Pani Dwóch Krajów LXXI-LXXV (Nefer) Brak ocen

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 62 minut/-y    
Clare, Israel Smith, ilustracja z 1847

Ilustracja z: Clare, Israel Smith, “Ilustrowana historia powszechna”, 1847

LXXI

Po wyjściu z lochu, w którym umarł Temes, Najjaśniejsza wyraziła chęć udania się do zbrojowni w celu wybrania oraz sprawdzenia ekwipunku. To, że zabrała ze sobą Harfana, który ponownie towarzyszył im w podziemiach, wydawało zupełnie naturalne, dziwić mogło natomiast, że zatrzymała przy sobie również Nefera. Na miejscu zastali sierżanta, także zajętego przeglądem broni. Tereus przywołał zbrojmistrza, Nefer rozpoznał w nim jednorękiego weterana wykupionego niegdyś przez Królową na targu niewolników, po czym zajęli się we czwórkę ożywioną dyskusją na temat zalet różnego rodzaju oręża oraz tego, jakie jego rodzaje powinna wybrać Monarchini. Zapewne najchętniej trzymaliby Ją z daleka od każdej, najmniejszej nawet potyczki, rozumieli jednak, że w takiej wojnie Boska Pani powinna osobiście poprowadzić żołnierzy. Kaleki weteran sprawiał początkowo wrażenie speszonego, gdy jednak zagłębiono się w fachowe szczegóły odzyskał wigor i śmiało włączył do rozmowy. Ostatecznie wybrano dwa pancerze, jeden lżejszy, skórzany, drugi cięższy, z licznymi elementami z brązu. Obydwa osłaniały tors i plecy, a uzupełniały je sięgające kolan spódniczki. Doszły do tego solidny miecz, sztylet oraz kilka oszczepów. Władczyni nie zamierzała początkowo wybrać hełmu.

– Jest niewygodny i ogranicza widok – argumentowała.

Pozostali nie chcieli jednak w ogóle słyszeć o tym, by bez tej osłony wyruszyła do bitwy. Nawet zbrojmistrz ośmielił się w zapale dyskusji skarcić „Księżniczkę” – bo nadal nazywał tak swoją Panią – gdy wysunęła podobny pomysł. Ostatecznie ustąpiła i zdecydowała się na prosty wzór z osłoną na kark. Obecni zgodzili się, że bardziej ozdobne egzemplarze, podkreślające Jej pozycję, są w istocie zbędne, gdyż i tak żaden żołnierz nie pomyli z nikim Królowej, a mogą okazać się mniej praktyczne i przyciągnąć uwagę wrogów. Nefer nie wtrącał się do dyskusji. Okazało się jednak, że nie został wezwany bez potrzeby. Na polecenie Amaktaris i dla niego znaleziono lekki, skórzany pancerz. Następnie Monarchini osobiście wybrała krótki sztylet oraz jeden z Jej własnych, zapasowych oszczepów.

– Neferze, nadal jesteś niewolnikiem, chociaż wszyscy zdają się już o tym zapominać, a najprędzej ty sam. Jako niewolnikowi nie wolno ci jednak posiadać broni bez zgody twego pana. Dlatego Ja, Władczyni Górnego i Dolnego Kraju, twoja Pani, daję ci teraz w obecności moich żołnierzy ten oszczep i ten sztylet – które noszą Moje osobiste znaki – abyś używał ich w obronie Egiptu i swojej Królowej. Okaż się godny tego oręża i służby, do której cię przyjęto.

– Nie jestem zbyt wprawnym wojownikiem, o Pani, ale będę walczył z całych sił. Może jednak, oprócz oszczepu, pozwolisz mi zabrać procę?

– Oczywiście.

– Tylko nie daj się zabić, Neferze – dorzucił Harfan. – Nadal marny z ciebie oszczepnik, a pamiętaj, że złożyłem przed bogami przysięgę, iż to ja sam cię zabiję. Rzecz jasna, gdy wreszcie staniesz się godnym przeciwnikiem.

Ten żart poprawił ogólny nastrój na tyle, że Nefer zdołał wreszcie odpędzić upiorny obraz pustych oczodołów Temesa.

Najjaśniejsza oświadczyła, że obiecała pomóc w wyborze ekwipunku także Irias, a ponieważ młodej królowej mogą towarzyszyć jej wojowniczki, obecność mężczyzn byłaby tylko komplikacją. Zezwala więc na to, by oddalili się i zajęli swoimi sprawami. Nefer przyznał w duchu rację swojej Pani, nie miał bowiem ochoty na kolejne starcie z Koriną. Pożegnalny wieczór spędził tradycyjnie w towarzystwie Ahmesa.

Podobnie jak poprzednim razem, przeprawili się przez Rzekę przed świtem. Obecnie nie czynili jednak tego ukradkiem i pomimo wczesnej pory wielu mieszkańców Stolicy oczekiwało na obydwu brzegach, aby ujrzeć wymarsz wojska. Stosowne ceremonie w świątyniach odbyto już wczoraj, złożono też ofiary w intencji zwycięstwa. Wszystko przebiegało więc szybko i sprawnie, bez zbędnej straty czasu. Tu i tam gapie podnosili okrzyki na cześć Władczyni, czynili to jednak niepewnie. Panowała atmosfera powagi i skrywanego lęku, tym bardziej, że rozeszły się już wieści o hordzie Hapiru. Tylko dzieci z ożywieniem przyglądały się żołnierzom, a zwłaszcza rydwanom. Generałowie Królowej zdołali zebrać około piętnastu tysięcy zbrojnych i ponad pięćset zaprzęgów. Na tę broń liczono przede wszystkim, zwłaszcza, że książę miał niewiele wozów bojowych. Nic dziwnego, hodowla i tresura koni, wyszkolenie wojowników, odpowiednie wyekwipowanie – wszystko to okazywało się długotrwałe i kosztowne. Nie sposób było w krótkim czasie wystawić tego rodzaju wojsk. Szybkie, zwrotne i śmiertelnie niebezpieczne rydwany powinny porazić niekarną hordę barbarzyńców, choćby nie wiadomo jak liczną. To właśnie tych najeźdźców Królowa zamierzała rozgromić przede wszystkim.

– Przybyli tu, by mordować i grabić Moich poddanych. Nie może im to ujść bezkarnie. – Nefer posłyszał przypadkiem słowa Najdostojniejszej skierowane do Tereusa, maszerującego na czele gwardii, chociaż nominalnie jednostką tą dowodził jakiś arystokratyczny oficer wysokiej rangi. – Ludzie księcia to w większości prości żołnierze, zagubieni i oszukani, często siłą wcieleni do armii Mojego kuzyna. Im mogę okazać łaskę, barbarzyńcom nie.

Początkowo posuwali się wzdłuż wysuniętej najdalej na wschód odnogi delty Nilu, śladem poprzedniego wypadu, tyle, że znacznie wolniej. Nie mieli natomiast problemów z zaopatrzeniem, Rzeką płynęły bowiem statki i łodzie z zapasami oraz ekwipunkiem. Dzięki temu Królowa miała do dyspozycji obszerny namiot – znacznie bardziej luksusowy niż ten spalony w Tamadah na stosie pogrzebowym Amara – i wszystkie niezbędne wygody. Zabrała nawet kilkoro osób ze służby, w tym dwie znane Neferowi służki, które zajmowały się między innymi przygotowywaniem wieczornych kąpieli. To akurat kapłana nie zdziwiło, tym bardziej, że Amaktaris często zapraszała wówczas do towarzystwa Irias. On sam nie miał już zbyt licznych okazji, by przebywać w Jej otoczeniu, było to jednak zrozumiałe w trakcie pochodu tak dużej armii. Nie wzywano go też, rzecz jasna, na narady i odprawy. Roiło się tam zresztą od dumnych generałów i arystokratów, z którymi nie miał ochoty nawiązywać bliższej znajomości, a o bieżącej sytuacji i tak informował przyjaciela Harfan. Podobnie jak poprzednio, oficer zaszczycił Nefera propozycją zajęcia miejsca w swoim własnym rydwanie. Co jakiś czas pojawiała się też Irias, wzbudzająca zdumienie i uznanie żołnierzy opanowaniem sztuki jazdy na grzbiecie Bestii. Ponieważ zachowywała się radośnie i przyjaźnie, inaczej niż aroganckie, wyniosłe Amazonki, szybko stała się ulubienicą całej armii. Uparła się, aby nadal uczyć Nefera jazdy konnej i Harfan musiał dość często oddawać swego oszczepnika do dyspozycji małej królowej.

Początek wyprawy wydawał się więc udany, Nefer nie potrafił jednak pozbyć się złych przeczuć i ponurych myśli. Pomimo wszelkich wysiłków, wracały do niego słowa Temesa, przepowiadające im wszystkim śmierć w ciemnościach. Same słowa kapłan potrafiłby jeszcze zignorować, prześladowały go jednak nakładające się na siebie obrazy pełnych nienawiści oczu zbrodniarza, a potem pustych otworów w czaszce mordercy. Może rzeczywiście okazał się zbyt słaby, by oglądać takie widoki? Wreszcie nie wytrzymał i zdecydował się opowiedzieć o swoich niepokojach Harfanowi.

– Panie, byłeś tam. Sam słyszałeś, jak przepowiadał Najwspanialszej śmierć w ciemnościach… Może to tylko bredzenie szaleńca, ale… Proszę, każ wystawiać nocą silniejsze straże wokół Jej namiotu. Uprzedź sierżanta, lepiej sto razy okazać zbędną ostrożność, niż raz czegoś nie dopilnować. Tereus z pewnością przyzna temu rację. A Ona… Nie musi o niczym wiedzieć.

– Już dawno to zrobiłem, Neferze. Czuwamy nad wszystkim.

Słowa te powinny uspokoić kapłana, tak się jednak nie stało. Skoro nawet Harfan także odczuwał niepokój, Nefer utwierdził się w przekonaniu, iż w słowach umierającego zbrodniarza musiało kryć się coś więcej, niż tylko szaleństwo i nienawiść. Puste oczodoły Temesa spoglądały na niego odtąd jeszcze częściej…

Przynajmniej Korinę i jej wojowniczki spotykał bardzo rzadko. Jak powiedziała Irias, wyruszały często na zwiady, patrolując okolicę. Księżniczka też miała ochotę uczestniczyć w tych wypadach i boczyła się trochę na Opiekunkę Stadniny oraz na samą Najjaśniejszą, które stanowczo jej tego zabroniły. W tej sprawie u Nefera również nie znalazła zrozumienia. Poprawiała sobie nastrój coraz szybszymi galopadami, przy czym nie zwracała uwagi na obawy siedzącego często za jej plecami kapłana. Z kolei on sam wstydził się zbyt mocno protestować i tak, chcąc nie chcąc, z konieczności uczył się dziwnej sztuki dosiadania konia.

To jednak nie Korina i jej Amazonki przyniosły wiadomości o przeciwniku. Dostarczył je Horkan, który pojawił się piątego dnia marszu na czele swojego szwadronu rydwanów. Relację z wieczornej narady w namiocie Królowej zdał Neferowi niezawodny Harfan.

– Książę ruszył się z Awaris, ale nie idzie naprzeciw nam. Skierował się na południe, na pustynię, w stronę północnego krańca wschodniego morza. Zabrał większość sił, które zgromadził. W tym samym kierunku skręciła też horda Hapiru.

– Dziwne, powinni jak najszybciej podążać ku zamieszkałym ziemiom nad Rzeką. Tam mogliby palić i grabić.

– Może to właśnie dlatego książę posłał ich na południe, okrężną drogą. Najbliższe ziemie Kraju to przecież okręg Awaris, jego władztwo. Pewnie chce je oszczędzić.

– Nie wydaje mi się, aby los poddanych miał dla niego większe znaczenie. Pragnie zdobyć Tron Obydwu Krajów, wtedy okręg Awaris będzie tylko jednym z wielu. Jeżeli ceną zwycięstwa miałoby być spustoszenie tych ziem, to z pewnością zapłaciłby ją bez wahania.

– To dlaczego to zrobił? Na pustyni można lepiej wykorzystać rydwany, a mamy ich o wiele więcej niż on.

– Nie wiem, Harfanie. Po prostu nie wiem. I to mnie niepokoi, ale nie jestem przecież wojownikiem i nie znam się na prowadzeniu wojny. Może w takim razie teraz będziemy mogli bez trudu zająć stolicę Nektanebo?

– Właśnie udowodniłeś, że na sprawach wojny rzeczywiście się nie znasz. Naszym celem nie jest zdobycie Awaris, ale rozbicie armii księcia. Gdybyśmy kontynuowali marsz, mógłby nas wyminąć i ruszyć na Memfis. A tam znalazłby zapewne takich, którzy stanęliby po jego stronie. Tego nie możemy ryzykować. Na naradzie postanowiono, że i my pójdziemy ku północnej zatoce wąskiego morza. Zagrodzimy im drogę. Zostawimy tylko niewielkie siły nad Rzeką, aby blokowały Awaris i utrzymywały łączność z flotą.

– Czy to rozsądne iść za nimi na pustynię?

– Rozumiesz przecież, że tam możemy najlepiej wykorzystać rydwany. Zmieciemy ich, przekonasz się!

I tak, następnego dnia porzucili brzegi Rzeki i ruszyli przez pustkowia ku północnym brzegom wąskiego morza. O ile Nefer sobie przypominał, nie było tam żadnych większych osad. Trochę nadbrzeżnych, spalonych słońcem wzgórz i wysychające, słone w większości jeziora, którymi kończyła się zatoka. Zmuszeni zostali do zabrania znacznych zapasów wody i żywności, ale przecież książę musiał uczynić to samo, a miał jeszcze Hapiru, przebywających na pustyni już od dłuższego czasu. Nawet dla takich jak oni barbarzyńców stanowiło to spore wyzwanie. Ciekawe, co książę im obiecał, by zrezygnowali z marszu na Awaris? Zapewne wydanie na łup jakiejś innej części Kraju.

Królowa musiała rozstać się z wygodami luksusowej kwatery i osobistej służby. Wszystko to zostało nad Rzeką. O ile kapłan mógł się zorientować, ta decyzja przyszła Jej bez trudu. Tym bardziej, że w najbliższym otoczeniu Monarchini znalazł się teraz Horkan. Włączyła jego szwadron do osobistej straży, a samemu młodemu oficerowi powierzyła zaszczyt powożenia własnym rydwanem. Oczywiście, gdy zabrakło Amara, ktoś musiał przejąć tę funkcję, ale dlaczego wybrała akurat Horkana? Pomimo wszystkich, składanych samemu sobie obietnic, Nefer nie potrafił tak naprawdę polubić setnika i jego ponowne zbliżenie się do Najjaśniejszej nie wzbudziło entuzjazmu kapłana. Nawet przejażdżki z Irias, teraz już krótsze z powodu bliskości wrogów, nie potrafiły poprawić jego humoru.

Po kolejnych trzech dniach dotarli w pobliże najdalej na północ wysuniętej zatoki wschodniego morza oraz stanowiących jej przedłużenie słonych rozlewisk. Zwiadowcy donieśli, iż wrogie armie obozują po drugiej stronie rozległego pasma niewysokich wzgórz, które wypiętrzały się na pustyni w pewnej odległości od morza. Podczas gdy rozbijano obóz, odbyła się kolejna narada, na którą Nefera tradycyjnie już nie zaproszono. Gubił się w domysłach, wypatrując niecierpliwie powrotu Harfana. Czekał długo, ale wynagrodziły mu to słowa przyjaciela.

– Ona wzywa cię do swego namiotu. Masz się stawić niezwłocznie. Jutro wygramy bitwę i ta wojna wreszcie się skończy.

Po raz pierwszy od wymarszu wojska miał oto zyskać okazję do odbycia dłuższej rozmowy z Amaktaris Wspaniałą. Czego od niego oczekiwała? Bo przecież chyba nie rady w sprawie rozegrania bitwy? Może dodania sił i otuchy? Ale i to wydało się Neferowi mało prawdopodobne. Wojna stanowiła od zawsze jeden z żywiołów Pani Obydwu Krajów i z pewnością nie lękała się walki. To raczej on sam ciągle miał jakieś złe przeczucia, wzmagane przez prześladujący nadal kapłana widok martwego ciała Temesa. Przynajmniej tę batalię mieli stoczyć za dnia, w pełnym blasku słońca.

Obecna kwatera Najjaśniejszej prezentowała się skromnie, przypominając tę znaną Neferowi z wyprawy do Tamadah. Królowa pozostawała nadal w stroju wojskowym, lekkim, skórzanym pancerzu, który nosiła zapewne podczas odprawy. Towarzyszyła Jej Irias.

– Wybacz, że nie miałam ostatnio dla ciebie czasu. Sprawy wojny są bardzo absorbujące.

Pomyślał, że znajdowała jednak zapewne czas dla Horkana, ale on był przecież oficerem i takie towarzystwo wydawało się bardziej stosowne dla Władczyni, gdy przebywała przy armii.

– To zrozumiałe, o Pani. Jutro stoczymy decydującą bitwę.

