Nieznajoma nad jeziorem (Autorzy NE) Brak ocen

16 min. czytania

Źródło: Pixabay

Drogie Czytelniczki! Drodzy Czytelnicy!

Autorzy Najlepszej Erotyki uwielbiają bawić się słowami na wszelkie możliwe sposoby. Tym razem po raz pierwszy postanowiliśmy napisać coś wspólnie, w czasie rzeczywistym, wręcz wchodząc sobie nawzajem w klawiaturę, skreślając, poprawiając, rozbudowując coraz bardziej absurdalną opowieść. Być może uda Wam się wyśledzić w tekście poszczególnych autorów… ale uprzedzamy, że nie będzie to łatwe, bo nad jednym zdaniem mogło pracować jednocześnie kilka osób.

Mamy ogromną nadzieję, że czytając niniejsze opowiadanie, będziecie bawić się choć w połowie tak dobrze jak my podczas jego tworzenia. Życzliwie Wam tego życzymy!

.

Choć obiecywano piękną pogodę, niebo zasnuwały gęste, stalowoszare chmury niemo grożące ulewą na miarę potopu, a wiatr groźnie szarpał koronami drzew, przeszywając ludzi niemal na wylot. Na końcu pomostu, mocząc stopy w chłodnej toni, siedziała Ewa. Zdawać by się mogło, że to ona przywołała deszcz, znacznie lepiej niż słońce pasujący do jej nastroju.

Przyjechali tu razem, po niespełna trzech latach, żeby wspominać Marka, ale większość z nich już dawno o nim zapomniała. Prawdopodobnie wszyscy poza nią i Jackiem, jego starszym bratem. Niebezpiecznie podobnym zresztą. Były momenty kiedy pragnęła zapomnieć o tragedii i wtulić się w silne ramiona chłopaka, udając, że to ciągle ten sam…

Właśnie dlatego uciekła, wyjechała jak najdalej. Dlatego ścięła swoje piękne, długie włosy, zostawiając jedynie trzymilimetrową szczecinę. Dlatego przestała nosić sukienki, ukrywając się w obszernych, czarnych swetrach. I dlatego zamknęła w ponurych czterech ścianach, nie uznając żadnych rozrywek. Kto jak kto, ale ona musi pamiętać. Zawsze.

Tuż przed wyjazdem umówiła się na wykonanie tatuażu. Po prostu daty. Na przedramieniu. W miejscu, które będzie oglądać codziennie, aż do śmierci. Jak Bóg da, nie potrwa to długo.

Wiatr tężał. Wzburzona woda z głośnym szumem rytmicznie uderzała w brzeg, pozostawiając białe pasmo piany. Z oddali dobiegł stłumiony grzmot, zwiastun nadchodzącej burzy. Pomimo pozornej obojętności na otaczającą ją rzeczywistość, Ewa przytomniej rozejrzała się wokół. Dostrzegła na przeciwległym brzegu sylwetkę samotnego wędkarza. Wydał jej się przez chwilę kimś w rodzaju cichego sprzymierzeńca. Z równym spokojem wyczekiwał zbliżającej się nawałnicy.

Nawałnica na moment się uspokoiła. Pierwsze krople deszczu znaczyły falującą powierzchnię jeziora. Niespodziewanie w ciemną toń uderzyła błyskawica. Ułamek sekundy później przeciągły grzmot wypełnił powietrze hukiem. Mimowolnie drgnęła zaskoczona. W pierwszej chwili próżno starając się przełamać pierwotny instynkt, chciała uciec z pomostu. Spojrzała na wędkarza. Nic w jego postawie nie uległo zmianie, jedynie głowę wzniósł ku niebu. Cała groza burzy zdawała się go fascynować. Jak ona był niemym widzem zafundowanego przez przyrodę widowiska. Powrócił wiatr w sukurs rosnącej w siłę ulewie.

