Miniatury Walentynkowe Autorów NE III Brak ocen

19 min. czytania

Poniższe Miniatury wzięły udział w Walentynkowej Bitwie na Miniatury. Dziękujemy wszystkim Czytelnikom, którzy przeczytali, zagłosowali i skomentowali nasze teksty!

.

walentyna

Źródło: Pixabay

MRT_Greg – Walentyna Walentynowa (20% Waszych głosów)

14 lutego 2017 roku, Sankt Petersburg, Rosja.

Stukot obcasów niósł się echem wzdłuż całego korytarza, zamierając w oddali – tam, gdzie stalowe wrota prowadziły do podziemnego garażu. Wąska wysoka przestrzeń oświetlona słabymi żarówkami przypominała katakumby w egipskich piramidach.

Nieotynkowane ściany wykonane z solidnego żelbetu, gdzieniegdzie nosiły ślady po kulach. Drewniane drzwi, osadzone w stalowych ramach, ciągnące się rytmicznie po obu stronach korytarza, prowadziły do niewielkich cel, w których nieszczęśnicy oczekiwali na wyrok.

Zazwyczaj miarowy odgłos kroków na kamiennej posadzce oznaczał pojawienie się strażnika uzbrojonego w karabin maszynowy. Odgłosy przekręcanego w zamku klucza i odsuwanych rygli przyprawiały każdego z osadzonych o szybsze bicie serca. Nierzadko ten i ów nie wytrzymywał. Odór ekskrementów stawał się wyraźniejszy niż na co dzień.

Tym bardziej więc zaskakiwał wyraźny dźwięk damskiego obuwia. Słodka woń kobiecych perfum przenikała przez szpary w drzwiach, gwałcąc mroczne czeluści. Wyzwalała ukryte pragnienia, pobudzała wyobraźnię i pozwalała na te kilka chwil zapomnieć o ciężkiej sytuacji. Niosła zapach wolności.

Kroki umilkły mniej więcej w połowie korytarza. Wyczulone uszy osadzonych wykryły szelest materiału, jaki powstaje, gdy ciężki płaszcz opada na podłogę. Zaraz potem nastąpił znany wszystkim chrobot, gdy mosiężny klucz odblokowywał kolejne zapadki zamka. Wreszcie zgrzyt otwieranych drzwi. Cisza. Kilka kroków. Można było wręcz usłyszeć ślinę przełykaną przez dziesiątki gardeł. Oczy przyłożone do szpar w drzwiach odnajdywały miejsce, gdzie cień łączy się z ciałem.

Kształtna kobieca postać przypomina echa dawnych lat, gdy niejeden z nich, młodzieńcem będąc, cieszył się bliskością dziewcząt. Wspomnienia odżywają w sponiewieranych skazańcach. Osuwają się na ziemię, pozwalając by rozchwierutana wyobraźnia uwolniła umysł od zmaltretowanego ciała.

Tylko jeden z nich ma oczy szeroko otwarte. Wpatrzony w istotę przed sobą, boi się nawet mrugnąć, by nie rozpłynęła się niczym widmowy statek. Chłonąc ją wszystkimi zmysłami, pozwala się okrążać. Czuje bijące od niej ciepło i aurę, która niczym lepka mgła otula go od stóp do głów. Pragnie dotyku delikatnych dłoni, lecz jednocześnie boi się, by ten aksamit nie okazał się ułudą. Chwieje się lekko na wychudłych nogach. W potarganym materiale, będącym niegdyś roboczym kombinezonem, nie czuje chłodu wpadającego poprzez wejście do celi. W tym momencie nie zwraca uwagi na swój opłakany stan ani na miejsce, w którym się znajduje.

Wychwytuje uchem drobną zmianę za plecami i po chwili czuje ciepły powiew na karku. Zaciska drobne dłonie w pięści, usiłując nie okazywać doznawanej w tym momencie przyjemności. A może o to właśnie im chodzi. Może to taka nowa tortura, która ma go złamać. A może… A niechby i tak było. Powie. A potem podpisze. Nawet własną krwią. A tymczasem… Przelicza w pamięci dni. Czternasty lutego. Przewrotność oprawców oszałamia go. Z drugiej strony… spełnili wszak jego prośbę, rzucone sarkastycznie słowa o dostarczeniu miłości w dzień świętego Walentego, w zamian za czternastocyfrowe hasło dające władzę nad światem. Nikły uśmiech wykwita mu na twarzy.

Ciepły oddech zamienia się w ulotny pocałunek. Ledwie muśnięcie warg na nieczułej wydawać by się mogło skórze. A potem kolejne, jak ciepłe krople deszczu w chłodny jeszcze, wiosenny poranek. Oplatające go dłonie rozplątują parciany pas, trzymający resztki materiału. Spogląda w dół na łachmany, spowijające mu nogi. Zwykłe szmaty Nigdy wcześniej nie zwracał na to uwagi. Nadal nie czuje dotyku, choć wyraźnie dostrzega przesuwające się wzdłuż jego ciała dłonie. Oddalone o milimetry, napełniają go witalnością, sprawiają, że przestaje się garbić, wyprostowuje plecy i odchylając lekko głowę do tyłu, wyczuwa znajdującą się tam twarz. Oszałamiający zapach jej włosów, delikatne kosmyki łaskoczące go w uszy i coraz wyraźniejszy gorący oddech.

Choć zdaje się panować nad ciałem, czuje, jak zapomniany organ niepowstrzymanie twardnieje i wznosi się, rzucając cień na podbrzusze. Nie spotyka się to z aprobatą z jej strony. Westchnięcie za plecami i wyczuwalne odsunięcie. Cóż ma poradzić? To silniejsze od niego.

