Dogonić śmierć III (Batavia) Brak ocen

11 min. czytania

przeczytaj pierwszą część cyklu

.

W posępnym półmroku skał zatrzymała wierzchowca i płynnym ruchem zsiadła, zręcznie uwalniając nogi ze strzemion. Była niska i zgrabna, co jeszcze bardziej podkreślał ciemny strój. Ubrana po męsku, zamiast sukni nosiła ciasno opinające nogi spodnie, wsunięte w buty z ciemnej skóry, których cholewy sięgały prawie do kolan. Czarna koszula wystawała spod ciemnobrązowej kurtki. Na głowie nosiła kapelusz z szerokim rondem, skrywający twarz w cieniu. Niesforne włosy kruczej barwy spływały kaskadą loków na plecy. Spodnie podtrzymywał szeroki, skórzany pas, zakończony na jednym z kształtnych bioder kaburą, z której wystawała bogato inkrustowana rękojeść rewolweru. Nie było widać w jej ruchach osłabienia. Wręcz przeciwnie – zachowanie zdradzało niezwykłą siłę, równocześnie nie ujmując nic z kobiecego wdzięku.

Stanęła z rękami wspartymi na biodrach, rozglądając się wokół. Ze swojego punktu obserwacyjnego Henry dostrzegł, że sięga do kieszeni kurtki i wyciąga jakąś szmatę. Rozłożyła ją na dłoni i uważnie studiowała. Zdał sobie sprawę, że to, co brał za płótno, to prawdopodobnie mapa. Kilkukrotnie kobieta odrywała wzrok od trzymanej płachty, szukając wśród załomów skał jakiejś wskazówki. W końcu schowała ją do kieszeni i ruszyła w kierunku podnóża zbocza, którego szczyt kształtem przywodził na myśl indiański wigwam. Zaczęła się wspinać, przylegając całym ciałem do pionowej ściany. Pokonywała drogę bardzo wolno. Wąski występ tworzył naturalną półkę, wiodącą do szczytu. Miejscami rosły na niej rude krzewy zagradzające przejście. Wokół panowała przygnębiająca cisza. Żaden szelest nie wskazywał na obecność jakiejkolwiek zwierzyny. Nad wąwozem nie przeleciał żaden ptak. Nic nie mąciło ponurej atmosfery. Po półgodzinie mozolnej wspinaczki, kobieta zatrzymała się i powtórnie wyciągnęła z kieszeni mapę. Na chwilę kucnęła pod ścianą. Zastanawiał się właśnie, co zamierza, gdy zniknęła. Zaskoczony oderwał lornetkę od oczu, przetarł je i ponownie przyłożył.

– Hmm… – mruknął do siebie – czyżby znalazła wejście…?

Uderzył mustanga łydkami i ruszył do podstawy mrocznej turni. Nie był to zjazd, a osuwanie się wierzchowca wraz z odłamkami skał na dno wąwozu. Zatrzymał Czarta obok srokacza kobiety. Zsiadając, wyciągnął winchester i szybkim krokiem skierował się do ścieżki.

Wspinaczka okazała się nadzwyczaj niebezpieczna. By nie odpaść od pionowej ściany, mając pod stopami wąski występ, zmuszony był trzymać się obiema dłońmi nierówności. Już po paru krokach zdecydował się odstawić winchester. Zdzierając palce do krwi, aż ręce zaczęły omdlewać z wysiłku posuwał się naprzód. Czasami trafiał na dający pewniejsze oparcie stopom, szerszy kawałek ścieżki, który pozwalał na chwilę odpoczynku. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, dlaczego tak ospale poruszała się ścigana.

