Reżyser w lewym łożu I (TM)  3.33/5 (22)

13 min. czytania

Espressolia, bez tytułu, CC0

Upajałem się zapachem jej kruczych włosów. Po każdym umyciu wcierała w nie kropelkę tych zmysłowych, sprzecznych w sobie kompozycji zapachów – skórzany, ale także słodki, pudrowy, czysty zew natury.  Ich woń unosiła się nad naszymi splecionymi w jedno ciałami. Upajałem się widokiem tajemniczej, nieprzeniknionej niewiasty, hipnotyzującej migdałowymi oczami, paraliżującej zmysły jednym słowem i ruchem ciała. Jej obecnością, która dawała poczucie bezpieczeństwa, ale także wymagała ode mnie lojalności i zaufania. Chciałbym chochlą karmić moje usta magią intymności, bez tchu i nasycenia. Sięgałbym głębiej, po więcej, gdzie bliskość przeobraża się w dogmat zależności mężczyzny od kobiety. Jej ciało było jak gładka powierzchnia tafli lodu. Kiedy kładłem na niej dłoń, sunąłem powoli od jędrnych, wypukłych pośladków, ku górze, aby jednym, sprytnym ruchem przeskoczyć na przód, poczuć pod palcami aksamitną jędrność biustu, zaczepić opuszkami o nabrzmiałe sutki, lekko ścisnąć, aby po chwili usłyszeć cichy jęk rozkoszy. Smakowałem wszystkimi zmysłami tę nieskazitelną nawierzchnię, gładką niczym welwet skórę, która tworzyła idealną harmonię piękna: uspokajała, rozleniwiała, onieśmielała, wzruszała, a niekiedy ożywiała i ekscytowała, ale przede wszystkim pożądała mnie…

– Idę się położyć! Nie utop się! – krzyknęła z tarasu domu. – Chociaż… To nie byłoby takie złe… – dodała, mrucząc do siebie pod nosem.

Duchota nie dawała chwili wytchnienia, a jedynym miejscem, które przynosiło ulgę, było chłodzone jacuzzi i oszroniona butelka dobrego piwa w dłoni. Kojąc oczy widokiem lasu sosnowego, który rozpościerał się tuż za naszą posesją, dopinałem wizję małżeńskiego seksu na ostatni guzik. To był mój cotygodniowy rytuał – bąbelki, piwo, las, kontemplacja. Ten dom i ta ogromna balia wypełniona wodą, to nie jedyne pomysły mojej matki, które przekuwała w czyn, ale akurat za te byłem jej dozgonnie wdzięczny. Pomimo tego, że dojazdy do pracy zabierały niemalże półtorej godziny samochodem, to po powrocie do domu relaksowałem się obcując z naturą. Leżąc z wyciągniętymi do przodu nogami, opierając stopy o rant siedziska po przeciwległej stronie, przyciąłem lekko komara. Obrazy z dzieciństwa ciskały się na jawę: Babcia Hanka, która uwielbiała polegiwać w leżaku pod tamtą jabłonką. Dziadzio Wacek, który sadził drzewa w ogrodzie, to znowu coś pielił. Chłopina dnia nie mógł wytrzymać bez zanurzenia spracowanych dłoni w glebie. Nestorka była okropną kobietą. Ciosała mu kołki na głowie, pouczając nieboraka co i gdzie powinno być posadzone, czym przeobrażała dziadkowe hobby w koszmar. Zrzekła się całego majątku po pradziadku, a potem wycyganiła od siostry place pod zabudowę rekreacyjną. Tym samym doprowadziła do wojny ze swoją siostrą, Janką, której wnuk – Tadeusz – próbował odkupić kawałek placu, ale matka się nie zgodziła. Nigdy nie rozumiałem tych podjazdowych wojen rodzinnych. Tadeusz to fajny facet, taki sympatyczny misiek, co to wzbudza w człowieku ciepłe instynkty. Cała ta rodzina to pojeby, kombinatorzy i komuniści z ideologicznego wyboru. Opowieści dziadziusia, ile to się nakradli za komuny i czego nie podorabiali, będąc na państwowych posadach… Głowa od tego puchła. Moje kuzynostwo nie było lepsze. Jaka mać, taka nać. Jabłko nigdy daleko nie pada od jabłonki.

Sięgnąłem dłonią do turystycznej lodówki po kolejną butelkę chmielonego trunku.
– Bękarty spłodzone w średnim wieku muszą podchmielać, inaczej nie przetrwają na tym świecie, synu – wymruczałem pod nosem formułkę ojca. Kiedy się najebał pieprzył trzy po trzy, ale to zdanie mocno zapadło w mojej pamięci, miotając się po głowie w najmniej oczekiwanych okolicznościach. Stary żył w wyimaginowanej rzeczywistości, którą stworzył wyłącznie na swoje potrzeby. Dziadek miał ziemię, a ojciec szopę w której czekała na niego zakamuflowana butelka wódki, najlepsza przyjaciółka w jego doli i niedoli.