Chwila przedłuża się w nieskończoność. W końcu obraca się w jej kierunku. Spowita w cieniu, niemal niedostrzegalna, czeka wpatrzona w więźnia. Zimne opalizujące zielenią oczy, niczym u dzikiego kota szykującego się do ataku. Podchodzi do niej niepewnie. Kiedy pozbyła się bielizny? Pytanie, rodzące się w głowie, szybko znika. Czy to ważne? Podnosi rękę na wysokość jej piersi. Wpatrzony w ciemne brodawki, przesuwa dłonią tuż przy jej ciele. Droczy się z nią, tak jak ona z nim kilka sekund wcześniej. Jego dłonie jednak są szybsze, niecierpliwie opadają w dół, sięgając tam, gdzie niewielki ciemny trójkącik strzeże pożądanego skarbu. Szybko podnosi wzrok. Seksowny drapieżnik niemal niedostrzegalnie zamienia się w potulne zwierzę. Daleko jej jednak do słodkiej kici.

Delikatnie odsuwa włosy z jej twarzy, pozwala opaść swoim dłoniom na jej ramiona, po czym zdecydowanym ruchem przyciska ją do ściany. Ośmielony jej niespodziewaną uległością opada na kolana, po czym wtula twarz w jej podbrzusze. Bezbłędnie trafia w czułe miejsce. Pierwsze pociągnięcie języka wyzwala z niej głębokie westchnięcie. Wraz z kolejnymi miarowymi ruchami do jego uszu dochodzi ciche mruczenie. Równocześnie wypielęgnowane dłonie lądują na jego ramionach, opuszki palców prześlizgują się po szorstkiej skórze. Smakuje ją coraz zachłanniej i obejmując kształtną pupę, sięga palcami tam, gdzie łączą się pośladki. Szybko odnajduje zaciśnięty otwór i bezceremonialnie wciska tam palec środkowy.

Choć doznanie nie jest jej obce, zaskoczona spogląda na mężczyznę. Udając skrajne podniecenie, na chwiejnych nogach rusza w kierunku pryczy. Czuje, jak przyssany do jej krocza, usiłuje nie zgubić łączącej ich więzi. Pokonanie na czworakach odległości nie większej niż pół długości człowieka, wydaje mu się wiecznością. Tuż przy łóżku zostaje bezceremonialnie poderwany na nogi i – niczym worek kartofli – rzucony na materac.

Przestraszony, na moment wiotczeje, lecz zaraz potem odzyskuje wigor, widząc, jak kapiąc pożądaniem, kobieta wspina się na niego, po czym dosiada niczym nieoswojonego rumaka. Początkowa subtelność znika w jednej chwili. Ściskając własne piersi, ujeżdża go szybko i gwałtownie, doprowadzając na skraj spełnienia.

Na moment zastyga tuż nad nim.

Nie teraz! – krzyczy w myślach, usiłując przyciągnąć ją do siebie.

Ona jednak kładzie się delikatnie na nim, kontrolując styk ciał. Przysuwa ucho do jego ust. A on zamyka oczy i już wie, po co przyszła. I daje jej to, by zaraz potem wybuchnąć w feerii spełnionych pragnień.

* * *

Siwowłosy mężczyzna chwilę kontempluje ciąg liczb, pospiesznie spisanych na kartce wyrwanej z notatnika. Wyraźnie zadowolony chowa notatkę w szufladzie biurka, po czym podnosi wzrok na siedzącą naprzeciw kobietę. Na jego twarzy błądzi lekki uśmiech, znika jednak momentalnie po konfrontacji z zimnym spojrzeniem morderczyni. Walentyna Walentynowa, zabójca na usługach FSB, jest równie piękna co skuteczna. W kuluarach można usłyszeć, że jej seksualność idzie w parze z okrucieństwem. Wyprana z jakichkolwiek uczuć zdaje się nie dostrzegać różnicy miedzy miłosnym uniesieniem kochanków a rzężeniem ofiary duszonej garotą.

– Dziękuję, towarzyszko.

Odprowadza ją wzrokiem aż do drzwi. Jej spokojnego kroku nie zakłóca nawet stłumiona seria z karabinu maszynowego, dochodząca gdzieś z trzewi budynku. Za to pułkownik Raskolnikow nie ma w sobie tego spokoju. Drżącą ręką sięga po butelkę wódki.

– Wesołych Walentynek, psia jego mać – mruczy, wychylając pół szklanki na raz.

.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

.

.

girl-1601392_1280

Źródło: Pixabay

Artimar – Tylko w mojej głowie (51% Waszych głosów)

Powiedział tylko, że ma dla mnie niespodziankę, i oto pod jego dyktando prowadzę auto przez przemysłowe przedmieście. Nigdy tu nie byłam, to całkiem obcy mi świat. Jedziemy wśród seryjnie geometrycznych hal magazynowych i znacznie mniejszych, leżących prostopadłościanów budynków biurowo-socjalnych, rzadziej warsztatów lub zapadających się ruder, które zazwyczaj mijam z odległości trasy szybkiego ruchu. Czerń, biel, stal, szarość i aluminium; tu i ówdzie nagie drzewo czy kostropaty krzew, brudny śmieć lub zmięta torebka plastikowa na mokrym asfalcie; albo zaparkowane ciężarówki, których karoserie i naczepy w otoczeniu, gdzie szablonowa użyteczność to najwyższe bóstwo, są jedynymi kolorowymi akcentami, ale też jakby zgaszonymi pod zachmurzonym niebem.

Zerka na mnie czasem z tym swoim tajemniczym uśmiechem. Wydaje się szczególnie z siebie zadowolony. Musiał wymyślić coś wyjątkowego. Wiem, że będzie mi dobrze. Zawsze jest w dni jak ten. Wiem też, że celowo wydłuża drogę, aby napiąć moją ciekawość i cierpliwość do granic możliwości. Choć otacza nas jałowy krajobraz, a może właśnie dzięki temu, wyobraźnia zaczyna zwolna wymykać się spod kontroli. Odkąd telefonem wyciągnął mnie z pracy, podniecenie rośnie z każdym przebytym metrem, ciało staje się coraz cięższe, ruchy zwalniają, jakbym była zanurzona głęboko w ciepłej wodzie. Gorąco mi. I mokro.