– Tak. To dlatego cię wezwałam… Poprowadzę rydwany, ustawimy je nieco na tyłach i jeżeli sytuacja rozwinie się odpowiednio, objedziemy od południa te wzgórza przed nami. Zaskoczymy Hapiru i spadniemy na nich z flanki. Reszta armii zatrzyma tymczasem oddziały księcia po północnej stronie wzgórz.

– Nie znam się na sprawach wojny, ale czy to nie jest ryzykowne? Oddalisz się, Pani, od swoich wojsk. A jeżeli książę zaatakuje właśnie przez wzgórza? Albo jeśli jego rydwany objadą nasze drugie skrzydło?

– Dalej na północy rozciągają się słone rozlewiska. Przez wzgórza też nie przejdą. Wysłałam tam już cztery pułki, dwa tysiące żołnierzy powinny wystarczyć do zatrzymania każdego ataku. Na miejscu zostanie także Harfan z pięcioma szwadronami rydwanów. Będą jeździć za liniami piechoty wzniecając jak najwięcej kurzu, tak, by z daleka wydawało się, że to nadal wszystkie nasze wozy. Tamci nie ośmielą się ruszyć, a nawet jeżeli, to Harfan powinien sobie poradzić. Książę ma niewiele rydwanów i na dodatek marne zaprzęgi. Na wszelki wypadek także sierżant będzie stał w odwodzie z Gwardią Królewską. Zresztą bez ryzyka podczas wojny się nie obejdzie.

– Jak już powiedziałem, nie znam się na prowadzeniu bitwy. Z pewnością wiesz, jak zwyciężać, o Wielka. Jakie masz rozkazy dla mnie? Mam towarzyszyć Harfanowi? Jeśli pozwolisz, chciałbym jednak ruszyć razem z Tobą, Najwspanialsza. Jako oszczepnik któregoś z rydwanów.

– Właśnie z tego powodu tu jesteś… Neferze, mam dla ciebie bardzo ważne zadanie… Ale o tym za chwilę. Teraz jeszcze jedna sprawa.

Sięgnęła ku szyi i zdjęła zawieszony na rzemieniu, ukryty dotąd pod pancerzem medalion.

– Irias, podejdź tu, proszę.

Gdy dziewczynka zbliżyła się, nałożyła jej ozdobę. Medalion prezentował się raczej skromnie, wykonano go z miedzi, ale przedstawiał królewski znak Oka Izydy.

– Słuchajcie oboje, bo to ważne… W bitwie wszystko może się zdarzyć. Gdybyśmy przegrali, gdybym zginęła…

– Pani, nie mów takich rzeczy! – zaprotestowała księżniczka.

– Nie przerywaj, wojownik zawsze musi liczyć się z czymś takim… Irias, gdybym zginęła, za ten medalion dostaniesz złoto. Bardzo dużo złota. Jest złożone w Babilonie, w banku świątyni Marduka. Wydadzą je każdemu, kto przedstawi ten znak. Mają drugi, identyczny, dla porównania. Dzięki temu złotu możesz bezpiecznie i wygodnie żyć, ty sama, twoje dzieci i wnuki… Albo możesz wystawić armię i walczyć o swoje królestwo. Talia ci pomoże, jeżeli ja nie zdołam…

– Nie chcę Twojego złota! Chcę, żebyś zwyciężyła! I pomogę ci w tym!

– Tak Irias, zwyciężymy. Ale pilnuj tego znaku. Trzymaj w ukryciu i nie oddawaj, ani nie mów o nim nikomu. Przyrzeknij, że tak zrobisz.

– Dobrze, obiecuję. Ale ty obiecaj, że nie zginiesz.

– Tak, obiecuję.

Amaktaris przytuliła dziewczynkę. Wypuszczona po dłuższej chwili z objęć i uspokojona, Irias zaczęła obracać w palcach zawieszony na szyi medalion.

– Teraz ty, Neferze. Jak powiedziałam, mam dla ciebie zadanie…

– Pozwolisz mi wyruszyć na jednym z rydwanów Twojego oddziału? Harfan zrozumie.

– Neferze… Podczas bitwy zaopiekujesz się Irias.

– Pani?

– Korina i jej Amazonki ruszą ze Mną. Może przydadzą się podczas ataku, wzbudzą przerażenie… Wolę też mieć je na oku. Ale nie mogę przecież zabrać Irias.

– Co Ty mówisz? – oburzyła się dziewczynka – Jestem już duża! Jestem wojownikiem i bardzo dobrze jeżdżę na koniu! O wiele lepiej niż Korina i wszyscy inni!

– Irias, bądź chociaż raz posłuszna. Zostaniesz z Neferem w obozie, nie mogę martwić się jeszcze o twoje bezpieczeństwo.

– Ty ruszasz do bitwy, a mnie chcesz zostawić? Nie jestem dzieckiem! Chcę jechać z Tobą. Potrafię walczyć i zobaczysz, że się przydam!

– Irias, proszę, nie utrudniaj…

– Nienawidzę Cię! Słyszysz, nienawidzę! Możesz sobie jechać gdzie chcesz i nawet zginąć, jeśli chcesz…

Dziewczynka zaniosła się szlochem, doprawdy niegodnym wojownika, po czym odrzuciła zasłonę namiotu i wybiegła w ciemność.

– Może jej poszukam… – zaproponował niepewnie Nefer.

– To i tak nic teraz nie da. Musi się trochę uspokoić. – Westchnęła Amaktaris. – Przecież nie mogę jej zabrać – powtórzyła.

– A ja, Wielka Pani? Sama dałaś mi oszczep, uczyniłaś Twoim wojownikiem. Uczciwie ćwiczyłem z Harfanem, też chcę walczyć.

– Teraz jeszcze ty… Zostaniesz w obozie i przypilnujesz Irias. Jeśli stanie się coś złego, zabierzesz ją z Egiptu i zawieziesz do Babilonu albo do Talii.

– Horkan będzie powoził Twoim rydwanem, a ja? Mam siedzieć w obozie? Chcę walczyć!

– Twoja chęć to jeszcze zbyt mało, niewolniku. – Królowa straciła najwidoczniej cierpliwość. – Horkan to znakomity żołnierz i oficer, a ty…. Wydaje ci się tylko, że jesteś wojownikiem. Dostałeś oszczep, bo nie chciałam, abyś zupełnie bezbronny plątał się po polu bitwy. Nie zamierzam jednak obciążać żadnej z załóg Moich rydwanów tak marnym oszczepnikiem. Chcesz walczyć, a czy pomyślałeś, że dla Harfana, czy kogokolwiek innego, byłbyś tylko zawadą i zagrożeniem, bo tak naprawdę walczyć nie potrafisz?

Upokorzony Nefer zamilkł.

– Zaopiekuj się Irias… To dla Mnie bardzo ważne… Proszę.

– Jestem Twoim niewolnikiem i uczynię, co rozkażesz, Najwspanialsza i Najpotężniejsza Pani. Stawię się jutro – odparł chłodno. – A teraz, zechciej, o Wielka, zezwolić Twemu słudze, aby się oddalił.

– Jak chcesz… Możesz odejść.

Skłonił się i ruszył ku wyjściu z namiotu. Tam jednak zderzył się niemal z Koriną, trzymającą w mocnym uścisku ramię Irias. Księżniczka opanowała się już na tyle, że nie płakała i nie wyrywała. Ze wszystkich sił próbowała udawać, że powraca do kwatery Amaktaris z własnej woli. Korina bezceremonialnie rozwiała te złudzenia.

– Przybyłam, aby spytać o to, jaką rolę w bitwie przeznaczyłaś dla mnie i moich wojowniczek. I trafiłam prosto na naszą królową, podobno nie chcesz pozwolić jej walczyć.

– A uważasz, że powinnam?

– Amazonki bardzo wcześnie poznają smak prawdziwej bitwy. W naszym kraju…

– Ale to nie jest wasz kraj, a wasza królowa przebywa aktualnie na Moim dworze. Zostanie w obozie z Neferem. Ty oraz pozostałe Amazonki staniecie konno przy Moim rydwanie, będziecie towarzyszyć w bitwie Pani Obydwu Krajów. Myślę, że to wystarczająco zaszczytne miejsce.

– Nasza królowa nie może być oddawana pod opiekę jakiegoś niewolnika!

– Nie mam nikogo innego. Wszyscy są potrzebni na polu bitwy, ty sama i twoje wojowniczki także.

Korina w odpowiedzi lekko i niechętnie pochyliła głowę.

– Irias, zostaniesz z Neferem. Obiecaj mi to. Nie chcę, by coś ci się stało. Przyrzekam, że po wszystkim zabiorę cię na wielkie polowanie.

– Pojedziemy polować na lwy?

– Tak, jeśli tak właśnie zechcesz. – Amaktaris ledwo dostrzegalnie westchnęła.

– I zabierzemy Nefera? Obiecałam, że pomogę mu zdobyć kolejny naszyjnik.

– Dobrze księżniczko, wszystko, co będziesz chciała.

– Obiecuję. Tylko niech nic Ci się nie stanie! Nie chcę Twojego złota! Nie chcę żebyś zginęła! Chcę, żebyś zwyciężyła!

Wypowiadając te słowa, dziewczynka chwyciła medalion wiszący nadal na jej piersi i uczyniła ruch, jak gdyby chciała go zerwać. Władczyni w porę ją powstrzymała.

– Zostaw to, Irias. Proszę cię.

Szybko ujęła miedziany krążek z wizerunkiem Oka Izydy i wsunęła pod szatę księżniczki.

Nefer dostrzegł badawcze spojrzenie, którym Korina obrzuciła obydwie Królowe. Odniósł nieodparte wrażenie, że dumnej Amazonce – zawsze tak krytycznej wobec zdobyczy cywilizacji – pewne jej osiągnięcia nie są jednak całkowicie obce. Czyżby należały do nich także sposoby przechowywania złota klientów przez babilońskie banki?

– Skoro wszystko już ustalone, opiekunko stadniny, nie zatrzymuję cię. Zechcesz zapewne poczynić przygotowania przed jutrzejszą bitwą. Ja z kolei zamierzam zaprosić twoją królową do spędzenia nocy w Mojej kwaterze. Mamy jeszcze pewne sprawy do omówienia.

Korinie nie pozostało nic innego, niż skłonić się ledwo dostrzegalnie i opuścić namiot.

– A ty, niewolniku? Otrzymałeś już pozwolenie odejścia.

Chłodny ton głosu Amaktaris przypomniał Neferowi, że sam także odczuwa urazę. Bez słowa podążył w ślady Amazonki.

„Przynajmniej spędzi tę noc w towarzystwie Irias, zamiast szukać siły w ramionach Horkana”. – Pomyślał zawzięcie.

Było to oczywiście przypuszczenie niesprawiedliwe, bo setnik z pewnością miał mnóstwo własnych obowiązków, ale kapłan uświadomił sobie ten fakt dopiero po dłuższym spacerze pod zimnym, pustynnym niebem.

LXXII

Nefer nie spał dobrze tej nocy. Niepokój przed nadchodzącą bitwą nie pozwalał mu zasnąć, chociaż kapłan nie miał brać udziału w walce, a tylko przyglądać się jej z daleka. Nadal odczuwał z tego powodu złość i upokorzenie, bolały zwłaszcza pogardliwe słowa Królowej, nisko oceniające jego umiejętności wojownika. Odesłała swego sługę do obozu, aby pilnował dziesięcioletniej dziewczynki… A przecież nie obijał się podczas ćwiczeń. Oczywiście, w Jej armii walczyło wielu lepszych od niego oszczepników, czy jednak naprawdę okazałby się najgorszym z nich wszystkich? A może celowo tak to rozegrała, aby oszczędzić osobistemu niewolnikowi niebezpieczeństw? Jeśli tak było w istocie, to czuł się upokorzony w dwójnasób. Przecież Ona sama miała dowodzić atakiem rydwanów, w dodatku w towarzystwie Horkana…

Co gorsza, obawiał się o wynik bitwy. Wszyscy wydawali się pewni zwycięstwa, wojska Królowej miały wyraźną przewagę. Jeżeli nawet nie liczebną, bo wielkości hordy Hapiru nie sposób było dokładnie ocenić, to na pewno w wyszkoleniu i zdyscyplinowaniu oddziałów. Dochodziła do tego siła uderzenia wozów bojowych, które poprowadzi Najjaśniejsza… Nefer powtarzał to sobie wielokrotnie, nie mogąc zasnąć na swoim skromnym posłaniu, ale nadal odczuwał niepokój. Coś tu nie pasowało, czegoś nie rozumiał. Dlaczego książę skierował się na pustynię? Dlaczego zdecydował się przyjąć bitwę na terenie dogodnym dla działań rydwanów? Nikt specjalnie się nad tym nie zastanawiał, wszyscy przyjmowali to jako sprzyjającą, pomyślną okoliczność, spowodowaną głupotą Nektanebo. Może i sam książę był obmierzłym głupcem, ale przecież musiał mieć jakichś obytych w boju doradców i oficerów. Zdecydowanie, kapłan mógłby spać spokojniej, gdyby potrafił zrozumieć motywy działań przeciwnika. Nie ośmielił się wcześniej przedstawić swoich wątpliwości, rozmowa z Najwspanialszą potoczyła się w nieodpowiednim kierunku, a zresztą rozkazy zostały już wydane. Pocieszał się myślą, że wszyscy tu mają doświadczenie i wiedzą, co robią, a on sam nie zna się na sprawach wojny. Wreszcie zdołał zasnąć.

Obudziła go bardzo wcześnie krzątanina w obozie. Przywdział swój lekki pancerz oraz uzbroił się w ofiarowane przez Królową sztylet i oszczep. Zabrał też procę. Na koniec napił się przydziałowej wody i był gotowy. Ze zdenerwowania i tak nie mógłby przełknąć skromnego, wojskowego śniadania. W sąsiedztwie namiotu Władczyni panował ożywiony ruch. Przynoszono meldunki o rozmieszczeniu poszczególnych oddziałów, dowódcy odbierali ostatnie rozkazy. Sama Bogini, także w bojowym rynsztunku, stanowiła ośrodek tego zamieszania i nie miała czasu dla osobistego niewolnika. Owszem, zauważyła jego obecność i gestem dłoni skierowała ku stojącej u wejścia do kwatery Irias, po czym wróciła do obowiązków. Dziewczynka przypatrywała się wszystkiemu szeroko otwartymi oczyma.

– To twoja pierwsza bitwa, prawda księżniczko? Moja także i mam nadzieję, że ostatnia.

– Chciałam walczyć, wiesz, że chciałam!

W głosie małej wojowniczki nadal dawało się wyczuć ślad urazy, pomimo długiej zapewne rozmowy z Amaktaris i złożonych przez Królową obietnic.

– Ja także, Irias. Ale otrzymaliśmy rozkazy i musimy je wykonać. Masz ten znak? Pilnuj go i nikomu nie pokazuj.

– Tak, mam. Ale Pani zwycięży, prawda? Powiedz, że zwycięży!

– Oczywiście!

Postarał się zawrzeć w tym słowie większą pewność, niż ta, którą sam odczuwał. Tymczasem Monarchini zdecydowała się zająć miejsce w rydwanie i wyruszyć ku gromadzącym się w polu szwadronom. Zręcznie wspięła się na platformę wozu, przyzwała jednak jeszcze księżniczkę oraz osobistego sługę. Podeszli pospiesznie.

– Irias, pamiętam, co ci obiecałam. Ty także dotrzymaj swoich obietnic i nie sprawiaj kłopotów naszemu kapłanowi. Kocham cię. Nie obawiaj się, z pewnością zwyciężymy!

– Ja też cię kocham. Obiecuję, że nie zrobię niczego bez zgody Nefera. Tylko wracaj szybko.

– Wrócę, na pewno wrócę. A ty, Neferze… Opiekuj się Irias. Pamiętaj, co ci poleciłam… Naprawdę, miej na nią baczenie. Nic nie może się jej stać… Uważaj też na siebie, niewolniku.

Słowa te powinny ułagodzić kapłana. Widok Horkana, dumnie powożącego rydwanem Władczyni, wspaniale prezentującego się w ciężkim rynsztunku bojowym, męskiego i przystojnego, znakomitego żołnierza i oficera, obudził w nim jednak wszystkie niepokoje oraz urazy, które obiecał sobie wygnać z duszy.

– Życzę Ci zwycięstwa, Wielka Pani. A tobie szczęścia w boju, wojowniku.