– Ziemia, szopa i mundur… ale mi symbole hierarchii i szacunku – mruczałem.
– Jedno co mnie z nimi łączy, to piwo – pomyślałem, przechylając butelkę do ust. Mając piętnaście lat, wykrzyczałem ojcu prosto w twarz, że nienawidzę go. Nie ochronił mnie przed matką wariatką. Przykucnął wtedy tuż obok mojego łóżka i poklepał mnie po ramieniu, mówiąc:

– Synku, musiałbym ją zabić. Chciałbyś tego?

Znowu te natrętne wspomnienia… Powłóczyły moje myśli w czarne zakamarki pamięci, którą chciałbym wymazać z mózgu. Żeby to było takie proste! Nacisnąć guzik „delete” i po sprawie! Czasem piwo pomagało. Często potęgowało natręctwa, wciskając je na siłę pod czerep.
– No, to jeszcze jeden browarek. Moja pani poczeka dzisiaj na mnie.

Na zewnątrz było znacznie przyjemniej i chłodniej niż pod kołdrą w wyrku, które bardziej przypominało lodowy katafalk niż łoże małżeńskich uciech.

– Kurwa! Przesadziłem z tym piwem… – krzyknąłem do siebie, kiedy próbując wstać, poślizgnąłem się i upadłem, rozbryzgując wodę dookoła wanny. Wszystko dookoła wirowało, miałem wrażenie, jakbym unosił się w powietrzu, zamroczony, niesiony wspomnieniami gdzieś w nieznane. Oczy stały się ociężałe, jakby ktoś położył na nie sto kilo ołowiu.

– Mama?

– Syneczku, pokaż brzuszek… – Chłopiec obrócił się na drugi bok. – No pokaż, sprawdzimy, czy jest w porządku. Przecież wiesz, że mamusie muszą chłopcom sprawdzać brzuszki i siusiaczki, inaczej zalęgną się tam glisty… – Kobieta siłą obróciła chłopca na plecy. – Nie bój się… Przecież już wiesz, że to nie boli. Będę delikatna. – Nim skończyła mówić, wsunęła dłoń pod slipki smarkula.

– O kurwa! – krzyknąłem wybudzony wodą, która wlewała się do ust. – Ja pierdole! – Poderwałem ciało, próbując podpierać je obydwiema rękoma o siedzisko. – Kurwa! Utopisz się kiedyś, chłopie! – gadałem sam do siebie. – Utopisz się, kurwa, jak nic! – Próbowałem nabrać kolejne hausty powietrza do płuc.

Zebrałem zwłoki z tarasu, zahaczając o kuchnię, gdzie wyrzuciłem butelki po piwie do śmieci. Otworzyłem okno, zapaliłem papierosa, wydmuchując dym na zewnątrz przez szczelinę. Jeszcze łyk wody i chwila na kibelku.

– Tyle razy ci mówiłam, nie pal w domu! – Głos kobiety dobiegał z góry.

 Przed dwudziestą trzecią dotarłem do łóżka w naszej sypialni. Moja żona zawsze leżała po prawej stronie, ówcześnie balsamując się kremami od stóp do głowy.

– Hej. Coś ciekawego w gazecie? – zapytałem, odwijając kołdrę.

– Tumenia powiększyła sobie biust.

– Tumenia? – W tym momencie Marta odwróciła w moim kierunku okładkę pisma, robiąc przy tym grymas twarzy, jakbym odebrał jej najcenniejsze kilka sekund życia. – Ach, ta z serialu tureckiego… No tak, twoja faworytka. – Ten imbecyl, sułtan, chociaż posiada wirtualny burdel i nie musi prosić o zgodę, tylko bierze, co jego – pomyślałem.

Nie byłem zawadiackim mężczyzną, ale kiedy odwaga wzbierała, a sperma wylewała się uszami, wtedy decydowałem się na pierwszy ruch. Delikatnie i niepewnie dotykałem opuszkami palców jej pośladków, które tak ponętnie wypinała w moją stronę, kiedy czytała, leżąc na boku. Smagałem palcami po jej aksamitnej skórze, przesuwając dłonią w stronę pleców. Absolutnie zawsze byłem bardzo ostrożny, co wzmagało także moją niepewność. Jeden mój błąd, jeden zły dotyk, a wbiłaby kły w moją i tak mocną zwichrowaną psychikę, zakropiłaby jadem moje męskie ego, sycząc niemiłosiernie o bólu głowy albo innej kobiecej przypadłości, której zwykły facet po prostu nie ogarnia! Czasami jej nienawidziłem. Ogarniała mną złość, kiedy musiałem skamlać jak pies o ochłapy tego – pożal się Boże –sponsorowanego przez matkę małżeństwa!