Celowo rozsuwam uda, by wyraźniej poczuć swój zapach. Nie wspominał o tym, lecz mimo chłodu zdjęłam przed wyjściem z biura rajstopy i majtki. Własny zapach i smak działają na mnie silniej niż najmocniejszy afrodyzjak. Chciałabym, żeby położył mi rękę na kolanie, powędrował pod spódnicę służbowego kostiumu, między nogi, namacał gładko wydepilowaną picz, muskał ją i pieścił. Jestem dość wilgotna, by bez ostrzeżenia wbił we mnie z miejsca cztery palce. Niech by zaraz potem pozwolił mi oblizać starannie każdy z osobna, nim wróci tam, zagłębi się aż po kostki dłoni, którą będzie wiercił, obracał, cofał i wsuwał na przemian, drażnił opuszkami moje wnętrze, aż da mi orgazm. I wszystko w trakcie jazdy, ryzykując wypadek… Na wpół świadomie wypycham biodra, aby ułatwić akcję, która rozgrywa się tylko w mojej głowie.

Nie przestaje wydawać komend: „teraz w prawo”, „za ciężarówką w lewo”, „prosto do tamtego znaku”. Uśmiecha się tylko jakby coraz szerzej. Tak, obserwuje mnie uważnie, udając jedynie, że całkowicie pochłania go wytyczanie pokrętnej trasy.

Te wielkie hale, które mijamy; ogromne przestrzenie… Jak musi nieść się po nich echo… Na początku naszej znajomości miałam taką fantazję…

gorące lato, ja tylko w krótkiej, zwiewnej sukience, wchodzę z nim do ciemnego budynku – opuszczonej fabryki lub magazynu. Znajdujemy przestronną windę towarową, którą wjeżdżamy na górę. Migają światła kolejnych pięter, a on w mocnym pocałunku przyciska mnie plecami do szorstkiej ściany z nieheblowanych desek. Drzazgi drapią i wbijają się w skórę. Rozdziela kolanem nogi. Ocieram się kroczem o jego udo. Rozciąga dekolt sukienki, aż obnaża piersi. Szczypie sutek. Gdy docieramy na wybrany poziom, wyprowadza mnie z windy jak na smyczy, ściskając wciąż ten sam sutek. Przede mną pustka jednego z loftów, jakie widuje się w amerykańskich filmach, z wirującym w powietrzu kurzem, o ścianach z czerwonej, nieotynkowanej cegły, i ogromnych oknach, poszatkowanych w brudną szachownicę cienkimi, metalowymi ramkami. Wiedzie mnie na środek olbrzymiego pomieszczenia. Nagle zatrzymuje się, rozdziera na mnie sukienkę. W tej niezmierzonej przestrzeni czuję się szczególnie naga i odkryta. Spogląda na mnie władczo, wyczekująco. Klękam. Wydobywam ze spodni twardy członek, lśniący na szczycie kroplą podniecenia. Całuję go, liżę, obejmuję wargami. Zbiera moje włosy w garść i narzuca rytm pchnięciami lędźwi. Każde mlaśnięcie odbije się tysiąc razy od odległych ścian, gdy będzie dochodził w moich ustach. Jak i jego krzyk. Zwielokrotniony echem spotęguje zew jego spełnienia. I moją satysfakcję z zaspokojenia mężczyzny, do którego należę.

Na jego prośbę wyjawiłam lata temu mój mały sekret. Nie komentował, lecz sprawiał wrażenie zawiedzionego. Potem chyba zrozumiałam dlaczego. Czy mimo to zechce dziś spełnić tę fantazję? Wie przecież, że dawno przestała mnie podniecać. Poprowadził mnie przecież poza moje najbardziej wyuzdane marzenia.

Pamiętam, jak pierwszy raz nagraliśmy nasz seks. Czułam się skrępowana obecnością kamery. Stale zerkałam w obiektyw, jakby obserwował mnie ktoś obcy. Lecz kiedy później oglądaliśmy razem film, odpłynęłam, nim zdążył mnie dotknąć. Obraz siebie na ekranie branej przez mężczyznę, mojego ciała skręconego w bezwstydnych pozycjach, wywiódł mnie na szczyt; rozbudził namiętność, która zmieniła później nasz seks; sprawiła, że pieprzymy się z coraz większą pasją; że jesteśmy coraz bardziej otwarci na siebie. Niedawno zaczęłam też rejestrować swoją masturbację. Nigdy bym się nie spodziewała, że tak bardzo może mnie pobudzić patrzenie na własną cipę, nabrzmiałą, otwartą i mokrą z podniecenia, penetrowaną moimi palcami, gwałconą wibratorem, wypychaną od spodu, gdy dildo zagłębia się w drugi otwór…

Samo wspomnienie tego widowiska, wciąż nieodległe w czasie, świeże nowością odkrycia, sprawia, że czuję soki wypływające ze mnie całym potokiem i moczące spódnicę. Bardzo mi gorąco… Pocę się… Skręcam ogrzewanie drżącą ręką.