Już kiedyś mokła na tym pomoście, ale wtedy obok był Marek, czuła ciepło jego ciała. Tuląc ją w objęciach, powstrzymał przed szukaniem schronienia, gdy nad ich głowami szalał żywioł. Jej obawy zbył śmiechem. Musnął ustami mokry policzek…

* * *

– Niech to szlag trafi – wymamrotał pod nosem wędkarz Adam, stosownie do sytuacji. – Znowu będę musiał wyczesywać brodę! – Szybkim ruchem zapiął kurtkę i naciągnął na głowę kaptur. Wtedy ją zobaczył. Samotnie siedzącą na pomoście. – Ach, te baby są stuknięte – pomyślał, uświadamiając sobie, że taka jedna czeka na niego w domu. Mówiąc „taka jedna”, miał oczywiście na myśli swoją wredną rudą kotkę, która od kilku lat była jedyną towarzyszką jego codziennych zmagań z życiem. – Stuknięte i lekkomyślne – dodał po chwili.

Kto w taką pogodę w ogóle decyduje się na siedzenie na otwartej przestrzeni?!? Jego chroniły topole, rosnące w prostej linii wzdłuż całego brzegu. Wiedział, że najgorsze, co mu grozi, to przemoczone ubranie, które zresztą dla doświadczonego amatora moczenia kija nie jest niczym nowym. To drzewa, ze względu na swoją wysokość i strzelistość, byłyby pierwszymi – i zapewne jedynymi – ofiarami niszczycielskich wyładowań. Ale ona… ona zachowywała się co najmniej nierozsądnie!

Spławik drgnął. Nieznacznie zanurzył się pod wodę i zamarł w bezruchu. Adam energicznie zaciął i jeszcze raz rzucił okiem na pomost. Dziewczyna smagana deszczem nadal tam tkwiła.

Przeciągły jęk przeszył powietrze i niczym bat na skórze wieśniaka, odcisnął bolesną pręgę w uszach niemych świadków. Zaraz potem dźwięk zmienił się w długi skowyt, by po chwili przybrać właściwą sobie intonację. Wycie syreny alarmowej mogło o tej porze oznaczać tylko jedno.

– Szlag by to trafił – ponownie mruknął wędkarz.

Przez moment jeszcze patrzył na kołyszący się na falach spławik, po czym uznawszy, że tego ranka raczej nic nie złowi, zwinął żyłkę i odłożył wędkę na bok, przykrywając ją zielonkawym brezentem z ciemnym emblematem przypominającym prężącego się do skoku dzikiego kota. Wszyscy znali ten symbol, a zwłaszcza zwyczaje wędkarza. Nikt też nie zapuszczał się na tę stronę jeziora. Mała była więc szansa, by wędka znikła. Ryk syreny przybrał na sile.

– Idę, już idę – warknął rozeźlony.

Zerknął jeszcze w kierunku drugiego brzegu. Nadal tam siedziała, jak gdyby nieprzyjemna aura nie robiła na niej najmniejszego wrażenia. Ledwie ją dostrzegał wśród smug deszczu. O tej porze roku taka pogoda była ewenementem, jednak ostatnimi czasy wszystko wydawało się jakieś inne. Ona doskonale wpisywała się w tę odmienność. Na moment poczuł nawet sympatię do nieznajomej. Też by chciał tak sobie bezmyślnie posiedzieć. Choćby bez słów. Szczególnie tuląc mocno do piersi taką drobną istotkę. Ryk syreny przerodził się w potworny zgrzyt, wybijając go z zadumy.

– Może będzie tu później – pomyślał przelotnie, wsiadając na wysłużony motor. Zerknął jeszcze raz w jej kierunku, zły na siebie za przesadne zainteresowanie. Zdecydowanie za ładna jak dla niego.

Pięć minut później, gdy mokrą, popękaną przez lata szosą pędził w kierunku Kurkowic, jego głowę wciąż wypełniały myśli o tajemniczej nieznajomej. Prawie wjechał na postać, która nagle pojawiła się na drodze tuż przed nim. Ledwo wyhamował. Wściekły na nieostrożnego przechodnia, zdjął kask i już miał obrzucić człowieka stekiem wyzwisk, gdy zorientował się o kogo chodzi.

