotnie udowodnił, że potrafi dostarczyć rozrywki.

– To jego stary, popisowy numer – potwierdziła. – Wierzyć się nie chce, że ma już dziewiętnaście lat.

– Farciarz… – Martin pokiwał głową z pewną nostalgią. – Tyle lat już minęło i znowu jesteśmy przy tym samym boksie… Tylko mniej nas…

Rozumiała, co ma na myśli, ale bardzo nie chciała wracać do zdarzeń sprzed lat. Wiele bolesnych wspomnień łączyło się z miejscem, do którego powróciła, i choć wydawało jej się, że jest gotowa, by stawić im czoła, nie przypuszczała, że nawet taki błahy incydent przywoła widmo dawnych przeżyć. Martin najwyraźniej również pomyślał o tym samym i zmienił temat.

– O czym chciałaś ze mną rozmawiać? – zapytał wprost zmieniając ton.

Otrzepała dłonie i spojrzała na zarządcę. Wyczuła w jego głosie napięcie i nie była tym zaskoczona. Odkąd przejęła kierownictwo firmy, z nikim nie rozmawiała na tematy służbowe. Nie chciała sugerować się cudzymi opiniami, dopóki sama nie wyciągnie wniosków. Z Martinem konsultowała się tylko w ostateczności i to głównie w kwestiach formalnych, miał więc prawo zaniepokoić się nagłym wezwaniem. Zapewne posiadał wiedzę istnienia wielu niewygodnych spraw i powinien był liczyć się z tym, że wcześniej czy później padną z jej strony niewygodne pytania, na które będzie zmuszony odpowiedzieć.

– Nurtuje mnie kilka rzeczy – zwróciła się do zarządcy, umyślnie przeciągając słowa. – Niby specjalnie nie są istotne, ale chciałabym je zrozumieć.

W kilku słowach zawarła pewnego rodzaju ostrzeżenie. Od razu, na samym początku dała do zrozumienia, że nie będzie to zwykła, kurtuazyjna pogaduszka i nie ma mowy o jakichkolwiek wykrętach.

– Przejdziemy się? – zaproponowała.

Nie czekając na odpowiedź, skierowała się ku wyjściu z budynku. Na chwilę zatrzymali się przy ogrodzeniu padoku, na którym przebywała klacz ze źrebięciem. Przez moment obserwowali rozbrykane młode i jego matkę w pełnym gracji kłusie. Można było odnieść wrażenie, że ten majestatyczny popis został urządzony specjalnie dla nich dwojga.

– Eliska zdaje się szykować do pokazów – zarządca zagadnął, wskazując gniadą klacz, ale Marta nie podjęła tematu.

– Co się przydarzyło Drugiemu? – stanowczo przeszła do rzeczy.

– Widziałaś go? – odpowiedział pytaniem na pytanie.

– Tak, na podglądzie. – Otaksowała mężczyznę spojrzeniem. – Kto go tak urządził?

Martin wciągnął głęboko do płuc powietrze i uciekł wzrokiem.

– Służył Wiktorii… – odpowiedział, a po chwili dodał: – i Suzann.

Wyczuła w jego głosie nutkę złości lub żalu, a może jedno i drugie. W jego reakcji było coś niepokojącego, choć nie powinna się dziwić, mając przed oczami widok skatowanego Drugiego. Martin zarządzał niewolnikami, odkąd pamiętała. To głównie on selekcjonował i decydował o możliwościach dostosowywania każdego z nich do różnych funkcji, i to on czynił z nich świetnie wyszkolony towar, doskonale sprzedający się na aukcjach. Celowo ograniczona oferta, w której stawiano na jakość, nie ilość, oraz stale rosnący popyt na służbę wyszkoloną w Domu Rays, świadczył o prestiżu firmy. Daleki od obojętności na los szkolonych ludzi, Martin nie był typowym przedstawicielem kasty, która widziała w niewolnych tylko i wyłącznie przedmiotową własność. Niestety, żyli w świecie pełnym przemocy, z którego ta przemoc nie była wykluczona, ale w niego wdrukowana. Największym paradoksem życia Martina było to, czym się zajmował.

– Służył… – powtórzyła, jakby od niechcenia i podążyła w kierunku domu alejką, wzdłuż której rosły potężne dęby. Śnieg przyjemnie skrzypiał pod stopami. – Ale on jest osobistym, a nie dla przyjemności… – Wydawało jej się nieco dziwne, że Robert użyczał swojego niewolnika komukolwiek, a na dodatek takiej psychopatce jak Wiktoria, o żonie już nie wspominając. – Wydałeś im go czy same to zrobiły?

Mężczyzna żachnął się i rozejrzał na boki, obruszony posądzeniem.

– Wiesz przecież, że nie mogę dysponować osobistymi. To była decyzja Roberta. – Spojrzał na nią i dodał: – Nie pierwszy raz zresztą.

Marta zerknęła na Martina, niedowierzając temu, co usłyszała, ale potwierdził skinieniem głowy.

– No, dobrze… – przeciągnęła podejrzliwie słowa. – Teraz wytłumacz mi, dlaczego nie ma go w systemie?

Słyszała, jak wciągnął powietrze do płuc… za szybko. Tak, jak się spodziewała, to pytanie należało do trudnych.

– Kogo? Drugiego? – Szybko zbierał myśli.

– A mówimy w tej chwili jeszcze o kimś? – Nie miała zamiaru ułatwiać mu zadania. Intuicja podpowiadała jej jednak, że niewiele się dowie.

– Niemożliwe – odrzekł, próbując nieudolnie ją zbyć. – Jego obroża jest aktywna i chip też…

Machnęła ręką ze zniecierpliwieniem w reakcji na tak oczywisty wykręt.

– Nie ma jego danych w systemie. Nic… – podniosła głos i stanęła naprzeciw zarządcy. – Skąd pochodzi, kim jest, jak się nazywa. Wszystko jest zakodowane, żadnego dostępu.

– Tak, to prawda – potwierdził z niechęcią po dłuższej chwili, zdając sobie sprawę, że kobieta nie odpuści. – Nie ma jego danych w bazie; widnieje tylko numer ewidencyjny i…

– Nie mów mi, co jest w bazie, powiedz mi o tym, czego w niej nie ma – przerwała mu ostro. – Nie wiem, czy zauważyłeś, ale teraz pracujesz dla mnie. Może ci się to nie podobać, ale to fakt i proszę byś przyjął go do wiadomości. – Wypowiedziane słowa nie zabrzmiały przyjemnie. Z wyrazu twarzy Martina wywnioskowała, że nie spodziewał się takiego tonu, w ustach kogoś, z kim łączyły go tak bliskie relacje. Słowa wyraźnie go zabolały. Właśnie dotarło do niego, że nie stoi przed nim dawna Marta.

– Wiem, dla kogo pracuję – oświadczył chłodno. – Zdaję sobie też sprawę, że nie ma najmniejszego znaczenia, czy mi się to podoba czy nie, i znam zakres swoich obowiązków, ale nie wymagaj, u licha, ode mnie rzeczy niemożliwych. – Zarządca zatrzymał się. – Oprócz aktywowania sygnału z obroży nie ma innych danych w bazie dla numeru „dwa”, gdyż cała reszta jest do wiadomości wyłącznie właściciela, w tym wypadku Roberta.

– A ty, oczywiście, nic nie wiesz? – spytała, nie oczekując odpowiedzi, a jednocześnie by powstrzymać kolejne nieudolne tłumaczenia. – Próbujesz mnie przekonać, że jako zarządzający każdym niewolnikiem żywym lub martwym, nie posiadasz kodu dostępu do systemu identyfikacji? – stwierdziła chłodno.

Mężczyzna schował dłonie w kieszenie kurtki, odwrócił wzrok, patrząc tępo gdzieś przed siebie.

– Uwierz, czasami dobrze jest nie wiedzieć… Tak wielu rzeczy chciałoby się nie być świadomym… – W głosie zarządcy pojawił się przez chwilę mroczny cień, który znikł natychmiast w momencie, gdy Martin zreflektował się, że Marta go obserwuje. – To prywatna sprawa Roberta i nie jestem upoważniony, aby o tym mówić – dodał szybko i ruszył przed siebie.

Podążyła za nim, rozmyślając nad słowami, które padły. Odniosła wrażenie, że mężczyzna powiedział więcej, niż miał zamiar, i że dalszych informacji w tej kwestii od niego nie uzyska. Na razie postanowiła nie wywierać na nim presji. Do tej pory pracował dla Roberta, od niedawna również dla Marty, i lojalność obowiązywała go względem obojga, musiała uszanować jego decyzję. Od początku wiązała z jego osobą nadzieję na współpracę. Zarządca z takim doświadczeniem i oddaniem w sytuacji, kiedy najmniejszy błąd, każdy fałszywy ruch mógł pogrążyć misternie ułożony plan, był nieocenionym partnerem zabezpieczającym zaplecze dla działań, które kobieta rozgrywała na zupełnie innym polu. Niepokoiły ją tylko pewne oznaki znużenia i zmęczenia, które zaobserwowała u mężczyzny już w chwili swojego przyjazdu. Nietrudno było również dostrzec, że protekcjonalne zachowanie Roberta w stosunku do zarządcy też nie wpływało na poprawność relacji pomiędzy nimi dwoma. Przez moment cieszył się z powrotu swojej wychowanicy; odniosła nawet wrażenie, że nabrał nowych sił i entuzjastycznie podchodził do proponowanych zmian. Całe życie poświęcił Raysom, całą sferę prywatną podporządkował dobru firmy i była pewna, że rozwój holdingu nadal jest sensem jego życia. Miała zamiar wykorzystać to, co już dziad Marty i Roberta cenił w Martinie – profesjonalizm i pracowitość. Ku zdziwieniu wszystkich właśnie jemu powierzał tajemnice interesu, pozwolił zgłębić tajniki biznesu i wprowadził do klanu, czyniąc go niemalże pełnoprawnym członkiem. Po śmierci swego protektora Martin stał się dla ich ojca przyjacielem i najważniejszym partnerem w interesach, ale dla Roberta Raysa juniora już tylko opiekunem i nauczycielem, a z czasem jedynie pożytecznym pracownikiem-rezydentem. Przez te wszystkie lata wyrobił sobie reputację człowieka niezastąpionego, skutecznego we wszelkich przedsięwziętych zadaniach i nie była to opinia nieuzasadniona. W związku z tym absolutnie nie zamierzała pozwolić na jego odejście z firmy. Postanowiła nie naciskać na zarządcę, mając świadomość, że i tak wcześniej czy później dotrze do prawdy. Żaden niewolnik nie był tego wart… Tylko czy aby na pewno?

Sprawa osobistego niewolnika jej brata nie dawała Marcie spokoju. Robert był okrutny; wyniszczał i pozbywał się swoich osobistych jak rzeczy. Lubił świeży towar, więc rotacja była dość znaczna, na dodatek mało który niewolnik służył mu dłużej niż rok. A Drugi? W przypadku tego jasnowłosego niewolnego, było dość sporo niejasności. Jedną z niewielu rzeczy jakich zdołała się dowiedzieć, był fakt, że służył Raysowi ponad cztery lata i ponadto, czego zupełnie nie rozumiała, Robert dzielił się nim ze swoją żoną oraz jej przyjaciółką, choć obu szczerze nie znosił. Więc o co tu chodziło? Co go w nim pociągało? Kim był, że utajnił jego dane? Drugi zwracał na siebie uwagę, nietrudno było w nim dostrzec iskrę, której pozbawieni byli inni niewolnicy z takim stażem. Stracił wprawdzie mowę ciała człowieka wolnego, bowiem żył w świecie ciągłego zagrożenia, niepewności i strachu, a jednak czuło się w nim jakąś siłę, jakąś wolę przetrwania i nie pogodzenia z tym, co zgotował mu los. Przez myśl jej przeszło, że w pewnym sensie jasnowłosy był wyzwaniem dla jej brata. Tylko po co Robert robił z tego aż taką tajemnicę?