Te chłodne słowa były wszystkim, na co Nefer zdołał się zdobyć. Amaktaris spojrzała na niego z pewnym zdziwieniem, może spodziewała się cieplejszego pożegnania. Nic już nie mówiąc, skinęła na Horkana, który ponaglił konie. Po chwili królewski rydwan dołączył do pozostałych na równinie u stóp wzgórz. Całość oddziału przesuwała się z wolna na południe. Szeregi pieszych wojowników ustawiały się po północnej stronie wzniesień. Po dłuższej chwili zaczęły dobiegać z tamtej strony gromkie dźwięki bębnów i rogów, przekazujące zapewne jakieś rozkazy. Z głośnym okrzykiem żołnierze postąpili naprzód, głuche odgłosy uderzających o siebie tarcz i oszczepów dowodziły, iż na tym odcinku bitwa już się rozpoczęła. Nacierające kolumny podniosły jednak tumany pyłu, uniemożliwiające śledzenie przebiegu walki. Dodatkowy kurz wznieciła grupa rydwanów Harfana, pędzących tam i z powrotem za liniami piechoty. Nefer przypomniał sobie, że taki ułożono plan. Właściwie widać było tylko stojący przed obozem oddział gwardii, trzymany w odwodzie. Potężna grupa rydwanów pod dowództwem Władczyni nadal przemieszczała się bardzo powoli na południe. A więc Najjaśniejsza nie zdecydowała się jeszcze na rozpoczęcie manewru, który miał zadecydować o losach bitwy. Nadal czekała na właściwy moment. Kapłan wspomniał partię indyjskiej gry, którą kiedyś, dawno temu, rozegrał z Amaktaris. Wtedy również używała przede wszystkim najsilniejszej figury, właśnie królowej. I źle to się skończyło… Irias przerwała wówczas rozgrywkę, tutaj takiej możliwości nie będzie. Bitwa zostanie stoczona aż do końca, do zwycięstwa lub klęski.

Podczas gdy zajmowały go takie myśli, księżniczka zaczęła się niecierpliwić.

– Neferze, stąd nic nie widać! Tylko kurz i kurz. Ja muszę zobaczyć, jak Pani zwycięża! Nie zabrała mnie ze sobą, ale chcę przynajmniej wszystko widzieć!

– Nic nie poradzimy na to, że żołnierze i rydwany wzniecają tumany kurzu.

– A właśnie, że możemy coś zrobić! Możemy pojechać na tamte wzgórza. Stamtąd na pewno będzie lepszy widok!

– Irias, mamy zostać w obozie. Pani tak powiedziała, a ty obiecałaś, że Jej posłuchasz.

– Wcale nie! Obiecałam tylko, że nie zrobię niczego, na co ty się nie zgodzisz. Zgódź się, proszę!

– To niemożliwe. Mamy swoje rozkazy. Jeżeli Królowa się dowie…

– Ale Jej tutaj nie ma, a wszyscy są zajęci. Ja nic nie powiem. Tym razem obiecuję naprawdę! Weźmiemy Bestię i szybko wrócimy. Proszę, proszę Neferze!

– Irias, ale…

– Jesteś moim przyjacielem czy nie? Ja też podsłuchiwałam dla ciebie Panią, pamiętasz? Nakrzyczała wtedy na mnie, ale zrobiłam to, gdy poprosiłeś! Teraz ja cię o coś proszę. Zgódź się!

Kapłan poczuł się głupio. Istotnie, dziewczynka wiele razy mu pomogła, ocaliła skórę, a może i życie. Poza tym sam odczuwał niepokój i żarliwie pragnął poznać przebieg bitwy. Władczyni rozkazała przecież, by uratował Irias, gdyby coś poszło źle… A wtedy najlepiej byłoby dowiedzieć się o sytuacji jak najszybciej, zamiast czekać w obozie na falę przerażonych uciekinierów lub, co gorsza, nadejście wrogów. Wówczas na ucieczkę może być już za późno. Na wzgórzach miały zresztą stać cztery pułki wierne Amaktaris, nic więc nie powinno im grozić…

– Dobrze. Przygotuj konia, ale pojedziemy tylko na chwilę.

– Och, dziękuję, dziękuję! Bestia stoi gotowa. Pani kazała nawet objuczyć ją workami z wodą i zapasami, ale powinna unieść nas oboje, jest bardzo silna.

A więc Królowa starała się zabezpieczyć Irias na wypadek konieczności ucieczki przez pustynię. Bardzo rozsądnie, Nefer liczył jednak, że ta przezorność okaże się zbędna. Skoro raz już postanowił złamać rozkazy Najjaśniejszej, nie chciał tracić czasu. Dziewczynka także pragnęła wyruszyć jak najszybciej. Pospiesznie przyprowadziła konia. Pomógł jej wskoczyć na grzbiet wierzchowca, sam skorzystał z jakiejś skrzyni i po chwili kłusowali już w stronę wzgórz. Nikt nie zwracał na nich uwagi. Pasmo wzniesień zaczynało się łagodnymi pagórkami, dopiero potem wypiętrzały się one i stawały bardziej strome. Piaszczyste stoki utrudniały wspinaczkę i uniemożliwiały pokonanie tej przeszkody koniom Czy też, tym bardziej, rydwanom. Tu i tam pomiędzy poszczególnymi wzniesieniami wiły się jednak kręte, węższe lub szersze przesmyki o twardszym podłożu, spotykające się w nieregularnego kształtu kotlinach. Nefer stanowczo zabronił Irias zapuszczania się w ten labirynt. Musieli więc zeskoczyć z konia i kontynuować marsz pieszo. Księżniczce to nie przeszkadzało, chciała przecież tylko wejść na któryś z grzbietów, jak najszybciej i jak najwyżej. Bestię musieli zostawić u stóp wzniesienia, a nie znaleźli tam niczego, by ją uwiązać.

– Nic nie szkodzi – zapewniła Irias. – Ona tu nas poczeka. Jest bardzo mądra!

Kapłan nie miał takiej pewności, musiał jednak uwierzyć na słowo, podczas gdy dziewczynka szeptała coś do ucha klaczy. Kiedy znajdowali się w połowie stoku zauważył, że uderzeniowa kolumna Królowej nabiera rozpędu. Rydwany zwiększały prędkość i przesuwały się szybko na południe, ku dość odległemu krańcowi pasma wzgórz. Wzniecały jeszcze większe tumany kurzu niż walcząca na równinie piechota oraz wozy Harfana razem wzięte, ale zapewne już nikt się tym nie przejmował. Władczyni ruszała, by zadać decydujący cios. Losy bitwy wkrótce się rozstrzygną, a oni, przy odrobinie szczęścia, ujrzą to ze szczytu wzniesienia. Nefer pomodlił się pospiesznie do Izydy o powodzenie tego ataku. Pomyślał nadto, że Świetlista Bogini mogłaby też użyczyć nieco szczęścia swemu zbłąkanemu kapłanowi, aby razem z Irias zdążył powrócić do obozu przed Królową Amaktaris.

– Szybciej, szybciej, Neferze. Muszę wszystko zobaczyć! – poganiała księżniczka.

Gdy tylko stanęli na grzbiecie wyniosłości, natychmiast poczuł niepokój. Po lewej stronie linie walczącej piechoty nadal ścierały się ze sobą. Kapłan odniósł nawet wrażenie, że oddziały Królowej posuwają się nieco do przodu. Wszystko i tak nadal zasnuwały zresztą tumany kurzu. Nie to jednak wzbudziło jego obawy. Gdzieś tutaj powinny stać wojska Amaktaris, cztery pułki i dwa tysiące żołnierzy, których posłała na wzgórza jeszcze poprzedniego wieczora. Tymczasem nie zastali nikogo, grzbiety wzniesień pozostawały puste, pozbawione obrony. Co mogło się stać? Czy Królowa zmieniła rozkazy? Było to możliwe, ale zdawała się przywiązywać dużą wagę do utrzymania tej pozycji, która stanowiła przecież oś manewru rydwanów. Sama to powiedziała, gdy osobisty niewolnik wyraził zaniepokojenie Jej planem ataku. Czy ktoś źle zrozumiał wydane dyspozycje, czy też wydarzyło się coś jeszcze groźniejszego? Może zdrada? W takiej wojnie jak obecna nie można było tego wykluczyć.

– Spójrz, Neferze. Pani jedzie jednak w naszą stronę! – Irias wskazała ręką odległy wylot jednego z wąwozów, po przeciwnej stronie pasma wzgórz.

– To niemożliwe, pojechała w innym kierunku.

Odruchowo zaprzeczył, ale dziewczynka miała rację. Wytężając wzrok, kapłan mógł dostrzec długie kolumny rydwanów, zagłębiające się w ciasnym szyku pomiędzy grzbiety wzniesień. Czy jednak rzeczywiście obserwował wozy Królowej? Nie mogło być inaczej, przecież książę nie miał tylu zaprzęgów! Wszystkie raporty pozostawały co do tego zgodne. Nefer uczepił się tej myśli, daremnie szukając wyjaśnienia widzianego w oddali obrazu. Wreszcie dostrzegł coś, co podpowiedziało właściwe rozwiązanie. Przez chwilę nie chciał jeszcze przyjąć do wiadomości świadectwa własnych oczu, prawdziwość domysłów przerażała bowiem grożącym im wszystkim niebezpieczeństwem. To nie były rydwany egipskie! Ciężkie wozy z trzyosobową załogą, złożoną z woźnicy, tarczownika i oszczepnika, stawały się coraz lepiej widoczne. Do tego długie, typowe dla Azjatów szaty i pancerze… Nadciągali Hetyci, mnóstwo Hetytów!

„Skąd mogli się tu wziąć?” – Kapłan zastanawiał się gorączkowo. Mutawalis! Hetycki książę, namiestnik Halab w północnej Syrii! Chciał poślubić Królową i przejąć w formie posagu Kadesz, egipską twierdzę w tej krainie! Przemawiał arogancko na uczcie, ofiarował potem klejnoty oraz sztylet z niezwykłego metalu, otrzymał uprzejmą odprawę… Miał poczekać na odpowiedź do końca czasu wylewu. Mutawalis nie wyglądał jednak na kogoś, kto chciałby i potrafił czekać. Zwłaszcza na coś, na czym musiało mu zależeć. A zależało zarówno na mieście oraz ziemi, jak i na samej Amakrtaris Wspaniałej. Spojrzenie Hetyty podczas uczty mówiło to zupełnie wyraźnie. Znalazł więc inny sposób.

„Ciekawe, czy książę obiecał mu tylko Kadasz, czy także Królową jako nałożnicę? Zresztą nieważne, jeżeli Mutawalis dzisiaj zwycięży, weźmie co zechce i Nektanebo nie zdoła w tym przeszkodzić.”

Jak zauroczony obserwował posuwające się powoli rydwany. Ile ich jest? Nie potrafił tego policzyć, miał wrażenie, że widzi ich setki, jeśli nie tysiące. Zmusił się do zachowania spokoju. Takiej masy zaprzęgów nie dałoby się ukradkiem przeprowadzić obok egipskich garnizonów w Syrii, zresztą ojciec Mutawalisa, król Suppiliuliuma, nie wysłałby całości swoich sił na tak ryzykowne, mimo wszystko, przedsięwzięcie. Hetyta prowadził zapewne własne oddziały z Halab. Te mogłyby się przemknąć skrajem pustyni, zwłaszcza, że książę Manetos – dowódca armii syryjskiej, przebywał niedawno w Stolicy na wezwanie Królowej i jego nieobecność musiała wpłynąć na osłabienie czujności wojsk. Od jakiegoś czasu w Syrii panował zresztą pokój. Mutawalis mógł mieć w Halab dywizję rydwanów. W jakimś zwoju, opisującym zwycięskie wojny Ojca Najwspanialszej, Nefer przeczytał, że Hetyci lubują się w liczbach sześć i sześćdziesiąt, podobnie jak Babilończycy. Ich dywizja liczyła zwykle sześć pułków, a każdy pułk sześćdziesiąt rydwanów. To dawałoby razem trzysta sześćdziesiąt zaprzęgów. Teraz, gdy spoglądał chłodniejszym okiem, kapłan doszedł do wniosku, że taka właśnie może być liczebność wrogich kolumn. To jednak i tak wystarczy, by rozstrzygnąć bitwę. Prawie wszystkie wojska Królowej zostały już zaangażowane w walkę, Ona sama pognała właśnie na czele większości własnych rydwanów, by zadać cios Hapiru. Nawet, jeżeli to uczyni, bitwę i tak przegra. Nikt i nic nie zdoła oprzeć się szarży Hetytów w otwartym polu. Do tej pory matki w najbardziej zapadłych wioskach Kraju straszyły dzieci okrucieństwem tych groźnych wojowników. Hapiru okazali się tylko przynętą, spisaną na straty przynętą. Książę Naktanebo nie będzie może nawet zmuszony opłacać się im i tolerować ich grabieży… Oczywiście, Hetyci i tak wezmą o wiele więcej…

Nefer zrozumiał nagle, że z niewiadomych powodów jest jedynym żołnierzem Królowej, który zdaje sobie sprawę z nadciągającego zagrożenia. Wzgórz miały bronić cztery pułki piechoty, ale gdzieś je odesłano. I właśnie wtedy ruszyli Hetyci. Myśl o zdradzie nasuwała się sama. Na wyjaśnienie tej sprawy przyjdzie jednak czas później, o ile nastąpi jakieś później. Trzeba coś zrobić i to natychmiast.

Na szczęście, wrogie zaprzęgi, ciężkie i mało zwrotne, posuwały się wąskimi przesmykami powoli. W otwartym polu będą niepokonane, ale najpierw muszą przebyć wąwozy i kotliny wśród wzgórz, same wrażliwe tutaj na atak. Amaktaris musi natychmiast się o tym dowiedzieć, mają z Irias konia i mogą spróbować dogonić Najjaśniejszą… Tylko to zajmie czas, dużo czasu… Nawet gdyby w obecnym zamęcie znaleźli Boską Panią szybko, gdyby bezzwłocznie wydała rozkazy, zawróciła szarżę… I tak nie zdążą… Wrogowie wyjdą już na równinę i spadną na egipskie wojska jak stado słoni na pechowych osadników w Nubii… Za późno, aby szukać Władczyni… Ale została przecież gwardia, pięciuset najlepszych wojowników. Hetytów może być razem około tysiąca, ale znaczna część z nich to woźnice, zapewne mniej wprawni w walce wręcz. Wzgórza dadzą gwardzistom przewagę zaskoczenia i pozycji. – „Tereus może mi uwierzy, gdy dowie się o co chodzi, musi uwierzyć…” – Pomyślał Nefer.

– Irias, to nie są rydwany naszej Pani. To wrogowie! Chodź, powinniśmy natychmiast kogoś o tym zawiadomić!

– Więc jednak będziemy walczyć! I to my wygramy tę bitwę!

– Zobaczymy, teraz musimy się pospieszyć. Pojedziemy do sierżanta Tereusa! – Ruszyli biegiem w dół zbocza, grzęznąc w piasku.

– Wujek na pewno się z nimi rozprawi. I pozwoli mi walczyć, jeżeli to ja mu o nich powiem! Ciebie też zabiorę, jeśli będziesz chciał. Na szczęście, mam tu mój miecz, jest przytroczony do uprzęży Bestii!

– Nie boisz się tak go zostawiać? Jeszcze ktoś ukradnie to ostrze.

– Bestii nie da się niczego ukraść. Niech tylko ktoś spróbuje. Jest mądra i silna!

– Tak, księżniczko. Wołaj konia! – wydyszał Nefer, trochę jednak zmęczony, gdy znaleźli się wreszcie u stóp zbocza. Wtedy przyszedł mu do głowy nowy pomysł.

– Irias, daj mi medalion ze znakiem Izydy. Ten, który dostałaś od Pani!

– Ale po co? Pani mówiła, żeby nikomu go nie pokazywać, ani nie oddawać. Ty też to powtarzałeś.

– Irias, proszę, nie mamy czasu. Jeżeli będzie trzeba, pokażę ten znak sierżantowi albo jakiemuś innemu oficerowi i powiem, że przynoszę rozkazy Królowej. Wtedy na pewno uwierzą!

– Nie wiem… Chcesz oszukać wujka Tereusa…

– W sprawie naszej Pani. To bardzo ważne, zaufaj mi! Musimy coś zrobić!

– No dobrze… Pani mówiła też wczoraj, że jesteś mądry i żebym słuchała twoich rad gdyby… – Głos księżniczki załamał się niebezpiecznie. Puściła wodze Bestii i sięgnęła po medalion, zdejmując znak z szyi. Nefer pochwycił go pospiesznie, teraz mieli szansę! Może arystokraci i generałowie nie lubili dziwnego kapłana – niewolnika, ale wiedzieli przecież, że jest osobistym sługą Najjaśniejszej oraz to, że może przynosić Jej rozkazy.

– Dokąd ci tak spieszno, niewolniku? – Zza krawędzi wzgórza wyłoniła się Korina, prowadząc własnego konia. – Irias, niepotrzebnie dałaś mu ten medalion. Teraz będę musiała go odebrać, jeżeli sam nie zechce oddać.

– Skąd się tu wzięłaś? – Nefer przełożył rzemień przez głowę. Z pewnością znaku nie odda. Koriny trzeba się jednak jak najszybciej pozbyć. Przejawiała fatalny dla kapłana zwyczaj pojawiania się w najmniej odpowiednim miejscu i czasie.

