Zaufaj mi VI (Roksana) 4.71/5 (100)

Zbiory własne Autorki

Rozdział 16 (Niedziela)

Katarzyna obudziła się z bólem głowy i spojrzała z niechęcią w okno. Przez niedosunięte rolety sączyło się światło słoneczne, tworząc na kołdrze nieregularne, świetliste wzory. Poprzedniego wieczoru opróżniły z Baśką całą butelkę nalewki, roztrząsając wszystkie „za” i „przeciw”. Wydarzenia ostatniego dnia nie napawały optymizmem. Jeszcze przed południem, podczas rozmowy z Łucją, wszystko wydawało się takie proste. Wieczór zagmatwał wszystko i Katarzyna niczego nie była już pewna. Wciąż powracały do niej słowa Kity i ta opinia… Coś było nie tak, czuła to. Dokumenty, które odkryła w komputerze, nie mogły być aż tak ważne! Nawet ona potrafiła to ocenić. Albo kryło się tam coś jeszcze, albo wszyscy myśleli, że tak właśnie jest. Przekrzywiła głowę i wpatrywała się tępo w sufit. Brakowało jej miarowego oddechu oraz gorzkawego zapachu wody kolońskiej, ciepłego pocałunku na „dzień dobry” i… wszystkiego. Przekręciła się na bok i przygarnęła do siebie poduszkę, obejmując ją ramionami, jak ukochanego. Zamknęła oczy przywołując wspomnienie orzechowych oczu oraz niskiego, lekko ochrypłego głosu… Jej ciało zareagowało natychmiast. Potarła policzkiem gładką powierzchnię jaśka i nagle poczuła pod powiekami łzy. Tak strasznie tęskniła… Z każdym dniem, z każdą godziną, coraz bardziej. W piątek czuła się jak ogłuszona, na wpół świadoma tego, co się stało, ale w miarę upływu czasu, wszystko nabierało ostrości. Myśli o Fabio początkowo napawały ją smutkiem, ale teraz po prostu bolały i było to odczucie tak bardzo fizyczne, jak tylko można sobie wyobrazić. Szlochała cicho w poduszkę, by nikt tego nie usłyszał. Wciąż miała nadzieję, że z czasem oswoi się z pustką, która powstała po rozstaniu.

Dochodziła dziesiąta, kiedy do Katarzyny dotarły pierwsze odgłosy z kuchni. Przemknęła cicho do łazienki, omijając starannie domowników. Kiedy zobaczyła swoje odbicie w lustrze, pochwaliła w duchu trafność decyzji. Zimna woda i makijaż sprawiły, że zaczerwienienie oczu nie było aż tak widoczne.

– Karola dzwoniła – powitała ją Baśka, udając, że nie widzi, w jak opłakanym stanie jest przyjaciółka. – Pytała, o której chcesz jechać do kancelarii?

– Wszystko mi jedno, mogę za godzinę, albo po południu… – odparła, z trudem przełykając jajecznicę. – Wiecie co? – dodała, grzebiąc widelcem w talerzu. – Ja się pozbieram, tylko przez jakiś czas będzie mi ciężko. Nie zwracajcie na mnie uwagi. To, że płaczę, to i tak postęp. Po śmierci Roberta nie mogłam płakać.

– Kaśka, on nie jest ciebie wart! Przepraszam, że ci to mówię teraz, ale podjęłaś dobrą decyzję. Dobrze się bawiliście, ale widocznie tacy faceci są do tego przyzwyczajeni, a ty nie – stwierdziła z przekonaniem Baśka i aż się zaróżowiła na twarzy. – Ja tam się nie dziwię, że zawrócił ci w głowie.

– Jesteś kochana, wiesz? – Katarzyna nie mogła się nie roześmiać. Baśka nigdy nie potrafiła utrzymać języka za zębami.

– No, kobiety, naszykujcie jakieś żarcie i ruszamy. – Olek wkroczył do akcji, przerywając przyjaciółkom konwersację. – Skoro już powiedzieliśmy dzieciom o pikniku, to nie odpuszczą – oznajmił, a pisk w sąsiednim pokoju potwierdził jego słowa.

***

Ładna ciemnowłosa kobieta z pokaźnym ciężarnym brzuszkiem ułożyła się wygodnie na nowoczesnym, skórzanym szezlongu, wyciągnęła przed siebie nogi i sięgnęła po pilota. Po chwili ze smukłych kolumn, przypominających bardziej nowoczesne rzeźby, niż głośniki, dobiegł dźwięczny głos Albano:

Felicita e tenersi per mano

andare lontano la felicita.

E il tuo squardo innocente

in mezzo alla gente la felicita.

E restare vicini come bambini

la felicita

felicita.”

Po chwili dołączył do niego ciepły głos Rominy Power:

Felicita e un cuscino di piume

l’acqua del fiume che passa e va.

E’ la pioggia che scende

dietro le tende la felicita.

E abbassare la luce per fare pace

la felicita…”

Fabio słuchał z coraz większym trudem.

– Możesz to zmienić? – spytał z rozdrażnieniem.

– Jasne. Co mam włączyć? – spytała brunetka, unosząc brwi.

– Co chcesz – odparł. Było mu naprawdę wszystko jedno.

Ti amo, un soldo

Ti amo, in aria

Ti amo se viene testa

vuol dire che basta lasciamoci.

Ti amo…”

Fabio poczuł, jak coś ciężkiego osunęło mu się w głąb żołądka i uciska klatkę piersiową. Znał tekst tej piosenki na pamięć i na pewno nie chciał jej teraz słuchać.

– Alessia! Czy ty to robisz specjalnie? – wycedził przez zęby.

– Tozzi też ci nie pasuje? To nie moja wina, że większość piosenek jest o miłości… – odparła dziewczyna, celując pilotem w połyskujący srebrzyście odtwarzacz. – Oczywiście, że robię to specjalnie. A jak myślałeś? Od wczoraj patrzę na ciebie i zastanawiam się, kiedy mi wreszcie powiesz, co się dzieje. Myślisz, że oglądanie brata w takim stanie, sprawia mi przyjemność?

– Nic się nie dzieje. – Starał się mówić łagodnie i spokojnie. Za nic w świecie nie chciał zdenerwować siostry. – Jestem trochę rozbity, jak to po rozstaniu…

– Nie rób ze mnie idiotki, dobrze? Od lat patrzę, jak rozstajesz się z kobietami i nie zauważyłam, żeby kiedykolwiek obeszło cię to bardziej niż przegrana Juventusu! – prychnęła.– To ona cię zostawiła, tak?

– Tak – przyznał niechętnie. – Ale ja nie próbowałem jej zatrzymywać… – Spojrzał na siostrę i zauważył, że ta przygląda mu się badawczo. Nie dawała się zbyć byle czym. – I tak to nie miało racji bytu – stwierdził z ponurą miną. – Chciała, żebym się zaangażował bardziej niż mogłem – dodał cicho.

– Bardziej niż mogłeś, czy bardziej niż chciałeś? – W głosie Alessandry brzmiała drwina. Poczuł się zaskoczony. Na końcu języka miał ripostę, kiedy nagle siostra wyciągnęła dłoń i pogładziła go po policzku. – Fabio, krzywda, którą wyrządziła ci Tiziana, nie musi się powtórzyć. Pewnie myślisz, że jak się nie ożenisz, to nie będziesz cierpiał, tak?

„Skąd ty to wiesz, mądralo?” – zastanowił się. Sam by tego lepiej nie ujął. Przecież o to mu chodziło, o niezależność.

– Nie chciałem, żeby Caterina do mnie należała – przyznał.

– Podaj mi tablet. – Alessandra wskazała głową stojący pod ścianą, elegancki regał. – Stefano dał mi te zdjęcia, kiedy go poprosiłam, żeby pokazał mi Caterinę. – Uruchomiła pokaz, odwracając ekran w stronę brata.

Fabio patrzył jak osłupiały na zdjęcia zrobione podczas tych kilku dni spędzonych z Cateriną. Była tam kolacja na tarasie hotelu w Wenecji, gdzie karmili się wzajemnie przystawkami, wspólna jazda skuterem, gdy ogrzewał zimne palce dziewczyny pod koszulką,  spacer po kolacji, kiedy trzymali się za ręce,  oni oboje w restauracji w Dubrowniku, Caterina w czerwonej sukni i jego własna dłoń na biodrze dziewczyny,  zbity z tropu Angelo i wiele, wiele innych ujęć… Na wszystkich uchwycono spojrzenia i gesty, które nawet niewprawnemu obserwatorowi nie pozostawiały wątpliwości, z kim ma do czynienia. Czuł, że za chwilę serce mu eksploduje, albo zatrzyma się i już więcej nie poruszy…

– Angelo odszukał ją na Facebooku – rzuciła nagle Alessandra, przyglądając mu się uważnie. Było to jak cios wymierzony bez ostrzeżenia. – Zaprosił ją do grona znajomych – dodała niewinnym głosikiem.

Jeszcze poprzedniego dnia Fabio umawiał się z Angelo na spotkanie pod koniec tygodnia i ten drań nawet słowem nie wspomniał o Caterinie. Skąd wiedział, że nie są razem? A może nie wiedział? Może było mu to obojętne? Właśnie dlatego nie chciał trwałego związku. Tylko, dlaczego tak się wściekał?

– Sukinsyn – wysyczał.

– Fabio, to czego tak się bałeś, już się stało. – Alessia patrzyła na brat z politowaniem. – Kochasz ją i cierpisz nawet na samą myśl, że ktoś inny mógłby jej dotknąć. To nie zależy od obrączki.

– Jeśli obrączka nie jest ważna, to dlaczego odeszła? – Wybuchnął nagle. – Dlaczego tak jej na tym zależało? Dlaczego nie chciała się zgodzić na moje warunki? Wytłumaczysz mi to?

– Głuptasie! Ja zachowałabym się dokładnie tak samo. – Alessandra patrzyła na Fabia, jakby był niespełna rozumu. – Zadbałeś o to, żeby miała o tobie jak najgorsze zdanie. Dziwię się, że w ogóle wsiadła na twój jacht. Chyba lubi ryzyko…

– Nie znasz jej! Gdybyś zobaczyła jak pracuje! To silna i niezależna kobieta, inna od tych, z którymi spotykałem się dotychczas! – Nie mógł się powstrzymać. Musiał to z siebie wyrzucić. – Nie sądziłem, że będzie taką…

– Tradycjonalistką? – wpadła mu w słowo Alessandra. Zawsze potrafiła trafić w sedno, Fabio musiał to przyznać. Przyglądała mu się wzrokiem, który przywodził na myśl matkę. Obie potrafiły go przejrzeć, ale Alessia znała w dodatku sekrety brata i dlatego czuł się przed nią bardziej obnażony i bezbronny. Tyle, że kochająca siostra za nic na świecie nie wyrządziłaby mu krzywdy. – Zastanów się – ciągnęła. – Dlaczego miałaby zrezygnować dla ciebie ze swojej niezależności i pozycji zawodowej? Do końca traktowałeś waszą znajomość jak zabawę, a ona się zaangażowała. Co zrobiłeś, żeby uwierzyła, że warto?

– A co twoim zdaniem powinienem zrobić? Znam ją od dwóch tygodni…

– Nie mówię, że masz się z nią żenić. To poważna decyzja, ale nie powinny mieć na nią wpływu twoje przeżycia z Tizianą. Byliście bardzo młodzi i niedoświadczeni. Zresztą, mama też tak uważa…

– Więc już to przedyskutowałyście, tak? – Westchnął z irytacją, ale widząc zatroskaną minę siostry darował sobie wymówki. Spojrzał znów na ekran. Stali we dwoje pod prysznicem, a on rozdzielał włosy Careriny. Stefano musiał zrobić to zdjęcie z góry. Potem ona pobiegła do kuchni…

– Gotujesz czasem dla Paula? – spytał w zamyśleniu.

– Czasem… – Alessandra przyjrzała się bratu. – Przemyśl to, Fabio. Zostań kilka dni dłużej w Barcelonie i daj sobie czas. Nie chcę cię tu widzieć w takim stanie! – Klepnęła go przyjaźnie po policzku.

Przeczesał włosy palcami i odchylił głowę w tył. Nagle poczuł się strasznie zmęczony. Naprawdę musiał wszystko przemyśleć. To, co powiedziała Alessandra, powinien skonfrontować z własnymi uczuciami. Nagle uzmysłowił sobie, że jest jeszcze jeden powód, dla którego powinien coś z tym zrobić. A jeśli rzeczywiście Caterinie coś groziło? Powinien porozmawiać ze Stefano. Jego trzeźwe spojrzenie na życie wcale nie ucierpiało, chociaż związał się z kobietą i to w zupełnie irracjonalnych okolicznościach. Wyniesioną z pożaru Chorwatkę najpierw odwiedzał w szpitalu, a potem po prostu zabrał do domu. Od kilku lat z powodzeniem pracowała dla niego i dla Alessandry. Mieli się spotkać dopiero w Barcelonie, gdzie Mila powinna im pomóc w wycenie kamienic. Jednak od dwóch dni oboje ze Stefano stali się nagle nieosiągalni i Fabio zaczął się zastanawiać, czy aby na pewno powodem była jedynie chęć spędzenia kilku dni we dwoje? Nie tylko Caterina poczuła się zawiedziona jego postawą, Stefano dał tego wyraz aż nadto wyraźnie.

***

Kancelaria prowadzona przez Karolinę, Andrzeja i Olka mieściła się w samym centrum miasta. Mieszkanie w starej kamienicy, które przed laty zajmowała babcia Andrzeja, okazało się doskonałą lokalizacją. Oczywiście musieli je wyremontować, ale teraz zainwestowane pieniądze zwróciły się wielokrotnie. Ceny nieruchomości w tej okolicy nie spadały, a prestiż – jak mawiał Olek – był bezcenny. Karolina siedziała wyjątkowo milcząca i Katarzyna zaczynała podejrzewać, że przyjaciółka nie pochwala jej decyzji o przekazaniu dokumentów Łucji. Wyłuszczyła po raz kolejny swoje obawy, co do przecieków w policji, ale to raczej nie przekonało Karoliny. Natomiast reakcja prawniczki na nowe fakty w sprawie śmierci Roberta, kompletnie zbiła Katarzynę z tropu. Ona nie była zaskoczona!

– Powiedz, że o tym wiedziałaś, a chyba zwariuję! – Katarzyna patrzyła na przyjaciółkę wyczekująco.

– Dzisiaj zadzwonił do nas Adam Kita i powtórzył to, co powiedział tobie. Jestem twoim prawnikiem – przypomniała Katarzynie, zanim ta zdążyła zaprotestować. – Powinnaś mu powiedzieć o tych dokumentach. Tak samo, jak powinnaś odpisać Stefano…

– Karola, i tak mi ciężko. Jeśli ma jakieś informacje, to niech przekaże je tobie. W końcu jesteś moim prawnikiem! – odparowała z sarkazmem Katarzyna.

– Właściwie, to już tak zrobił. Powiedział, że ja znam ciebie najlepiej i dlatego mam zdecydować kiedy i jak ci to przekazać…

Katarzyna poczuła nagle, że robi jej się niedobrze. Z lękiem patrzyła, jak Karolina sięga do metalowej szafy, ukrytej w rogu pokoju i wyciąga stamtąd szarą teczkę, w jakiej trzyma się akta. Po chwili miała przed sobą dwie kartki A4 zadrukowane czymś, co na pierwszy rzut oka przypominało wiersz. Kiedy zaczęła czytać, włosy stanęły jej dęba:

Mam dokumenty, z których wynika, że przetargi w szpitalu są ustawiane. Co pani na to?”

Nie mam pojęcia o czym pan mówi. Takie dokumenty nie istnieją.”

Dobrze pani wie, że tak. Ile są dla was warte?”

Powtarzam jeszcze raz, że nie ma takich dokumentów. Kim pan jest?”

Skoro nie ma takich dokumentów, to po co chce pani wiedzieć, kim jestem?”

Katarzyna spojrzała na Karolinę z niedowierzaniem.

– Szablony? – spytała. Nawet nie musiała czekać na jej kiwnięcie głową. Doskonale wiedziała, co to jest, ale ich treść wcale jej się nie podobała. Pochyliła się i czytała dalej.

Potrzebuję więcej informacji. Skąd mam wiedzieć, co pan ma?”

Dogadajmy się, albo dowiecie się z prasy.”

Spokojnie, chcę wiedzieć, co pan ma.”

Czy wystarczy, jeśli powiem, że mogę udowodnić, że przetarg na sprzęt radiologiczny, chirurgiczny, laryngologiczny, urologiczny i kilka innych, był ustawiony pod konkretną firmę? Mam skan specyfikacji z logo firmy i kartkę napisaną przez pani męża. Zaczyna się ona tak: zaznaczyć taki przekrój i nie inny!”

Dogadajmy się. Chcę zobaczyć wszystkie dokumenty.”

Na tym kończyła się pierwsza kartka. Katarzyna sięgnęła po szklankę z wodą. – „Jak to, dogadajmy się?” – pomyślała. Spojrzała na Karolinę, która w milczeniu wpatrywała się w okno niewidzącym wzrokiem. Wróciła do tekstu.

Mam je przesłać na pani adres?”

Nie. Spotkajmy się.”

Nie ma mowy! Nie ujawnię się.”

Jeśli się dogadamy, muszę przekazać pieniądze. Jak?”

Na konto.”

Ile i w jakim banku?”

200 000. Nazwę banku podam, jak się dogadamy.”

To bardzo dużo. Jaką mam gwarancję, że prasa się nie dowie?”

Żadnej. Musi mi pani zaufać”

Zaufania nie można kupić. Gwarancję tak.”

Nie mogę dać gwarancji. Musi mi pani zaufać.”

Skąd pan je ma? Czy ktoś jeszcze o nich wie?”

Nie mogę powiedzieć, skąd je mam. Nikomu ich nie przekazałem, na razie, ale prasa czeka.”

W takim razie zaryzykuję.”

Przeczytała jeszcze raz ostatni wpis. Mogła się spodziewać wszystkiego, ale to?

– Naprawdę mi przykro… – Karolina wykręcała ręce.

– Od kiedy to masz? – spytała zbolałym głosem Katarzyna.

– Przyszło wczoraj wieczorem. Nikt nie wie. Nawet Andrzej – zaznaczyła.

– Nie mów mu, dobrze? Przynajmniej na razie… – Katarzyna ukryła twarz w dłoniach. Co miała z tym zrobić? Czy w ogóle miała to ujawnić? I komu? – Ufasz temu policjantowi? – Spojrzała na przyjaciółkę.

– Co masz na myśli?

– Chodzi o to, że on już kiedyś u mnie był. Jako pacjent. Nie byłam pewna, ale teraz sobie przypominam. Przyprowadził go Ziemek… Polecony przez Kiecia… No, sama już nie wiem, co myśleć! – Czuła w żołądku bryłę lodu.

– Jezu, Kaśka, to jakiś obłęd! Myślisz, że on też jest w to umoczony? – Minę Karoliny można było opisać jednym słowem: zgroza!

– Karola, nie wiem! Wiem tylko, że zna Kiecia i Ziemka… Nie wiem, czy powinnam mu to pokazać? To zmienia wszystko! Robert ich szantażował! Mieli powód, żeby go… – Nie mogła dokończyć. Łzy popłynęły po policzkach dziewczyny. Płakała z bezsilności i wściekłości. – „Jak mógł coś takiego zrobić?!”– pomyślała, zdruzgotana odkryciem. Nic dziwnego, że Stefano przekazał jej to za pośrednictwem Karoli. – „Ciekawe, co na to Fabio? Boże, jak mogę myśleć o nim w takiej chwili?” – zganiła się, ale natrętna myśl nie chciała ustąpić. Podeszła do okna i otworzyła je szerzej. Wciągała powietrze głęboko do płuc. Starała się pozbyć wszystkich słów, kłębiących się pod czaszką. Musiała coś zrobić, cokolwiek! – Daj tego laptopa – westchnęła, odwracając się.

Uruchomienie komputera zajęło im tylko kilka minut i po chwili Katarzyna mogła przesyłać informacje na podany przez Łucję adres. Zawahała się jednak, zanim otworzyła swoją skrzynkę mailową. Po chwili namysłu założyła nową, na fikcyjną osobę i za jej pośrednictwem przesłała dokumenty, łącznie ze skanem małej karteczki z notatkami. Pominęła za to zdjęcia Łucji.

– Karola, masz tu namiary na tę skrzynkę. Jutro od rana mam pewnie rozpisane zabiegi, więc jeśli coś się w niej pojawi, to daj mi znać, albo nawet reaguj sama. – Ufała przyjaciółce, jak sobie. – Nie masz jakiegoś wolnego laptopa? Może być stary, byle tylko dało się go podłączyć do sieci.

Karolina przyniosła przechodzoną Toshibę i wręczyła ją Katarzynie.

– Nie jest to ostatni model, ale nie będziesz skazana na izolację. – Zażartowała.

– Problemem jest raczej brak izolacji. Nienawidzę, jak reszta oddziału zagląda mi przez ramię. Wiem, że aż ich skręca, żeby się dowiedzieć, czy przeglądam portale randkowe – prychnęła. Otworzyła swoją pocztę i stwierdziła, że Fabio się nie odezwał. Mimo, że właśnie tego powinna się spodziewać, poczuła ukłucie zawodu. Przeczytała wiadomości od Stefano. Pytanie, czy doleciała bez przeszkód, przypomnienie, że internet nie jest bezpiecznym i anonimowym miejscem… – „Dzięki Stefano, pamiętałam.” – pomyślała. W ostatnim mailu znalazła prośbę, by pod żadnym pozorem nie umieszczała żadnych wpisów w „TEJ skrzynce”.