– Czy Robert wystawia go na aukcje dla gości z zewnątrz? – spytała, przerywając milczenie.

– Nigdy – Martin odparł i zaraz dodał, wiedząc do czego zmierza: – Tylko Wiktoria go miała kilka razy. Psychopatyczna sadystka! Wiele w życiu widziałem, ale tak okrutnie perwersyjnej kobiety nigdy – uzupełnił w zamyśleniu, a jego twarz momentalnie stężała. – Nie wiem, dlaczego Robert to robi… Naprawdę nie wiem…

– Może właśnie dlatego – odpowiedziała bez zastanowienia. Jej brat był nieobliczalny w swym wyrachowanym perfekcjonizmie i bezwzględny w dążeniu do celu, a rozwodzenie się nad motywami takiego zachowania było bezsensowne.

– Przeglądałam listy gości i klientów, widziałam wśród nich sporo kobiet – zmieniła temat. – Suzann to chodząca reklama. – Nie zdołała ukryć w głosie szyderstwa. – Jej orgietki przechodzą już do legendy.

Martin odprężył się i uśmiechnął lekko na takie stwierdzenie.

– Myślisz, że takiej reklamy nam potrzeba? Według mnie należałoby ukrócić ten jej pokątny handelek niewolnikami wśród przyjaciółek – zasugerował delikatnie ale stanowczo. – To nie wpływa dobrze na wizerunek firmy, co gorsza, obniża wartość towaru na aukcjach giełdowych.

– To zrozumiałe. Więc, wyjaśnij, mi dlaczego jeszcze nic nie zostało uczynione, aby ukrócić ten proceder – przyznała rację. – A co na to Robert?

– Próbowałem zwrócić uwagę Robertowi na tę sytuację, ale zupełnie nie reagował. Ostatnio był zajęty wieloma rzeczami, ale to, co wyprawia jego żona zupełnie go nie obchodzi.

– Jego żona! – parsknęła – Jak to brzmi! – Rozejrzała się po ośnieżonym parku. – Nie takiej osoby przy nim się spodziewałam… Zajmę się nią i jej małym, pokątnym handelkiem – dodała szybko z mocnym postanowieniem przyjrzenia się sprawie Suzann. Ze względu na wzajemną niechęć, która z pewnością będzie odebrana jako personalny atak Marty na bratową, nie będą to łatwe działania. Praktycznie niewiele ją znała, kontakty pomiędzy nimi dwiema sprowadzały się do koniecznego minimum, a obustronna wrogość narastała z każdym spotkaniem. Do dziś nie pojmowała, czym kierował się jej brat, poślubiając tę próżną kobietę, której świat ograniczał się do pozornego blichtru i seksu. Drażniła ją beztroska tej płytkiej osóbki i lekkość bytu, nie ograniczająca w żadnych ramach obowiązków i norm społecznych. Zastanawiając się nad własnym uprzedzeniem do Suzann, przez chwilę przeszło jej przez myśl, czy przypadkiem nie był to wynik pewnego rodzaju zazdrości o nieskomplikowane, konsumpcyjne podejście do życia. O ile łatwiej być piękną, słodką idiotką nie martwiącą się o przyszłość i zdającą się na to, co los przyniesie…

– Ale jednego nie można jej odmówić – Martin wyrwał ją z rozmyślań – i jestem pełen uznania… Ma nosa do niewolników. – Zachęcony zainteresowaniem kobiety, kontynuował: – Nieźle radzi sobie z selekcją, trafnie typuje, kogo do jakiej służby przydzielić. Ma intuicję. W doborze niewolników dla przyjemności jest bezbłędna.

– No, akurat to mnie nie dziwi – uśmiechnęła się cierpko. – Pewnych zdolności nie można jej odmówić. Może należy spróbować wykorzystać potencjał pani Rays – zaproponowała z przekąsem. – W końcu na coś może się przyda. Miałaby wreszcie konkretne zajęcie…

Atmosfera nieco się rozluźniła. Gdy doszli do ławeczki, wskazała na stylowy ogrodowy mebel. Mężczyzna ochoczo zgarnął śnieg, aby mogli wygodnie usiąść.

– Lubisz ją ? – zapytała bez ogródek.

Martin odetchnął głęboko, po czym wzruszył ramionami.

– Nie wiem – zawahał się. – Jest mi jej tak najzwyczajniej, po ludzku szkoda. W gruncie rzeczy to bardzo samotna i zagubiona osoba…

– A ktoś w tym domu nie jest? – wtrąciła, wyciągając przed siebie nogi i strzepując z butów śnieg. – Nie masz wrażenia, że tu każdy jest samotny?

– Może, na swój sposób – zastanowił się i dodał: – Ale nie każdy potrafi sobie z tą samotnością poradzić. Niepotrzebnie dała się omotać Wiktorii, ta bezwzględna wampirzyca wykorzystuje ją do realizacji własnych chorych ambicji.

– Według mnie są siebie warte. Ich wspólnym celem jest wydawanie pieniędzy na swoje zboczone zachcianki. – Marta miała już wyrobione zdanie na temat bratowej i jej przyjaciółki, ale przyjęła milczącą niezgodę mężczyzny w tej kwestii. – Mniejsza z tym, nie mówmy już o nich dwóch.

– Co sądzisz o niepokojących sygnałach z giełdy? – zapytał, chętnie przystając na zmianę drażliwego tematu.

Uśmiechnęła się w duchu do siebie. Oczekiwała, że poruszy temat ostatnich wydarzeń w Trybunale, które odbiły się głośnym echem nie tylko w kręgach politycznych. Zastanawiała się, jaką wiedzę posiada w zakresie jej udziału, bo że się domyślał pewnych manipulacji z jej strony, nie miała najmniejszych wątpliwości.

– A co konkretnie masz na myśli? – Natychmiast stała się czujna.

– Zamieszania wokół Rady. – Martin nie pozostał dłużny i też nie spuszczał z niej wzroku. – Giełda nerwowo zareagowała, zaznaczyły się spadki cen niewolników na targach, a my jesteśmy przed inauguracją sezonu aukcyjnego.

– Obiło mi się coś o uszy. – Uśmiech na jej twarzy był paskudnie niewinny. – Podobno syn jednego z członków dostarczał broń do dzielnic… Wspieranie buntowników jest trochę niemoralne, mam rację? I jeszcze te posądzenia o korupcję – wykrzywiła usta w teatralnym grymasie odrazy – o obsadzanie stanowisk członkami rodziny… To chyba jakoś się nazywa…

– Nepotyzm – wyjaśnił z pewnym znużeniem w głosie. Nawet nie próbował ukryć, że jest świadomy gry, którą w tym momencie prowadziła z nim Marta. – Nie wydaje ci się, że jest to celowe działanie kogoś z zewnątrz?

– Nie przesadzasz troszeczkę? W Trybunale zawsze były jakieś zawirowania, a giełda, niezmiennie od lat, na wiosnę próbuje badać rynek – celowo próbowała zbagatelizować jego opinię. – Według mnie tylko niewielka ilość inwestorów zamknęła portfele w nadziei na spadek cen niewolników w niektórych regionach. Zauważyłeś, że na wstrzymanie pozwolili sobie tylko i wyłącznie akcjonariusze dysponujący niedużymi środkami, właściciele niewielkich przedsiębiorstw? Plantatorzy i wydobywcy nie wstrzymają działań na rynku niewolniczym, bo ich najzwyczajniej nie stać na przestoje. Rąk do pracy potrzeba coraz więcej, a siły roboczej jest coraz mniej…

– To skąd nagle taki ból głowy u Kantera? Przecież nie przez kilku przewrażliwionych inwestorów? – Martin nie oczekiwał odpowiedzi, za pomocą wyważonej gestykulacji starał się przekonać ją do swoich racji. – Uważasz, że pogłoski o niewiarygodności Rady są niepoważne? W końcu wypadło z niej dwóch członków, a trzeciemu mają być przedstawione zarzuty. Według ciebie nie jest to powód do obawy o stabilność Trybunału, a co za tym idzie, giełdy i naszych interesów?

– Może… – Niedbale odgarnęła kosmyk włosów z twarzy. – Skłaniałabym się raczej ku wewnętrznym rozgrywkom o stanowiska – zasugerowała ostrożnie.

Zarządca nabrał powietrza do płuc i pokręcił zirytowany głową.

– To byłoby zbyt proste! – Energicznie podniósł się z ławki i stanął przed kobietą. – Od jakiegoś czasu krążą pogłoski o tworzącym się lobby niewolniczym i – póki co – nieśmiałych jeszcze próbach wywierania nacisku na członków Rady, aby uwolniła kwoty kontraktacyjne, przy jednoczesnym ograniczeniu limitów koncesyjnych. Na takie forowanie kilku klanów Trybunał nie może przystać. To byłoby polityczne samobójstwo… – Martin na chwilę przerwał dla wzmocnienia efektu swoich słów – …ale ze względu na interesy i koligacje kilku członków zarządu, może się podzielić… A jeśli jeszcze komuś z zewnątrz bardzo zależy na rozłamie i przyłoży swoje trzy grosze…

– To tylko pogłoski i domysły – ucięła i rozejrzała się po parku. Przez moment zamyśliła się nad tym, co powiedział. Nieświadomie zwrócił uwagę na dość istotną rzecz, która jakiś czas temu przemknęła Marcie przez myśl, ale wtedy zbagatelizowała ją i zapomniała. Dzisiaj w kontekście rozmowy, ten szczegół objawił się w nowym świetle i nie był pozbawiony sensu. Nie miała pewności, ale wiele wskazywało na to, że nie była jedynym rozgrywającym w grze, w której sama starała się ustanawiać reguły.

– W każdej plotce jest ziarno prawdy. – Słowa mężczyzny przywróciły ją do rzeczywistości. – Za to nie mam złudzeń, że Holding Rays choćby pośrednio, ale odczuje konsekwencje przyszłych wydarzeń, sprowokowanych przez kogoś bardzo nieostrożnego. W Trybunale jest kilkoro osób mających zbyt wiele do stracenia.

– Mocne słowa. – Marta z trudem zachowywała obojętność w głosie. Czuła, że oboje kluczą dokładnie wokół jednego, czekając na odpowiedni moment, by nazwać rzecz po imieniu. Nie miała już wątpliwości, że ten stary wyga wiedział więcej, niżby sobie tego życzyła. – Pewnie masz rację. Znasz tych ludzi od lat i wiesz, kogo na co stać. Za to my mamy wystarczająco dużo własnych kłopotów i nie widzę potrzeby zajmowania się problemami kilku nierozsądnych członków tego, jak to określa mój brat, czcigodnego, stetryczałego gremium, których czas właśnie się skończył.

Twarz mężczyzny wykrzywił, w pierwszej chwili niezrozumiały dla niej, grymas smutnego triumfu.

– Mówisz to tak spokojnie – stwierdził cicho skupiony, w oczekiwaniu na jej reakcję. – Uważasz, że to są kłopoty personalne, a nie problemy wewnętrzne zarządu Rady? Skąd takie przekonanie? Skąd pewność, że rozgrywki na tak wysokim szczeblu, wśród ciągle jeszcze mocno osadzonych na swoich stołkach arystokratów, nie odbiją się na naszych interesach? Jesteśmy na tyle silni, by stawić czoło władzy?

Marta uniosła brew w geście uznania. Martin okazał się dobrym graczem; umiał czytać pomiędzy wierszami zdań, które nigdy nie padły i dostrzegał to, czego nie było widać.

– Brawo! Doskonałe pytanie! – Pochyliła się lekko w stronę mężczyzny i powiedziała cicho: – To ty mi powiedz, czy stać nas na bycie uległym wobec Rady, i zezwolić na niejasne działania wokół Radrays Valley?

– Dlaczego zaraz uległym? Osobiście uważam, że Holding Rays Valley powinien wstrzymać się od jakichkolwiek posunięć na giełdzie i nie zajmować stanowiska w sprawie Trybunału, szczególnie gdy bezpośrednio nie dotyczy to plantacji Radrays Valley. Przeczekać…

Marta prychnęła i poderwała się gwałtownie, stając twarzą w twarz z zarządcą.