– Niech będzie pochwalony. Mało księdza nie przejechałem – powiedział na tyle łagodnie, na ile było to możliwe przy równie wzburzonej krwi.

– Mnie nie jest tak łatwo rozjechać, młodzieńcze. – Ksiądz zamachał góralską laską, którą nosił zawsze przy sobie, dosięgając boleśnie grzbietu Adama. – Ale ty, cholero jedna, mimo wszystko próbowałeś! – Duchowny nie krył oburzenia. Kiedy już rozładował swoją złość, spokojniejszym głosem spytał: – Nie widziałeś nad jeziorem młodej dziewczyny?

– Na pomoście jakaś siedziała. – Adam rozcierał bolące ramię. Laska ponownie wylądowała na jego grzbiecie, a w głosie księdza znów zaczęło narastać wzburzenie.

– Co z ciebie za chłop! Zostawić dziewczynę samą w taką ulewę. Jazda! Masz ją zaraz przywieźć na plebanię!

– Ale pożar… – Adam próbował nieśmiało zaprotestować.

– Jazda! Bo jak nie… – Ksiądz po raz kolejny zamachnął się laską.

* * *

Motor rzępolił jak rura w łazience. Tak, nadal to pamiętał, nie spał wtedy dobry tydzień. Do tego hamulec obcierał i szedł dym z tylnego koła. Do pomostu na szczęście było tylko kilka minut jazdy.

– Co za rzęch – pomyślał. – Obym tylko dojechał.

Nad jeziorem jednak nikogo już nie było. Mimo wszystko zsiadł z motoru i poszedł w kierunku pomostu. Kucnął, wpatrzony w toń wody i zaciągnął się głęboko, jakby mając nadzieję, że nie znikła jeszcze woń dziewczyny. Delikatna, ulotna.

– Jaśmin – mruknął, poznając zapach.

Znał go doskonale. Tamtego lata ten zapach był jego zapachem…

Gdzie się mogła podziać? – zaczął się zastanawiać. Wspaniale byłoby zamienić ostrość wzroku na lepszy węch. Zwykły kundel bez problemów poradziłby sobie w takiej sytuacji. Z zadumy wyrwał go dopiero warkot motoru. Odwrócił się błyskawicznie, dziewczyna pomachała mu ręką i zakręciła manetką. Silnik nabrał obrotów i motocykl ostro skoczył do przodu.

– Powodzenia – mruknął rozbawiony.

Wiedział, że paliwo skończy się za niespełna pięć kilometrów, a wtedy będzie akurat w lesie, daleko od cywilizacji. Zwłaszcza jeśli ma zamiar nadal podążać w kierunku, który wybrała. Ruszył więc pieszo jej śladem, nie spiesząc się specjalnie. Obliczył, że czterdzieści minut powinno wystarczyć.

* * *

Ewa niezdarnie próbowała uruchomić motocykl, nie dostrzegając zbliżającego się Adama.

– Nie ma paliwa – rzucił niby od niechcenia, dotykając już jej ramienia.

Odwróciła się gwałtownie, puszczając motor.

– Spadaj, zboczeńcu! – wrzasnęła.

– Nie ma mowy. Wzięłaś coś mojego, więc teraz ja odbiorę sobie coś twojego.

Popatrzyła na niego z nienawiścią w oczach. Wolno wsunęła dłoń w kieszeń spodni, wyciągając z niej nóż myśliwski z białą rękojeścią.

– No dalej, śmiało, bierz!

Pochylił się tak, że ostrze dotknęło jego krtani. Wpatrywał się wprost w jej oczy, szukając w nich śladu obłędu. Nic takiego jednak nie znalazł. Nie była szalona. Raczej przestraszona i… Tak, to chyba była ciekawość. Albo stawiane mu wyzwanie. Mimo wszystko zachowała na tyle ostrożności, by móc w każdej chwili się obronić. Dźgnąć i odjechać, zostawiając na miejscu narzędzie, porzucone gdzieś pośród listowia. Naparł mocniej. Czuł, że jeszcze trochę, a błyszcząca stal wbije się w ciało.

– Rozbieraj się – wysyczała przez zęby.