On tymczasem ponownie zmienia poleceniem kierunek jazdy. Przysięgłabym, że już tędy przejeżdżaliśmy! Okolica wydaje się znajoma, choć hale pozostały za nami. Słyszę uśmiech i satysfakcję w jego głosie. Jest doskonale świadom, co się ze mną dzieje. A jeśli…

Oddech zamiera. Myśli galopują. Tydzień temu to on filmował moją zabawę ze sobą. Pytał, czy podoba mi się, jak patrzy. Całkiem niepotrzebnie – doszłam niezwykle szybko i mocno. A przedwczoraj, gdy wracaliśmy taksówką z restauracji i pieścił mnie na tylnej kanapie, zaproponował taksówkarzowi, który podglądał nas we wstecznym lusterku, aby się przyłączył. Sądziłam, że żartuje! Czy tylko mnie badał? Czyżby umówił nas z kimś tutaj, na odludziu? Zatrzymamy się przed jednym z tych niepozornych budynków; przez niczym niewyróżniające się biuro przejdziemy na zaplecze; długi korytarz zaprowadzi nas do sterylnie białego pokoju, w którym będzie na nas czekało zasłane czerwono łoże i… ten drugi? A może przyjdzie później, gdy będę już leżała naga, rozciągnięta na posłaniu? Czy ten drugi, obcy poprzestanie na patrzeniu? Będzie stał obok czy przysiądzie na wysokości mojej głowy? Dotknie mnie? Mojej twarzy? Pogłaszcze usta, gdy będę łapczywie chwytać powietrze, ulegając zwierzęcemu szałowi opanowującemu moje ciało nabite na gnany pierwotnym popędem członek mojego mężczyzny? Przyłączy się, gdy znajdę się na górze…? Dwóch we mnie… Nie chcę… Chcę…?

Napinam pośladki, jakby wpychał się już do środka, a ja broniła mu dostępu… Serce łomocze… Skurcz podbrzusza niemal boli… Pragnę orgazmu, gęstej fali, która zaleje całe moje wnętrze. Sparaliżuje. Oślepi… Przez mgłę dostrzegam nadjeżdżający z naprzeciwka samochód. Ręce ważą tonę. Brak mi sił, by ruszyć kierownicę i ominąć auto. Z oddali słyszę stłumiony krzyk. On zawsze krzyczy, gdy dochodzi… Co…?

Strach, a może instynkt kierowcy opuszcza stopę na hamulec. Zatrzymuję się prawie-że na środku ulicy. Pojazd mija nas z hałasem wciśniętego klaksonu. Dyszę ciężko. Wysiadam. Śluz płynie mi po udach, łydkach, kostkach, gdy nogi same odnajdują drogę ku furtce. Przecież znam to miejsce! Stoję przed własnym domem… Odwracam się zdezorientowana. Zamyka bagażnik, z którego wyciągnął bukiet czerwonych róż i butelkę szampana. Podchodzi do mnie ze zniewalającym uśmiechem.

– Szczęśliwych Walentynek, kochanie. – Całuje mnie w policzek. – Pomyślałem, że dla odmiany spędzimy razem romantyczny wieczór.

.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

.

.

nepinkJiNn – My little bony (29% Waszych głosów)

Prawdziwa piękność. Sylwetka wiążąca spojrzenia. Kwintesencja kobiecości. Swoboda, a jednocześnie napięcie do granic możliwości. Drapieżnik gotowy do skoku. Moja cudowność połykała wiatr, gwałtownie go przełykając. Wtłaczała w swój puls potęgę oceanu. Dlaczego nie nazwał ją Ursula? Skąd wziął ten śmieszny przydomek?

Żaglomistrz Batmavia poruszył się niespokojnie. Z zadumy wyrwał go cień, który przemknął po pokładzie. Zerknął spode łba na spacerującą pokładem Hartimarh.

– Czarci balast – mruknął.

Greban zamiast na pokład gapił się w ocean, omiatając wzrokiem ponurą szarość horyzontu.

– Jeszcze się go nawdychasz – zawyrokował Batmavia – bokiem ci wylezie.

– Na razie to port wychodzi – westchnął boleśnie Greban, chwytając się za żebra.

– Boś głupi, że po pijaku łazisz. W karczmie są pokoje i pokojówki. A ty w miasto leziesz, zwiedzać. Taniej na miejscu potrzebę załatwisz. Ryja ci nie obiją, grosza nie wezmą.

– Daj spokój… pokojówki… może za darmo?

– Za łóżko płacisz. Przynajmniej się wyśpisz, a nie w szczynach wschód oglądasz zębami dzwoniąc.

Greban odwrócił się i zerknął ponuro na port. Przeciągnął wzrokiem po falszburcie i skupił się na Hartimarh.

Kobieta czuła się na pokładzie Kucyka jak w domu. Doglądała tu wszystkiego jak sam Bez Serca. Błyskawicznie docierała w każdy zakątek, nie przejmując się falą. Co chwila było słychać, jak poucza sternika czy łaja majtka. Dziw, że za tę całą bezczelność nikt jeszcze jej za burtę nie wypchnął.

Batmavia wpatrywał się w Hartimarh od dłuższego czasu. Przesądna złość robiła miejsce podziwowi. Kobieta poruszała się lekko i zwinnie. Zręczności mogła jej pozazdrościć większość załogi. Nie sprawdziła się przepowiednia Batmavii, że po kilku godzinach na łajbie głowę za burtę wystawi i blada jak żagiel, barwić będzie ocean kolorami obiadu. Czego niby miał się spodziewać? Nie pływała wcześniej. Tam księżniczka z wyuzdanych komnat. A tu? Sam herszt, diabeł baba, strach takiej zwrócić uwagę. Do tego prężna i z ciętym ozorem. Jak się do niej odezwać? Majtki jeno wpatrzone jak w obrazek łażą, przewracając o siebie.

Nawet on, Batmavia, pamiętał swój pierwszy rejs. Jeszcze jako majtek szorował pokład “Gnidy” i długimi godzinami wyrzygiwał wnętrzności, zanim się przyzwyczaił.

– A kapitan? – spytał Greban.

– Bez Serca? Nie widziałem go. Majtkowie mówią, że w kajucie cały postój. Okrętu pilnował.

– Pilnował? W kajucie zamknięty! Ona tu urzędowała.

Hartimarh zauważyła stagnację przy pięcie drugiego masztu i skoczyła rozruszać towarzystwo. Popłynął stek przekleństw i piraci, bez słów, krzywiąc się okrutnie, jęli chwytać za liny.

– Długo tu nie porządzi – zawyrokował Greban

– Nic jej to nie da – Batmavia wskazał na rozpinające się z wolna żagle. – Przy tym wietrze nie przyspieszymy. Zresztą, po co się spieszyć?