–  Co chcesz przeczekać? Moment, kiedy nas zdepczą? Funkcjonujemy na mocno wyspecjalizowanym rynku, opierając się na wydobyciu kopalin, które są naszym głównym źródłem dochodów. Nie martwi mnie giełda, ta instytucja żyje własnym życiem nie od dziś. Spadki cen na żywy towar i kruszec, jesteśmy w stanie przetrwać praktycznie bez żadnego uszczerbku, nawet przez bardzo długi okres – mówiła wolno, z namysłem dobierając słowa, jednocześnie obserwując coraz większą konsternację na twarzy mężczyzny. – Za to Trybunał… – W jej głosie pojawił się niemiły akcent. – Nie muszę chyba tłumaczyć, co oznacza dla firmy odcięcie od dzielnic, a takie próby już nastąpiły. Bez taniej siły roboczej wydobycie jest nierealne. Nie da się zastąpić ludzkich rąk maszynami. Nie istniejemy bez niewolników. Nie możemy ciągle być zależni od Trybunału, do którego wchodzą ludzie coraz mniej przychylni Raysom! Nie ma na co czekać, bo zbyt dużo jest do stracenia.

Mężczyzna cofnął się o krok, chciał coś jeszcze powiedzieć, ale w ostatniej chwili zrezygnował. Ujął jej dłonie w swoje, tworząc jakby fizyczne i psychiczne połączenie. Nie miała już wątpliwości – przejrzał ją, może nie do końca, ale wystarczająco głęboko. Wyczytała to z jego zmęczonej, nagle pobladłej twarzy i zatroskanego wzroku. Zbyt dużo w życiu widział i przeżył, aby nie kojarzyć poprawnie faktów i dziwnych zbiegów okoliczności.

– Rada jest mocna… Nie poddaje się wpływom i potrafi bronić własnych interesów bardzo skutecznie… – Słowa zabrzmiały bardzo dwuznacznie, jednak bez problemu odkryła ich sens.

– Masz rację, Trybunał jest silny – przymrużyła oczy pełne charakterystycznego blasku, który zwykle zwiastuje psotę – ale nie jest też wieczny.

– Marto… – zaczął niepewnie i bardzo ostrożnie. – Ktoś kiedyś przeciwstawił się Radzie… Chciał zniszczyć… Dla dwóch rodzin skończyło się to tragicznie…

Jej złociste, zimne oczy skupiły się na mężczyźnie, teraz ona ścisnęła jego dłonie, mocno, może nawet zbyt mocno.

– Trybunału nie trzeba niszczyć, trzeba go tylko wymienić – oświadczyła lodowato.

Cisza zrobiła się ciężka i dziwaczna, a świat dookoła porażająco ponury i głuchy. W koronach wysokich dębów zaszumiały nie opadłe, zasuszone liście, targnięte nagłym podmuchem wiatru.

– A skoro poruszyliśmy już temat Standfortów, mam kilka pytań… – Ton jej głosu i wyraz oczu zmienił się diametralnie.

Przez krótki czas nie zrozumiał, co ma na myśli. Takie przeskoki nastroju były typowe dla rodzeństwa Rays i w tym momencie przez chwilę się zagubił. Kiedy sens wypowiedzi kobiety do niego dotarł, spojrzał w dół, rozgarnął stopą śnieg i wsadził ręce do kieszeni. Nie potrafił ukryć niechęci do tego tematu, czego nie rozumiała, bo historia wprawdzie była bolesna, ale już odległa, więc Marta nie przypuszczała, że rozmowa o tej rodzinie, może ciągle stanowić dla Martina jakiś problem.

– Co chcesz wiedzieć? – spytał zrezygnowany.

– Wszystko – odparła krótko jedwabistym głosem.

 

* * *

 

Marta przerzuciła gruby, czarny warkocz na pierś i oparłszy się wygodnie na fotelu, odwróciła w kierunku przeszklonych drzwi tarasowych. Niewolnik podał jej przyniesione przed chwilą dokumenty hipoteczne, o które prosiła archiwistę.

– Wyjdź i czekaj za drzwiami – rozkazała, kładąc sobie sporych rozmiarów teczkę na kolanach.

Potrzebowała zostać sama, aby pozbierać myśli. Obserwując przez duże okno prace porządkowe na dziedzińcu, poczekała, aż z gabinetu wyjdzie jasnowłosy niewolny, który do tej pory pomagał jej w porządkowaniu dokumentów. Odkąd przekonała się, że treści w aktach, i te zapisane w plikach komputera Roberta, nie zawsze pokrywają się z rzeczywistością, swoją pracę oparła głównie na wersji papierowej. Po pobieżnym przejrzeniu pism i analizie informacji uzyskanych od zarządcy była nieco zdezorientowana. Cały szereg faktów nijak się miał do obrazu Roberta, jakiego znała i za jakiego uchodził. Nie poddawała w wątpliwość decyzji o wykupieniu dużej części zadłużonego majątku Standfortów, zwłaszcza gdy chodziło o ziemię bezpośrednio graniczącą z posiadłością Raysów. A późniejsze nabycie samego domu, wraz z przylegającą do niego niedużą nieruchomością gospodarczą, było perfekcyjnym posunięciem inwestycyjnym, zważając na niewielki wkład w wykupienie weksli od wierzycieli. Musiała przyznać, że Robert Rays wykazał się w tym wypadku niezwykłą precyzją w osiągnięciu celu. Do całości nie pasowała tylko jedna sprawa: otóż jej brat, bez jakichkolwiek pisemnych zobowiązań, utrzymywał od kilku lat dwie kobiety – seniorkę rodu Standfortów i jej niepełnosprawną wnuczkę. Miesiąc w miesiąc łożył spore kwoty, w większości wydawane na rehabilitację Standfortówny. W domu, który nadal zajmowały, pracowali niewolnicy z rezydencji Raysów, a jej brat składał obu paniom regularne wizyty.

To wszystko było niezrozumiałe, biorąc pod uwagę, że Robert, za śmierć ich rodziców od zawsze obwiniał rodzinę, z którą łączyły ich sąsiedzkie i przyjacielskie stosunki. Nigdy też nie przyjął do wiadomości, że zginęli w wyniku tragicznego zbiegu okoliczności. Pałał do nich nieskrywaną niechęcią, a w chwili, kiedy z do dziś niezrozumiałych dla Marty powodów, nie doszło do zaręczyn Roberta i Kristin Standfort, niechęć zamieniła się w nienawiść. Zakończyła się również przyjaźń z najstarszym bratem niedoszłej narzeczonej, który przez hazard doprowadził majątek do ruiny, po czym wyprowadził się na stary kontynent, prawdopodobnie do młodszego z braci Standfortów, biorąc z niego przykład i nie angażując się w rodzinne problemy. Sama Kristin, wyszedłszy niefortunnie za mąż, bez pomocy braci, o których słuch niemalże zaginął, nie była w stanie wspierać babki i wymagającej leczenia siostry. Marta nigdy nie podejrzewałaby Roberta, że przez wzgląd na dawne czasy mógłby zaopiekować się osobami, które uważał za wrogów. Miała niejasne przeczucie, że robił to dla Kristin Standfort, z którą przypuszczalnie nadal łączyła go jakaś więź. Trudno było w to uwierzyć, jednak nic innego, żadne inne wytłumaczenie Marcie nie przychodziło do głowy. Miłość wiele mogła zdziałać, ale czy aż tyle?

Odwróciła się od okna i podjechała z fotelem z powrotem do biurka. Odłożyła dokumenty na bok i zerknęła na swoje zdjęcie stojące w rogu biurka – wykonano je, gdy była jeszcze nastolatką. Jej brat był filantropem. Czyżby miał też dwie twarze? Wciąż go nie znała, albo już go nie znała. Jak wiele jeszcze się dowie o nim i co jeszcze się wydarzy?

Zerknęła na monitor podglądowy: z holu domu wychodziły rozbawione Suzann z Wiktorią. Sądząc po strojach, zapewne udawały się na kolejne przyjęcie. Coś ścisnęło Martę koło serca. Też miała ochotę być taką beztroską i zadowoloną z siebie… To pomieszczenie, bardziej przypominające katownię niż gabinet, z przytłaczającymi ciężkimi meblami, o szarych ścianach, z wszelkiej maści łańcuchami, linkami i bloczkami zwisającymi z sufitu oraz innymi sprzętami służącymi do torturowania, źle na nią wpływało. Z niecierpliwością oczekiwała przenosin do swego własnego biura, w którym dobiegał już końca remont. Po rozmowie z Martinem i ustaleniu technicznych kwestii odświeżenia wnętrza postanowiła również przeprowadzić się do domu dla gości. Od dawna nieużywany budynek, po dostosowaniu do jej potrzeb, mógłby zapewnić komfort i wygodę, a przede wszystkim intymność, której brakowało w rezydencji. Po dokonanych zmianach całkowitej transformacji uległ charakter budowli – pałac nie przypominał już klimatem dawnego rodzinnego domu, a atmosfera, nawet tak wytwornego i ekskluzywnego pensjonatu, zupełnie jej nie odpowiadała. Zerknęła w dół monitora, gdzie po kolei wyświetlały się obrazy z kamer usytuowanych w ważnych, jak się domyślała, dla Roberta miejscach. Zaraz po podglądzie na dyżurkę pojawił widok z kamery w celi Drugiego. Siedział na podłodze, oparty o ścianę, z głową schowaną między kolanami, dokładnie tak jak widziała go dwie godziny temu. Tylko teraz trzymał coś w dłoniach. Zrobiła zbliżenie, dostrzegła na nadgarstkach krew i otarcia od więzów, a w dłoniach ściskał… zdjęcie.

 

* * *

 

Pierwszy wieczór przesilenia wiosennego od wielu lat należał do domu rodziny Rays.
Tego dnia odbywała się jedyna w roku licytacja niewolników organizowana na terenie posiadłości. Na specjalne zaproszenia przybywali tylko wybrani goście – głównie przedstawiciele liczących się rodów arystokratycznych, ważni i wpływowi politycy oraz kilkanaście innych ekscentrycznych i bogatych osób związanych z rodziną. Odkąd Marta pamiętała, sezon targów zawsze inaugurowała Aukcja Domu Rays. Podczas tej wyjątkowej licytacji, kiedy w pierwszej kolejności swój towar prezentował i wystawiał do konkursu ofert gospodarz uroczystości, swoje propozycje mogły przedstawić również domy handlowe innych arystokratycznych klanów. W tym czasie określano kierunki polityki handlowej, przeprowadzano rozmowy, zawierano wstępne umowy i spekulowano o cenach w nadchodzącym sezonie. Późniejsze przetargi przeważnie potwierdzały trafność tych prognoz.