Wziąłem do ręki gazetę. Próbowałem czytać, ale nie mogłem złożyć zdań w całość. Litery rozjeżdżały się na boki, a myśli krążyły wokół chuci, która ogarnęła moje ciało od palca
u stopy po sam czubek głowy. Mój fiut prężył się jak narowisty koń, gotowy do boju. Pod materiałem obcisłych bokserek unosił się ku górze. W ogromnym napięciu przerzucałem kolejne strony cholernego brukowca, wyczekiwałem na przebłysk nadziei, która niekiedy pojawiała się w jej oczach. Tak miało być i tego środowego wieczora. Szelest papieru zwielokrotniał łypanie oczami w prawą stronę łóżka. Sięgnąłem ręką za siebie, pokrętłem przyciemniłem światło w całej sypialni. To wyczekiwanie, kiedy odłoży czasopismo na szafkę, zgasi lampkę. Ten moment, kiedy położy się na wznak i usłyszę: „No dobra, dzisiaj środa…”

Odłożyła gazetę, zgasiła lampkę, odwróciła się na drugi bok. Po chwili cichutko pochrapywała pod nosem.

– Nie każda środa to kość, nie każdy pies to wilczur – pomyślałem, ubierając klapki. Zszedłem do kuchni. Otworzyłem lodówkę. Kolejny browar wydawał się być najlepszym kumplem tamtej nocy. Usiadłem na sofie, zdjąłem kapsel z butelki.

– Zdrowie… gamoniu – Uniosłem butelkę do lustra, które było zawieszone na ścianie przede mną. Włączyłem telewizor, jak dotąd najlepszy usypiacz na mój zaorany czerep. Ledwo co popatrzyłem na te rozpolitykowane mordy, a powieki już opadały na oczy. Zgasiłem lampkę, wyłączyłem telewizor. Odwróciłem się na drugi bok sofy. Im wygodniejszą pozycję przybierałem, tym mocniej odpływałem. Obrazy jak slajdy z diaskopu dopadały moje fantazje na pograniczu snu i rojenia.

Mgła spowijała podwórze, które nie wydawało się znajome. Obskurna brama – przez którą musiałem przejść, aby dostać się do drzwi klubu – nie zachęcała do zrobienia chociażby jednego kolejnego kroku do przodu. Szary tynk na kamienicy aż prosił się o chwilę uwagi zaradnego administratora budynku. I to ma być centrum miasta? – pomyślałem. Mimo scenerii, która raczej zachęcała do ucieczki, niż dalszej eksploracji, stanąłem przed metalowymi drzwiami w podwórzu.

– Muszą prowadzić do piwnicy.

Wszystkie wejścia do klatek schodowych wyglądały bardziej zachęcająco i gościnnie, niż to przed który stałem. Zapukałem jeden raz, potem kolejny. Nikt nie odpowiedział.

– Przecież opis kumpla był taki szczegółowy! – Wkurzałem się w myślach. – To musi być tutaj, do cholery… – wysyczałem przez zęby, uderzając coraz głośniej pięścią o drzwi. W tych ciemnościach niewiele mogłem dostrzec. Światło żarówki ledwo uwidaczniało kałuże na chodniku, gdyby nie to, wyszedłbym zbrukany błotem z tego przybytku.

– To na pewno musi być tutaj! – Utwierdzałem się, mając w głowie opis tego miejsca.

Prawą ręką błądziłem po ścianie, w poszukiwaniu jakiegoś przycisku, który mógłby być dzwonkiem. Ledwo co zdążyłem zabrać dłoń ze ściany, a drzwi otworzyły się na oścież.
W świetle księżyca dostrzegłem sylwetkę młodego kolesia. Spojrzał mi w oczy spode łba, stojąc chwilę w milczeniu zmierzył mnie wzrokiem od dołu do góry.

– Jeśli jesteś umówiony, to wejdź, jeśli nie, lepiej zostań na zewnątrz – powiedział niskim głosem.

– Jestem umówiony – odpowiedziałem pewnie.

– Właź.

Strome schody prowadziły w dół, gdzie jarzyło się czerwone światło. Musiałem uważać na głowę. Strop był tak nisko, że o nabicie guza nie było trudno.

– Jeśli jesteś Dawid, to mama czeka na ciebie – powiedział, idąc za mną.