Kamienny szlak rozszerzył się zupełnie niespodziewanie za kolejnym załomem skalnym w szeroką na metr półkę, porośniętą krzewami uzbrojonymi w ostre kolce. Teraz już szybko, lawirując pomiędzy nimi, dotarł do miejsca, gdzie zniknęła czarnowłosa. Tu droga urywała się i opadała pionowym urwiskiem do podnóża zbocza. Nie dostrzegł żadnej szczeliny czy czegokolwiek, co wskazywałoby na możliwość przejścia dalej. Przez parę minut stał skonsternowany. Cofnął się kilka kroków i zaczął uważnie studiować bazaltową płaszczyznę, szukając sam do końca nie wiedzieć czego. Na pierwszy rzut oka niczego szczególnego nie zauważył. Stał zakłopotany, próbując przypomnieć sobie, co białooka robiła przed zniknięciem. Kucnął podobnie jak kobieta i uważnie przyglądał się skałom. Na poziomie ścieżki ujrzał zatarty symbol wykuty w skale: kółko z rozchodzącymi się promieniście kreskami. Naparł na niego mocno dłońmi, a ciemna powierzchnia drgnęła i nieznacznie odchyliła do środka. Było to tak niespodziewane, że zawahał się. Wyciągnął rewolwer z kabury. Nacisnął mocniej i wśliznął się w ciemność. Przytrzymał skalne wrota przez chwilę, uważnie spoglądając w rozświetloną słonecznym światłem otchłań. Wąski tunel ginął po kilku metrach w nieprzeniknionym mroku.

Puścił skałę, a głaz z głuchym łoskotem przesłonił wejście. Henry wyprostował się, trzymając się dłonią chropowatej ściany. Nasłuchiwał, lecz żaden dźwięk nie zakłócał panującej tu ciszy. Wyciągnął zapałkę z kieszeni, potarł i nikły płomyk wypełnił najbliższe otoczenie. Ruszył powoli w głąb tunelu. Już po kilkudziesięciu metrach korytarz zaczął opadać stromo w dół. Niespodziewanie mężczyzna zawadził o coś stopą. Pochylił się, żeby przyjrzeć się przeszkodzie. W poprzek korytarza leżał ludzki szkielet. Sadząc po resztkach butwiejącego ubioru, był to biały. Nic nie wskazywało, że zginął gwałtownie. Henry nie zauważył też żadnych śladów złamań. Najwidoczniej człowiek ten umarł śmiercią naturalną. Obok ciała leżała nadpalona pochodnia. Tropiciel wsunął broń do pochwy. Zerwał z trupa resztki odzieży, owinął głownię i spróbował podpalić. Zrazu nieskoro, powoli zajęła się ogniem. Trup przez ramię miał przewieszoną skórzaną sakwę, na której kurczowo zaciskał dłonie. Henry kucnął i wsunął palący się drzewiec między żebra szkieletu, jak w uchwyt. Z trzaskiem odłamał bielejące kości palców, by zajrzeć do wnętrza. Torba była pusta. Dopiero teraz odkrył na boku rozcięcie, tak jakby ktoś, nie chcąc się trudzić, wyciągnął tą drogą zawartość. Mężczyzna powstał, ujął pochodnię i ruszył dalej przejściem, wiodącym gdzieś dalej w gęsty mrok.

Wkrótce dotarł do kamiennej bramy. Wąski otwór miał regularny kształt, a na obrzeżach z obu stron, od samej ziemi do szczytu, widniały wykute tajemnicze znaki. Pismo było kompletnie mu nieznane. Musiał się schylić, by przejść na drugą stronę. Znalazł się w rozległym pomieszczeniu. Blask pochodni nie docierał do ścian komnaty. Podłogę zaściełały śmieci, a gdy przyświecił sobie pod nogi, rozpoznał drobne zwierzęce kości, kamyki i nadpalone kawałki gałęzi. Wyprostował się. W otaczającej ciemności wyczuł czyjąś obecność. Dłoń odruchowo spoczęła na kolbie rewolweru.

****

Osiodłał Czarta, zgasił dopalające się ognisko i przymierzał się, by wsiąść na konia. Odgłos strzału i rozpryskująca się za plecami skała zaskoczyły go. Mustang zarżał i odbiegł spłoszony. Henry instynktownie rzucił się na ziemię, wyciągając rewolwer. Leżał i rozglądał się ostrożnie, poszukując ukrytego wśród głazów strzelca. Jego pozorny bezruch zmylił zabójcę. Przez ułamek sekundy zauważył wychylającą się twarz Indianina. Położył głowę na ziemi i zamknął oczy. Jego nieruchomość nosiła wszelkie pozory śmierci. Odbezpieczył trzymaną pod ciałem broń. Zdał się tylko na słuch. Miał nadzieję, że zwiedzie tym przeciwnika. I nie mylił się. Trwało to jakiś czas i już zaczął tracić nadzieję, że oszuka strzelca, gdy usłyszał ostrożnie, prawie bezszelestnie stawiane kroki. Czerwonoskóry zbliżył się i dłuższą chwilę stał bez ruchu nad Henrym. Trącił kilkukrotnie jego ciało lufą strzelby, chcąc sprawdzić, w jakim stanie jest ofiara. Brak jakiejkolwiek reakcji upewnił zabójcę, ze Henry nie żyje. Metys przykucnął i zabrał się za odwracanie domniemanego trupa na plecy. W tym momencie natknął się na pistolet wymierzony pewną ręką w pierś. Indianin znieruchomiał.

