Szkicownik II (Yan Qwalsky)  3.56/5 (3)

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 14 minut/-y    
szkic2

Źródło: Pixabay

Zjadłem śniadanie, uruchomiłem komputer i odsłuchałem kilka pierwszych minut jej opowieści. Tak, nagrywałem ją, każde słowo, lecz nie z jakichś złych pobudek. Kiedy uznałem, że mikrofon dobrze zebrał głos Edyty, wróciłem do początku i zacząłem spisywać to, co mówiła. Chciałem mieć wszystko, każdy szczegół. Tymczasem bez nagrywania po prostu o części rzeczy bym zapomniał. Później okazało się, że ta praca – wykonywałem ją skrupulatnie każdego dnia, Edyta kontynuowała swoją opowieść – miała jeszcze jedną zaletę. Dzięki niej pamiętałem dużo, mogłem o coś dopytywać, nawet o niuanse. Moja rozmówczyni zrozumiała, że naprawdę słucham tej historii.

Kobiety chcą być kochane – w tym podstawowym sensie, ale także fizycznie, chcą, aby prawić im komplementy, dawać im do zrozumienia, że są zjawiskiem. Lecz nade wszystko uwielbiają być słuchane. I to, że Edyta myślała, że słucham jej – co owszem, robiłem, ale pomagałem sobie to wrażenie utrwalić – sprawiło, że następnym razem otworzyła się przede mną jeszcze mocniej.

Przyszła następnego dnia. Znowu miała na sobie dżinsy, ale nieco ciaśniejsze niż poprzednio, założyła także bluzkę z dużym rozcięciem na głowę, co sprawiło, że jedno z jej ramion było kompletnie odsłonięte. Kilka razy dostrzegłem, że sprawdza w trakcie opowiadania, czy gładka i opalona skóra kusi moje oczy, a więc dałem się skusić. Zwłaszcza że ramię naprawdę miała śliczne.

* * *

To na czym ja…? A tak, pozwolił mi pójść do domu.

Muszę powiedzieć, że to były dziwne wakacje. W sumie mieszkałam w małym mieście, gdzie ludzie się znają, codziennie jeździłam do faceta, który mieszkał sam, więc powinny pojawić się plotki. Tymczasem było tak, jakby jego dom znalazł się w martwym polu. Wiesz, chodzi o taką pozycję jednego pojazdu w stosunku do drugiego, że już go nie widać w lusterku tylnym, ale jeszcze nie pojawił się w bocznym. Albo jakbyśmy znaleźli się w plamce ślepej innych ludzi – powinni nas widzieć, a nie dostrzegli. Chyba w jakimś Batmanie czy czymś takim były takie brednie, że jak ktoś zna technikę ninja, to może sprawić, że ludzie nie będą go dostrzegać. Nawet, jeśli będą patrzeć wprost na niego.

Nie pojechałam do domu, tylko minęłam go i popedałowałam na drugą stronę miasta i dalej, aby się zmęczyć lub przynajmniej żeby mi złość wywietrzała z głowy. Poza tym zaczęłam widzieć w nim… kogoś interesującego. Jak mówiłam, kiedy spotkał mnie pierwszy raz, pewnie go widziałam, ale nie zapamiętałam, bo nie był to facet o urodzie, jaką dostrzegało się od razu. Po drugim razie też nie poczułam niczego, jednak kiedy tak siedzieliśmy przed sobą – on za sztalugami czy pulpitem, ja przywiązana do krzesła – spoglądałam na niego. Próbowałam obudzić w sobie złość, niechęć, ale nie potrafiłam.

Wydał mi się intrygujący. Miał wysokie czoło. Pewnie później wyłysiał, lecz wtedy uznałam, że to dowód dojrzałości. Miał żywe usta, łatwo po nich można było rozszyfrować jego nastrój, co wydało mi się użyteczne i zarazem pociągające. Miał prosty nos oraz oczy, które spoglądały na mnie w skupieniu z siłą, jakiej wcześniej nie znałam. Pamiętasz, kiedy narysował mnie pierwszy raz nagą, raczej posługując się wyobraźnią albo znajomością ludzkiej anatomii, bo przecież byłam ubrana, miałam wrażenie, że przejrzał mnie na wylot, niczym aparat rentgenowski albo USG. Im dłużej z nim przebywałam, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że dostrzega znacznie więcej niż tylko moje ciało.