– To raczej ja powinnam spytać o to ciebie, niewolniku. Miałeś pilnować naszej królowej, a wywiozłeś ją w sam środek pola bitwy. Zauważyłam was na koniu, zanim Amaktaris rozpoczęła swoją bezsensowną szarżę i zwróciłam jej na to uwagę. Poleciła, bym się wami zajęła. A ja z przyjemnością wykonam ten rozkaz. Mam nadzieję, że był to już ostatni rozkaz, jaki kiedykolwiek usłyszałam z jej ust.

– To ja namówiłam Nefera, abyśmy tu przyjechali. Chciałam obejrzeć bitwę. Tam idą wrogowie! Musimy o tym komuś powiedzieć! – Irias pragnęła jak najszybciej przekazać groźną nowinę.

– Nie ma powodu do pośpiechu, nic strasznego się nie dzieje. – Korina nie wydawała się szczególnie zaniepokojona.

– Irias, ona doskonale o wszystkim wie. Czy nie tak, opiekunko stadniny? To dlatego tu przyjechałaś. – Nefer nie miał już żadnych wątpliwości w tej sprawie.

– Jesteś niekiedy zbyt spostrzegawczy, niewolniku. Muszę to przyznać. Ale to nawet lepiej, załatwię kilka spraw za jednym razem.

– Co ci obiecali książę i ten Hetyta?

– Książę jest dla mnie nikim, mniej niż psem. Mutawalis to inna sprawa. To arogancki gbur, ale też znakomity wojownik. Z przyjemnością uczyniłabym go moim niewolnikiem, ale to będzie musiało poczekać. Tymczasem nie odmówił jednak swojego nasienia, żaden z was nigdy mi tego nie odmawia. Ty też byś nie odmówił, gdybym tylko zechciała, czyż nie?

– Mylisz się, jesteś wściekłą suką.

– Uważaj, za takie słowa potrafię zabić. Oczywiście, gdy już dostanę to, czego chcę. Ale nie obawiaj się. Od ciebie nie chcę nasienia, tylko tego medalionu.

– Po co ci ten znak? Musimy pomóc Pani wygrać bitwę! – Irias nadal nie mogła uwierzyć w zdradę Opiekunki Stadniny.

– Ona już przegrała! Hetyckich rydwanów nic nie powstrzyma, a twoja ukochana pani będzie wkrótce martwa, albo przynajmniej przestanie udawać boginię! I dobrze, nie potrzebujemy kogoś, kto wtrąca się w sprawy Amazonek. Potrzebujemy tylko jej złota! A złoto dostaniemy dzięki tej błyskotce. Nieprawdaż, moja królowo?

Irias milczała, zaskoczona nienawiścią w głosie Koriny.

– Oto twoja ostatnia szansa, niewolniku. Na kolana i oddaj medalion. Może wtedy, powtarzam – może, ofiaruję ci łaskę szybkiej śmierci. Nie mam czasu i możesz liczyć na moją wspaniałomyślność.

– Sama go weź, jeżeli potrafisz. – Nefer mocniej ścisnął oszczep.

– Oczywiście, że potrafię. Co ty sobie wyobrażasz? – Wojowniczka dobyła miecza. – Twoje szczęście, kundlu, że naprawdę nie znajdę czasu, aby zająć się tobą tak, jak na to zasługujesz. A szkoda, zbyt często wchodziłeś mi w drogę. Bądź jednak pewien, że głowę obetnę na samym końcu. – Uśmiechnęła się zimno i postąpiła krok do przodu.

– Przestań! Masz natychmiast przestać! Jestem twoją królową i rozkazuję ci! – Irias użyła najbardziej stanowczego tonu, na jaki potrafiła się zdobyć.

– Jesteś tylko dzieckiem! To, czy kiedykolwiek zostaniesz prawdziwą królową, dopiero się okaże. Jak dla mnie, za bardzo przypominasz swoją matkę i możesz łatwo skończyć w taki sam sposób, jak ona.

Korina zamilkła, zdając sobie może sprawę z tego, że mówi zbyt wiele. Skoncentrowała uwagę na kapłanie i ponownie przesunęła stopy. Nefer starał się przyjąć pozycję, którą pokazywał mu Harfan, z oszczepem skierowanym grotem w dół.

W tym momencie Irias skoczyła na podobieństwo atakującej kobry. Z wyciągniętymi ramionami wbiła się w udo wojowniczki, objęła je i starała się powalić Opiekunkę Stadniny. Szybkość ataku oraz zaskoczenie spowodowały, że Amazonka się zachwiała. Odruchowo uderzyła mieczem. Z braku miejsca nie mogła użyć ostrza i ugodziła dziewczynkę gałką rękojeści. Trafiona w głowę księżniczka runęła na piasek. Sama Korina nie zdołała jednak utrzymać pozycji, niesiona siłą własnego ciosu kontynuowała obrót i w ten sposób wystawiła plecy na atak Nefera. Uderzył tak, jak uczył go Libijczyk, od dołu, z pełną siłą. Może nie był najlepszym oszczepnikiem w armii, ale nie zabrakło mu ani mocy, ani motywacji. Wykonany dla Królowej oszczep okazał się orężem wysokiej jakości. Drzewce nie wygięło się i nie pękło, a wykuty z dobrego brązu grot przebił skórzany pancerz, wchodząc głęboko, bardzo głęboko…. Amazonka nie zdążyła już przesunąć stóp. Bezwładne ciało wojowniczki zwaliło się obok nadal nieruchomej Irias, z rany na plecach oraz z ust Koriny buchnęła krew. Oszołomiony Nefer daremnie próbował wyrwać zaklinowany oszczep i zadać kolejny cios. Dopiero po chwili pojął, że to już niepotrzebny trud. Opiekunka Stadniny była z całą pewnością martwa, a jej krew barwiła na czerwono piasek pustyni.

LXXIII

Po raz pierwszy pozbawił kogoś życia i okazało się to silnym doznaniem, tym bardziej, że ugodził oszczepem kobietę – piękną kobietę. Nefer powtarzał sobie, że była z gruntu zła, okazała się zdrajczynią i sama chciała go zabić, to jednak niewiele pomagało. Może z jakimś bezimiennym Hetytą albo Hapiru poszłoby łatwiej? Przypomniał sobie, jak drwiła z jego męskości i rzekomej gotowości do odbycia z nią zbliżenia, oddania nasienia… Nasienia nie oddał, ale jednak przebił Korinę swoim oszczepem… Było coś symbolicznego w tym akcie, gdy napierał na drzewce wdzierające się w ciało wojowniczki.. Bo mimo wszystko w jakiś sposób budziła w nim emocje, intrygując niezwykłą urodą oraz emanując władczością i arogancją… Broń ugrzęzła na dobre i nie dało się jej wydobyć. Zdrajczyni dostała to, na co zasłużyła i niech tak zostanie, na pustyni, z oszczepem wbitym w samo serce oraz duszę. Trzeba zająć się Irias, która po raz kolejny uratowała przyjaciela z opresji dzięki swojej odwadze i szybkości działania.

Pochylił się nad księżniczką, oddychała i nie miała żadnych widocznych obrażeń. Pozostawała jednak nieprzytomna i Nefer nie potrafił jej ocucić.

– Irias, obudź się! Musimy ruszać!

Oblał twarz dziewczynki wodą z bukłaka, który znalazł przy uprzęży Bestii, uderzył kilka razy w twarz. Początkowo delikatnie, potem – mocno już zaniepokojony – coraz silniej. Klacz przypatrywała się jego staraniom, pochyliła głowę i zaczęła szczypać swoją panią szerokimi wargami. Wszystko bez rezultatu, Irias nadal nie reagowała. Kapłan pojął, że cios w głowę musiał jej jednak zaszkodzić, oraz że nie zdoła obudzić małej przyjaciółki. Nie miał zresztą czasu na dłuższe zabiegi, Hetyci z pewnością posuwali się wśród wzgórz. Księżniczki nie dało się nawet nigdzie ukryć, jedyne, co mógł zrobić, to przeciągnąć ją ku jednej ze skarp, gdzie znalazł skrawek cienia. Może później uzdrowiciele zdołają jej pomóc, muszą to uczynić! Ciało Koriny zostawił tam, gdzie upadła, z oszczepem Królowej nadal wbitym głęboko w plecy. Bestia postępowała w ślad za Neferem, bacznie przyglądając się poczynaniom kapłana. Stanęła potem nad dziewczynką, opiekuńczo pochylając głowę. Miał nadzieję, że zdoła przekonać klacz do tego, aby pozwoliła mu dosiąść swego grzbietu i powiozła ku stanowisku gwardii. Nigdy dotąd nie jeździł na koniu samodzielnie, ale Bestia musiała znać zapach Nefera i kojarzyła go ze swoją panią. Jest mądra, może zrozumie, że muszą teraz zostawić Irias. Przemawiając łagodnym głosem, z pewnym trudem wdrapał się na grzbiet klaczy. Nie sprzeciwiała się temu, gdy jednak uderzył pietami jej boki zarżała cicho i ponownie opuściła głowę ku nieprzytomnej dziewczynce.

– Tak, wiem. Ale nie potrafimy jej teraz pomóc. Wrócimy tutaj tak szybko, jak tylko zdołamy. Sprowadzimy pomoc.

Poczuł się głupio tłumacząc to zwierzęciu, ale Bestia zdawała się jednak rozumieć. Już bez oporu pozwoliła kapłanowi zawrócić w stronę obozu i z własnej woli ruszyła naprzód. Najwidoczniej była naprawdę tak mądra, jak twierdziła Irias. Wierzchowiec Koriny nie odczuwał zapewne podobnej lojalności wobec Amazonki, spłoszył się bowiem i pogalopował na pustynię. Nefer nie miał wielkiego doświadczenia w powodowaniu koniem, na szczęście klacz biegła szybkim kłusem prosto w stronę obozu. Dopiero gdy znaleźli się już blisko pierwszych namiotów zorientował się, że gwardziści Tereusa stoją nieco z boku i w taki sposób oboje z Bestią ominą oddział. Chcąc za wszelką cenę zyskać na czasie, usiłował zawrócić konia. Nie miał w tym większej wprawy, a klacz okazała tym razem brak chęci współpracy. Najwidoczniej pomocy dla Irias zamierzała szukać w obozowisku. W rezultacie tych manewrów kapłan wpadł pomiędzy szeregi żołnierzy w sposób mało godny. Na szczęście, nie okazali strachu i kilku z nich pomogło opanować wierzchowca. Na wpół zsunął się, na wpół spadł z grzbietu zwierzęcia. Bestia zarżała, jak gdyby z wyrzutem, wyrwała się gwardzistom i pogalopowała z powrotem w stronę wzgórz. Zapewne postanowiła sama stanąć na straży swojej nieprzytomnej pani. Nefer musiał się z tym pogodzić, to zresztą nie miało w tej chwili aż tak wielkiego znaczenia. Najważniejsze, że jednak klacz szybko przyniosła go we właściwe miejsce. Niestety, powstałe zamieszanie sprowadziło nie tylko sierżanta, z którym osobisty niewolnik wolałby rozmówić się w cztery oczy, ale także nominalnego dowódcę Królewskiej Gwardii. Był nim młody oficer arystokratycznego pochodzenia, którego kapłan nigdy dotąd nie widział, nie brał on bowiem udziału w codziennych zajęciach i ćwiczeniach żołnierzy. Słyszał tylko, że nazywa się Menase i jest synem wielkiego rodu.

            – Co cię tu sprowadza, Neferze, na wszystkich bogów! I to w taki sposób? – Sierżant nie krył zdziwienia.

– Panie, muszę natychmiast porozmawiać z tobą na osobności. Przynoszę ważne wieści – odpowiedział cicho.

Tereus machnięciem ręki odprawił żołnierzy, ale nie mógł uczynić tego samego ze swoim dowódcą. Wyraźnie zaciekawiony, pułkownik Menase nie miał zamiaru odejść.

– Mów, o co chodzi, niewolniku. Tylko szybko. Jesteśmy w środku bitwy!

Oficer zachowywał się w sposób lekceważący, traktując Nefera jak niezbyt rozgarniętego sługę. Kapłan zawahał się… Sierżantowi opowiedziałby wszystko, zdając się na jego rozum i lojalność. Menase wyglądał jednak na kogoś, kto mógłby mnożyć przeszkody i wątpliwości. A przecież nie mieli czasu na długie rozważania, wszystko zależało od szybkości działania. Zdecydował się.

– Szlachetny panie, przynoszę rozkazy od Najdostojniejszej Królowej, Oby Żyła i Władała Wiecznie. Oto Jej znak! – Wyszarpnął spod skórzanego pancerza medalion z wizerunkiem Oka Izydy.

Obydwaj żołnierze przyjrzeli się miedzianemu krążkowi. Menase ucałował go z szacunkiem.

– Jakie są rozkazy Wielkiej Pani?

– Pomiędzy wzgórzami jadą hetyckie rydwany. Gwardia musi obsadzić zachodnie zbocza i zatrzymać Hetytów. Ruszajcie natychmiast!

– Co takiego? Jacy znowu Hetyci? Walczymy z buntownikami księcia i tymi dzikusami Hapiru. Hetyci są daleko, a zresztą mamy pokój z ich królem!

– Panie, nie wiem skąd się tu wzięli, ale dywizja ich wozów bojowych przeprawia się przez wzgórza. Nie mogą wydostać się na równinę! To rozkaz Najwspanialszej Królowej Amaktaris!

– Otrzymaliśmy uprzednio inne zadania. Dlaczego tak ważne polecenia przenosi zwykły niewolnik? Dlaczego Wielka Pani nie wysłała kuriera–oficera?

– Byłem pod ręką, panie. I potrafię jeździć na koniu, a czas nagli. Gwardia musi ruszać bez żadnej zwłoki!

– Czy potrafisz jeździć konno, to bardzo wątpliwe, sądząc po tym, co wszyscy tu widzieli…

– Panie, znam tego niewolnika. To osobisty sługa Najjaśniejszej. A ten medalion opatrzony jest znakiem Królowej. – To Tereus wtrącił się do rozmowy. Zanim wypowiedział następne słowa, długo i głęboko spojrzał Neferowi w oczy. – Musimy wykonać Jej obecne rozkazy!

– Tak, oczywiście, sierżancie. Niech więc tak będzie. Wydaj stosowne polecenia. A ty, niewolniku, pójdziesz z nami! I tak straciłeś konia, więc żaden już z ciebie pożytek w roli posłańca.

– Jak rozkażesz, panie. – Nefera rozdzierały sprzeczne uczucia. Chciał walczyć, jeszcze niedawno pragnął tego z całej duszy i czuł urazę do Amaktaris, że odsunęła go od udziału w bitwie. Z drugiej strony, Irias potrzebowała natychmiastowej pomocy, powinien sprowadzić uzdrowiciela, najlepiej Mistrza Sentota. Gdyby jednak teraz poruszył ten temat, albo choćby odmówił wyruszenia z gwardią… Menase wysuwałby kolejne wątpliwości i pewnie nie wykonałby rozkazu przyniesionego przez podejrzanego kuriera. Kapłan nie miał więc innego wyjścia. – Dajcie mi tylko jakiś oszczep, jeżeli mam walczyć!

– Weź mój, Neferze! – odezwał się niespodziewanie sierżant. – Ja i tak bardziej polegam na moim mieczu. Wiesz ilu jest tych Hetytów?

– Widziałem dużo ponad trzysta rydwanów, pewnie cała dywizja.

– Jeżeli tylko tylu i jeżeli dopadniemy ich wśród wzgórz, to damy radę. Prowadź, pójdziesz przy mnie. A ty, panie, poślij gońca do Harfana. Niech zablokuje swoimi wozami tych, którzy może zdołają się przedrzeć.

Tereus zaczął pospiesznie wydawać rozkazy, powtarzane następnie przez setników i podoficerów. Dobrze wyszkoleni żołnierze sprawnie przeformowali szyk i ruszyli miarowym biegiem w stronę wzgórz.

– Może powinniśmy przyspieszyć? – Nefer był już nieco zdyszany, ale uważał, że posuwają się zbyt wolno.

– Nie mogę zmęczyć żołnierzy przed walką. Muszą zachować siły. – Pomimo wieku i sporej masy sierżant łapał oddech bez problemu. Kapłanowi przychodziło to z większym trudem, zaprzestał więc prób nawiązania rozmowy.