– Jestem Dawid… – odpowiedziałem, tracąc powoli odwagę.

– Pierwszy raz? – zapytał z przekąsem w głosie, odwracając głowę w moją stronę.

– Tak, pierwszy…

Kiedy byliśmy na dole, chłopak podszedł do czegoś, co przypominało recepcje i szatnię
w jednym, po czym siadając na blacie, przesunął się, opuszczając nogi po drugiej stronie.

– Na co czekasz, jemiole? Dawaj ten płaszcz i parasol.

Wyjąłem z portfela trzysta złotych, które położyłem na blacie recepcji.

– Gówniarze nie płacą – chłopak huknął na mnie.

– Gówniarze?

Nie odpowiedział, wieszał mój płaszcz i parasol, uprzednio zdejmując metalowy brelok
z haczyka.

– Aha. – Schowałem banknoty z powrotem do portfela.

– Włóż do tego worka wszystkie ciuchy, będą czekały, kiedy skończy z tobą – zaordynował oschle, podając kawałek szmaty z wszytym sznurkiem na zaokrąglonym rancie, nazywając to workiem. Spojrzałem na typa z niedowierzaniem. Moją uwagę zwróciła blizna, którą miał na ręku. Była na tyle długa, aby nie móc jej ukryć pod rękawem bluzy sportowej.

– Tutaj? – Zdziwiłem się. – Mam się tutaj rozebrać? – parsknąłem z dezaprobatą. Nie reagował. Stał i lampił się na mnie, bawiąc się metalowym brelokiem. –  Serio, koleś?

– Słuchaj… – zawiesił głos. – Możesz tracić czas albo wyskoczyć z łachów, włożyć je w ten pierdolony worek, pójść ze mną, wziąć prysznic, a zaraz potem zaprowadzę cię do matki, albo… – odpowiedział mocno nafaszerowany agresją.

– Albo?

Nie zareagował. Wprawiał w ruch wirowy zawieszony na placu metal z otworem.

– Ja pierdole…

Zdjąłem marynarkę, starannie złożyłem na dwa, potem na cztery. Odłożyłem na blat recepcji. Rozpiąłem koszulę, a ten gromił mnie wzrokiem, jakby nie mógł się doczekać kiedy ściągnę gacie. Nabrałem podejrzeń, że typ nie tylko pełnił rolę asystenta mamuśki, pewnie wyżłobił dziurę w ścianie, przez którą podglądał cały spektakl.

– Chłopie, ruchy! Czas! – Nie wytrzymał, wrzucając wisior na półkę z kluczami. – Nie przyszedłeś tutaj na herbatkę do cioci Jadzi!

Kiedy stałem przed nim nago, zasłaniając dłonią przyrodzenie, przeskoczył na moją stronę, wyrwał worek z drugiej ręki, po czym nerwowo ściągnął sznurek. Ponownie, sprawnym ruchem, wtranżolił się na drugą stronę i zawiesił tobołek na haku przy płaszczu.

– Idziemy! – Przeskoczył na moją stronę, ciskając zrolowanym ręcznikiem w moją klatę, który wyjął z szafki tuż obok. – No rusz się, człowieku!

Przeszliśmy do pomieszczenia, którego nigdy nie odważyłbym się nazwać natryskiem. Obskurne, stare kafelki prawie odlatywały od pożółkłych ścian, z sufitu zwisał jeden zdezelowany natrysk, a za podłogę robiły resztki terakoty, której szczątki odsłaniały gdzie nie gdzie czarną ziemię.

Koleś odkręcił wodę w głównym rozdzielniku. Po chwili gorące krople zaczęły ociekać
z zardzewiałego sita na moje ciało. Nim się spostrzegłem, całe pomieszczenie wypełniła para, przez którą nijak nie mogłem dostrzec typa, słysząc jedynie jego kroki. Spacerował wolnym tempem od ściany do ściany.

– Porządnie! – krzyknął. – Jajca i dupsko, porządnie!

– Eunuch pieprzony – szepnąłem.

– Włosy też – usłyszałem głos zza gęstej pary, poturlał w moim kierunku butelkę
z szamponem. – Mamuśka nie lubi brudasów!

– Podglądasz mnie, pajacu? – zapytałem z drwiną w głosie.

– Wykonuj polecenia, albo…

– Albo?

Podszedł do ściany, oparł się o nią ramieniem. Zerkał, kiedy spłukiwałem mydło i szampon
z ciała. Po chwili wyciągnął rękę do głównego rozdzielnika i zakręcił wodę. Podszedł, podając tubkę z jakąś maścią.

– Co to?

– No bierz, inaczej nie wytrzymasz.

– Ale co to jest?