Jednym słowem, zaczął mnie fascynować. Pojawiły się niepokój i złość. Tamtego dnia wróciłam do domu rozgniewana i zdecydowana zrobić coś, co utrudni mu pomiatanie mną. Kombinowałam, rozważałam i zastanawiałam się, aż nagle zrozumiałam, co mogę zrobić. Było to takie łatwe, że aż się roześmiałam.

Kiedy przyszłam do niego następnego dnia, rozebrałam się zaraz po wejściu. Byłam ciekawa, czy zauważył różnicę, ale nie udało mi się niczego spostrzec. Kiedy tak stałam nago, przyniósł krzesło i po raz kolejny zostałam przywiązana. Było mi to obojętne, właściwie przyzwyczaiłam się, że siedzę goła i bez sensu przez kilka godzin, nawet mu to powiedziałam. Zresztą, nie tylko to. Pytałam, czy te rzadkie maźnięcia, jakie wykonuje w mojej obecności, oznaczają, że cierpi na niemoc twórczą? Dodałam z satysfakcją, że może nie tylko niemoc twórcza go trapi.

Kazał mi się zamknąć, ale nie zareagowałam. Liczyłam, że spróbuje tego samego numeru, co wcześniej, tymczasem on wyszedł na chwilę, a gdy wrócił, niósł pod pachą butelkę pełną wody. Powiedziałam, że nie chce mi się pić, ale kompletnie się tym nie przejął, zmusił mnie do otwarcia ust i lał w nie płyn. Większość wylała się i spłynęła po mnie, ale co z tego, skoro po chwili wrócił z tą butelką i znowu lał we mnie tyle, ile mu się udało. Potem usiadł i czekał, nawet nie udając, że rysuje.

Byłam twarda i zdecydowana, ale co z tego, skoro wkrótce odezwał się pęcherz. Oczywiście, wiedziałam, że o to mu właśnie chodziło, więc zaciskałam zęby, tyle że to wszystko na nic. Poprosiłam, aby mnie uwolnił i pozwolił się wysikać. Pokręcił głową i dodał, że mogę to zrobić na miejscu.

Zwyzywałam go od chamów i idiotów, ale puścił to mimo uszu. Siedział i po prostu patrzył. Doprowadził mnie do furii. Wrzeszczałam, lżyłam go i szarpałam się, lecz nawet nie drgnął. Uśmiechnął się tylko lekko, a ja zrozumiałam, że go rozbawiłam.

Furia nie pomaga, kiedy masz pełny pęcherz. Miałam wrażenie, że przy każdym ruchu było coraz gorzej. Uspokoiłam się i siedziałam bez ruchu, lecz było za późno.

Nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Ja, dorosła kobieta – tak wtedy o sobie myślałam – zaciskałam zęby, aby nie zsikać się na krzesło przed facetem, który traktował mnie jak jakiś cholerny mebel! Byłam dla niego niczym przedmioty, które się ustawia, kiedy trzeba namalować martwą naturę. Liczył się wyłącznie efekt, jaki chciał uzyskać. Żeby go osiągnąć, szantażował mnie, wiązał, a teraz doprowadził do płaczu.

Bo zaczęłam chlipać, a potem nie wytrzymałam. Spuściłam głowę i ulżyłam sobie, a mokra ciepła plama ogarniała moje pośladki i uda. Nikt mnie jeszcze tak nie upokorzył, nigdy nie czułam się równie mało warta, jak wtedy, gdy sikałam pod siebie a on wszystko widział jak na dłoni.