Jednak święto w Radrays Valley to nie były tylko interesy, to także wydarzenie towarzyskie, podczas którego odnawiano lub zawierano znajomości, wyznaczano trendy, plotkowano, ale przede wszystkim kupowano. W dobrym tonie było wyjechać z nabytym za niemałe pieniądze, nietuzinkowym niewolnikiem, który tylko z tej okazji miał wytatuowany na lewym ramieniu i prawej łopatce monogram „R”. Tatuaż ten, wraz z certyfikatem, świadczył o miejscu pochodzenia i najwyższej jakości towaru. Holding Rays słynął co prawda z wydobycia rud cennego kruszywa, szczególnie wyjątkowej odmiany żółtozłotych szafirów, ale znakiem rozpoznawczym firmy była sprzedaż perfekcyjnie wyszkolonej służby. To nie byli zwykli niewolnicy, to byli ludzie specjalnie wybierani, szkoleni i trenowani nawet kilka lat. Selekcjonowanie najlepszych, zakwalifikowanych do sprzedaży, odznaczało się szczególną rygorystycznością. Na tym etapie niedopracowanie w jakimkolwiek szczególe nie miało prawa się zdarzyć. Stosowano dobór jednostkowy, oceniano możliwość adaptacji i eliminowano najmniejsze wady fizyczne i psychiczne. Miesiące szkoleń i cierpliwej pracy przynosiły efekty. Wbrew przyjętym normom i zwyczajom, w stosunku do tej garstki niewolnych do minimum ograniczano przemoc i tortury oraz nie łamano charakterów, dzięki czemu ciągle byli ludźmi z bogatym wnętrzem. Martin, jako główny szkoleniowiec, nigdy nie zezwolił na wprowadzenie popularnej metody programowania umysłu, powodującej często dysocjacje, tak niepożądane przez potencjalnych właścicieli. Taki system tresury otwierał szeroki wachlarz możliwości układania i wykwalifikowania niewolnych w wielu dziedzinach. W rezultacie szkoleni ludzie odznaczali się wysokim poziomem identyfikacji z funkcją niewolnika, co czyniło ich towarem luksusowym i pożądanym, szczególnie gdy te cechy szły w parze z jeszcze jednym istotnym dla nabywców elementem – atrakcyjnym wyglądem zewnętrznym. Ponadprzeciętna uroda, wdzięk, wyszkolenie i limit dwudziestu jeden sztuk niewolnych gwarantowały sukces i w głównej mierze reklamę dla dalszego obrotu żywym towarem.

Marta otaksowała wzrokiem olbrzymie pomieszczenie i stwierdziła, że pomysł zaadoptowania olbrzymiej zabytkowej stajni na potrzeby tego dnia był idealny. Koncepcja takiej oprawy pojawiła się w ostatniej chwili i do końca istniały obawy, że zabraknie czasu na dopięcie wszystkiego na ostatni guzik. Efekt w pełni zrekompensował jednak napięcie i nerwowość panujące przed inauguracją. Wielki budynek, od lat nieużytkowany, przeżywał właśnie swoją drugą młodość. Z odremontowaną elewacją i nową stolarką wyglądał imponująco. Trafnym rozwiązaniem okazało się połączenie dawnej wozowni z pomieszczeniami stajennym dla wygody gości, którzy przemieszczali się wzdłuż szerokiego korytarza, oddzielającego dwa rzędy odrestaurowanych boksów dla koni, będących teraz stanowiskami prezentacji młodych mężczyzn. Sama licytacja miała odbywać się na specjalnie skonstruowanym podwyższeniu, utrzymanym w stylu dawnej drewnianej przegrody, ulokowanym w centralnej części pawilonu wozowni.

Gospodyni, zadowolona z dzieła, przechadzała się pomiędzy zaproszonymi klientami, witając nowo przybyłych, odpowiadając na ich uwagi i rozdając przyjazne, nie zawsze do końca szczere, uśmiechy. Ze szczególną uwagą przyglądała się służbie, której zadaniem było usługiwanie gościom oraz spełnianie wszelkich życzeń i zachcianek. Młodziutcy, delikatni chłopcy, przemykali dyskretnie z tacami pełnymi kieliszków szampana, wina lub mocniejszych trunków i dbali o suto zastawione stoły, tak aby niczego na nich nie brakowało.

– Nadzwyczajnie! – Usłyszała nagle czyjś głos za sobą, w momencie kiedy upewniała się, czy światło jest odpowiednio nakierowane na prezentowanych niewolników. – Jestem pod wrażeniem, panno Rays.

Odwróciła się z naturalną gracją i stanęła twarzą w twarz z postawnym, aczkolwiek mocno posuniętym w latach mężczyzną, wspartym na lasce.

– Witam pana, panie Sanders! – Umyślnie przeciągnęła słowa, obdarzając go promiennym uśmiechem. – Mam ogromny zaszczyt powitać w moich progach na dorocznej Aukcji Domu Rays. – Podała mu dłoń, którą ujął z namaszczeniem i złożył na niej pocałunek. Odwzajemniła delikatny, choć trochę przydługi uścisk kościstych, ciepłych palców. – Sprawił mi pan niezwykłą przyjemność swoim przybyciem.

W tym, co powiedziała, nie było żadnej kurtuazji. Julien Sanders, najstarszy członek arystokratycznego, potężnego i wpływowego rodu, cieszył się poważaniem i niekwestionowanym autorytetem w prestiżowych sferach życia politycznego. Wszędzie tam, gdzie się pojawiał, odnotowywano ten fakt jako swoiste wydarzenie i wyróżnienie. Wysyłając zaproszenie, nie liczyła na jego obecność. Od dobrych kilku lat nie przybywał na aukcje w Radrays Valley, pomimo wystosowywanych specjalnych zaproszeń.

– Nie mogłem sobie odmówić przyjemności ujrzenia cię, moja droga panno. – Mierzył ją wzrokiem z delikatnym uśmiechem na twarzy. – I to jeszcze w jakim charakterze… Pani domu i włości!

Rozbawił ją tym określeniem.

– Miłe to, co pan opowiada – czarowała go całą sobą. – Jestem jednak tylko gospodarzem dzisiejszego szczególnego dnia, a do pani na włościach bardzo mi daleko, zwłaszcza, że posiadają one prawowitego właściciela.

– Jaka skromna… – Starszy pan skinął głową w jej stronę i stuknął laską. – Jesteś uroczą gospodynią, Marto Rays, a co do prawowitości… to tylko kwestia czasu, moja droga. Kwestia czasu i to całkiem niedługiego – powtórzył już całkiem poważnie, a w momencie, kiedy nieco zdziwiona jego słowami chciała zaprzeczyć, podał jej ramę i rzekł: – Przejdźmy się, moja miła. Dajmy tym sępom jakąś pożywkę dla domysłów i plotek.

Rozejrzała się jakby od niechcenia. Dostrzegła wbite w nich, napięte i czujnie obserwujące spojrzenia gości. Jak się domyślała, stali się, a raczej pan Sanders okazał się sensacją dnia. Mocniej przywarła do mężczyzny, aby wyrazić szczególną zażyłość, a starszy pan, odgadując jej intencję, nachylał się do Marty z poufałością. Szepcząc do ucha jakiś żarcik, nie przestawał głaskać jej dłoni, spoczywającej na jego przedramieniu. Kiedy obeszli w ten sposób większą część budynku, zaspokajając ciekawość zebranych, zatrzymali się przy jednym ze szwedzkich stołów.

– Doskonały pomysł z tą stajnią – zatoczył dookoła laską w powietrzu – sceneria, mocno oryginalna… – Podał jej kieliszek szampana i sięgnął po drugi dla siebie. – Ten zapach świeżego drewna, te skórzane gadżety i rzemienie zamiast łańcuchów, no, no… – chwalił. – Przełamujesz konwenanse, moja piękna… Wreszcie miejsce, gdzie człowiek nie czuje się jak w średniowiecznym lochu… – Dostrzegłszy nagle jej skupioną minę, spytał zatroskany: – Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, abym zwracał się do ciebie w ten sposób? – Jego uśmiechnięta twarz, ze szczególnym błyskiem flirtu w oczach, świadczyła o pewnej cesze charakteru przypisywanej wprawnym uwodzicielom.

– Oczywiście, że nie… – Stuknęła kieliszkiem w naczynie Sandersa, po czym oboje upili nieco trunku, przez chwilę rozkoszując się delikatnym bukietem. – A co do dzisiejszej aranżacji… nie będę skromna, też mi się bardzo podoba.

Mężczyzna klasnął w dłonie i roześmiał się w głos, podsycając uwagę zebranych wokół nich gości.

– Pani, przyjmując moje szczere zachwyty i nieudolne komplementy – przybrał zabawnie szelmowski ton – sprawiłaś wielką przyjemność staremu człowiekowi. A tak poważnie – bardzo dobrze, że nie jesteś skromna. W tym świecie nie ma miejsca na sentymenty.

Mężczyzna znów ujął ją pod ramię i poprowadził w kierunku hali.

– Widzisz tych wszystkich… obywateli? – Podążyła wzrokiem za jego gestem, kiedy wskazywał na zgromadzonych ludzi, swobodnie przechadzających się po obiekcie. Popijając drinki, wymieniali uwagi na temat wystawionego towaru, oceniając fachowym okiem jego walory.

– Każdy z nich albo znakomita większość reprezentuje starożytną linię krwi swych rodów. Pod ich wpływem znajdują się obszary i urzędy istotne dla funkcjonowania naszego świata. – W jego głosie wyczuwała gwałtowną zmianę nastroju. – I co my tu widzimy?

Zatrzymali się koło jednego ze stanowisk, na którym przypięty rzemieniami do drewnianych słupów, z wysoko podciągniętymi w nadgarstkach dłońmi, w szerokim rozkroku stał nagi niewolnik.

– Potencjalnych kupców? – odpowiedziała ostrożnie pytaniem na pytanie.

– Dyplomatyczna odpowiedź! Ale powiedzmy to wprost – to w większości produkty zobojętniałego społeczeństwa. Sensem istnienia tych istot jest konsumpcja, trawienie wszelkich dóbr, których dorobili się ich ojcowie i dziadowie. Narkotyki, tortury, wszelakie okrucieństwo, to ich życiowy cel… – Słuchała uważnie, próbując podążać za jego tokiem myślenia. – Ten tutaj – odwrócił się w stronę niewolnika i przejechał laską po nagim torsie – piękny zresztą osobnik, jako własność swoich panów, pozbawiony zupełnie podmiotowości, będzie wykorzystywany do zaspokajania ich potrzeb, zdany na ich wolę i kaprysy. – Sanders nagle przeniósł wzrok na Martę; ostre spojrzenie szarych oczu, przewiercało ją na wskroś. – A tamci? – Z wyraźnym niesmakiem spojrzał w kierunku hali, gdzie zaczęto zajmować co lepsze miejsca przed zbliżającą się licytacją. – Arystokraci, którzy mieli fart, aby się nimi urodzić, są wybierani na najważniejsze urzędy i stanowiska poprzez ich ułomności, zdolność do szantażu i gotowość dostosowania się do czyjegoś planu. A dlaczego?!

Powoli docierał do niej sens słów wypowiadanych cicho, ale ze zdumiewającą pasją. Tylko w jakim celu jej to opowiadał? Przecież widzieli się może trzeci raz w życiu, prawie go nie znała… Coś ją tknęło, a przez głowę przebiegła pewna myśl…

– Bo są niewolnikami – przejęła jego ton – niewolnikami własnych żądz.

– Doskonale! – Ponownie stuknął laską w geście aprobaty. – A teraz kolejne pytanie: komu lub czemu i za co będą służyć? – Nie oczekując odpowiedzi, wyjaśnił: – Takim samym kreaturom, tylko jeszcze bardziej rządnym władzy, pozbawionym zasad i moralnego kręgosłupa, mającym za nic interes ogółu. Jeśli nikt temu się nie przeciwstawi, świat, jaki znamy, przestanie istnieć. Uwierz mi, panno Rays, przyjdzie czas, kiedy sami staniemy się niewolnikami systemu, który powstanie przez nasze tchórzostwo albo – co gorsze – przez zaniechanie.

– Nakreślił pan dość apokaliptyczny scenariusz – stwierdziła, czujnie obserwując reakcję swojego rozmówcy – bez najmniejszego choćby cienia nadziei.

– Zbyt długo żyję, aby nie dostrzegać pewnych prawidłowości – odrzekł. – Widzisz różnicę między nim – wskazał na niewolnika, a po chwili na grupkę osób zajętych rozmową – a tymi tam? Nie ma żadnej! Jedni i drudzy służą… tylko innym panom.

– Każdy ma swojego pana – pana, na miarę własnej wartości – zripostowała, ostrożnie dając do zrozumienia, że podziela jego opinię. – Teraz jesteśmy tylko statystami na szachownicy wydarzeń.