– Cholerny żółtodziób… – zadrwił. – Odkręć, wyciśnij na dłoń, a potem nachyl się i nawilż odbyt.

– Rozumiem.

– Gówno rozumiesz. – Okręcił się na stopie i przeszedł na korytarz. – Jak skończysz balsamować kakao, to zapraszam. Czekają na ciebie bardziej ekstremalne uciechy, niż autopalcówka – zarżał siarczyście.

Kiedy wyszedłem na korytarz, poklepał mnie po ramieniu.

– Dajesz chłopie, następny zapuka za pół godziny.

Szedł pierwszy, co chwila obracał głowę, jakby upewniał się, że byłem tuż za nim. Ogarnęło mnie podniecenie, a jednocześnie czułem niepokój. Jedno i drugie potęgowało poczucie niepewności co do sytuacji, w jakiej na własne życzenie się znalazłem. Przed przyjściem, wyobrażałem sobie to wszystko inaczej. Byłem pewien, że drzwi otworzy mamuśka, która zaprosi do swojego salonu uciech urządzonego w stylu retro, z ogromnym łożem na środku, z lustrami przywieszonymi do sufitu i butelką szampana dla wymagających klientów. Na pewno nie spodziewałem się młodego kolesia, przed którym musiałem paradować z fujarą na wierzchu, a do tego znosić jego obecność i chimery podczas brania prysznica.

– To tutaj. Wejdź. – Stanął przy drzwiach, tuż po prawej stronie, opierając się o futrynę i wskazał lewą ręką kierunek wejścia.

Stanąłem w progu. Opierając lewe ramię o framugę, przechyliłem tułów z głową do środka. Było ciemno i śmierdziało wilgocią. Po środku stało coś, co przypominało…

– Co to, kurwa, jest? – Zaniepokoiłem się. – Dyby!?

Spojrzałem na chłopaka. Nic nie odpowiedział, żuł gumę, patrząc na mnie jak na wariata, który odkrył coś, co dla niego było oczywistością.

– Kumpel wspominał, że przeżycie będzie mocne, wręcz ekstremalnie mocne, ale o dybach zapomniał dodać – powiedziałem, sięgając wzrokiem tak daleko, jak ciemność panująca w pomieszczeniu na to pozwalała. W jednym momencie obleciał mnie strach. Zacząłem się wycofywać, ale typ zagrodził drogę ręką, którą oparł o rant przeciwległej framugi drzwi, tuż za moimi plecami.

– Nie bój się… Już tyle za tobą brachu, daj sobie szansę – zachęcał przyjacielskim głosem.

Zatrzymałem się na jego przedramieniu.

– Wychyl łeb i nie bój się.

W blasku przyciemnionego światła, które ledwo okalało korytarz, pojawiła się postać kobiety. Była lekko przy sobie, ale nie otyła i dość wysoka. Podążała w naszym kierunku, stawiając krok za krokiem w czarnych szpilkach, bujając biodrami na boki. Czarny skórzany gorset, który ściśle przylegał do korpulentnego, ale kształtnego i jędrnego ciała, wyrażał jej dominującą naturę mamuśki. Był ozdobiony klamrami i zamkami błyskawicznymi, które odbijając światło, świeciły się potęgując moją ciekawość, przy jednoczesnym poczuciu bycia obezwładnionym. W jednej chwili koleś, który nie opuszczał mnie na krok, odkąd przekroczyłem próg tego miejsca, przestał być istotny. Kiedy podeszła bliżej, zahipnotyzowała mnie spojrzeniem, które dobitnie zapowiadało mocną zabawę i jej bezwzględną dominację. Natychmiast poczułem nozdrzami ten piżmowy zapach dominy,
o którym wspominał kumpel z pracy. Wyraz twarzy kobiety zdradzał jej fetysz. Uwielbiała takich nieopierzonych smarkaczy, którzy przepełnieni lękiem, czekali na jej każdy ruch
i polecenie. Moje rozpalone zmysły zareagowały natychmiastową, ekstremalną erekcją.

– Do niczego ci się nie przyda, lamusie… – Typ obleciał sterczącą pytę spojrzeniem. – Właź do środka.

Otumaniony widokiem kobiety, dałem się zaprowadzić w głąb mrocznej nory. Koleś odpiął górną część dybów, uniósł ją w górę, a ja grzecznie położyłem głowę, aby za chwilę ręce spoczęły w otworach po lewej i po prawej stronie ustrojstwa. Mamuśka przeszła na drugą stronę, stanęła tuż przed moją twarzą. Położyła dłoń na poliku, po czym zaczęła mnie głaskać po głowie. Na wysokości oczu miałem jej cudowne łono, które skrywał gorset. Intensywnie głaskała włosy, dociskając twarz do swojego łona. Ledwo się zorientowałem, a byłem zakluczony w dybach.