Podniosłam w końcu twarz, długo po tym, jak poczułam ulgę, a on na mnie patrzył. Kiedy później o tym myślałam, nie mogłam sobie przypomnieć, czy jego twarz miała jakikolwiek wyraz. Pamiętam, że uznałam, że patrzy na mnie z pogardą i niechęcią. Młoda, głupia, naga i na dodatek zaszczana. Nic nie warta siksa, odpad.

Wtedy podszedł do mnie, położył mi dłoń na ramieniu – była ciepła, cieszyłam się, że ją czuję – i powiedział, że doskonale wie, iż chciałam się mu postawić i dlatego nie założyłam majtek. I że nie mógł na to pozwolić, bo dobry artysta nie traci panowania nad materiałem, na którym pracuje. Dodał, że nie mógł mnie narysować, kiedy siedziałam w kałuży moczu, bo ta porażka powinna zostać między nami. Aby zacząć wygrywać, powiedział uroczyście, trzeba najpierw nauczyć się przegrywać. By się podporządkować, wcześniej trzeba się zbuntować.

Rozwiązał mnie i pomógł wstać. Przyniósł nasączony ciepłą wodą ręcznik i obmył mnie, a potem zaprowadził do łazienki i pomógł wejść do wanny. Odkręcił wodę, sprawdził temperaturę, a potem nalał płyn do kąpieli na rękę i zaczął mnie namydlać. Siedziałam tam w kucki, jego dłonie zaś dotykały całej powierzchni ciała. Czułam, jak rozprowadza płyn po plecach i pośladkach, po piersiach i brzuchu.

Obmywał cipkę i uda, a gdy zmieniłam pozycję, również stopy. Mówił, że mam gładką skórę, że jestem piękna, taka uległa, wrażliwa na dotyk. Opowiadał mnóstwo innych miłych rzeczy, bardziej po to, aby mówić niż rozmawiać. Spłukał mnie wodą z węża prysznicowego, namydlił jeszcze raz, abym nie czuła żadnego dyskomfortu, zmył wszystko ciepłą wodą. Potem przyniósł wielki, puszysty ręcznik i wytarł mnie, a na koniec podał mi drugi, abym się nim okryła niczym kocem.

Zaprowadził mnie do pokoju i posadził na fotelu pod ścianą, a sam zaczął myć krzesło i podłogę pod nim. Zniknął w łazience, wziął prysznic i wyszedł, wycierając się. Był nagi i wilgotny, a ja go pragnęłam.

Nic nie zrobił, wytarł się i założył nowe ubranie. Wziął mnie za rękę i pomógł wstać. Musiałam się ubrać. Niewiele tego było, więc wkrótce byłam odziana. Powiedział, że spotykamy się następnego dnia. Byłam jak w transie, po prosu wyszłam.

Nie pamiętam, jak wtedy dotarłam do domu. To, że w ogóle dojechałam, zawdzięczam chyba tylko swojemu wrodzonemu fartowi. Tam, gdzie mieszkałam, ruch nie był nigdy wielki, a na dodatek pora dnia była taka, że nic prawie nie jeździło. Weszłam do domu, dotarłam do pokoju i rzuciłam się na łóżko.

Nie chciałam płakać – nie, nic z tych rzeczy – chciałam zrozumieć. Bo kiedy tam u niego sikałam pod siebie, czułam się upokorzona, a kiedy już to zrobiłam, poczułam się wolna. Próbowałam to sobie wyjaśnić, w końcu to jakiś kompletny absurd,. Skąd podobne emocje? Nie wiedziałam. Miałam jednak pewność, że były prawdziwe, intensywne.

A kiedy mnie mył, czułam się wyjątkowa i nieprawdopodobnie bezpieczna. Mówiłam, że miałam wrażenie, że jestem nic nie warta, a on mnie dotykał – delikatnie, z uczuciem – i wiedziałam, że dla niego jednak coś znaczę. Właśnie dlatego, że widział to wszystko. Mnie w kałuży moczu. Skoro po czymś takim mnie nie odtrącił, to nie odtrąci w żadnym innym wypadku. A kiedy będę robiła, co zechce, sprawi, że poczuję się niezwykła.