– Mądre słowa – przytaknął nieznacznym skinieniem głowy. – Jeden dobrze rozstawiony pionek, wspierany przez odpowiednią figurę, może dać mata samemu królowi. – Mężczyzna roześmiał się, położył ręce na jej ramionach, pocałował w czoło i dodał poważnie: – Nasz system, funkcjonujący od tak dawna, dający złudne poczucie bezpieczeństwa, zaślepił i rozleniwił nasze elity. Zapomniano, że nic nikomu nie jest dane na zawsze.

– Niebezpieczna gra… – zaakcentowała ostrożnie, nie będąc jeszcze do końca pewną, czy dobrze zrozumiała przekaz.

– Bo to gra królów – odparł szybko.

– Wygrany może być tylko jeden… – dodała bez wahania.

– Nie inaczej! – przyznał na pozór spokojnie, jednak kurczowo zaciskająca się dłoń na srebrnej rączce laski świadczyła o czymś przeciwnym.

– …i bierze wszystko. – Ze strony Marty było to wyzwanie.

– Ma prawo rozstawienia figur na nowej szachownicy, ale reguły są nienaruszalne… – oświadczył twardo.

– Reguły ustanawiają zwycięzcy – bezceremonialnie wtrąciła się starszemu panu w zdanie, z trudem ukrywając zdumienie. O ile dobrze zrozumiała, właśnie zadeklarował nieoczekiwany sojusz. Jeśli nie myliła się, mogła sobie pogratulować takiego sprzymierzeńca. Bez wątpienia byłby mocną figurą na rozstawionej przez nią szachownicy. Tylko za jaką cenę?

– Spodziewałem się, że mnie nie zawiedziesz, panno Rays. Obserwuję cię od bardzo dawna. Stworzyłaś własne imperium i przetrwałaś. W tych trudnych czasach to wielka sztuka. Nie musiałaś tu wracać, a jednak poczucie obowiązku okazało się silniejsze. Jesteś jak twój dziad, dla niego rodzina, dom i honor to były wartości największe. Wielka szkoda, że Robert nie ma charakteru Raysów, razem bylibyście niezniszczalni.

– Ale mój… – próbowała wtrącić coś na obronę brata, ale tym razem starzec nie dopuścił jej do głosu.

– Twój brat żyje przeszłością! Czyni to, co sam uzna za dobre dla siebie, lub tyle, ile wymaga od niego sytuacja, i nic ponadto. Dawno temu stracił cel i pozwolił, aby zawładnęły nim demony zemsty. Złe emocje, hołubione, niewybaczone, do niczego dobrego nie prowadzą. – Po chwili przerwy dodał z grymasem prawdziwego zatroskania na twarzy: – A przede wszystkim popełnił błąd, którego ja osobiście nie mogę mu wybaczyć i – co gorsza – on sam sobie nie wybaczy nigdy.

Skupiona na swoim rozmówcy nie dostrzegła, jakim zainteresowaniem cieszył się niewolnik, przy którym prowadzili tę intrygującą rozmowę. Goście mylnie zinterpretowali dłuższą obecność przy stanowisku. Kilka osób studiowało dane wyświetlane na displayu i notowało sobie numer aukcyjny.

– Chyba należy się panu procent od sprzedaży tego… osobnika – stwierdziła rozbawiona sytuacją.

– Zadowolę się lampką dobrego trunku, wypitego w twoim towarzystwie. – Ująwszy Martę jedną ręką delikatnie w pasie, poprowadził ją korytarzem w stronę pawilonu aukcyjnego. – Jeśli pozwolisz, – jeszcze tego wieczoru.

– Z największą przyjemnością…

W tym samym momencie w drzwiach wejściowych ujrzała przewodniczącego rady Trybunału Maksa Kantera, w towarzystwie żony i mężczyzny, który jeszcze całkiem niedawno, zajmował stanowisko szefa marketingu firmy Radvan, należącej do Marty.

– W temacie przyjemności – to byłoby na tyle, moja droga. Zapewniam, że jestem po twojej stronie, ja i moja rodzina. Jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebowała pomocy lub rady, zawsze ją u mnie otrzymasz. – Uścisnął jej dłoń, a wymowne spojrzenie skierowane ku Kanterowi oznaczało, że oboje myśleli podobnie.

– Dziękuję – odrzekła. – Dziadek zawsze cenił przyjaźń. Cieszę się, że jedna z nich nie odeszła wraz z nim…

– Biegnij więc, moja piękna przyjaciółko, do swoich obowiązków. – Sanders na chwilę spuścił wzrok i westchnął. – Przejdę się, aby wylicytować jakąś perełkę z twojej stajni.

– A więc jesteśmy umówieni, u mnie w saloniku! – dodała jeszcze na odchodne, a w zamian otrzymała ciepłe spojrzenie szarych, uważnych oczu.

Rozległ się gong informujący, że do rozpoczęcia licytacji pozostał kwadrans. Minęła ją straż prowadząca pierwszego niewolnika. Obejrzała się za odchodzącymi i pomyślała o Kaju. Niewolniku, który pojawił się pewnej nocy, kiedy po wielkim balu potrzebowała rozpaczliwie bliskości drugiego człowieka, i który nieświadomie wprowadził w życie Marty odrobinę spontaniczności i ciepła. Odruchowo zerknęła na oszkloną galerię.

Gdy weszła na górę, stał odwrócony w stronę szklanej tafli, przyglądając się przetargowi trwającemu w hali na dole. Lustrzana szyba pozwalała na swobodną obserwację i prywatność osoby znajdującej się w pomieszczeniu. Drzwi zamknęły się bezgłośnie, ale niewolnik usłyszał, że weszła. Poznała to po tym, jak napiął mięśnie pleców. Nie odwrócił się, pomimo obecności swojej pani. Ten niewolnik, dotąd niezłamany, potrafił jak żaden inny ignorować granice pomiędzy uległością i niesfornością, będąc świadomy ułomności uczuć ludzi w świecie, w którym przyszło mu służyć. Wiedziała, co się teraz działo w jego duszy; odkrył się przed nią. Zaryzykował i przegrał… Czy powinna mieć skrupuły? Nie… Tak… Miała… Czy to na pewno były skrupuły? A może egoizm?

Na jego widok zareagowała szybko narastającym pożądaniem. Przypomniała sobie tamtą noc, kiedy pierwszy raz ujrzała Kaja w blasku świec i ognia z kominka. Sięgnęła pamięcią do wszystkich innych wieczorów i dni. Był jej i tylko jej. Oddał jej nie tylko ciało…

– Kaj! – niemalże krzyknęła, głosem drżącym z podniecenia.

Zwrócił się ku niej w niemym wyzwaniu, po czym ruszył miękkim, kocim krokiem, z arogancką pewnością siebie, zupełnie jak nie niewolnik. Obejmowała spojrzeniem jego ciało: piękne, gładkie, bez blizn; ciało, które nie doświadczyło jeszcze chłosty. To była rozterka uczuć czy pożądliwy egoizm? Złamała zasady, drugi raz zrobiła to samo! Poznała jego marzenia i lęki. Znała słabe i mocne strony, przeniknęła myśli i dała nadzieję. Przywiązała się do niego. Nie widziała w nim niewolnika, tylko młodego mężczyznę, który miał pecha znaleźć się w nieodpowiednim czasie i w nie właściwym miejscu. Zatrzymał się przed nią… blisko… zbyt blisko. Zmierzył Martę pożądliwym wzrokiem. Jego spojrzenie było mieszaniną pewności siebie, głodu żądz i oddania.

Skupiła się na niewolniku. Podsycona bliskością mężczyzny wyobraźnia wyostrzyła zmysły. Drżenie jego mięśni i szybkie unoszenie się klatki piersiowej, nie pomagało zapanować nad wszechogarniającym podnieceniem. Kaj powoli osuwał się na kolana, do końca bezczelnie nie spuszczając z niej oczu. Dopiero gdy przyjął pozycję uległego tuż u jej stóp, gdy zerwał kontakt wzrokowy, mogła złapać głębszy oddech. Przytłumiony odgłos drugiego gongu, oznaczającego rozpoczęcie licytacji, na krótki czas przywrócił ją do rzeczywistości. Powinna być na dole wśród zaproszonych gości, to był jej dzień… Jednak pragnienie dotyku, potrzeba spełnienia, nakazała spojrzeć na klęczącego u jej stóp mężczyznę, włożyć rozpalone dłonie pod koszulę, aby poczuć z trudem powstrzymywane zmysły i wybrać…

Tylko przez moment się wahała.

Zmrużyła oczy i zanurzyła palce w gęstych włosach mężczyzny, przycisnęła głowę do swojego łona. Ośmielony wsunął ręce pod spódnicę, poczuła ich żar. Dała się ponieść popędowi, nieokiełznana chuć zepchnęła wszystko inne na dalszy plan. Nic już nie było ważniejsze, nie miała siły walczyć z czymś, z czym wygrać nie mogła. Kaj sprężyście zaczął się podnosić tak samo wolno, jak przed nią klękał. Jego dłonie wędrowały wraz z nim, unosząc do góry materiał, palce penetrowały okolicę ud, niebezpiecznie zbliżając się do wilgotnych już stringów… za wolno…

Jęknęła raz i drugi, oddech się urywał, brakowało tchu…

– Kaj… och, Kaj… – wyszeptała, wbijając paznokcie w jego kark, zupełnie nie zważając na to że sprawia mu ból.

Podniósł się gwałtownie i przez sekundę patrzył z niedowierzaniem. Tak, nigdy dotąd w chwili uniesienia nie przywołała niewolnika po imieniu.

– Pani, jestem tu by sprawić ci radość i dać rozkosz… – Dotarł do niej pulsujący seksem głos.

Ta formułka miała dziś zupełnie inny sens; słowa brzmiały tak samo, ale wydźwięk był zupełnie inny. Przyciągnął ją do siebie, złapał za głowę i wbił się chciwie językiem w jej wargi. Odpowiedziała równie zachłannie. Stęsknione dotyku, chaotyczne i niecierpliwe ręce w niekontrolowanych gestach szukały czułości i spełnienia. Marta zatracała się w mężczyźnie w rytm przesuwających się w górę i w dół dłoni i jego coraz głośniejszych jęków. Nawet nie zauważyła, kiedy znaleźli się na podłodze. On nieporadnie rozpinał guziczki bluzki, ona niezdarnie walczyła z rozporkiem spodni.

W końcu poczuła jego usta na swoich piersiach, całkowicie poddała się pieszczocie. Świeżo rozbudzona namiętność spowodowała, że gdy zjechał ustami do wzgórka łonowego i zsunął z krągłych bioder stringi, instynktownie rozchyliła nogi, oczekując zaspokojenia. Zadrżała i wygięła się w łuk, kiedy poczuła subtelny dotyk – to język zanurzył się w jej delikatnych, wilgotnych płatkach, szukając źródła przyjemności. Wdzierał się głęboko i coraz głębiej, nienasycony i pożądliwy. Doprowadzał kobietę do szaleństwa. Wbijała w jego ramiona paznokcie, palce wplatała we włosy, jęki stawały się coraz głośniejsze i dłuższe… Znalazła się na granicy bólu i błogości, a niewolnik bezbłędnie wyczuł ten moment; uniósł się szybko i wślizgnął w nią zdecydowanym, mocnym ruchem. Krzyknęła. On też. Przyciskał ją mocno do siebie, przytrzymywał biodra i napierał lędźwiami. Z każdym pchnięciem z ust chłopaka wydobywał się skowyt rozkoszy. Wypełniał ją szczelnie, ruchy niewolnego były pewne i silne. W pełni kontrolował rozkwit jej ekstazy. Wyczuła ten perwersyjny rytm, to fascynujące doznanie zniewolenia. Widok wyciągniętego nad sobą ciała mężczyzny był zbyt silnym bodźcem… Zatopiła boleśnie zęby w jego ramieniu. Pragnęła, aby otoczył ją ciepłem swojej wielkiej, nagiej bliskości, by dał jej spełnienie. Była żądna natychmiastowego zaspokojenia. Wyprężony do granic możliwości penis cofał się i wchodził w nią z coraz większym impetem, w odpowiedzi uniosła wyżej biodra. Ruchy Kaja stały się mocniejsze, dyszał, poddając się pierwotnym instynktom, tak jakby stracił nad sobą kontrolę; jakby tym razem chciał uszczknąć coś dla siebie. Zatracał się w niej, doprowadzając Martę do szaleństwa. Nie chciał być niewolnikiem czyichś przyjemności, żądał i brał, ten jeden jedyny raz, jakby zaraz świat miał się skończyć…

Nagle, po kolejnym pchnięciu na granicy bólu i satysfakcji, poczuła, że zaczyna brakować jej powietrza, nie mogła złapać oddechu… Jej umysł zaczynał eksplodować, rozpadała się na tysiące kawałeczków. Zdążyła usłyszeć jeszcze tylko swoje imię… Doszedł w tym samym momencie, opadł na nią wyczerpany, z pragnieniem pozostania w niej na zawsze.