Odwróciłem głowę w kierunku wyjścia. Zobaczyłem typa, który trzymał w ręku pas rozkoszy. Mamuśka stanęła tyłem do niego, uniosła ręce, a ten opasał jej biodra. Odwróciła się w moim kierunku, podchodziła z wolna, a sztuczny, ogromny penis, który był już przytwierdzony do bioder kobiety, kołysał się na boki. Zatrzymała się tuż przed moją nawilżoną kojącym balsamem dziurką. Opuściłem głowę. Moim oczom ukazała się czarna ziemia tego osobliwego miejsca. Opuściłem powieki.

Po chwili poczułem falliczny kształt na pośladkach. To było zupełnie odrealnione doznanie. Ogarnęły mną sprzeczne pragnienia. Wiedziałem, że za chwilę otrzymam dawkę bólu, z którym mogłem sobie nie poradzić, ale pragnąłem go. Moja pani nie dała nacieszyć się chwilą tego dotyku na pośladkach – nie pytając o zdanie, wbiła go delikatnie w kanał odbytu, tak abym poczuł jeszcze znośny ból zwieraczy, które zareagowały obronnie na efekt wstecznego rozpierania. Lekko syknąłem. Przestała. Po czym z całym impetem wbiła go głębiej. Wydałem z siebie krzyk, który zachęcił mamuśkę do głębszej i ostrzejszej penetracji. Nie upłynęło dziesięć sekund, a ujeżdżała niesfornego bachora, posuwając moje dupsko całą siłą jej masywnych bioder. Pochwyciła dłońmi moje pośladki i rznęła w ciszy sutereny, gdzie jedynym dźwiękiem był delikatny, piskliwy odgłos drewnianych dyb.

Kiedy dobijała łonem o moje pośladki, wtedy zrozumiałem, ból, o którym wspominał kumpel. Robiła to ostro, aż kołkowate okowy, wraz z moim ciałem przesuwały się to w przód i w tył, ryjąc krzyżakami, podtrzymującymi ustrojstwo o czarną ziemię piwnicy. Rozkosz, którą przeżywało moje ciało, była ekstazą cierpienia, istną eksplozją fantazji, które tak długo próbowałem zdławić w głowie. Katorga przeplatała się z zalewającymi moje trzewia falami ciepła. Cierpienie mieszało się z uniesieniem i ciągłym niedosytem. Im pchnięcia były mocniejsze, tym dyby bardziej podskakiwały wraz z moim ciałem. Mocno chwyciła dłonią mój lewy bark, tak, aby przytrzymać ciało, jednocześnie dopychając je do siebie. W ekstazie uniesienia, przekręciłem głowę w kierunku jej dłoni. W półmroku, kątem oka, dostrzegłem tę ogromną bliznę…

– Nieeeeeeee! – krzyczałem. Niee! – Obudziłem się zlany potem. Ledwo nabierałem powietrza, a obraz szramy dalej majaczył się przed oczami.

– Do kurwy nędzy! Dawid! Czy możesz się zamknąć i dać mi spać!? – Marta stała na schodach, zżymając się na mój koszmar.

– Postaram się… – odpowiedziałem, nabierając powietrza. – Przepraszam – dodałem, zdejmując wilgotną od potu bawełnianą koszulkę.

– Po prostu się zamknij! – rzuciła, wchodząc na górę.

– Tak, tak. Przepraszam…

.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Miło powitać na NE nowego autora.
Tekst trochę zmieniony, według mnie przez to dużo bardziej interesujący. Fajny pomysł ze snem – sen mara… tylko czy na pewno… 😉
Życzę weny i samych udanych publikacji.

Dzięki 🙂

Gratuluję debiutu 🙂
Opowiadanie, mimo przesadnego najeżenia kolokwializmami, czyta się bardzo dobrze, rzeczywiście widać znaczące zmiany w stosunku do wcześniejszych wersji, na moje oko mają one jednak szanse wyjść całości na dobre… oby… w końcu łatwo przekombinować 😉

Niestety ostało się w tekście trochę niezręczności językowych. Nie ograniem na przykład najeżenia ogarnięciami, oszronionej butelki piwa jako miejsca, gorsetu skrywającego łono (widział kiedyś autor na własne oczy gorset?!?) itp.
Nurtuje mnie czy pogrubienie było celowe… ale tym na czym się zacięłam było „ówcześnie”. Poważnie?!?!?

Serdecznie pozdrawiam

Ania

A co jest nie tak ze słowem ówcześnie? 🤔 Źle użyte czy samo w sobie złe?