– Co? – Uniósł w zdumieniu brwi.

– Słyszałeś! – Tym razem wydała mu się zdecydowanie bardziej stanowcza. Oczami wyobraźni widział już, jak przewraca go nagiego na runo leśne, nie przejmując się sporą ilością szyszek mogących wbijać się boleśnie w tyłek i plecy, zsuwa własne spodnie a później nadziewa jednym, płynnym ruchem na wyprężonego penisa. Uśmiechnął się z triumfem. Ciekawość wygrała – cokolwiek zamierzała z nim zrobić. Zrzucił ubranie i bezwstydnie wyciągnął ku niej dłonie.

– Co robisz?! – spytała oburzona.

– Jak to co? Zaspakajam twoją… ciekawość – wymruczał zmysłowo.

– Jedyne, co mnie ciekawi – zaczęła, zbierając jego ubranie – to to, ile ci zajmie droga do miasta w tym stroju – oznajmiła, po czym odwróciła się na pięcie i zniknęła w gęstwinie. Nie był w stanie jej gonić, bo zabrała również buty.

Ulewa nie ustawała. Błądził lasem przez kilka godzin. W końcu wyczerpany i zziębnięty trafił na polankę, gdzie rosły rubinowe jagody. Zjadł kilka, położył się i zasnął.

– To on. – Obudził go głos dziewczyny pachnącej jaśminem.

Leżał na łóżku, a nad nim, obok Ewy, stała wielka, tęga kobieta, ostrząca ogromny nóż.

– Jesteś pewna? – zapytała tubalnie.

– Tak, to on chciał mnie zhańbić!

Zhańbić? Zdziwił się delikatnie, mówiąc. No nie! Przecież nie żyjemy w średniowieczu! Spróbował wstać, zaprotestować, powiedzieć, że to ksiądz kazał, że on nie takie miał zamiary, ale zakneblowano go jakimiś szmatami, a skepowane ręce przywiązano do konstrukcji mebla.

– Swoją drogą miałby czym – stwierdziła z uznaniem wielka, tłusta baba, sprawdzając jednocześnie ostrze na swoim kciuku.

– Obżarł się twoich rubinów. Po takiej dawce każdy miałby czym – lekceważąco skwitowała młoda.

– Mam nadzieję, że trochę zostawił. Dziadki dziś przychodzą na remika.

– Grasz z tymi oszustami? – zdziwiła się jaśminówka.

– Pogrywam – odparła kobieta, pochylając się nad przybłędą.

Adam zasnął. Zdecydowanie za dużo było tego wszystkiego jak na jego nerwy. Niestety, śniło mu się, że przysłuchiwał się konwersacji pań z coraz większą konsternacją. Rozmawiały o nim? O jego wielkiej, twardej pale, sterczącej teraz ku pochmurnemu niebu bez konkretnej przyczyny? Te jagódki rzeczywiście musiały mieć magiczną moc – nie pamiętał, kiedy ostatnio tak mu stał. Szczerze mówiąc w ogóle nie pamiętał, kiedy mu stał… Może jakieś dziesięć lat temu, jeszcze zanim żona uciekła z młodszym. Później erekcje bezpowrotnie zanikły…

Kiedy się obudził… Co to w ogóle za sen? Taki bezpośredni… Bezpowrotnie utracone erekcje… Cały aż się spocił… Ręce nadal miał skrępowane, a kobiet nie było. Zaczął nerwowo sprawdzać, czy wszystko ma na swoim miejscu, podskakiwał na łóżku i wiercił się niecierpliwie. Wyglądało na to, że oszczędzono, co trzeba, a ostrze wróciło na swoje miejsce: do kuchni. Tylko gdzie teraz był? Czemu zamknięto go w małym, ciemnym pokoiku z zakratowanymi oknami?

Zdecydowanie miały wobec niego jakieś szerzej pojęte plany. No cóż, będzie musiał to jakoś znieść. Najważniejsza była integralność cielesna, a skoro udało mu się ją zachować, później będzie się zastanawiał, co dalej. Nie z takich tarapatów wychodził.