Kaj tulił Martę do siebie w taki sposób, jakby chciał zapamiętać dotyk rozgrzanego ciała; chłonął zapach, smakował skórę… Tworzył w umyśle jej obraz, mapę ciała; coś, co będzie należało tylko do niego i czego nikt nigdy mu nie odbierze. Świadomość, dlaczego to robił, była nie do wytrzymania.

– Muszę iść – wykrztusiła, podnosząc się z podłogi. Ciągle jeszcze była oszołomiona, a na dodatek czuła się podle. Właśnie dotarło do niej, co za chwilę się wydarzy. Dlaczego do tego dopuściła?
Zapomniała o najważniejszej zasadzie – nie przyzwyczajaj…

Przytrzymał ją za rękę, którą przyłożył do policzka, a po chwili do ust. Zdziwiona, lecz nie zaskoczona, spoglądała na niego, czując, jak pęka jej serce… Boże… Za dużo sobie pozwalał! Jak zwykle… Żaden inny niewolnik nie zdobyłby się na coś takiego. Ale Kaj od początku był niepokorny… tak cudownie niepokorny.

Patrzył na nią uważnym spojrzeniem kogoś, kto nie ma odwagi wypowiedzieć słowami tego, co czuje. Widziała żal, ale nie znalazła w brązowych źrenicach swojego niewolnika najmniejszego cienia wyrzutu… Złapał ją mocno za nadgarstki i przyciągnął do siebie, zmuszając, aby uklękła obok niego. Usta mężczyzny ponownie zaczęły błądziły po szyi kobiety, wywołując dreszcz na całym ciele, a gdy wargi rozpoczęły zabawę z jej ustami, zamknęła oczy i pomyślała, że byłby w stanie rozpalić nawet kamień. Zesztywniała natychmiast, znów była gotowa dać się ponieść… i w jednej chwili wszystko się skończyło. Złożył na jej ustach delikatny, chłodny pocałunek, bez wątpienia ostatni. Cofnął się o trzy kroki, oderwał od niej wzrok, spoglądając gdzieś w bok, nabierał głęboko do płuc powietrza. Jeszcze raz spojrzał na Martę i padł przed nią na kolana, aby pozostać już w pozycji uległego. Obserwowała tę sytuację i nic do niej nie docierało. Ze wszystkich sił starała się zapanować nad targającymi nią bezlitośnie emocjami, nie mogła się przecież poddać, nie teraz… Z tego zawieszenia wyrwało ją pukanie do drzwi.

– Marta, co ty robisz? Powinnaś być na licytacji! – Podekscytowany Martin wyrzucał siebie słowa jednym tchem. – Dlaczego się tutaj ukrywasz? Ty wiesz, co się dzieje? – Niezrażony brakiem reakcji kontynuował: – Nawet stary Sanders coś kupił, chociaż diabli go wiedzą, po co, skoro ma swoich niewolników. Musisz mi koniecznie opowiedzieć, co zrobiłaś, że się zjawił? Gratulacje! Robertowi od lat nie udało się go skłonić do przybycia na naszą aukcję… Coś się stało? – zapytał, gdy zorientował się że nie podziela jego entuzjazmu nowinami z dołu. Zerknął na Kaja, potem na nią i domyślił się, co zaszło.

– Nic, zupełnie nic. Słucham cię – odpowiedziała z nieszczerą łagodnością.

Zbliżył się do niej i spytał z troską:

– Dobrze się czujesz?

– Wyśmienicie. – Kiedy zwróciła się do zarządcy, na jej twarzy gościł już przyklejony, sztuczny uśmiech. – Powiadasz, że licytacja jest udana? – Próbowała zapanować nad rozbieganymi myślami, za wszelką cenę starała się nie rozpaść na kawałki.

– Nie uwierzysz! Kwoty, jakie są dzisiaj licytowane, od lat nie były na tak wysokim poziomie. Powinnaś tam zejść, zwyczaj nakazuje, abyś była wśród kupujących, zresztą twoja obecność podgrzałaby atmosferę… Marta, na pewno wszystko w porządku?

– No, więc zbierajmy się! – Energicznie ruszyła w kierunku drzwi, aby nagle zatrzymać się na chwilę przy klęczącym niewolniku.

– A jeśli idzie o podgrzanie atmosfery – wystaw jego na licytację… jako clou programu.

Nie czekając na reakcję zarządcy, skierowała się do wyjścia. Kompletnie zaskoczony dogonił ją dopiero na schodach.

– Chcesz wystawić Kaja? Dlaczego? – Wyraźnie nie wierzył w to, co usłyszał.

– Nie muszę nikomu tłumaczyć się ze swoich decyzji – odparła oschle.

– Ale za co? Nie sprawdził się? Zrobił coś nie tak? – podniósł głos, był zdecydowany ją powstrzymać, tym samym utrudniając jej i tak niełatwą decyzję. – Marto, nie sprzedaje się takich niewolników od tak!

Zatrzymała się w połowie schodów i wolno odwróciła. Patrząc gdzieś przed siebie i zupełnie nie odzywając, stworzyła pomiędzy nimi psychiczny dystans.

– Myślałem, że jesteś z niego zadowolona… – Jego głos cichł pod naporem ciężkiego, sennego i niebezpiecznego spojrzenia. – Sądziłem… to bardzo dobry niewolnik… ja…

– Dosyć! – zignorowała jego słowa. – To tylko niewolnik. Przygotuj go do wystawienia. – Spięła się chcąc ukryć wysiłek, jaki włożyła w opanowanie drżenia w głosie. – Ma być nieprzypięty do słupów i pozostać w ubraniu. – Tylko tyle mogła teraz zrobić dla Kaja, aby zaoszczędzić mu dodatkowego upokorzenia.

– Panno Rays… – zawołał jeszcze za nią, ale jej całkowicie pozbawiona emocji twarz, zimne oczy i stanowczy głos dały Martinowi do zrozumienia, że zakończyła dyskusję i jedyne, co mógł teraz uczynić, to wypełnić rozkaz.

Odwróciła się i zeszła po schodach, uważając, aby się nie potknąć. Wszystko w niej wrzało, była rozdygotana do granic ostateczności. Seks z Kajem, do którego nie powinna była dopuścić; decyzja o sprzedaży człowieka, który przyszedł do jej łóżka i pokazał, co może niewolnik dla przyjemności, oraz świadomość tego, jak potraktowała Martina…

Dość! Dość! Musi wziąć się w garść! Rozpoczęła coś i nie może się wycofać z jakichś nieistotnych powodów. Ma cel, do którego będzie dążyć bez względu na ofiary… Skierowała się do baru, potrzebowała napić się alkoholu. Jeśli miała przetrwać dzisiejsze popołudnie i wieczór, to zdecydowanie musiała się znieczulić… No, nie! Co się z nią działo?!

– Do kurwy nędzy! – skarciła sama siebie. Jest przecież Martą Rays! Wyniosłą, dumną arystokratką, pewną swej wartości i siły, dla której nie liczy się nic, co nie jest dobre dla domu i rodziny. Ma świat u stóp i… obowiązki. Poświęci wszystko, aby osiągnąć cel! Dosyć użalania się nad sobą. Pozostało tylko wejść w swoją rolę…

Sięgnęła po kolejny kieliszek i wypiła duszkiem jego zawartość. Zerknęła w lustra ustawione na łączeniu budynków. Na szczęście, po ubraniu nie było znać niedawnego zbliżenia. Jedynie parę kosmyków wymknęło się z misternie zaplecionego warkocza, ale te luźne pasma dodawały akurat uroku… twarzy stężałej w zimną maskę zadowolonej z siebie kobiety.

Upiła kolejny łyk i dostrzegła zbliżającego się Kantera w towarzystwie jej byłego pracownika. Widok zwalistej sylwetki sprawił, że momentalnie stała się zła; oczami wyobraźni widziała, jak pulchne wielkie łapska obmacują pożądliwie Kaja, jak… Stłumiła w sobie przekleństwo, stając się czujną i ostrożną, aby w chwili, kiedy podszedł do niej, przyoblec na twarz swój najbardziej czarujący uśmiech.

– Maks! Kochany, jak dobrze cię widzieć! – Nienawidziła w tym momencie samej siebie.

– Witaj, Piękna! – Objął ją w pasie i cmoknął w policzek wilgotnymi wargami. Z najwyższym trudem powstrzymała się, aby nie wytrzeć ręką tego miejsca. – Jesteś nieuchwytna dzisiaj – wysapał z udawanym wyrzutem. – Powoli traciłem nadzieję na spotkanie z tobą.

– Obowiązki, sam rozumiesz. Mam nadzieję, że dobrze się bawisz? – odparła rozbawiona, wspinając się na wyżyny własnych możliwości, aby zachować zimną krew. – W ten szczególny dla mnie dzień masz obowiązek dać mi zarobić – zaszczebiotała obłudnie.

– Kochanie, o wydawanie pieniędzy zadbała już moja małżonka, ja chętnie spełniłbym inne życzenia – znacząco zawiesił głos, a Marta z trudem zapanowała nad chęcią dania mu w twarz. – A propos powinności: domyślam się, że znasz mojego młodego przyjaciela – wskazał z nieukrywaną satysfakcją na towarzyszącego mu mężczyznę. – Paul Stern moja prawa ręka.

Partner Kantera wyciągnął do niej dłoń w geście powitania, lecz Marta, chcąc zamanifestować swoją niechęć do pełnego buty mężczyzny, odwróciła się w stronę korytarza, którym właśnie w tym momencie był prowadzony przez dwóch strażników Kaj. Szedł ze spuszczoną głową, boso, ubrany jedynie w czarne obcisłe jeansy, ze skutymi z tyłu rękoma i szeroką skórzaną obrożą na szyi. Gwałtownie wypuściła powietrze, poczuła, jakby ktoś ją uderzył w głowę. Paul, widząc jej reakcję, rzucił okiem na niewolnika, a potem na Martę. Wymienili się szybkim porozumiewawczym spojrzeniem.

– Chyba nie masz do mnie pretensji, że zatrudniłem twojego dyrektora?! – Kanter wyglądał na przejętego, źle interpretując jej zachowanie.

– To nie jest już mój dyrektor – zaakcentowała ostatnie słowa, siląc się na beztroskę w głosie.– Zapomniałeś? Wcześniej go zwolniłam…

Na hali przez chwilę rozległa się wrzawa. Nie trudno było się domyśleć, że spowodowało ją wprowadzenie na podium Kaja oraz słowa Martina, nie wiedzieć czemu osobiście rozpoczynającego prezentację.

– Mam zaszczyt zaprosić państwa do licytacji ostatniego, dwudziestego drugiego niewolnika. – Zarządca odnalazł ją wzrokiem. – Z uwagi na podniosłą atmosferę dzisiejszego popołudnia, a także w podziękowaniu za tak liczne przybycie na inaugurację sezonu, panna Marta Rays, debiutująca w roli gospodyni na tak ważnej dla nas wszystkich imprezie, postanowiła dodatkowo wystawić własnego niewolnika!