Greban wskazał majtkowi, który się właśnie przyszorował, miejsce przy kabestanie.

– Tutaj jeszcze, ofermo. Zarzygane konkretnie.

Młody rzucił się we wskazane miejsce i tarł szmatą, aż deski pokładu nabrały właściwego odcienia.

– Ciekawe, czy jest z nami na łajbie? – spytał Greban

– Bez Serca? Przecież mówiłem że w kajucie siedzi.

– Jeśli majtkom wierzyć…

– To prawda, panie, sam widziałem, jak wchodził. Wcześniej mianował Hartimarh kwatermistrzem i ją tylko u siebie przyjmuje. Ta mu jadło nosi i okrętu dogląda – odezwał się majtek.

– Słyszałeś? – Batmavia zaserwował Grebanowi kuksańca, na co ten w odpowiedzi syknął z bólu. – Kwatermistrzem? Od kiedy kapitan mianuje kwatermistrza? Poprzedniemu wyciął serce i następnego sam mianował. Do tego kobietę? Załogę ma za nic? Na pirackim okręcie takie balety. Ktoś ty? – zwrócił się do majtka.

– Jinek, panie, z Handaluzji.

– Toś ty z ziemi tego nieszczęścia – Batmavia spojrzał znów na uwijającą się po pokładzie Hartimarh.

Chłopak skinął obojętnie głową i wrócił do szorowania.

– Obcy statek! – z grotmasztu popłynął przenikliwy szept.

Wszystkim poszło w kości. Zadrżeli i zadarli głowy, wpatrując się z uwagą w boską Antenę.

– Barven Raman na Wronie – popłynął następny komunikat.

Batmavia wzruszył ramionami.

– Czego ten tu szuka? To nasze wody.

Greban z uwagą śledził okręt.

– Ustawia się zawietrzną, chce mieć nas od luf.

– Gdzie Bez Serca? – Przyplątał się Foksyliusz. – Będzie bitwa!

– Nie wyszedł z kajuty – rzekł Batmavia. – Jaka bitwa? Wrona ma dziobnąć Kucyka? Przecież nie ma się o co bić. Widzisz gdzieś łupy w pobliżu? Ocean pusty jak łepetyna majtka. – Batmavia spojrzał wymownie na Jinka. – Po co ma pirat zaczepiać pirata? Żeby się nawzajem wytłukli? Ucieszyłaby się admiralicja. Niedoczekanie.

– Rozumiem twój tok myślenia – odezwał się powoli Greban, obserwując z niepokojem manewry Wrony – ale Foksyliusz ma rację. Istnieje ryzyko, że niebawem zatańczymy do ramańskich dział.

– Do żagli – Foksyliusz skoczył jak oparzony.

Chwycił się lin, zwołał majtków i błyskiem zaciągnął sztaga, ustawiając pędnik pod takim kątem, że Kucykiem szarpnęło i jął dziobem wykręcać na powrót do portu.

Hartimarh, która przez dłuższą chwilę obserwowała zbliżającą się Wronę, żachnęła się nagle, przeskoczyła barierkę i puściła po sztagu do miejsca, w którym Foksyliusz z majtkami targali linę. W jednej chwili dobyła rapiera i świsnęła nim z mocą. Sznur puścił, żagiel się wyprostował, Kucykiem zachwiało. Wrócił na poprzedni kurs.

Foksyliusz wraz z kompanią polecieli w tył. Nim się pozbierali, ostrze już tańczyło im przed nosami.

– Nie ważcie się uciekać – Hartimarh grzmiała.

Foksyliusz spurpurowiał. Mając jednak w pamięci, że ma przed sobą Kwatermistrza, wysapał cicho:

– Będzie bitwa, kapitan teraz rządzi.

– Kapitan odpoczywa – warknęła, wymachując rapierem. – Idą z oceanu. Dopchną nas do portu, nie wykręcimy się.

– Racja – potwierdzili jednocześnie Batmavia i Greban.

Hartimarh ustawiła łajbę dziobem do Wrony i wróciła do obserwacji. Odległość zmniejszała się z każdą chwilą. W pewnym momencie kobieta odjęła lunetę od oka i przetarła twarz, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi.

– Nie… to nie możliwe – powiedziała, na powrót zerkając przez soczewkę.

Blisko setka głów wpatrywała się w nią, z niepokojem.

– Oni wszyscy… ze sobą… i inwentarz…

Policzki Hartimarh spurpurowiały, zadrżała na całym ciele i targnęła nią taka konwulsja, że Batmavia już się ucieszył. A jednak – pomyślał. Oceanu nie oszukasz.

– Chodźcie – z podpokładu wynurzył się stary wilk morski Neferetti – coś wam pokażę.

– Mamy opuścić bitwę? – zaprotestował Greban.

– Musicie to zobaczyć – Neferetti zawiesił głos na ten swój niepowtarzalny sposób.

Pierwszy do zejścia pod podkład rzucił się Jinek. W porę jednak się zreflektował i przepuścił resztę.

Przodem ruszył rozważny Algas Mendros. Za nim Foksyliusz. Kroku nie ustępowali im cieśle okrętowi Wilcze Ciacho i Ptasie Serducho, który na Kucyku pełnił też funkcję kuka. Pochód zamykali Batmavia i Greban. Neferetti zaprowadził ich pod drzwi kapitańskiej kajuty. Jeżeli Bez Serca jest w środku, to jeszcze dziś ozdobią nok rei. Nikomu nie wybaczał naruszenia prywatności, cenił ją nad życia kamratów. Zniknął jednak na tak długo, że musieli sprawdzić, czy jeszcze mają się kogo obawiać.

Neferetti zapukał. Wnętrze kajuty milczało jak zaklęte. Z pokładu dobiegały ożywione krzyki. Ktoś biegł. Załomotało przesuwane działo, toczyli też kule. Pod pokładem cisza.