Trzeba tylko uważać na noże! Nagle zadrżał – przecież mogły pójść do kuchni po widelce! I wykorzystać pierwszą nadarzającą się okazję do wydziergania mu jakiegoś napisu. Jaki byłby z niego mężczyzna, gdyby nie poradził sobie z dwiema uzbrojonymi w widelce kobietami, w tym jedną sprawiającą wrażenie kruchej niczym jaśminowe szkło.

Przyszła mu do głowy scena. Jaśminowe szkło i jego usta wypełniające jej wnętrze kropelkami ciszy, szeptami samotnego wzruszenia. Źrenice roztańczone chciwością smaku zawirowały mu przed oczyma. Spragniona powietrza wbiła w niego swoje wargi.

Nagle na oczy spadła mu jakaś płachta. Było to tak niespodziewanie i zaskakujące, że nawet nie zdążył zareagować. Nim zdecydował się odezwać, czyjaś dłoń złapała go u dołu i ścisnęła z siłą imadła. Ból był tak silny, że tchu mu zabrakło, a szmata wciśnięta w usta dotarła aż do gardła.

– Czas zająć się naszym kochasiem – usłyszał stłumiony płachtą głos grubej.

* * *

Tymczasem deszcz z wolna ustawał. Jacek z przyjaciółmi zaczął szukać Ewy. Ich uwagę szybko przyciągnęły ślady opon, niestety urywające się przy motocyklu porzuconym w środku lasu. Rozglądali się nerwowo, ale silny deszcz zmył wszelkie wskazówki. Jedynie na poboczu dostrzegli niewyraźne ślady bosych stóp. Wydało im się to wszystko bardzo dziwne. Bardzo, ale to bardzo…

Nie wiedzieli do czego jest zdolna, ledwie trzy miesiące temu wyszła z psychiatryka. Sławek słusznie zauważył, że nie powinni byli jej tu zapraszać, w końcu przyczyniła się do śmierci Marka. Jaki facet nie straciłby panowania nad kierownicą, kiedy dziewczyna próbuje odgryźć mu fiuta?

Na samo wspomnienie włos jeżył się na głowie. Karambol. Policja, sanitariusze i lekarz zdumieni widokiem nieprzytomnej dziewczyny z kawałkiem penisa w zaciśniętych ustach. Nie, tego nie da się zapomnieć. Tak się składa, że Sławek jako ratownik medyczny był jednym z pierwszych, którzy dotarli na miejsce wypadku. Długo nie mógł sobie poradzić ze wspomnieniem zmasakrowanego ciała przyjaciela.

– Powinniście byli lepiej pilnować tej przeklętej psychopatki! – wykrzyczała Ala.

Nigdy nie lubiła Ewy, tym bardziej nie miała zamiaru wybaczyć piekła, które z jej powodu zafundował wszystkim Jacek.

Deszcz znów zaczął się wzmagać. Nagle niebo przeszyła rozjaśniająca okolicę błyskawica.

– O mnie mówicie? – spytała Ewa, stając kilkanaście metrów przed nimi.

– Rany boskie! – Ala złapała się Sławka.

– Puść, dziewczyno, bo mi coś urwiesz – Sławek próbował się wyswobodzić z panicznego uścisku.

Ewa tymczasem roześmiała się głośno.

– Puść, dziewczyno, puść. – Chłopak nie mógł się wyswobodzić.

– Zabijmy ją – wyszeptała mu do ucha Ala. – Zabijmy, zanim poczujesz jej woń i zgłupiejesz jak reszta.

– Co ty opowiadasz, dziewczyno?!? – Sławek się wystraszył. – To był zwyczajny wypadek, wybój na drodze, każdej może się przytrafić. Poza tym ona tak cudownie pachnie jaśminem…

Ala z przerażeniem obserwowała, jak chłopak się zmienia. Jego zwykle uważne oczy stawały się maślane i bezmyślne, a dotychczas skupione oblicze rozluźnione. Brakowało tylko, żeby wywalił język i zaczął się ślinić!

– Sławek, ocknij się, słyszysz? – Szarpała jego ramię, ale on nie reagował. – No dalej, Sławek, opowiem ci historię. – Nie wiedziała już, czego się chwycić.