Jeden rzut oka na Martina, wskazującego dłonią Martę, wystarczył, żeby zorientowała się, że celowo skierował uwagę wszystkich zebranych na nią. Nie spuszczając z niego oczu emanujących zimną wściekłością, podziękowała za owacje na stojąco, wznosząc toast kieliszkiem szampana podanym przez Paula Sterna. Kiedy gwar ucichł, ponownie dotarł do niej drżący głos Martina.

– …niewolnik dla przyjemności, wykształcony, o niebagatelnej urodzie i rzadko spotykanych u ludzi z południa starego kontynentu jasnych włosach… – w chaosie kłębiących się w głowie myśli, docierały do niej urywki słów zarządcy – … trenowany jako niewolnik… z bogatym wnętrzem… dla przyjemności i… – ta prezentacja trwała wieczność, mówił to wszystko specjalnie, aby ją ukarać – …inteligentny i wierny… oddany właścicielowi duszą i ciałem… Proszę państwa najlepszą rekomendacją niech będzie fakt, komu służył do tej pory!

– Polecasz go? – zapytał Maks, wyrywając ją z otępienia. Zignorowała pytanie. Widziała, jak wlepiał ślepia w Kaja, odkąd tylko go ujrzał; prawie że zaczął się ślinić na sam widok niewolnego.

– Oczywiście, że poleca, to jej najlepszy niewolnik – szybko odpowiedział za nią Paul, poufale klepiąc po ramieniu swego nowego pracodawcę. – I to bardzo osobistej przyjemności!

Ochłonęła na tyle, aby posłać mężczyźnie mordercze spojrzenie, które zgodnie z oczekiwaniem wychwycił Kanter. Jednocześnie była pełna podziwu dla Paula, nawet ona nie umiałaby lepiej kłamać.

– Panno Rays, posiadam już twojego dyrektora i tak sobie pomyślałem, dlaczego nie sprawić sobie jeszcze twojego osobistego niewolnika? – Chciał być zabawny, więc wbrew sobie roześmiała się.

– Z największą przyjemnością będę obserwowała twoje zmagania. – Siliła się na opanowanie i rozbawiony ton. – Niezwykle ciekawa jestem, czyj portfel podoła dzisiaj memu wyzwaniu.

Usłyszeli sygnał informujący o rozpoczęciu licytacji i podaniu minimalnej kwoty wywoławczej.

– Mocne wejście – zwrócił uwagę Paul. – Dom Rays potrafi się cenić.

Ogłoszona cena wyjściowa za niewolnika była kwotą zaporową, w normalnych warunkach nie do przebicia. Czyżby Martin liczył, że nikt nie kupi Kaja?

– Pozwolisz, że oddalę się, aby z bliska popatrzeć na to szaleństwo, bo coś mi się zdaje, że długo to targowanie nie potrwa. – Kanter myślami błądził zupełnie wokół czegoś innego, a raczej wokół kogoś i wolała nawet o tym nie myśleć. Skłonił się i zwrócił do mężczyzny: – Tobie, młody człowieku radzę, udać się ze mną, chyba że chcesz pozostać z Martą sam na sam, a to absolutnie nie jest dobrym pomysłem.

Kiedy odeszli obaj, oparła się bezsilnie o stół, samotnie spoglądając na rozgrywające się wokół niej szaleństwo. Kwoty szybko szły w górę. Wśród licytujących dostrzegła wiele kobiet, skuszonych atrakcyjnością niewolnika. Stojący w lekkim rozkroku, półnagi młody mężczyzna prezentował się doskonale. Wysoki i smukły nie musiał być podpięty do słupów, aby wyeksponować rozbudowane wielogodzinnymi treningami mięśnie torsu. Twarz o nietypowych rysach, okolona jasnymi włosami, sięgającymi karku, z kosmykami spadającymi na szczególnie piękną oprawę oczu, w których nietrudno było zauważyć bystrość i inteligencję, przyciągała uwagę również mężczyzn. Istotną rzeczą, obok niewątpliwego uroku wystawionego do przetargu chłopaka, był fakt, do kogo należał. Przypadek, kiedy wystawiano osobistego niewolnika, będącego własnością członka rodziny, był ewenementem. Z pewnych względów, między innymi bezpieczeństwa, takie sytuacje nie miały miejsca, a już na pewno wystrzegano się takich precedensów w Radrays Valley. Marta łamała nie tylko konwenanse, ale i zasady .

– Wy, Raysowie, to potraficie zaskakiwać, jak mało kto! – Nie wiadomo skąd, pojawiła się koło niej Wiktoria, z wypiekami na twarzy i z małą zadyszką. – O mały figiel, a taka zabaweczka umknęłaby mi sprzed nosa!

Rudowłosa kobieta próbowała odgrywać rolę dobrej przyjaciółki, cmokając w policzek i głaszcząc poufale po ramieniu. Marta była tak zdumiona jej widokiem i zachowaniem, że pozwoliła się nawet podprowadzić pod samo podium. Patrząc, jak włącza się do licytacji, gorączkowo zastanawiała się, jak doszło do tego, że Wiktoria się tu znalazła. Osobiście przecież wykluczyła ją z listy zaproszonych, przewidując ewentualne kłopoty.

– Życz mi, kochana, powodzenia! – zwróciła się do oniemiałej Marty niskim, chropowatym głosem, posyłając pełen triumfu, wredny uśmiech.

Jak to się stało?! Nie powinno jej tu być, nie dziś… No tak! Nagle przyszło olśnienie: to sprawka Suzann. To ta mała suka dała jej zaproszenie! Bezwarunkowo powinna była zrobić z nią porządek. Cholera, teraz była zmuszona ratować sytuację. Sprawy zaczynały się toczyć nie po jej myśli. Nie miała wątpliwości, że Wiktoria za wszelką cenę będzie chciała kupić jej osobistego, a to byłoby porażką nie tylko misternie ułożonego planu, ale przede wszystkim osobistą. Rozejrzała się po sali. W grze pozostały już tylko cztery osoby: Kanter, jakiś biznesmen, którego nazwiska nie pamiętała, Luis Legrand, ostatni z wielkiego rodu wschodniej arystokracji, dziwak i kolekcjoner niewolników różnych ras, oraz Wiktoria. U wszystkich czworga widziała obłęd w oczach.

Marta z trudem przełknęła ślinę, ogarniała ją panika, miała pustkę w głowie. Cena za Kaja była już ogromna, zdała sobie sprawę, że w rozgrywce będą się liczyć tylko Maks i Wiktoria. Nie spodziewała się, aby pozostałych stać było na dalsze podbijanie stawki. Niepokoił ją Kanter, jego twarz z dawno zastygłym uśmiechem była oblana potem. Zaczynał myśleć, a to był zły znak. Jeszcze rządziły nim emocje napędzane adrenaliną, ale w każdej chwili mogło przyjść opamiętanie. Kwota osiągnęła już nieprawdopodobnie wysoki pułap. A Wiktoria? Była w stanie zrobić wszystko, aby dostać to, co należało do któregoś z rodzeństwa Raysów. Pytanie tylko, ile był w stanie poświęcić dla niej mąż?

Nie mogła ryzykować. Odszukała wzrokiem Paula. Stał z dala od reszty, całkowicie pochłonięty rozgrywką, w której właśnie Legrand spasował.

– Ona nie może go kupić. – Oświadczyła, stając obok mężczyzny.

Paul zaskoczony przez chwilę jej obecnością, nie odpowiadał, dopiero po chwili zwrócił uwagę:

– Miało jej tu nie być.

– Miało… Stać go na to, żeby przelicytować tę dziwkę?

Mężczyzna nie odwracając się, odpowiedział skinieniem głowy.

– Dobre pytanie. Na swoich przyjemnościach nie oszczędza, ale czy teraz będzie chciał tyle wydać?

– Więc co mam teraz zrobić? – Marta, zdenerwowana, bezwiednie potarła drżącą dłonią policzek.

– Wycofaj go z licytacji – poradził Paul – Maks jest niepewny.

Marta pokręciła głową w bezsilnej rezygnacji, bezwiednie obracając pierścionek na palcu.

– Nie mogę, Paul! – Czuła jak zasycha jej w gardle. Zabije Suzann, nie daruje jej tego! – Nie mogę przerwać, to licytacja bez protestu…

Odetchnęła głęboko, kiedy dopiero po drugim wywołaniu usłyszała, jak przewodniczący Kanter przebija ofertę Wiktorii. Musiała coś zrobić, naprawdę zaczynał się łamać.

– Ona nie może go dostać w swoje łapy… – szepnęła z paniką w głosie. Nerwy miała napięte niczym postronki; jeszcze chwila, a ze złości się chyba rozpłacze. Na twarzy Marty Rays można było wyczytać wszystko: bezsilność, gniew, frustrację, a przede wszystkim strach. To było do niej niepodobne.

Niespodziewanie Paul odwrócił się do niej i bez uprzedzenia pocałował w usta.

– Jesteś mi winna przysługę – oznajmił i bardzo spokojnie, pewnym krokiem oddalił się w kierunku podium. Zaskoczona, prawie bez sił podążyła za nim. Stern w samą porę wszedł do licytacji, w ostatniej chwili przebijając ofertę rudowłosej kobiety i podgrzewając atmosferę wśród obserwującej publiczności. A mina osłupiałej Wiktorii? Bezcenna. Marta zbliżyła się do potężnego mężczyzny, wspięła na palce i musnęła zewnętrzną stroną dłoni gładki, tłusty policzek.

– Czy mi się zdaje? Czy mój były dyrektor posiądzie mojego byłego niewolnika? – szepnęła zmysłowym, jedwabistym głosem. – Kto by pomyślał?

Odwracając się w kierunku wyjścia, posłała Wiktorii leniwy i arogancki uśmiech.

 

* * *

 

Dotarła do saloniku, w którym siedziała Suzann i małomówny, zawsze znudzony mąż Wiktorii. Oboje śledzili przebieg licytacji na dużym monitorze. Byli tak pochłonięci rozwojem sytuacji, że nie zauważyli jej wejścia. Usiadła wyczerpana w głębokim fotelu. Natychmiast pojawił się niewolnik z obsługi. Zanim jednak zdążył cokolwiek zaproponować, odesłała go gestem dłoni. Zaczęło schodzić z niej napięcie, Przymknęła na chwilę oczy i położyła głowę na oparciu. Wrażenia, adrenalina i wypity alkohol… Ocknęła się nagle, gdy z niepohamowaną furią do pomieszczenia wkroczyła Wiktoria.

– Jak mogłeś mi to zrobić! – krzyczała do męża już od samego wejścia. – Jeszcze moment i bym przelicytowała tę górę bezużytecznego mięsa! Co ty sobie myślisz, że możesz tak ze mną pogrywać?!

Pasja i wściekłość, z jakimi wykrzykiwała poszczególne słowa, ze wszech miar były godne uwagi.

– Zrobiłeś ze mnie kretynkę i ośmieszyłeś na oczach tylu ludzi! Jesteś skończonym, nędznym fiutem! – Miotając się po pomieszczeniu zauważyła Martę. Jej widok nie tylko nie powstrzymał rozsierdzonej kobiety, ale wręcz rozbudził jeszcze większą furię. – Będziesz się ruchał ze swoją kochanką forsą, bo na pewno nie ze mną! – Rzuciła w mężczyznę torebką, którą z właściwym sobie stoickim spokojem złapał i odrzucił w kąt; jak widać był już przyzwyczajony do takich wybuchów swojej dużo młodszej żony i napady agresji specjalnego wrażenia na nim już nie wywierały.

– Kretynem to byłbym ja, gdybym zapłacił za jakiegoś bezużytecznego darmozjada taką furę pieniędzy – odciął się.

Po minie widziała, że to było chyba wszystko, co miał do powiedzenia w tej sprawie. Na moment zapanowała cisza. Rozzłoszczona kobieta wzrokiem pełnym ironicznej dezaprobaty ogarnęła obecnych, jakby szukając poparcia dla swoich słów.

– I co ten spasiony wieprz będzie z nim robił?!