– No, cóż, synu kojota czy jakiego innego nieopierzonego orła. Kto cię na mnie nasłał? –  spytał Henry spokojnym głosem.

Mieszaniec zdawał się nie rozumieć wypowiedzianych słów. Zareagował instynktownie. Skierował lufę strzelby w stronę białego i chciał oddać strzał. Wszystko to, od momentu odwrócenia rzekomego trupa do odkrycia pułapki, trwało ułamki sekund. Z głuchym odgłosem szczęknął rewolwer. Kula z zabójczą precyzją utkwiła w sercu czerwonoskórego. Niedoszły zabójca upadł i skonał, a na jego twarzy nadal malował się wyraz zdziwienia.

– Po raz kolejny wywinąłem się śmierci – Henry pomyślał i wstał, wkładając rewolwer do kabury. – Kiedyś szczęście się skończy.

Obszukał trupa, ale nie znalazł niczego, co wyjaśniałoby powód napaści. Jedyne sensowne wytłumaczenie próby zabójstwa, jakie przyszło mu na myśl, prowadziło do wniosku, że był to towarzysz białookiej. Przyjrzał się uważnie obliczu niedoszłego mordercy, lecz nie dostrzegł niczego szczególnego poza cerą, która była zdecydowanie jaśniejsza, niż by oczekiwał. O tym wspomniał peon w barze: „To jakiś mieszaniec.”

– Tak – skonstatował, podnosząc kapelusz z ziemi – chyba zostałaś sama.

Gwizdnął przeciągle i po chwili Czart wybiegł zza skał. Mężczyzna wskoczył na siodło i ruszył w kierunku wąwozu, pozostawiając ciało sępom.

****

Zawartość z brzękiem upadła na koc. W porannych promieniach słońca błysnął mosiądz i srebro. Przez chwilę przyglądał się uważnie kawałkom metalu. Ileż to razy zastanawiał się, dlaczego zostały podarowane mu przez tajemniczego mężczyznę. Każdy miał wygrawerowany na całym obwodzie rząd symboli; żaden z nich nie kojarzył mu się ze znanym pismem. Wionęła od nich jakaś magiczna aura. Dwanaście kul, a każda wykonana w identyczny sposób. Zamyślony załadował błyszczącymi nabojami rewolwery.

„– Niedługo ją spotkasz i wypełni się wasze przeznaczenie.” – Przypomniał sobie słowa nieznajomego.

– Kula to kula, jednakowo zabija. Nieważne, czy ma glify czy nie  – przemówił sam do siebie i równocześnie zdał sobie sprawę, że do końca nie wierzy w to, co mówi.

****

Przedzierał się przez gęstą miejscami, splątaną trawę, by za chwilę jechać po litej skale. Droga mimo wszystko nie należała do najgorszych. Wręcz zapraszała do szybszej jazdy. Gdzieniegdzie tylko rosły samotne krzewy, pełne kolczastych gałęzi. Podróż nie trwała długo. Nim słońce stanęło w zenicie, dotarł na skraj Desfiladero de los muertos. Mroczna przepaść otworzyła się przed nim nagle. Gwałtownie ściągnął wodze, zatrzymując Czarta kilka kroków od jej skraju. Wyciągnął z sakwy lornetkę i zaczął uważnie lustrować dno wąwozu. Nie dostrzegł tam żadnego śladu życia. Odłożył szkła i ruszył wzdłuż krawędzi ciemnej rozpadliny. Wijący się zygzakiem kanion ginął w odległości kilku kilometrów pośród stromych wzgórz. Tam, według legend, miała znajdować się tajemnicza pieczara. Płaska przestrzeń umożliwiała szybką jazdę i już około południa Henry zatrzymał wierzchowca na końcu rozpadliny. Zwietrzałe, osypujące się skały stworzyły po jednej stronie łagodne zjazdy na samo dno. Druga krawędź wąwozu wznosiła się stromym zboczem ku wierzchołkom szczytów. Henry po raz kolejny sięgnął po lornetkę. Postanowił tutaj zaczaić się na morderczynię. Czas mu się dłużył, gdy niespodziewanie z głębi rozpadliny dobiegł go tętent końskich kopyt. Akustyka go zaskoczyła. Jeszcze długą chwilę czekał, słysząc coraz wyraźniej zbliżającego się jeźdźca, nim ten pojawił się w szkłach lornetki. Z uwagą obserwował nadjeżdżającą postać. Już nie miał wątpliwości. Poczuł rosnące podniecenie. Tak niecierpliwie czekał na to spotkanie.