– Alicjo, szkoda, że nie pachniesz jaśminem. – Westchnął tylko ciężko.

– Do mojego rodzinnego miasteczka przyjeżdżał teatr na kółkach. Wiesz, co to jest, prawda? – Liczyła na nawiązanie jakiegokolwiek kontaktu, nie mogła teraz pozwolić całkiem mu odpłynąć…

– Wędrowna trupa? Paczka aktorów bezrobotnych? – spytał niezbyt przytomnie.

– No nie, raczej przedsiębiorczych. – Usilnie próbowała wciągnąć go w rozmowę, bez względu na to, jak bardzo absurdalna by ona nie była.

– To taki cyrk?

– Ależ gdzie tam, mówię przecież, że teatr! – Udała rozdrażnienie. – Scena i aktorzy-udawacze. Czego nie rozumiesz w słowie teatr?

– No już rozumiem. No i co z tym teatrem? – Wcale nie była pewna, że rozumie, ale jednak uśmiechnęła się do siebie, bo wyglądało na to, że Sławek do niej wraca.

– W moim miasteczku nie było miejsca na rozstawienie sceny, właściwie to było tylko jedno, dokładnie naprzeciw kościoła.

– Hmm, proboszcz pewnie nie był zachwycony?

– Zgadza się. Zabronił im się rozbić, więc zrobili to poza granicami miasteczka. Na szczęście i tak przyszło dużo ludzi. I oni temu księdzu na złość wystawili przedstawienie o księdzu.

– Księdzu o księdzu?

– Zgadza się. – Uśmiechnęła się, była już spokojna. – Że mu tam ktoś obcy śliwki wrzucał z sadu przez okno do samochodu. On tymczasem na plebani ze zdziwieniem obserwował rozpromienioną twarz gospodyni. Tęga kobieta poruszała się jak baletnica. Z uśmiechem na twarzy, którego nie widział od dawna, zastawiała stół potrawami.

Woń pieczystego była oszałamiająca. Jeszcze nie tak dawno żywił się niemal wyłącznie sucharami. Sroga zima, podczas której na swej drodze między kościołem a centrum wsi nie uświadczył żywej duszy, stanowiła okres postny. Wiosną jadłospis powiększył się o cienkie plastry wędliny. Wtedy też pojawiali się pierwsi turyści, lecz nie znalazłszy nic ciekawego w małej miejscowości, kontynuowali wędrówkę. Teraz, gdy lato było w pełni, na stole lądowały ogromne kawały mięcha w owocowych zalewach. Pysznie przyprawione, rzuciłyby na kolana nawet mistrza kuchni. Przybywający do pobliskiego drewnianego sanktuarium pielgrzymi często korzystali z dobrodziejstw księżowskiego ogrodu. Bywało też, że zostawali na noc w plebani. Co nieco go smuciło, rankiem odchodzili bez pożegnania, znikali bez śladu, jakby nigdy ich nie było.

Ksiądz lubił dobrze zjeść. Lata posuchy w seminarium odbijał sobie teraz z nawiązką. Podobnie jak jedzenia, tak i innych przyjemności sobie nie odmawiał. W jego piwniczce można było znaleźć same dobre roczniki. Słodkie wina w kolorowych etykietach z południa Europy i nieco bardziej wytrawne z Francji stały obok wielkich, dębowych beczek z rodzimym trunkiem. Osobny regał przeznaczony na czyste alkohole był tylko w połowie zapełniony. Wielebny wolał smakować je do obiadu.

Nieco stłumiony hałas wyrwał go z zamyślenia. Spojrzał przytomniejszym wzrokiem na spoczywającą na klęczkach gosposię, zbierającą turlające się po podłodze winogrona. Jej ciemnoczerwona spódnica zawinęła się lekko do góry, ukazując blade uda. Przełknął głośno ślinę. Zatoczył się z wrażenia, złapawszy po omacku poręcz fotela i klapnął na niego ciężko. Ani na moment nie stracił z pola widzenia smacznego widoku. Z tej perspektywy dojrzał nawet ciemność rysującą się na tle różowych majtek gospodyni. Z boku wystawało kilka kędziorków. Wielebny poczuł, jak pod sutanną budzi się z dawna niewyczuwany potwór. Podczas studiów chełpił się największym przyrodzeniem wśród studentów, co nader często wykorzystywali nauczający profesorowie.