Gdy dopadli pierwszych wzgórz, Hetyci nadal nie pojawili się jeszcze w wylotach wychodzących na równinę przesmyków. Nefer podziękował za to w duchu Izydzie. Szeroka ława żołnierzy zaczęła wspinać się na piaszczyste zbocza. Tereus ruchem ręki powstrzymał pozostałych tuż przed grzbietem i sam ostrożnie wystawił głowę. Kapłan nie potrafił opanować ciekawości i też wspiął się o kilka kroków. Sierżant nie zaprotestował. Być może zbytnio pochłonął go widok przesuwających się poniżej Hetytów. Rydwany skupiły się w rozległej kotlinie u stóp wzgórza, z której na otwartą równinę prowadziły dwa wąskie przejścia. Nie wszystkie wozy zdążyły dotrzeć na miejsce, wiele z nich rozciągało się nadal w wydłużonych kolumnach wśród piaszczystych wyniosłości. Gwardziści zdążyli w samą porę. Nefer rozpoznał księcia Mutawalisa, który ruchami dłoni dzierżącej oszczep kierował prowadzące szwadrony ku ostatnim przesmykom, kotlina nie mogła bowiem pomieścić wszystkich nadciągających pojazdów. A więc przeczucie kapłana okazało się trafne, to namiestnik Halab, syn hetyckiego króla, wyprawił się, by wesprzeć bunt Nektanebo. Żołnierze Tereusa muszą zatrzymać tutaj wrogów. Sierżant podzielał najwidoczniej to przekonanie, cofnął się i zaczął ustawiać szyk gwardzistów. Na czoło wysunął dwie grupy łuczników.

– Trzeba koniecznie powalić prowadzące zaprzęgi, nie wolno wypuścić ich na równinę!

Doświadczeni wojownicy szybko zajmowali wyznaczone pozycje i nie potrzebowali do tego gromkich rozkazów. Gdy wszyscy zameldowali już gotowość, Tereus zadął w gwizdek i machnął ręką. Wypadli na grzbiet wyniosłości. Pierwsze rydwany znajdowały się dokładnie pod nimi, przemierzając wąskie przejścia wśród wzgórz. Nefer przyłączył się do łuczników, spodziewając się, że bardziej przyda się jego proca niż pożyczony przez sierżanta oszczep. Powiodło im się tylko częściowo. Gwardziści sypnęli strzałami w zaskoczonych Hetytów i czołowy zaprzęg w jednej z kolumn zwalił się na piach. Grot ugodził prawego konia w oko. Stanowiło ono właściwie jedyny dostępny cel, hetyckie rumaki osłonięto bowiem metalowymi i skórzanymi pancerzami, chroniącymi wrażliwe miejsca zwierząt. Któryś z łuczników zdołał jednak trafić i w przejściu powstał zator. Kolejne rydwany stanęły bezradnie w miejscu, nie mogąc zawrócić z powodu ciasnoty. Kilkunastu wojowników z ich załóg zeskoczyło na ziemię, by usunąć blokujący drogę zaprzęg. Teraz to oni stali się celem strzał.

Gorzej powiodło się z drugą kolumną. Prowadzący ją oficer wykazał się przytomnością i odwagą. Na widok pojawiających się na wzgórzu Egipcjan rozkazał swemu woźnicy zaciąć konie. Pędzący z niebezpieczną szybkością rydwan przebył ostatni odcinek przejścia i wypadł na równinę. Za nim pognały drugi, trzeci, czwarty… Łucznicy szyli strzałami w ludzi i konie, jednak bez widocznego skutku. Nefer wypuścił kilka pocisków z procy, w panującym zamieszaniu nie potrafił jednak dostrzec rezultatów. Kolejne rydwany wyrywały się z pułapki, gdy wreszcie któraś szczęśliwie posłana strzała ugodziła jednego z woźniców. Stojący na platformie pojazdu tarczownik nie zdołał osłonić towarzysza. Zaprzęg gwałtownie skręcił i przewrócił się na nierówności terenu. Wpadły w niego dwa kolejne. Hetyckie rydwany nie odznaczały się zwrotnością i teraz to się mściło. W jednej chwili i tutaj powstał zator, blokujący przejazd. Kapłan pomyślał, że może Harfan zdąży na czas i poradzi sobie z tymi kilkunastoma wozami, którym udało się przejechać. Trzeba było mieć taką nadzieję. Hetyci z tylnych szeregów zaczęli bowiem odzyskiwać opanowanie. Mutawalis wydawał kolejne serie rozkazów, wrodzy łucznicy również sięgnęli po swoją broń. Chronieni przez tarczowników mieli lepszą osłonę niż stojący na grzbiecie wzgórza egipscy gwardziści. Tereus uznał, iż nadeszła właściwa chwila do ataku na oszczepy.

– Za Horusa i Izydę! Bijcie te parszywe psy!

Sierżant wzniósł miecz i ruszył w dół zbocza, pociągając za sobą innych. Impet ataku okazał się tak duży, że żołnierze przełamali pierwsze, niezbyt sztywno uformowane szeregi wrogów. Rozpoczęła się zacięta walka na miecze i oszczepy, wśród przerażonych, ponoszących koni i przewracających się rydwanów. Uniesiony zapałem Nefer porzucił procę i także pognał w dół stoku z nastawionym oszczepem. Po chwili potknął się o coś i haniebnie wyłożył jak długi w połowie wzgórza. Gwardziści przebiegli obok, włączając się do walki. Gdy pospiesznie wstawał, dostrzegł, iż Mutawalis nie stracił głowy i zbiera wokół siebie wojowników z załóg tylnych rydwanów, szykując kontratak na rozciągniętych i tracących już początkowy impet Egipcjan. Osłaniało go trzech czy czterech tarczowników. Nefer przeklął swoją głupotę, nie było czasu szukać teraz odrzuconej procy. Na szczęście Tereus również czuwał nad przebiegiem walki. Widząc, co się dzieje, poprowadził kilku skrzykniętych pospiesznie żołnierzy ku wrogiemu dowódcy. Samą masą swego umięśnionego ciała rozepchnął przeciwników i zaatakował księcia. Ten uderzył oszczepem, sierżant uchylił się. Zaczęli wymieniać ciosy, ale Mutawalis trzymał przeciwnika na odległość swoją dłuższą bronią. Jeżeli liczył na pomoc podwładnych, to chwilowo nie miał z nich pożytku, zajęli ich bowiem walką wojownicy Tereusa. Chcąc  skrócić dystans, sierżant nagłym wypadem zmusił przeciwnika do sparowania kolejnego cięcia drzewcem oszczepu. Wykorzystał swoją siłę i oręż wroga nie oparł się wykutemu z brązu ostrzu. Hetyta odskoczył, porzucił ułamany oszczep i dobył miecza. Zadawali kolejne uderzenia. Kapłan przypomniał sobie, jak Tereus odgrażał się kiedyś, że zabije hetyckiego księcia za aroganckie propozycje matrymonialne składane Królowej Amaktaris. Teraz miał swoją okazję. Mutawalis okazał się jednak groźnym przeciwnikiem i wynik starcia pozostawał niepewny.

Nefer chciał włączyć się wreszcie do prawdziwej walki i ponownie ruszył w dół, tym razem wolniej i rozważniej. Trafił na jakiegoś Hetytę próbującego uwolnić konia, beznadziejnie zaplątanego w uprząż zwalonego rydwanu. Wróg, zapewne woźnica, tak był zajęty przecinaniem rzemieni, że zauważył przeciwnika dopiero w ostatniej chwili. Kapłan bez skrupułów wykorzystał tę okazję i uderzył. Tym razem pamiętał o naukach Harfana i wbił grot w udo, poniżej krawędzi krótkiego, skórzanego pancerza. Dzięki temu mógł łatwo uwolnić ostrze. Hetyta, powalony na piasek z rozoraną nogą, zapewne umrze z powodu upływu krwi. Tak jak przypuszczał, z nieznanym Azjatą poszło o wiele łatwiej niż z Koriną. A może to on sam przyzwyczajał się do zadawania śmierci?

Pobiegł dalej, pomiędzy skłębionymi bezładnie rydwanami i grupkami walczących zaciekle wojowników. Znalazł się nagle przy wylocie wchodzącego do kotliny, wewnętrznego przesmyku. Stały tu nadal, uwięzione w tłoku, rydwany jednego z tylnych pułków. Z braku miejsca zaprzęgi nie mogły przeć do przodu ani też zawrócić. Część koni spłoszyła się i obaliła pojazdy. Żołnierze i woźnice w większości rzucili się już w wir bitwy albo właśnie zaczynali uciekać. Oto rozległy się bowiem okrzyki radości wznoszone przez Egipcjan oraz pełne grozy i przerażenia zawodzenia Hetytów. Nefer wyciągnął z tego wniosek, że książę padł. Był to przełomowy moment walki. Pozbawieni dowódcy wrogowie stracili ducha i szukali schronienia wśród wzgórz, ścigani przez gwardzistów.

Tym razem to na kapłana wypadło naraz trzech Azjatów, jeden z nich wyglądał na kogoś znaczniejszego. Zamachnął się trzymanym w dłoni ułamanym oszczepem, kapłan z trudem odskoczył. Wrogi oficer potknął się o dyszel przewróconego rydwanu. Jeden z jego ludzi, nie dbając już o nic, pognał w stronę obiecujących złudzenie ratunku wzgórz. Drugi stanął jednak w obronie swego dowódcy, atakując Nefera i dając oficerowi czas na wyplątanie się z resztek rozbitego rydwanu. Okazał się doświadczonym wojownikiem i natarł zdecydowanie. Nefer cofał się, z trudem parując ciosy. Widział gwardzistów ścigających wrogów, uciekających Hetytów było jednak nadal bardzo wielu i żaden z Egipcjan nie zwrócił uwagi na kłopoty przypadkowego towarzysza broni. Hetycki dowódca podniósł się wreszcie na nogi i kapłan liczył, że obydwaj wrogowie zostawią go teraz w spokoju, by ruszyć śladem innych uciekinierów. Tak się jednak nie stało. Oficer zaczął zachodzić Nefera z boku, uważając już na szczątki przewróconych pojazdów. Może Azjaci pragnęli zabić przynajmniej jeszcze jednego spośród Egipcjan i choćby w taki sposób pomścić klęskę? Nefer zaatakował z siłą rozpaczy, chcąc rozstrzygnąć walkę, zanim znajdzie się w potrzasku. Wojownik odbił cios i sam wzniósł oszczep. Niespodziewanie za jego plecami wyrósł egipski gwardzista i uderzył jako pierwszy. Precyzyjnie i oszczędnie, tak, aby nie uwięzić własnej broni w ciele zabitego wroga.

Dopiero gdy Hetyta upadł, Nefer zorientował się, że z pomocą przyszedł mu Harfan. Który to już raz? Wobec pojawienia się nowego przeciwnika oficer stracił ochotę do walki i teraz dopiero zaczął myśleć o ucieczce. Skoczył w lukę pomiędzy dwoma rydwanami, osłaniając się przed Libijczykiem, którego musiał uznać za bardziej niebezpiecznego z wrogów. Przerażony grozą śmierci, której ledwie uniknął, kapłan nie znalazł litości i wraził oszczep w bok Azjaty. Nie tak elegancko jak Harfan, raczej brutalnie i niewprawnie, niczym świeżo przeszkolony rekrut. Tym niemniej, cios okazał się skuteczny, a bitwa wśród wzgórz i tak dobiegała już końca. Tym razem przyjaciel pokazał mu, jak wydobyć grot i zmęczony Nefer mógł oprzeć się ciężko na wbitym w ziemię drzewcu.

– Skąd się tu wziąłeś, panie? – wydyszał chrapliwie.

– Wezwał nas Menase. Mieliśmy trochę zajęcia z rydwanami na równinie, ale zdążyłem w ostatniej chwili. – Libijczyk podał kapłanowi bukłak z wodą. – Obiecałem przecież, że to ja sam cię zabiję i chciałem się przekonać, jak walczysz. Z tego co widzę, nadal musisz się jeszcze wiele nauczyć, chociaż robisz postępy. – Uderzył otwartą dłonią w ramię towarzysza, rozchlapując wodę.

– Dziękuję, panie.

– Pij, dobrze się spisałeś. Zobaczmy, kogo tu powaliłeś. – Harfan pochylił się nad martwym oficerem, odwracając wroga na plecy. – O proszę, ma naramienniki dowódcy pułku. I sztylet z tego niezwykłego metalu, o którym krążą opowieści. Piękny łup, należy do ciebie. – Podał broń Neferowi i zajął się odpinaniem pochwy.

– Panie, zechciej przyjąć to ostrze. Tak naprawdę, to ty na nie zasłużyłeś.

– Nie, przyjacielu. To ty zabiłeś tego Hetytę. Nikt nigdy nie powie, że Harfan z Królewskiej Gwardii sięga po cudzą zdobycz. To twój łup i używaj go z dumą. Po dzisiejszym dniu w Kraju znajdzie się może kilka sztuk takiej broni więcej niż poprzednio, ale na pewno nadal będzie wielką rzadkością.

Nefer pomyślał o pamiętnym sztylecie zmarłego Faraona, który obecnie nosił Horkan, i z powodu którego on sam trafił w łańcuchach do wioseł królewskiej barki. To jednak będzie nie lada satysfakcja, gdy pokaże podobną broń Królowej. Ostrze zdobyte w walce, na wzór Jej Ojca. Miał wprawdzie szczęście, ale przecież bez przychylności bogów nie sposób wygrywać bitew. Horkan, walczący dzisiaj z Hapiru, raczej nie znajdzie szansy na podobny łup. Sama Najjaśniejsza także zresztą nie. Zawstydził się trochę tych niegodnych myśli, ale uraza spowodowana pogardliwym odsunięciem od udziału w bitwie wciąż pozostawała żywa. Dlatego też nie sprzeciwił się, gdy Harfan zatroszczył się o kolejne trofea.

– Pożycz mi tego ostrza, zaraz je wypróbujemy! – Chwyciwszy pewnie sztylet, Libijczyk zręcznie odciął na wysokości łokci prawe dłonie obydwu martwych wrogów.

– Po co to, panie?

– To dowód, że zabiliśmy tych Hetytów. Złożymy je u stóp Pani Obydwu Krajów podczas parady zwycięstwa. To odwieczny zwyczaj żołnierzy. Weź jeszcze te naramienniki, skoro powaliłeś ważnego oficera! Pancerz i wszystko inne niech zbiorą później ludzie zbrojmistrza. Tym nie musimy się już martwić.

Nagle przez wzgórza przetoczyła się fala radosnych okrzyków, sławiących Kraj i jego Królową, Amaktaris Wspaniałą, Oby Żyła i Władała Wiecznie. Żołnierze walili wyszczerbionymi często mieczami i ułamkami oszczepów w równie sfatygowane tarcze. Jeszcze chwila i wszystko stało się jasne. Oto przybył goniec, wysłany przez Najdostojniejszą. Horda Hapiru została zmasakrowana szarżą rydwanów. Klęskę i rozsypkę zbuntowanych wojsk księcia gwardziści mogli sami ujrzeć ze szczytów wzgórz. Królowa zwyciężyła! Egipt zwyciężył!

LXXIV

Wśród okrzyków radości ruszyli ku centralnej części kotliny. Nefer chciał zobaczyć na własne oczy ciało Mutawalisa, skoro sierżant dotrzymał złożonego niegdyś przyrzeczenia. Tu i tam żołnierze zaczynali już zbierać łupy, oręż oraz inne wartościowe przedmioty znalezione przy zabitych wrogach. Podobnie jak Harfan, obcinali im też dłonie. Hetycki książę padł w miejscu, które kapłan zapamiętał jako scenę jego pojedynku z Tereusem. Rozległa rana na piersiach świadczyła o tym, że walczył do końca ale kunszt szermierczy i doświadczenie starego wojaka przeważyły nad szybkością Hetyty oraz jego nadzwyczajną bronią. Bo miecz Mutawalisa wykuty został z tego samego, srebrzystoszarego metalu o niezwykłych właściwościach, co nowy sztylet Nefera. Książę nadal zaciskał oręż w martwej dłoni. Nad poległym wrogiem pochylał się Menase, ostrożnie dotykając cennej klingi. Kapłan nigdzie nie dostrzegł natomiast sierżanta. Arystokrata z pewnym trudem rozwarł pięść Azjaty i podniósł ostrze. Obecni na miejscu żołnierze odwracali wzrok i udawali, że niczego nie widzą. Nefer pomyślał, iż nie pamięta dowódcy gwardii w bitwie i nie wytrzymał. Jak zwykle, nie potrafił opanować języka. Zbyt długo był kapłanem, a za krótko sługą.

– Co zamierzasz uczynić z tym mieczem, panie?

– A co cię to obchodzi, niewolniku? Zrobiłeś to, co do ciebie należało i możesz odejść. Pozwalam ci rozejrzeć się za jakimiś łupami, chociaż nie jesteś wojownikiem!

– Zdobyłem już swoje łupy bez twojego pozwolenia, panie. Ty, jak widzę, także masz ochotę na zdobycz. Tylko, że ona nie należy do ciebie. Czy zabiłeś tego Hetytę?

– To nie twoja sprawa! Jestem dowódcą Królewskiej Gwardii i poprowadziłem ten atak! Miecz należy do mnie!

– Atak poprowadził sierżant Tereus i to on powalił księcia! Sam widziałem, jak walczyli. Sięgasz po cudzy łup.

– Sierżant umiera, niewolniku. To ostrze na nic mu się już nie przyda. Jest moje jako dowódcy zwycięskiego oddziału! Zabrać stąd tego przybłędę! – Menase rzucił rozkaz żołnierzom, którzy jednak nie kwapili się do wykonania polecenia i teraz z kolei udawali, że niczego nie słyszą.

– Panie, jeżeli nawet Tereus zginął, to jednak on zdobył ten miecz! – Harfan wtrącił się do rozmowy. – Niech spocznie razem z nim, chyba, że Królowa, Oby Żyła i Władała Wiecznie, zadecyduje inaczej. Będzie najlepiej, jeżeli zawiadomię Ją o tej sprawie i osobiście przekażę oręż. Nie obawiaj się, twoje zasługi nie zostaną pominięte. Otrzymasz wystarczającą nagrodę.

Arystokrata przeszył obydwu oponentów wrogim spojrzeniem, nie mając jednak innego wyjścia, niechętnie oddał ostrze.

– Niech więc tak właśnie będzie. Pamiętaj jednak o swoich słowach!

– Na pewno nie zapomnę! A teraz, gdzie znajdziemy sierżanta, panie?

– Pod tamtym wzgórzem. – Oficer machnął ręką. – Tam właśnie padł.

Ruszyli pospiesznie we wskazanym kierunku, nie zwracając już uwagi na upokorzonego i rozdrażnionego dowódcę gwardii. Wbrew jego słowom Tereus jeszcze żył, leżał jednak nieprzytomny. Tors i ramiona Greka znaczyły liczne rany. Część z nich wydawała się powierzchowna, inne sprawiały jednak wrażenie niebezpiecznych. Wzmocniony brązem pancerz sierżanta nie zdołał oprzeć się klindze księcia i został naruszony w kilku miejscach. Szczególnie paskudnie prezentowało się zwłaszcza długie i głębokie cięcie przez lewe przedramię. Kilku żołnierzy ostrożnie zdejmowało elementy ochronnego stroju, nakładało prowizoryczne opatrunki. Stary wojownik musiał stracić dużo krwi.

– Trzeba go jak najszybciej zanieść do obozu! Mamy tam dobrego uzdrowiciela! – Nefer znowu nieopatrznie zaczął wydawać polecenia, ale Harfan poparł słowa przyjaciela skinieniem głowy. Nieopodal sporządzano już nosze z oszczepów i połamanych dyszli wozów bojowych.

– Jak to się stało? – spytał Libijczyk.

– Walczył z hetyckim dowódcą i zabił go. To odebrało im ducha. Do tej pory stawali twardo, po śmierci księcia zaczęli uciekać – odpowiedział niższy rangą podoficer. – Sierżant odniósł te rany, bo Hetyta nie był łatwym przeciwnikiem. Nie chciał jednak pomocy i rozkazał ścigać wrogów. Sam też ruszył, potem upadł tutaj, bez przytomności.

– Dlaczego nie przyjął pomocy? Należało natychmiast opatrzyć rany, wtedy nie straciłby tyle krwi, a tak… – Nefer nie mógł pogodzić się z możliwością śmierci starego wojaka. Przecież on sam powtarzał, że tylko głupcy szukają na wojnie honoru i chwały. Harfan położył dłoń na ramieniu przyjaciela.

– Musiał tak postąpić, jeżeli chciał wygrać bitwę i wykorzystać to, że powalił księcia. Nie mógł stracić takiej okazji i poderwał ludzi. Jego życie jest teraz w ręku bogów oraz naszych uzdrowicieli. Jeżeli wszystko gotowe, nie zwlekajcie. Mistrz Sentot powinien zająć się sierżantem w pierwszej kolejności. Zasłużył na to!

Ciężkie obrażenia Tereusa oraz nieprzyjemny incydent przy zwłokach Mutawalisa zepsuły humor Nefera. Grek nigdy nie był jego wielkim przyjacielem, ale traktował kapłana sprawiedliwie. I tak naprawdę, to on wygrał tę bitwę – najpierw wymuszając na Menase decyzję o respektowaniu wymyślonego przez osobistego niewolnika rozkazu obsadzenia wzgórz, a później prowadząc atak i zabijając hetyckiego księcia. Wydawało się bardzo prawdopodobne, że zapłaci za to życiem, a tymczasem już znaleźli się tacy, którzy chcieli zagarnąć dla siebie jego chwałę. Nefer obiecał sobie w duchu, że dopilnuje, aby Najwspanialsza dowiedziała się o zasługach sierżanta. To nasunęło mu nową myśl. Zaciągnął Harfana na grzbiet najwyższego z pobliskich pagórków, skąd mógł dokładnie obejrzeć pobojowisko i wyglądać powrotu Amaktaris. Przed bitwą rozstali się z Najjaśniejszą chłodno, może nawet w gniewie, teraz jednak pragnął pochwalić się swymi dokonaniami, zdobytym sztyletem oraz innymi łupami, zyskać uznanie w Jej oczach. Uznanie, które pozwoli zapomnieć o upokarzającym odsunięciu od udziału w walce.

Wbrew swoim nadziejom, zbyt wiele zobaczyć nie zdołał. Na równiną nadal ścielił się kurz, tu i ówdzie ukazywały się pędzące zaprzęgi oraz biegnący żołnierze, w innych miejscach leżały liczne ciała poległych. Dopiero doświadczone oko Harfana dostrzegło w tym chaosie jakiś porządek.

– Spójrz! Te kłęby z tamtej strony to dymy pożarów. Nasi musieli wpaść do obozu księcia… A tam widać kolumny jeńców, to chyba wojownicy z Awaris, bo Hapiru walczyli dużo dalej, za wzgórzami. Ale i oni nie uciekną, przed nimi są tylko pustynia albo morze.

To jednak Nefer wypatrzył niewielki oddział wozów bojowych nadjeżdżający z wielką prędkością od południa, z kierunku, w którym atakowały uprzednio egipskie szwadrony pod dowództwem Królowej. Miał nadzieję, że to sama Najwspanialsza wraca po zwycięskiej szarży. Zdawało mu się, iż dostrzega Jej postać na platformie prowadzącego pojazdu. Monarchini towarzyszył oczywiście Horkan. Zatrzymali się w miejscu, w którym ścierały się w bitwie linie piechoty. Wokół rydwanu zaczęły gromadzić się coraz większe grupki wojowników, wznoszących oręż w geście zwycięstwa. Nie ulegało już wątpliwości, to sama Pani Obydwu Krajów powróciła w chwale. Kapłan ponaglał teraz Libijczyka, aby jak najspieszniej zejść na równinę i znaleźć się w pobliżu triumfującej Amaktaris. Mieli jednak spory kawałek drogi i gdy przybyli wreszcie na miejsce, zastali zaprzęg Władczyni otoczony wianuszkiem wyższych oficerów, składających wstępne raporty. Harfan bezceremonialnie dołączył do tej grupy, pociągając za sobą Nefera. Najdostojniejsza chyba ich nie zauważyła, zajęta rozmową z jednym z dowódców.

– Generale, wiem już, że twoje pułki pomogły zepchnąć ludzi księcia. Dlaczego jednak opuściłeś wzgórza? To tego miejsca miałeś strzec!

– Uczyniłem to na Twój rozkaz, o Wielka!

– Nie wydałam takiego rozkazu!

– Twoje polecenia, o Pani, przywiózł kurier, tuż przed rozpoczęciem starcia na równinie. Przybył rydwanem ze znakami gwardii i miał Twój pierścień. Nakazał, abyśmy natychmiast zeszli w dół i dołączyli do reszty piechoty. Tak też uczyniliśmy.

– I właśnie wtedy ruszyli Hetyci! Jesteś pewien, że to był Mój pierścień?

– Tak, Pani, królewski kamień z wizerunkiem Oka Izydy. Widziałem go nie tylko ja, ale także dwaj dowódcy moich pułków. Chciałem się upewnić przed wykonaniem tak niespodziewanego rozkazu. Wszyscy dokładnie obejrzeliśmy i rozpoznaliśmy Twój znak, o Najwspanialsza!

– Jak wyglądał ten kurier?

– Myślę, że był Nubijczykiem, ale nie brakuje takich w Twojej gwardii, o Wielka. Nie zszedł z rydwanu, odniosłem jednak wrażenie, że kuleje. Miał ze sobą woźnicę, ale ten nie wyróżniał się niczym szczególnym.

– Chyba zaczynam rozumieć… – Świetlista Pani wypowiedziała te słowa jakby do siebie. – Generale, dość już o tej sprawie. Miałeś podstawy by uznać, że otrzymałeś rozkazy Królowej, a potem ty i twoi ludzie dobrze walczyliście na równinie. Nie ominą was zwyczajowe nagrody!

Przemowa Władczyni zdumiała większość obecnych, a ściśle rzecz biorąc wszystkich z wyjątkiem Nefera. On jeden mógł pojąć, co właściwie się stało. Książę otrzymał jednak pierścień posłany mu przez zbuntowanych więźniów z Tamadah i okazał się na tyle przebiegły, aby posłużyć się nim celem uwiarygodnienia fałszywych rozkazów, wydanych jakoby przez Najjaśniejszą. Co więcej, najprawdopodobniej wykonawcą tego planu uczynił Tahara. Nubijczyk musiał przeżyć na pustyni i zdołał ponownie wkraść się w łaski dawnego protektora. Z pewnością miał powody, aby zaryzykować udział w tak niebezpiecznej misji i spróbować dokonać zemsty.

– Na szczęście, uratowała nas waleczność gwardzistów, którzy w samą porę znaleźli się w najważniejszym miejscu bitwy – kontynuowała Monarchini. – Pułkowniku Menase, ty i sierżant Tereus zasłużyliście na najwyższe nagrody. Wiem już, że sierżant odniósł poważne rany walcząc z księciem Mutawalisem, którego zabił. Chwała go nie ominie, na tym świecie – jeżeli przeżyje, w Kraju na Zachodzie – jeżeli wola bogów będzie inna. Ty jednak możesz prosić o nagrodę tu i teraz!

– Najdostojniejsza Pani! Poprowadziliśmy ten atak razem, sierżant wykazał się nadzwyczajną odwagą, stając do pojedynku z hetyckim księciem uzbrojonym w miecz wykuty z niezwykłego metalu. Zdobyliśmy ten oręż i pragnąłem złożyć go u Twych stóp, o Najpotężniejsza, ale przeszkodzili mi w tym jeden z Twoich przybocznych oficerów oraz niewolnik podający się za Twego osobistego sługę. Stoją teraz tutaj i wzywam ich, aby oddali to ostrze Tobie, jako Najwyższej Władczyni nas wszystkich!

Menase szerokim gestem wskazał Harfana i Nefera, których wypatrzył w grupce wojskowych. Zapewne chciał swym wystąpieniem zaszkodzić niedawnym oponentom, jeżeli tak, to reakcja Amaktaris musiała przejść jego najśmielsze oczekiwania. Królowa uciszyła arystokratę gniewnym ruchem dłoni i wbiła spojrzenie w osobistego niewolnika.

– Neferze, gdzie jest Irias? – zadała to pytanie niebezpiecznie spokojnym głosem.

Zamarł. W gorączce i zamieszaniu bitwy, przeżywając chwile śmiertelnego strachu, a potem uniesienia i chwały, zupełnie zapomniał o księżniczce i przyjaciółce, pozostawionej bez przytomności pod jednym ze wzgórz.

– Pani, ja… Chcieliśmy obejrzeć bitwę i potem…

– Oszczędź mi swoich kłamstw! Wiem już, co się stało, wiem doskonale, co z nią zrobiłeś! Znaleźli ją nieprzytomną, porzuconą na pustyni!

– Pani, ja naprawdę…

– Milcz! Nie chcę słuchać twoich słów. Obszukać go!

Kilku żołnierzy ze straży przybocznej pochwyciło Nefera, po chwili wydobyli spod skórzanego napierśnika ukryty tam medalion. Podali znak Władczyni, która wpatrywała się w ten kawałek miedzi z mieszaniną satysfakcji i zawodu.

– A więc jednak… Ten przedmiot nigdy nie należał do ciebie, ani też nie był tobie przeznaczony, niewolniku – powiedziała dobitnie. – Nie pytam, jak wszedłeś w jego posiadanie, bo potrafię się tego domyślić. Zaufałam ci, a ty odpłaciłeś zdradą. Później się tobą zajmę. Aresztować go! Zakuć w łańcuchy i pilnować jak oka w głowie. Nie może uciec, nie wolno mu też umrzeć. Kapralu, odpowiadasz za to głową.

Osłupiały Nefer nie zdobył się na protesty, próby tłumaczenia czy błagania o łaskę, zapewne i tak zresztą daremne. Nie takiego spodziewał się powitania. Owszem, zapomniał o Irias ale przecież… Ona chyba nie umarła, skoro znaleziono ją nieprzytomną?

Podczas gdy wszyscy odsuwali się od więźnia jak od zarażonego trądem, jeden Harfan okazał Neferowi przyjaźń i postarał się złagodzić szok.

– Daj mi ten hetycki sztylet i naramienniki, przechowam je dla ciebie, przyjacielu.

Posłusznie oddał zdobyte łupy, którymi nie zdążył się nawet pochwalić. Królowa zmarszczyła brwi na widok postępku Libijczyka, ale nie zareagowała. Może nie chciała przedłużać tej nieprzyjemnej sceny w obecności swoich dowódców. Po chwili z Nefera zdarto pancerz i nałożono na jego przeguby krótkie, uciążliwe łańcuchy. Amaktaris nadal przeszywała kapłana wzrokiem pełnym wrogości, podczas gdy odprowadzano go na bok. Niezbyt zresztą daleko, bo sami żołnierze byli chyba ciekawi, co jeszcze wydarzy się podczas tej niezwykłej raczej odprawy. Tymczasem Najjaśniejsza zdołała opanować targające nią emocje i powróciła do rozmowy z Menase.

– Szlachetni panowie, zechciejcie wybaczyć ten incydent. Takie sprawy nie powinny przeszkadzać w omawianiu ważniejszych kwestii. Pułkowniku, decyzja o przejściu gwardii na wzgórza uratowała nas od klęski i zmieniła losy bitwy. To była odważna i śmiała inicjatywa, godna najwyższego uznania!

Arystokrata wpatrywał się uporczywie w Nefera od chwili, gdy znaleziono przy nim medalion i skutkiem tego Królowa wydała rozkaz uwięzienia swego niewolnika. Teraz potrząsnął głową.

– Podjęliśmy ją po naradzie z sierżantem. Zaniepokoiła nas pustka na szczytach wzgórz i postanowiliśmy przesunąć tam naszych wojowników. Tak na wszelki wypadek.

– Bardzo słusznie. Powtarzam, możesz prosić o nagrodę!

– Pani, najwyższą nagrodą jest służba dla Ciebie. Proszę tylko o to, abyś zechciała przyjąć miecz hetyckiego księcia, który zdobyli Twoi gwardziści.

– Uczynię to z radością, pułkowniku! – Władczyni skinęła na Harfana, któremu nie pozostało nic innego, jak podać Jej niezwykły oręż. Przez dłuższą chwilę badała klingę delikatnym dotykiem palców.

– To naprawdę królewska zdobycz, godna dzielnego żołnierza. Wybacz, że nie mogę uhonorować twojej odwagi i rozumu tym mieczem. Sierżant zabił hetyckiego księcia i zatrzymam tę broń dla niego, jeżeli bogowie sprawią, że przeżyje. Nagrodzę cię jednak podobnym ostrzem. Przyjmij je, proszę, razem z awansem na generała! – Odwróciła się teraz do Libijczyka.

– Bracie, daj mi sztylet, który odebrałeś zdrajcy!

– Najdostojniejsza Pani! – Wojownik odważnie ujął się za przyjacielem. – Nefer zdobył go w walce, zabijając hetyckiego pułkownika. Uczynił to na moich oczach, a oto naramienniki tego oficera! Złożyłem obietnicę, że przechowam ten oręż.

– Obietnica złożona niewolnikowi nie jest wiążąca. Jemu nie wolno zresztą posiadać i nosić broni bez zgody jego pana, bez Mojej zgody! Przed tą wyprawą dałam mu oszczep i teraz tego żałuję. Użył oręża w sposób niegodny. Harfanie, czekam na ten sztylet!

Libijczyk musiał okazać posłuszeństwo, upadł na kolana i w formalny sposób podał broń, jak sługa wykonujący rozkazy swojej Królowej. Przelotny grymas ujawnił kapłanowi, iż Amaktaris pojęła znaczenie tej demonstracji, powstrzymała się jednak od dalszych uwag. Zamiast tego przyzwała Menase i wręczyła mu otrzymane ostrze.

– Generale, używaj tego oręża w obronie Egiptu i jego Królowej!

Słowa te zabrzmiały w uszach Nefera szczególnie boleśnie, gdyż nie tak dawno on sam je usłyszał, otrzymując broń z rąk swojej Pani. Jego upokorzenia dopełnił Menase, wpatrując się w niewolnika z ukrytym, drwiącym uśmiechem, podczas gdy obecni wznosili okrzyki na cześć Władczyni oraz nowego generała.