– Dokładnie to samo, co ty. – Mężczyzna, nie przepuścił okazji aby dopiec swojej zirytowanej małżonce.

Suzann parsknęła śmiechem. Marta, gdyby nie chodziło o Kaja i nie była tak zmęczona, zrobiłaby to samo. Nie wiadomo, jak skończyłaby się ta słowna potyczka pomiędzy małżonkami, ponieważ Wiktoria już otwierała usta, zapewne z ciętą ripostą, gdyby nie wejście do saloniku starszego pana miarowo stukającego laską. Julien Sanders pojawił się w towarzystwie Martina i niewolnika niosącego na tacy dwa kieliszki czerwonego wina. Emanujący dostojeństwem starszy mężczyzna ignorując towarzystwo, podążył wprost do wtulonej w głęboki fotel dziewczyny.

– Panno Rays, jestem absolutnie pod wrażeniem! – Oddał laskę Martinowi i sięgnął do tacy po kieliszki. Podał jej jeden z nich i wzniósł toast. – Gratulacje! Wypijmy za ten spektakl ludzkiej próżności! To był prawdziwy majstersztyk. – Usiadł obok niej podekscytowany. – Twój dziad byłby z ciebie dumny.

– Dziękuję. – Ten człowiek podobał jej się coraz bardziej. – Jednak uważam, że jest pan dla mnie zbyt łaskawy.

– Moje drogie dziecko, możesz sobie uważać co chcesz, a ja swoje wiem. – Rozparł się wygodnie w fotelu i znudzonym wzrokiem przebiegł po twarzach obecnych. – Nie da się nie zauważyć, że pieniądze potrafisz robić jak mało kto, ale wirtuozeria, z jaką grasz zarówno na ludzkich emocjach, jak i cudzych portfelach, jest nieprawdopodobna.

Dawno nie otrzymała tylu komplementów, co dzisiejszego wieczora, i mile podrażniło to jej kobiecą próżność.

– To prawda, fascynujący wieczór… – wtrąciła ni stąd, ni zowąd Wiktoria, która trochę ochłonęła, chociaż w jej oczach ciągle gościł trudny do określenia błysk – coś pomiędzy zaskoczeniem i gniewną złośliwością. – Wejście z tym niewolnikiem na sam koniec… Po prostu przeszłaś samą siebie. – Wszystkie oczy zwróciły się ku niej, gdy usiadła nonszalancko na krześle podstawionym przez niewolnika i założyła nogę na nogę. – Wyobraź sobie teraz, kochanie, co by się działo, gdybyś wystawiła zupełnie innego niewolnika…

Po tych słowach zapadła dziwna, pełna napięcia i wyczekiwania cisza. Marta ożywiła się i zwróciła na rudowłosą pytający wzrok. Nie miała pojęcia, co ma na myśli, ale ton, jakim wypowiedziała to zdanie, wystarczył, aby skupiła na niej uwagę, na czym prawdopodobnie zależało kobiecie. Nie inaczej zareagowała Suzann i mąż Wiktorii, który jakby zbudził się z jakiegoś letargu. Natomiast reakcja Martina nerwowo przeczesującego włosy i napięte wyczekiwanie Sandersa, który zastygł z kieliszkiem w ręce, była co nieco zastanawiająca…

– Masz na myśli Drugiego? – spytała z ostrożną uwagą. Odniosła wrażenie, że właśnie dotknęła czegoś szczególnego.

Kobieta uśmiechnęła się wrednie.

– Bystra dziewczynka – pochwaliła. – Teraz pomyśl, kto nie chciałby zawalczyć o takiego niewolnika.

– Możesz jaśniej? Nie wiem, co masz na myśli – odparła zgodnie z prawdą. – Jakiego niewolnika?

– No właśnie! Jakiego?!

Jak na komendę, wszyscy odwrócili się w kierunku wejścia. Marta, zdążyła jeszcze ujrzeć, jak z twarzy Wiktorii odpływa wszystka krew i kobieta robi się momentalnie śmiertelnie blada.

Stał w drzwiach, niedbale oparty o framugę, ze zmierzwionymi włosami, kilkudniowym zarostem na ogorzałej twarzy i na wpół rozpiętej wojskowej kurtce. Morderczy, leniwy uśmiech i senne, szkliste spojrzenie złotych oczu skierowane było na jedną osobę…

– Cześć, braciszku!

.

Przeczytaj kolejną część – Arystokrata V

.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

.

Przeczytałeś? Zaloguj się i oceń tekst!

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Trudno czytać w odcinkach. Domyślam się wielu smaczków, ale brak czasu by skonfrontować podejrzenia, powtarzając lekturę poprzednich odcinków. Wiele nici ciągnie się ku wydarzeniom opisanym wcześniej, zapewne wiele połączy się z fabułą kolejnych części. Świat opowieści wcale tak bardzo nieskomplikowany, jakby się wydawało. Tyle próbuje wmówić nam Autor, jednocześnie podgrzewając temperaturę. Wracając do pierwszej uwagi, trzeba będzie kiedyś przeczytać całość. Wtedy zabawa rozwinie się do maksimum.
Na końcu mam jak zwykle wątpliwość, czy dałoby się pewne kluczowe fragmenty (dialogi) opisać zwięźlej, aby i mniej wyrobiony czytelnik nie tracił cierpliwości i nie uniknął znudzenia. Bo to nie jest lekki, łatwy tekst, acz intelektualnie pieszczotliwy, moim zdaniem.
Fragmentami wylata ponad poziomy, więc piątka to za mało.
Uśmiechy,
Karel

Karelu, masz rację nici przeplatają się i będą coraz częściej wiązać kilka wątków, póki co jesteśmy na samym początku opowieści.
Bardzo dziękuję za tak budujący komentarz i pozdrawiam.

Istotnie, ten odcinek wypadł obszerny. Ale też ukazuje różne mechanizmy opisywanego świata. Czyta się dobrze, widać dużą pracę włożoną w przygotowanie tego tekstu (w zestawieniu z poprzednią, znaną mi wersją). Autorka uchyla nieco rąbka tajemnicy, podrzuca różne tropy, inne sprawy z kolei gmatwa i ukrywa. Wzbudza ciekawość i każe z niecierpliwością oczekiwać na ciąg dalszy.

Dziękuję, Neferze 🙂 Cieszę się, ze ciągle oczekujesz na kolejne części.
Pozdrawiam.

Jak zwykle czekałam z utęsknieniem na kolejną część i powiem tylko jedno: Było warto!
Daję pięć gwiazdek i chylę czoła przed ogromną pracą, jaką włożyła Autorka, byśmy mogli zakosztować tej ambrozji 😉

Dziękuję za miłe słowa. Pozdrawiam. 🙂

Spodobało mi sie powiem nawet wiecej bardzo. Każda część opowiadania wypada lepiej od poprzedniej. Nie wydaje mi sie aby opisy były zbyt obszerne. Pomagają zrozumiec sytuacje w jakiej znalazła się Marta. Dzieki nim lepiej zrozumiec złożoność osobowoaści Marty oraz zadnia jakie przed nia stoi. Taki trudny wybór miedzy obowiazkiem , tradycja , a własnymi pragnieniami potrafi na zawsze zmienic człowieka. Własnie poprzednie części i obszernośc tej częśc wskazuje , że dobrze została do tego przygotowana przez dziadka i rodziców. Ciekawie zapowiada sie budowa koalicji do walki z trybunałem. Marta niespodziewanie zyskała potęznego sojusznika w tej rozgrywce szachowej 🙂 Masz ciekawy styl prowadzenia opowiadania podsycania ciekawości, który jest w niewielu opowiadaniach na NE.

lupus

Lupusie, Twoja obecność pod kolejną częścią mojego tekstu, to prawdziwa przyjemność. Jestem jedynie zawiedziona, że nie otrzymałam od Ciebie prezentu… 😉 Ale tak jak wspomniałam, cieszę się, że pomimo nie Twoich klimatów ciągle czytasz jeszcze Arystokratę. Pozdrawiam.

🙁 Mea culpa. Jak mogłem zapomniec o prezencie . Juz spieszę naprawić.

https://zapodaj.net/ad1ce07efa11c.jpg.html
…/Powstań i zajmij stanowisko
Stojąc ramię w ramię
Ponad popiołami
Walka
Do samego końca
I powinniśmy stanąć
Ponad popiołami …/

https://www.youtube.com/watch?v=CXWdKEB7o4A

Co do klimatów 🙂 Zmieniłąs formę uczłowieczylaś Arystokrate, to jak mogło się nie spodobać.
( po pierwszej części w moim komentarzu napisałem,że mało znaczy i nie bedzie miał wpływu na całość. Cieszę się że zmienilas jednak formę )
Cóz czytelnicy maja swoje preferencje 🙂 haha
Ania zagorzała feministka,nimofomanka lubiaca hard porno 🙂
Patrycja z problemem wyboru 🙂
i ja biedny żuczek lubiący bajki ;(

lupus

Drogi Lupusie, Żuczku ulubiony 🙂
Klimat się nie zmienił, forma pozostała ta sama, chociaż rzeczywiście ta część i wiele późniejszych są spokojniejsze i wyciszające. Arystokrata jest na samym początku historii i dużo będzie się działo. Mam nadzieję, że zadowoli takiego czytelnika jak Ania i takiego jak Ty Lupusie… o ile wytrwasz i nie obrazisz się na mnie.
Dziękuję za prezent i serdecznie pozdrawiam. 🙂

Lupusie, cóż Ty wiesz o moich upodobaniach? Czytelniczych oczywiście 🙂

HAHHA wiedziaaałem ,że odpowiesz 🙂 ” W tym sie grzebie to sie wie ” Zartuje sobie oczywiście 🙂 Komenatrze nieraz takie „oficjalne” , wydumane. Mozna albo trzeba wnieść troche humoru
Pati – życze miłego wieczoru

Jaki pokręcony i bezwzględny ten Twój wykreowany świat. Ale przez to jakże intrygujący. Jak w wytrawnym pokerze nie odsłaniasz od razu wszystkich kart, lubię ten niedosyt. Każdy coś skrywa, nikt nie jest takim, jakim na pozór się zdaje, choćby Robert, może ma też drugie, bardziej ludzie oblicze.

Zgrzytnęło mi tylko często nadużywane sformułowanie: „rozpadała się na tysiące kawałeczków”.

Witam Cię Patrycjo.
Jaki świat tacy ludzie w nim żyjący; nie jest prosty i nie jednoznaczne postacie. Robert… Marta… ich oblicza… to Raysowie! 😉
Dziękuję za komentarz i pozdrawiam.

Osobiście wolę więcej erotyki/porno, nawet kosztem fabuły, ale czyta się świetnie. Źrebaczek ze złamaną nogą był rozczulający…
Zacięłam się chyba tylko na jakimś czarnym warkoczu – Marta nie miała być blondynką? 😉

Aniu ta opowieść z założenia miała być krótka i nasycona erotyką a może nawet bardziej pornosem, jednak w pewnym momencie… wymknęła się z pod kontroli i stała powieścią z przewagą fabuły. Historia ze źrebaczkiem autentyczna 🙂
Pozdrawiam i dziękuję za komentarz.

Helloł Violett 😉
Opisy absolutnie nie są obszerne. To nie jest książka „akcji”, tylko „degustacji”. Zazdroszczę ci tej narracji trzecioosobowej. Możesz bezkarnie być jasnowidzem dla swoich bohaterów, zaglądać im do głów i powodować, że myślą to, co ty chcesz.

Witam Cię Tomaszu 😉
Nie ma co zazdrościć tylko też używać takiej narracji 🙂 szczególnie jak się chce posiąść władzę absolutną 🙂
Dziękuję za komentarz i pozdrawiam.

Mam siedzieć cicho, jak mi wytykasz niezdecydowanie? 🙂

Nie wnikajmy w czym się „grzebiesz” 🙂

Dobranoc

czytam i myślę. jak wymyślę to skomentuję.

Napisz komentarz