Kiedy gospodyni, mamrocząc coś pod nosem, wciąż szukała winogron, ksiądz rozparł się wygodnie i rozłożył szeroko nogi, pozwalając, by penis stanął mu bez przeszkód. Luźny materiał jego wierzchniej szaty utworzył wielki namiot. Wiedział, że ma pod spodem tylko cienkie gacie, wystarczyłoby zatem, by rozsunął nieco materiał sutanny…

– Pomoże mi ksiądz? – spytała gospodyni, nie podnosząc się z kolan. Z głową wciąż pod stołem wyciągała do tyłu rękę, trzymając w niej kilka owoców.

Mruknął coś niezrozumiale, zsunął się z fotela i zbliżył do niej od tyłu. Jej słodkie gniazdko było na wyciągnięcie ręki. Członek drgnął jakby żył własnym życiem, niczym wąż, który właśnie wyczuł bliskość ofiary. Wystarczyło tylko rozpiąć dwa guziki sutanny, odsunąć okrywający go cienki materiał i…

– No co ty, Ala, przecież to ksiądz był! Poczciwy, taki z laską. Gdzież on tam by do gospodyni startował! – oburzył się Sławek, który znany był z szacunku, jakim darzył kler.

– No przecież mówię, głąbie, że to przedstawienie było. – Dziewczyna roześmiała się dźwięcznie. – Jaśmin ci całkiem do głowy uderzył!

– Jaśmin? Jaki jaśmin? – Sławek nerwowo zamrugał oczyma.

– Wszystko Ci się poplątało, ale to dobrze. – Pokiwała głową z politowaniem.

– Chodźmy dalej, nic tu po nas. – Chwycił Alicję za rękę i pociągnął w stronę pensjonatu.

Żadne z nich nie zauważyło, w którą stronę podążyła Ewa. Alicja wiele by dała, żeby ta wiedźma raz na zawsze zniknęła z jej życia. Sławek, gdyby pamiętał, że kogoś szukali, bez wątpienia nie poddałby się teraz. Jak wszyscy koledzy, lubił Ewę i szczerze współczuł jej po śmierci Marka. Czasem miał wrażenie, że rozpadła się wtedy na milion małych kawałeczków, a części z nich nie odnalazła po dziś dzień, choć przecież czas żałoby dawno już minął. Czy naprawdę można kochać kogoś tak bardzo, żeby nie wyobrażać sobie życia bez niego? Nie wie, nigdy nie czuł, że dla kogokolwiek znaczy tak wiele…

Ewa doskonale zdawała sobie sprawę z wrogości Alicji, nawet gdy ta nie próbowała nikogo nakłonić do morderstwa. Wycofała się w zarośla nie ze strachu – śmierć mogłaby być wybawieniem od drzemiących w niej demonów – ale żeby nie psuć niepotrzebnie znajomym humoru. Bez niej będzie im lepiej. Poza tym zostawiła tego zabawnego brodacza sam na sam z Grunhildą, a tej do głowy przychodzą czasem naprawdę chore pomysły. Może jeszcze nie ugotowała z biedaka gulaszu…

Poznały się w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym, do którego trafiła w ciężkiej depresji. Starsza koleżanka się nią zaopiekowała, niemal jakby była jej własnym dzieckiem. Dopiero wychodząc na wolność, zdradziła, że uwięziono ją za wylanie wrzącego oleju na plecy ojczyma. Drań zasłużył, wielokrotnie ją gwałcił, czego niestety nigdy mu nie udowodniono.