****

Płomień dogorywał i po chwili otoczył go mrok. Ruszył z rękami wyciągniętymi przed siebie, ostrożnie stawiając kroki. Dotknął i zaczął badać ścianę, posuwając się powoli wzdłuż niej. Przez moment zdało mu się, że w odległej ciemności błysnęło światło. Zrzucił to jednak na karb przemęczonego wzroku. Trafił dłońmi na załom czy korytarz, którym przeszedł kilkanaście kroków. Sięgnął po kolejną zapałkę, lecz nie zdążył jej zapalić. To, co ujrzał, wprawiło go w osłupienie.

Przed nim, za kolejnym zakrętem, odsłaniało się wejście do ogromnej pieczary, wypełnionej ciepłym światłem płomieni dwóch pochodni. W odległym kącie pomiędzy nimi, na postumencie stała słusznego wzrostu, naga kobieta, a raczej to, co z niej zostało. Wyprostowana, zaciskała szponiastą dłoń na potężnym kosturze zakończonym krótkimi, rozwidlającymi się gałązkami. Dreszcz strachu przebiegł po plecach Henry’ego. Długie białe włosy, spięte na czole złotą opaską, opadały na chude jak patyki ramiona. Puste oczodoły zdawały się wpatrywać w zaglądającego w nie intruza. W świetle migoczących płomieni ciemne jamy zdawały się żyć, a wyszczerzone, pożółkłe zęby, wystające z zaschniętych warg, sprawiały wrażenie, że mumia zaraz przemówi. Szyję truchła otaczał masywny naszyjnik, ale z odległości kilkudziesięciu metrów Henry nie był w stanie ocenić, z czego został wykonany. Spod okrywającej ciało skóry miejscami prześwitywała biel kości. Biodra przewiązano zbutwiałą szarfą, za nią wiedźma miała zatknięty sztylet, na którym wspierała drugą dłoń.

– Caverna de las brujas – szepnął, jeszcze nie otrząsnąwszy się z zaskoczenia – istnieje naprawdę…

Zdał sobie sprawę, że czarownicę ustawiono tak dopiero po śmierci. Z całej postaci wionęła powaga i groza. Nawet teraz, martwa, budziła respekt. Henry’emu przemknęła myśl, jak demoniczną osobą musiała być za życia.

Przed monstrum znajdował się płaski głaz, przywodzący na myśl katafalk czy ołtarz ofiarny. Prawie niewidoczna w półmroku przez swój ciemny ubiór, ścigana kobieta wspinała się na postument. Stanęła na wprost mumii z rozpuszczonymi, czarnymi włosami. Wyciągnęła coś zza pazuchy i umieściła przedmiot w rozwidleniu kostura. W świetle pochodni błysnął blado białym światłem. Kamień wielkości zaciśniętej pięści rozjarzył się w ciemności.

Henry wspomniał martwego człowieka w korytarzu i rozciętą torbę. To był skarb, który szkielet tak kurczowo ściskał. Wszystko to było tak niepojętne i straszne, że zimny pot spłynął tropicielowi strużką po plecach. Wiele rzeczy widział w swoim życiu, ale to otoczenie i atmosfera krypty zdawały się cofać go czasów dzieciństwa, gdy wierzył w magię i zabobony. Wyciągnął rewolwer i odbezpieczył. Kobieta zeskoczyła zwinnie z postumentu, stanęła na wprost czarownicy i monotonnym głosem zaczęła recytować zaklęcia. Wzniosła dłonie w błagalnym geście ku zmarłej.  Słyszał wyraźnie każde słowo, które kierowała miękkim, melodyjnym tonem do truchła. Nie potrafił jednak rozpoznać, w jakim języku przemawia. Wymknął się z cienia wejścia do krypy i zmierzał wolnym krokiem w kierunku czarnowłosej, trzymając wycelowaną w nią broń.