Tamtego wieczora poszłam ze znajomymi na piwo. Piliśmy i śmialiśmy się, a ja śmiałam się chyba najgłośniej. Ale koło dwudziestej drugiej wstałam i oznajmiłam, że idę do domu. Namowom, prośbom i błaganiom nie było końca. Postawiłam na swoim. Wszystko dlatego, że chciałam, aby następnego dnia nie miał pretensji o cienie pod oczami, mętne spojrzenie czy też oddech. Tak, oddech, bo liczyłam, że mnie pocałuje.

Poczułam zawód, gdy okazało się, że krzesło znowu stoi w centralnym punkcie pokoju. Siedzenie w więzach wydało mi się pospolite, miałam nadzieję, że czymś mnie zaskoczy. Tak, najbardziej liczyłam, że kiedy się rozbiorę, pociągnie mnie za rękę albo za włosy – godziłam się z taką możliwością – do sypialni, rzuci na łóżko i wypieprzy. Mocno. Tak, abym mogła zaspokoić rozbudzone w ciągu trzech dni pragnienie.

Przyznaję, zaskoczył mnie. Usiadłam, a on podszedł i po prostu uderzył mnie w policzek, pytając, czy pozwolił mi usiąść. To był szok – nigdy nie dostałam po twarzy, a poza tym jego zachowanie było inne niż ostatnio. Nastawiłam się, że będzie delikatny i czuły, a on poderwał mnie z siedziska, odwrócił i zmusił, abym kolanami weszła na krzesło.

Klęczałam więc, nie bardzo wiedząc, co mam myśleć, on zaś przywiązał mnie do krzesła, tak abym nie mogła za bardzo ruszać nogami. Potem stanął przede mną i pociągnął za włosy, więc dotknęłam ramionami oparcia. Znowu mnie przywiązał. Byłam unieruchomiona, złapał mnie pod brodę i uniósł głowę. Wtedy powiedział, że jest ze mnie niezadowolony.

Pierwszy raz dostałam od niego pasem po tyłku. Bił krótkimi seriami, co jakiś czas sprawdzając, jak reaguję na uderzenia. Byłam rozbita. Nie chodziło o ból – ten poczułam znacznie później. Nie rozumiałam zmiany w jego zachowaniu, ale przede wszystkim strasznie zabolało mnie stwierdzenie, że jest ze mnie niezadowolony.

Po kilkunastu uderzeniach powiedział, że niezadowolenie bierze się z tego, że nie stałam się takim materiałem, na jaki liczył. Spodziewał się po mnie większej umiejętności uczenia się i szybszego dostosowania do wymagań. Tymczasem straciliśmy kilka dni.

I znowu dostałam serię pasów. Oczywiście, zakazał płaczu, ale tym razem miałam już tak obolały tyłek, że zaciskałam zęby, aby nie ryczeć. On, jak mówiłam, ciągle sprawdzał reakcje na ból. Kiedy zobaczył moją minę, przez chwilę nad czymś się zastanawiał. W końcu powiedział, że jest całkiem nieźle, ale potrzebuje czegoś innego – i wrócił do bicia.

W trakcie kolejnej przerwy tłumaczył mi, że dobre narzędzia wykuwa się w pocie czoła, a doskonałe się hartuje. I że potrzebuję i kuźni, gdzie mnie ukształtuje, i zimnej wody, dzięki której będę giętka i elastyczna jak należy. A potem kolejne uderzenia.

Nie mogłam płakać, ale zaczęłam krzyczeć. Z początku to były popiskiwania, potem już się darłam, a on w pewnym momencie zniknął mi z oczu. Wrócił, położył palec na ustach i nakazał, bym rozchyliła wargi. Zrobiłam to, wepchnął mi moje własne, niedawne zdjęte majtki do ust.

Wrócił do uderzeń pasem, a ja byłam całkowicie bezradna – nie mogłam krzyczeć, nie mogłam uciec przed kolejnymi razami. Oczy zaszły mi łzami. Zobaczył to i powiedział, że teraz jest doskonale i taka mam pozostać.