Postanowiła odpisać:

„Dzięki Stefano, jesteś prawdziwym przyjacielem. Postaram się o wszystkim pamiętać. Buziaki, Caterina.”

Zawahała się przez chwilę, po czym wróciła do tekstu.

„PS. Dbaj o niego.”

Wysłała, zanim przyszło jej do głowy usunąć ostatnią linijkę.

– Chodźmy, bo się rozkleję – rzuciła do Karoliny, pakującej bez pośpiechu kable i laptopa do jakiejś torby. Przejrzała jeszcze pobieżnie pozostałe wiadomości, po czym zalogowała się do facebooka, gdzie natknęła się na zaproszenie Angelo. – Mam alergię na Włochów – wysyczała do przystojnego, uśmiechniętego mężczyzny ze zdjęcia i odrzuciła zaproszenie z mściwą satysfakcją.

– Idziemy? – Karola stanęła w drzwiach, gotowa do wyjścia.

Strome schody okalała żeliwna poręcz. Mimo nowoczesnego wystroju, wszyscy zgodnie stwierdzili, że ona pozostanie na swoim miejscu. Katarzyna podziwiała ją za każdym razem, gdy przychodziła do kancelarii. Pomalowana farbą w odcieniu malachitowej zieleni, stanowiła niesamowitą ozdobę. Właśnie miała po raz kolejny wyrazić swój zachwyt, czekając aż Karolina zamknie główne drzwi do kamienicy, gdy od strony placu widocznego na końcu uliczki z głośnym rykiem silnika ruszył motocykl. Yamaha Drag Star 650, wszędzie by go poznała! Nie tak dawno sama na takim śmigała. Uśmiech rozjaśnił na chwilę smutną twarz Katarzyny, gdy przyglądała się pochylonej sylwetce motocyklisty. Kask zasłaniał twarz, ale z postury wyglądał na mężczyznę. Podjechał dość szybko, zwalniając na widok Katarzyny i nagle… Wyrwał jej laptopa, a w następnej chwili mknął przed siebie na złamanie karku. Stanęła jak wryta. Dopiero po chwili rzuciła się za nim biegiem, starając się dojrzeć rejestrację. Na próżno…

– Kaśka, stój! – Karolina pobiegła za przyjaciółką. – Nic ci nie jest? – wydyszała – Nie goń go, dzwonimy na policję!

–Zaczekaj! Może nie na policję… – Rozejrzała się dokoła. Ludzie idący dotąd spokojnie, przyspieszali kroku. Nikt się jakoś nie kwapił z pomocą.

– Nie? – Karolina spojrzała na Katarzynę zdumiona.

– Masz rację.– Katarzyna machnęła ręką. – Trzeba to zgłosić. Pomyślałam tylko, że Kita i tak się dowie, więc może lepiej od razu zadzwonić do niego?

***

– Usiądźmy i spokojnie porozmawiajmy – zaproponowała Karolina, stawiając na stole trzy szklanki wody. – Każdy powie, co wie i spróbujemy wreszcie ruszyć z miejsca.

Katarzyna uniosła głowę i westchnęła ciężko. Adam Kita siedział naprzeciw z ponurą miną.

– Ja powiedziałem wam wszystko, co mogłem i co dotyczyło pani. – Spojrzał wymownie na Katarzynę. – Niestety, motocykli tej marki na warszawskich numerach jest sporo. No i nadal nie rozumiem, dlaczego ktoś zadał sobie tyle trudu, żeby ukraść stary laptop i to w centrum miasta – dodał z sarkazmem.

– Chyba mogę to panu wyjaśnić. – Spojrzała na Karolinę z rezygnacją i kiwnęła głową. Karolina natychmiast ruszyła po jej komputer, wyraźnie zadowolona.

Porucznik Kita uniósł brwi zaskoczony, ale milczał. Katarzyna uznała to za zgodę, więc streściła mu pokrótce, jak doszła do dokumentów ukrytych w laptopie, a potem pokazała mu skany i obie z Karoliną wytłumaczyły, co one oznaczają. Słuchał uważnie, kiwając od czasu do czasu głową. Kiedy skończyły, siedział jeszcze przez chwilę, jakby analizując otrzymane informacje.

– To wszystko? Nie było innych dokumentów? – spytał wreszcie.

– Nie – odparły zgodnie. – W każdym razie nie na tym laptopie – dodała Katarzyna, przyglądając się policjantowi uważnie. – Dysk zewnętrzny, który mieliśmy, skradziono rok temu. Nie mam niczego, gdzie Robert mógłby coś zapisać. – „Jeśli on przekaże te informacje dyrektorowi” – pomyślała. – „To jutro wywalą mnie z roboty…”

– I mówi pani, że chciał to dać dziennikarzom, tak?

– Nawet chyba część przekazał. – Włączyła się Karolina. – Bo widziałam artykuł napisany przez pewną dziennikarkę. Musiała wiedzieć o tych przetargach, ale nie miała w ręku dokumentów. Naczelny wstrzymał jej publikację. Była tu po poradę w sprawie prawa prasowego…

– Muszę wiedzieć, kto to jest – stwierdził natychmiast Kita.

Katarzyna poruszyła się niespokojnie i spojrzała na Karolinę. Czy powinny ujawnić nazwisko Łucji? Coś za bardzo mu zależało na tej wiadomości.

– Ona może mieć związek ze śmiercią pani męża. – W głosie porucznika brzmiało zniecierpliwienie. – Nie może pani ukrywać takich informacji! Poza tym chciałbym zatrzymać tego laptopa…

– Nie ma mowy! – Tym razem zaprotestowała Karolina. – Komputer zostaje tutaj! Chyba, że Kaśka zadecyduje inaczej…

– Laptopa nie oddam, ale zgram to panu… – Wciąż nie była pewna, czy może mu zaufać. Z drugiej strony, powiedziała już tyle, że… Na samą myśl, że mógłby pozostawać w zmowie z dyrektorem, Katarzynie zrobiło się słabo. Ale jeśli tak było, to on wiedział o szantażu… – Karola, daj te kartki z szablonami. Proszę to przeczytać – zwróciła się do Kity. – To zapis korespondencji mojego męża prowadzonej ze skrzynki mailowej, do której dostęp miała jeszcze jedna osoba – wyjaśniła. Teraz wystarczyło bacznie śledzić reakcję czytającego.

Karolina natychmiast zrozumiała intencje przyjaciółki i obie wbiły wzrok w policjanta. Czytał powoli, jakby przetrawiając każde zdanie. Na jego twarzy zobaczyły zdumienie.

– No tak… – wymruczał do siebie i wrócił do czytania. – No tak – powtórzył. – Nie dogadali się i poszedł do prasy, ale jednak go znaleźli… – Głośno myślał. – Ciekawe, ile mieli czasu, żeby to zrobić…

– Około miesiąca – odparła Katarzyna, pamiętając, co jej powiedział Stefano. – Robert założył skrzynkę w maju, a ostatnie logowanie odbyło się w dzień po jego śmierci, czyli piętnastego czerwca.

– Jest pani bardzo bystra – Kita przyjrzał się uważnie Katarzynie. Ktoś jej pomagał, ale skutecznie chroniła jego prywatność. Od Karoliny nie wydobędzie ani słowa, choćby stanął na głowie, wiedział to doskonale, więc nawet nie próbował pytać. Zamiast tego zaczął głośno układać coś w rodzaju logicznego ciągu wydarzeń. – Wydaje mi się, że negocjują dwie osoby. Pierwsza neguje istnienie dokumentów, ale druga chyba od razu zakłada, że musi odszukać autora wpisów i prowadzi negocjacje. Tylko, że one są na pokaz. Nawet nie próbował zbijać ceny – wyjaśnił, widząc pytające spojrzenia obu kobiet. – Za to żądał informacji oraz spotkania. Szukał punktu zaczepienia i albo go znalazł, albo… Czy mogę zajrzeć do tej skrzynki? – spytał. – Myślę, że negocjator wiedział, kim jest pani mąż już przed ostatnim wpisem.

Katarzyna przypomniała sobie, że Stefano zabronił jej wpisywania tam czegokolwiek. Ufała mu. Teraz nawet bardziej, niż przedtem. Nie zapomniał o niej i o obietnicy, że pomoże. Martwił się, że zrobi jej przykrość. Czuła zbierające się pod powiekami łzy.

– Nie – wyszeptała. – Tam niczego więcej nie ma. Usunięto wszystkie wpisy, ale osobą, do której mój mąż pisał, jest pani Kieć, żona dyrektora. – „Nie ma mowy, żebym dała ci dostęp do tej skrzynki” –pomyślała. Wydawało się, że nie był informatorem tych, którzy deptali jej po piętach… Chyba, że dobrze grał…

– Zdążyłem się zorientować, że to może być ona. Przynajmniej na początku… – westchnął – Jeśli mi pani nie przekaże tych dokumentów, nie będę mógł ich użyć jako dowodu. I tak bardzo wątpliwe, żeby prokurator potraktował to poważnie. Mamy tu próbę szantażu, a to są szanowani obywatele… – zaczął. – Proszę mi powiedzieć, kim jest dziennikarka, z którą kontaktował się pani mąż. Możliwe, że jest uczciwa, ale nie mamy pewności. Zbyt łatwo obdarza pani zaufaniem…

Karolina rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie, więc umilkł. Za to ona przyniosła po chwili mały

srebrno–zielony pendrive i podała go Katarzynie.

– Masz tu wszystko – powiedziała. – Skany i te wpisy.

Katarzyna musiała zaczerpnąć świeżego powietrza. Wstała i podeszła do okna. Otworzyła je,  spojrzała na ulicę oraz fragment placu, pełen spacerujących ludzi. Letnie popołudnie emanowało ciepłem i słońcem. Lekki wietrzyk przyniósł z pobliskiej restauracji zapach potraw oraz ziół. Przymknęła oczy, pozwoliła myślom unieść się swobodnie i powędrować do nadmorskich restauracyjek. Brakowało tylko szumu morza i słonawej bryzy, i…

– Ma pan rację – stwierdziła nagle, odwracając się. – Nie powinnam być taka ufna. Tu jest wszystko, co mogę panu dać. Rozmawiałam z tą dziennikarką. Zrobiła na mnie dobre wrażenie, zasięgnęłam też informacji na jej temat. Nie mam podstaw, by jej nie ufać. – „Zaufałam tobie” – pomyślała. – „Jeśli mnie zawiedziesz, to nie wiem, gdzie się ukryję.”

– Dziękuję. – Kita po raz pierwszy popatrzył na Katarzynę przyjaźnie. – Chyba w tej sytuacji lepiej byłoby, żeby nie nocowała pani w domu – dodał z zakłopotaniem. – Nadal nie mamy podstaw do przydzielenia pani ochrony…

– To raczej oczywiste. – Karolina przewróciła oczami i otoczyła przyjaciółkę ramieniem. – Skoczymy teraz do ciebie po rzeczy, a Andrzej odwiezie cię jutro do roboty.

„W moim domu straszy duch czerwonej sukni” – pomyślała Katarzyna. W gruncie rzeczy była zadowolona, że nie musiała wracać sama do pustego mieszkania.

Rozdział 17 (Poniedziałek)

 

– Pani doktor, przyjdzie pani na kawę? – W drzwiach sali pooperacyjnej ukazała się pucołowata twarz Moniki, rudowłosej pielęgniarki, która miała asystować Katarzynie przy kolejnym zabiegu.

Lekarka spojrzała na zegar zawieszony nad drzwiami, a potem na bladą twarzyczkę dziecka, któremu przed chwilą usunęła migdałki. Chłopiec oddychał spokojnie i otwierał co chwila oczy, ale patrzył na nią jeszcze niezbyt przytomnie. Przywołała jedną z pielęgniarek, kręcących się pomiędzy łóżkami. Do trzeciej powinna się wyrobić, jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego. – „Dobrze byłoby zajrzeć na oddział, zanim wszyscy zabiorą się do domu” – pomyślała. Miała jeszcze dwie operacje, a już czuła się zmęczona. Cała energia, którą zyskała podczas tygodnia z Fabiem, uszła z niej w ciągu dwóch ostatnich dni. Odnosiła wrażenie, że zaciska się wokół niej jakaś niewidzialna sieć, której ona nie widzi i nie rozumie, ale czuje ją coraz mocniej. Było to tak irytujące uczucie, jak swędzenie w miejscu, do którego nie można dosięgnąć. Westchnęła z rezygnacją i wyszła przed salę. Na korytarzu siedziało dwoje ludzi, którzy na widok jej zielonego chirurgicznego ubrania, natychmiast zerwali się z miejsca.

– Pani doktor… – zaczął niepewnie mężczyzna. – Jesteśmy rodzicami Adasia…

– Wszystko w porządku. – Uśmiechnęła się do nich. Przed zabiegiem pomylili ją z pielęgniarką i poprosili o rozmowę z lekarzem, który miał operować ich synka. Monika natychmiast im uświadomiła, że właśnie rozmawiają z operatorem, ale Katarzyna machnęła tylko ręką. Nie tylko ich zwiódł jej wygląd. Teraz patrzyli na nią z niepokojem. W oczach obojga ujrzała te same emocje, które widziała w innych oczach, orzechowych… Kto teraz głęboko w nie spoglądał?

– Pani doktor? – Kobieta nieśmiało zajrzała jej w twarz.

– Och, przepraszam, jestem trochę zmęczona. – Uśmiechnęła się blado. – Możecie państwo wejść do synka. Proszę tylko wziąć jednorazowe fartuchy i ochraniacze na buty. Właśnie się budzi i jest jeszcze zdezorientowany, ale dzieci szybko dochodzą do siebie. – Pomyślała o bajce, którą wymyśliła dla Vanessy. – Proszę do niego mówić. Opowiedzieć mu coś…

– Bardzo dziękuję. – Kobieta patrzyła na nią ze łzami w oczach. – Pani ma takie podejście do dzieci, jak mało kto. – Zapewniła gorąco.

– Proszę do niego iść – wykrztusiła Katarzyna i czym prędzej uciekła do pokoju lekarskiego, gdzie czekała na nią kawa.

Siedziała przy otwartym oknie, popijając z kubka gorący orzeźwiający płyn i obserwowała snujących się po placu budowy robotników. Szybko rosnący budynek stał się chlubą dyrektora i jego żony, która podobno udzielała się w mediach, zabiegając o fundusze na wyposażenie. Katarzyna nie mogła tylko zrozumieć, dlaczego część przychodni miała być zlokalizowana w centrum miasta, zamiast przy szpitalu. Co prawda, dyrektor uzasadnił to faktem posiadania przez szpital działki w śródmieściu, ale i tak wydało jej się to nielogiczne. Może faktycznie koszt dobudowania jeszcze jednego piętra był wyższy, niż nowy budynek w pobliżu parku? Nie znała się na tym. – „Z drugiej strony” – pomyślała – „Słoneczny pokój z widokiem na park, w miejsce ponurych klitek, które obecnie służyły im za poradnię, to niezła zamiana. Nawet jeśli trzeba będzie wykupić kartę parkingową”.

Miała zamiar sprawdzić jeszcze telefon, który na czas operacji zamykała w szafce razem z ubraniem i torebką, ale Monika bezlitośnie przypomniała jej o kolejnym zabiegu. Westchnęła więc ciężko i ruszyła na salę operacyjną. – „Skup się, skup się!” – powtarzała, myjąc ręce i spoglądając w lustro zawieszone nad umywalkami. Powoli wchodziła w ustalone tryby machiny, którą zbudowała po śmierci Roberta. To był sen, przekonywała samą siebie, kiedy dopadały ją myśli o Fabiu, a teraz się obudziła.

***

– Mila? No nareszcie! Jest z tobą Stefano? – Fabio przeglądał jeszcze ostatnie notatki i plany obu kamienic, nadesłane mu z barcelońskiej agencji nieruchomości, z którą współpracowali.

– Tak, signor De Luca, ale nie może podejść. Jesteśmy na lotnisku i Stefano poszedł do toalety. Czy mam mu coś przekazać? – spytała uprzejmie dziewczyna.

– Nie – odparł po namyśle. – Lecicie już do Barcelony? Gdzie wy właściwie jesteście? – Z telefonu dobiegły go jakieś dziwne odgłosy – Halo? Halo! Mila! – Połączenie zostało przerwane – Cholerne lotniska! – burknął i odłożył swojego iPhona.

– Z kim rozmawiałaś? – Stefano podszedł do Mili w momencie, gdy pocierała telefonem o plastik fotela, a w chwilę potem przerwała połączenie.

– To De Luca. Szuka cię, ale go uspokoiłam – odparła z uśmiechem i odgarnęła kasztanowe loki. – Nacisnęłam odbiór, zanim się zorientowałam, że to on. Wszystko w porządku. – Upewniła go, widząc, że marszczy czoło. – Myśli, że lecimy do Barcelony.

– Bo lecimy, tylko okrężną drogą. – Stefano pocałował dziewczynę w usta. – Jesteś cudowna, wiesz?

– Ciekawe, jaką będzie miał minę, jak się zorientuje jutro, że nie ma nas na miejscu? – prychnęła. – Jesteś pewien, że tym razem cię nie wyrzuci? Naprawdę przeginasz…

Stefano wzruszył obojętnie ramionami.

– Nasz samolot – stwierdził, wyławiając komunikat z gwaru, jaki panował wokół nich. – Jeszcze nam kiedyś podziękuje – dodał.

Wyraz twarzy jego towarzyszki wskazywał, że bardzo w to wątpi, ale jakoś w ogóle się tym nie przejął. Miał na głowie o wiele większe zmartwienie i na razie zupełnie nie wiedział, jak sobie z nim poradzić. – „Zobaczymy, co zastaniemy na miejscu” – pomyślał.

***

– Cholerny telefon! – Katarzyna patrzyła z niedowierzaniem na wskaźnik baterii – „Szesnaście procent, zaraz padnie!” – Tak szybko się rozładowywał, a przecież był całkiem nowy! W dodatku zostawiła ładowarkę w domu. Szybko weszła w kontakty i zapisała na kartce numery Karoliny i Baśki. Widok różowo–złotego nieba za oknem uświadomił jej, że cały dzień spędziła między salą operacyjną i oddziałem, a przecież w pokoju lekarskim czekał na nią obiad. – „Pewnie jest zimny” – pomyślała, ale powlokła się w tamtym kierunku. Właśnie miała zaszyć się w zaciszu schronienia, kiedy dobiegł ją głos z dyżurki pielęgniarskiej.

– Pani doktor, ordynator Nowak pani szuka!

– Powiedz, że oddzwonię – odkrzyknęła z niechęcią.

– Ale on jest u siebie i czeka na panią!

Nowak na nie swoim dyżurze? To było wydarzenie! Katarzyna zrobiła w tył zwrot i ruszyła do gabinetu ordynatora bardziej z zaciekawieniem niż irytacją. Właśnie miała zapukać, gdy drzwi się otworzyły i ukazał się w nich Ziemowit Nowak we własnej osobie.

– Podobno mnie szukasz – stwierdziła kwaśno. – To musi być coś naprawdę ważnego, skoro fatygowałeś się o tej godzinie.

Ordynator przepuścił Katarzynę w drzwiach, a potem zamknął je i odwrócił się.

– Siadaj! – uciął krótko, wskazując lekarce jeden z foteli. Miał dość ponurą minę, co było raczej zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że przyjeżdżanie do pracy za darmo stanowiło dla niego istny „dopust boży”. Wsunął ręce do kieszeni fartucha, który zarzucił na markową koszulkę polo. Stał tak przez chwilę, wreszcie przysunął sobie drugi fotel ale nie usiadł, tylko zaczął krążyć po gabinecie bez słowa. Katarzyna musiała unieść głowę, aby go śledzić ze swojego miejsca. Początkowo zachowanie szefa wydało jej się nawet zabawne ale w miarę upływu czasu zaczynała się niecierpliwić. Czuła głód, pragnienie i miała kupę papierkowej roboty. Liczyła na półgodzinną drzemkę, a nie na pokaz najnowszej mody męskiej w wykonaniu swojego ordynatora. Poruszyła się niespokojnie i chrząknęła znacząco. Nowak stanął przed nią w lekkim rozkroku. – Musisz wyjechać na jakiś czas. – Podsunął dziewczynie pod nos wypełniony druk z prośba o pięć dni urlopu.

– Ziemek, w co ty mnie próbujesz wmanewrować? – spytała, oglądając druk, jakby szukała dopisku petitem o karnych odsetkach.

– Grozi ci niebezpieczeństwo. Nie wiem jakie, ale wiem na pewno, że ktoś chce ci zrobić krzywdę. Myślałem, że da się to jakoś załatwić, ale obawiam się, że nie. Mówię poważnie.

– Co ty pleciesz? – Spojrzała na swego szefa jak na wariata.

– Nie możesz raz mi zaufać? – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Ten jeden raz? Przecież nie proszę, żebyś wyskoczyła przez okno! Podpisz to i wyjedź na kilka dni. Zniknij! – prawie krzyknął.

Katarzyna aż podskoczyła na dźwięk jego głosu. Jak to, wyjedź? Czy on zwariował! Dokąd? Jednak ordynator wyglądał na zdeterminowanego. Co też knuł? Zaufać mu? Jeszcze czego! Już prędzej zaufałaby wężowi.

– Mam tak po prostu wyjść, spakować się i wyjechać, tak? – Upewniła się, że dobrze go zrozumiała.

– Tak! Tylko wyjedź dziś.– Kiwnął głową, jakby to było coś oczywistego. – Nie do matki – dodał po chwili zastanowienia.

– Tego już za wiele! – Naprawdę ją wkurzył – Czy ty siebie słyszysz? A poza tym, nie będziesz mi mówił gdzie mam jechać, a gdzie nie!

– Jak chcesz, ale żebyś potem nie żałowała – wycedził przez zęby, celując w nią palcem.

– No dobra, załóżmy, że ci zaufam. – Miała kompletny zamęt w głowie. – „Zadzwonić do Karoli, albo do Kity” – myślała gorączkowo. – Ale, jak ty to sobie wyobrażasz? Mam dyżur, nie mogę tak po prostu wyjść…

– Możesz! – przerwał jej. – Zostanę tu za ciebie. Posłuchaj, – Podszedł bliżej i spojrzał Katarzynie w oczy, ale po chwili spuścił wzrok. – Może nie zawsze byłem fair w stosunku do ciebie, ale są pewne granice. Komuś bardzo zależy, żebyś była cicho i nie grzebała w nie swoich sprawach. Tylko, że ty już to zrobiłaś i teraz nie ma odwrotu…

– Jezu! – Zakryła dłonią usta. – Co ty mówisz?

– Mówię, że powinnaś na chwilę zniknąć, a ja spróbuję to jakoś załatwić… Tylko proszę cię, wyjedź dzisiaj!

Katarzyna zastanawiała się nad słowami Nowaka z rosnąca frustracją. – „Jeśli w coś mnie wpuszczasz, to cię zabiję! – pomyślała. Z drugiej strony, nigdy nie wierzyła, że byłby zdolny naprawdę ją skrzywdzić. Wzięła bez przekonania wniosek na urlop i podpisała go. Potem dodała na odwrocie prośbę do ordynatora o zastępstwo z powodu silnego zatrucia pokarmowego, które uniemożliwiało jej dalsze pełnienie dyżuru. Ku jej zdumieniu, Ziemek podpisał to bez sprzeciwu.

– A teraz idź – powiedział ponuro. – Zanim się rozmyślę – dorzucił.

Wyszła pospiesznie, wciąż trzymając kartkę w dłoni. Ruszyła na ginekologię. Może i zaufała Ziemkowi w sprawie urlopu, ale dyżur to poważna sprawa i lepiej żeby wniosek oddał do kadr ktoś znajomy i „pewny”.

***

– Jest pani pewna, że wyszła ze szpitala? – Karolina poczuła, jak włosy stają jej dęba.

– Tak, pan ordynator Nowak ją zastępuje. Podobno się zatruła. – Pielęgniarka sprawiała wrażenie nie mniej zdziwionej niż rozmówczyni.

– Ale nic mi nie mówiła. Powinna zadzwonić. Nie odbiera komórki. – Upierała się prawniczka.

– Wie pani co? Pani doktor szukała ładowarki do iPhona, ale żadna nie pasowała. Pewnie ma rozładowany telefon…

– Dziękuję pani. – Karolina rozłączyła się i spojrzała na Andrzeja z wyrazem bezradności w oczach. – Kaśka nie odbiera. Wyszła ze szpitala jakieś pięć minut temu.

– Dzwoń do Adama. Ja podjadę do jej mieszkania. – Zastanowił się przez chwilę. – Masz kontakt z tym Włochem? Tym Stefano? Może on do niej dzwonił i coś jej powiedział? Ale dlaczego nie dała nam znać?

– Wiesz co? – Karolina westchnęła. – Ja chyba domyślam się, o co chodzi. Jest jej głupio, bo okazało się, że Robert kontaktował się z tą radną wcale nie dlatego, że chciał ją ostrzec. Nie powinno się mówić źle o zmarłych i to był twój przyjaciel, ale wiesz… – Zawahała się. – On chciał od niej pieniędzy.

– Robert? To niemożliwe!

– Ja też tak pomyślałam, ale Stefano przysłał mi zapis ich rozmów. Niestety jest tak, jak mówię. – Potarła twarz dłońmi. – Wczoraj dałam je Kaśce, a ona przekazała je Kicie. Boże, wolałabym tego nie wiedzieć!

– No, to przynajmniej rozumiem, dlaczego nie dzwoni, ale i tak lepiej skontaktować się z tym Kitą, zawsze to policjant – stwierdził nieco uspokojony.

– Kurde! Powinien dać jej jakąś ochronę! Przecież jej grozili! – wybuchła nagle Karolina. – Jak coś jej się stanie… – Przerwała i przyłożyła do ucha telefon, czekając na połączenie.

– Nie przesadzaj. Na razie nic się nie dzieje. – Andrzej zdecydowanie lepiej panował nad sobą.

***

Katarzyna zbiegła po schodach i szybkim krokiem przemierzyła hol. Zapadał już zmrok i z przerażeniem uświadomiła sobie, że przecież nie ma samochodu, bo przywiózł ją Andrzej. Jak na złość, przed wejściem nie było ani jednej taksówki. Zawahała się. – „Nie, ja chyba zwariowałam!” – pomyślała i cofnęła się w głąb budynku. – „Jaki wyjazd?” – Następnego dnia miała w prywatnym gabinecie zarejestrowanych chyba ze dwudziestu pacjentów, we czwartek kolejny dyżur, a w piątek rozpisane zabiegi… – „Ziemkowi odbiło” – przekonywała się w myślach. Szklane tafle drzwi rozsunęły się przed nią cicho szurając i odruchowo zrobiła krok do przodu, nie opuściła jednak kręgu światła rzucanego przez zamontowane nad wejściem lampy. Kątem oka zauważyła jakiś ruch. Z głębi parkingu wyłonił się mercedes SUV. Poznałaby ten model wszędzie, takim samym jeździła w Turynie. Samochód zatrzymał się tuż przed nią i przyciemniana szyba obok kierowcy bezszelestnie powędrowała w dół. Katarzyna natychmiast rozpoznała Łucję.

– Niech pani wsiada do samochodu! – rzuciła zdecydowanym tonem dziewczyna. – Na tylne siedzenie, za mną!

Nie zastanawiając się, Katarzyna wykonała polecenie.

– Co się dzieje? – spytała, kiedy samochód ruszył sprzed wejścia, wciskając ją w fotel.

– Cholera! – Łucja zerkała nerwowo w tylne lusterko.

Katarzyna odwróciła się natychmiast i zauważyła, że w pewnej odległości za nimi jedzie srebrzystoszary samochód. Spojrzała z niedowierzaniem na Łucję. Chyba nie myślała, że ktoś ją śledzi?

– Proszę zapiąć pasy! Spróbuję ich zgubić. – Usłyszała w odpowiedzi.

– Śledzą nas? Chyba pani żartuje, to absurd!

– Nie sądzę! – Łucja skręciła w wąską uliczkę, wciąż zerkając w lusterko. Samochód nadal jechał za nimi, ale trzymał dystans.

– Załóżmy, że to prawda. Kto mógłby panią śledzić? Zaraz… – Zastanowiła się. – Śledzą mnie? – Odwróciła głowę, wpatrując się w samochód.

Łucja kiwnęła głową i skupiła się na drodze. Zwolniła na wybojach, a potem dodała gazu i wjechała na dwupasmową drogę wiodącą do centrum. Wmieszała się pomiędzy nieliczne samochody wciąż spoglądając z niepokojem we wsteczne lusterko. Zaklęła cicho pod nosem na widok podejrzanego pojazdu sunącego za nimi jakby przyciągał go niewidzialny magnes. Na kolejnym skrzyżowaniu skręciła gwałtownie w lewo, a potem wjechała na parking ze szlabanem, który podniósł się tuż przed ich maską. Katarzyna zauważyła na końcu parkingu kolejną ruchomą barierkę. Obejrzała się i zobaczyła, że srebrny samochód zatrzymał się, a po chwili ruszył wzdłuż ogrodzenia, podczas gdy one właśnie opuszczały parking, wyjeżdżając na wybrukowaną ulicę po drugiej stronie.

– No, to mamy spokój. – Łucja tym razem spojrzała w lusterko z zadowoleniem. – Przepraszam, że panią przestraszyłam, ale nie miałam czasu na wyjaśnienia. Dostałam pewne informacje i pomyślałam, że może pani być w niebezpieczeństwie, jeśli są prawdziwe – zaczęła.

– Jakie informacje? – Katarzyna poczuła, że krew odpływa jej z twarzy. Więc Ziemek mówił prawdę! Ruszyła coś, czego nie powinna, ale jak inaczej miała dowiedzieć się czegoś o Robercie? – Myśli pani, że to mogą być ci sami ludzie, którzy… – Przełknęła ślinę. – Mieli coś wspólnego ze śmiercią mojego męża? – wypaliła.

– To chyba oczywiste? – Łucja spojrzała na Katarzynę z niepokojem. – Proszę się napić. Jest pani strasznie blada – powiedziała, podając jej napój energetyczny. – Przepraszam, że nie woda, ale mam tylko to.

Katarzyna wzięła butelkę z wdzięcznością i pociągnęła spory łyk. Smakował jak owocowe dropsy. – Niezły – stwierdziła. – Co to za informacje? Dokąd my właściwie jedziemy? – Rozejrzała się.

– Właśnie się zastanawiałam. – Łucja była wyraźnie zdenerwowana. – Miałam zamiar zabrać panią do siebie, ale teraz myślę, że to zły pomysł. Ci z samochodu pewnie pojechali do pani mieszkania albo może do mojego.

– Pewnie w obydwa miejsca. – Katarzyna opuściła z rezygnacją ramiona. – Ale co to za ludzie? O co im chodzi? Przecież jeszcze nic się nie ukazało.

– No właśnie. – Łucja spojrzała na nią z politowaniem. – Nie rozumie pani? Oni nie chcą, żeby ukazało się cokolwiek i kiedykolwiek.

– No i co? Porwą mnie? Zamkną? Zabiją? – Katarzyna poczuła się zmęczona i sfrustrowana. – Z powodu pół miliona łapówki? – Czuła lekkie zawroty głowy. Przecież nic nie jadła od rana. Pociągnęła jeszcze kilka łyków płynu i poczuła się raźniej.

– Pół miliona? – Łucja zaśmiała się do niej. – Pani naprawdę nic nie rozumie. Tu nie chodzi tylko o dokumenty ale o panią.

Katarzyna poczuła się oszołomiona. Wypiła szybko resztę napoju i odłożyła pustą butelkę do zagłębienia w drzwiach.

– O mnie? A co ja mogę? – spytała.

– Więcej, niż się pani zdaje… – Łucja miała dziwny wyraz twarzy. Siedziała dłuższą chwilę w milczeniu. – Jak się pani czuje? – spytała wreszcie.

– Dziwnie… – Świat wokół Katarzyny wirował. – Mam zawroty głowy – powiedziała z trudem. Widziała twarz Łucji we wstecznym lusterku. Po ustach dziewczyny błądził drwiący uśmiech. – Jezu! Co ja wypiłam? – Nagle dotarła do niej straszna prawda, ale nic już nie mogła zrobić. Najpierw poczuła chłód. – „To stres, zaczynam się pocić” – myślała jakby w zwolnionym tempie. Ze zdziwieniem patrzyła jak jej skóra pokrywa się „gęsią skórką”. W uszach zadźwięczał Katarzynie głos Fabia, który mówił: „Ty umiesz leczyć ludzi, a nie łapać przestępców…” i wydało jej się, że widzi jego orzechowe oczy pełne smutku i troski, a potem wszystko się rozmyło. Opuściła głowę na piersi z głębokim westchnieniem.

Łucja skręciła w wąską ciemną uliczkę, zaparkowała na poboczu i zgasiła światła. Odwróciła się i potrząsnęła bezwładną Katarzyną, a potem sięgnęła po komórkę.

– Radek, jesteś pewien tych tabletek? – spytała po chwili, spoglądając z niepokojem za siebie.

– Więc ją masz! – Usłyszała spokojny głos narzeczonego. – Spoko, to pewny towar. Nic jej nie będzie.

– Nie o to pytam, głupku! – Zaśmiała się nerwowo. – Na pewno mnie nie zapamięta?

– Wiesz co? Czasem jak cię słucham, to aż się boję. To „pigułka gwałtu”, ofiary nigdy nie wiedzą, kto je bzyknął.

– OK. Facet, któremu mam ją oddać to „Ruski”? – spytała.

– Nie, Serb chyba. Co za różnica? Zaparkuj samochód przed barem, idź do środka i zamów kawę. Nie mają kamer. Facet do ciebie podejdzie i poprosi o kluczyki – instruował ją. – Jak ci je odda, odjeżdżasz, OK.?

– OK. Dzwoń do tego Serba, że będę za 20 minut.

– Nie obchodzi cię, co z nią zrobią? – spytał.

– A powinno? Mówiłeś, że zdjęcia. – Wzruszyła ramionami i uruchomiła silnik. – Najważniejsze, żebym

ja nie była w to zamieszana. Ktoś za nami jechał…

– Cholera! Widział cię?

– Nie, zgubiłam go na parkingu przed bankiem…

– Dobrze… – Zastanowił się przez chwilę. – To bez znaczenia, jesteś teraz w Berlinie, pamiętasz? Twoja karta robi tam właśnie zakupy, więc masz alibi.

– Nawet nie wymawiaj tego słowa – warknęła. – Mam nadzieję, że nie będzie mi potrzebne!

***

Mocno zbudowany mężczyzna w spodniach khaki i jasnej koszulce polo wszedł do baru i rozejrzał się po sali. Zatrzymał wzrok na siedzącej przy stoliku Łucji, jakby się zastanawiał, co ma zrobić. W tej samej chwili kelner postawił przed dziewczyną filiżankę z kawą. Przybysz zdecydował się i podszedł.

Kljuczyk, praszu’ – powiedział z miękkim akcentem. Miał zmęczoną twarz z trzydniowym zarostem i oczy, które nie wyrażały niczego. Łucja bez słowa podała mu kluczyki do samochodu. Wsunął je do kieszeni i nie spiesząc się wyszedł. Nikt nawet nie spojrzał w jego stronę. Patrzyła przez okno jak otwiera mercedesa, jakby to był jego własny wóz. Po chwili przeszedł przez parking z Katarzyną na rękach. Dla kogoś niewtajemniczonego wyglądało to jakby niósł uśpione dziecko.

„Profesjonalista” – stwierdziła Łucja z podziwem, ale zaraz przyszło jej do głowy, że sama nie chciałaby znaleźć się w podobnej sytuacji. – „Bzdura!” – Wzdrygnęła się, nie była idiotką, żeby dać się tak podejść. Swoją drogą to szkoda, że przed rokiem nie wpadli na pomysł z tabletkami. Wtedy pewnie Robert by nie zginął. Zamiast skakać z tego cholernego samochodu leżałby uśpiony, jak teraz jego żona. Zrobiliby mu kilka kompromitujących zdjęć i mieliby go w ręku. Oczywiście, wtedy musiałby im wszystko oddać. Dopiła kawę i skinęła na kelnera.

Pani, wasz kljuczyk. Wsjo gotowo. – Breloczek stuknął o blat stolika, Łucja napotkała zimne spojrzenie szarych oczu.

– Możesz ją przelecieć, jeśli chcesz. I tak niczego nie będzie pamiętać. – Wykrzywiła usta w złym uśmiechu. Mężczyzna nawet na nią nie spojrzał. Wyszedł tak samo niezauważalnie jak się pojawił. Teraz wystarczyło odstawić samochód na parking przed biurowcem. Radek powinien już na nią czekać z bagażem. Mimo wszystko odczuła ulgę, że nie ma w jej pobliżu faceta, któremu oddała Katarzynę. Wyczuwało się w nim jakiś chłód, który nawet ją przyprawił o dreszcz.

Rozdział 18 (Wtorek)

Katarzyna próbowała unieść powieki, ale okazało się to zbyt dużym wyzwaniem. Skupiła się więc na docierających do niej bodźcach. Leżała na wznak, na czymś miękkim, było jej ciepło, więc chyba znajdowała się w łóżku. Spróbowała się poruszyć, ale okazało się, że nie może. Dlaczego? Myślenie sprawiało spore trudności, jakby na wpół śniła. Do uszu dziewczyny docierały jakieś głosy, ale odległe, może dobiegały z innego pomieszczenia. Wytężyła słuch. Ktoś rozmawiał, mężczyzna… i kobieta. Nie, było więcej głosów, trzy albo cztery… Dlaczego rozmawiali po angielsku? –

„Ale dziwny sen” – pomyślała. Ponownie spróbowała unieść powieki i tym razem się udało. Po chwili znowu opadły, pogrążając Katarzynę w ciemności. Jednak te kilka sekund wystarczyło, by zauważyła małą lampkę, jedyne źródło światła i kilka postaci na tle jasnej ściany. Usłyszała szmer i stuknięcie, jakby ktoś otworzył i zamknął drzwi. Spróbowała poruszyć ręką, ale wtedy odkryła ze zgrozą, że jest przywiązana. Druga ręka, podobnie. Miała wolne nogi, ale sił i swobody nie wystarczało na nic więcej, poza ich złączeniem.

She can not stay here – Już słyszała ten głos, ale gdzie?

But how? Nobody can see… – Zdenerwowany kobiecy głos zabrzmiał jakby bliżej, niż poprzednio.

„Co ze mną będzie?” – Katarzyna gorączkowo próbowała coś sobie przypomnieć. Cokolwiek! –

„Nazywam się Katarzyna Pars, mam 37 lat, jestem lekarzem, pracuję w… byłam w szpitalu! Ale to nie

jest szpital, nie mój!” – Świadomość wracała jej irytująco powoli. – „Byłam w pracy, operowałam, rozmawiałam z Ziemkiem… Mówił coś o niebezpieczeństwie! Boże, porwali mnie!” – Kiedy to do niej dotarło, zaczęła dygotać. Zacisnęła zęby, żeby nie szczękały. Przecież mogłaby ściągnąć na siebie uwagę tamtych, a miała wrażenie, że lepiej tego nie robić… Kroki i czyjś dotyk na czole. Skuliła się w sobie.

How long? – W głosie kobiety dało się wyczuć troskę.

„Martwi się o mnie? Nie, boi się, że nie odzyskuję świadomości” – pomyślała logicznie Katarzyna. Nagle poczuła mdłości i musiała głęboko odetchnąć.

Don’t worry, we’ll be fine. – Odparł spokojny męski głos. Znała go! Na pewno go znała, tylko skąd?

Odruch lękowy wyprzedza świadome doświadczenie strachu, wiedziała o tym. Zmysły ekstremalnie się wyostrzyły, organizm potrzebował tlenu, więc ośrodek oddechowy wymusił głęboki wdech, ciało zesztywniało, a mięśnie karku i pleców napięły się, gotowe do obrony. Wzdrygnęła się i dopiero wtedy poczuła, że włosy stają jej dęba. Głos należał do porucznika Adama Kity! – „A więc to on zaprzedał duszę diabłu!” – pomyślała z rozpaczą.

– Słyszy mnie pani? – Głos policjanta zabrzmiał przerażająco blisko. Ostatkiem sił starała się zapanować nad rozdygotanym ciałem. – Ale długo ją trzyma. Co mówiła o tym leku? – Zwrócił się po angielsku do kobiety, jak sądziła Katarzyna.

– Powiedziała, że to „pigułka gwałtu”, i że nie będzie nic pamiętać. – Głos kobiety zabrzmiał współczująco. Miała miękki, jakby wschodni akcent, ale mówiła dobrze po angielsku.

Katarzyna znała ten lek. Flunitrazepam i GHB, no tak, dlatego ją mdliło. Odetchnęła głębiej, ale na tyle spokojnie, by tamci się nie zorientowali, że słucha. Głowę rozsadzał jej ból, a w żołądku czuła galaretę. Kto jej podał tę pigułkę i jak? I dlaczego?! – „Karolina mnie szuka” – myślała. –„Na pewno postawiła na nogi…” – Nagle uświadomiła sobie, że przecież Kita jest z policji. Może nawet osobiście przyjął zgłoszenie o porwaniu? Wraz z tą myślą, zgasła w niej wszelka nadzieja. – „Czego on ode mnie chce?” – łkała w myślach.

– Wsiadła dobrowolnie do samochodu, więc nie wyglądało to na porwanie. – Kita mówił po angielsku bez najmniejszych trudności. – Cholera, to genialne! Robią kompromitujące zdjęcia i mają ją w ręku. Kto odważyłby się powiedzieć choćby słowo przeciwko nim w takiej sytuacji? – Aż gwizdnął cicho.

Nowa fala mdłości i strachu wstrząsnęła Katarzyną. Jakie zdjęcia? Fotografowali ją? Pigułka gwałtu? Co z nią robili?! Zaczęła dygotać na całym ciele. Na szczęście zadzwonił telefon i najwyraźniej odwrócił uwagę rozmawiającej pary od Katarzyny. Słowa docierały do niej teraz jak przez grubą zasłonę. Była bliska omdlenia, jednak spróbowała ostrożnie sięgnąć palcami do węzła na nadgarstku. Znów otworzyły się drzwi, ale bała się otworzyć oczy, by nie zwrócić na siebie uwagi.

– Trochę go nadwyrężyłeś. – Zaśmiał się Kita. Nadal mówił po angielsku. – Już wiemy, kim jest ten Ivo Zecevic. Na szczęście był poszukiwany za handel ludźmi. Teraz tylko musimy ukryć dobrze panią doktor. Ten Zawadzki to gruba ryba i nie będzie łatwo się do niego dobrać. Jest miejscowym bogaczem, z niezłymi układami. Mam jednak pewien pomysł, tylko musimy dać mu znać, że mamy ją w ręku. Alibi Łucji też mi coś podsunęło… Potrzebuję tylko jej paszportu i karty kredytowej. Muszę też mieć dostęp do tej skrzynki.

Katarzynie coś zaczynało świtać. Dała Kicie wydruk przysłany przez Stefano. Teraz pewnie on chce szantażować dyrektora i Zawadzkiego. Zacisnęła zęby i wstrzymała oddech, ale na niewiele się to zdało. Ktoś dotknął jej ramienia, na co bezwiednie zareagowała. Już odkrył, że oprzytomniała.

– Proszę leżeć spokojnie, jest pani bezpieczna. – Powiedział Kita, tym razem po polsku.

Starała się unieść na łokciach, ale zakręciło jej się w głowie i znów poczuła mdłości. Bezpieczna? Poruszyła niespokojnie rękami. O jakim bezpieczeństwie on mówił?

***

Poranne słońce przeciskało się przez szczeliny żaluzji i padało jasnymi smugami na ciemne drewno eleganckiego biurka. Radosław Zawadzki rozluźnił krawat i rozpiął ostatni guzik koszuli. Pocił się, mimo, że sterownik klimatyzatora wskazywał 19 stopni. Właśnie skończył rozmawiać z Łucją, która dała się w idiotyczny sposób złapać na autostradzie, tuż za Warszawą. Głupi mandat i kilka punktów za szybką jazdę to głupstwo, ale sprawdzili ją w systemie! Zastanawiał się, czy mogła w razie czego twierdzić, że wracała z Berlina? Wcześniej zadzwonił spanikowany Nowak, twierdząc, że dr Pars zniknęła i poszukuje jej policja. Na pewno coś pokręcił, bo to raczej niemożliwe, żeby tak szybko się zorientowali. – „Zwykle czekają 24 godziny” – pomyślał. Chyba, że jej koledzy prawnicy wszczęli alarm wcześniej.

– Cholera! – zaklął. Tego nie przewidział.

– Wzywał mnie pan? – W drzwiach pojawiła się głowa jego sekretarki.

– Zrób mi kawę – rzucił z posępną miną. – Podwójne espresso.

Zastanawiał się, jak sprawdzić, czy rzeczywiście policja już szukała porwanej lekarki? Gdyby Łucja była na miejscu… W końcu pracowała jako  dziennikarka. – „Mam jeszcze tego glinę” – pomyślał i sięgnął po telefon.

– Słucham szefie – usłyszał znajomy głos.

– Możesz skontaktować się z tym „oswojonym” gliniarzem? – spytał bez zbędnych wstępów.

– Jasne, szefie!

– To zrób to i wybadaj, czy szukają tej lekarki. Albo nie! – Nagle przyszło mu do głowy, że nie może ściągać na siebie podejrzeń. Jeśli nikt nie wie, że zniknęła, każde napomknienie na jej temat będzie przyznaniem się do porwania. – Dasz mu kasę z podziękowaniem za informacje. O nic nie pytaj. Może sam coś powie? Ty nie pytaj, zrozumiałeś?

– Tak, szefie. Nie pytać!

Zawadzki rozłączył się i zaczął krążyć po gabinecie.

– Gdzie ta kawa? – burknął w kierunku uchylających się drzwi. Wziął filiżankę z rąk dziewczyny i niecierpliwie, wychylił ją jednym haustem. Skrzywił się. Czyżby szczęście go opuściło? Do tej pory wszystko szło gładko, a nawet jeśli nie, to z drobnymi potknięciami. – „Teraz też powinno się udać” – upewniał sam siebie. – „Trzeba tylko szybciej ją wypuścić.” – Już miał sięgnąć po telefon, gdy ten zawibrował. – „O wilku mowa” – pomyślał, patrząc na wyświetlacz.

– Załatwione? – spytał po prostu.

– Co, kurwa, załatwione? Nie ma ani dziewczyny, ani Ivo! – Niski, chropowaty głos, zdradzający nałogowego palacza i chyba nie tylko, brzmiał gniewnie. – Czekam od wczoraj, jak ten kutas i co?

– Nawet nie chcę tego słyszeć. – Głos Zawadzkiego brzmiał, jakby dobiegał zza grobu. – Gdzie w takim razie są?

– To ja się pytam, gdzie, kurwa, się podziewają? – rozmówca zakaszlał sucho.

Zawadzki poczuł nagle, jak włosy na głowie zaczynają mu się unosić. Ivo go wykiwał? Ale co zrobił z lekarką? Komu ją oddał? Łucja mówiła, że przekazanie odbyło się zgodnie z umową.

– To twój człowiek. Nie kontaktował się? – wycedził przez zęby.

– Od wczoraj nie. Nie odpowiada i ma wyłączoną pocztę. – W telefonie dał się słyszeć nieprzyjemny chropawy głos, przechodzący w suchy szczekający kaszel.

– Jeśli próbujesz mnie oszukać… – Zawiesił głos, ale nie dokończył.

– Już zaczynam szukać, ale ty też spróbuj. – Z głośnika dobiegł chrapliwy rechot i rozmówca się rozłączył.

Zawadzki rzucił komórkę na biurko, przeleciała przez całą jego długość i o mało co nie

spadła na podłogę. Z całej siły walnął pięścią w blat.

– Kurwa! Prostej rzeczy nie potrafią załatwić! – Wiedział jednak doskonale, że to on sam znalazł tych ludzi, w tym również Serba, który teraz zniknął razem z lekarką. Co gorsza, mógł zabrać także dokumenty. Obszedł dwukrotnie biurko, aby się nieco uspokoić i ponownie sięgnął po telefon.

– „Abonent czasowo niedostępny, proszę zadzwonić później” – poinformował sztucznie uprzejmy głos, gdy spróbował połączyć się z Ivo. Spodziewał się czegoś takiego, a mimo to narastała w nim frustracja. Kopnął z całej siły skórzaną kanapę, stojącą naprzeciw okna. Jeszcze nikt nigdy tak go nie okpił!

– Ala! – Przywołał sekretarkę. – Połącz mnie z policją. Trzeba zgłosić kradzież jednego z samochodów.

Zniknął wczoraj sprzed biurowca. – „Ostrożności nie zawadzi” – pomyślał. – „Spieprzyło się już tyle rzeczy…”

***

Caterina! Santo celo, finalmente!

Na te słowa Katarzyna z wysiłkiem uniosła powieki, tak że udało się jej zobaczyć pochyloną,  zmęczoną twarz Stefano

Slega la! (Rozwiąż ją!) – rzucił ten ostatni do Kity.

– Oczywiście. Przepraszam, to dlatego, że była pani pobudzona. Baliśmy się, że coś sobie pani zrobi. – Kita natychmiast zabrał się za rozplątywanie bawełnianej apaszki, której użyto zamiast sznura.

Stefano? – wyszeptała Katarzyna, z trudem opanowując skurcze żołądka. Tymczasem obaj mężczyźni uwolnili jej ręce. – Dove sono? – „Stefano i Kita razem? Więc nie on ją porwał?” – Puls jej przyspieszył. Znów poczuła zawroty głowy. Przeniosła wzrok na wysoką, szczupłą kobietę stojącą obok Stefano. Miała ładne, choć nieco ostre rysy, duże jasnobrązowe oczy i burzę kręconych, kasztanowych loków.

Sono Mila, la fidanzata di Stefano (Jestem Mila, dziewczyna Stefano) – powiedziała z uśmiechem.

– Caterina, piacere. – Katarzyna przyjrzała się dziewczynie, która podała jej szklankę wody i pomogła usiąść. – Wy mnie tu przywieźliście? – spytała po włosku.

– Tak, to nasz pokój. Jesteśmy w hotelu. Stefano zabrał cię z samochodu tej suki, która cię uprowadziła. Spokojnie – dodała szybko, widząc niepokój w oczach Katarzyny. – Nic ci nie zrobiła. Myślała, że oddaje cię komuś innemu. Całe szczęście, że byliśmy tutaj…

– Nie męcz jej.. – Stefano objął Milę, jakby próbował ją odciągnąć od łóżka Katarzyny – Musi najpierw dojść do siebie.

Katarzyna patrzyła na nich z dziwnymi odczuciami. Nie wyobrażała sobie Stefano z kobietą. Należało przypuszczać, że ten atrakcyjny mężczyzna miewał związki, ale przecież sprawiał wrażenie tak bardzo opanowanego, że aż zimnego. Tymczasem teraz patrzył na Milę spojrzeniem pełnym… czułości. Poczuła nieprzyjemny ucisk w gardle. Byli tu Stefano i Mila. Tylko oni dwoje…

– Nic mi nie jest – powiedziała nieswoim głosem – Jedyne co mi dolega, to brak wspomnień z ostatnich… – zawahała się – Jak długo tu jestem?

– Wyszła pani ze szpitala około dwudziestej, a jest prawie ósma rano. – Kita usiadł na brzegu łóżka. – Widzę, że faktycznie lepiej się pani czuje. Pamięta pani cokolwiek?

– Karola! Rany boskie, nie zadzwoniłam do niej! – Nagle Katarzyna zdała sobie sprawę, że jej przyjaciółka pewnie odchodzi od zmysłów. – Muszę do niej zatelefonować, zawiadomić…

– Spokojnie. – Kita wykonał dłońmi gest, jakby chciał, aby zwolniła. – Wiedzą, że jest pani z nami. Lepiej, żeby nie używała pani swojej komórki. Proszę odpoczywać, a my zastanowimy się, co dalej, OK.?

Uspokoiła się na chwilę, ale zaraz znów opadły ją niepokojące myśli. Dlaczego nie pozwalał jej dzwonić? Dlaczego nie było tu Karoli? Dlaczego…

Stefano, che cosa ci fai qui? Come possibile…?(…co Ty tu robisz? Jak to możliwe…?) – Pytania cisnęły się Katarzynie na usta, ból rozsadzał głowę. – Ma pan jakieś leki przeciwbólowe? – zwróciła się do Kity.

Pokręcił głową, ale spytał Milę, która po chwili podała jej tabletkę i szklankę wody. Połknęła lek i położyła się ostrożnie, aby nie wykonywać zbędnych ruchów głową. Czekała, aż zacznie działać, słuchając wyjaśnień, ale czuła się tak, jak gdyby porucznik Kita opowiadał o kimś obcym, a nie o niej samej. Kiedy skończył, siedziała przez chwilę nieruchomo. Określenie: nieprawdopodobne, było tu chyba na miejscu. Wreszcie odwróciła głowę do Stefano.

– Przyjechaliście z mojego powodu? – spytała cicho.

– Zawsze chciałam zobaczyć, jak Stefano pracuje. – Uprzedziła go Mila. Na pięknej twarzy dziewczyny pojawił się uśmiech. – No i zobaczyłam. – Spojrzała z zachwytem na towarzysza, który machnął lekceważąco ręką.

– A Łucja? – spytała znowu Katarzyna. Nadal nie mogło jej się pomieścić w głowie, że kobieta której zaufała, w taki sposób jej odpłaciła. –„Chciała mnie oddać w ręce alfonsów!” – pomyślała ze zgrozą.

– Nie ucieknie. Miała podsłuch. Szkoda, że nie możemy udowodnić, że podała pani to świństwo – westchnął Kita.

– Dam panu próbkę moczu i możecie pobrać mi krew, choć na to chyba już za późno… – Katarzyna znów walczyła z sennością. – Na wszelki wypadek, można to zrobić…

– Lepiej, żeby nikt pani nie widział. Stefano? – Kita odwrócił głowę do rozmawiającej szeptem pary. – Dasz radę? Przez parę dni musi być przekonany, że jest bezpieczny, a ja potrzebuję czasu na załatwienie legalnego podsłuchu…

– Tak, jak mówiłem. Dottoressa zniknie. – Stefano uśmiechnął się szeroko do Katarzyny.

– Zaraz! Jak to zniknie? – Dziewczyna zmarszczyła brwi. Czyżby w obliczu niebezpieczeństwa Fabio postanowił być rycerski i udzielić jej schronienia? Nie o to jej chodziło. Nie chciała litości. – Nie pojadę z tobą do Turynu… – dodała cicho.

– Wcale cię tam nie zabieram – odpowiedział natychmiast, a jego twarz znowu stała się nieprzenikniona. Mila poruszyła się niespokojnie.

– Jakiś problem? – Kita przyglądał im się podejrzliwie. – Muszę zacząć organizować całą operację. Jeśli się pani nie zgodzi wyjechać na dwa tygodnie i nie kontaktować z nami inaczej, jak przez Stefano, to wszystko weźmie w łeb! I tak nie mamy pewności, że się uda. Zawadzki jest ostrożny, a gra idzie o wysoką stawkę…

– Dwa tygodnie? Aż tyle? – Katarzyna odchyliła głowę i przymknęła oczy. Jak ona się w to wszystko wplątała? Nie, nie wplatała się, tylko została wplątana! Ogarnęła ją złość. A może jednak trochę przyczyniła się do tego wszystkiego? Gdyby od razu oddała dokumenty Adamowi Kicie, tak jak radziła Karolina? – „Już za późno, żeby się dowiedzieć” – pomyślała z żalem. Kiedy wsiadała w Wenecji do samolotu myślała, że znajdzie w pracy ukojenie dla złamanego serca. Teraz pozbawiono ją również tego, podobnie jak domu, a nawet prywatności i własnej woli… Ktoś musi za to zapłacić! W miarę jak ustępowało otępiające działanie leków, narastał w niej gniew. Niech się dzieje, co chce! Gorzej już chyba nie będzie… – Zgadzam się. Dam panu to, czego pan potrzebuje i wyjadę ze Stefano. Mam tylko jedną prośbę. – Głos Katarzyny zabrzmiał zadziwiająco pewnie. – Niech zapłacą za to wszystko! – Czuła się zła i rozżalona.

***

Za kierownicą srebrnego passata siedziała ciemnowłosa Mila, obok na rozłożonym fotelu drzemała Katarzyna, a tył zajmował śpiący Stefano. Jechali szybko, ale pusta dwupasmowa droga na to pozwalała. GPS poinformował ich, że do celu mają nieco ponad pięćdziesiąt kilometrów i o jedenastej dwadzieścia będą na miejscu.

– Trochę za wcześnie – zamruczała Mila, zerkając na niewielki wyświetlacz. – Możemy się zatrzymać na kawę. – A niech jeszcze pośpią – powiedziała do siebie, zerkając z ciepłym uśmiechem na swoich pasażerów.

Katarzyna, leżąca obok niej, poruszała się niespokojnie. Milę niepokoiła bladość twarzy dziewczyny. Domyślała się, że Stefano skontaktował się już z Fabiem, ale reakcję Katarzyny trudno było przewidzieć. Rozumiała to, choć sama pewnie nie miałaby takich dylematów. Ona nie pragnęła niczego poza byciem blisko swego ukochanego. Stefano stał się całym jej światem.

– Dlaczego właściwie przyjechaliście? – wyszeptała nagle pasażerka. Otworzyła oczy i przypatrywała się Mili uważnie.

– Nie śpisz? – zdziwiła się Chorwatka. – Stefano strasznie się zdenerwował gdy zobaczył, kto się loguje do tej skrzynki – odparła. – Jego informator jest Polakiem i od razu założył na jego prośbę podsłuch na komórkę Zawadzkiego. Łucji zresztą też.

– To nielegalne, prawda? – spytała Katarzyna, wiedząc, że odpowiedź musi być twierdząca. – Dużo ryzykowaliście dla mnie…

– Nie tak znowu wiele – odparła Mila z lekceważeniem. – Ludzie robią gorsze rzeczy. Ten facet to gangster! Mieliśmy zawiadomić policję ale czas naglił, a nie wiedzieliśmy, komu zaufać. Do Zawadzkiego dzwonił ktoś z tego numeru od sms–ów, ty nie odbierałaś telefonu… Najbardziej spanikował gdy nagle zniknęłaś mu z ekranu. Dobrze, że to tylko wyładowana bateria.

– Śledził mnie? Za pomocą telefonu? – Katarzyna dopiero teraz zrozumiała sens tego, co usłyszała. – No, nieźle. Więc Stefano ogłuszył tego Serba i udawał, że sam nim jest? Ale skąd wiedział dokąd jechać?

– Informator mu powiedział. Wystarczyło wpisać współrzędne w GPS. Wiedzieliśmy też, że ma na imię Ivo, bo tak się do niego zwracał Zawadzki. Jak wylądowaliśmy, czekał już na nas wynajęty samochód oraz wszystkie potrzebne informacje. – Zaśmiała się cicho. – Wiesz, że Stefano po raz pierwszy pozwolił mi  przyglądać się swojej pracy? Kiedy powalił tamtego gościa, siedziałam w samochodzie z paralizatorem. Byłam zabezpieczeniem – dodała z dumą.

– Długo jesteście razem? – spytała Katarzyna, przyglądając się Mili. Doszła do wniosku, że oboje pasują do siebie, choć miała okazję widzieć ich razem tylko przez chwilę. Zauważyła jednak natychmiast, że Mila całkowicie poddaje się Stefano. Słuchała go, jakby był nie tylko jej chłopakiem, ale też opiekunem czy nauczycielem… Jednocześnie mężczyzna którego miała okazję obserwować podczas krótkich wakacji na jachcie, stawał się przy Mili kimś zupełnie innym. Nie miała pojęcia, że potrafił taki być. Chociaż ich ostatnia rozmowa na lotnisku mogła sugerować, że dla bliskich ma raczej miękkie serce.

– Osiem lat – odparła tymczasem Mila. – Pojechałam za nim do Turynu, a właściwie, to sam sobie mnie przywiózł z Trogiru. – Zachichotała.

– Jesteś Chorwatką? – zdziwiła się Katarzyna. – Świetnie mówisz po włosku. Teraz rozumiem, dlaczego Łucja dała się wyprowadzić w pole. Stefano pewnie mówi po chorwacku?

– Owszem, ale niewiele i okropnie. – Mila mrugnęła do Katarzyny i pokręciła głową. – Znacznie łatwiej mnie przyszło przyswoić sobie włoski, niż nauczyć Stefano chorwackiego. Zresztą słyszałaś, jak mówi po angielsku. Akurat języki nie są jego mocną stroną. Za to w innych sprawach jest po prostu geniuszem. Gdybyś widziała, jak on potrafi się bić! – Rozmarzyła się. – A poza tym, jest takim doskonałym organizatorem i ma instynkt. Zna się na ludziach jak nikt inny!

– Mówisz o nim, jakby potrafił chodzić po wodzie. – Zaśmiała się Katarzyna i spojrzała na śpiącego Stefano, a potem na Milę. – Bardzo go kochasz, co?

– Uratował mnie. – W oczach Mili widać było autentyczne uwielbienie – I to nie raz! Poszłabym za nim wszędzie…

Katarzyna poczuła się dziwnie. Słowa dziewczyny wzruszyły ją do głębi, ale jednocześnie nie mogła pozbyć się myśli, że sama by tak nie potrafiła.

– Dokąd my właściwie jedziemy? – spytała, zmieniając temat.

– Do Warszawy.

– To wiem, ale chyba nie będziemy ukrywać się w Polsce? To znaczy, ja nie będę się ukrywać – poprawiła się.

– Nie, raczej nie. Mamy oddać samochód i pojedziemy pociągiem do Berlina. Tam nie ma list pasażerów, a nie chcemy nikogo informować, dokąd pojechałaś. Potem do Hiszpanii, bo mam pilną sprawę w Barcelonie…

– Tak gadacie, że nie można spać. – Stefano przetarł oczy i przeciągnął się, wydobywając ze stawów głośne trzeszczenia. – Mila, zjedź na jakąś stację, to wypijemy kawę. Jak się czujesz? – zwrócił się do Katarzyny.

– Lepiej. Już mnie nie mdli. Gorący prysznic potrafi zdziałać cuda! Zastanawiam się, czy wy trochę nie przesadziliście z tą ostrożnością? W domu zostały nierozpakowane walizki. Wystarczyło je zabrać…

– A jeśli ktoś obserwuje mieszkanie? – Stefano odpowiedział jej pytaniem.

– Będziesz mi musiał pożyczyć pieniędzy, bo karty przecież nie mogę użyć. Zresztą oddałam ją Kicie. – Westchnęła.

– Widzę, że już ci lepiej, bo zaczynasz się martwić takimi drobiazgami – ucieszył się.

Z niewiadomych przyczyn Stefano nie chciał rozmawiać o celu ich podróży. Katarzyna wyczuła to instynktownie. Po latach pracy na onkologii nauczyła się wyłapywać drobne gesty, słowa i półsłówka, które wskazywały, że pacjent nie chce o czymś mówić. Teraz wyraźnie odczytywała intencje Stefano, choć pewnie wcale nie chciał, by to robiła. Czyżby jednak planował zabrać ją do Włoch? Jeśli tak, to musiał sobie zdawać sprawę, że nigdy nie zgodziłaby się przyjąć gościny u Fabia.

Nie po tym, jak się rozstali… Postanowiła, że przy najbliższej okazji, zapyta o to wprost. Mila skręciła tymczasem na stację benzynową. Wysiedli z samochodu i ruszyli do baru. Sierpniowy poranek okazał się dość chłodny, choć dzień zapowiadał się pięknie.

„Już dawno powinnam siedzieć w poradni” – pomyślała Katarzyna, patrząc na grupki ludzi stojących przy niewielkich stolikach. Większość w pośpiechu spożywała śniadanie, raz po raz popijając z papierowych kubeczków. W wejściu uderzył ją zapach podgrzewanych kanapek i hot–dogów, pomieszany z aromatem kawy.

– Chyba nie jestem głodna. Poproszę tylko wodę – stwierdziła, z trudem hamując nieprzyjemne drgania w żołądku i robiąc „w tył zwrot”.

– Nigdzie nie idziesz sama. – Stefano ujął delikatnie ramię Katarzyny. – Po pierwsze, jeszcze działają te przeklęte leki, a po drugie, nie jesteś tu bezpieczna – dodał, widząc jej minę.

Znajdowali się na zatłoczonej stacji, więc dziewczyna uznała, że najlepiej będzie odłożyć dyskusję na później. Skoro przeleciał taki szmat drogi i zadał sobie tyle trudu, to widocznie miał ku temu powód. – „Jak ja się z tego wszystkiego wyplączę?” – zastanawiała się. Zawiadomienie rejestratorki w przychodni nie wchodziło w grę. Zresztą Stefano zabrał jej telefon, aby odruchowo go nie odebrała. Odbudowanie zaufania pacjentów zajmie jej pewnie mnóstwo czasu, o ile w ogóle będzie możliwe. Grafik zabiegów też poważnie ucierpi…

– Martwisz się? – spytała Mila, kiedy Stefano wyszedł na zewnątrz, aby spokojnie porozmawiać z dala od zgiełku, jaki panował w barze.

– Mam wrażenie, że moje życie legło w gruzach, ale tym razem, dosłownie. – Katarzyna zamknęła oczy i wsparła czoło na dłoniach – Kiedy straciłam męża, myślałam, że gorzej już nie będzie, potem okazało się, że to jednak możliwe… Teraz, to już jak jazda w dół, bez hamulców. Aż boję się pomyśleć, co jeszcze mogę stracić…

W odpowiedzi Mila odchyliła bluzkę i pokazała ramię z blizną wielkości połowy dłoni. – Podobną mam na ręce, ale zakryłam ją rękawem – powiedziała. – Też wtedy myślałam, że to koniec. Mogłabym je pewnie usunąć operacyjnie, ale nie chcę. Wolę, żeby mi przypominały chwile, które odmieniły mnie i moje życie. Babcia wytłumaczyła mi, że gdyby nie tamten pożar, nie byłabym ze Stefano… – Zamyśliła się. – Spotkało mnie dużo złego, ale też dużo dobrego. I tak mam więcej szczęścia, niż większość moich znajomych.

Nadejście Stefano przerwało tę konwersację

– Wszystko gotowe! – stwierdził i zapraszającym gestem wskazał samochód. – Zmiana planów, samolot czeka.

– Samolot? A kontrola biletów? Nie wpuszczą mnie bez tego – Katarzyna zatrzymała się gwałtownie – Musimy porozmawiać. Nie podoba mi się to wszystko. Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć, dokąd mam wyjechać i kto za to wszystko płaci? Nie jestem świadkiem w sprawie mafii, więc nie sądzę, by policja…

Stefano przyłożył palec do ust i wskazał samochód. Katarzyna nie wsiadła jednak, tylko zaprosiła Milę na przednie siedzenie, a sama stanęła naprzeciw Stefano

– Jak już mówiłam, nie sądzę by policja za to płaciła, ty też nie, a więc kto? – spytała. Miała pewne podejrzenia, a im bardziej Stefano się opierał, tym silniej utwierdzała się w przekonaniu, że za tym wszystkim stoi Fabio – Poza tym, chcę wiedzieć dokąd jadę!

– Proszę cię, uwierz mi, że w tej chwili nie ma to znaczenia. Im mniej wiesz, tym lepiej. – Włoch próbował uspokoić dziewczynę, ale tym razem nie dała się zbić z tropu.

– Nie, Stefano – powiedziała stanowczo. – Muszę wiedzieć, co się wokół mnie dzieje.

– No dobrze – odparł z rezygnacją. – Nie będę ukrywał, że korzystam z kontaktów Fabrizia, ale wszystko dzieje się za jego zgodą. – Uniósł rękę, widząc, że Katarzyna próbuje mu przerwać. – Muszę ci pomóc, a to jest jedyny sposób. Gdyby nie ja, nie tkwiłabyś w tym… Źle oceniłem sytuację i tego policjanta. Chciałaś mu oddać dokumenty, a ja cię powstrzymałem. To moja wina! Teraz to naprawię.

– Ale mieszasz do tego nieodpowiedniego człowieka! – Dziewczyna czuła, jak zaciska się jej gardło.

– Nieprawda, Caterina! – Stefano ujął dłoń dziewczyny. – To także moja wina – powtórzył. – Sądziłem, że już dojrzał do bycia z kimś tak naprawdę. Wybacz mi! Powinienem go powstrzymać na samym początku, ale widziałem przecież, że jesteście dla siebie stworzeni… Wydawało mi się, że on jest gotowy… Nie chciałem, żebyś cierpiała… Dopiero Mila otworzyła mi oczy…

– To dlaczego znów mnie w to wciągasz!? Myślisz, że łatwo mi się pogodzić z faktem, że zależę właśnie od niego? – spytała. Miała żal do Stefano, że wcześniej nie wyjawił jej prawdy, choć wiedziała, że gdyby to zrobił nie zgodziłaby się nawet wsiąść do samochodu. Teraz było już za późno.

Caterina, nie miej skrupułów! – Mężczyzna spojrzał jej głęboko w oczy. – Gdyby nie ty, Vanessa nie miałaby szans. Powinienem zabrać jej ten napój, widząc, że są osy. Jeśli ich nie zauważyłem, to co ze mnie za ochroniarz? – przyznał z niechęcią. – A jeśli chodzi o Fabia, to zastanów się, co powiedziałby córce, gdyby coś ci się teraz stało? Że nie pomógł ci, kiedy tego potrzebowałaś? To tylko głupie pieniądze! Ty ryzykowałaś dla niej karierę – dodał żarliwie.

– A Fabio? Co on na to? – spytała cicho.

– Był tak zaskoczony tym, co mu powiedziałem, że dopiero teraz przekazał wiadomość o samolocie. Chcesz się z nim spotkać? – Stefano uśmiechnął się blado.

– Nie – odparła szybko Katarzyna. – „Kłamiesz, kłamiesz, znowu kłamiesz!” – pomyślała. Przysłoniła oczy rzęsami bojąc się, że spojrzenie ją zdradzi. – Jedźmy już – dodała niechętnie.

***

Lotnisko w Modlinie było znacznie mniejsze od Okęcia, ale za to nowy pawilon z metalu i szkła sprawiał dobre wrażenie. Tym razem Katarzyna nie była zaskoczona, gdy przed wejściem czekał już na nich człowiek, który natychmiast odebrał od Stefano kluczyki od samochodu i przeprowadził przez hol, wprost do jednego z okienek odprawy. Podali mu dokumenty. Urzędnik wpisał do komputera dane Stefano i Mili, a następnie obejrzał dowód Katarzyny i oddał jej go z uśmiechem.

– Życzę miłej podróży. Samolot już czeka. – Przyjrzał się dziewczynie z zaciekawieniem i wskazał niewielką biało–granatową Cessnę, zaparkowaną jakieś pięćdziesiąt metrów od szklanej ściany pawilonu.

„Pewnie się zastanawia, kim jestem” – pomyślała. Prywatny samolot, brak kontroli… Ilu ludzi mogło sobie pozwolić na taki luksus? Ona chętnie zamieniłaby to wszystko na swoje dotychczasowe żałosne życie… A może wcale nie? – „Ależ byłby rozczarowany, gdyby usłyszał prawdę…”

– Proszę tędy. – Mężczyzna otworzył przeszklone drzwi i poprowadził całą trójkę wprost do samolotu. Popychał przed sobą wózek z dwiema walizkami należącymi do Stefano i Mili oraz niewielką torbą Katarzyny. Przy schodkach czekał na nich jeden z członków załogi, szczupły mężczyzna w białym mundurze, prawdopodobnie indyjskiego pochodzenia. Przywitał wszystkich z przesadną grzecznością i zaprosił na pokład, a sam zajął się bagażem. Dziewczyna pokonała kilka schodków, wchodząc do wnętrza samolotu. Wydawał się większy niż ten, którym lecieli do Turynu i sprawiał wrażenie jeszcze bardziej luksusowego. Stanęła niezdecydowana. W powietrzu unosił się delikatny korzenny zapach, pomieszany z czymś, co znała i co przyprawiło ją o skurcz żołądka.

Caterina, pójdę się dowiedzieć czegoś więcej. – Stefano ruszył do kokpitu. Poszła za nim, rozglądając się z zaciekawieniem po wnętrzu samolotu. Było przestronne ale jednocześnie przytulne. Zaokrąglone fotele pokryto kremowym welurem. W połączeniu z ciemnym, lśniącym drewnem stolików, stanowiły bardzo elegancki zestaw. Przypominały pokój obok sterówki Stelli Mariny, gdzie spędziła kilka godzin przy komputerze, szukając informacji. Westchnęła i stanęła za plecami Stefano, który otwierał właśnie drzwi do pomieszczenia pilotów. – A ty co tu robisz? – wykrzyknął zaskoczony.

Katarzyna wspięła się na palce, zaintrygowana jego reakcją i ujrzała ciemną czuprynę wyłaniającą się zza pleców ochroniarza, a potem poczuła korzenny, lekko gorzkawy zapach i zakręciło jej się w głowie.

– Caterina! – Głos docierał do niej jakby z oddali, czyjeś silne ręce podtrzymały ją i pozwoliły utrzymać się na nogach, które nagle stały się dziwnie miękkie. Czy on nie miał litości? Powinna odczuwać wdzięczność za pomoc, ale nie potrafiła. Śniła o chwili, gdy go ujrzy, a teraz błagała w myślach, by okazało się to przywidzeniem . Jak miała przeżyć takie spotkanie?

Abbiamo il permesso di decollo, ma in questa situazione… (Mamy pozwolenie na start, ale w tej sytuacji…) – W głosie Fabia brzmiała niepewność.

Non e niente. Mi serve solo un po di aqua. (To nic. Potrzebuję tylko trochę wody.) – Katarzyna odchyliła głowę na oparcie fotela, w którym posadził ją steward.

Sei sicura? (Jesteś pewna?) – Mila kucnęła obok fotela dziewczyny, a widząc twierdzące kiwnięcie głową, spojrzała na Fabia i Stefano. – Non ha mangiato nulla. Da ‘sta mattina ha le nauseae. (Nic nie jadła. Od rana ma nudności.)

– Gesu Cristo, Caterina! – Na twarzy Fabia odmalowało się zaskoczenie pomieszane ze strachem.

Non ti preoccupare. E colpa di farmaco, che mi hanno dato. (Nie martw się. To wina leku, który mi podano.) – „Nie jestem w ciąży” – dodała w myślach, ale nie powiedziała tego głośno.

– Cosi male pensi di me? (Tak źle o mnie myślisz?) – W oczach Fabia odmalował się ból. Czy jakimś sposobem usłyszał jej  słowa?

Pensaci, che cosa ha passato! (Pomyśl, przez co przeszła!) – Chorwatka spojrzała na Fabia z wyrzutem.

– Nie, Mila, on ma rację. Nie zasłużył na takie traktowanie. Wybacz mi – wyszeptała Katarzyna po włosku, kierując ostatnie słowa wprost do Fabia. Co zrobił złego, poza tym, że pozwolił, by się w nim zakochała?

Samolot toczył się po płycie lotniska i steward poprosił, by zapięli pasy. Mila niechętnie zajęła miejsce na tyle samolotu, zerkając co chwila w kierunku Katarzyny, naprzeciw której usadowił się Fabio.

– Zostaw ich. – Stefano pochylił się ku dziewczynie i szeptał jej wprost do ucha. – Dawno nie widziałem Fabia tak przejętego. Zostaw ich… – powtórzył.

Katarzyna dopiła ostatni łyk wody i oddała szklankę stewardowi. Startowali. Przymknęła oczy, nie mogąc znieść natarczywego spojrzenia Fabia.

Dovrei ringraziarti. Sei un uomo generoso… (Powinnam ci podziękować. Jesteś hojnym człowiekiem…) – zaczęła.

– Tu non devi niente (Ty nie musisz niczego) – przerwał jej natychmiast, jakby jej słowa go zraniły, ale zaraz umilkł. W ciemnych oczach widziała troskę i jakieś dziwne ciepło…

Perche sei venuto? (Dlaczego przyleciałeś?) – wyszeptała, kiedy samolot oderwał się od płyty lotniska i przestała odczuwać nieprzyjemne drgania podwozia.

– Mi mancavi… (Tęskniłem…) – Fabio ujął dłoń dziewczyny i nakrył swoją. Poczuł chłodną i delikatną skórę. Myśl, że ktoś próbował skrzywdzić Caterinę, dotarła do niego w tej chwili jakby na nowo. Kiedy Stefano zadzwonił w nocy z prośbą o pomoc, nie mógł uwierzyć własnym uszom. Teraz, na widok bladej twarzy i zmęczonych, pełnych smutku oczu, wezbrała w nim złość. – E colpa mia! (To moja wina!) – wybuchnął. – Non dovevo lasciarti andare… (Nie powinienem pozwolić ci odejść…) Non te ne andrei piu, da nessuna parte (Już nigdzie więcej nie pójdziesz).

– Fabio, zwolnij! – „Drugi raz nie wpadnę w tę samą pułapkę, nie pomylę wdzięczności z miłością” – postanowiła. – „Cokolwiek powie, nie mogę ulec jego urokowi…” – Mówisz tak, bo się przestraszyłeś, ale ja nie chcę… Ja nie mogę… – „Boże, co mam ci powiedzieć, Fabio?”.

– Zabieram cię do Barcelony, Caterina. – Uśmiechał się łagodnie, gładząc jej dłoń. – A potem do Turynu…

Katarzyna poczuła się jak odurzona. – „To szaleństwo, on nie mówi poważnie, to niemożliwe!” – pomyślała. Przecież powiedział, że nie chce związku, że nie chce zobowiązań… Tak bardzo pragnęła uwierzyć, że zmienił zdanie… Przez zmęczone ciało dziewczyny przebiegł dreszcz, potem drugi… Fabio wstał i sięgnął do schowka po koc. Jak urzeczona wpatrywała się w jego ręce, otulające ją troskliwie miękkim materiałem. Na nadgarstku połyskiwało zapięcie bransoletki. Spojrzała głęboko w oczy mężczyzny, szukając w nich odpowiedzi… Uklęknął obok fotela i ujął pobladłą twarz Katarzyny.

– Zostań ze mną – poprosił. – Zostań na bardzo, bardzo długo…

Przymknęła oczy, tuląc się jednocześnie do opiekuńczych dłoni. – „Wystarczy powiedzieć, że się zgadzam i wszystko będzie, jak na Stelli Marinie” – pomyślała.

– Fabio, zastanów się nad tym dobrze – odezwała się słabym głosem, jakby mówienie stało się nagle ciężarem ponad siły. – Niebezpieczeństwo czasem nie pozwala nam jasno myśleć… To co powiedziałeś, brzmi poważnie… To jest poważne…, dla mnie…

Z głośników sączyła się cicha muzyka i nagle do Katarzyny dotarły słowa:

“…All by myself

Don’t wanna live

All by myself

Anymore

When I was young

I never needed anyone

Making love was just for fun

Those days are gone…”

Słuchała, jak pełen smutku męski głos skarży się na samotność i czuła, że serce jej się ściska.

– Tak, Cateri’, właśnie tak się czuję. – Fabio nadal czytał w jej myślach. – Nie tylko w tej chwili, ale od bardzo dawna. Dla mnie to też jest poważne – dodał. – Kocham cię. – Spoglądał w oczy dziewczyny z tak bliska, że obraz rozmywał się jej coraz bardziej… – Nie płacz, Cateri’ – Otarł wilgotny policzek. Zamrugała gwałtownie i pochyliła głowę. Dwa czoła zetknęły się, a po chwili poczuła delikatne pocałunki na mokrej od łez twarzy.

– Przecież mówiłeś, że nie chcesz takiego związku… że nie chcesz zobowiązań… Co się zmieniło przez te kilka dni? – Miała tak po prostu uwierzyć, że myśli teraz inaczej?

– Nie wiem, co się zmieniło i nie wiem kiedy – odparł szczerze. Może już w Wenecji, a może dopiero ostatniego wieczoru, gdy tak bardzo sobie zaufali? Wiedział jedno, nie potrafiłby zapomnieć o tej kobiecie, nawet gdyby minęły wieki – Myślę, że chciałem związku i chciałem ciebie, ale nie potrafiłem tego powiedzieć… Dopiero, kiedy dotarło do mnie, że odeszłaś… – Spuścił wzrok, jakby mówienie o uczuciach sprawiało mu trudność – To była obrona… Cateri’, nawet dojrzałego mężczyznę można zranić, kiedy się zakocha…

– Bałeś się, że cię skrzywdzę? – Oczy Katarzyny zrobiły się ogromne. – Bałeś się zakochać? Fabio, przecież wiedziałeś, że ja też się zakochałam, że nie mogłabym cię skrzywdzić! Musiałeś wiedzieć…

– Nie mogłem uwierzyć, że to możliwe. Spędziliśmy razem tylko kilka dni… – Rozłożył ręce w geście bezradności. – Nie mogłem uwierzyć nawet sobie… Gdyby nie Alessandra…

Słowa Fabia wprowadziły w sercu Katarzyny kompletny zamęt. Tak bardzo go pragnęła i jednocześnie tak bardzo się bała. Gdyby ta rozmowa odbywała się cztery dni wcześniej, w innych okolicznościach… Ale wydarzenia ostatnich godzin, tak mocno wpływały na jej postrzeganie rzeczywistości… Westchnęła ciężko. Mężczyzna, wciąż klęcząc obok fotela, oparł głowę na ramieniu dziewczyny.

Ogarnął ją odurzający zapach i ciepło… Kiedy znajdował się tak blisko, czuła ukojenie i dziwny spokój.

– Co teraz będzie? – spytała cicho, tak, by tylko on to usłyszał. – Chcesz, żebym zamieszkała z tobą?

– Bardzo! – Przytulił się do dziewczyny, obejmując jej talię. – Jeśli chcesz nadal pracować, a znając ciebie, nie wyobrażam sobie innej opcji, to właściwie wszystko już omówiliśmy. Teraz tylko wprowadzimy to w życie. I tak na razie nie możesz wrócić do szpitala.

– Wiem, ale tam zostało moje mieszkanie, dom, tyle spraw… – Poczuła, że świat wokół niej staje na głowie.

– Kochanie, nie pamiętasz, że potrafię zorganizować wszystko? – Już czuł jej zgodę. – Gdy tylko ten policjant się zgodzi, pojedziemy razem. Zabierzesz wszystko, co zechcesz. Ja się wszystkim zajmę, domem, mieszkaniem, wszystkim. Pozwól mi być swoim mężczyzną.

– Moim mężczyzną… – powtórzyła jak echo. Głos miała miękki i pełen ciepła. Jego ulubiony.

– Muszę tylko coś ci opowiedzieć, coś o Tizianie. Wtedy zrozumiesz…

***

Porucznik Adam Kita zamknął pokrywę laptopa i odchylił się w fotelu, rozprostowując obolałe plecy. Miał za sobą długą noc i pracowity poranek, a czekało go jeszcze tyle zajęć. Musiał się dobrze zastanowić nad kolejnym ruchem. Nie mógł sobie pozwolić na błąd. Jak dotychczas, szczęście mu sprzyjało i zyskał potężnego sojusznika, który dosłownie spad z nieba. Wstał, przeciągnął się i ruszył do sąsiedniego pokoju, gdzie siedziało trzech przydzielonych do pomocy ludzi.

– Panowie – zaczął od wejścia. – Mamy problem. Doktor Pars posiadała jednak jakieś ważne informacje i prawdopodobnie dlatego zniknęła. Dostaliśmy zgodę na sprawdzenie jej karty kredytowej. Komórka jest wyłączona i nie da się jej namierzyć. – Uprzedził ewentualne pytania w tej kwestii. – Ktoś ma jakieś pomysły?

– Właściciel zgłosił kradzież samochodu, do którego wsiadła – odezwał się jeden z chłopaków. To właśnie jemu poprzedniego dnia Łucja sprzątnęła Katarzynę sprzed nosa. Kita uśmiechnął się do siebie w duchu ale nie dał niczego po sobie poznać. – „Zawadzkiemu puszczają nerwy.” – ucieszył się w duchu. – Jedź z nim pogadać. Tylko grzecznie – uprzedził. – I możesz delikatnie dać mu do zrozumienia, że ją śledziliśmy… Gdyby ktoś z komendy was wypytywał o tę sprawę, to co macie zrobić? – Zwrócił się do podkomendnych półgłosem.

– Natychmiast dać panu znać! – odparli chórem.

– No, to do roboty! – Kita patrzył z zadowoleniem na swój zespół. Byli młodzi, ale już nie „żółtodzioby”. Na tej sprawie wszyscy mogli się wybić. Dał im to odczuć i teraz widział zaangażowanie. Pozostało jeszcze dopilnować, żeby tamci za szybko nie znaleźli Ivo, ale propozycja rezygnacji z części zarzutów w zamian za milczenie, skłoniła Serba do współpracy. Siedział grzecznie w areszcie i nie chciał dzwonić ani do ambasady, ani do „rodziny”.

Stefano powinien być już daleko. Kita wrócił myślami do ich rozmowy. Najpierw telefon od Karoliny Lis z prośbą o pilne spotkanie w hotelu, a tam… Nawet nie śmiał marzyć o takim obrocie sprawy. Dostał porywacza w bagażniku jego własnego samochodu, nieograniczony dostęp do laptopa doktor Pars i „tonę” nielegalnie uzyskanych danych o Zawadzkim, jego firmie, dyrektorze Kieciu i przetargach w szpitalu. Kiedy pół roku wcześniej zgłosił się do nich deweloper z informacją, że Zawadzki przygotowuje się do przejęcia jego własnej firmy, potraktowali sprawę rutynowo. Wyglądało to na osobiste porachunki. Pojechał się rozejrzeć, a wrócił z gotowym pomysłem. Wszystko przez przypadek! Oglądał po kolei wszystkie inwestycje Zawadzkiego, aż po kilku drobnych przetargach natrafił na rozbudowę szpitala. Wydało mu się dziwnym, że wygrała firma bez doświadczenia, która wcześniej głównie remontowała, a nie budowała. Postanowił pokręcić się po szpitalu. Od dawna pobolewało go ucho, więc poprosił miejscowego komendanta o pomoc. Miał wyraźne instrukcje: „Im mniej wiedzą miejscowi, tym lepiej”. Informator twierdził, że wszyscy są ze sobą powiązani jakimiś układami.

– Bardzo panu dziękuję – Starał się „podlizać” ordynatorowi laryngologii, do którego skierował go dyrektor Kieć. – Naprawdę nie chciałem robić kłopotu. Widzę, że pracujecie w trudnych warunkach i jeszcze ta budowa…

– Och, to drobiazg. Doktor Pars się panem zajmie. – Ordynator poprowadził go do rzędu krzeseł przed gabinetem zabiegowym. – Katarzyna, pozwól tu na chwilę – zwrócił się do ładnej blondynki zakładającej opatrunek na szyję młodego, wpatrzonego w nią jak w obraz chłopaka.

– Idę – odparła nie odwracając głowy i spokojnie skończyła pracę. – Zobaczymy się pojutrze. Zdejmę szwy, żeby nie było widać „drabinki”. Tylko żadnych gwałtownych ruchów, OK.? – zwróciła się do pacjenta przyjaznym tonem, co sprawiło, że zaczerwienił się aż po cebulki włosów.

– Tak jest, pani doktor – wykrztusił.

– Tak? – spojrzała na Kitę przelotnie i skupiła się na ordynatorze. – Znowu protega? Musi poczekać.

– Pan porucznik się spieszy… – Nowak zmarszczył brwi.

– Przykro mi, ale mam za ścianą znieczulone dziecko, a pan porucznik nie wygląda na cierpiącego. – Spojrzała na policjant bez sympatii. Zauważył, że miała niesamowite niebiesko–zielone oczy. Poczuł się nieswojo. W tym gabinecie, to ona była szefem. – Poza tym, skoro się spieszy, to sam go obejrzyj – dodała beznamiętnie, jakby wcale nie zwracała uwagi na obecność nietypowego pacjenta.

– Nie spieszę się aż tak bardzo. Poczekam tutaj. – Kita wskazał szybko jedno z krzeseł w poczekalni. – To tylko ból ucha. – „Tłumaczę się” – zauważył zaskoczony.

– Może pan zostać – odparła, nieco udobruchana. – Będę za ścianą – dodała i nie poświęcając im więcej uwagi, ruszyła do drzwi, mijając ordynatora bez słowa.

– Przepraszam, ale widzi pan, jak to jest u nas. Straszny natłok. Wszyscy się boją znamion i chcą je usuwać na onkologii. – Ordynator wydawał się wyraźnie zakłopotany zachowaniem lekarki.

– Proszę iść do swoich zajęć. Widzę, że jestem w dobrych rękach. – Kita posłał przymilne spojrzenie rudowłosej pielęgniarce. Wyglądała na sympatyczną. – Czy mogę tu poczekać? – spytał, kiedy ordynator ich opuścił. – Nie chciałbym przeszkadzać…

– Nie ma sprawy. – Machnęła ręką. – Muszę tu tylko posprzątać, bo doktor zaraz wróci i robi następny zabieg. Ma straszne tempo!

– Ładna kobieta, ale dość ostra – zauważył. – Choć dla pacjentów miła – dodał. Za wszelką cenę chciał wciągnąć dziewczynę do rozmowy.

– O tak, w pani doktor kochają się wszyscy nasi pacjenci, ale w zabiegowym nikt jej nie podskoczy, nawet ordynator Nowak – stwierdziła z zadowoleniem. – Szkoda, że w życiu tak nie potrafi.

– Naprawdę? – spytał zachęcająco. Wolałby co prawda porozmawiać o szpitalu, ale może do tego też dojdą…?

– Pół roku temu jaj mąż zginął w wypadku. Strasznie to przeżyła. Zresztą trudno się dziwić. Był tu chirurgiem. Mało go znałam, bo on prawie „mieszkał” na bloku operacyjnym, ale mój Boże, młody człowiek! Nawet nie wiadomo, kto go potrącił… – paplała. – Policja jakoś tak się nie przykłada… Przepraszam, pan też chyba z policji…? – umilkła nagle.

– Nie ma sprawy. Wiem jak to jest. – Pokręcił głową. – Ale jakoś się pozbierała? – zagaił znowu.

– Mówią, że chyba ordynator miał na nią chrapkę – szepnęła dziewczyna, podchodząc bliżej. – Ale ona go pewnie pogoniła, bo kiedyś to był strasznie miły, a od jakichś dwóch tygodni robi jej same przykrości. Aż mnie czasem język świerzbi, żeby coś powiedzieć! – dodała z oburzeniem. – Doktor jest super, zobaczy pan…

– Trudno się dziwić, że mu się spodobała. – Uśmiechnął się ciepło.

– A co jej po takim dziadzie? Nie dość, że żonaty, to jeszcze zapatrzony w siebie i te swoje gadżety! A to nowy telefonik, a to laptopik, a to samochodzik… – wyliczała. –Ciekawe, skąd ma taką kasę?

– Może z gabinetu? – Nadstawił ucha. Zaczynało robić się interesująco.

– On i gabinet? – zakpiła. – Nie miałby czasu na tenis i solarium! – Zachichotała.

– No dobrze, proszę powiedzieć, co się dzieje? – W drzwiach ukazała się doktor Pars i spojrzała na Kitę, który natychmiast zerwał się z miejsca. – Co pana boli i od kiedy?

Pamiętał doskonale to badanie. Nie miał pojęcia, że przyczyną jego dolegliwości może być banalne zaciskanie zębów. Z zadziwiającą cierpliwością i dokładnością pani doktor wytłumaczyła mu, co robi źle i jak ma postępować. Przez chwilę poczuł się tak, jakby był dla niej najważniejszy na świecie. Kiedy znalazł się wreszcie na korytarzu, zdał sobie sprawę, że chciałby ją jeszcze spotkać. Nie chodziło o jej atrakcyjność, choć oczywiście była ładna, ale raczej o sposób w jaki rozmawiała, jak poświęcała mu czas. Podczas badania poczuł się wyjątkowy. – „Tak samo musiał to odebrać ten chłopak” – pomyślał. Ona tego nie wystudiowała, ona po prostu taka była. Kiedy pracowała, robiła to z pasją.

– Ordynator Ziemowit Nowak, doktor Katarzyna Pars, doktor Robert Pars. – Kita przeczytał nazwiska, które wypisał sobie na kartce. Postanowił poszukać informacji, zwłaszcza na temat tego pierwszego.

Gdyby wtedy nie kazała mu poczekać, nie pogadałby z jej pielęgniarką i nie zacząłby śledzić źródeł dochodów doktora Nowaka. Tak wpadł na pomysł, że ordynator zapewne bierze gdzieś pieniądze, tylko gdzie? Zastanawiał się, czy nie nadać tego komuś z miejscowych, ale jakoś mu się nie spieszyło… Miał na głowie żmudne śledztwo w sprawie prezesa Zawadzkiego. Był praktycznie zdany na siebie. Prawie stracił nadzieję na powodzenie, kiedy zdał sobie sprawę, że ten facet musiał mieć dostęp do danych przejmowanych firm przed ich przejęciem, a to oznaczało informatyka. Łatwo go znaleźli. Uzależnienie od gier sprawia, że traci się czujność w realnym świecie. Jakież było zdziwienie Kity, gdy wśród telefonów znalezionych w mieszkaniu aresztowanego znaleźli skradzioną komórkę doktor Pars. Powoli ruszyła reakcja łańcuchowa. Kolejne odkrycia pociągały za sobą następne. Przełożony podesłał mu ludzi. Zaczynał łapać wiatr w żagle i… Nagle napotkał opór ze strony, z której spodziewał się raczej pomocy. Pani doktor coś ukrywała. Spotkanie ze Stefano zmieniło wszystko. Facet prowadził osobistą krucjatę przeciw wrogom doktor Pars i za wszelką cenę chciał ją chronić. W pierwszej chwili Kita pomyślał, że się w niej zakochał, ale była z nim jego narzeczona, która nie tylko nie okazywała zazdrości, ale wręcz garnęła się do pomocy. Dopiero po dłuższym czasie zrozumiał, że chodziło o innego mężczyznę, przyjaciela Stefano, który miał wobec doktor Pars jakiś dług wdzięczności. Całe szczęście, że facet okazał się bogaty i skory do pomocy.

Odezwała się komórka i Kita „wrócił na Ziemię”.

Stafano’s spiking. We are in Barcelona. – Okropny włoski akcent przy angielskich słowach. Nie musiał się przedstawiać.

***

Z tarasu apartamentu na ostatnim piętrze hotelu Le Meridien Barcelona, rozpościerał się przepiękny widok. W dole tętniła życiem La Rambla, centralna ulica miasta, pełna turystów, handlarzy, wszelkiego rodzaju grajków, sztukmistrzów i złodziejaszków. Na wprost piętrzyły się ostatnie kondygnacje budynku obłożonego jasnym piaskowcem, a z boku rozpościerała się panorama miasta, na tle porośniętego bujną roślinnością wzgórza. Słońce rozgrzało płytki, którymi wyłożono taras i unoszące się nad nimi powietrze drgało, poruszając liśćmi drzewek pomarańczowych umieszczonych w jasnych terakotowych donicach. Proste, ale eleganckie umeblowanie nawiązywało do stylu w którym urządzono apartament. Luksus, ale bez ostentacji.

Katarzyna od kilku minut stała nieruchomo, oparta o blat ustawionego na tarasie drewnianego stołu. Ciepłe płytki przyjemnie ogrzewały jej bose stopy. Fabio zostawił ją w ogromnym apartamencie pod opieką Stefano, a sam z Milą pojechał na spotkanie. Prawie go zmusiła, by nie odwoływał niczego i zostawił ją samą sobie. Kiedy był przy niej, nie mogła zebrać myśli. Jego zapach, dotyk, głos… Tylko teraz, kiedy wyszedł, Katarzynę ogarnął lęk. Nie, to nie był lęk, to była panika! Miała ochotę zbiec na dół i uciekać przed siebie, gdzie ją oczy poniosą. Historia krótkiego małżeństwa Fabia jawiła się taka niesamowita i przygnębiająca… Co takiego powiedział, że znowu mu zaufała? Użył magicznego słowa, „kocham cię” i uwierzyła. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo pragnęła mu zaufać. Nic się nie zmieniło. Byli dokładnie tam, gdzie się rozstali… Bardzo długo, to może na rok, albo pół, albo…

Rozległo się pukanie do drzwi. Szybko weszła do pokoju, ale ich nie otworzyła. Zadzwonił hotelowy telefon i podniosła słuchawkę.

Caterina, sono d’avanti la tua porta. Mi apri? (… jestem przed twoimi drzwiami. Otworzysz mi?) – Poznała głos Stefano.

Ma certo – odparła.

Brava! – pochwalił ją.

– Raczej wystraszona – odparła bez entuzjazmu. Świadomość, jak łatwo dała się podejść Łucji, wytrącała ją z równowagi.

– Co robimy? Czujesz się na siłach żeby pójść do sklepu, czy zamówić ci sukienkę przez telefon? Passeig de Gracia jest niedaleko, ale jeśli jesteś zmęczona…

– Chętnie się przejdę. – Ruszyła po torebkę, ale nagle zatrzymała się w połowie drogi. – Nie mam karty, ani pieniędzy… – zupełnie zapomniała omówić to z Fabiem.

– Ostatni raz zabieram cię na zakupy! – Stefano sięgnął do kieszeni i pokazał jej swoją własną kartę kredytową – To pożyczka – zaznaczył. – Następnym razem pójdziesz sama albo z Milą. – Udawał zagniewanego.

W każdej innej sytuacji rozbawiłby ją swoim gderaniem, ale tym razem była po prostu sparaliżowana tym, co się działo wokół niej. – „Znów się w to pakuję” – lamentowała w duchu, z góry wiedząc, że jest na przegranej pozycji. Stefano przyjrzał jej się uważnie, ale nic nie powiedział. Szli w milczeniu przez miasto, trzymając się za ręce, by nie rozdzielił ich tłum turystów. Kiedy skręcili z Rambli w Passeig de Gracia, nieco się przerzedziło i mogli rozmawiać.

– Nie wyglądasz na szczęśliwą – stwierdził Stefano, patrząc na Katarzynę z ukosa.

– Nie powinieneś mnie tu przywozić – odparła, unikając jego wzroku.

– Chyba tak – przyznał niechętnie. – Chociaż… – zawahał się. – Sam już nie wiem… Kocham Fabia, jak brata i chciałbym jego szczęścia… ale twojego też… – dodał.

Uśmiechnęła się smutno. Weszli do pierwszego ze sklepów.

– Potrzebuję sukienki… – zaczęła.

– Dwóch – poprawił ją Stefano – Wieczorem idziecie na kolację z klientami Fabia ale kazał też zarezerwować dla naszej czwórki małą salę na późny lunch.

– Potrzebne mi dwie sukienki. Na lunch może być ta. – Wskazała zwiewną kreację z cienkiego, bladoniebieskiego materiału. – A na wieczór wezmę tę granatową, z jedwabiu. – Spojrzała na Stefano, który kiwnął z uznaniem głową.

W kolejnym sklepie dokupili szpilki ze srebrzystych paseczków i mikro–torebkę. Katarzyna wybrała jeszcze po drodze trochę bielizny, koszulki polo i szorty. Stefano nie mógł się nadziwić, że w takim tempie potrafiła ubrać się na cały pobyt w Barcelonie. Starał się podnieść ją na duchu, ale w końcu dał za wygraną.

– Jeśli zdecydujesz się wyjechać – powiedział nagle. – Nie zostawię cię samej. Pomogę znaleźć inne miejsce i zorganizuję wszystko.

– Dzięki Stefano. – Popatrzyła na niego w zamyśleniu. – Jesteś prawdziwym przyjacielem. Myślę, że musimy dzisiaj porozmawiać i ustalić, czego oboje z Fabiem chcemy. Potem zdecyduję…

Stojąc pod prysznicem układała sobie całą przemowę, którą miała zamiar wygłosić. Brakowało jej słów, ale starała się przypomnieć sobie ich jak najwięcej: insicurezza (niepewność), la paura dell futuro (strach przed przyszłością), la solitudine (samotność) … Chciała, żeby zrozumiał… Wiedziała, jak to funkcjonuje. Pójdą na lunch, potem na wspaniałą kolację i wylądują w łóżku, a za kilka dni będzie zakochana bez pamięci… Już teraz była zakochana bez pamięci… W mężczyźnie, który przeżył niejedno, podobnie, jak ona. Czy mieli szansę? Spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Delikatny makijaż zatuszował oznaki zmęczenia. Spała tyle godzin, a nadal czuła brak snu. Delikatna koronka bielizny podkreślała opaleniznę, pamiątkę z chorwackich wakacji. Miała wrażenie, że było to tak dawno… Tuż za drzwiami łazienki stały srebrne szpilki. Zakładając je myślała o Fabiu, który z pewnością zwróci uwagę na jej nogi. To dla niego  kupiła te buty. Przeszła się przed lustrem i stanęła, oglądając się od tyłu. Podobnie zrobiła w Wenecji. Uśmiechnęła się do siebie. W sypialni czekała na wieszaku sukienka. Ruszyła w jej kierunku.

Sei divina! (Jesteś boska) – niski głos pełen zachwytu sprawił, że aż podskoczyła.

Mi hai spaventata! (Przestraszyłeś mnie!)

Non volevo. (Nie chciałem). – Zbliżył się, lecz ona zrobiła krok w tył. – Ti amo. Voglio che tu sia felice con me. (Kocham cię. Chcę, żebyś była ze mną szczęśliwa.) – Fabio podchodził, wpatrując się w Katarzynę z zachwytem.

Ci sono… (Jestem…) – spuściła wzrok. Nie potrafiła kłamać, patrząc mu prosto w oczy.

Non mi sembra. (Nie wydaje mi się.) – Uśmiechnął się. Wiedział doskonale, czego się bała. Odgarnął włosy dziewczyny, obejmując delikatnie palcami szyję i dotykając kciukiem płatka ucha. – Brakuje tu odrobiny blasku – powiedział powoli i sięgnął drugą ręką do kieszeni.

– O nie! – Chciała się odsunąć. – Dość już mi dałeś! Naprawdę, nie przyjmę niczego więcej.

– Zastanów się dobrze. – Spoważniał nagle, wyjmując z kieszeni pudełeczko wielkości dłoni. – To nie jest zwykły prezent – powiedział, otwierając powoli wieczko ale nie pokazując wnętrza.

– Fabio, mówię poważnie. Jeśli to ma być związek, nie chcę zależeć we wszystkim od ciebie. Mogę pracować i … Nie złość się, ale ja nie chcę być dziewczyną do utrzymywania. – Wbiła wzrok we własne dłonie. – Wiem, że jesteś bogaty, przyzwyczajony do takiego życia i do tego, że kobiety ci nie odmawiają, kiedy robisz im prezenty, ale…

Fabio uniósł brwi i wpatrywał się w Katarzynę z uwagą. Umilkła, by nabrać tchu, a wtedy odwrócił pudełeczko, ukazując jego zawartość.

– O Boże! – Zakryła dłonią usta. – Ja nie… Ja nie wymagam…

– Rozumiem, ale to przecież tylko symbol. – Fabio sięgnął do pudełeczka. – Oznacza, że chciałbym być nie tylko twoim mężczyzną, ale też twoim mężem. – Trzymał w dłoni prosty pierścionek z białego złota. W obrączce wycięto otwór i w misternym koszyczku oprawiono kamień wielkości grochu. Obok niego spoczywały identyczne kolczyki.

– Ja… nie wiem, co powiedzieć. To się dzieje tak szybko. – Katarzynie brakło nagle tchu. Stała przed Fabiem i wpatrywała się w lśniący pierścionek. – Jesteś pewien? – Pragnęła tego chyba najbardziej na świecie, a teraz drżała na myśl, że robił to pod presją.

Piu di qualsiasi altra cosa (Bardziej niż czegokolwiek innego) – odparł z przekonaniem, a orzechowe oczy jakby pociemniały. – E tu? Non mi hai risposto… (A ty? Nie odpowiedziałaś mi…)

Katarzyna nie była w stanie wykonać żadnego ruchu, wydobyć głosu. Zaręczyny? Po dwóch wspólnych tygodniach? Czyż jednak nie takiej deklaracji chciała? Otrzymała ją, a co mogła zaoferować w zamian?

Si… – wyszeptała w końcu – O mio Dio, si! E Ti giuro, che non ti faro’ mai del male. (O mój Boże, tak. I przysięgam, że nigdy cię nie skrzywdzę).

Lo so, amore, lo so… (Wiem, kochanie, wiem…) – szeptał, całując delikatnie jej szyję. – Powinienem dać ci to w jakimś wyjątkowym miejscu.

Non dire sciocchezze. (Nie gadaj głupstw.) – Głos jej się łamał.

Sei cosi bella (Jesteś taka piękna) – szepnął, przesuwając palcem po szwie stanika. Zarzuciła mu ręce na szyję i sięgnęła do spragnionych ust, które natychmiast odpowiedziały głębokim, pełnym pasji pocałunkiem. Ciepła silna dłoń spoczęła u podstawy pleców dziewczyny, sprawiając, że poczuła jak bardzo jest pożądana. – E cosi mia (I taka moja) – wychrypiał, kiedy przywarła do niego całym ciałem.

Gładki lśniący stół w salonie podkreślał doskonale złocisty odcień skóry Cateriny. Fiabio wydawało się, że leży przed nim najpiękniejsza kobieta na świecie. Włosy rozsypały się swobodnie na blacie, stanowiąc tło dla ułożonych za głową rąk. Jedną nogę ugięła w kolanie i oparła stopę na rancie, podczas, gdy druga zwisała swobodnie, lekko się kołysząc. Ciało miała wygięte, dotykało stołu tylko łopatkami i pośladkami. Napotkał spojrzenie błękitno–zielonych oczu, w którym utonął… Położył dłoń na dekolcie dziewczyny i przesunął powoli w dół, aż do złączenia ud, wydobywając z jej piersi przeciągły jęk. Czuł, że jest twardy i gotowy, ale nie chciał się spieszyć.

Per la prima volta lo facio con la mia fidanzata (Po raz pierwszy robię to z moją narzeczoną) – powiedział powoli, jakby upajając się własnymi słowami. Towarzyszył im cichy pomruk aprobaty. Z zadowoleniem przesunął dłonią od uda, aż do stopy w srebrnym oplocie paseczków, a następnie założył ją sobie na ramię. Gładził wewnętrzne strony ud, patrząc jak delikatne majteczki nasiąkają wilgocią. Nachylił się nad Cateriną i zsunął ramiączka stanika, uwalniając obrzmiałe piersi. Oparł się na łokciach i objął je dłońmi. Skupił na nich całą swoją uwagę, całował je i pieścił, ssał i kąsał… Chciał, by akurat teraz było wyjątkowo, niezapomnianie, jedynie… Zapragnął, by zapamiętała ten dzień nie tylko z powodu pierścionka… Jęczała i prężyła się pod wpływem pieszczot, ale on nie przestawał nawet na chwilę. Odchylił się wreszcie i spojrzał na swoją ukochaną. Zaróżowione policzki i przymglony wzrok sprawiały, że wyglądała jeszcze piękniej. Ogarnęła go dziwna tkliwość i poczuł, że kocha ją o wiele mocniej, niż mu się wcześniej wydawało. Chciał to okazać w każdy możliwy sposób.

– Fabio – jęknęła. – Amore mio…

Voi ancora? – spytał. Koronkowe majtki wylądowały na podłodze obok męskiej koszuli. – Zjem cię na przystawkę.

Katarzyna poczuła jak ciepły język smagnął jej najwrażliwsze miejsce, a potem nastąpił istny Armagedon. Fabio potrafił pieścić, o czym wielokrotnie miała okazję się przekonać, ale teraz postanowił chyba doprowadzić ją do szaleństwa. Kilka dni w oddaleniu, żal, że go utraciła, tęsknota, niepewność, a obecnie świadomość, że są razem, stanowiły mieszankę wybuchową… Czuła, że gdyby nawet jej nie dotykał, już sama jego obecność wystarczająco by ją podniecała. On jednak sięgnął po najbardziej wyrafinowany zestaw pieszczot jaki mogła sobie wyobrazić. Porównanie z przystawką było jak najbardziej na miejscu. Fabio całował i skubał zębami delikatne ciało dziewczyny tak, że powoli zatracała się we wzbierającej fali rozkoszy. Pragnął jej tak, jak ona pragnęła jego. Chciał być jej mężczyzną? JEJ MĘŻCZYZNĄ! W każdym znaczeniu tego słowa! Okazywał to pieszczotami w najcudowniejszy sposób… Zamknęła oczy i odetchnęła głęboko. Uniosła ręce zza głowy i wsunęła palce w kędzierzawe ciemne włosy, przyciągając bezwiednie głowę Fabia do siebie. Gardłowy pomruk dotarł do Katarzyny równocześnie ze świadomością, że w jej własnym podbrzuszu właśnie następuje eksplozja… Krzyknęła i zamarła w bezruchu, bez tchu, bez świadomości, jakby zawieszona w próżni…

Amore, respira… – Fabio uniósł głowę, oblizując usta koniuszkiem języka. Przez chwilę upajał się widokiem kochanki, po czym rozpiął spodnie i pozbył się pozostałych części garderoby. Sterczący wzwód nie napotkał oporu. Caterina leżała jak ogłuszona niedawnym orgazmem. Powitała go miękkością, ciepłem i wilgocią. Kiedy w nią wszedł stęknęła cicho i wyciągnęła ręce. Przygarnął ją do siebie, a wtedy oplotła biodra mężczyzny nogami, przytrzymując się jednocześnie jego ramion. Gładził smukłą talię, uda i pośladki, napawał się gładkością skóry… Brakowało mu jej dotyku, jej zapachu, jej delikatnego uśmiechu… Teraz miał to wszystko… Należała do niego i on należał do niej. Zaufała mu tyle razy, a teraz składała swój los w jego ręce… Poczuł falę gorąca w podbrzuszu. Doznanie było tak silne, że poczuł dosłownie zawroty głowy. Jeśli to miało potrwać, musiał zwolnić… – Piccola mia – wyszeptał wprost do ucha dziewczyny – Ti voglio cosi tanto…

Anchio… Ti… voglio…, Fabio… – Jej szept się rwał, oczy zamykały… Wpiła się opuszkami palców w męskie barki, aż poczuł na skórze paznokcie. – Kocham cię – powiedziała miękko i przytuliła policzek do jego ramienia – Kocham cię… – powtórzyła.

Wiedział, co powiedziała. Pamiętał doskonale ich rozmowę na jachcie, a teraz szeptała do niego takie słowa. Brzmiały mu w uszach jak najpiękniejsza muzyka. Pochylił się do przodu, przyciskając Katarzynę do twardego blatu. Wpatrywał się w jej twarz, oczy, usta… Lubił seks i potrafił się nim cieszyć, ale radość jaką odczuwał robiąc to z ukochana kobietą nie dawała się porównać z niczym innym. Nagle zapragnął poczuć Caterinę jeszcze mocniej, głębiej, bardziej… Nic już się nie liczyło, istnieli tylko oni dwoje. Czas płynął swoim tempem gdzieś obok. Szczupłe dłonie spoczęły na męskich pośladkach, wbiły paznokcie w naprężone mięśnie. Caterina jęczała głośno przy każdym pchnięciu, ale to już nie miało znaczenia. Fabio parł naprzód jak lokomotywa, spychając ich w przepaść… Odchyliła głowę, ukazując zarys żuchwy i podbródka. Widział tętniącą arterię na odgiętej szyi dziewczyny, prawie czuł ciepło płynącej krwi, złowił jej wzrok utkwiony w jakimś punkcie… Spojrzał tam gdzie ona i ujrzał ich własne odbicie w szklanych taflach tarasowych drzwi. Stanowili widok jedyny w swoim rodzaju, nadzy, lśniący od potu, spleceni… połączeni… Szczupła kobieca sylwetka, jasna skóra, sterczące w górę piersi i męskie napięte mięśnie, białe zęby w szerokim uśmiechu…

– Faaabio! – Dosłyszał przeciągły krzyk. Katarzyna patrzyła szeroko otwartymi oczami, w których prawie nie dało się dostrzec tęczówek, zastygła, wygięta w łuk, piękna… Jeszcze jedno pchnięcie… Jeszcze jedno i… Runął za nią w otchłań, której istnienia nawet nie przeczuwał. Wszystko wokół wydawało się jakieś nierealne i dalekie. Katarzyna opuściła nogi, sunąc wilgotną skórą po biodrach i udach Fabia. Przyciągnął ją do siebie i tulił jak dziecko, jak drogi skarb… Poczuła, że pod powiekami wzbierają łzy. Szczęście przyszło do niej samo, w najmniej spodziewanym momencie. Tak, jak powiedziała Mila, wiele złego i wiele dobrego… Gorąca łza wyśliznęła się spod powieki i spłynęła po policzku przyciśniętym do piersi Fabia. W ślad za nią, potoczyły się kolejne.

– Cateri’, płaczesz? – Odchylił się, by móc spojrzeć w oczy dziewczyny.

– Bałam się… – wyszeptała drżącymi wargami, ale nie dokończyła, bo głos uwiązł jej w gardle.

Z pozoru silna kobieta, która często brała w swoje ręce ludzkie życie, drżała teraz jak listek. Poruszyło to Fabia do głębi.

Tesoro, sono vicino. Nessuno ti fara’ del male. (Skarbie, jestem blisko. Nikt cię już nie skrzywdzi.) – Gładził delikatnie jasne włosy, uspokajał. – Ochronię cię.

Wtuliła się w opiekuńcze ramiona i westchnęła z ulgą. Nie bała się innych… Bała się siebie i tego, że popełniła błąd, że utraciła ukochanego mężczyznę…

***

Kiedy Katarzyna i Fabio weszli do niewielkiej sali, która bardziej przypominała elegancką jadalnię niż restaurację, Mili i Stefano jeszcze nie było. Z głośników sączyła się cicha, kojąca muzyka. Równie przyjemnie odbierali delikatny zapach kwiatów, ustawionych w czterech smukłych wazonach wokół stołu.

– Może… – Katarzyna uniosła głowę i spojrzała mu głęboko w oczy. – Może nie mówmy na razie nikomu, poza Milą i Stefano. Vanessa powinna dowiedzieć się pierwsza…

– Myślisz o wszystkim – Fabio spojrzał na nią z podziwem, a potem musnął ustami dłoń na której połyskiwał zaręczynowy pierścionek – Powiemy, że to na razie tajemnica. – Odwrócił się w stronę wchodzącej pary. – Musimy wam coś powiedzieć…

– Myślę, że już wiemy! – Mila nie potrafiła opanować emocji – E fantastico!

– Już? – Katarzyna i Fabio spojrzeli na siebie zdumieni – Od kogo?

– Miałeś wyłączony telefon, więc starsza pani zadzwoniła do mnie… – Stefano wydawał się zaskoczony reakcją przyjaciela.

– Moja matka wie? – Fabio uniósł brwi, ale nagle go oświeciło. – O mio dio! Alessia! – Sięgnął do kieszeni po telefon, ale Stefano był szybszy. Podsunął im wyświetlacz swojego iPhona, na którym zobaczyli zdjęcie główki niemowlęcia. Miało ciemne włoski i zaciśnięte szparki oczu. Spało.

– Ecco Gianluca!

Katarzyna patrzyła na Fabia, który wpatrywał się w małą twarzyczkę, jakby szukając w niej podobieństwa. – „Do siostry czy do siebie?” – pomyślała. Poczuła ukłucie żalu, że ona raczej nie będzie w stanie dać mu takiej radości. Fabio już wybierał numer Alessandry, gdy jego wzrok padł na Katarzynę, wpatrzoną w ekran telefonu.

– Nawet o tym nie myśl. – Pokręcił głową – Mamy Vanessę, która cię uwielbia.

Lo so. (Wiem.) – Z trudem powstrzymywała łzy. – Lo so, ma…

– Cateri’, możemy próbować – Fabio przygarnął do siebie narzeczoną. – Zresztą, według mnie, próby są najprzyjemniejsze! – Dotknął ciepłego policzka dziewczyny, który powoli zaczynał przybierać intensywnie różowy kolor – Ładnie ci w czerwieni, wiesz?

O czym wy, do diabła, mówicie? – Mila wpatrywała się w nich szeroko otwartymi oczami.

Di questo… – Katarzyna uniosła dłoń z pierścionkiem, zerkając jednocześnie na Fabia, który na razie

schował telefon i stał obok, uśmiechając się kącikiem ust. Wyglądał jak mały łobuziak, któremu udał się wyjątkowy kawał.

– Zrobiłeś to! – Stefano wyciągnął dłoń do przyjaciela, a potem serdecznie klepnął go w ramię – Bravo! Complimenti!

Katarzyna mogłaby przysiąc, że usłyszała w tych słowach wzruszenie. Patrzyła na dwóch mężczyzn, którzy w tej chwili wyglądali rzeczywiście bardziej na braci, niż na szefa i ochroniarza. Fabio spoważniał nagle i uścisnął rękę Stefano, a potem oparł dłonie na jego ramionach

– Non credo, che riesco ripagarti tutto… (Nie sądzę, bym zdołał ci odpłacić za wszystko…)

– Chcecie się pobrać! – Mila klasnęła w dłonie jak dziecko. Szeroki uśmiech pojawił się w miejsce zdziwienia.

– Myślę, że najpierw musimy ochrzcić Gianlukę. – Fabio znów uniósł delikatnie kąciki ust. – A Natale? Che ne dici? (Boże Narodzenie? Co Ty na to?) – Spojrzał pytająco na Katarzynę.

Epilog (grudzień)

Zapach kawy rozchodził się powoli po całym domu. Wdzierał się do sypialni i drażnił aromatem, nie pozwalając się zignorować. Katarzyna przeciągnęła się i spojrzała w stronę okna. Zimowe słońce z trudem przebijało przez cienkie zasłony. Już drugą noc z rzędu spędziła samotnie w łóżku. Uśmiechnęła się do siebie i sięgnęła po telefon.

Buongiorno Amore! Mi manchi tanto. Ci vediamo presto, Ciao!”

Uśmiech na jej twarzy poszerzył się, pod wpływem przeczytanego sms–a. Fabio znów ją uprzedził. W ciągu ostatnich dwóch dni ich komórki rozgrzały się prawie do czerwoności.

– Kaśka, idziesz? – z kuchni dobiegł wesoły głos Karoliny.

Otuliła się szlafrokiem i ruszyła schodami w dół. Przy stole w jadalni siedzieli już Andrzej i Luca, jej ochroniarz. Popijali kawę z mlekiem dyskutując na temat jakiegoś meczu. Luca chciał wstać na jej widok, ale machnęła ręką, by sobie nie przeszkadzał i ruszyła do kuchni. Karolina krzątała się przy tostach i twarożku. W rondelku na kuchence przyjemnie bulgotały zanurzone we wrzątku „frankfuterki”.

– Widzę, że Luca już się oswoił. – Mrugnęła do Karoliny. – Strasznie was przepraszam, że macie na głowie również jego, ale inaczej Fabio by mnie nie puścił.

– Daj spokój! Przynajmniej mam rano zaparzoną kawę. Poza tym, przyjemnie popatrzeć na takiego przystojniaka. – Karolina wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

– Poczekaj – prychnęła. – Razem z Fabiem przyleci Marco. To jest dopiero ciacho. Baśkę trzeba będzie chyba związać. – Zachichotała.

– Jak ty funkcjonujesz z tyloma przystojnymi facetami kręcącymi się po domu? Fabio nie jest zazdrosny? – Karolina uniosła brwi.

– Wie doskonale, że mogliby przy mnie chodzić „jak ich Pan Bóg stworzył”. Liczy się tylko ON!

– Dziwię się, że w ogóle cię puścił. Chociaż, właściwie nie miał wyjścia. Gdyby nie ta rozprawa i wizyta w prokuraturze… Ale przecież musicie zorganizować tyle rzeczy… Nadal uważasz, że to dobry pomysł z tym wyjazdem na narty, zamiast ciepłych krajów? Będziemy wam wszyscy siedzieli na głowie przez tydzień! – nachmurzyła się.

– Nie zamieniłabym tego tygodnia na nic w świecie. – „Wasze miny, gdy zobaczycie apartamenty… Bezcenne!” – pomyślała, a jej twarz rozjaśnił szeroki uśmiech. – Fabio zachowuje się tak, jakby chciał objąć cały świat. Naprawdę chcemy spędzić z wami tydzień… Potem gdzieś polecimy…

Rzeczywiście, niespodzianka którą przygotowali z Fabiem dla przyjaciół, powinna się udać. Uprzedzili wszystkich, żeby zarezerwowali sobie wolny tydzień i zabrali stroje narciarskie. Specjalnie ustalili termin ślubu w lutym, aby móc pojechać razem do Cortiny. Fabio wynajął całe piętro hotelu, żeby wszyscy czuli się komfortowo. Nawet Alessandra namówiła męża, by pozostawili starsze córki pod opieką babci i opiekunki, a oni, razem z małym Gianluką i jego nianią, pojechali ze wszystkimi.

– Powtórzymy to w lecie. Stella Marina już na was czeka! – rzuciła wesoło Katarzyna.

– Fajnie mieć bogatych przyjaciół. – Westchnęła Karolina. – Żartuję! – dodała natychmiast, widząc minę dziewczyny. – Myślałam po prostu, że będziecie chcieli mieć miodowy miesiąc tylko dla siebie…

– Wiesz co? Odnoszę wrażenie, że od dnia zaręczyn trwa nieustający miesiąc miodowy. Odwiedziliśmy tyle cudownych miejsc… To nasze pierwsze dwa dni osobno. Zastanawiam się, jak długo profesor będzie to tolerował? Przecież za każdym razem gdy Fabio gdzieś jedzie, ja znikam razem z nim…

– Będzie, będzie… Ma świetnego operatora za „pół darmo”. Poza tym piszesz mu książkę, więc? – Karolina przerwała na chwilę szykowanie śniadania. – Zrobił na tobie dobry interes!

– Fabio coś mu chyba obiecał w sprawie wydania tej książki – stwierdziła z przekąsem Katarzyna. – Ale i tak się cieszę, że mogę pracować z Vierim – dodała natychmiast.

Ruszyły obie do jadalni, z tacami zastawionymi jedzeniem.

– O której przylatuje Fabio? – spytał Andrzej, kiedy usiadły za stołem.

– Myślę, że wyląduje lada moment, ale zanim dojedzie z Warszawy… – Katarzyna zastanowiła się przez chwilę. – W każdym razie, powinien zdążyć na rozprawę.

– Podobno Stefano zostaje w Turynie?

– Tak zdecydowaliśmy. Wydawało nam się, że lepiej nie pokazywać go Łucji. Już przebolałam, że nie mogę nikogo oskarżyć o porwanie bez narażania Stefano. – Katarzyna nie zdołała jednak ukryć frustracji. – Scusa mi, che parlo polacco, ma e unica possibilita… (Wybacz, że mówię po polsku, ale to jedyna możliwość…) – zwróciła się do ochroniarza, który nawet nie starał się słuchać ich rozmowy, zafascynowany kiełbaskami podanymi na śniadanie. Będąc z Fabiem Katarzyna posługiwała się włoskim, a w podróżach czasem angielskim. Teraz z przyjemnością mówiła w ojczystym języku.

– O czym tak gadałyście w kuchni? – Andrzej nagle zrobił się strasznie dociekliwy. – Zakładam, że nie o rozprawie.

– Nie. – Karolina wydęła usta. – Kaśka opowiadała mi, jakim czułym i wspaniałym mężem będzie Fabio… I nie ma to związku ze stanem konta – dodała, uprzedzając ewentualny sprzeciw ze strony męża.

– Dobra, dobra. Omówmy lepiej kwestię rozprawy. Co prawda jesteś tylko świadkiem, ale nie daj się wyprowadzić z równowagi. Załóż od razu, że każde pytanie ze strony obrońcy będzie podchwytliwe. Nie daj się wciągnąć w żadne: „Co pani sadzi? Jak pani myśli?”. Nie sądzę, nie myślę, OK.? Mówię poważnie! Zarzuty postawili tylko bezpośrednim winowajcom. Widziałem ich zeznania. Na Zawadzkiego nic w tej sprawie nie mają, więc nie daj się sprowokować.

– Spokojnie. – Katarzyna poklepała Andrzeja po dłoni. – Wystarczy, że skażą tego drania który wypchnął Roberta z samochodu. Kita mówił mi wczoraj, że cały czas prowadzi jeszcze dochodzenie dotyczące Zawadzkiego i on prawdopodobnie straci firmę. Dla ludzi jego pokroju strata pieniędzy jest wystarczająco dotkliwa. Chociaż, gdyby się udało wykazać, że to on stoi za śmiercią Roberta…

– Zapomnij o tym. – Andrzej pogroził jej palcem. – Przecież nie chcesz ujawnić źródła informacji…

– Obiecuję! – uniosła dłoń, jak do przysięgi.

***

Od dwudziestu minut obrońca mężczyzny oskarżonego o spowodowanie śmierci Roberta Parsa, zadawał Katarzynie pytania na które odpowiadała cierpliwie, mimo tego, że oskarżyciel co chwila wnosił sprzeciw. Wyglądało to tak, jakby sama była stroną, a nie tylko świadkiem.

– Twierdzi pani, że przez rok pozostawała pani w posiadaniu ważnych dokumentów pozostawionych przez pani męża i nie udostępniła ich pani policji? – pytania obrońcy stawały się coraz bardziej natarczywe.

– Sprzeciw. – Prokurator musiał interweniować po raz kolejny.– Pani jest świadkiem. Z akt nie wynika, że świadek cokolwiek ukrywała. Poza tym, do czego ma to prowadzić?

– Obrona chce udowodnić, że był to nieszczęśliwy wypadek, a ofiara miała coś do ukrycia i dlatego wyskoczyła z samochodu. – Obrońca spojrzał na Katarzynę z chytrym uśmieszkiem.

Spojrzała na Fabia, siedzącego miedzy Karoliną i Andrzejem, którzy szeptem tłumaczyli mu pytania i odpowiedzi. Był wyraźnie zirytowany postawą adwokata ale starał się zachować spokój.

– Mogę odpowiedzieć – zaczęła spokojnie, a kiedy sędzia kiwnął głową, ciągnęła. – Nie miałam pojęcia, że posiadam takie dokumenty, bo były opatrzone hasłem, które odkryłam przypadkiem. Mąż nigdy o nich nie wspominał. Udostępniłam je zaraz po dokonaniu odkrycia.

– Komu je pani udostępniła? – spytał obrońca.

– Wielu osobom. Nie wiedziałam, co to jest, więc szukałam informacji. Chodzi panu o kogoś konkretnego? – spytała niewinnym tonem, ale obrońca zrozumiał, że to atak i jeśli chce odpowiedzi, musi zadać konkretne pytanie.

– Może pani wymienić kilka z tych osób? –  kontynuował ostrożnie.

– Porucznik Adam Kita, mecenas Karolina Lis, jej mąż mecenas Andrzej Lis, ich wspólnik mecenas Aleksander… – zaczęła wymieniać, udając, że zastanawia się nad każdym kolejnym nazwiskiem.

– Wystarczy, rozumiem, że lista osób jest długa. – Sędzia wyraźnie tracił cierpliwość. – Panie mecenasie, proszę dalej – ponaglił obrońcę.

– Czy pani widziała ten zapis? – Najwyraźniej wytoczył ostatnie działo, bo był bardzo zadowolony z siebie, kiedy podsunął Katarzynie zapis szablonów ze skrzynki keticjo@gmail.com. – Wysoki sądzie, jest to zapis korespondencji mailowej, znany policji. – Pokazał kartkę sędziemu.

– Tak, widziałam – odparła spokojnie. – To zapis szablonów ze skrzynki, do której dostęp uzyskałam. Adres mailowy i hasło również znalazłam w laptopie, w części zabezpieczonej uprzednio przez męża. Taki sam zapis przekazałam porucznikowi Kicie – wyjaśniła spokojnie, choć czuła jak serce zaczyna jej podchodzić do gardła. Obrońca z pewnością wyciągnął to, mając nadzieję że ona zaprzeczy. Chciał wykazać, że coś ukrywała i jest niewiarygodna, albo liczył na to, że poda nazwisko Kieć… Ale to, że Robert wysłał wiadomość do Kieciowej zapisano w zeznaniach, które złożyła w prokuraturze, więc nie o to chodziło…

– Czy może nam pani powiedzieć czyja to korespondencja?

– Nie wiem. Wszystkie informacje dotyczące tej skrzynki i wysłanych maili przekazałam policji. Proszę ich zapytać – odparła z zatroskaniem. – „Ty parszywy draniu, nie wierzę, żeby tę łajzę siedzącą na ławie oskarżonych było na ciebie stać” – pomyślała. Według Lisów adwokata opłacił Zawadzki w zamian za milczenie na temat jego udziału. Tylko dlaczego obrońca zadawał jej takie pytania? Przecież mogła wymienić  nazwisko biznesmena… Chyba, że właśnie o to im chodziło. Tylko dlaczego?

– Proszę zaprotokołować. – Sędzia spojrzał na obrońcę przeciągle. – Czy ma pan jeszcze jakieś pytania, panie mecenasie?

– Nie, dziękuję – odparł tamten bez entuzjazmu.

– W takim razie, świadek jest wolna. – Sędzia spojrzał na Katarzynę.

Dalej wszystko potoczyło się już bez niespodzianek. Mimo płomiennej przemowy adwokata sędzia uznał, że nie ma mowy o wypadku, skoro doktora Parsa pozostawiono na ulicy bez pomocy. Kradzież telefonu i próba zastraszenia jego żony zostały również wzięte pod uwagę.

– Osiem lat, bez zawiasów, to przyzwoita kara – szepnęła Karolina, po ogłoszeniu wyroku. – Pewnie będzie się odwoływał, ale nie sądzę, żeby dostał mniej. Napad rabunkowy, wypchniecie z samochodu, nieudzielenie pomocy… Zastanawiam się tylko, dlaczego całą winę wziął na siebie? To nie trzyma się kupy.

– Widocznie wolał pójść siedzieć niż zadrzeć z Zawadzkim. – Pokiwała głową Katarzyna. Porucznik Kita też uważał, że podejrzanego przedsiębiorcy bało się wiele osób, nie wyłączając Kieciów i Nowaka. – „Nie będzie miał łatwego zadania” – pomyślała. Narzeczony objął ją ramieniem i razem z Karoliną wyszli na korytarz. Andrzej został jeszcze na sali.

E finita! – Westchnął z ulgą Fabio. – Che cosa vuoi fare nel pomeriggio? (Co chcesz robić po południu?)

Devo comprare una cosa di ambra per Vanessa. (Muszę kupić coś z bursztynu dla Vanessy.)

Non viziarla cosi! (Nie rozpieszczaj jej tak!) – Fabio spojrzał na Katarzynę z wyrzutem.

– Och, przestań! – popatrzyła na narzeczonego z wyrozumiałością. Sam rozpieszczał obie swoje kobiety jak wariat… – Opowiadałam jej o zamkniętych w bursztynie częściach roślin i owadów. To ma być łyżeczka z bursztynem dla Gianluki. Nawet dała mi dziesięć euro z kieszonkowego, żeby wszyscy wiedzieli, że to od niej. Tylko mnie nie wydaj, bo to miała być niespodzianka…

„Dlaczego nie poznałem cię wcześniej?” – pomyślał Fabio, patrząc na Caterinę z miłością. –„Dlaczego nie ty jesteś jej matką?” – Po raz kolejny dziękował Bogu za kobietę, którą miał przy sobie. A tak niewiele brakowało… Na prośbę Cateriny święta mieli spędzić razem z Vanessą i Valerią. Po raz pierwszy od śmierci Tiziany nie traktował zaproszenia całej rodziny jak obowiązku. Po raz pierwszy zamiast zwykłej kolacji mieli spędzić wieczór wigilijny przy zastawionym dziwnymi potrawami stole i składać sobie życzenia, łamiąc się przywiezionym z Polski opłatkiem, jak go nazywała Caterina. On miał tylko jedno życzenie: żeby Caterina pozostała przy nim na zawsze…

– Fabio? – Katarzyna przyglądała mu się uważnie – Hai strana espressione sul viso… (Masz dziwny wyraz twarzy…)

Stavo pensando ai regali… (Myślałem o prezentach…) – W oczach mężczyzny pojawiły się wesołe ogniki, a widząc zdziwienia na twarzy Katarzyny dodał. – Vorrei un fiocco rosso…

Fiocco Rosso? (Czerwoną kokardkę?) – Katarzyna zmrużyła oczy, ale zanim Fabio dokończył, usłyszała stłumiony chichot Karoliny.

– Ciekawe gdzie masz ją sobie zawiązać? – Wyszczerzyła zęby do przyjaciółki. – Tyle, to nawet ja rozumiem.

– Moglibyście chociaż w sądzie zachować powagę – fuknęła czerwieniąc się Katarzyna, ale po chwili także uśmiechnęła się pod nosem.

W tym momencie w drzwiach sali rozpraw ukazał się Andrzej i podszedł do przyjaciół.

– Wygląda na to, że tylko Kieciowej się upiecze – stwierdził. – Ten „łach” pójdzie siedzieć, dyrektor nie będzie dyrektorem, a Łucja nie dostanie więcej drogich prezentów…

– To wystarczy. – Katarzyna wzięła Karolinę za ręce. – Dostałam drugie życie i nie śmiem prosić losu o więcej. Poza tym Nowak okazał się mniejszym draniem niż myślałam.

– Wiem, wiem – mruknęła do niej przyjaciółka. – Teraz, to ty byś wybaczyła nawet diabłu. Wiesz co? Wiem, że wszyscy przyszliśmy tu z powodu Roberta i w ogóle… ale muszę to powiedzieć… Wydajecie się tacy… tacy zakochani, jak nastolatki! Po prostu ci zazdroszczę. – Uścisnęła dłonie Katarzyny. – Tak się cieszę, że jesteście razem…

– What time is it? I would like invite you for a dinner – Fabio wyraźnie się rozluźnił.

– Idźcie. Za chwilę do was dołączę – rzuciła Katarzyna i zerknęła znacząco w stronę toalety.

Dobiegły ją jeszcze przekomarzania Karoliny i narzeczonego, sprzeczających się kto kogo ma zaprosić na obiad, po czym drzwi się zamknęły. Wyjęła telefon i głęboko odetchnęła, zanim odszukała numer mamy Roberta. Nie chciała rozmawiać z nią przy pozostałych. Nigdy nie były sobie szczególnie bliskie ale darzyły się szacunkiem, więc uznała, że to od niej powinna dowiedzieć się o wyroku. Kabiny wyglądały na puste. Podeszła do okna i zerknęła na parking przed budynkiem sądu. Luca i Marco stali obok ich samochodów. Drzwi za plecami Katarzyny skrzypnęły cicho.

– Co za radość widzieć panią w dobrym zdrowiu…

Aż podskoczyła z wrażenia. Poznałaby wszędzie ten głos, na pozór uprzejmy…

– Dobrze pani wygląda, pani doktor. Włoskie słońce pani służy…

– Dziękuję – odparła siląc się na spokój. – Widzę, że nie traci pani dobrego samopoczucia, pani redaktor.

– Mamy pewne przejściowe kłopoty… – Na twarzy Łucji pojawił się grymas złości. – Ale pewnie pani to wie. Zresztą zawdzięczamy to właśnie pani… – wysyczała.

– Zawdzięczacie to sobie – odparła Katarzyna. – Trzeba było zostawić mnie w spokoju…

– Co tam pani wie! – przerwała jej Łucja. – Trzeba było oddać mi tego laptopa. Nie ma pani pojęcia, w co się wplątała!

– Owszem, mam. Przekazałam prokuraturze dowód na to, że dyrektor brał łapówki od firm medycznych. – Wzruszyła ramionami. – Zdaje się, że ten który daje, ma mniejsze kłopoty… Przecież o porwanie ani o groźby was nie oskarżono. Chociaż dzisiaj aż mnie korciło… Trzeba było lepiej wybrać adwokata.

– Jakiego adwokata? O czym pani mówi? – Łucja wydawała się szczerze zaskoczona.

– Niech pani nie udaje. Tego drania nie stać na dobrego obrońcę, a „z urzędu” go nie dostał. Tylko dlaczego mam wrażenie, że byłby szczęśliwy słysząc w moich zeznaniach nazwisko Zawadzkiego w związku z tymi mailami? – Z satysfakcją zauważyła, że Łucja pobladła. Jej ciemne oczy przeszywały Katarzynę z nienawiścią. Czyżby narzeczony nie mówił jej wszystkiego? A może to nie on opłacił adwokata? Ale jeśli nie on, to kto?

– Trzeba było oddać tego laptopa – powtórzyła szeptem, od którego Katarzyna dostała „gęsiej skórki” – Pożałujecie…

– Grozi mi pani? – Katarzyna zerknęła przez okno. Marco stał przy samochodzie rozglądając się na boki. Luca gdzieś zniknął.

– Ja? – Zaśmiała się, ale zaraz spoważniała. – Nie wie pani, z kim zadarła. Nie schowa się pani nawet we Włoszech…

– Nie muszę się chować. Nie popełniłam żadnego przestępstwa, w odróżnieniu od pewnych naszych wspólnych znajomych… – Teraz Katarzyna obdarzyła Łucję uśmiechem, choć w głębi duszy czuła coraz większy niepokój.

– Nic im pani nie zrobi. Są nietykalni. Nie rozumie pani? Naiwna kobieto! My tylko wykonujemy polecenia. – Skrzywiła się. – A teraz mamy kłopoty. Duże kłopoty! Bo nie upilnowaliśmy niesfornej lekarki… Ale to jeszcze można naprawić. Prawda?

„Jednak mi grozi” – przemknęło przez myśl Katarzynie. Na korytarzu dało się słyszeć szybkie kroki kilku osób.

– Kaśka! – W drzwiach ukazała się Karolina, ale na widok dziennikarki stanęła jak wryta.

– Już idę. – Katarzyna minęła Łucję w chwili, gdy w drzwiach ukazali się Fabio, a za nim Luca. – Zagadałam się, przepraszam, że czekaliście. Życzę powodzenia – dodała chłodno, odwracając się na moment do Łucji.

– I wzajemnie. – Lodowaty ton, jakim kobieta wypowiedziała ostatnie słowa, przyprawił Katarzynę o dreszcz.

Sei pallida. (Jesteś blada.) – W głosie Fabia wyczuła niepokój.

Non e niente, amore (To nic, kochanie) – odparła spokojnie.

Mężczyzna objął narzeczoną ramieniem i ruszyli korytarzem, wymijając spieszących na rozprawy prawników oraz ich klientów. Karolina i Luca szli za nimi. Katarzyna nie obejrzała się więcej za siebie. Miała poczucie, że rozliczyła się z przeszłością. Nie chciała się mścić.

.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Ładnie to tak ?

Co masz na myśli? Przesłodzone zakończenie znajomości, czy zakończenie w tym momencie? A może jeszcze coś innego?

Coś innego. Znikła moja ulubiona autorka 😉 🙂 ))))
O jest !!!. Już się obawiałem, że mafia Cie porwała :). Postawiłem na nogi cała krajowa policje , Europol i Interpol 🙂 .
Roksano !
Jak zwykle przeczytałem jednym tchem. Dla mnie jesteś mistrzynią płynnego stylu. Lekkość z jaka piszesz podkreślali wcześniej inni czytelnicy. Chciało by się powiedzieć – napisać trwaj chwilo ,szkoda że to już koniec opowiadania ( :
Zasada dobrej gwędy – powiadania mówi , że należy przerwać ja w najciekawszym – szczęśliwym momencie aby słuchacze czytelnicy czekali z ciekawością utesknieniem na dalszy ciąg. W swoim opowiadaniu zawarłaś to co erotyk akcentuje : miłość zmysłową, charakteryzującą się głębią uczuć i pasją. Dodając do piękne opisy seksu oraz otoczkę sensacyj kryminalnej. Po mistrzowsku poprowadziłaś watek kryminalny ( bylem w szoku jak Ci się to udało 🙂 ).
Ci którzy myśleli ,ze będzie to następny opowiadanie z serii harlequin srodze się chyba zawiedli 🙂
Autor ma swoja wizje i swego “duszka” wenę. Czytelnikowi może się podobać lub nie ale to zawsze jego wybór.
Zakończenie z panią redaktor nie przypadło mi jakoś do gustu 🙂 . Nie jestem mściwy ale można to było w jakiś sposób rozwiązać aby tych kilka latek posiedziała. Oj biedna Roksano umieściłaś wysoko poprzeczkę. Trudno będzie Ci w następnych opowiadaniach na NE dorównać “Zaufaj mi”
Dziękuje za emocje i chwile wzruszeń w zwykły już sposób

Vanessa Mae – Destiny
https://www.youtube.com/watch?v=-eCvTx5nDDA

https://zapodaj.net/1175fd192ad7f.jpg.html
https://zapodaj.net/9a740bc095e0f.jpg.html

Tadeusz Nalepa – Dbaj o milosc
https://www.youtube.com/watch?v=B5LYQMZTVS0

Czyli to już koniec 🙁

Czyżby znowu admina miał problem z ustawieniem strony ?
“lupus
25 lutego 2017    
Your comment is awaiting moderation”

Myślę, że nie zdradzę wielkiej tajemnicy, gdy napiszę, że to wcale nie finał tej historii. Ma ona jeszcze swoje meandry i odgałęzienia, które zostaną, mam nadzieję, zaprezentowane Czytelnikom. Samo zakończenie zdaje się zresztą sugerować, że nie wszyscy wypowiedzieli tu ostatnie słowo. Domknęty, chwilowo, wydaje się tylko wątek powiedzmy “romantyczny” – chociaż i tutaj zawsze coś może się przecież wydarzyć. Wątek kryminalny nadal czeka na rozwiązanie, pojawia się nawet zapowiedź czegoś w rodzaju drugiego dna. Oczywiście, bohaterowie powinni sobie z tym wszystkim poradzić. Mam nadzieję, że i Ty opiszesz to w równie ciekawy sposób. Pozdrawiam.
PS. Lupusie: Ta kwestia moderacji jest zapewne następstwem niedawnego ataku trolla, który próbował zamieścić kilka obraźliwych, wulgarnych komentarzy pod jednym z opowiadań i do tego zapowiadał kolejne podobne wycieczki.

Nefer rozumiem, dziękuje .
Należy to robactwo tępić. Najlepszym sposobem jest nie karmić trolli.
Macie jego e-maila . Można określić na tej podstawie wpisu jego IP i podąć operatorowi sieci.
Niechaj mu się nie wydaje ze na lewym e-mailu jest anonimowy

pozdrawiam

Uwierz mi. To nie jest aż takie proste. Ten troll to najpewniej któraś z osób z naszego forum. Intuicja mi podpowiada kto by to mógł być ale to było by ciężkie oskarżenie.

Mick prostsze niźli Ci się wydaje. Pobierz program darmowy – York Network Trace 1.64
Zainstaluj u siebie.
Teraz połącz się z NE i sprawdź trasę w czasie rzeczywistym. Otrzymasz trasę połączenia z serwerem – oraz IP ( indywidualny adres przydzielony komputerowi w sieci) delikwenta z którym się łączysz ( możesz to sprowadzić również na dowolnym komunikatorze ). Na serwerze operatora są logi które są przez operatora rejestrowane. Komputer może mieć stały adres IP lub dynamiczny ( przydzielony za każdym razem połączenia z siecią ). Dynamiczne adresy są również w logach ( czas i numer przydzielenia przez server) Wystarczy wysłać do operatora wiadomość o łamaniu przez trolla net etykiety – podać czas logowania na NE. Nawet “cebula” nie chroni całkowicie anonimowości w sieci. Jeśli przeczyta to troll to na pewno się zastanowi czy warto.

pozdrawiam

Roksano, to było bardzo piękne. Wypaliłem się czytając wątek uczuciowy, tak że nie przyswoiłem seksualnego. Nie szkodzi, po odespaniu nocy też będzie czas na drugie czytanie.

Stworzyłaś coś wyjątkowego, nie da się zaprzeczyć. Bardzo mi się od trzeciego odcinka podobało. Wcześniej też było niezłe ale nie byłem w stanie się dostroić. Tym razem mi się udało :). Katarzyna na końcu stwierdza że nie chce się mścić, czy mamy to odebrać jako koniec ? Chociaż tej suce Łucji powinno się dostać za to co powiedziała w kawiarni.

Dzięki za komentarze. Lupus, Mick, wybaczcie, że odpowiem Wam obu tutaj, ale obaj pytacie, czy to koniec.
Owszem, to koniec historii o spotkaniu dwojga z pozoru kompletnie do siebie nie pasujących ludzi, Katarzyny i Fabia. Nie byłabym jednak sobą, porzucając tę historię w takim punkcie. Być może zwróciliście uwagę na krótki fragmencik o tym, jak Stefano poznał Milę. Pomyślałam, że byłby to ciekawy początek nowej historii, w której, być może mogliby się na chwilę pojawić także Katarzyna i Fabio. Pożar, bohaterski Stefano i piękna Mila… czyż nie pachnie to kolejnym Harlequinem? ;P
Nefer już uchylił rąbka tajemnicy, więc nie ma sensu się ukrywać. Nie znikam stąd jeszcze.
Lupus, jak zwykle niezawodny!
Pozdrawiam, Roksana.

Ja gratuluje przede wszystkim konsekwentnego doprowadzenia opowieści do końca! 🙂

Napisane, jak zawsze, świetnie i ciekawie. Szkoda tylko, że to już koniec… A może jednak nie… Pozdrawiam 🙂

Dzięki, że żałujesz zakończenia. Mój skrzydlaty duszek- wena już zaciera małe rączki 😉
Właśnie pracuję w czoła pocie nad “drugim tomem”.
Pozdrawiam,

Klasyczny koniec. Mam nadzieję, że Autor napisze nie tylko, jak zapowiada, opowiadanie stanowiące poboczny wątek opowieści o mądrej Polce i bogatym Włochu.

Talentu i umiejętności jest sporo. Oby chęci i czasu nie zabrakło.

Mam wrażenie, że ostatnia część jest najsłabiej dopracowana kompozycyjnie. Nie to, żeby była kiepska. Po prostu wiele można by tu udoskonalić – tak mi się wydaje.

Dzięki, Autorze. Mimo moich narzekań, wiem, że wiele pracy zostało w ten tekst włożone. Stąd podziękowania.
Uśmiechy,
Karel Godla

Karelu, chcę abyś wiedział, że zachowałam sobie Twój komentarz, na wypadek, gdybym zapomniała, dlaczego piszę. Między innymi po to, by doczekać się takiego właśnie komentarza 😉
Masz rację, że ta część jest trochę niespójna w kompozycji. Narzuciłam sobie podział na rozdziały – dni. To wymusiło konsekwencję, mimo, że kolejne rozdziały skracały się lub nadmiernie wydłużały. Ostatni rozdział nie dał się już podzielić na dwa, ani skrócić. Ot, i prozaiczny powód słabości.
Zgadzam się, że można jeszcze udoskonalić tę część, zresztą, nie tylko tę, ale… nie można tego robić w nieskończoność. Czasem, po prostu trzeba powiedzieć: dość!
Jeszcze raz dziękuję, również za cenne uwagi na wstępie mojego romansu z NE.
Pozdrawiam,

Napisz komentarz