– Wchodzimy – odważył się Batmavia i pchnął ciężkie drzwi.

Zgromadzeni mężczyźni stanęli jak wryci. Awanturniczy tryb życia nie szczędził im doświadczeń. Niejedno już widzieli i o niejednym chcieliby zapomnieć. Batmavia wciąż powtarzał, że nic już nie jest w stanie go zaskoczyć, mylił się jednak. Gapił się we wnętrze kapitańskiej kajuty, najwyraźniej zaskoczony. Greban kiwał dziwnie głową. Foksyliusz zezował podejrzliwie, nerwowo spoglądając na wszystkie strony. Neferetti i Algas Meandros stali jak słupy soli. Lustrowali wnętrze jak toń oceanu, w którego głębie ktoś pozwolił im cudownie wejrzeć. Wilcze Ciacho wyprężył tors. Stanął w pozycji obronnej. Napiął wszystkie mięśnie, aż do przesady. Był gotowy odeprzeć atak, jak gdyby z wnętrza mogło coś ku nim wyskoczyć. Ptasie Serducho wciągał głęboko powietrze. Choć stał za wszystkimi, doskonale wyczuwał charakterystyczną woń nowych skórzanych mebli. Mieszała się wprawdzie z czosnkiem, cebulą i smrodem zepsutych zębów towarzyszy, ale intensywnością przebijała wszystko. Nie inaczej było z Jinkiem. Majtek, który zszedł na samym końcu, stanął obok Serducha i westchnął, wzruszając się do głębi. Jinek ujrzał, że kajuta kapitańska nie przypomina wcale tego, co sobie po tym miejscu wyobrażał.

Na pokładzie grzmotnęła salwa. Kucyk wystrzelił pierwszy.

Ptasie Serducho oblizał się z apetytem. Wilcze Ciacho wyciągnął dłoń, by dotknąć dziwacznej konstrukcji. Neferetti wszedł do środka i podniósł ze stołu pegamin. Algas Meandros ruszył w poszukiwaniu kapitana. Foksyliusz wskoczył do kajuty, tupiąc i sprawdzając materiał przykrywający deski posadzki. Greban przestał wreszcie kiwać głową i chwycił za dogasający kaganek. Po chwili lampa naftowa rozbłysła jasnym światłem.

– Co to jest? – spytał Batmavia.

– Na moje oko – wyszczerzył się Greban – to wygląda na burdel.

– Nigdy tu nie byliście? – spytał Meandros.

Pokręcili głowami.

– To pismo Anteny. – zauważył Neferetti pochylając się wciąż nad pergaminem. – Pisze, że oddaje okręt Hartimarh, a Bez Serca musi się podporządkować.

– To już przesada – oburzył się Batmavia. Rozumiem, że trzyma pieczę nad statkiem, nadając prosto ze swojej warowni, ale czy ocean… tę kroplę wolności muszą również sobą przyprawić?

– Podłoga jest miękka jak materac – odezwał się Foksyliusz, a Batmavi opadły ręce.

– Jest i Bez Serca – stwierdził Meandros.

Wszyscy spojrzeli w jego stronę.

– Żyw? – Greban. – Nie zdziwiłbym się, gdyby ta diablica…

– Żyw, ale śpi – przerwał mu Neferetti – dziwnie jakoś, głęboko i nie chrapie.

– Może się czegoś napił – Ptasie Serducho chwycił za stojącą obok butelkę, wyjął korek i przytknął nos do wylotu szyjki. Po chwili zwalił się bezwładnie na podłogę.

– Wszystko jasne – podsumował Foksyliusz. – Nawdychał się tego świństwa. Dziś nie zjemy obiadu.

– Słuchajcie – zaczął Meandros – na górze pewnie już bitwa przegrana. Barven Raman wystawił nas do dział i nie wali z nich, bo okręt chce brać w całości. Wyskoczmy na pokład, potnijmy te ofermy i przejmijmy Wronę, zanim zmieni zdanie i wypali z dziur topiąc Kucyka.

Przerwały mu gromkie okrzyki z pokładu.

– Hartimarh, Hartimarh…

– Ty – Batmavia zwrócił się do Jinka – odklej oczy od tego różu, leć na pokład i wybadaj, czego się tak cieszą.

Wilcze Ciacho musiał potrząsnąć majtkiem, by ten wyskoczył na górę.

– Po co mu te wszystkie koniki? – Foksyliusz pogłaskał pluszowe zwierzątko.

– To Kucyki – poprawił go Neferetti. – Konie byłyby większe.

– A ten domek? Popatrzcie! – Greban usiadł przy miniaturowej konstrukcji. – Śmieszny ten róż, na każdym mebelku, krzesełku.

– Zwariował. – Meandros pokiwał głową. – Odbiło mu zupełnie od tego kołysania. Tak to jest, gdy człowiek przez kilka lat nie schodzi z pokładu.

– Prawda to, że gdy wychodził w porcie na ląd, to rzygał zaraz i na okręt z powrotem uciekałł? – Spytał Jinek, wróciwszy właśnie z pokładu.

– Tak było – potwierdził Batmavia. – Co na górze?

– Hartimarh posłała salwę z dzioba i Barven odpłynął – zrelacjonował majtek.

– Co takiego? – Meandros zmarszczył brwi. – To do niego niepodobne, nie poddałby się tak łatwo. Wystraszyć się jednej kuli?

– To nie była zwykła kula – mówił dalej Jinek. – Hartimarh kazała ją przewiercić i przewlec przez otwór płótno wielokolorowe. Barven, widząc znak w powietrzu, zawrócił. Później zamiast wesołego Rogera na maszcie zatańczyła nowa flaga i zniknął na horyzoncie pod tęczową banderą.

– Wynosimy się stąd – zarządził Neferetti – i ani słowa załodze. Każdy kapitan ma swoje tajemnice. Powinniśmy też uszanować rozkazy Anteny.

– Tak zróbmy – potwierdził Algas Meandros – Nie takie rzeczy o tym, co na Annie, opowiadali.