Poszedł po pulpit, papier i ołówek. Zaczął rysować.

* * *

Przerwała, aby w laptopie odnaleźć rysunek, o którym mówiła. Kiedy się jej to udało, odwróciła komputer ekranem w moją stronę. Zobaczyłem rysunek, na którym uwagę przyciągała przede wszystkim twarz Edyty – jedno oko było zasłonięte przez wzburzone włosy, drugie widoczne, a pod nim zebrała się łza. Wargi zaciśnięte, a policzki lekko zniekształcone, zapewne przez majtki wepchnięte głęboko w usta. Sylwetka została narysowana w skrócie, dało się dostrzec kopułę jednego pośladka. Przez szczeble, do których przywiązano ręce, prześwitywało nagie ciało, lecz to twarz robiła niezapomniane wrażenie. Nieco obrzmiała, jakby zmęczona, o ostrych rysach udręczona. Tortura sięgała głęboko. To, co widziałem… to było coś więcej niż fizyczny ból.

* * *

To było dziwne wrażenie, bo poczułam się lepiej. Nagle stałam się właściwa, odpowiednia, dostateczna, co natychmiast poprawiło mi nastrój. Ale myślałam przede wszystkim o tym, żeby spełnić jego wymagania – tylko na tym się skupiłam.

Próbowałam wyczuć i zrozumieć, które mięśnie się naprężyły, a które zwiotczały. Jakim cudem moja twarz uzyskała wyraz, który mu odpowiadał? Wiem, że to głupie, ale zaczęłam wtedy nabierać świadomości własnego ciała – faktu, że na swój sposób naprawdę może być narzędziem czy materiałem i że muszę nauczyć się, jak ten materiał kształtować oraz utrzymać uzyskany efekt.

Rysował z zapałem, widać było, że temat – tak czasem mówił o tym, co rysuje, bez względu na to, czy był to kawał drewna, czy ja – mu się podoba. Cholera, widziałam ten podziw, wręcz ekscytację. Wiedziałam, że chodzi o mnie, czułam się dumna i podniecona. Tak, podnieciłam się tym właśnie, że mnie rysuje.

Skończył i dopiero wtedy dotarło do mnie, że zesztywniałam. Ale nie bolały mnie kolana czy ręce – napięcie czułam w mięśniach twarzy. Rozwiązał mnie i zaczął delikatnie masować. Czułam przelotną ulgę. Zarazem napięcie wzrosło – to, które czułam między nogami.

Zebrałam się na odwagę i objęłam go, a on przytulił mnie i przez chwilę stałam się bezpieczna w jego objęciach. Nie było ciągu dalszego, jakiego oczekiwałam. Stwierdził, że dzisiaj zrobiłam krok naprzód, ale jestem tworzywem, nad którym musi pracować.

Wyszłam naburmuszona, ale nim doszłam do domu, poczułam się cudownie. Tego nie umiałam pojąć – że w ciągu jednej wizyty u niego, która trwała przecież tylko kilka godzin, byłam w stanie przeżyć więcej emocji niż czasem przez cały tydzień. Wcześniej uważałam, że jestem bardziej zrównoważona, a tymczasem on grał na mnie jak na instrumencie, który w zależności od tonacji wydaje tony wysokie lub niskie.

Kolejny dzień i kolejna wizyta. Doszłam do wprawy, do jego domu wkroczyłam ubrana, ale kiedy przeszłam przez drzwi salonu, nie miałam na sobie już nic. Pamiętam, że krzyknęłam z zaskoczenia i ze szczęścia, bo tam, gdzie wcześniej stało krzesło, leżał materac nakryty prześcieradłem, na którym leżało drugie, złożone w kostkę.

Nie pozwolił mi się położyć. Wziął długi i cienki kij, i przez długie godziny kazał mi zachowywać się jak zwierzę. Chodziłam na czworaka, z głową spuszczoną tak nisko, aż włosy ciągnęły się po ziemi, i udawałam, że tropię, albo aportowałam piłkę. Byłam kotką, która siedzi pod drzwiami balkonu i tęsknie spogląda przez szybę, albo klaczą, która próbuje paradnego kroku.