Samo słowo jest w porządku 😀

Witam nowego Autora i cieszę się z debiutu. Obyś na jednym tekście nie poprzestał, drogi TM. Życzę wielu namiętnie czytanych i gorąco komentowanych opowiadań na NE.
Uśmiechy,
Karel

Gratuluję debiutu na łamach NE!

I życzę, by było to pierwsze spośród wielu udanych opowiadań 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Szanowni Państwo Komentatorzy,

Mam jedną uwagę.

Przykładacie bardzo dużą wagę do elementów związanych zbtak zwaną kulturą formalną.

Cora mniejszą do sensu portalu, który zbudoealiście.

Erotyka ma być „smaczna”, do tego pozytywna, i energetyvzna.

A Wy?

Skupiacie się mam wrażenie, na kółku wzajemnejbadoracji, coraz bardzirj.

Z wyrazami szacunku i własnych przemyślrń, Obserwatot

Co do kółka wzajemnej adoracji trudno się nie zgodzić, ale czy erotyka ma być sztuką typowo użytkową jest już dyskusyjne 😉

Tak zapytam, z ciekawości, co znaczy, że „erotyka ma być „smaczna”, do tego pozytywna i energetyczna”? Nie wiem, kto wprowadził takie reguły, ani tym bardziej nie wiem, czemu mielibyśmy się do nich stosować 🙂

O tym, jaka jest ich erotyka, decydują Autorzy. I niech tak pozostanie. A bogactwo tego, czym erotyka bywa, niech stanowi siłę Najlepszej.

Pozdrawiam
M.A.

Oj Megasie , Megasie …
Ludzki z ciebie pan. Nie nie odpisałes obserwatorowi „spieprzaj dziadu” lub jeszcze lepiej spierdalaj kmiocie, co sie czepiasz. Pozwól ,że posłużę się parafrazą kanclerza Jana Zamoyskiego – Takie będą opowiadania na NE jakie jej autorów i komentatorów chowanie. Szacunek działa w dwie strony. Pytasz czemu mielibyśmy sie stosować. Odpowieź jest prosta. Autor , twórca nie tworzy tylko dla siebie do szuflady. Potrzebuje akceptacji pochwał tym sie karmi to go motywuje osiagnięcia mistrzostwa w kunszcie (w każdym jest trochę z Narcyza). Erotyka nie jedno ma imię.Definicja erotyki jest prosta. Widac to na podstawie wykladni czym jest erotyka a czym pornografia. Niektóre opowiadania szawieraja w sobie sadyzm i hard porno. Myślę, że tak powinny byc otagowane. Rozumiem ,że są rózne gusta dla jednych słodycz jest opowiadanie Labi dla drugich sadystyczne sceny z hard porno. Masz racje niechaj decyduja autorzy musza jednak pamiętac jak skończył Narcyz.

pozdrawiam
lupus

Witaj, Lupusie!

Skoro definicja erotyki jest prosta, to proszę o jej podanie (najlepiej z jakimś odnośnikiem do źródła tej definicji – by nie narazić się na zarzut arbitralności). Będę bardzo zobowiązany 🙂 Tak samo chętnie dokształcę się w kwestii jasnych rozgraniczeń między erotyką i pornografią – bo zarówno teoretycy sztuki, jak i prawodawcy mają z tym problem od wielu, wielu lat.

Kategorie i tagi wskazują, z czym można się spotkać w naszych tekstach. Jeżeli tekst jest oznaczony kategorią „Przemoc” lub choćby „BDSM”, raczej nie należy się w nim doszukiwać wanilii. Jeżeli jest kategoria „extreme”, stanowi ona ostrzeżenie, by opowiadania nie czytały osoby o delikatniejszym usposobieniu (lub zmyśle estetycznym).

Autorzy decydują o czym piszą. Czytelnicy mogą czytać lub nie. Jedni i drudzy mają wolność. Nie zamierzamy ograniczać ani jednej, ani drugiej. A spoglądając na listę „Najczęściej czytanych” można się przekonać, że powodzenie mają teksty bardzo różne, zarówno delikatne („Aleja”, „Przygody Roberta”) jak i hardkorowe (opowiadania Lady in Red).

Pozdrawiam
M.A.

Skoro każdy przyznje że erotyka to sztuka, pornografia może być chyba również erotyką. Kiedyś spytałem o to ale nikt mi tutaj nie raczył odpowiedzieć więc musiałem sam sobie poradzić. Myślę, być może na przekór formalistom, że w ogóle nie ma sensu tego poruszać. Pornografia wydaje nam się bardziej określeniem piętnującym. Jeśli więc erotyka nie trafi do gustu to często mówi się o niej ” pornografia, używając tego określenia z pogardą. Jeśli dodamy do tego że poczucie i odbiór sztuki jest rzeczą subiektywną, dla wielu wręcz intymną, mamy niejako dowód na to o czym napisałem powyżej – nie ma sensu ujmować w ramy czegoś co jest z gruntu względne.