Musiała przyznać, że nie zdziwiło jej, gdy zastała Grunhildę nad nagim, związanym mężczyzną, jedną dłonią głaszczącą sztywne przyrodzenie, a w drugiej trzymającą nożyce do strzyżenia owiec. Szalony wyraz oczu sugerował, że zastanawia się: ciąć czy się bawić. Wędkarz rzeczywiście stanowił kuszący widok. Wysoki, barczysty, z silnymi nogami i – jak widać – mocarnym korzeniem. Może lepiej, że zarośnięta twarz pozostawała przykryta.

Łagodnie wyjęła koleżance narzędzie z dłoni, ale zaraz potem uśmiechnęła się szelmowsko. W zasadzie to czemu miałaby go nie nastraszyć? On, zakłócając rykiem silnika spokój ponurych przemyśleń, omal nie przyprawił jej o zawał.

Zamknęła nożyce i tępą stroną przejechała po wewnętrznej stronie uda. Mężczyzna zadrżał i wydał z siebie trudny do zdefiniowania jęk. Umięśnione ciało napięło się, ale o dziwo nie próbowało walczyć z więzami. Odebrała to jako zachętę.

– Nie boisz się? – W jej głosie było więcej czułości i troski, niż chciała w niego wlać. – Przecież teraz możemy zrobić z tobą wszystko. Jesteś bezbronny…

W odpowiedzi przełknął jedynie głośno ślinę. Miała ochotę podnieść płachtę i sprawdzić, co maluje się na jego brodatej twarzy, ale Grunhilda odciągnęła jej uwagę, wskazując na sterczącego członka. Był teraz znacznie większy, choć nie wierzyła, że to możliwe, a na czubku perliła się kropelka rosy. Więc to tak, pomyślała przelotnie i przejechała chłodnym metalem do samego krocza.

– Zaręczam, że powinieneś się bać – wyszeptała prosto do ucha swojej ofiary. – Ona baaardzo nie lubi mężczyzn, odkąd kiedyś jeden z nich zrobił jej krzywdę.

Zacisnął zęby, by z wrażenia nie stracić przytomności – niestety, nie udało się… Po chwili wszystko wyglądało inaczej. Panował nieznośny upał, a białe ścianki pomieszczenia, w którym aktualnie przebywał, nie dawały wystarczającego chłodu. W rogu pomieszczenia siedziała kobieta i tkała jakiś materiał.

– Gdzie ja jestem? – spytał słabym głosem.

– Na południe od Tesalii – odpowiedziała mu, choć dałby sobie głowę uciąć, że była cudzoziemką. Chciał wstać.

– Nie, nie… Jeszcze za wcześnie, zaczekaj. – Kobieta porzuciła tkanie i przyskoczyła do niego. – Musisz leżeć, jeszcze jesteś słaby.

– Kim jesteś? – spytał.

– Jestem konkubiną pana domu, mam na imię Ligia.

– Ładne imię – wyszeptał – i cudowny głos.

Uśmiechnęła się.

– Leż jeszcze, nie wolno wychodzić.

– Dlaczego nie wolno? – Wszelkie zakazy działały na niego jak płachta na byka. – Kto tak powiedział?

Ligia spojrzała na wyjście.

– To zabronione.

– Przez kogo? – zaczął coraz głośniej domagać się odpowiedzi.

– Śpij – powiedziała rozkazująco i położyła mu dłoń na oczach. Wszystkie problemy zniknęły w jednej chwili.

Kiedy następnym razem uniósł powieki, rozejrzał się półprzytomnie. Poczuł, jak ciepłe strużki potu spływają mu po plecach.

– Matko Boska! Musiałem przysnąć – pomyślał i nadal nie mógł opanować drżenia. – Co za koszmary mi się śnią!

Spojrzał na przeciwległy brzeg. Za zasłoną deszczu dostrzegł niewyraźną postać siedzącą na pomoście. Gdzieś w głębi umysłu poczuł rosnące przerażenie.

– Żelazko! Zostawiłem włączone żelazko!

.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Let inside jokes remain inside.

boskie, dzięki!

Cudaczne, lepiej spuśmy na to … zasłonę milczenia.

Rwane jak mysli szalonego czlowieka . Trudno odróżnić real od fantazji. Przeczytalem z zaintetesowaniem

Napisz komentarz