Kija używał, aby pokazać mi, gdzie mam stanąć czy jak wysoko unieść ręce, ale także czasem uderzał mnie po pośladkach, a ja cieszyłam się, że czuję to dotkliwe pieczenie, które było dla mnie niczym najlepszy doping.

Zmęczyłam się wreszcie i przyznałam się do tego. Wtedy kazał mi położyć się na materacu. Zrobiłam to, a on podszedł, podciągnął mi jedną dłoń pod głowę, drugą kazał unieść i tak zgiąć, abym mogła przyłożyć palec do rozchylonych ust. Dotykał mnie, muskał, więc mimo zmęczenia zaczęło mnie ogarniać gorąco, a on nadal układał moje ciało, tym razem rozsuwając uda. Potem zajął się prześcieradłem, które ostatecznie zakryło moje piersi – musiałam wysunąć dłoń spod głowy i położyć na materiale, aby się nie zsuwał – skąd spływało na bok, aby na dole owinąć się wokół nogi.

Wyszedł i wrócił z pędzelkiem, miseczką wody i tubką kremu do golenia. Nawilżył moje włosy łonowe, potem wycisnął nieco kremu i użył maszynki do golenia, ale tak, aby pojawiły się tylko dwa nagie pasma – jedno tuż nad cipką, drugie zaś sięgające do warg sromowych. Zmył krem, wytarł mnie, a potem maszynkę. Położył sprzęt tak, że wyglądało, jakby ktoś przerwał golenie tylko na chwilę. Przymknęłam oczy. Dotykał mnie, więc otworzyłam je ponownie. Powiedział, że tak mam pozostać.

* * *

Znowu odszukała właściwe zdjęcie na dysku. Nie było to do końca potrzebne, pamiętałem ten rysunek. Biło z niego pożądanie i oczekiwanie na to, co nastąpi, gdy ktoś, kto zaczął golić podbrzusze Edyty, dokończy swoje dzieło i zajmie się nią.

* * *

A potem pomógł mi wstać i się ubrać. Powiedział, że muszę dokończyć to, co zaczął przedtem, nim pochłonął go jego szkicownik. Odprowadził mnie do drzwi i pożegnał szybko. Byłam zawiedziona, że mnie nie wziął i szczęśliwa zarazem – znowu okazałam się dostatecznie plastyczna, aby mnie rysował. Byłam podniecona jak chyba nigdy wcześniej. Pamiętam, że po drodze do domu spostrzegłam przystojnego faceta, mniej więcej w jego wieku… I zaczęłam się zastanawiać, czy ten facet by mnie wziął i jakby to było zrobić to właśnie z nim? Takie tam, luźne rozważania – przekonywałam samą siebie, że mój rysownik w końcu będzie się ze mną kochał.

I w pewnym sensie kochał się ze mną. W domu sięgnęłam w dół podbrzusza. Leżałam z ręką w majtkach i masowałam cipkę, drugą gniotłam piersi. Wyobrażałam sobie, jak się ze mną kocha – zrazu delikatnie, lecz z czasem fantazja przekształcała się w coś zdecydowanie ostrzejszego. Marzyłam o bólu, jaki mi sprawi swoim penisem i swoimi rękami, o tym, jak znowu zmusi mnie, abym zachowywała się jak zwierzę. I bierze od tyłu, jakbym była suką, którą dopadł jakiś silny pies. I szczytowałam, aby po chwili znowu poddać się marzeniu – tym razem o tym, że zadowalam go ustami, a on wlewa we mnie spermę jak kiedyś wodę.