– Nareszcie się spotykamy. – Głos mu jeszcze nieznacznie drżał.

Opuściła ręce, odwróciła się gwałtownie i zamarła w bezruchu. Białe, hipnotyzujące oczy wpatrywały się w intruza pełne zaskoczenia i nienawiści. Zbliżył się na odległość kilkunastu kroków i stanął. Błyskawicznym ruchem sięgnęła po broń. Równocześnie plunął ogniem rewolwer Henry’ego. Po chwili kolejny i kolejny raz. Na ciemnej kurtce wykwitły dziury, lecz kobieta nie upadła. Nadal stała, tylko na jej twarzy pojawił się szyderczy uśmiech. Henry’ego zaczęło paraliżować przerażenie. Nie czuł rozrywającego ciało uderzenia w pierś, a jedynie przemożne uczucie strachu. Szatański chichot morderczyni rozbrzmiewał coraz głośniej w krypcie. Z kamiennego ołtarza dobiegł go jęk. Kątem oka dostrzegł przywiązaną za ręce i nogi, leżącą, nagą dziewczynę z motelu.

– Debby?!?!?!

****

Zerwał się gwałtownie cały mokry od potu. Roztrzęsiony zachłannie wciągał powietrze, z trudem próbując się uspokoić. Przejechał dłonią po skroni. Już bardziej przytomnie rozejrzał się wokół. Na łóżku, cicho pochrapując, spała kobieta. Przyglądał się jej przez dłuższą chwilę w panującym mroku. Przewrócona na bok, z wypiętymi w jego stronę, nagimi pośladkami leżała Debby.

– Kiedy te koszmary się skończą – szepnął do siebie. –  Przeklęta morderczyni.

Położył dłoń na biodrze dziewczyny, chcąc się upewnić, czy nie śni nadal. Przejechał palcami wzdłuż jej kręgosłupa, a ona zamruczała zadowolona i przekręciła się, dalej smacznie śpiąc. Wsunęła złączone dłonie pod policzek. W świetle księżyca pięknie zarysował się obnażony biust. Musnął palcami sutek. Cicho westchnęła pod jego dotykiem, brodawka stwardniała, a pierś pokryła się gęsią skórką. Zbliżył usta i zaczął całować szyję dziewczyny. Czuł, jak narasta w nim podniecenie. Otworzyła oczy, uśmiechnęła się, i rozchyliła przyzwalająco uda. Zgarnął ją ręką i wciągnął pod siebie. Wszedł w nią gwałtownie. Tak bardzo potrzebował ucieczki od koszmaru, zapomnienia. Zarzuciła mu ramiona na szyję, objęła udami i zacisnęła kolana na żebrach. Była tak mokra i gorąca, że aż się zdumiał. Jakby cały czas wyczekiwała na tę chwilę. Zagłębiał się w nią coraz szybciej. Zaczęła krzyczeć; coraz głośniej, gdy przyciskał ją swoim ciałem coraz silniej. Znalazł jej usta w ciemności i zaczął całować. W tym szaleństwie dopadł ich orgazm, mocny, pozbawiający tchu. Serce zdawało się chcieć wyskoczyć z piersi, bijąc oszalałym rytmem. Dostrzegł w świetle księżyca ciemny rumieniec zalewający twarz i szyję Debby; usta rozchylone do bezgłośnego krzyku. Opadł wyczerpany obok, przyciągając ją ręką do siebie. Złożyła głowę na jego ramieniu. Czułym, delikatnym gestem przycisnął dziewczynę mocniej. Musnęła ustami jego policzek. Zmęczeni zapadli w pozbawiony koszmarów sen.

****

Obudził się w łóżku sam, gdy słońce zaglądało już w okno, sygnalizując zbliżające się południe. Zwlókł się niechętnie. Nalał wody z dzbana do miednicy i rozpryskując wodę wokoło, szybko się umył, założył ubranie, zaczesał włosy przed lustrem i usiadł przy stoliku. Rozebrał pistolety do najmniejszej sprężynki. Naoliwił starannie wszystkie części i zmontował w całość. Z uwagą dobierał naboje, sprawdzając stan spłonek. Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku umieścił je w kaburach. Sięgnął do kieszeni wiatrówki i wyciągnął skórzany woreczek. Przez chwilę ważył go w dłoni. Otworzył i wysypał zawartość na dłoń. W promieniach słońca błysnęło srebro i mosiądz. Ktoś zapukał do drzwi. Szybko wrzucił metalowe przedmioty do woreczka, schował go na powrót do kieszeni i wstał otworzyć. Za drzwiami stała roześmiana Debby, trzymając w dłoniach tacę ze śniadaniem. Zapach kawy i parującej jajecznicy uświadomił mu, jak jest głodny.

– Dzień dobry. Wyspany? – spytała, filuternie mrużąc oczy.

.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze
Odpowiedz

Czytelnik dorywczy

Tysiąc zbędnych przymiotników. Mam wrażenie, że autor już znudzony tematem.

Przymiotniki powodem znudzenia…hmm…Ciekawa teoria. ;-))

Bohater po śniadaniu ruszy w dalszą podróż. I zobaczymy co będzie 🙂

Czy aby na pewno? ;-)))

Czy naprawdę potrzebna jest kontynuacja? W moim odbiorze Autor okrutnie zaklął bohatera w pętlę bez wyjścia.

Ten odcinek tchnie daremnością – czekać, przygotowywać się, walczyć, nawet wygrywać bitwy, by beznadziejnie przegrać wojnę. I wszystkie drobiazgi – tatuaż, naboje i porady tajemniczego gościa, – które Autor jak kamyczki rozkładał w toku akcji, aby Czytelnik je zbierał… Wszystko na daremno. Jakie to inne od hollywoodzkich fabuł – wielki finał, starcie gigantów, ostateczne zwycięstwo lub klęska… Całe budowane napięcie rozmyte w cichym poranku, wypełnionym powtarzalnymi rytuałami Henry’ego – zakończenie może rozczarować, może budzić sprzeciw, nawet pewien gniew Czytelnika. Mnie skłania do zamyślenia.

Tak…To Twoja najlepsza z cech – Bronić przegranej sprawy. ;-))
Pozdrawiam. B.

Nie znoszę koniunkturalizmu. Łatwo stawać obok zwycięzców i grzać się w świetle ich glorii. Dużo trudniej stać obok, kiedy nie jest łatwo, a przyszłość niepewna. O ile jednak lepiej smakuje wówczas z mozołem osiągnięte zwycięstwo. Przegrane sprawy są przegrane dopiero wtedy, gdy są… przegrane. 🙂 Ale co ja Ci będę tłumaczyć… 🙂

Faktycznie, w pierwszym akapicie milion przymiotników. Sprawia to gorsze wrażenie niż nadgorliwość prawiczka. Na podkreślenie zasługuje fraza „ciasno opinające nogi spodnie”. Uszłaby niezauważenie, bo jest mimo wszystko poprawna, ale przy nadmiarze nadmiarowych słów i ona kłuje w oko uważnego czytelnika. Mam również wątpliwość, jak pas może kończyć się na kształtnym biodrze kaburą. Lepszym wyrażeniem byłoby np. „obciążony…”
Kolejne dziwactwo: „Nie było widać w jej ruchach osłabienia. Wręcz przeciwnie – zachowanie zdradzało niezwykłą siłę, równocześnie nie ujmując nic z kobiecego wdzięku.”
Co to znaczy „odstawić winchester”? Niby można się domyślić z kontekstu, ale po co się domyślać?
Słabe: „Nie dostrzegł żadnej szczeliny czy czegokolwiek, co wskazywałoby na możliwość przejścia dalej. Przez parę minut stał skonsternowany.”
Prawdopodobnie błąd albo bardzo rzadka, budząca wątpliwości forma: „szukając sam do końca nie wiedzieć czego”.
Słabe: „Sadząc po resztkach butwiejącego ubioru, był to biały.”
Wymienne użycie słów Indianin, Metys, czerwonoskóry, mieszaniec zdaje się być błędem.
„– No, cóż, synu kojota czy jakiego innego nieopierzonego orła. Kto cię na mnie nasłał? – spytał Henry spokojnym głosem.” – tak nierealistycznie brzmiąca wypowiedź (dodając kontekst), że aż boli.
„Wszystko to, od momentu odwrócenia rzekomego trupa do odkrycia pułapki” – użycie słowa pułapka suboptymalne. Prawidłowiej zabrzmiałoby np. podstępu.
„krypa” zamiast krypta (słabe).
„Serce zdawało się chcieć wyskoczyć z piersi,” słabe, niemal grafomańskie.
Podobał mi się pomysł z nieliniową sekwencją sennych scen. Ale niedopracowany, bo ze snu można więcej wydobyć, to raz. A po drugie: przy pierwszym nieuważnym czytaniu, miałem wrażenie, że pojawił się w opowiadaniu nowy bohater, który wszedł za ściganą w mrok. Jest wielu nieuważnych czytelników i pytanie, czy warto o nich dbać, czy nie.
Scena z Indianinem, Metysem, czerwonoskórym, mieszańcem, wydaje mi się naiwna i pasująca do starych westernów z lat 30-50, albo do najgorszych spaghetti westernów. Inaczej i bardziej dramatycznie można ją było nakreślić.

Zauważyłem komentarz Artimar.
Hmmm, niezrozumiały dla mnie.

Tak naprawdę to wszystko, a nie tylko scenę z Indianinem można by napisać inaczej.
Niemniej, każdą z Twoich uwag traktuje bardzo poważnie.
Chociaż nie z każdą się zgadzam.
Pozdrawiam. B.

Ja jednak nie wierzę, aby miał to być już koniec. Podejrzewam, że autor prowadzi grę z czytelnikami, wiodąc ich przez labirynt zbudowany z mieszaniny sny i jawy oraz zmian czasu akcji. Sądzę, że jako szachista zaskoczy jeszcze jakimś gambitem lub roszadą. A czyta się smakowicie.

Cześć Kolego !
Dziękuję, że przeczytałeś.
Pozdrawiam. B.

Oj, konieczne jest mocne zagranie, bo jak na razie odnoszę wrażenie, że autor pobłądził pozwalając wymknąć się opowieści spod kontroli. Samo zaplątanie w sny nie jest złe, choć może niewykonane najlepiej, zapewne celowo (jeśli tak to dobrze!) wyzbyte oniryzmu.
Szkoda tylko, że pisanie i publikowanie w kawałkach odbiło się na braku spójności edycyjnej – w poprzednim odcinku sen został wyróżniony kursywą, zupełnie niepotrzebnie.

Serdecznie pozdrawiam

Ania

Przeczytałem i nie rozumiem.

Co tu się stało u licha? Bohater wpadł w pętlę czasową? Przytrafił mu się Dzień Świstaka? Wypalił jakieś indiańskie zielsko i siedzi gdzieś, śliniąc się pod drzewem, podczas gdy oszołomiony mózg raczy go nowymi halucynacjami? Czy może – tej myśli nie chcę nawet do siebie dopuszczać – Autorowi skończyły się pomysły?

Potrzeba kolejnej części, choćby po to, by pozbyć się nieprzyjemnego smaku, który pozostawił ten rozdział. Ten smak – to rozczarowanie. Pierwsze dwa odcinki obiecywały sporo, miało być interesująco, groźnie i tajemniczo. A zrobiło się chaotycznie, niezrozumiale i dziwacznie – jak w „ambitnym” filmie, którego scenarzysta nie potrafił wymyślić ciekawego zakończenia, więc na siłę poszedł w tanią aluzyjność i nieprzekonującą symbolikę.

Tak więc zwracam się w tym miejscu z apelem o ciąg dalszy. Ta historia nie może się skończyć w tak niesatysfakcjonujący sposób!

Pozdrawiam
M.A.

W pierwszej części zaintrygowały mnie „te oczy” i „ten wzrok” kobiety za którą podąża bohater. W drugiej czekałam aż napiszesz więcej, ale jedynie potwierdziłeś potworność jej spojrzenia. Czekałam, aż rozwiniesz nieco ten wątek – białych, hipnotyzujących oczu – bo z jakiegoś powodu wydało mi się to istotne w całej historii. Trochę się zawiodłam.

Pierwsza z tych trzech części okazała się najlepsza. Zakończenie może zaskoczyć, rozczarować, ale nie widzę powodu, by powstała kolejna część.

Z pozdrowieniami
NoNickName

Napisz komentarz