LXXV

Nefer obawiał się, że zostanie teraz odprowadzony do obozu i umieszczony w jakiejś urządzonej pospiesznie zagrodzie dla jeńców czy też w innym, podobnym miejscu. Tak się jednak nie stało. Czyniono przygotowania do uroczystej parady zwycięstwa i pilnujący więźnia żołnierze też mieli zapewne zamiar ją obejrzeć. Traktowali go zresztą zupełnie dobrze, bez okrucieństwa czy pogardy, niemal przyjaźnie. Po dłuższej chwili do ich grupki podszedł pospiesznie Harfan.

– O co tu chodzi, Neferze? Czym naraziłeś się na taki gniew?

– Miałem pilnować Irias. Tymczasem pojechaliśmy na wzgórza, żeby obejrzeć bitwę. Dostrzegliśmy tych Hetytów i chcieliśmy kogoś o tym zawiadomić. Wtedy pojawiła się Korina, ona zdradziła i próbowała nas powstrzymać. Zabiłem ją, Irias odwróciła jej uwagę… Ale zdążyła ugodzić księżniczkę w głowę. Musiałem zostawić dziewczynkę, nieprzytomną, zabrałem konia… Bogowie, w ciele Koriny utkwił mój oszczep, drzewce, które otrzymałem z rąk Królowej. Ona pewnie myśli, że ja…

– A znak z Okiem Izydy?

– Irias dostała go od Najwspanialszej. Nie mogę powiedzieć, z jakiego powodu. Chciałem, żeby gwardia ruszyła bez żadnej zwłoki i posłużyłem się nim, aby przekazać rzekome rozkazy Królowej dotyczące obsadzenia wzgórz.

– A więc to tak… Ale generał Menase twierdzi coś innego.

– On kłamie! Tylko sierżant był świadkiem naszej rozmowy i właściwie, to zmusił go do wykonania tego rozkazu.

– Sierżant zapewne umiera… Neferze, wierzę ci, ale to nie wygląda najlepiej. Jeżeli nikt poza Irias i Tereusem nie może potwierdzić twoich słów… Spróbuję porozmawiać z naszą Panią, ale Ona… Potrafi być ślepa i głucha na wszystko, gdy chodzi o księżniczkę.

– I tak ci dziękuję, przyjacielu. Najjaśniejsza musi uwierzyć!

– Oby tak się stało! Wybacz, mam obowiązki i wracam do moich szwadronów. – Przyzwał gestem podoficera dowodzącego strażą. – Efarze, stary druhu, słyszałem, jakie dostaliście rozkazy, ale traktujcie go dobrze. Ta sprawa zostanie wyjaśniona.

– Panie, wszyscy gwardziści wiedzą już o mieczu Hetyty i o tym, że to ty i ten niewolnik ujęliście się za chwałą sierżanta. Na ile zdołamy, uczynimy jak każesz.

Podczas tej krótkiej rozmowy dowódcy Królowej ustawili się w bardziej zorganizowany sposób za Jej rydwanem. Nefer z przykrością dostrzegł, iż honorowe miejsce najbliżej Władczyni zajął Menase. Rozmieszczono straże, pojawili się pisarze gotowi zapisywać imiona wojowników, którzy wyróżnili się w walce i zostaną nagrodzeni przez Najjaśniejszą. Dokoła przybywało gapiów, nadchodzili wszyscy żołnierze oraz obozowi słudzy wolni od obowiązków i nie uczestniczący w samej paradzie. Efar przewidział to jednak i zawczasu zajął ze swymi ludźmi oraz więźniem dobre miejsce, nie rzucające się szczególnie w oczy, ale pozwalające widzieć i słyszeć wszystko, co działo się przed obliczem Monarchini. Gdzieś obok pospiesznie formowano kolumny poszczególnych oddziałów oraz gromady jeńców, których w coraz większej liczbie spędzano z pola bitwy.

Paradę otwarli piesi gwardziści, zdecydowani bohaterowie dnia. Ich szeregi okazały się teraz wyraźnie mniej liczne, niż zdawało się rankiem Neferowi, ale pomimo połamanych oszczepów oraz uszkodzonych często tarcz prezentowali się dumnie i groźnie. Przechodząc przed rydwanem Najwspanialszej rzucali do wystawionych tam koszy prawe ręce zabitych Hetytów. Pisarze skrzętnie notowali imiona żołnierzy oraz liczbę złożonych przez nich dłoni. Nefer nie miał pojęcia, co stało się z ręką hetyckiego oficera, którą odciął dla niego Harfan. Sam na pewno nie rzuci już do stóp Amaktaris tego trofeum, niech więc uczyni to chociaż przyjaciel. Libijczyk przejechał jednak powoli na czele swoich zaprzęgów, a jego żołnierze wysypali na piasek duży kosz wspólnie zdobytych dłoni. Pewnie znalazł się wśród nich także łup Nefera. Następnie defilowały szwadrony uczestniczące w szarży Królowej. Trwało to dość długo, chociaż część rydwanów nadal krążyła po pustyni, ścigając i wyłapując uciekających wrogów. Teraz złożono u stóp Monarchini prawdziwe stosy odciętych rąk. Należały one do Hapiru i, zdaniem Nefera, przedstawiały jednak mniejszą wartość. Hetyci to najgroźniejsi wojownicy świata, a ci tutaj byli tylko zwykłymi barbarzyńcami z pustyni. Przyszła wreszcie kolej na oddziały piechoty walczące z wojskami księcia. Ponieważ stanowiły główną część armii, do udziału w paradzie wybrano tylko niektóre jednostki z każdego pułku. Tym razem nie rzucano już dłoni zabitych wrogów jako dowodu zwycięstwa. Wrogami tymi byli bowiem Egipcjanie, często dawni towarzysze broni obecnych zwycięzców. Zdradzili, ulegając namowom Nektanebo, może nie zawsze świadomie i dobrowolnie. Nikomu nie zależało na podkreślaniu tego, iż walczono tu także z mieszkańcami Kraju nad Rzeką.

Po przejściu wszystkich wyznaczonych oddziałów zaczęto znosić zdobyte łupy, głównie oręż i elementy wojskowego wyposażenia. Sprowadzono nawet kilkadziesiąt nieuszkodzonych hetyckich wozów bojowych, do których zaprzęgnięto schwytane na pobojowisku konie. Wszystko to z pewnością przyda się na przyszłość. Kto wie, czy król Suppiliuliuma nie zechce pomścić śmierci syna? Najpewniej nie ośmieli się jednak w obecnej sytuacji rozpoczynać wojny i zrzuci winę na rzekomą samowolę krnąbrnego młodzieńca. Podobno miał też innych synów i akurat tego jednego mógł poświęcić, skoro plan się nie powiódł.

Zamiast nadal przyglądać się zdobycznemu orężowi, Nefer skoncentrował się na samej Osobie Amakrais Wspaniałej. Oto otrzymał teraz okazję ujrzeć Ją w chwale nie tyle wszechwładnej Pani Obydwu Krajów, ale bardziej jako zwycięskiego dowódcę i wojownika. Wyprostowana dumnie na platformie rydwanu, nadal mając za plecami Horkana, przyjmowała pozdrowienia żołnierzy. Najdzielniejszych nagradzała odznaczeniami za odwagę, złotymi pierścieniami lub naszyjnikami. Innym dziękowała gestem dłoni, uśmiechem, dobrym słowem. Okazało się, że pamięta imiona zadziwiająco wielu z nich. Może podpowiadali je w stosownej chwili młody oficer albo któryś z innych dowódców? Spojrzenie Nefera przemknęło po postaci Menase, przypominając o własnej, niepewnej sytuacji. To jemu należały się te honory! To on wygrał tę bitwę, nie umniejszając w niczym zasług Tereusa i Irias. To on powinien stać u boku Bogini i cieszyć się blaskiem chwały! O czyś takim marzyli wszyscy dorastający chłopcy w Abydos i nie tylko tam. A tymczasem… W tej chwili Najwspanialsza odczuwała z pewnością dumę i radość zwycięstwa, czy jednak nadal trwał w Niej także gniew na osobistego sługę? Kapłan miał nadzieję, że może opadnie, oby tylko Irias i sierżant mogli potwierdzić jego słowa…

Ponure rozważania Nefera przerwała nagła, głucha cisza, zapadła raptownie wśród okrzyków triumfu. Prowadzono pierwszych jeńców i oto… Oczom wszystkich ukazał się książę Nektanebo, kuzyn Królowej. Jak zwykle w bogatych, teraz nieco poszarpanych szatach, szedł w łańcuchach za rydwanem. Starał się jeszcze miotać groźne spojrzenia i zachować resztki godności, gdy jednak zatrzymano go przed obliczem Pani Dwóch Krajów, porzucił wszelkie pozory i pokornie upadł na twarz. Z rydwanu zeskoczył Temar, niegdyś dowódca garnizonu w Tamadah, uderzając pięścią w tors.

– Bądź pozdrowiona, o Wielka Pani! Oto Twój kuzyn, którego pojmałem z moimi ludźmi gdy próbował uciekać ze swego obozu na pustynię!

– Dzielnie się spisałeś, komendancie! Odkupiłeś dawne winy! Przyjmij nagrodę z rąk Królowej!

Pełen zasłużonej dumy, Temar zbliżył się do pojazdu Władczyni, która nałożyła na jego ramiona ciężki, kosztowny łańcuch.

„A więc przynajmniej komuś się powiodło.” – Pomyślał z zazdrością Nefer.

– Temarze, uhonorowałeś Mojego kuzyna bardzo szczególnymi kajdanami… Czy Ja dobrze widzę, że uczyniono je ze złota? – kontynuowała Władczyni.

– Dokładnie tak, o Najwyższa! Znaleźliśmy te łańcuchy w namiocie księcia i uznaliśmy za stosowne dla osoby jego rangi.

– Dziękuję, komendancie. Twoje zasługi nie zostaną zapomniane. A ty, drogi kuzynie… Czy zdradzisz nam wszystkim, w jakim celu przygotowałeś te niezwykłe okowy?

– Najjaśniejsza Pani, kuzynko…

– Ach, przeznaczyłeś je zapewne dla Mnie, czyż nie? Bardzo to uprzejme z twojej strony. Wybacz, proszę, ale nie pomyślałam, aby zatroszczyć się o podobne szczegóły i wobec tego chętnie przyjmę oraz wykorzystam twój dar.

– Pani, możesz uczynić, co zechcesz. Wszystko, co posiadam, należy do Ciebie. Okaż tylko łaskę.

– To prawda, ty sam i wszystko to, co posiadałeś, należy teraz do Mnie. I obdarzę cię łaską, kuzynie, zwracając ci te złote kajdany. To łaska, bo sprowadzając wrogów do Kraju nad Rzeką, pozwalając im zabijać i łupić, sam pozbawiłeś się praw przysługujących krewnemu Królowej! Zasłużyłeś na śmierć! Królewska krew nie powinna jednak spływać na ziemię, bo to sprowadza gniew bogów. Dlatego teraz zachowam cię przy życiu i później postanowię o twoim losie! Zabrać go z Moich oczu i dobrze pilnować.

Nie słuchając już żałosnych błagań i podziękowań księcia, Nefer pomyślał z gorzką ironią, że oto jednocześnie spotkał ich obydwu ten sam los. Jeszcze rankiem tego dnia nigdy by się czegoś takiego nie spodziewał. Tyle, że on sam nie nosił łańcuchów ze złota.

Miejsce Nektanebo zajęli teraz jeńcy mniej znacznej rangi. Kilku ważniejszych stronników i dowódców księcia Najwspanialsza potraktowała z chłodną surowością, zapowiadając szybkie rozpatrzenie i osądzenie ich czynów. Oni także zasłużyli na śmierć i wszyscy dobrze o tym wiedzieli, a ich krew nie sprowadzi gniewu bogów. Zapewne zostaną straceni po powrocie do Stolicy, aby ukazać ludowi zwycięstwo prawowitej Władczyni oraz Jej sprawiedliwość. Kolejnych jeńców – Egipcjan już nie prowadzono, prości żołnierze mogli zapewne liczyć na pomniejsze kary, ułaskawienie i ponowne przyjęcie do służby. Przynajmniej takie słowa Nefer usłyszał swego czasu z ust Świetlistej Pani. Pojawili się natomiast Hetyci. Nie pojmano ich wielu i w większości wyglądali na rannych. Nie oczekiwali łaski i tylko nielicznych wzięto do niewoli, ciężej poszkodowanych zapewne na miejscu dobito. Wątpliwe, aby król Suppiliuliuma chciał ich wykupić i trafią w większości na targowiska niewolników. Wyglądali na silnych, przydadzą się przy wiosłach albo w kamieniołomach. Po groźnych wojownikach pojawiły się prawdziwe tłumy Hapiru. Obdarci i wynędzniali, prezentowali się biednie i żałośnie. Takie było zresztą ich życie w dzikich ziemiach spalonych słońcem. Od dawna osiedlali się w Kraju i zazwyczaj ich przyjmowano, pozwalając mieszkać i pracować. Teraz przybyli jednak jako najeźdźcy, dostali więc to, na co zasłużyli. Pomimo własnej sytuacji, Nefer poczuł przypływ dumy ze zwycięstwa Królowej oraz nienawiść do wrogów. Szeregi pojmanych Hapiru zdawały się nie mieć końca, pojawiły się nawet gromadki kobiet. Z pewnością ceny na targowiskach niewolników bardzo spadną. Nie spodziewał się aż tylu jeńców. Horda wydawała się wprawdzie olbrzymia, jak zapamiętał to jeszcze z okolic Tamadah, ale przecież wielu z nich musiało zginąć w walce, inni uciekli zapewne na pustynię.

– Po dzisiejszym dniu odechce im się grabienia Egiptu – odezwał się niespodziewanie kapral Efar. – Od lat sprawiają kłopoty, ale trudno ich dopaść. Są jak szczury, ukrywające się w swoich norach i kradnące co się da, gdy tylko odwrócisz się plecami. Dziś jednak bogowie wydali ich w nasze ręce. Szli pomiędzy wzgórzami a brzegiem morza, gdy na nich spadliśmy. Za sobą też mieli słone rozlewiska. Nie zdołali nam uciec!

Nefer domyślił się, że pilnujący go żołnierze straży przybocznej brali udział w szarży i zapragnął zaspokoić ciekawość.

– Panie, czy zechcesz powiedzieć coś więcej?

– Były ich całe tłumy. Próbowali się bronić, ale brakuje im porządku oraz dyscypliny. I to nasze szczęście, bo walczą nawet dzielnie. Nie zdążyli ustawić właściwego szyku, o ile w ogóle wiedzą, jak można osłonić się przed rydwanami. – Żołnierz nadspodziewanie łatwo dał się namówić na zrelacjonowanie przebiegu ataku. – I tak nic by im to nie dało, bo gnaliśmy jak wiatr, a teren nam sprzyjał, ale dzięki temu rozbiliśmy ich pierwszym uderzeniem i to prawie bez strat. Królowa, Oby Żyła i Władała Wiecznie, prowadziła szarżę, musieliśmy bardzo się natrudzić, aby osłonić Jej boki i plecy. Opór załamał się szybko, ale oni nie mieli jak i dokąd uciekać. Kosiliśmy ich niczym jęczmień podczas żniw. Wielu dobiegło nad brzeg morza, nie zamierzali już nawet walczyć, stali twarzami do wody, wznosili ręce i głośno nawoływali. Jak gdyby wzywali pomocy swego Boga, zbierali odwagę, aby rzucić się w fale, albo czekali, aż morze się cofnie. Nic takiego nie nastąpiło i ścięliśmy ich wszystkich. Najjaśniejsza powiodła atak, a nasze zaprzęgi zostawiały za sobą krwawe bruzdy. Na tym brzegu zginęło najwięcej barbarzyńców. Potem ścigaliśmy już tylko niedobitki i zaczęliśmy brać jeńców. To główny łup, bo w ich obozie panowała nędza. Ci spośród naszych, którzy zdobyli namioty księcia, obłowili się o wiele bardziej.

Kapral zakończył swoją opowieść z pewną zawiścią, może też zreflektował się, że mówi to wszystko więźniowi, którego ma pilnować. Tymczasem pochód pojmanych Hapiru dobiegł wreszcie końca. Zamykali oni paradę i rydwan Królowej ruszył w stronę obozu. Nadal pozdrawiały Ją okrzyki zwycięstwa. Ten dzień na pewno powiększy chwałę Amaktaris Wspaniałej. Nawet Jej sławny Ojciec nie zdołał nigdy zniszczyć całej dywizji hetyckich rydwanów bojowych. Jeżeli pragnęła dorównać mu jako wojownik i dowódca, o czym mówiła kiedyś w czeluściach Labiryntu, to uczyniła to teraz, w walce z najgroźniejszym możliwym wrogiem. Z pewnością czekają na Nią jeszcze liczne obowiązki, może też zechce odświeżyć się skromną kąpielą w obozowych warunkach. Prędzej czy później znajdzie jednak czas, aby zająć się sprawą swego osobistego niewolnika. Nefer pragnął tego zarazem z nadzieją, jak i obawą.