I szarpie za włosy, by móc wbić mi się w usta aż do przełyku… Znowu doszłam, lecz to było za mało, ciągle nie czułam się nasycona. Trzy palce znalazły się w pochwie, pieprzyłam się nimi mimo bólu naciągniętej skóry, drugą dłonią sięgnęłam za siebie i pierwszy raz w życiu zaczęłam pieścić tyłek, aby w końcu włożyć w niego palec – i ten orgazm wreszcie przyniósł ukojenie. Umyłam się, ubrałam i zasnęłam.

* * *

Po tych słowach ziewnęła.

– Teraz też powinnam iść spać. Jest późno, a to gadanie jest męczące.

Kiedy się ubierała, zapytałem, czy nie chciałaby, abym ją odprowadził.

– Jest późno, a ty jesteś zmęczona gadaniem.

Ułożyła usta w miniaturę uśmiechu i pokręciła głową.

– Nie chcę, żeby mnie ktoś zobaczył z miejscowym szantażystą – odpowiedziała.

– I to nie byle ktoś, ale mąż, jak sądzę… Ten, który miał mi nastukać.

Znowu ograniczyła mimikę do warg, aczkolwiek tym razem efekt nieco przypominał całusa, jakiego puszcza się na wiatr.

– Mój mąż obecnie mieszka w innym mieście. Znalazł tam lepszą pracę, a ja wkrótce do niego dołączę – mówiła. – Dobre żony jadą za swoimi mężami, czyż nie? Więc – otworzyła drzwi – nie masz za dużo czasu – teraz to był już na pewno całus, lecz kpiący – na to wszystko, co planujesz.

Nie chciało mi się spać, wróciłem do komputera i zacząłem przeglądać zeskanowane rysunki. Przy jednym – tym właśnie, na którym miała dwa wygolone paski na łonie i widać było pozostawioną maszynkę – zatrzymałem się. Uruchomiłem program do edycji zdjęć i zacząłem bawić się w zmienianie tła. To było proste, więc maszynka leżała raz na ciele o barwie miedzi, a raz błękitnym – jak owi indiano podobni kosmici z „Avatara”. Wreszcie sprawiłem, że tło zniknęło – w rezultacie zobaczyłem pulpit, na którym pozostały kreski, składające się na wizerunek Edyty.

Nie od razu pomyślałem, że to może być sposób na realizację tego, co chodziło mi po głowie. Nagłe olśnienie! Ożywiłem i zacząłem zapisywać coraz to nowe kopie tej samej grafiki, tyle że przezroczystej jakby została namalowana na folii. Za każdym razem usuwałem więcej szczegółów, które wydały mi się zbędne. Kiedy zapisałem ostatni plik, projekt był jedynie konturem dawnej sylwetki. Już wiedziałem, że mogę go wypełnić na nowo.

.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobrze napisane. Na początku zgrzytnęło raz czy dwa, a potem poszło jak po maśle. Podoba mi się oszczędny styl, narracja.
Jedyny mankament to długi odstęp w publikacji (od września 2016). Już nie bardzo pamiętam, co działo się w pierwszej części. No ale mniejsza o to.
Bardzo dobre, lepsze niż część I. Na dziesięć gwiazdek. Gdyby historię dziewczyny opowiadał narrator, trudno by w nią uwierzyć, a jeszcze trudniej wiarygodnie, realistycznie opisać. A rozwiązanie z relacją bohaterki unicestwia wątpliwości czytelnika. Brawo, Autorze. Czekam na dalszy ciąg tej historii. Obym nie czekał równie długo jak na powyższy odcinek.

Niebanalny pomysł, oszczędność stylu bez kiczowatych metafor, intensywność, bezpruderyjność, prawda. Po takie teksty tu przychodzę 🙂

Po bardzo interesującym początku przyszła godna go kontynuacja. Opowieść rozwija się ani nie za szybko, ani nie zbyt wolno, w optymalnym tempie, a na obrazie pojawia się coraz więcej istotnych machnięć pędzla.

Szkoda tylko, że trzeba było na nią tak długo czekać 🙂 Mam nadzieję, że “Szkicownik III” pojawi się na naszych łamach znacznie szybciej. Jest to intrygująca historia i liczę, że niedługo dane nam będzie poznać c.d.

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz