Zaufaj mi V (Roksana)  3.41/5 (23)

57 min. czytania
zbiory własne Autorki

zbiory własne Autorki

Rozdział 12 (Czwartek)

Fabio nie spał od dobrych dwudziestu minut, ale nie miał ochoty jeszcze wstawać. Obok niego spoczywała pogrążona w głębokim i spokojnym śnie Caterina. – „Jak dobrze byłoby z nią zasypiać i budzić się w jej ramionach” – pomyślał. Ale to nie było takie proste, jak mogło się wydawać. Ona miała swój dom, pracę, przyjaciół, gdzieś daleko… Czy zrezygnowałaby z tego wszystkiego dla niego? Spojrzał na leżącą obok kobietę. Spała niczego nieświadoma, z rozchylonymi ustami, wciąż obrzmiałymi od pocałunków. Na nosie pojawiło się kilka maleńkich piegów, których wcześniej nie zauważył. Wyglądała tak świeżo i dziewczęco. Nie mógł uwierzyć, że dzieliły ich tylko trzy lata. Czy naprawdę mógł prosić o to, by zmieniła w swoim życiu wszystko? A co, gdyby się zdecydowała? Co mógł jej zaproponować w zamian? O ile prostsze wydawało się życie, zanim ją poznał… Caterina poruszyła się przez sen. Fabio wsunął ostrożnie rękę pod kark dziewczyny, a ona oparła mu głowę na piersi, odwracając się przez sen i zarzucając nogę na jego udo. Sięgnął drugą ręką w dół i mocno przygarnął ją całą do siebie. Zamruczała cicho i objęła mężczyznę ramieniem. Tak dobrze do niego pasowała, nawet teraz, kiedy leżeli przytuleni… Ogarnęła go dziwna tkliwość. Przecież mógłby ją zabrać do domu… Już wcześniej kobiety pomieszkiwały u niego. Coś mu jednak mówiło, że nie było tu miejsca na półśrodki. Nagle uświadomił sobie, że Caterina oddycha płycej. Popatrzył w dół i napotkał jej na wpół przymknięte oczy.

– Ja chyba umarłam i jestem w raju – wyszeptała sennie.

– Myślisz, że moje życie to raj? – spytał, zanim zdążył ugryźć się w język.

– Pewnie nie, podobnie, jak moje do niedawna, ale te dni spędzone razem… – Zatrzymała się wpół zdania.

Pocałował dziewczynę w czubek głowy, a ona przeciągnęła się, ocierając o Fabia i mrucząc jak kot. Poczuł przyjemne mrowienie w jądrach i spływające w tamtą okolicę ciepło. Caterina uniosła nieco kołdrę.

– Jezu Chryste, Fabio, po takiej nocy, jeszcze nie masz dość? – wykrzyknęła. – Przynajmniej teraz rozumiem, dlaczego się mówi, że Włosi są najlepszymi kochankami.

– Nie wiem, jacy są inni Włosi, ale wiem, że przy tobie rzeczywiście nigdy nie mam dość. – Zaśmiał się.

Mówił prawdę. Już dawno nie doświadczył czegoś takiego. Nie, żeby narzekał na swoje możliwości, ale przy Caterinie był jakby w ciągłej gotowości i czuł się z tym wyśmienicie. Jej zaskoczenie dodatkowo połechtało męską dumę, tak, że po chwili uwidoczniła się ona w postaci małego namiociku z kołdry nad jego biodrami.

– Nawet o tym nie myśl. Idę pod prysznic i mam nadzieję, że do południa dasz mi spokój – oświadczyła. – Niektóre części mojego ciała muszą odpocząć – dodała nieco zmieszana.

– Ale nie zrobiłem ci krzywdy? – spytał, unosząc się na łokciu i przyglądając się dziewczynie z niepokojem. Przewróciła oczami i przeturlała się na bok, rozciągając obolałe mięśnie.

– Nie jest tak źle – burknęła, czerwieniąc się odrobinę. – Choć nie spodziewałam się tak aktywnych wakacji – dodała ze śmiechem.

– A czego się spodziewałaś? – spytał, również szczerząc zęby w uśmiechu.

– Właściwie, to nie wiem – przyznała. – Nie mam pojęcia, jak żyją bogacze.

– Tak samo jak inni, tylko za większe pieniądze. – Wzruszył ramionami.

– No tak, rzeczywiście, świetnie mi to wytłumaczyłeś – zakpiła. – Czyli w zasadzie nasze życie wcale się nie różni? – Prychnęła – Zamienisz się?

– A chciałabyś? – Orzechowe oczy zalśniły dziwnym blaskiem, kiedy spytał.

– Nie wiem – rzuciła – Może bym chciała…

Katarzyna poczuła się nagle jak po kiepskiej odpowiedzi na egzaminie, kiedy czeka się na ocenę, nie mając już wpływu na jej wysokość. Mogła tylko obserwować twarz egzaminatora, próbując z jej wyrazu wyczytać rezultat. Fabio przyglądał się badawczo, jakby przetrawiając słowa… Nagle roześmiał się, złapał ją za nadgarstek i przyciągnął do siebie.

***

Po śniadaniu siedzieli oboje rozparci na kanapie, ustawionej na środkowym pokładzie i dopijali spokojnie kawę. Fabio ułożył sobie na kolanach nogi Katarzyny i gładził je delikatnie, zastanawiając się głośno, jak to możliwe, że skóra dziewczyny jest taka przyjemna w dotyku. Andrea sprzątała ze stołu, uśmiechając się do siebie i nucąc coś pod nosem. Po chwili ruszyła do kuchni z pełną tacą, mijając się w drzwiach ze Stefano. Ten przysiadł się do stołu bez słowa, kładąc przed sobą laptopa.

– Co masz dla nas? – Fabio był w doskonałym humorze.

– Sporo – odparł, otwierając komputer.

Katarzyna zsunęła nogi z kolan Fabia i oboje przysunęli się bliżej. Stefano wystukał coś na klawiaturze i odwrócił laptopa w ich kierunku. – Po pierwsze, wiem, do kogo napisał twój mąż – zaczął. – Tu masz dane. – Wskazał Katarzynie kilka linijek tekstu.

– Joanna Źrebińska–Kieć, adres… – Katarzyna patrzyła z niedowierzaniem na ekran laptopa. – Ha mandato un e–mail a la moglie di direttore? (Wysłał maila do żony dyrektora?)

– Sembra di si. (Na to wygląda.) – Stefano umieścił dane dyrektora szpitala pod danymi jego żony. – Ma perche? (Ale po co?)

Katarzyna gorączkowo szukała jakiegoś logicznego wytłumaczenia. – „Uważał, że ona nie wie, ale warto ją poinformować, czy może za jej pośrednictwem chciał rozmawiać z dyrektorem? Zaraz, przecież ona pracuje w Radzie Miasta. Tylko, czy to ma znaczenie? Kim ona tam jest, radną? Może nie wiedziała, co jej mąż kombinuje? Wiedziała, musiała wiedzieć… No, to po co do niej pisał?”

Non lo so. (Nie wiem.) – Pokręciła głową z rezygnacją – A co z szablonami? Pewnie stracone?

– Nie wiadomo. To bardziej skomplikowane, niż szukanie adresu mailowego. Może da się coś zrobić, ale to potrwa. – Stefano otworzył kolejny dokument. – Tutaj masz informacje na temat tej dziennikarki. Od trzech lat jest związana z właścicielem firmy deweloperskiej. Nie mają ślubu, nie mają dzieci, dobrze się bawią: drogie wakacje, drogie prezenty… – Uśmiechnął się pod nosem.

– Skąd to wszystko wiesz? – Katarzyna przebiegała wzrokiem kolejne linijki tekstu.

– To bardzo proste. – Stefano obdarzył ją dobrotliwym spojrzeniem. – Facebook, twitter… Jej znajomi są kopalnią wiedzy…

– To jest ciekawe. – Katarzyna doszła do miejsca, gdzie Stefano wytłuścił druk. – Napisała artykuł na temat nieprawidłowości w branży budowlanej, jej partner miał kontrolę w firmie. Zresztą, nie tylko on. – Spojrzała na Stefano z uznaniem. – Przez dwa tygodnie miała status: „singiel” na Facebooku… Pokłócili się? – Patrzyła z niedowierzaniem na tekst. – Święte nieba, to też sprawdziłeś?

– Jak wywiad, to wywiad. – Stefano wzruszył ramionami – Czytaj dalej.

Katarzyna ze zdumieniem stwierdziła, że dostała kompletne dossier Łucji Żurowskiej, poczynając od daty urodzenia i edukacji, poprzez jej karierę zawodową, aż do prywatnych spraw, typu gdzie spędzała wakacje albo, że narzeczony dał jej na urodziny samochód. Stefano niewątpliwie znał się na tej robocie. Zastanowiła się, jak dokładne dossier na temat jej samej dostał Fabio? Chwilowo uznała, że taka rozmowa może zaczekać, zwłaszcza, iż jego mina nie zachęcała do dyskusji. Ważniejsze było to, że romans Łucji i Roberta wydawał się raczej mało prawdopodobny, biorąc pod uwagę osobę jej partnera. Przyjrzała się załączonym zdjęciom. Dobrze zbudowany blondyn, nie w jej typie, ale mógł imponować. Na jednym ze zdjęć wysiadał z Porsche Cayenne, na innym stał przy sportowym Audi razem z Łucją. Miał pieniądze, a z opisu wynikało, że lubił je wydawać i nie oszczędzał na prezentach dla ukochanej. Z drugiej strony, wszystko wskazywało na to, że ona z kolei była niepokorną duszą i chętnie chadzała własnymi ścieżkami. Niezależna finansowo, nadal pracowała w redakcji i otwarcie krytykowała różne patologie na portalach społecznościowych. Ze zdobytych informacji wynikało, że narzeczony nie okazywał szczególnego zachwytu, ale tolerował jej styl bycia. – Na jego temat też coś znalazłeś? – zwróciła się do Stefano Katarzyna. Bez słowa przewinął tekst i ukazał się nagłówek pogrubioną czcionką: Radosław Zawadzki, a dalej podobne informacje, jak o Łucji, tylko mniej szczegółowe.

– Nie miałem czasu na więcej. – Stefano najwyraźniej nie wydawał się zadowolony z tej części dokumentu – Skupiłem się na tym artykule, który napisała dziennikarka. Nie zrobił mu krzywdy. U niego wszystko było OK., ale i tak chyba rozstali się na dwa tygodnie.

– Jakoś się nie dziwię. – Katarzyna popatrzyła na Łucję z sympatią. – Może do niej zadzwonię?

– Raczej nie masz innego wyjścia. – Fabio zawiesił głos.

– Pozostaje zawsze ten policjant. – Zupełnie zapomniała, że prosiła Karolinę o więcej informacji na jego temat. Połączyła się ze swoją pocztą i przejrzała wiadomości. Po chwili znalazła właściwą. Szybko przebiegła wzrokiem nadesłany przez przyjaciółkę tekst. Różnice między nim i dokumentami Stefano rzucały się w oczy. Adam Kita, jak nazywał się policjant, został prześwietlony pod względem zawodowym, natomiast brakowało jakichkolwiek informacji na temat życia prywatnego. Próba uzyskania czegoś za pośrednictwem portali społecznościowych zakończyła się niepowodzeniem. Strona na Facebooku może nie była „martwa”, ale zawierała tylko absolutnie niezbędne informacje i żadnych zdjęć. Wyszukiwarka odnalazła tylko stare i niewyraźne fotki z czasów szkolnych. – Jak ty zdobywasz te wszystkie dane? – Z frustracją w głosie zwróciła się do Stefano.

– Abra–kadabra i masz. Jeśli chcesz, to mogę go sprawdzić… – Zaśmiał się w odpowiedzi i uniósł brwi, wzruszając nieznacznie ramionami.

– Nie ma potrzeby – odparła szybko. – To mi wystarczy.

– Będziesz musiała zdecydować – stwierdził Fabio, pocierając dłonią czoło. – Dziennikarka, czy policjant…

– Wiem – przerwała mu niechętnie. – Ale mam jeszcze czas… – Ukryła twarz w dłoniach. Nagle poczuła się znużona, mimo wczesnej pory. – Dokąd płyniemy? – Zmieniła temat.

– Nie podałem konkretnego miejsca. Myślałem, żeby wykąpać się w jakiejś zatoczce, a potem chciałem ci pokazać Błękitną Jaskinię. – Fabio wpatrywał się w horyzont. – Płyniemy już z powrotem, ale nie ma pośpiechu – dodał.

– Słyszałam o tym miejscu. Podobno jest jedyne w swoim rodzaju. – Katarzyna podążyła za wzrokiem towarzysza, ale nie dostrzegła niczego poza bezkresem wody.

Fabio chciał coś dodać, ale z jego telefonu dobiegł dźwięk sms–a, a po chwili odezwała się także komórka Katarzyny. Oboje sprawdzili wiadomości.

– To Vanessa. – Mężczyzna oglądał nadesłaną fotografię.

– Do mnie też wysłała. – Katarzyna przyjrzała się zdjęciu szyi Vanessy. – Wszystko ładnie się wygoiło – dodała zadowolona. – Odpiszę jej.

Wstukała sms–a, a potem dłuższą chwilę wpatrywała się w ekran wyświetlacza. Wreszcie odszukała w kontaktach numer dziennikarki. Wahała się przez chwilę.

– Łucja Żurowska, słucham. – Usłyszała wysoki, pewnie brzmiący głos.

– Dzień dobry, nazywam się Katarzyna Pars – zaczęła. – Dostałam pani numer od mojej przyjaciółki, Karoliny Lis. Podobno przydałaby się pani osoba, która orientuje się w sprawach przetargów na sprzęt medyczny… – Zawiesiła głos, czekając na reakcję tamtej.

– Bardzo się cieszę, że pani zadzwoniła. – Tym razem głos zabrzmiał miło. – Rzeczywiście bardzo potrzebuję takiej osoby. Czy pani zechce się ze mną spotkać? Bardzo zależy mi na czasie…

– Oczywiście, ale jestem na wakacjach i dopiero w sobotę około południa wrócę do Warszawy, tak, że w domu pojawię się pewnie w niedzielę… – Katarzyna wciąż się wahała.

– Jeśli nie będzie pani zbyt zmęczona, to chętnie spotkam się w niedzielę – wpadła jej w słowo Łucja. – Dziennikarze rzadko mają wolne weekendy. Zresztą lekarze chyba podobnie – dodała.

– Skąd pani wie, że jestem lekarzem? – „Nie powiedziałam tego” – uświadomiła sobie Katarzyna.

– Wiem o pani dużo. – Zaryzykowała Łucja. – Dlatego czekałam na ten telefon i dlatego chcę się z panią spotkać jak najszybciej…

– W takim razie w niedzielę – wykrztusiła przez ściśnięte gardło Katarzyna. – Zadzwonię do pani w sobotę wieczorem, żeby potwierdzić spotkanie – dodała.

– Cieszę się, że wreszcie się spotkamy… – Głos Łucji zabrzmiał ciepło i przyjaźnie.

Katarzyna musiała wstać, żeby opanować narastające emocje. Więc miała rację, Łucja znała Roberta i najwidoczniej wiedziała również sporo o niej samej. Czekała na telefon. Co to miało znaczyć? Gdyby miała jakieś informacje o Robercie, pewnie zadzwoniłaby sama… Skoro czekała, to znaczy, że nie była pewna, co Katarzyna wie, a skoro się doczekała, to mogła przypuszczać, że wie o dokumentach… Jej iPhon zawibrował. Spojrzała na wyświetlacz. Czego chciał od niej ten gliniarz? I to akurat w tej chwili?

– Tak, słucham. – Starała się mówić spokojnie.

– Z tej strony Adam Kita – zaczął przyjaznym tonem. – Czy mogę zająć pani chwilę?

– Oczywiście – odparła lekko drżącym głosem. – Czyżby coś nowego?

– Wolałbym nie rozmawiać o tym przez telefon. Proszę mi powiedzieć, kiedy pani wraca? Musimy się koniecznie spotkać…

– Czy to ma jakiś związek z moim mężem? – Nie wytrzymała. – Proszę mi powiedzieć cokolwiek. Proszę!

– Naprawdę nie powinienem. – W jego głosie zabrzmiało wahanie. – Ale dobrze, niech już będzie! Mamy pewne informacje na temat pani męża i tylko pani może je zweryfikować. Bez tego nie zdołamy posunąć się dalej… – Zawiesił głos. – A czy pani nie ma dla nas żadnych nowych wiadomości? Może coś się pani przypomniało w związku z tym telefonem?

Katarzyna zawahała się. Czy mogła mu zaufać? – „Jest coś, o czym powinnam może powiedzieć” – pomyślała. – „Chyba, że on sam jest źródłem informacji o mnie, bo skąd autor tamtego SMS–a wiedział o telefonie i skąd znał mój numer?” – Niestety niczego więcej sobie nie przypominam. Kiedy chciałby się pan spotkać?

– Najszybciej, jak to możliwe – odparł. – W sobotę, w niedzielę? Kiedy pani wraca?

– Przylecę w sobotę do Warszawy…

– Jeśli nie będzie pani zbyt zmęczona, to przyjadę do pani w sobotę wieczorem.

– Wolałabym w niedzielę – zaczęła, ale natychmiast przypomniała sobie, dlaczego do niej zadzwonił. Właściwie, nie musiała zostawać u mamy na noc. – Dobrze, niech będzie w sobotę wieczorem. Zakładam, że wie pan, gdzie mieszkam.

Siedziała jeszcze dłuższą chwilę, zastanawiając się nad dziwacznym zbiegiem okoliczności. – „No, bo przecież nie umówili się z Łucją” – pomyślała. Tak czy inaczej, śledztwo trwało i mieli coś nowego! – „Boże, dzięki Ci!” – Wzniosła oczy ku niebu. Nie była szczególnie gorliwą katoliczką, ale w takiej chwili nie potrafiła inaczej wyrazić swojej radości.

Wciąż tkwiła na pokładzie i obserwowała, jak zgrabnie manewrują przed pionową skałą, w której ciemniało wejście do jaskini, kiedy powrócił Fabio.

– Nie odpowiedziałaś mi – zaczął. – Miałaś się zastanowić nad przyjazdem do Turynu…

– To nie takie proste… – „Już to widzę, jak Nowak daje mi błogosławieństwo na kolejny wyjazd” – pomyślała. Poza tym musiała załatwić tyle nowych spraw. – Pracuję w szpitalu, zapomniałeś? Oczywiście, poproszę o zgodę, ale najpierw muszę zapytać profesora… – Umilkła, jakby przytłoczyła ją myśl, że naprawdę będzie to niezwykle trudne.

– Profesora biorę na siebie. – Fabio ujął dłoń dziewczyny i położył ją sobie na kolanie. – Zgodzi się natychmiast.

Katarzyna westchnęła ciężko na myśl, jak Fabio to załatwi, ale zdusiła w sobie chęć złożenia protestu. Naprawdę chciała tego wyjazdu do Turynu. Na jaki czas się zgodzą? Dwa tygodnie? Miesiąc? A co potem?

– Fabio, to nie będzie długi staż – powiedziała cicho. Musiała mu to uświadomić, skoro już zaczęli tę rozmowę. Musiała to uświadomić także sobie…

– Co to znaczy?

– To znaczy, że będę mogła przyjechać na dwa, może cztery tygodnie – powiedziała niepewnie. – Poza tym, będę musiała poczekać z miesiąc albo dwa. Nie puszczą mnie teraz…

Fabio nie był przygotowany na taką odpowiedź. A na jaką był? W swej naiwności zakładał, że największym problemem okaże się przekonanie Cateriny do przyjazdu, a tymczasem ona chciała przyjechać. – „Jasne, że chce” – pomyślał z zadowoleniem. Przecież powiedziała mu, że go pragnie. Nie był głupi, wiedział, gdy kobieta jest zainteresowana mężczyzną.

– Mówiłaś, że mogłabyś się przeprowadzić… – zaczął ostrożnie.

– Zastanawiałam się tylko. – Katarzyna poczuła, że serce zaczyna jej przyspieszać. Saska Kępa… Tak, brała to pod uwagę, ale kiedyś, na przyszłość… Musiałaby poszukać pracy w Warszawie. Chyba, że Fabio chciał zapytać o coś innego… Bała się, że mężczyzna usłyszy bicie jej serca. – „Nie, to niemożliwe, takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach” – przemknęło jej przez głowę. – Co masz na myśli? – spytała, siląc się na spokój.

Nie odpowiedział od razu. Sam nie wiedział dobrze, o co mu chodziło.

– Nic konkretnego… – odparł zgodnie z prawdą.

Krótkofalówka zaskrzeczała cicho i Patrik poinformował ich, że mogą płynąć do jaskini. Tym razem Stefano czekał w niewielkim pontonie z elektrycznym silnikiem. Na jego dnie leżały maski z rurkami i płetwy.

– Umiesz się z tym obchodzić? – spytał Fabio w drodze do jaskini.

Katarzyna kiwnęła głową.

– Wolno tam nurkować? – zdziwiła się – Nie jest ciemno?

– Jest. – Roześmiał się Fabio. – Ale widać światło wpadające z zewnątrz przez podwodne wejście.

Wpłynęli do zagłębienia skalnego, rozjaśnionego blaskiem słońca wpadającym przez otwór w skale, ale tunel zakręcał i po chwili ogarnęły ich ciemności. Obok przepłynął ponton z grupką młodzieży, pracującej zapamiętale wiosłami.

– Wewnątrz nie wolno używać silnika – wyjaśnił Stefano. – Chyba, że ma się elektryczny.

Dotarli do właściwej jaskini i Katarzyna zrozumiała, skąd wzięła się jej nazwa. Wnętrze połyskiwało błękitnym światłem, wydobywającym się spod powierzchni ciemnej wody. Oni sami także wydawali się nierealni, z niebieską skórą… Spojrzała na obydwu towarzyszy. – Wyglądamy jak Smurfy. – Zachichotała.

Odpowiedzieli jej śmiechem, który odbił się echem od skalnego sklepienia. Oboje z Fabiem nałożyli maski i płetwy,  po czym zsunęli się do wody, pozostawiając Stefano w pontonie.

– Daj mi rękę i nurkujemy – powiedział Fabio i… zanurkowali.

Katarzyna poczuła się w pierwszej chwili nieswojo, otoczona zewsząd ciemnościami, ale gdy spojrzała w jaśniejący pod nią otwór, zapragnęła tam dopłynąć. Czytała, że można nim przedostać się na zewnątrz, bądź też odwrotnie, wpłynąć do wnętrza jaskini. Mężczyzna spokojnie pracował płetwami tuż obok. Spojrzała na jego oświetlone blaskiem słońca ciało. Wydawało się niesamowite i nierealne. – „Pewnie ja też tak wyglądam” – pomyślała. Przyspieszyła i poczuła w uszach dudnienie. Miała wrażenie, że ciśnienie za chwilę rozsadzi jej czaszkę, ale wiedziała, że to tylko chwilowe uczucie. Nie mogło być aż tak głęboko… Fabio pociągnął dziewczynę za rękę. Odwróciła się do niego i wskazała na otwór, ale on pokręcił głową i pociągnął ją w górę. – „Nie!” – buntowała się. – „Jestem tak blisko” – myślała – „Jeszcze dwa, trzy metry i wypłynę na zewnątrz.” – Szarpnęła ręką, ale towarzysz trzymał mocno i ciągnął w górę. Spróbowała ostatni raz i zabrakło jej tlenu. Uspokoiła się natychmiast i zaczęła powoli wypuszczać powietrze, a mężczyzna holował ją za sobą. Ostatkiem sił powstrzymała się przed nabraniem do płuc wody. Wynurzyła się, łapiąc z wysiłkiem powietrze.

Che cavolo volevi fare? (Co do cholery chciałaś zrobić?) – wykrztusił Fabio, gdy wreszcie udało mu się odetchnąć.

Era cosi vicino (Było tak blisko) – wydyszała Katarzyna.

Non era vicino. Ti mancherebbe il respiro… (Nie było blisko. Zabrakłoby ci oddechu…) – Wyglądał na naprawdę wkurzonego. – E colpa mia. Non Ti ho detto, fino a che punto e possibile immergersi (To moja wina. Nie powiedziałem ci, jak głęboko można zanurkować) – pokręcił głową i rozejrzał się. Stefano powoli podpływał do nich pontonem.

– Fabio – powiedziała cicho, przytrzymując się jego ramienia. – Nic się nie stało. Byłeś obok i mnie zawróciłeś. Wszystko w porządku. – Miała poczucie winy, że tak go wystraszyła, a jednocześnie przepełniała ją radość. Bał się o nią, inaczej by się nie zdenerwował.

– Strasznie tłoczno – burczał Stefano, kiedy udało im się wgramolić do pontonu. – Co wam się stało? – spytał, przyglądając się podejrzliwie. Fabio spojrzał na Katarzynę takim wzrokiem, że aż się skuliła, ale nic już nie powiedział. Przez całą drogę milczał, podczas gdy dziewczyna głośno zachwycała się jaskinią.

– Przepraszam, że nie posłuchałam od razu – wyszeptała i trąciła nosem policzek mężczyzny, kiedy Stefano był zajęty dobijaniem do jachtu.

– Tunelem można przepłynąć – powiedział Fabio, już udobruchany przeprosinami. – Ale trzeba mieć butlę. Poza tym, lepiej założyć piankę, bo skały są ostre, a na zewnątrz jest fala.

Przeszli powoli wzdłuż skał, zachwycając się ich poszarpanymi konturami. Potem ruszyli szybciej na północ, by po jakichś dwudziestu minutach dotrzeć do malowniczej zatoczki. Stella Marina zakotwiczyła u wejścia, bo zanurzenie nie pozwalało jej podejść dalej. Ku niezadowoleniu Stefano i radości Katarzyny, Fabio kazał spuścić na wodę tylko dwa skutery, zabierając ze sobą torbę z maskami i płetwami.

Przez prawie godzinę baraszkowali w kryształowo przejrzystej wodzie, nurkując albo chlapiąc się przy brzegu. Skały ograniczające wejście do zatoczki stanowiły coś w rodzaju falochronu, więc bezpiecznie „zaparkowali” skutery obok ogromnej płyty skalnej, a sami ułożyli się na niej jak na plaży. Fabio wyciągnął z torby pojemnik ze srebrzystej folii termicznej i wyjął z niego dwie puszki piwa.

– Grejpfrutowe czy cytrynowe? – spytał.

– Grejpfrutowe – Katarzyna wzięła od niego wilgotną od osiadającej rosy puszkę. – Jesteś genialny – westchnęła, pociągając spory łyk zimnego płynu. Ułożyła się wygodnie na boku. Fabio poszedł w jej ślady, ale dla siebie wybrał Peroni. Od czasu do czasu dotykał zimną puszką różnych części ciała dziewczyny, na co reagowała pomrukiem zadowolenia lub sprzeciwem, w zależności od tego, co wybrał. Po pewnym czasie udawało mu się prawie za każdym razem sprawić jej przyjemność. Ułożyła się na wznak z głębokim westchnieniem. – Jaka szkoda, że to już prawie koniec… – wyszeptała.

– Cicho, skarbie. – Wodził palcem po jej rozgrzanym słońcem ciele. – Nie przypominaj mi… Chcę się tobą nacieszyć, póki mogę – szeptał. Nigdy dotąd odległość nie stanowiła takiego problemu. Albo nie była tak znaczna, albo po prostu zabierał kobietę do siebie. – „W najgorszym wypadku przyjedzie na miesiąc, a potem się zobaczy… Dlaczego to musi być takie skomplikowane?” – pomyślał sfrustrowany.

– Mmmm – zamruczała Caterina. – Co mówiłeś?

Mężczyzna spojrzał na półprzymknięte powieki i rozchylone wargi dziewczyny. Wyglądała tak apetycznie. Nachylił się i pocałował ją w usta.

Wracali na jacht głodni, ale promieniejący szczęściem. Stojąc pod prysznicem i rozplątując jasne włosy Katarzyny, Fabio uzmysłowił sobie, że kiedy są razem, zapomina o bożym świecie. – „Ja ją chyba kocham?” – pomyślał, ale odrzucił tę myśl natychmiast. Czterdziestolatek zakochany po tygodniu znajomości, nonsens!

***

Sekretarka siedząca przy półokrągłym biurku spojrzała na wiszący na przeciwległej ścianie zegar. Nie cierpiała go. Był to podarek dla dyrektora od jakiejś firmy farmaceutycznej, ale osoba, która go wybrała, nie miała pojęcia o dobrym smaku. Szef, znany z zamiłowanie do pięknych i drogich przedmiotów, nawet nie zamierzał go oglądać. Od razu oddał to straszydło do sekretariatu. Wisiał więc na ścianie, jak niemy wyrzut sumienia – tak bowiem nazywała ten koszmarny zegar  – i wskazywał jej czas. Upewniła się, że jest dwunasta trzydzieści, wyjrzała przez okno, a potem szybko podeszła do ciemnobrązowych ciężkich drzwi z napisem: Dyrektor dr n. med. Mirosław Kieć.

– Panie dyrektorze, pańska żona już przyjechała – powiedziała, uchylając je nieco.

Po chwili drzwi do sekretariatu otworzyły się i stanęła w nich drobna kobieta bez uśmiechu. Mimo swoich sześćdziesięciu lat, nadal mogła wydawać się atrakcyjna. Tlenione blond loki upięła w gustowny kok. Miała na sobie szykowny, świetnie dopasowany kostiumik i niewysokie pantofelki na obcasie, na przedramieniu kołysała się droga torebka, marzenie wielu kobiet. Sekretarka aż westchnęła na jej widok. Tego dnia Anna Kieć wyglądała wyjątkowo dobrze. Na powitanie kiwnęła od niechcenia głową i bez słowa weszła do gabinetu męża, zamykając za sobą drzwi. Usiadła w jednym z foteli i spojrzała na stojącego za biurkiem postawnego, szpakowatego mężczyznę.

– Potrzebuję kawy – powiedziała i udała, że ziewa. – Mogę wiedzieć, dlaczego ściągnąłeś mnie tak wcześnie? Zdaje się, że impreza zaczyna się dopiero za godzinę? – spytała.

– Postaraj się zmienić trochę ton. Musimy spotkać się z Zawadzkim i jego narzeczoną.  Chciałbym, żebyś była dla niej bardziej uprzejma, niż ostatnio – mówił spokojnie, ale widać było, że to tylko pozory. Ręka mu drżała, kiedy przekładał jakieś papiery na biurku.

– Dla tej dziennikarki? A cóż ona może? – Wydęła z pogardą usta i poprawiła loki wystudiowanym gestem. – Nie wiem, co ten Zawadzki w niej widzi.

– Gówno mnie to obchodzi. Ważne, żeby był w dobrym humorze – odparł chłodno. – Mamy problem z żoną tego lekarza, który próbował nam się dobrać do skóry rok temu… – zaczął.

– Nie chcę o niczym wiedzieć – przerwała mężowi gwałtownie. – To twoje zmartwienie! I nie używaj przy mnie takich słów – dodała.

– Nie, moja droga – wysyczał, podchodząc i pochylając się nad fotelem. – Oboje siedzimy w tym po uszy. On się skontaktował z tobą, a nie ze mną i to ty przekazałaś maila Zawadzkiemu, pamiętasz? Poza tym, jak ten przekręt z przetargami wyjdzie na jaw, to dobiorą się też do przetargów na budowę przychodni, a potem do tej działki w centrum… – Zawiesił głos i przyglądał się, jak twarz jego żony tężeje. – Ciekawe, skąd masz na to wszystko? – Wskazał na jej torebkę i ubranie – Z pensji? Na SPA i wycieczki też? Korzystasz z tych pieniędzy tak samo jak ja, więc się postaraj!

Gniew odmalował się na starannie umalowanej twarzy kobiety, ale po chwili ustąpił miejsca uprzejmemu uśmiechowi. Może była próżna i wygodnicka, ale nie głupia. Doskonale wiedziała, jak jej mąż „zarabia” pieniądze. Zresztą czasami w tym uczestniczyła, zawsze jednak dyskretnie, „z drugiej linii”.

– Przy mojej pozycji i stanowisku, kontakty z jakimiś podejrzanymi typami są niewskazane! – zaczęła. – Po chwili poprawiła się w fotelu i wyciągnęła do męża wypielęgnowaną dłoń. – Jak sobie życzysz – zamrugała zalotnie rzęsami. – Tylko nie chcę o niczym wiedzieć, nie być w nic zamieszana, rozumiesz?

– Nie musisz spotykać się z żadnymi typami. Chcę tylko, żebyś się zajęła tą dziennikarką. Ja sobie w tym czasie pogadam z naszym wspólnikiem. On jej chyba wszystkiego nie mówi od czasów tamtej afery z artykułem, więc trzymaj ją z dala od nas. – Spojrzał na drzwi, za którymi dał się słyszeć jakiś hałas. – O wilku mowa! – zawołał wesoło na widok sekretarki, która pojawiła się w drzwiach, a za nią drobna czarnowłosa kobieta w towarzystwie postawnego blondyna – Pan Zawadzki we własnej osobie i nasza najpiękniejsza pani redaktor!

Po serdecznym powitaniu Anna Kieć ujęła pod rękę Łucję Żurowską i poprowadziła ją do okna.

– Czy mogłabym zaprosić panią na małą przechadzkę? – spytała słodkim głosem. – Mąż prosił mnie o zajęcie się sprawą zebrania funduszy na doposażenie nowo powstałej części przychodni. Myślałam o jakiejś aukcji, albo może o balu charytatywnym… Ale wie pani, jak to jest. – Westchnęła ciężko – Niełatwo zachęcić zamożnych ludzi do przekazania jakiejś sumy dla potrzebujących. Pani, jako dziennikarka, ma o wiele większe możliwości. Mogłaby pani napisać parę słów o tej inicjatywie…

Łucja spojrzała na kołyszącą się na ręce rozmówczyni torebkę i pokiwała głową.

– O tak, świetnie panią rozumiem – stwierdziła z lekkim sarkazmem, ale pani radna jakby w ogóle nie zwróciła uwagi na jej ton. Tymczasem mężczyźni przeglądali jakieś dokumenty, pochyleni nad ciężkim, drewnianym biurkiem. Łucja miała ochotę sprawdzić, co też ciekawego dyrektor wymyślił tym razem, ale uznała, że jej zainteresowanie mogłoby się wydać dziwne, więc tylko poinformowała Radka, że idą obie do nowej części szpitala. Przytaknął jej z roztargnieniem i na powrót zagłębił się w papierach.

Dyrektor Kieć z niepokojem patrzył jak wspólnik uważnie czyta kolejne strony umowy zamiany działek.

– W porządku – powiedział w końcu Zawadzki z szerokim uśmiechem. – Oczywiście, nie muszę dodawać, że przez pierwszych kilka miesięcy masz być zachwycony pomysłem poradni dziecięcej na tej działce. Dopiero po artykule Łucji na temat fatalnej komunikacji w centrum miasta zwrócisz uwagę, że lepiej byłoby zmienić lokalizację na bliższą szpitala. I dopiero wtedy podpiszemy tę umowę. – Wskazał papiery. – Na razie to idzie do sejfu i lepiej żeby się stamtąd nie wydostało – dodał z groźbą w głosie.

                                                                       ***

Po lunchu Katarzyna zaszyła się w sypialni. Potrzebowała spokoju. Myśl, że ona i Fabio mogliby w jakiś sposób spleść swoje plany na przyszłość nie dawała jej spokoju. Rozsądek podpowiadał ostrożność, serce wyrywało jej się z piersi na samo wspomnienie wspólnych chwil. Podniosła z szafki komórkę i zaczęła mechanicznie przeglądać wiadomości. Miała nieodebrane połączenie od Andrzeja i cztery od Karoliny, do tego dwa sms–y z prośbą o kontakt.

– Karola? Przepraszam, że nie oddzwoniłam, ale całkiem zapomniałam o telefonie… – zaczęła bez przekonania, a potem opowiedziała przyjaciółce o rozmowach z Łucją policjantem.

– Jezu! Oni chyba naprawdę coś mają, skoro tak mu się spieszy. – Karolina natychmiast stała się czujna. – A co z twoim Włochem?

– Karola, ja chyba zaangażowałam się bardziej niż chciałam. – Z pewnym trudem przyznała Katarzyna – Właściwie, to rozmawialiśmy o tym, co dalej… – Jej głos brzmiał niepewnie.

– O kurde, Kaśka, to poważna sprawa. – Przyjaciółka zareagowała natychmiast. – A co on na to?

– Też mu chyba zależy… – Szukała odpowiednich słów.

– Ja myślę! – Karolina prychnęła do słuchawki. – Zaproponował ci coś konkretnego? Związek? No, sama nie wiem… Chodzenie? Cholera, nie mam pojęcia jak to nazwać!

– Karola, ja też nie mam pojęcia! – w głosie Katarzyny narastała frustracja. – Myślałam, że to będzie tak na chwilę i rozjedziemy się, każde w swoją stronę… Ale coś się stało i wcale nie jestem pewna, czy chcę jechać w tę swoją stronę… Chociaż dalej myślę, że to nie ma sensu. To po prostu niemożliwe, żebyśmy byli razem. – Myślała, że kiedy to powie, poczuje ulgę, ale tak się nie stało.

– Dlaczego myślisz, że to niemożliwe? – Karolina zadała to najprostsze pytanie, jakie mogło paść, ale jednocześnie najtrudniejsze.

– No, to chyba oczywiste! – Katarzyna zamyśliła się nad odpowiedzią. – Popatrz na nas!

– Wiesz co? – W głosie przyjaciółki zabrzmiała irytacja. – Patrzyłam na was i wiesz, co widziałam? Dwoje zakochanych ludzi. Nie ma znaczenia ile macie lat, ani ile dzieli was kilometrów. Jeśli się kochacie, warto zaryzykować.

– Ja go chyba kocham – wyszeptała. – Ale jakoś nie wierzę, że Fabrizio De Luca mógłby zakochać się we mnie…

– Ale dlaczego nie? – Upierała się Karolina. – Wybrał cię… Oczywiście, to poważna decyzja, ale on ma czterdzieści lat i jest wolny. To nie jest skok bez spadochronu z lecącego samolotu. Ty ryzykujesz więcej.

Katarzyna zastanawiała się przez chwilę nad słowami przyjaciółki. Ona mogła mieć trochę racji. Choć ta znajomość trwała krótko, ale skoro ona była gotowa zaryzykować dla niego wszystko, dlaczego on nie mógłby zrobić tego samego? W końcu to ona musiałaby się przeprowadzić, szukać pracy… Boże, to jednak mogło się udać!

– Kaśka, jesteś tam?

– Jestem, jestem… – A gdzie niby miałaby być? – I tak muszę wrócić, żeby spotkać się z Łucją. Powiedziała wam, skąd ma informacje o szpitalu? – spytała.

– Nie, ale to właśnie dobrze, że nie chce powiedzieć, bo to oznacza, że ciebie też będzie chronić, jeśli zostaniesz jej informatorem. Policzyliśmy też pieniądze, oczywiście bardzo ogólnie, ale wyszło nam, że mogli wziąć nawet pół miliona na przetargach sprzętowych…

– Co takiego? – Katarzyna aż usiadła – Ty chyba żartujesz!

– Nie, nie żartuję. Nie zapominaj, że zamówiliście wtedy wyposażenie do nowej sali operacyjnej, drugi rezonans, tomograf dla radioterapii – wyliczała. – Samych telewizorów do gabinetów lekarskich chyba z osiem, a każdy z ekranem na pięćdziesiąt cali…

– Jak żyję, nie widziałam w lekarskim pięćdziesięciocalowego telewizora! Skąd ty masz takie informacje?

– Kaśka, gdzie ty żyjesz? Telewizory przyjeżdżają do szpitala tylko na kontrole, potem wracają na salony. – Karolina znowu prychnęła i Katarzyna mogłaby przysiąc, że przewróciła oczami. – Nie zdziwiłabym się, gdyby któryś z nich stał u twojego szefa albo u dyrektora.

– A’propos dyrektora, wiem do kogo Robert wysłał maila ze swojej tajnej skrzynki. Nigdy byś nie zgadła. – Odczekała chwilę dla lepszego efektu – Do jego żony!

– Do tej radnej? – Karolina zaniemówiła na moment. – Ale dlaczego do właśnie do niej?

– Pojęcia nie mam! Może dowiem się czegoś od naszej pani redaktor? – Zamyśliła się. – No dobra, muszę kończyć.

– Kaśka. – Przyjaciółka zniżyła głos. – Cokolwiek zrobisz, myśl głową. Wiem, że jesteś w stanie euforycznym, ale pamiętaj, co przeżyłaś. Nie chcę znów patrzeć jak cierpisz, OK.?

– Też cię kocham! – powiedziała szybko i rozłączyła się. Traktowała Karolinę jak siostrę.

Fabio kończył właśnie omawiać z Laurą i Stefano plany na najbliższy tydzień. Wyjazd do Barcelony dopięli właściwie na ostatni guzik. Słuchał z roztargnieniem planu spotkań z kontrahentami, kiedy zza ściany dobiegły go odgłosy rozmowy dwóch kobiet. Nadstawił ucha. Po chwili rozpoznał charakterystyczny śmiech Andrei, kruszarkę do lodu… przygotowywała drinka. Spojrzał na zegarek. Siedzieli przy komputerze od dobrej godziny.

– Nam też należy się coś do picia – powiedział wstając i wtedy zobaczył Caterinę, idącą zewnętrznym pokładem. Szła wzdłuż okien, niosąc w dłoni wysoką szklankę z pomarańczowym płynem, ubrana w kostium, który kupili w Dubrowniku. Lekki woal narzutki nie osłaniał zbyt mocno szczupłej sylwetki, podkreślonej połyskującym materiałem. Okna wykonano ze szkła weneckiego, nie mogła więc ich zobaczyć, sama stanowiąc doskonały obiekt do obserwacji. Niespiesznie podeszła do schodków i ruszyła w górę, przytrzymując się barierki. Miała bose stopy, tylko na kostce połyskiwał cieniutki łańcuszek. Fabio odruchowo sięgnął do nadgarstka, dotykając paska czarnej skóry. – Na dzisiaj chyba wystarczy – zwrócił się do Laury, która przyglądała mu się z lekkim zdziwieniem z ekranu komputera. – Dziękuję ci. Stefano ustali resztę – dodał, wstając.

Kiedy dotarł na górny pokład zobaczył Caterinę odpoczywającą na leżaku. Wyciągnęła się na brzuchu z głową złożoną na skrzyżowanych przedramionach, kołysała zgiętymi w kolanach nogami, połyskując od czasu do czasu łańcuszkiem na kostce. Usłyszała go, ale nie otworzyła oczu tylko uśmiechnęła się kącikiem ust. Zdjął przez głowę własną koszulkę i rzucił niedbale na deski.

– Opalasz się? – spytał, czując jak ślina napływa mu do ust.

– Próbuję – odparła i wysunęła przed siebie ręce w poszukiwaniu szklanki. Uniosła się na łokciu i upiła mały łyk. – Przyłączysz się? – zaproponowała, zerkając na Fabia.

– Mam lepszy pomysł, ale musisz być cicho – powiedział podchodząc bliżej. – Odwróć się – dodał. Zsunął spodnie i został w samych bokserkach.

– Chociaż, może lepiej zostań jak jesteś, bo wiesz, jak na mnie działasz…

Odwróciła się jednak powoli, wpatrując w orzechowe oczy, ręce ułożyła wzdłuż ciała. Mężczyzna śledził jej ruch z uwagą.

– Obiecuję, że będę cicho – powiedziała miękko, zerkając wymownie na jego spodenki. W odpowiedzi zsunął j ramiączka kostiumu dziewczyny i pociągnął cały w dół, odsłaniając brzuch. Położył na nim dłoń i przysunął twarz do lewej piersi. Nie dotknął jej, ale dmuchał na brodawkę, która natychmiast zareagowała. Katarzyna chciała zakryć się dłonią.

– Aaa! – Pogroził jej palcem. – Zostań tak. – Znów zbliżył usta do piersi. Śledziła go spod rzęs. Miała w brzuchu rój oszalałych motyli. Koniuszek języka zatoczył krąg wokół brodawki i jęknęła. – Obiecałaś być cicho! – przypomniał niskim, lekko ochrypłym głosem. Co on sobie wyobrażał? Poczuła kolejne liźnięcie i zacisnęła zęby. Potem było jeszcze gorzej. Lizał i skubał wargami piersi dziewczyny, a ona z całych sił starała się nie wydać z siebie żadnego dźwięku, poza ledwo słyszalnymi westchnieniami. Wreszcie, kiedy zacisnął zęby na obrzmiałej brodawce, nie wytrzymała i jęknęła ponownie. – Jeśli nie będziesz cicho, przestanę – zagroził. Spojrzała na jego bokserki, ciasno opinające podłużny kształt, przybierający coraz większy rozmiar. Za nic nie chciała, żeby przestał. Dłoń leżąca do tej pory w okolicy pępka, sunęła w dół, do złączenia ud.

– Rozsuń nogi – poprosił.

– A jeśli ktoś przyjdzie? – wyszeptała i spojrzała na mężczyznę zamglonym wzrokiem.

– Nie przyjdzie.

– Ale ktoś z zewnątrz może zobaczyć… – Jeszcze próbowała się opierać.

W odpowiedzi wstał i podszedł do małej tablicy z przyciskami. Po chwili nad leżankami rozłożył się materiałowy dach na metalowym stelażu. Tworzył on coś w rodzaju baldachimu. Fabio odpiął rzepy przytrzymujące boczne zasłony i po krótkiej chwili znaleźli się oboje w namiocie z poruszanymi przez wiatr płóciennymi ścianami. Ukląkł u stóp leżanki, ściągnął Katarzynę na brzeg materaca i rozsunął jej nogi.

– Ręce zostaw tam, gdzie są – polecił, widząc, że próbuje zmienić pozycję. – Ty bądź cicho, a ja będę mówił, dobrze? – spytał, a gdy kiwnęła głową, schylił się i pocałował ją tuż obok pępka. – Zobaczmy, co się tu dzieje? – poczuła chłodną dłoń, na okrytej tylko cienkim materiałem szparce. – Cateri’, jesteś mokra! – stwierdził z udawanym zaskoczeniem.

„Doskonale o tym wiedziałeś” – pomyślała.

Palce Fabia gładziły nasiąkający wilgocią kostium. Zadrżała, kiedy odsunął materiał na bok i rozsunął jej nogi jeszcze szerzej.

– Jak już mówiłem rano, wszystko masz piękne – powiedział powoli, nie odrywając wzroku od opalonych ud. – Kiedy tu patrzę, mam taką ochotę cię dotykać, całować, lizać, gryźć… – wypowiadał kolejne słowa wolno, zmysłowo, z namaszczeniem. Czuła, jak motyle z jej brzucha zniżają lot i zaczynają zataczać coraz szybsze kręgi wokół pulsującej łechtaczki. Zamknęła oczy i skupiła się na słowach, które wypowiadał. – Gdzie skończyłem? – Dwa silne kciuki rozsunęły delikatnie obrzmiałe wargi sromowe, pozwalając chłodnemu powiewowi pieścić przedsionek waginy. Odruchowo spróbowała zamknąć uda, ale na próżno. – Mówiłem o dotykaniu. – Głos Fabia brzmiał nisko i chropowato – Pragnę Cię dotknąć, pragnę tego tak bardzo… Ale chcę, żebyś ty też chciała. Chcę, żebyś mi ufała… – Kciuki zagłębiły się nieznacznie i zaczęły uciskać rytmicznie ścianki pochwy, wprawiając Caterinę w drżenie. Fabio mówił dalej, a jego słowa z trudem przebijały się do świadomości odurzonej dziewczyny. – Nie robiłem tego bez zabezpieczenia od jedenastu lat i badam się regularnie, więc jestem zdrowy. Ty jesteś lekarzem i też się badasz, więc wiesz, czy mogę ci zaufać. Mogę?

„O Boże, Fabio, czego ty chcesz?” – myślała półprzytomnie. Utkwiła w nim pytające spojrzenie.

– Chciałbym to zrobić w ten sposób. – Popatrzył w dół, a gdy podążyła za jego spojrzeniem, ujrzała nabrzmiały pokryty żyłami członek, wycelowany wprost w jej ociekającą sokami szparkę. – Nie do samego końca. – Uprzedził pytanie. Poczuła, jak wsuwa w nią kciuk, aż po nasadę i wyprężyła się, wychodząc mu naprzeciw. Drugą ręką sięgnął do leżących spodni i po chwili położył na materacu małą srebrną paczuszkę.

Katarzynie zakręciło się w głowie. Pragnęła tego, tak samo jak Fabio, może nawet bardziej niż on, pragnęła tak bardzo, że aż ją to przerażało. – „Do okresu dwa dni” – przemknęło jej przez myśl. – „Zrób to, zrób to, na litość boską!” – Cała się trzęsła pod jego palącym spojrzeniem. Kciuk poruszał się w jej wnętrzu, napierając coraz silniej. Popatrzyła na lśniącą główkę z otworem w kształcie łezki i podjęła decyzję.

Farlo! (Zrób to!) – wydyszała z desperacją.

Fabio ściągnął z Cateriny kostium i po chwili poczuła jego napór. To było jak objawienie. Wydawało jej się, że czuje każdą żyłkę, kiedy przesuwał się w niej powoli, rozkoszując się nowym doznaniem. Uniosła głowę i patrzyła zafascynowana, jak wchodzi. Zauważyła, że oboje obserwują to samo. Usta Fabia ułożyły się jakby w wyrazie zdziwienia. Wysunął się równie powoli, a potem wszedł zdecydowanym ruchem, aż po nasadę. Z gardła mężczyzny wydobył się chrapliwy jęk.

– Ufff! – Katarzyna stęknęła w odpowiedzi.

Doznanie było tak silne, że Fabio aż zaniemówił. Świadomość absolutnej bliskości, bez dzielącej ich bariery sprawiła, że krew się w nim gotowała. Skupił się na wrażeniach, których dostarczała mu Caterina. Sama zgoda kochanki, zaufanie, jakim go obdarzyła, wprawiły mężczyznę w euforię. Patrzył z zachwytem jak opina się wokół jego lśniącego od wilgoci wzwodu. Był twardy jak skała, a ona ciasna, ale miękka i śliska, poddająca się łagodnie, kiedy w nią wchodził. Jądra uderzały za każdym razem o napięte krocze, dostarczając dodatkowej podniety. – „Ciężko będzie” – pomyślał, starając się zapanować nad sobą.

– Ale piękny… – słowa Cateriny spadły na Fabia jak cios poniżej pasa. Jądra gwałtownym skurczem przycisnęły mu się do ciała i zdał sobie sprawę, że w każdej chwili może eksplodować. Wycofał się szybko, obrzmiały członek wyskoczył na zewnątrz z głośnym plaśnięciem. Sięgnął po prezerwatywę, ale wtedy dziewczyna zrobiła coś, czego się absolutnie nie spodziewał. Usiadła i położyła dłonie na męskich pośladkach, przyciskając sterczący w górę potężny maszt do swojej gorącej szparki. Spojrzała kochankowi głęboko w oczy.

– Zaufaj mi – wyszeptała drżącymi z podniecenia wargami.

Fabio zawahał się. Przed chwilą zaufali sobie oboje, ale to dotyczyło czegoś zupełnie innego. Czy mógł zaufać jeszcze bardziej? Caterina wpatrywała się w niego intensywnie.

– Jeśli wolisz tego użyć, to w porządku, ale nie musisz. Nic się nie stanie, zaufaj mi – powtórzyła. Jej palce delikatnie wpiły się w twarde mięśnie i przyciągały go… Wypuścił powietrze z głośnym świstem i przymknął powieki. Nawet nie marzył o tym, by dojść w ten sposób, do końca, a teraz ona go o to prosiła… Chciał jej zaufać.

„Niech diabli wezmą rozsądek!” – pomyślał. Od początku wcale się nim nie kierował! – Na pewno? – wychrypiał.

– Na pewno. – Już wiedziała, że podjął decyzję. Posunęła się w górę leżanki i uniosła nogi, otwierając się na powitanie kochanka. Wszedł w nią śmiało, przygważdżając do materaca. Wypchnęła z płuc powietrze z głośnym westchnieniem. Był naprawdę duży. Potężne pchnięcia zapierały dech, ale nie miała zamiaru odpuścić. Rój motyli, który czuła jeszcze w trakcie ich krótkiej wymiany zdań, zmienił się w wir, wciągający i powoli odrywający od rzeczywistości. Fabio pracował coraz wolniej, ale za to kończył każde pchnięcie chrapliwym stęknięciem, co mogło oznaczać tylko jedno, że oboje zbliżali się do finału. Ostatkiem sił uniosła powieki i spojrzała na pochyloną nad sobą twarz. Półprzymknięte powieki…, zaciśnięte z wysiłku szczęki…, grymas…

– Ooooo! – Wygięła się w łuk i nie widziała już niczego. Wszystko wokół wirowało. Poczuła mocne pchnięcie, znajome pulsowanie, a po chwili jakby lekkie uderzenie gdzieś w środku… Kąciki ust Katarzyny uniosły się w błogim uśmiechu, gdy dotarł do niej gardłowy jęk mężczyzny. Po chwili oparł na ramieniu dziewczyny wilgotne czoło, ciężko dysząc.

Amore – wyszeptał.

Wciąż czuła w sobie rozpierający wzwód, zaciskała się na nim, pulsowała… Miała wrażenie, że Fabio wlał w nią szczęście, które teraz wypełniało ją od wewnątrz. On leżał między jej szeroko rozchylonymi udami, a ona zapragnęła by pozostał tak na zawsze. Przez prawie dwie godziny wylegiwali się nadzy, przytuleni do siebie, pod płóciennym baldachimem. Katarzyna czuła się przyjemnie zmęczona i rozleniwiona. Mężczyzna gładził delikatnie ramię i bok dziewczyny.

– Naprawdę nie kochałeś się bez zabezpieczenia od tylu lat? – spytała w pewnej chwili.

– Naprawdę – odparł i potarł czoło dłonią.

– A Vanessa? – spytała. – Ma dziesięć lat. – „No tak, potem już zawsze z prezerwatywą” – odpowiedziała sama sobie.

– Nie chciałem komplikacji – powiedział po prostu. – Z Valerią się umówiliśmy. Zawsze pragnąłem mieć dzieci. Zaproponowała, że mi je urodzi.

– Zaproponowała? – Katarzyna spojrzała na niego z odrazą. – A ty się zgodziłeś? To jak transakcja.

– No, nie do końca – powiedział odrobinę zmieszany. – Byliśmy w związku, ale zorientowała się, że to nie będzie nic trwałego, wtedy powiedziała o dziecku. Nie oceniaj jej źle…

– Nie mam zamiaru. – Katarzyna otrząsnęła się z nieprzyjemnego uczucia. – Już raczej ciebie. Chociaż –zastanowiła się. – Straciłeś żonę… To było jakieś rozwiązanie… – Miała ochotę spytać, dlaczego nie chciał czekać na odpowiednią kobietę, ale się powstrzymała. Widocznie zbyt mocno kochał Tizianę, by w ogóle wziąć to pod uwagę. A czy teraz brał pod uwagę ją? Bała się nawet pomyśleć, że mogło być inaczej.

Fabio przyglądał się w zamyśleniu, jak Caterina powoli zakłada kostium, wygładza go na ciele…

– Cateri’ – zaczął. – Płyniemy do Wenecji. Będziemy tam rano…

– Dlaczego? – Na twarzy dziewczyny odmalowało się zdumienie.

– Pomyślałem, że to sprawi ci przyjemność. W końcu, tam się tak naprawdę zaczęła nasza… – zastanowił się chwilę. – Przygoda.

– Och, Fabio – wyszeptała wzruszona i umilkła. Czyżby Karola miała rację? Boże, więc chciał wrócić do magicznego miejsca, żeby powiedzieć jej coś ważnego… A jeśli poprosi, żeby od razu pojechała z nim do Turynu? Przecież umówiła się na sobotę i niedzielę. Poza tym, nie mogła rzucić pracy ot tak…

– Kto pierwszy pod prysznic? – spytał nagle z łobuzerskim uśmiechem i udał, że zrywa się do biegu.

                                                                       ***

Pietro wzniósł się na wyżyny, jak to określiła Katarzyna, gdy podał na kolację grillowane warzywa z olejem truflowym, spaghetti z małżami i ogromny półmisek smażonych w głębokim oleju krewetek, kalmarów oraz niewielkich rybek. Drobne ziemniaczki opieczone na złocisty kolor aż prosiły by je schrupać, a soczyste połówki pomidorów i paski mięsistej papryki, posypane świeżą bazylią pachniały tak, że po prostu nie dało się im oprzeć.

– Czy mogłabyś choć w przybliżeniu określić, kiedy przyjedziesz? – spytał Fabio, patrząc jak Katarzyna pracowicie rozłupuje ogon dorodnej krewetki. – Chciałbym poukładać sobie plan pracy, tak, żebyśmy mogli spędzić ze sobą jak najwięcej czasu. Jesień i wiosna to najgorętszy okres w handlu nieruchomościami…

– Zaraz po powrocie wyślę podanie do profesora – odparła, unosząc głowę. – Oto ona! – Z triumfalną miną wyciągnęła kawałek delikatnego białego mięsa. – Chcesz? – spytała z uśmiechem.

– Caterina, bądź przez chwilę poważna. – Pokręcił głową. Nie miał pojęcia, że jego pomysł z wcześniejszym powrotem do Wenecji wprawi ją w taką euforię. – Mówiłaś, że twój ordynator może robić trudności…

– No tak, ale dam mu wymówienie… – Wzruszyła ramionami i nagle umilkła. Powinna poczekać, aż on wykona pierwszy krok. Za późno ugryzła się w język.

–  Zdecydowałaś się? – Zaskoczyła go. Więc jednak! Mogliby się częściej spotykać, później po stażu w klinice… Zrobiła to, żeby się z nim widywać, na pewno tak. A już się bał, że nie podejmie takiego ryzyka, że będzie chciała gwarancji, której nie mógł jej dać. – To fantastycznie! – Podniósł dłoń Cateriny do ust.

– Zostaw, jest cała w rybach! – Broniła się ze śmiechem.

– Uwielbiam je takie. – Oblizał szczupłe palce i zacisnął na nich zęby, wpatrując się w roześmiane oczy koloru wody. Nagle spoważniał. – Jesteś pewna? – spytał. – To poważna decyzja.

– Jestem pewna – odpowiedziała z przekonaniem. – Muszę tylko załatwić dwa spotkania i oddać dokumenty. Przekażę je Łucji, dzięki temu będę miała pewność, że nie zamkną ich w jakimś sejfie. Potem mogę wrócić do ciebie…

– Cateri’, jesteś niesamowita! Nie sądziłem, że się zdecydujesz, naprawdę… – Miał taką ochotę pocałować roześmiane usta.

– Nie sądziłeś? – Spojrzała na niego ze zdziwieniem.

– A powinienem? – Teraz Fabio przyglądał się badawczo dziewczynie. Czyżby czegoś nie zrozumiał? Podjęła decyzję, o którą nie miał prawa prosić, więc musiała mieć powód. On był powodem, to oczywiste… Spojrzał w rozszerzone zdumieniem oczy Cateriny i nagle dotarło do niego, dlaczego chciała się przeprowadzić.

– Posłuchaj – zaczął najdelikatniej, jak potrafił. – Nie mogę ci niczego obiecać. Nie chcę zawieść twojego zaufania… – Nie był gotowy na taki związek, jakiego ona chciała. To prawda, że jej pragnął, że było im wspaniale w łóżku, że mógłby z nią rozmawiać godzinami, ale… Nie, tego nie brał pod uwagę. Związek, nawet na dłuższy czas, tak, ale bez ostatecznych zobowiązań.

– Fabio, nie oczekuję od ciebie deklaracji – powiedziała niezwykle spokojnym tonem. – „Kłamiesz, kłamiesz, kłamiesz!” – Miała wrażenie, że ta myśl jest tak głośna, że on ją usłyszy. Wzięła serwetkę i zaczęła wycierać dłonie, aby ukryć ich drżenie. – „Boże, niech coś się stanie, tak żebym nie musiała na niego teraz patrzeć” – błagała w myślach.

– To dobrze. – Wciąż jej się przyglądał. – Wydawało mi się, że jest inaczej…

– Pomyliłeś się. – Czuła, jakby to mówił ktoś inny, a ona siedziała z boku i obserwowała scenę między dwojgiem kochanków, którzy dążą do nieuchronnego końca.

– Caterina, zależy mi na tobie bardziej, niż myślisz. – Miał dziwne poczucie, że ją skrzywdził, chociaż wcale tego nie zamierzał. – To, że nie chcę składać obietnic, nie oznacza, że nie pragnę się z tobą spotykać. Chcę i to bardzo, ale… – Szukał odpowiednich słów. – Ja chyba nie jestem gotów na…

– Nic się nie stało – powiedziała spokojnie i sama się zdziwiła, że przyszło jej to tak łatwo. Już drugi raz tego dnia zawrócił ją z głębiny, w którą chciała zanurkować. – „Drugi raz ocaliłeś mnie od katastrofy” – pomyślała. – „Powinnam płakać, a nie płaczę” – stwierdziła zaskoczona. Odłożyła serwetkę – Naprawdę, nic się nie stało – powtórzyła.

Tego wieczoru nie przełknęła już ani kęsa. Rozmawiali jakby nigdy nic, ale Fabio czuł, że między nimi pojawił się niewidzialny mur. Z desperacją próbował kilka razy podjąć temat ich wspólnej przyszłości, ale Caterina natychmiast się w wycofywała. Jednocześnie zauważył, że mimo, iż starała się żartować i uśmiechać, jaj oczy przepełniał smutek. Było nawet gorzej, niż na początku ich znajomości, bo Fabio wiedział, jaką potrafiła okazywać radość i beztroskę, gdy czuła się szczęśliwa. Po kolacji Katarzyna oznajmiła, że musi się spakować przed zejściem na ląd, bo nie chce tracić ani chwili z ich ostatniego wspólnego dnia. To stwierdzenie trochę go uspokoiło, ale i tak czuł się okropnie. Wciąż zadawał sobie pytanie, jak do tego doszło? Ruszył do barku i nalał whisky. Ze zdziwieniem zauważył, że to ta sama marka, którą pił w Wenecji. Wspomniał ich pierwszą wspólną noc, a potem kolejne… Wszystko układało się inaczej niż zwykle, Caterina była inna niż kobiety, z którymi sypiał, a i on nie poznawał sam siebie. Wiele razy mówił i robił rzeczy, których nie powinien, jeśli nie planował jej zatrzymać. Ale przecież nie chciał rezygnować z Cateriny, musiał tylko ustalić zasady. Po śmierci Tiziany postanowił, że żadnej kobiecie nie pozwoli się już tak skrzywdzić, bo żadna nie będzie do niego w ten sposób „należała”. Bez zobowiązań, to podstawa! Przypomniał sobie Angelo i reakcję dziewczyny. No dobrze, teraz osadziła tego dupka, ale za pół roku? Za rok? Dopił resztę alkoholu i odstawił szklankę. Musi jej to wyjaśnić. Ona musi to zrozumieć! Ruszył do sypialni, po chwili zawrócił. Nalał sobie kolejną szklaneczkę, a potem jeszcze jedną…

Kiedy Fabio wszedł do kabiny, oświetlonej tylko małą lampką, Katarzyna leżała skulona pod kołdrą. Usiadł obok i odgarnął kosmyk włosów z ciepłego policzka. Odetchnęła głęboko, udając, że śpi. Wstał z ciężkim westchnieniem i po kilku minutach wsunął się do łóżka za plecami dziewczyny. Przygarnął ją do siebie. Mimo wszystko, nie potrafiła go odtrącić. Rozluźniła mięśnie i pozwoliła się przytulić. Leżała bez ruchu, póki nie usłyszała miarowego oddechu. Popełniła straszny błąd, sądząc, że on pragnie stałego związku. Mogła wprawdzie nadal się z nim spotykać, licząc na zmianę jego podejścia do życia, ale rozsądek podpowiadał, że będzie to z góry przegrana batalia. Zakochała się w nieodpowiednim mężczyźnie i teraz ponosiła tego konsekwencje. Jedynym rozsądnym wyjściem był natychmiastowy wyjazd. Szczęśliwie udało się zmienić rezerwację lotu.

Rozdział 13 (Piątek)

Katarzyna obudziła się gwałtownie, nie wiedząc w pierwszej chwili dlaczego. W sypialni panował jeszcze mrok. Fabio spał spokojnie obok niej. Dotknęła dłonią jego ramienia, jakby chciała sprawdzić, czy jest realny. Poruszył się i odetchnął głębiej. Wtuliła się w ciało ukochanego ale nie mogła zasnąć. – „To ostatni raz, kiedy mogę poczuć cię tak blisko” – pomyślała z żalem. Był z pewnością mężczyzną wartym zachodu, ale czy także ryzyka? Jeszcze poprzedniego dnia czuła pewność, że tak. Teraz wszystko się zmieniło. Ukryła twarz w dłoniach i zapłakała. Nie tak wyobrażała sobie ich ostatni wspólny dzień, ich ostatnią noc. – „Na co liczyłaś, głupia?” – zadała sobie w myślach pytanie. Wiedziała, że spotykał się z kobietami i wiedziała, że żadna nie zagrzała miejsca u jego boku. Dobrze, że uświadomiła sobie tę prawdę już teraz, choć nie poprawiło to jej samopoczucia. A gdyby rzuciła wszystko i przyjęła propozycję? Zakochałaby się w nim bez pamięci, a on po miesiącu czy dwóch powiedziałby: Mi dispiace, e finta! (Przykro mi, to koniec!). Co wtedy? Można żyć ze złamaną nogą, czy ręką, ale ze złamanym sercem?

– Boże, dlaczego mi to robisz? – jęknęła bezgłośnie – Odebrałeś mi dwóch mężczyzn, których kochałam. Teraz, dałeś mi nadzieję na szczęście i natychmiast ją odbierasz? – Popatrzyła w blednące gwiazdy, widoczne za podłużnym oknem. – „Oddaj mi go” – poprosiła w myślach. Poczuła się, jak mała dziewczynka, bezbronna wobec bezdusznego świata rządzącego się zasadami, których nie rozumiała.

                                                                       ***

Kiedy Fabio otworzył oczy, w sypialni było już widno, a on leżał sam w ogromnym łóżku. Usiadł i poczuł, że jacht się kiwa. Spojrzał za okno. Stali w miejscu. Kołysał się tylko on sam. No tak, przypomniał sobie wczorajszy wieczór i do problemów z równowagą dołączył ból głowy. Wstał i powlókł się do łazienki. Zauważył, że zniknęły wszystkie kosmetyki Cateriny. Poczuł się dziwnie, jakby czegoś mu brakowało.

– Mam kaca – mruknął i spojrzał w lustro. Poza ponurą miną, nie zauważył niczego niezwykłego. Dłużej niż zwykle stał pod strumieniem chłodnej wody. Wytarł się szybko i ruszył do szafy. Sukienek również nie było. – „No tak, miała się spakować” – pomyślał, ale walizek także nie dostrzegł. Ogarnął go dziwny niepokój. Spojrzał na zegarek, dochodziła dziewiąta. Wybiegł na korytarz, dopinając po drodze koszulę.

– Dzień dobry. – Caterina siedziała w jadalni. Uniosła głowę na widok mężczyzny. – Nie chciałam cię budzić.

Mocno spałeś… – Głos miała miękki i cichy. Patrzyła na niego smutnymi oczami. – Musimy porozmawiać…

– W hotelu, błagam – powiedział przez ściśnięte gardło i usiadł obok niej. Na widok kawy zrobiło mu się słabo. – Za chwilę pęknie mi głowa…

– Przykro mi, ale nie mamy tyle czasu – odparła spokojnie. – Nie jadę z tobą do hotelu, Fabio. Za trzy godziny odlatuje mój samolot.

– Co ty mówisz? – Słowa docierały jakby z opóźnieniem. – Samolot masz jutro…

– Nie, Fabio. – Pogładziła z czułością jego szorstki policzek. – Musimy pożegnać się teraz. – Dwie ogromne łzy zalśniły w oczach dziewczyny i potoczyły się po policzkach. – Wyjeżdżam… – Głos uwiązł jej w gardle.

– Ale ja nie chcę… – Nie wiedział, co powiedzieć. Nagle dotarło do niego, że już zdecydowała. – Caterina, ty nie rozumiesz…

– Mylisz się. Wiem, że to przez twoją żonę – wyszeptała. – Wszystko rozumiem…

– Daj mi to przemyśleć… – W głosie Fabia brzmiała desperacja.

– Kochany, ja nie chcę wymuszonych obietnic. Nie zbudujemy na tym szczęścia… – Głos dziewczyny się załamał. Wstała i szybko pocałowała Fabia w usta, a potem podbiegła do schodów. Zerwał się z miejsca i ruszył za nią. – Odwiozę cię! – zawołał.

– Nie! – rzuciła już ze schodów. – Nie!

Patrzył bezsilnie, jak Caterina schodzi po trapie do czekającej taksówki. Tuż za nią szedł Antonio, niosąc walizki. Poczuł na ramieniu dłoń i odwrócił się. Stefano przyglądał się przyjacielowi z powagą.

– Nic nie zrobisz? – spytał.

– A co takiego mogę zrobić? Nie chciała nawet żebym ją odwiózł – wycedził przez zaciśnięte szczęki.

– W takim razie ja pojadę. – Głos Stefano zabrzmiał głucho. Ruszył w kierunku schodów. – Antonio, zatrzymaj na chwilę taksówkę – rzucił do krótkofalówki i przyspieszył kroku.

– Dziękuję – wyszeptał Fabio, choć wiedział, że przyjaciel nie może go słyszeć.

                                                                       ***

– Przed czym uciekasz, Caterina? – Stefano wciąż trzymał ją za rękę, nie pozwalając odejść.

– Uciekam? Skąd ci to przyszło do głowy? – Spojrzała na ochroniarza, z trudem hamując łzy. W jego oczach zobaczyła upór. Nie miał zamiaru dać się zbyć byle czym. – Dobrze – powiedziała, przełykając z trudem ślinę. – Powiem ci przed czym uciekam. Kiedy straciłam męża myślałam, że to się już nigdy nie stanie! Ale stało się. Zakochałam się i nie wiem, jak mam dalej żyć. Nie chciałam tego, ale serce nie pyta! Nie pyta też, czy osoba którą kochasz, kocha ciebie…

– Caterina! – Stefano chwycił drugą dłoń dziewczyny i pociągnął do siebie tak, że stali twarzą w twarz. Spojrzał w jej oczy pełne łez – On cię kocha! Wiem to. Możecie być razem…

– Nie! – szarpnęła się, ale nie ustąpił.

– Dlaczego nie chcesz dopuścić do siebie tej myśli? Dlaczego krzywdzisz was oboje? – Stefano ściskał ręce Katarzyny jak desperat – Jesteście dla siebie stworzeni…

– Słuchaj. – Głos jej drżał. – Przeszłam dość, żeby już nigdy nie podnieść się z kolan. Ale jednak się podniosłam. Nie wiem dlaczego Bóg postanowił, że nie da mi spokoju. Nic na to nie poradzę. Ale ty mnie zostaw, bo za chwilę zacznę wołać o pomoc. – Odetchnęła głęboko i otarła łzy wierzchem dłoni. – Nie jestem naiwna. Nie można być ze sobą trochę, tak jak nie można kochać trochę. To nie wyjdzie, a ja nie wytrzymam rozstania, rozumiesz?

– Proszę cię – wyszeptał błagalnie. – Wiesz, że Fabio jest dla mnie jak brat. Wyjaśnij mi, dlaczego? Ja znam go najlepiej. Stałem przy nim, kiedy był szczęśliwy oraz wtedy, gdy tkwił na dnie rozpaczy. Potrafię rozpoznać…

– Stefano – przerwała mu. – Nie przeczę, że był ze mną szczęśliwy, ale nie możemy zostać razem. – Wysunęła dłonie z jego rąk i rozmasowała zbielałe od ucisku kostki. – Wiem, jak ci na nim zależy, dlatego powiem… Uwierz mi, że odczuwam ból, kiedy o tym myślę. – Przycisnęła pięść do mostka. – Po tych wszystkich latach, dla niego nadal liczy się tylko Tiziana. On się nie zwiąże z nikim… – Z najwyższym trudem pokonała ucisk, który czuła w gardle.

Stefano stał jak oniemiały, kiedy odwróciła się na pięcie i podeszła do urzędnika przy najbliższym okienku.

– Miłej podróży – krzyknął za nią z desperacją. Spojrzała na niego z dezaprobatą. Równie dobrze mógłby jej życzyć miłej wizyty u dentysty. Nie odpowiadając, przeszła przez wąski korytarzyk między przeszklonymi stanowiskami odprawy i po chwili zniknęła mu z oczu.

***

Gdyby odeszła z pracy i przyjechała do kliniki, mogłaby zostać na tak długo, jak długo by zechciała. Mogłaby zamieszkać u niego, byliby razem, poznałby ją z Alessią… Fabio odruchowo zacisnął dłoń na lśniącej poręczy. Spojrzał w morską toń, jakby patrzył w oczy Cateriny. Miał ochotę powiedzieć, jak bardzo jej potrzebuje, jak mu dobrze, kiedy zaraz po przebudzeniu słyszy jej oddech, jak uwielbia leżeć wieczorem i czekać aż przyjdzie do niego prosto spod prysznica, owinięta ręcznikiem… Jak to się stało, że polubił to wszystko w ciągu tych kilku dni tak bardzo, że już mu tego brakowało? Powlókł się z powrotem do sypialni. Przez otwarte drzwi zobaczył Concettę zmieniającą pościel. Na jego widok zostawiła wszystko i wyszła bez słowa ze spuszczoną głową. Dlaczego miał wrażenie, że dostrzegł w jej spojrzeniu wyrzut? Odszukał poduszkę Cateriny i wtulił w nią twarz. Wdychał zapach, który na niej pozostał. Nigdy nie było mu tak ciężko po odejściu kobiety. Nigdy, od śmierci Tiziany…

***

Katarzyna otworzyła oczy i zorientowała się, że zasnęła w samolocie. Musiała odczuwać zmęczenie, ale dlaczego teraz się obudziła? Aha, miała sen. Widziała, jak Robert wpada pod samochód. Chciała go ostrzec ale  była za daleko, chciała krzyknąć, żeby się zatrzymał, ale szyba jej to uniemożliwiła. Szyba? Siedziała w samochodzie? Nie, w jakiejś restauracji, a raczej w barze… Ale potem podbiegła do niego. Rozmawiała z nim. Boże, we śnie on nie zginął! Coś mówił, tylko co? Zakryła oczy dłońmi i spróbowała się skoncentrować. – „Zostaw to w spokoju! Ty znasz się na leczeniu ludzi, a nie na łapaniu przestępców.” – Tak powiedział. Zaraz, przecież to słowa Fabio, a nie Roberta. Wróciła pamięcią do snu. Co było dalej? On ściskał jej rękę, aż zaczęła boleć. Dotknęła lewej dłoni. Czuła w niej zimno i jakieś odrętwienie. Musiała zasnąć w niewygodnej pozycji, stąd ten ból. – „Dlaczego mam to zostawić?” – zastanawiała się. – „Skoro mi się to przyśniło, to widocznie podświadomie o tym myślę” – wytłumaczyła sobie. To tylko głupi sen, nic nie znaczący. Przecież nie widziała wypadku, znała go tylko z policyjnego opisu. Wszystko mogło wyglądać zupełnie inaczej, samochód, droga, bar… Powieki jej opadały… Bar już widziała, zanim się jej przyśnił, miał takie fikuśne żyrandole… Otworzyła szeroko oczy. Sen uleciał bezpowrotnie. Znała ten bar, mieścił się naprzeciw siłowni, w której ćwiczył Robert. Przechodziła obok dziesiątki razy, ale weszła tam tylko raz, na samym początku. Dlaczego wcześniej nie skojarzyła tych lamp? To tam zrobił zdjęcie Łucji, a więc spotykali się w tym barze, na uboczu. Mogli spokojnie porozmawiać, przekazywać sobie informacje…

Głos pilota informujący, że za chwilę będą podchodzić do lądowania, wyrwał Katarzynę z zamyślenia. Wyjęła z torebki lusterko i przyjrzała się podpuchniętym oczom. Gdyby miała przy sobie jakieś krople… Ciekawe, czy Fabio doszedł już do siebie? Wypił chyba z pół butelki whisky i rano wyglądał naprawdę kiepsko. – „Co cię to obchodzi?” – zganiła się w myślach. – „Spadnie na cztery łapy, jak kot. Jak zawsze” – zaskrzeczała jej w głowie nieprzyjemna myśl. Szybko odwróciła się do okna i zaczęła śledzić ruch na przybliżającym się z każdą chwilą lotnisku. Kiedy wreszcie wylądowali, włączyła komórkę i wysłała sms–y do Karoliny oraz do mamy. Nie miała odwagi sprawdzić, czy on próbował dzwonić, więc wyłączyła telefon i schowała go do torebki. Idąc po bagaż, odniosła wrażenie, że ma „dejavu”. O czym wtedy myślała? Aha, że życie obeszło się z nią z wdziękiem walca drogowego. Mimowolnie się uśmiechnęła. – „Może w poprzednim wcieleniu budowałam drogi?” – zażartowała gorzko w duchu.

Odebranie walizki i dotarcie do samochodu zajęło Katarzynie trochę czasu, ale przecież nigdzie się nie spieszyła. Napisała mamie, że już jest w Warszawie ale jedzie najpierw na cmentarz i może się trochę spóźnić. Kiedy odnalazła grób ojca dochodziła trzecia i zmęczenie dawało się jej we znaki. Usiadła na rozgrzanej słońcem płycie, gładziła kamień z czułością. Długo wpatrywała się w zdjęcie przystojnego mężczyzny, którego tak kochała, a potem zaczęła mówić. Najpierw o tym, jak strasznie czuła się zagubiona po śmierci Roberta i jak straciła wiarę w siebie, a potem jak odzyskała ją przy Fabio i jak teraz było jej ciężko. Mówiła i mówiła, aż nie potrafiła już znaleźć słów. Chwilami płakała albo śmiała się ze swoich lęków, a potem znów szlochała nad swoim losem. Nagle za plecami usłyszała szelest i zobaczyła zbliżającą się matkę.

– Dziecko! – zawołała na jej widok na wpół z radością, na wpół z gniewem. – Czy ty wiesz, która godzina? Od zmysłów odchodzę… – Umilkła na widok zapłakanej twarzy córki.

Katarzyna spojrzała na zegarek.

– Jezu, już siódma! Przepraszam. – Spojrzała w zatroskane oczy mamy. – Nie zdawałam sobie sprawy…

– Karolina dzwoniła do mnie chyba ze sto razy! – Głos kobiety drżał. – Co się stało?

Początkowo Katarzyna nie miała zamiaru wtajemniczać mamy w swoje sprawy, ale po dłuższym namyśle zmieniła zdanie. Z drugiej strony, raz już wszystko powiedziała. Teraz powinno pójść łatwiej.

– Mamo – zaczęła, kiedy doszły do samochodu. – Spotkałam mężczyznę mojego życia. Wiem, że to trudne do pojęcia. Ja też myślałam, że był nim Robert, ale widocznie niektórzy dostają drugą szansę…

Rozdział 14 (Sobota)

Katarzyna wchodziła do swojego mieszkania prawie ze strachem. Jednak po chwili przekonała się, że wszystko wygląda tak, jak powinno. Zostawiła walizki w korytarzu i zamknęła starannie drzwi. Na stole w kuchni znalazła stertę rachunków i ulotek. No tak, nie było jej dwa tygodnie. Wyjęła komórkę i potwierdziła obiad u Karoliny. Poprzedniego wieczoru wszystko jej opowiedziała i na koniec obie szlochały, pocieszane jedna przez męża, a druga przez mamę. Od Fabia nie doczekała się ani słowa. Poczuła lekki zawód, choć z drugiej strony zdawała sobie sprawę, że tak jest lepiej. – „Do świeżych ran nie ma co zaglądać” – przypomniała sobie słowa ojca. Otworzyła okno w sypialni i zaczerpnęła głęboki wdech.  – „Weź się w garść, dziewczyno!” – Zarzuciła walizkę na łóżko i otworzyła pewnym ruchem. Na samym wierzchu leżała czerwona cieniowana sukienka. Wspomniała dotyk Fabia i to, jak zacisnął rękę na jej biodrze. Nie zorientował się, że zdjęła majtki dopiero w toalecie i tam schowała do torebki… Czym prędzej zatrzasnęła walizkę, z uczuciem jakby zobaczyła ducha. Musiała wyjść z mieszkania. Sięgnęła po telefon.

– Katarzyna Pars z tej strony. Nie przeszkadzam?

– Nie, skądże. – Głos Łucji brzmiał niepewnie. – Coś się stało?

– Nie, po prostu wróciłam wcześniej i chciałam spytać, czy możemy się spotkać dziś? – zaczęła. – Oczywiście, jeśli nie ma pani innych planów – dodała, przypominając sobie, że jest sobota i ludzie robią zakupy albo spotykają się ze znajomymi.

– Właściwie nie – odparła tamta, jakby z ulgą. – Na kiedy możemy się umówić?

– Właśnie wychodzę i za jakąś godzinę będę w centrum… – Najpierw musiała zrobić duplikat karty do telefonu.

– No to spotkajmy się w tej francuskiej kafejce, wie pani, gdzie?

– W „Oh, la la”? Wiem. To czekam tam za godzinę.

Katarzyna wyszła pospiesznie, jakby oddalenie się od czerwonej sukienki miało jej pomóc w odzyskaniu kontroli nad własnym życiem. Postanowiła, że pójdzie pieszo i nie zastanawiając się dłużej, ruszyła przed siebie. Zawsze była dobrym piechurem i wkrótce dotarła do salonu T–mobile, gdzie miała nadzieję uzyskać nową kartę.

– O rany, co pani zrobiła z tym iPhonem? – Sympatyczny młody człowiek, któremu podała swój telefon, oglądał go ze wszystkich stron. – Obawiam się, że nie da się go używać. Nową kartę też uszkodzimy, jeśli zechcemy ją wsunąć. Widzi pani to? – Wskazał tkwiący wewnątrz kawałek drucika.

– Nic nie szkodzi. Mam nowy. – Katarzyna wyjęła telefon, który dostała od Fabia. – Potrzebuję tylko karty.

Chłopak wziął od niej komórkę i obejrzał ją dokładnie.

– Ładna rzecz. – Cmoknął z zachwytem. – Nowiutki! – Oddał Katarzynie telefon. – Zobaczmy, co się da zrobić. – Pracował przez chwilę zawzięcie przy komputerze po czym wyszedł na zaplecze, prosząc Katarzynę o cierpliwość. Pozostawiona sama sobie, odwróciła się do okna i obserwowała przechodniów, którzy coraz liczniej spacerowali szerokim, wyłożonym granitem deptakiem. Jedni spieszyli się i maszerowali dziarsko przed siebie, inni rozglądali się po sklepowych wystawach, niektórzy rozmawiali przez komórki… Jej uwagę przykuł szczupły mężczyzna w dżinsach i ciemnym T–shircie, który zawzięcie wpatrywał się w wystawę sklepu jubilerskiego, od czasu do czasu oglądając się za siebie, jakby na kogoś czekał. – „Narzeczona się spóźnia! Biegnij mała, biegnij, póki on chce ci dać pierścionek” – pomyślała z goryczą Katarzyna.

– Mamy kartę. – Chłopak wrócił niepostrzeżenie. – Jeśli poda mi pani nowy telefon, to od razu ją włożę.

Po chwili Katarzyna dostała na powrót aparat i włoską kartę w małej foliowej torebeczce. Drżącymi rękami wpisała kod Pin i czekała. Jej iPhon ożył prawie natychmiast i zaczął pobierać dane, jak to określił chłopak. – Jeszcze nie wszystko jest, ale za dwie godziny powinno działać bez zarzutu – dodał. – Tyle czasu, mniej więcej, potrzebuje system.

Wyszła bez pośpiechu. Do spotkania z Łucją miała jeszcze dwadzieścia minut, a kafejka, choć położona nieco na uboczu, nie była oddalona o więcej niż kilometr. Ruszyła powoli przed siebie, spoglądając od czasu do czasu na wystawy. Starannie omijała sklepy jubilerskie, bo łapała się na tym, że zerka na męskie bransoletki i porównuje je z tą, którą kupiła dla Fabia. – „Ciekawe, czy nadal ją nosi?” – zastanowiła się. Ulica przed nią jakby się rozmazała i Katarzyna musiała zamrugać, żeby kontury znów stały się wyraźne. Przyspieszyła kroku. Z daleka już zauważyła szyld z nazwą i wieżą Eiffla. Weszła do słabo oświetlonego wnętrza i musiała poczekać, zanim jej oczy przywykną do nowych warunków. Usiadła w rogu, rozejrzała się po niewielkiej salce. Pod przeciwległą ścianą dojrzała chłopaka w ciemnej koszulce, wyglądającego jakby znajomo. Po chwili uświadomiła sobie, że jest podobny do tego sprzed wystawy jubilera. Z ponurą miną dłubał łyżeczką w prawie pustej filiżance. Katarzyna już miała wstać i poprosić o kawę, gdy w drzwiach pojawiła się drobna, kobieca postać.

– Przepraszam za spóźnienie. – Usłyszała zdyszany głos – Jestem Łucja Żurowska.

– Katarzyna Pars – przedstawiła się. – Wiem, kim pani jest i jak pani wygląda.

– Och! – Łucja sprawiała wrażenie zdziwionej. – No tak, przy moim zawodzie nie ma mowy o tajemniczości. –Zaśmiała się nerwowo. – Jak pani mówiłam, czekałam na ten telefon. – Szybko odzyskała rezon. – Nie będę ukrywać, że zależy mi na pewnych informacjach… – Spojrzała na Katarzynę znacząco.

– Wydaje mi się, że wiem, o jakie dane i dokumenty pani chodzi – zaczęła Katarzyna, ale zaraz umilkła na widok zbliżającej się dziewczyny w fartuszku.

Zamówiły dwie kawy z mlekiem i drobne ciasteczka.

– Czy mogę więc liczyć na te informacje? – W głosie Łucji dosłyszała podniecenie. – Chciałabym wiedzieć coś więcej…

– Powoli. – Katarzyna uśmiechnęła się blado. – Czy mój mąż… mój zmarły mąż – poprawiła się. – Coś pani przekazał?

– Nie rozumiem. – Łucja wydawała się szczerze zaskoczona.

– Czy był pani informatorem? Proszę nie udawać, że go pani nie znała. Mam pani zdjęcia, które zrobił w barze naprzeciw siłowni. Wiem też, że do pani dzwonił. – Umilkła i czekała na reakcję dziennikarki. Natychmiast zauważyła na jej palcu obrączkę, identyczną z tą na zdjęciach. Teraz nie miała już żadnych wątpliwości.

– No cóż – westchnęła. – Skoro tak, to owszem, był moim informatorem, ale nie zdążył mi przekazać tego, co dla mnie miał. Czy teraz te dokumenty są w pani posiadaniu? – Na twarzy dziennikarki odmalowało się napięcie.

– A jeśli tak, to czy zagwarantuje mi pani, że zostanie to ujawnione bez podawania źródła informacji? – Nie miało sensu udawać. Obie wiedziały, po co tu przyszły.

– Ma pani moje słowo – zapewniła gorąco Łucja.

– No, dobrze… – zaczęła z wahaniem Katarzyna. – Otrzyma pani przesyłkę na maila.

– A jaką dostanę gwarancję, że nie przekaże pani tego komuś jeszcze? – Łucja przypatrywała jej się uważnie. – Na przykład konkurencyjnej gazecie albo policji?

– Ma pani coś przeciwko policji? – spytała Katarzyna, starając się ukryć niepokój.

– Nie. – Dziennikarka roześmiała się nerwowo. – Ale wie pani, jak to z nimi jest. Zasłonią się dobrem śledztwa i zablokują wszystko na najbliższe pół roku. Wolałabym tego uniknąć. A poza tym… – zawiesiła głos i pochyliła się ku rozmówczyni, jakby obawiając się, że ktoś mógłby usłyszeć. – Nie ufałabym im zbytnio – dodała prawie szeptem.

Katarzyna musiała przyznać, że to co powiedziała, miało sens. „Dobro śledztwa”. Na dźwięk tego określenia robiło jej się niedobrze, a co dopiero dziennikarce, której wstrzymano druk artykułu. A zaufanie? Teraz zaczynała żałować, że powiedziała gliniarzowi o groźbach w sms–ie. Ależ była naiwna. Nagle poczuła się strasznie samotna i bezbronna.

– Przepraszam. – Dziewczyna w fartuszku postawiła przed nimi dwie kawy i miseczki z musem czekoladowym. – Nie mamy już tych ciasteczek, które panie zamówiły, ale proszę spróbować naszej nowości – zaproponowała nieśmiało. – To czekolada z chili.

Katarzyna kiwnęła głową bez słowa i zamrugała gwałtownie. Ściśnięte gardło nie pozwalało jej odpowiedzieć. – „Tylko nie czekolada z chili!” – myślała gorączkowo, walcząc ze łzami.

– Rozumiem panią. – Łucja patrzyła na nią ze współczuciem. – To musi być straszne, stracić kochaną osobę…

– Nawet sobie pani nie wyobraża – wyszeptała. Co ona wiedziała o stracie? Odetchnęła głęboko i spojrzała na Łucję. – Jakich gwarancji pani oczekuje? – spytała już spokojniej.

– Chciałabym zobaczyć oryginał tego, co pani ma – stwierdziła po namyśle rozmówczyni. – Chciałabym też, żeby pani mi to przekazała, a ewentualne kopie zniszczyła – dodała po chwili.

– A jaką ja będę miała gwarancję, że pani to opublikuje? – Miała zniszczyć wszystko? Ale dlaczego? Nie wystarczy, że przekaże jej skany?

– Pani doktor. – Łucja ujęła dłoń Katarzyny i ścisnęła ją lekko. – Boleję nad tym, że pani mąż zginął. Jestem pewna, że to nie miało związku z naszym układem ale i tak zrobię wszystko, żeby ten artykuł się ukazał. To był bardzo porządny człowiek i wierzył, że tak trzeba. – Otarła kącik oka.

Katarzyna zastanawiała się przez dłuższą chwilę nad tym, co powiedziała dziennikarka. Czuła, że strasznie jej zależy na tych dokumentach. Nawet nie próbowała tego ukrywać.

– No dobrze. – Westchnęła z rezygnacją. – Jutro prześlę pani to, co mam, a w poniedziałek postaram się zorganizować spotkanie z osobą, która przechowuje te materiały.

– Bardzo mądrze. – Łucja pokiwała głową z uznaniem. – Obawiałam się, że ma je pani w domu, albo równie niepewnym miejscu…

– Nie, nie ma mowy. – Katarzyna upiła łyk kawy. – Od czasu włamania w zeszłym roku trochę zmądrzałam. Dobrze, że laptop miałam wtedy w naprawie. – Uśmiechnęła się na widok zdumienia na twarzy Łucji. Nagle spoważniała. – Proszę mi powiedzieć, kiedy widziała pani ostatni raz mojego męża? Może powiedział pani coś ważnego, co umknęło uwadze… – Czuła się skrępowana tym pytaniem, ale nie mogła się powstrzymać.

– Zdaje się, że jakieś dwa, trzy dni przed jego śmiercią… – Dziennikarka zmarszczyła czoło, jakby próbowała sobie coś przypomnieć. – Potem wyjechałam na krótkie wakacje, a gdy wróciłam, dowiedziałam się, że nie żyje. Miałam odebrać od niego dokumenty. – Powiedziała z frustracją w głosie. – Nie znaliśmy się zbyt dobrze, ale to był naprawdę dobry człowiek…

– Dziękuję pani. – Katarzyna poczuła ulgę. Nie podejrzewała Roberta o romans ale mimo to słowa Łucji ją uspokoiły. Teraz wreszcie zamknie ten rozdział swojego życia. – „Wykonam wolę Roberta” –pomyślała z dumą. Nawet to, że doszła tak daleko tylko dzięki pomocy Fabia i Stefano, jakby mniej ją uwierało.

Pożegnały się serdecznie, po czym Katarzyna pospiesznie wyszła z kawiarni. Zasiedziały się i jeśli chciała dotrzeć do Karoliny na czas potrzebowała transportu. Pamiętała, że na końcu deptaka stało zwykle kilka taksówek, co wydało jej się w tej chwili najlepszym rozwiązaniem. Lisowie mieszkali w malowniczej dzielnicy leżącej na uboczu, ale w obrębie miasta, więc taksówką powinna dotrzeć w jakieś dziesięć minut. Postanowiła wykorzystać ten czas na sprawdzenie sms–ów. Z zadowoleniem stwierdziła, że wszystko działa bez zarzutu i po chwili miała przed oczami listę wiadomości. Szybko cofnęła się do najstarszych otrzymanych i znalazła dwie wysłane z tego samego numeru. Pierwszą już znała, ale gdy przeczytała drugą, zamarła.

„Pamiętaj, że wiemy gdzie mieszkasz i gdzie pracujesz. Nie ukryjesz się”

To już była ewidentna groźba. Karolina pewnie podciągnęła by to pod jakiś paragraf. Potem przeczytała wiadomości od przyjaciółki, od mamy i znów od tego samego tajemniczego nadawcy.

„To ostatnie ostrzeżenie!”

– Proszę pani! Coś się stało? – Nagle zdała sobie sprawę, że są na miejscu, a taksówkarz przygląda jej się podejrzliwie. Prawdopodobnie zdążył już powiedzieć, ile ma zapłacić za kurs.

– Przepraszam, nie dosłyszałam – wybąkała.

– Niech będzie dycha, ale coś pani nie za dobrze wygląda… – Pokręcił głową, wciąż jej się przyglądając – Może panią odprowadzić?

– To nic, poradzę sobie. – Podała pieniądze i szybko opuściła samochód.

Okrążając taksówkę rozejrzała się wokół ale poza dwoma wyrostkami na deskorolkach nie zauważyła nikogo. Nagle zza sąsiedniego płotu rozległo się szczekanie psa i Katarzyna aż podskoczyła. – „Boże, mam paranoję” – pomyślała ze złością i ruszyła przed siebie pewnym krokiem przed siebie, choć pewnie wcale się nie czuła.

                                                                       ***

– Pokaż to – poprosiła Karolina, kiedy po szalonym powitaniu z całą rodziną Lisów usiadły na chwilę w kuchni. Przejrzała jeszcze raz wiadomości i zmarszczyła brwi. Po chwili dołączył do nich Andrzej.

– Kontaktowałaś się z policją? – spytał bez zbędnych wstępów.

– Nie. Nikt tego jeszcze nie widział. Jestem umówiona z tym gliniarzem na rozmowę dziś wieczorem. – Katarzyna westchnęła na myśl, że będzie musiała wrócić do domu, gdzie czekały nierozpakowane walizki.

– Zadzwoń, żeby przyjechał tutaj i zanocuj u nas. – Karolina jakby czytała w jej myślach. – Za chwilę przyjdą Baśka z Olkiem – kusiła.

– Zobaczymy… Słuchaj Andrzej, jak dobrze znasz tego Kitę? – Katarzyna wciąż nie mogła się zdecydować, czy może obdarzyć policjanta zaufaniem.

– Właściwie, to znam jego brata, Bartka. Był ze mną w klasie, a Adam plątał się po domu i wszędzie łaził za nami. Już wtedy mówiliśmy, że będzie gliniarzem, bo zawsze wiedział, kiedy urywaliśmy się z budy i inne takie… – Zaśmiał się Andrzej. – Ale nie donosił! Potem, to nie wiem, bo rozjechaliśmy się wszyscy na studia, a Adam został. On jest z pięć lat młodszy od nas – dodał po zastanowieniu. – Właściwie, to on wrócił dopiero teraz, bo po studiach mieszkał chyba w Warszawie. Albo awansował, albo go zdegradowali, innej opcji nie ma. Jako dzieciak, wydawał się w porządku.

Dalsze rozważania przerwało nadejście Baśki i Olka z dziećmi, które natychmiast rzuciły się na Katarzynę z pytaniami o uratowaną dziewczynkę. Chcąc nie chcąc, musiała usiąść z nimi i jeszcze raz wszystko opowiedzieć.

– Strasznie się o nią martwię. – Przyjaciółka przyglądała się Katarzynie otoczonej gromadką dzieci. – Myślałam, że to będzie coś poważnego, z tym Włochem.

– Bo jest, a raczej było. – Karolina pokręciła głową z rezygnacją. – Wyglądali na tak zakochanych, że hej! Ale przy Kaśce ani słowa, bo jej serce pęknie. – Pogroziła Baśce palcem.

– No, co ty? – Popatrzyła ze zgrozą na Karolinę. – Prędzej sobie ten jęzor odgryzę. Ale to już naprawdę koniec? Rozstali się na zawsze?

– A bo ja wiem? Chyba tak. – Karolina wzruszyła ramionami. – On się nie odezwał, a Kaśka nie odpowiedziała Stefano na sms–a, ani na maila. Ja mu dałam znać, że doleciała.

– Stefano to ten ochroniarz? – Baśka znów popatrzyła na Katarzynę i zamyśliła się. – A nie mówił nic o tym Fabriziu? Cholera, nawet nie wiem, jak to wymówić!

– Spytałam, ale powiedział, że nie wie, bo jest na urlopie. Prosił tylko, żebym o nią dbała… – Karolina zaczęła gwałtownie mrugać oczami. – Że też w nim się nie zakochała! – Westchnęła.

                                                                       ***

Katarzyna pocałowała Baśkę w policzek i już miała wysiąść, kiedy ta przytrzymała ją za rękę.

– Gdybyś nie chciała spać sama, to ja po ciebie przyjadę nawet o pierwszej w nocy – zapewniła. – I wiesz co? Odezwij się do tego Stefano. Coś mi mówi, że mu na tobie zależy…

– Dobrze, Basiu. – Katarzyna zgodziłaby się na wszystko, byle już nie musiała o tym rozmawiać. – Odpiszę mu i zadzwonię, gdybym chciała przenocować, OK?

Idąc do klatki schodowej, uświadomiła sobie, że wciąż się ogląda i zerka podejrzliwie na mijających ją ludzi. – „Zastraszyli mnie” – pomyślała zirytowana, ale jednocześnie, nie była w stanie się opanować. Wszędzie widziała czających się potencjalnych agresorów. Ale co mogli jej zrobić? Co by im to dało? Już rozpoznała telefon i basta! Jednak kiedy usłyszała za sobą kroki, o mało nie zaczęła biec.

– Pani doktor Pars? – Znajomy głos zabrzmiał tuż za plecami dziewczyny.

– Tak, to ja – odparła, prostując się. – Pan Adam Kita, prawda? – Wydało jej się, że gdzieś już go widziała.

Weszli razem do klatki schodowej i Katarzyna pomyślała, że mimo wszystko woli pokonać drogę do drzwi w towarzystwie policjanta. Domofon nie stanowił żadnego zabezpieczenia. Wystarczyło nacisnąć którykolwiek numer i powiedzieć, że coś się na dole zablokowało, zawsze znalazł się ktoś uczynny…

– Chyba pani nie przestraszyłem? – spytał, gdy otwierała drzwi do mieszkania.

– Nie – odparła nerwowo. – Chociaż, właściwie tak – przyznała niechętnie. Już sobie przypominała, gdzie widziała tego mężczyznę. Nowak przyprowadził go na badanie, podobno na polecenie dyrektora. Ciekawe, jak dobrze się znali? Otworzyła drzwi i weszła do mieszkania, zapalając po drodze światło. Wskazała gościowi fotel, a sama ruszyła do aneksu kuchennego, oddzielonego od salonu wyspą z granitu i szkła. – Napije się pan herbaty? – spytała.

– Chętnie – odparł, rozglądając się ciekawie po mieszkaniu. – Ma pani ładny widok – zauważył, spoglądając za okno, skąd można było podziwiać światła budynków, a w oddali ostatnie piętra niesamowicie rozjaśnionego nowego biurowca, położonego po przeciwnej stronie miasta.

– Tak, na razie tak – zgodziła się. – Niestety, niedługo zasłoni go ten apartamentowiec naprzeciwko. Mieliśmy się wyprowadzić, zanim ukończą budowę, ale sytuacja się zmieniła i chyba dojrzałam do sprzedaży domu. – Umilkła i zajęła się herbatą.

– Przepraszam, że zawracam pani głowę o tej porze – zaczął Kita, jakby chciał przerwać niezręczną ciszę. – Ale od naszej ostatniej, a właściwie przedostatniej rozmowy, sporo się zmieniło. Zanim jednak przejdziemy do tego, to chciałbym pani coś pokazać. – Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni cienkiej kurtki kilka złożonych na czworo kartek. – Uprzedzam, że choć jest pani lekarzem, to może być nieprzyjemne.

Katarzyna spojrzała na swego gościa przeciągle i postawiła dwa kubki z herbatą na stoliku obok fotela. On nie miał pojęcia, ile nieprzyjemnych rzeczy spotkało ją w ciągu ostatnich kilku dni, nie wspominając o całym poprzednim roku. Co jeszcze mógł jej pokazać? Spojrzała na kartki, które rozłożył.

– To ksero opisu sekcji pani męża i dwie opinie ekspertów. Chciałbym, żeby pani je przeczytała w takiej kolejności, jak wymieniłem – powiedział.

Jednak udało mu się ją zaskoczyć. Patrzyła z wahaniem na dokumenty ale w końcu wzięła się w garść. Raport z sekcji zawierał dokładny wykaz obrażeń, jakich doznał Robert. Nie pominięto najmniejszego zadrapania, ze szczegółami opisano złamania żeber i nadgarstka, stłuczenie barku i kolana oraz pęknięcie czaszki, które uznano za przyczynę śmierci. Znała ten opis. Sięgnęła po pierwszą opinię i przeczytała ją bez specjalnego zainteresowania. Wynikało z niej, że Roberta najprawdopodobniej potrącił samochód, o czym zresztą wiedziała doskonale. Nie rozumiała tylko, do czego to wszystko miało prowadzić? Spojrzała na policjanta, spokojnie popijającego herbatę i sięgnęła po drugą opinię. Nieznany jej człowiek rozpatrywał bardzo dokładnie każde uszkodzenie ciała Roberta. Jednak jego wnioski okazały się dla niej kompletnym zaskoczeniem. Z analizy wynikało, że obrażenia nie mogły powstać w wyniku potrącenia. Skłaniał się raczej ku gwałtownemu upadkowi na twardą powierzchnię, np. z jadącego samochodu. Uniosła głowę i napotkała badawcze spojrzenie Kity.

– Co to ma właściwie znaczyć? – spytała z rosnącym niepokojem.

– Właśnie się nad tym zastanawiam… – odparł. – Jeszcze do tego wrócimy, a teraz chciałbym, żeby mi pani odpowiedziała na jedno pytanie, tylko proszę się dobrze zastanowić. Kto wiedział, że będzie pani w sobotę na lotnisku?

Spojrzała na policjanta zaskoczona. Wróciła w piątek… No tak, ale miała wrócić w sobotę… Do

Karoliny i mamy wysłała sms–y. Kto jeszcze?

– Pan, pewna dziennikarka… i jeszcze doktor Nowak, mój ordynator. Dlaczego pan o to pyta?

– Bo w terminalu ktoś na panią czekał. Miał kartkę z pani imieniem i nazwiskiem. – Wciąż był niezwykle opanowany, ale w jego oczach pojawiła się jakaś czujność. Katarzyna uświadomiła sobie, że Stefano patrzył czasem podobnie. – Może kogoś pani rozpozna? – Podsunął jej dość niewyraźne zdjęcie ciemnowłosego mężczyzny w marynarce i dżinsach. W jego wyglądzie nie dostrzegła niczego znajomego ani charakterystycznego.

– Przykro mi, ale nie mam pojęcia, kto to jest – odparła. – Ale dlaczego na mnie czekał? Zaraz, a skąd pan wie, że tam był? Śledzi mnie pan? – Nagle doznała lekkiego ataku paniki. Spojrzała nerwowo w kierunku drzwi. Czyżby ten człowiek nie był tym, za kogo się podawał? Głos zmienia się przez telefon, a to ona wymówiła jego nazwisko, nie on… No, ale był już kiedyś u niej…

Policjant z lekkim uśmiechem sięgnął do kieszeni kurtki i wyciągnął coś, co przypominało prawo jazdy, ale okazało się jego legitymacją służbową.

– Nie pamięta mnie pani?

– Porucznik Adam Kita. CBŚ? – Spojrzała na gościa zaskoczona. To jednak nie wyjaśniało, skąd wiedział o facecie na lotnisku.

– Nie śledzimy pani, tylko bardzo nam zależało, żeby pani bezpiecznie dotarła do domu. – Uśmiechnął się do niej, ale jego oczy pozostały poważne. – Zdaje się jednak, że wszystkich nas pani przechytrzyła. Zastanawiam się tylko, dlaczego pani to zrobiła? Czy jest coś, o czym chciałaby mi pani powiedzieć…? – zawiesił głos.

– Na przykład? – Ta rozmowa zaczynała ją irytować.

– Nie wiem. Niech pani mi powie. – Kita schował legitymację i patrzył na Katarzynę wyczekująco.

– To moja prywatna sprawa. – Przecież nie zacznie się zwierzać, że rozstała się z mężczyzną, z którym miała nadzieję pozostać do soboty, którego pokochała… – To ma związek z pewnymi osobistymi problemami – dodała szybko.

– No dobrze, ale mam wrażenie, że pani nie mówi wszystkiego – powiedział powoli, rozsiadając się wygodniej i wyciągnął policyjne zdjęcie szczupłego, bladego mężczyzny z jasnymi tłustymi włosami, zaczesanymi do tyłu. – A tego pani poznaje?

Katarzyna pokręciła głową, wciąż nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Śledzili ją. Przypomniała sobie chłopaka z kawiarni, którego widziała wcześniej przed jubilerem. – „Nie, to nie powieść kryminalna!” – zganiła się w myślach. Nie ufali jej. – „I słusznie” – poparła ich w myślach. – „Ale czy mówiąc „my” miał na myśli policję, czy kogoś innego?”

– Powiem pani, co o tym sądzę – zaczął Kita. – Śmierć pani męża mogła nie być przypadkowa. Może wiedział o czymś, czego wiedzieć nie powinien, a teraz ktoś nagle bardzo się panią zainteresował w związku z jego telefonem. Czy to nie zastanawiające? – zapytał. – Myślałem, że jest w nim coś, co tylko pani mogłaby zidentyfikować, ale rozłożyliśmy ten aparat na „czynniki pierwsze” i nic. Przypuszczałem przez chwilę, że chodzi o powiązanie pani i człowieka, u którego znaleźliśmy telefon, ale to też nie ma sensu, a poza tym pani go nie rozpoznała. Więc może jednak ma pani jakąś rzecz, na której tym ludziom bardzo zależy? Jakiś przedmiot, dokument, informację…? Nie wiem, co dokładnie. Czy też to oni myślą, że pani coś takiego ma… Może mąż coś pani zostawił albo przekazał? Pani może się to wydawać nieistotne…

Katarzyna poczuła nagle, że robi jej się duszno. Jakby w pokoju zabrakło powietrza dla nich obojga. Wstała i chwiejnym krokiem podeszła do okna. Facet ją sprawdzał. Jeśli teraz powie mu o dokumentach, to jakiej reakcji może się spodziewać? Z drugiej strony, właśnie te pliki mogły sprowadzić nieszczęście na Roberta.

– To niemożliwe! – powiedziała na głos.

– Co takiego uważa pani za niemożliwe? – spytał natychmiast Kita.

– Myślałam, że to był wypadek. – Głos Katarzyny drżał.

– Tego nie wykluczamy. To tylko hipoteza i opinia jednego eksperta. – Przyglądał się dziewczynie z uwagą. – Trochę mnie niepokoi, że ktoś najwyraźniej panią obserwuje, a my nie wiemy dlaczego. Chyba, że nie jest pani ze mną szczera…

Potrzebowała chwili spokoju, żeby się zastanowić. Powinna powiedzieć o dokumentach, czy nie? Nie wierzyła mu ale jednak miała poczucie, że źle robi, zatajając prawdę. Wyglądał na bystrego. Wciąż próbował uzyskać nowe informacje, a może tylko chciał sprawdzić, co wie ona sama, aby potem przekazać je dalej? Tylko komu? Dopóki nie upewni się w tej sprawie, nie ma mowy o szczerości!

– Okłamywanie pana nie leży w moim interesie – powiedziała powoli.

Kita zmarszczył brwi i zastanawiał się nad czymś przez dłuższą chwilę.

– Nie mogę zapewnić pani ochrony, bo nie ma do tego podstaw, ale wolałbym, żeby nie nocowała pani tutaj sama…

Chyba nie chciał zostać u niej na noc? Spojrzała na policjanta z niedowierzaniem ale zobaczyła tylko zasępioną minę.

– Mogę przenocować u przyjaciół – zaproponowała szybko.

– Odwiozę panią – zaofiarował się natychmiast.

Katarzyna spakowała trochę ubrań do podręcznej torby. Dołożyła jeszcze kosmetyczkę którą przygotowano dla niej w Turynie. Czerwona sukienka pozostała na oparciu krzesła. Westchnęła z żalem na jej widok. Nie miała siły, by ją powiesić w szafie. Jak to się stało, że znalazła się tu sama i w dodatku nawet nie mogła spać we własnym łóżku? – „Może to i lepiej” – pomyślała. Zapłakałaby się chyba na śmierć, rozpakowując walizki.

– Możemy jechać – oznajmiła, stając przed policjantem, który w międzyczasie zdążył wykonać jakieś telefony. Miała tylko nadzieję, że nie zadzwonił do osoby, od której dostała sms-y.

.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Nie „tweeter” tylko „twitter” 😉

Dzięki. Nie wiem, dlaczego komputer uparcie mnie poprawia? Powinien wiedzieć, co to twitter 😉

Niesamowity komentarz co za głebia tresci i wartosci 🙂

Lupus,
Ty to potrafisz uszczypnąć 😉 Nie wiem tylko, czy mnie, czy Madź?
Pozdrawiam i czekam na Twoją opinię.

Roksano, nie ma sprawy, po prostu rzuciło mi się w oczy. Komputery czasem tak mają, że nie wiedzą rzeczy oczywistych 😉

Lupusie, pozwolisz, że nie odniosę się do Twojego komentarza. Nie zajmuję się pierdołami, czego i Tobie życzę.

Cztery kwestie pozytywnie zwróciły moją uwagę w tej części. Plastyczny opis Błękitnej Jaskini. Widać, że Autorka tam była i dzieli się wrażeniami. Prawdziwa zachęta do odwiedzenia tego miejsca. Fabio wreszcie (!) wybrał się na romantyczną przejażdżkę bez Stefano. Oboje z Katarzyną od dawna zasłużyli. Dalej, przestał być tak irytująco doskonały. Zyskał tym moją sympatię, a pewnie i innych czytelników płci męskiej. I to zdanie: „Jak żyją milionerzy? Tak samo jak wszyscy, tylko za większe pieniądze.” Kapitalne. Pozdrawiam.
Nefer

Nefer,
Jak zawsze niezawodny.
No cóż, ideałów nie ma i trzeba się z tym pogodzić. I tak długo pozwoliłam mojemu bohaterowi czarować Katarzynę swoim urokiem. Zresztą, ona ma teraz na głowie masę innych spraw.
Fajnie, że zwróciłeś uwagę na to zdanie o bogaczach. Tez uważam, że mi się udało 😉
Pozdrawiam.

Roksano,
Praca ogromna. Styl nadal świetny, kreatywność w narracji constans – wysoka. Jako facet, akceptuję sposób konstruowania fabuły właściwy dla kobiecej literatury. Ale w momencie, gdy jacht dopływał do V. wymiękłem. Tak, wiem, że napięcie czytelnika trzeba podsycać, to jest obligatoryjna zasada, aby odnieść sukces, ale sposób, jaki wybrałaś by wzbudzić emocje, jest tak oklepany, że zrezygnowałem z dalszej lektury. Sądzę, że będzie wielu czytelników (więcej kobiet niż mężczyzn), którzy są zachwyceni konstrukcją sceny, podczas której ktoś rozczarował/wzburzył/rozżalił bohaterkę, ale będą też tacy jak ja, których scena zawiodła. A przecież można próbować zadowolić i jedne i drugich.
Niemniej nie tracę wiary w Ciebie i jestem pewny, że dalsze odcinki dostarczą nam wielu zaskoczeń, że nie wrócisz na zbyt utarte ścieżki. Wszyscy czekamy na więcej.
Uśmiechy,
Karel

Witaj Karelu,
Przykro mi, że scena Cię zawiodła, ale nie bardzo wiem, dlaczego? Przecież od początku wszystko zmierzało dokładnie do tego. Fabio nie mógł tak po prostu się zmienić. Z drugiej strony, na pierwszy plan wysunęłam inny wątek i Fabio stał się po trosze przeszkodą. Katarzyna MUSIAŁA zostać sama.
Mówi się: trudno. Widocznie nie można zadowolić wszystkich, zwłaszcza, jeśli są tak wymagający. Będę się jednak starać. Pozdrawiam.

Droga Roksano,
To co się stało, stać się musiało. To jest prawdziwe psychologicznie. Miałem zastrzeżenia do sposobu w jaki przebieg wydarzeń został zrelacjonowany. Wydał mi się jakiś taki mało twórczy. Banalny wręcz. Dzisiaj przeczytałem drugi raz i negatywne wrażenia nieco osłabły. Natomiast mam wątpliwości co do zakończenia odcinka. Czemu bohaterka wierzy kobiecie a nie mężczyźnie? Ja wiem, że tego wymaga intryga, ale ten aspekt jest mało przekonujący. Moim skromnym zdaniem, na siłę kierujesz akcję w jedną stronę, bez uzasadnienia.
A może znowu czytałem nieuważnie?
Uśmiechy dla Autorki,
Karel

Witam miło 🙂
Choć nie wiem czy tak będzie milo w dalszej części komentarza 😉
Go woli wyjaśnienia jak już się orientujesz po moich komentarzach potrafię nie tylko uszczypnąć ale i „dołożyć”. To nie Ciebie uszczypnąłem (przecież nie będę szczypał mojej ulubionej autorki) najwyżej mogę dać wirtualnego klapsa 😉
Coś narozrabiał ten duszek w tiulach.
Gdzież to on się szlajał ? Sukieneczka potargana czuć alkohol ?
Do tego podsunął jakieś dziwne rozwiązanie przygody z Fabiem.
Skupie się na jednym wątku tego opowiadania bo to on rzutuje na całość piątej części
Wstrzymałem się z komentarzem aby zobaczyć czy podobne rekcje jak moja będą mieć inni komentujący. Widać się nie pomyliłem. Karelowi również nie przypadł do gustu ten sposób.
Innym chyba też, są zaskoczeni i nie spieszno im do komentowania. Oczywiście to Ty jesteś autorką opowiadania i nie „wszystkim musi się podobać” w jaki sposób tworzysz akcje lub charakter bohaterów opowiadania.
Przeczytałem opowiadanie dwukrotnie ba nawet trzykrotnie i za każdym razem odnosiłem inne wrażenie za pierwszym razem jakiś smutek ,że coś pięknego co tworzyłaś we wszystkich częściach w ten sposób rozwiązałaś. Ta atmosferę pełna fluidów otaczających bohaterów żyjących w w swym zaczarowanym świecie. Zdawało by się to przeznaczanie które ich połączyło.
Nasunęło mi się porównanie do opowiadania w odcinkach które ukazywało się 130 lat temu w warszawskiej gazecie „Słowie”
„Gdy ukazał się odcinek opowiadający o zdobyciu Baru,
jedna z pierwszych czytelniczek wpadła na mszę do kościoła i krzyknęła: »Bar wzięty!«,
po czym zemdlała” – wspomina jeden z badaczy legendy „Ogniem i mieczem”. Mistrz szkoły ukraińskiej w polskiej poezji, starszy kolega Słowackiego i przyjaciel Mickiewicza, sędziwy Józef Bohdan Zaleski. Kiedy zginął powieściowy Podbipięta, zaczęto zamawiać msze za spokój jego rycerskiej duszy.
Siła sugestii słowa pisanego jest ogromna. Pisarz , reżyserzy i piszący scenariusze zdaj sobie z tego dobrze sprawę 🙂 Jeśli chcą aby ich „praca” została dobrze odebrana.
Po drugiej lekturze nasunęła się refleksja nieracjonalności sytuacji rozstania.
Chyba ten duszek dalej jest na porządnym rauszu lub ma giganta kaca jak Fabio 🙂 , skoro nie wzięłaś pod uwagę tego co sama napisałaś o wątpliwościach Katarzyny i Fabio.
Fabio zdawał sobie sprawę z rodzącego się do Katarzyny uczucia. Bał się jednak.
„ Po śmierci Tiziany postanowił, że żadnej kobiecie nie pozwoli się już tak skrzywdzić,
bo żadna nie będzie do niego w ten sposób „należała”. Bez zobowiązań, to podstawa! Przypomniał sobie Angelo i reakcję dziewczyny. No dobrze, teraz osadziła tego dupka, ale za pół roku? Za rok? „
Katarzyna bała się że po miesiącu wszystko się skończy i co wtedy ?
I gdzie to „Zaufaj mi” z jednej i drugiej strony ?
Po tygodniu nawet najintensywniejszej znajomości nikt nie zdecyduje się na stały związek.
Katarzyna postąpiła jak pensjonarka „na złość sobie odmrożę sobie uszy”. Nie dala sobie ani Fabio więcej czasu szansy. Zabrała zabawki i odleciała do domu. Mogła to zakończyć w inny sposób jak dama nie raniąc Fabia.
I jeszcze ten lament
„Boże, dlaczego mi to robisz? – jęknęła bezgłośnie – Odebrałeś mi dwóch mężczyzn, których kochałam. Teraz, dałeś mi nadzieję na szczęście i natychmiast ją odbierasz?”
Dziwie się, że Bóg jej nie odpowiedział jak w kawale o Mośku i totolotku „Daj mi szanse zagraj – spróbuj” głupia cipo. Wspomniałem w pierwszym komentarzu na NE o Joe Alex kiedy nieśmiało napomknęłaś w pierwszej części o śmierci Roberta. Odpisałaś ,że pisarz przedni 🙂
W powieściach Joe Alexa pomaga w rozwikływaniu zagadek swojemu przyjacielowi, policjantowi ze Scotland Yardu, Benowi Parkerowi, w czym często towarzyszy mu przyjaciółka, Karolina Beacon, młoda i utalentowana pani archeolog. Taka przyjaciółką mogła zostać dla Fabia Katarzyna młoda utalentowana pani doktor 🙂 Przecież stały związek nie musiał nastąpić natychmiast. Myślę ,że jeśli uznałaś ten sposób zakończenia znajomości z Fabiem za najlepszy to o V cześć powinna się zakończyć na odlocie samolotem. Dalsze kontynuowanie po takim zakończeniu znajomości wprowadza dysonans i dyskomfort w czytaniu ( czytając myśli się o rozstaniu zamiast skupić się na wątku kryminalnym)
Tak ap ropo wątku kryminalnego to namieszałaś jak cyganka w tobołku – hahaha Ciekawe jakim się okażesz detektywem 🙂 O ja Cie ale epistołe wysmarowałem 😉

Ps.
Mysle ,ze dobry Bóg sie zlituje nad ta durna Cipą – Katarzyna, która da szanse sobie i Fabiowi.
Jaka zwykle 5* dałem
I jeszcze cos o czym bym zapomnniał
Freddie Mercury & Montserrat Caballe – How Can I Go On

…/ Jak mogę dalej żyć (jak mogę dalej żyć), z dnia na dzień (z dnia na dzień)
Kto sprawi, że będę silna (kto sprawi, że będę silny)
Zawsze (zawsze)
Gdzie będę bezpieczna (gdzie będę bezpieczny)
Gdzie jest moje miejsce (gdzie jest moje miejsce)
W tym olbrzymim świecie smutku (w tym olbrzymim świecie smutku)
Jak mogę zapomnieć (jak mogę zapomnieć)
Te piękne marzenia, które dzieliliśmy (Te piękne marzenia, które dzieliliśmy)
Straciliśmy je i już nigdzie ich nie odnajdziemy
Jak mogę dalej żyć?
Jak mogę dalej żyć? Jak mogę dalej żyć? Dalej żyć, dalej, dalej …/

pozdrawiam lupus

„Durną cipą” Piszesz. Ja tu widzę realizm, niestety często nic nie kopie w du.. bardziej niż romantyzm. No ale to opowiadanie z happy endem więc może jeszcze się coś wyprostuje. Roksana pewnie nie pisała by o Fabriziu gdyby miał pozostać epizodem.

Roksano, może by było lepiej gdyby Katarzyna trochę bardziej z rezerwą go potraktowała ? No bo mężczyźni czasem lubią zouzy, a tak skrzywdzona dusza jak on to jedynie sama może sobie pomóc.

Lupus!
No i to mi się podoba 😉 Emocje! Przecież po to piszemy. Żeby wywołać emocje.
Nie powiem więcej, bo każde następne słowo zdradzi, co zamyślam, ale proszę Cię o cierpliwość.
Pozdrawiam ciepło i dziękuję za dedykację. Jak zwykle, trafioną 🙂

Witam. Muszę przyznać że ta cześć wywołała u mnie chęć bardziej uważniej lektury poprzednich. I choć widać pewną zmianę koncepcji to zaczyna wychodzić z tego niezły kryminał. Jednocześnie opisy seksu są ciepłe i wystarczająco wyraziste. Lubię taką erotykę choć może nie odznaczam się tak wyrafinowanym gustem jak Karel czy lupus.

W opisie seksu była wzmianka o pewnym subtelnym odczuciu Katarzyny (lekkie puknięcie). Pytałem o to każdej kobiety z którą byłem, czy to możliwe żeby poczuć tak subtelny detal. Pozytywnej odpowiedzi udzieliły tylko dwie. Tych które nie były w stanie poczuć było troszkę więcej. Cóż … wypada pogratulować Katarzynie że ona też jest w stanie.

Może była tak zafascynowana tym, co robi, że jej się wydawało? A może to kwestia różnicy „z” i „bez”?
Kryminał? No tak, choć nie wiem, czy podołam, bo to dość trudny gatunek. Miałam nadzieję ukazać pewne realia, które dla osób spoza branży są niedostrzegalne. W moim opowiadaniu na pewno są przejaskrawione, chociaż, czy ja wiem? Cieszę się, że Cię zaintrygowało.
Pozdrawiam

Złapie dziada na dziecko, to było do przypuszczenia już w pierwszym odcinku…

Ha, ha , ha!!!
I może jeszcze dostanie 500+ ?
No proszę Cię, aż taką blondynką nie jestem ;)))

Tia nie powiem nic więcej co „zamyślam” ?
Już raz prosiłaś o cierpliwość i wykręciłaś numer z tym „zamyślaniem ” hehehe 🙂 😉

Miłego wieczoru życzę
lupus

Napisz komentarz