Chyba czas na mnie 🙂
Dziękuję wszystkim za komentarze i oceny. Debiuty zawsze są trudne (przynajmniej dla mnie) , tym bardziej z zaciekawieniem czytałem, to co tutaj pisaliście. Na wstępie chciałbym gorąco podziękować B.S. za wspólną pracę nad tekstem. Wkurzała mnie niemiłosiernie 🙂 Po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że jest to dobre. Zmuszała mnie tym samym do refleksji nad historią, którą wykreowałem. Jej mail, który podsumował tekst pierwotny, tak zadziałał na moje ego, że właściwie zmieniłem wszystko. Potem już poszło gładko, co i tak nie uchroniło nas przed przepuszczeniem baboli. Tylko, czy życie bez „baboli” byłoby ciekawe? Ania nie mogła by zarzucić mi, że przez gorset ciężko poczuć łono, a słowo „ówcześnie” nie wzbudzało by w niej wątpliwości. Tak właśnie się uczymy – słuchając innych i dyskutując.
Ciekawym wątkiem, który został poruszony, to pytanie: „Czy erotyka powinna być smaczna”. Pewnie tak! Tylko, że taka erotyka ma spełniać tylko i wyłącznie rolę landrynkowo-rozrywkową. To nie jest moja droga. Ja prowokuję. Czasem wprost, a czasem wręcz bezczelnie. Ale za każdą prowokacja (tekstem) stoi człowiek, jego seksualność i psychika. Żeby zrozumieć psychikę człowieka i to co mu głowie „gra” nie powinno to być smaczne. Gdyby było smacznie, to taki człowiek zwyczajnie nie byłby ciekawy. Jednak zgadzam się, że zachowanie granicy pomiędzy zwykła pornografia, a erotyką jest bardzo ważne.

Jeszcze raz dziękuję za przyjęcie mnie do Waszego Szacownego grona.
Pozdrawiam wszystkich ciepło.
TM

Interesujący debiut Autora, który najwyraźniej ma sporo do powiedzenia i potrafi to uczynić.

Z pewnością tematyka, w obrębie której się porusza i styl, jakim się posługują nie trafią we wszystkie gusta – dowody tego można było znaleźć w komentarzach. Ale to oryginalny i wart uwagi głos. Jeśli chodzi o konkretne opowiadanie, najpiękniej było we wstępie, stylowym, niemal poetyckim. Potem schodziliśmy już wraz z bohaterem w coraz mroczniejsze klimaty, aż do „snu”, który wcale snem być nie musiał. No i pytanie, kto jest tytułowym reżyserem? Bo chyba nie narrator tej opowieści…

Pozdrawiam
M.A.

Nie wiem czemu, ale w przeszłości unikałem opowiadań otagowanych BDSM/Dominacja/Femdom, ponieważ kompletnie nie były to moje klimaty. Tym razem po prostu zacząłem czytać bez zwracania uwagi na tagi i z tego też powodu poczułem się mile zaskoczony. Moja pierwsza myśl była taka, że opowiadanie będzie klasycznym opisem powinności małżeńskiej. Później, że autorowi we śnie przypomina się pierwszy raz z doświadczoną damą. W końcu przeszedłeś do sedna i w ogóle nie poczułem się zniesmaczony lub odrzucony. Trochę zepsuła mi niespodziankę scena z podawaniem lubrykantu po prysznicu. Gdyby ta scena została przełożona na później, np. gdy protagonista był już zakuty w dyby, moje zaskoczenie byłoby większe. Z przyjemnością przeczytam dalsze części.

Co do dyskusji nad, nazwijmy to, „swobodą kreatywną” twórcy – tutaj zawsze będzie dyskusja. Czy pisarz ma pisać to, co lubi, czy to, co ludzie będą chcieli czytać/kupić? Podobnie jest z muzykami i reżyserami filmowymi. Nigdy nie pisałem niczego pod publiczkę. Starałem się po prostu, aby było to napisane najlepiej, jak potrafię, żeby bawiło mnie pisanie i żeby czytelnicy wynieśli również coś innego, niż poczucie czasu straconego na czytaniu. Gdybym sam nie lubił fantastyki, nigdy nie zabrałbym się za pisanie Przekleństwa Ekstazy. Klimaty dominacji mnie nie kręcą, więc raczej nie napiszę takiego opowiadania. Ale przeczytać zawsze można 🙂

Pozdrawiam,
Frodli

Napisz komentarz