– Anny nikt nigdy nie widział – wtrącił się Batmavia – tu zaś gały od różu pękają.

* * *

Pierwsza noc pod rządami kwatermistrza Hartimarh upływała spokojnie. Naraz w swojej głębokości dziwny dźwięk otulił cały okręt. Warkot chrapiącej załogi ucichł. Nawet Batmavia przerwał nocną “symfonię basów”, pochrapując niepokojnie, aż do warkotliwego przebudzenia.

Melodia dotykała ich ciał, wabiła wyciągając ze snu, z koi. Nęciła warkoczem swej linii i obietnicą rozkoszy, rytmicznie napełniała żądzą, pragnieniem nieugaszonym. Wychodzili na pokład jeden po drugim, podnieceni i zdumieni jednocześnie. Całe ciała mieli gorące od jej pocałunków, kilku nie wytrzymało i zgięło się w spazmach orgazmu.

Ocean trwał w nieruchomej pogardzie. Blask księżyca błyszczał rozwłóczony po bezmiarze wód. Porzucone na pastwę bezruchu żagle, wisiały ponuro nad okrętem. Były jak dwa wielkie poszarpane upiory, demoniczne w kamiennej stagnacji. Mimo morskiej ciszy, zdawały się tańczyć do opływających je dźwięków. Nawet nie drgały, a krążyły – więcej – wirowały wobec siebie nad głowami wpatrzonej w roje gwiazd załogi. Dźwięki się zmieniały. Raz podnosiły wysoko, po najwyższe reje, by po chwili opaść w podpokład. To powtarzały się uparcie, to brzmiały na nowo. Malowały całością sentymentalny obraz cudownej natury, który w głowie każdego zasłuchanego pirata wyglądał inaczej.

Na mostku kapitańskim stała Hartimarh i grała na skrzypcach. Nikt się nie odzywał. Nikt o nic nie pytał. Cała załoga wpatrywała się w ten wzruszającym taniec z instrumentem. Każdym ruchem, cięciem smyczka otwierała stare rany. W oczach załogi zeszklił się blask księżyca. Różowa noc zdawała się gęstnieć.

– Zaklina wiatr – nie wytrzymał Batmavia.

– Ciii… – zganił go syk załogi.

Batmavia pomyślał, że porozmawia z Hartimarh. Może przekona ją do Ursuli. Jutro czternasty lutego, najlepszy dzień na zmiany.

Kucyk, najbardziej różowy z okrętów, drgnął i popłynął. Nie pchał go wiatr, tylko westchnienie wzruszonego oceanu.

.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

.

Utwory chronione prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autorów zabronione.

.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

.

Przeczytałeś? Zaloguj się i oceń tekst!

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

1-modliszka, 2- wycieczka. 3- piraci z karaibów.
Zagłosowałem na 3, nie spodziewałem się takiego rozwoju fabuły i zakończenia. Mamy kolejną część 😉 Aż strach pomyśleć co będzie w mieście 🙂

Ha,ha,ha! Ale się uśmiałam 🙂 „Alei 69” anno Domini 2017 🙂 To zdecydowanie mój typ. Nie rozpoznałam Ptasiego Serca 🙂 Zdradźcie, któż to?
Hartimarh nie dość, że dobrze pisze, to jeszcze zagrać potrafi. Tylko pozazdrościć talentów 🙂

Miniatura pierwsza to moim zdaniem dzieło JinNa, ale w swą celność nie wierzę ;-P

Wszystkie trzy miniatury świetne, bo żadna nie była zbyt różowa. No może z wyjątkiem ostatniej, trochę nie na temat i ociekającej wręcz różowością 😉
Mój typ… bramka numer 2 😀

Jak mniemam Ptasie Serce to Ravenheart.
Ale z Neferetti autor pojechał – aż do końca widziałam w tym Nefretiti 😀 😀 😀

Jak mogłam zapomnieć o kultowym autorze NE 🙂 Za bardzo skupiłam się na obecnie piszących 😉

Jaki tam kultowy… trzeba powiedzieć wprost… Legenda.

Och, przepraszam bardzo! Nie było moją intencją pomniejszanie jego zasług 😉 Miejsce w panteonie zasłużonych dla ero-literatury już dawno ma zapewnione 🙂

Rozbawiła mnie trzecia miniatura, w której ostatnie wydarzenia na pokładzie wyraźnie się zaznaczają. Przyznaję, że długo zastanawiałam się na którą oddać głos, ponieważ pierwsza również zrobiła na mnie wrażenie. Ostatecznie głosuję na 3. Gratuluję autorom i pozdrawiam.

3 ! .
Mistrzostwo za pomysł i zamustrowanie takiej załogi 🙂

Trójka jest bardzo oryginalna i wyjątkowa. Ale trochę za egzotyczna jak na mój gust. Jedynka bardzo brzydko mi się skojarzyła od samego początku, nie dałem rady doczytać do końca. Mój głos dostała dwójka. Może miałem dziś ochotę na odrobinę perwersji ;).

Wszystkie trzy świetne. Mój typ to trójka. Może trochę przemawia w tym momencie moja miłość do żeglarstwa… O autorstwo trójki podejrzewam Batavię… 😉

Wszystkie trzy budzą zainteresowanie. Każda ma swój specyficzny klimat.
Tego różu, to albo nadmiar, albo niedosyt. ;-))
Zagłosowałem. Hmm…
Wszystkim Autorom jednakowo serdecznie życzę zwycięstwa w tej potyczce.
Pozdrawiam.B.

Po pierwszym zdaniu a potem akapicie kupiłam pierwszą miniaturę.
Uwielbiam szpilki i niemal usłyszałam ich stukot w tej surowej, rosyjskiej, więziennej scenerii. 🙂

Jeśli chodzi o trzecią miniaturę to typuję JiNn’a jako autora. Raz już pokusił się o opowiadanie „z kluczem” o zDEgenerowanej załodze, ale może to byłoby zbyt proste?

NNN

Cholera, było się nie gapić podczas redakcyjnych zebrań na ponętne ciała koleżanek po piórze. Być może wówczas pamiętałbym, kto napisał którą miniaturę. Fakt, że krew odpłynęła z mózgu w inne rejony ma jednak swoje plusy. Mogę się zabawić w typowanie, z czystym sumieniem.
Jedynka to znakomity materiał na dłuższy tekst, aż mi się żal zrobiło zmarnowanego potencjału. Już teraz proszę Autora/kę o jakąś kontynuację. Kapitalna, klimatyczna.
Dwójka zdecydowanie napisana najlepszym językiem, najmocniej pobudziła wyobraźnię. Lubię tak, oj bardzo lubię. I ta wolta. Chciałbym więcej.
Trójka to niebanalny pomysł. Zacząłem się bać o swoje stanowisko współautora Alei 69. Czuję na karku oddech konkurencji.
Oddałem swój głos miniaturze numer 2.
Jestem pod wielkim wrażeniem poziomu tej Bitwy. 🙂
Foxm

Gratuluję zwyciężczyni, a pokonanym życzę powodzenia w następnych bitwach.
Pozdrawiam. B.

Nie brałem udziału w typowaniu autorów, ponieważ znałem jednego z uczestników – współpracowałem przy korekcie miniatury Artimar.
Po przeczytaniu jej tekstu, abstrahując od poziomu, solidnego i dopracowanego, ale odległego od arcydzieła (N.B. im krótszy tekst, tym trudniej popełnić arcydzieło), nasuwa mi się jedna refleksja.
Czyż Autor nie przedstawia w swoim utworze, między wierszami, wzorowej pary, która ma wszelkie cechy po temu by żyć wspólnie długo i szczęśliwie? Wszak jest w związku obustronna szczerość w rozmowach o seksie i marzeniach erotycznych. Z tekstu można wydedukować zero ograniczeń w tym zakresie. I jest zaangażowanie. Przejawiane choćby przez symboliczne i coraz mniej cenione kwiaty ofiarowane w dniach ważnych i mniej ważnych. Szczerość i długodystansowe zaangażowanie. Filary. W Walentynki warto mieć na uwadze owe filary. Tekst Artimar celnie o nich przypomina.
Uśmiechy,
Karel

P.S.Tego komentarza miało nie być, ale Autor usunął z ostatniej obrabianej przeze mnie wersji dwa-trzy ostatnie zdania, których w poprzednich wersjach nie było i które brzmiały w podobnym duchu do mojego powyższego spostrzeżenia.
Skoro usunął…
Autor jest… hmm… zaskakujący. Jak zwykle odkąd się znamy.
Głosowałem oczywiście na tekst numer 2, choć i pozostałe nie były złe.

Przyznam, że po lekturze miniatur, z którymi przyszło się mierzyć mojemu skromnemu „skrobaniu”, nie spodziewałam się zwycięstwa w bitwie.
Ogrom jest mojej mojej niewiedzy historycznej, więc sam nastrój pierwszej kazał mi już struchleć w kąciku. Delikatnie tkana, choć brutalna i okrutna, perwersja, podkreślona zgrabnie owym stukotem obcasów. Władza i dominacja, ale czyja? Kobieta bezwględna, morderczo skuteczna, tu spełniająca życzenie więźnia, czyli praktycznie poniżonego… Ciekawa, dająca do myślenia perspektywa, pożywka dla wyobraźni. Grzesiu – BRAWO!
JiNn rośnie jako konkurencja Atenie i Foxowi. 😉 Wielce smakowity tekst. I oczywiście zakończenie… Steven Erikson popełnił kilka lat temu wielkie objętościowo dzieło pt.: „Malazańska Księga Poległych”. Saga skrzy się świetnymi pomysłami, choć Autor gubi się w mnogości rozpoczętych wątków i przegapia okazje sprytnego wykorzystania wspominanych znakomitych pomysłów – ale to tak na marginesie. Przeczytałam jednak cykl, mimo wielu niedoskonałości, przez wzgląd choćby na jednego bohatera – sapera Skrzypka. W jednej ze scen finałowych „Księgi” Skrzypek gra trochę jak Hartimarh. 🙂 Za tę jedną chwilę wzruszenia po wielu chwilach szerokiego uśmiechu – dziękuję. 🙂

Jest w bitwach pewna słabość – Czytelnicy mianowicie skupiają się na wyborze tekstu, który przypadł im najbardziej do gustu, a mniej dają od siebie opinii na temat samych tekstów – ich słabości i zalet, pomysłu, zamyślenia po przeczytaniu lub chęci wyrzucenia lektury z pamięci.
Co było moim celem – pokazać truizm, że u kobiet najwięcej dzieje się w głowie, ale że i mężczyzna mojej bohaterki nie tylko o tym wie, lecz też tak dobrze zna swoją kobietę, że potrafi zagrać na jej emocjach, fantazji… Czy mi się udało? Wam to ocenić. 🙂

Karelu, Jak zawsze należą Ci się ogromne podziękowania za cierpliwość i niezwykle rzeczową krytykę. Praca z Tobą to wielka przyjemność.
Ostatnie zdania usunęłam, uznając je za chyba zbyt oczywiste. Sam tekst mówi dość.
Kwiaty… Nie tak dawno dostałam piękny bukiet – nieoczekiwany, a przez to po wielekroć cenniejszy. I w proch obróciły się moje standardowe twierdzenia, że nie lubię, nie trzeba, strata pieniędzy na coś, co i tak wyląduje w koszu… 🙂 Trzeba.
Też tak sobie myślę czasem – przełamać się w związku do szczerych rozmów o seksie to już coś znaczącego, ale urzeczywistnić wyznania czynione w skrytości stanowi wyzwanie przerastające dominującą większość nawet tych odważnych, którym nie brak słów.

Napisz komentarz