– Chodźmy, poszukamy czegoś do jedzenia! Od tego wszystkiego zgłodniałem jak lew! – Kapral poderwał swoich ludzi i także skierowali się ku obozowisku. Zaleźli czynną już i wydającą proste potrawy kuchnię polową. Żołnierze pozwolili posilić się także Neferowi, spokojnie przyjmując to, że skutymi dłońmi powoli radził sobie z jedzeniem. Przysiedli potem w jakimś osłoniętym miejscu nieodległym od kwatery Władczyni i oczekiwali na dalsze rozkazy, podczas gdy cienie się wydłużały, a słońce wędrowało ku zachodniemu horyzontowi. Wojacy wydawali się nawet zadowoleni, że mało absorbujące obowiązki strażników pojedynczego więźnia uwolniły ich od zadań związanych ze zbieraniem i dzieleniem zdobyczy oraz wyłapywaniem czy pętaniem jeńców. W obozie utrzymano bowiem dyscyplinę i nie było mowy o świętowaniu zwycięstwa pijacką ucztą, jak zdarzało się to w przypadku gorzej wyszkolonych armii. Na takie objawy radości przyjdzie czas później, po powrocie do Stolicy, na przepustkach. Bogini także nie ucztowała, może chciała dać dobry przykład, a może triumf w bitwie nie przyniósł Jej jednak wyłącznie satysfakcji. Zapadał już zmierzch, gdy przybył Harfan.

– Ona wzywa cię przed swoje Oblicze – obwieścił z niewesołą miną.

– Panie?

– Próbowałem mówić z Najjaśniejszą, ale… Sam się przekonasz. Chodźmy.

Gdy znaleźli się przy namiocie, Libijczyk zatrzymał strażników na zewnątrz i osobiście wprowadził Nefera. Amaktaris, istotnie odświeżona i przebrana w prostą szatę, siedziała na wyłożonym skórą jakiegoś dzikiego zwierzęcia stołku. Ruchem ręki odprawiła gwardzistę.

– Bracie, proszę, zostaw nas samych. Chcę z nim porozmawiać na osobności.

Po wyjściu Harfana długo wpatrywała się w Nefera, ignorując to, że stoi przed Nią zamiast upaść na ziemię albo przynajmniej uklęknąć i pochylić głowę. Uznał, że takie gesty i tak nie mają teraz sensu, a nie chciał ułatwiać Królowej zadania. Niech spojrzy mu w oczy, wydając osąd. Ona z kolei może zdążyła się już przyzwyczaić do podobnego braku poszanowania dla zasad etykiety, często przejawianego przez osobistego niewolnika, a może także chciała widzieć jego twarz.

– Dlaczego to zrobiłeś, Neferze? Mów, skoro masz okazję. Dla złota, ze strachu, z powodu urazy? A może z wszystkich tych przyczyn jednocześnie?

– Pani, ja także boleję nad Irias. Co z nią?

– Miałeś jej pilnować! Powierzyłam ci jej życie i bezpieczeństwo! – Najjaśniejsza straciła jednak opanowanie i podniosła głos. – A ty sam ją zaatakowałeś, mogłeś zabić, może wręcz tego chciałeś!

– Pani, Amaktaris… To nie tak, ja nigdy… Ona sama to opowie.

– Nie nazywaj Mnie tak, niewolniku… Irias nadal nie odzyskała przytomności. Ani Ja, ani mistrz Sentot nie potrafimy jej obudzić. – Teraz mówiła już cicho, spokojnie, powodując jednak tym większy niepokój Nefera.

– To Korina uderzyła ją w głowę, gdy…

– Dość! Ciekawe, w jaki sposób mogła to uczynić, z twoim oszczepem wbitym w plecy! Właściwie, to z Moim oszczepem, który sama ci dałam. Drzewce nosi królewskie znaki, nie można go pomylić!

– Najjaśniejsza, nie uderzyłem księżniczki. Przecież jest moją przyjaciółką, kocham ją…

– To ona kochała i podziwiała ciebie! A ty… Porzuciłeś ją na pustyni, nieprzytomną. Jej klacz okazała więcej wierności i strzegła swojej pani. To dzięki niej odnaleźliśmy Irias tak szybko.

– Nie potrafiłbym jej skrzywdzić.

– Też nie mogłam, nie chciałam w to uwierzyć. Ale ten znak… – Wyciągnęła nieszczęsną plakietkę. – Znaleziono go przy tobie. Tylko ty wiedziałeś o wartości medalionu i o tym, jak się nim posłużyć.

– Pani, opowiem wszystko po kolei – zaczął pospiesznie. – Tak, złamałem Twoje rozkazy. Pojechaliśmy na wzgórza, aby obejrzeć bitwę. Tam dostrzegliśmy nadciągających Hetytów. Chciałem szybko kogoś zawiadomić, Ty byłaś już daleko, atakując tych Hapiru. Wtedy…

– Powiem ci, co było dalej. Może i rzeczywiście pojechałeś tam z ciekawości, bez złych zamiarów. Ale gdy ujrzałeś rydwany Mutawalisa zwątpiłeś i uznałeś, że już przegrałam. Pomyślałeś o ucieczce i o złocie. Irias tylko ci przeszkadzała, może nie chciała uciekać albo oddać medalionu…

– Oddała go z własnej woli. Chciałem kogoś zawiadomić i użyć znaku, aby wezwać wojsko! Wtedy nadjechała Korina.

– Tak, dostrzegła was, podążających na wzgórza. To Ja posłałam wtedy Korinę, aby sprowadziła Irias do obozu. A ty ją zabiłeś, ciosem w plecy, bo inaczej nie miałbyś żadnych szans. Potem uderzyłeś Irias i uciekłeś na koniu. Tylko, że nie potrafisz na nim jeździć, poniósł cię na stanowisko gwardii i zrzucił. Wszyscy to widzieli.

– Pani, zabiłem Korinę, bo zdradziła i zamierzała przeszkodzić nam w podniesieniu alarmu. Irias pomogła mi w walce, odwróciła jej uwagę, ale sama otrzymała uderzenie w głowę. Musiałem zostawić księżniczkę, aby wezwać żołnierzy na wzgórza. To dlatego pojechałem w kierunku gwardzistów. To prawda, nie jestem dobrym jeźdźcem i spadłem z Bestii, a ona uciekła, ale… Pokazałem Twój znak i udałem, że przynoszę Twoje rozkazy. Potem polecono mi ruszyć razem z gwardzistami… W tym wszystkim zapomniałem o Irias, niestety…

– Zapomniałeś o niej dużo wcześniej! Śmiesz twierdzić, że to ty skierowałaś gwardię na wzgórza? Może jeszcze powiesz, że wygrałeś tę bitwę? Tylko dlaczego nikt nic o tym nie wie?

– Pokazałem znak sierżantowi i temu Menase. Tylko oni wiedzieli, co się dzieje. Nie mówiłem nic o Irias, aby nie wzbudzać podejrzeń pułkownika.

– Sierżant jest ciężko ranny, nie wiadomo czy wyżyje. Utracił mnóstwo krwi, nie opatrzono na czas jego ran i nie wyglądają dobrze. Pojawiła się gorączka. A dowódca gwardii zupełnie inaczej przedstawia te wydarzenia.

– Ma do mnie urazę, bo przeszkodziłem mu w zagarnięciu miecza poległego Mutawalisa. Akurat przy tym był też Harfan.

– Ale niczego więcej nie widział i o niczym więcej nie wie. Ta opowieść jest mało przekonująca. Amazonki zażądały twojej śmierci za to, że zabiłeś Korinę ciosem w plecy i zraniłeś Irias… Neferze, wybaczyłabym ci zabójstwo Koriny, kradzież złota, ucieczkę, a nawet zdradę… Nie wybaczę jednak krzywdy Irias, tego jednego nie!

– Pani…

– Nie przerywaj, jeszcze nie skończyłam. Przez wzgląd na twoje zasługi, przez wzgląd na to, co nas łączyło, na to, że może noszę twoje dziecko, wstrzymam się z wyrokiem. Wstrzymam się do czasu, aż Irias odzyska przytomność. O ile kiedykolwiek ją odzyska. Trzeba zabrać księżniczkę do Stolicy, może mistrz Serpa zdoła jej pomóc, mając wszystkie środki szpitala, własną wiedzę oraz radę kilku innych uzdrowicieli, którym ufa. Musimy się spieszyć, ona nie może pozostać długo w tym stanie. W obozie księcia znaleziono jego lektykę. Irias jest już w drodze nad Rzekę, do miejsca, w którym zostawiliśmy flotę. Tragarze mają się zmieniać tak często, jak będzie to potrzebne, ale rozkazałam im przebyć cały szlak biegiem! Horkan dowodzi eskortą, jest wystarczająco silna, aby oprzeć się każdemu zagrożeniu. Jemu wierzę, tak jak kiedyś wierzyłam tobie. Może tym razem się nie zawiodę. On przejął się losem księżniczki i okazał bardzo pomocny. Jutro ruszymy za nimi, powinniśmy ich dogonić najdalej nad Rzeką. Mam obowiązki i nie mogłam już dzisiaj opuścić armii, chociaż bardzo bym chciała podróżować przy Irias.

– Wyruszymy, o Pani?

– Zabieram cię ze sobą, niewolniku. Jeżeli księżniczka umrze, albo nie uda się jej obudzić… Tutaj nie mam możliwości wymierzenia kary takiej, na jaką zasłużyłeś. Pojedziesz jako więzień i lepiej módl się o życie i zdrowie Irias. Pewne miejsca na Placu Śmierci przerażają nawet mistrza Apresa, przerażają nawet Królową. A teraz… Mam już dość twojego widoku.

Donośnym głosem wezwała Harfana i strażników.

– Wyprowadzić więźnia, audiencja skończona!

.

Przejdź do kolejnej części – Pani Dwóch Krajów LXXVI-LXXX

..

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Jednak Postawiłeś na miedź i Znalazłeś elegancki sposób jak jej użyć.

Ten Menase trochę nie daje mi spokoju. Zbyt słaby mężczyzna na zbyt poważnym miejscu …

Może trochę zbyt łatwo Wsadziłeś Nefera w kłopoty. Wykazujesz mistrzostwo i nie jest mi łatwo to pisać, ale w chwili kiedy waży się los narodów, wybiera się garść przyjaciół którym się ufa, wiedząc że jeśli oni zdradzą to przedsięwzięcie nie moglo się udać.

Wszystko na to wskazywało że to Nefer jest taką osobą. Dla czego Amaktaris nie podejrzewała Harfana ? Przecież ostatnie chwile na wolności Nefer spędził w jego towarzystwie.

Czemu Nefer miałby ryzykować ? Od posiadania majątku do ustawienia się trzeba przemierzyć nieraz daleką drogę. Amaktaris i tak zauważyła że Nefer nie jest chciwy choćby po tym jak Nefer przesłał pieniądze Anie (myślałem że był to test).

Ale może Amaktaris celowo prowadzi jakąś grę żeby odsłonić to co w innym przypadku chciało by się ukryć ? Bo może np. ten szlachetka tak naprawdę jest zaufanym Nektanebo.

Oczywiście ratuje sprawę wątek Irias. Na pewno to zajście wywarło by skutek jaki Opisałeś. To jest z resztą swoisty kozi róg bo tego się nie da puścić w niepamięć. Można to zrozumieć ale odbiór tego czynu to domena pamięci emocjonalnej.

Bardzo udany odcinek. Pomimo pewnych, zdaje się, niedociągnięć.

Zero komentarzy?

Nie może być. Takiej części naszej egipskiej podróży nie sposób pominąć milczeniem. Tym razem bohaterką pierwszoplanową staje się wojna. Przygotowania do bitwy oraz sama bitwa spychają w cień pozostałe wątki fabuły. Sama konfrontacja jest bardzo dobrze napisana, można sobie plastycznie wyobrazić ruchy ścierających się wojsk, fortele i kontruderzenia. A wszystko to opisane konsekwentnie, w pierwszosobowej narracji prowadzonej z perspektywy naszego ulubionego kapłana-niewolnika.

Naturalnie wojna nie wypełnia tych pięciu rozdziałów w całości. Nefer znów wpada w tarapaty, za sprawą prześladującego go pecha, ale także intryg jednej z postaci, która jak dotąd wydawała się dość irytującą statystką. Spisek przeciw władzy Amaktaris zatacza coraz szersze kręgi. Nikomu już nie sposób zaufać. A z pewnością nie można tego uczynić bez wielkiego ryzyka.

Dobry styl pisarski i przemyślana koncepcja fabularna wynagradzają – mam głęboką nadzieję – skromną porcję erotyki.

Polecam gorąco tą część cyklu! A tym, którzy po raz pierwszy stykają się z pracami Nefera, proponuję rozpocząć od początku. Z pewnością nie będziecie zawiedzeni.

Pozdrawiam
M.A.

Mała errata: kiedy pisałem “Zero komentarzy?” pod tekstem nie było jeszcze żadnego. Wygląda na to, że pisaliśmy jednocześnie z Mickiem, ale on pierwszy kliknął “reply” 🙂

A czy da się Nefera uwolnić jeszcze przed Świętami? Przyznam, ze trochę stresująca ta jego sytuacja.

Nie chcę Cię martwić ale wydaje mi się że Nefer wyjdzie dopiero w Nowym Roku. Święta Bożego Narodzenia spędzi w lochu.

Kolejny wspaniały odcinek. Zachowanie amazonki się wyjaśniło.
Los Nefera po raz kolejny się skompikował.
Wygrana bitwa nie kończy wojny, prawdziwy inicjator czai się w cieniu. Czy nie będzie chciał teraz dosięgnąć Nefera i go zabić ?

I co będzie z Iris ?

Mick: Przeglądając dzieje dawne i nie takie znowu dawne można mnożyć przykłady zdrady czającej się w najbliższym otoczeniu władców. Zdradzali z różnych powodów najlepsi przyjaciele, najbardziej zaufani współpracownicy, najbliżsi krewni. Tak było jest i będzie, żadna osoba sprawujaca władzę nie może więc założyć a’priori, że ktoś jest poza wszelkimi podejrzeniami. Amaktaris doświadczyła już podobnych sytuacji, o czym wspomniano we wcześniejszym toku akcji, a “dowody” obciążające Nefera wydają się, niestety, solidne. Pojawiają się z różnych stron, w dodatku część z nich zdaje się odpowiadać faktom znanym wyłącznie samej Władczyni. W grę wchodzi nadto sprawa Irias, będącej najczulszym punktem Królowej, która z kolei zareagowała na jej krzywdę w sposób emocjonalny (ten wątek jeszcze powróci). I na dodatek, Nefer może nie zdaje sobie z tego do końca sprawy, ale osiągnął już na dworze pozycję na tyle znaczącą, że może z różnych powodów przeszkadzać niektórym osobom. Postarają się one podsycić i ukierunkować gniew Amaktaris. Nefera czekają więc ciężkie chwile.
Harfan dobrze wykonał swoje zadania podczas bitwy i nie ma powodów, aby go o cokolwiek podejrzewać. Odważnie ujął się za przyjacielem, w sposób dość demonstracyjny okazując dezaprobatę dla poczynań Królowej. Chwilowo uszło mu to “na sucho”, bo Ona stara się jednak zachować sprawiedliwy osąd, w przyszłości może zbierze jeszcze laury?
Menase miał być zaledwie figurantem, gwardią dowodził w istocie sierżant, uparcie odmawiając przy tym przyjęcia oficjalnego awansu. Dotąd w niczym to szczególnie nie przeszkadzało, ale teraz okazało się niebezpieczne. Mało to jednak wszędzie miernot zajmujących wysokie stanowiska, na które zupełnie się nie nadają? Nie trzeba nawet specjalnie się rozglądać, niestety.
MA: Po pierwsze, dzięki za pracę z “rozsypanymi” przez komputer fragmentami tekstu. Po drugie, doceniam pochwałę opisu bitwy ze strony kogoś, kto sam ze znawstwem przedstawia sceny batalistyczne, tak w dużej, jak i w małej skali. Konsekwentnie stosowana zasada jednolitej nararcji, prowadzonej z punktu widzenia głównego bohatera, to zarazem utrudnienie, jak i ułatwienie dla autora. Skoro opisuję wszystko wyłącznie za pośrednictwem oczu, uszu i umysłu Nefera wymaga to precyzyjnego poprowadzenia nararcji, aby przedstawić np. koleje bitwy. To pewne wyzwanie ale zarazem źródło zabawy przy przezwyciężaniu tych trudności. Z drugiej strony taki rodzaj narracji ułatwia dokonywanie zwrotów akcji, bo różne ważne wydarzenia rozgrywają się za plecami i bez wiedzy bohatera. Nawet jeżeli obserwuje na bieżąco ich zewnętrzne objawy, to często postają one dla niego bez znaczenia albo wręcz niezrozumiałe i nielogiczne (bo nie wie wszystkiego). Dopiero z czasem ujawniają właściwy sens.
Rafale: Dzięki za troskę o bohatera, obawiam się jednak, że Mick ma rację i święta spędzi w łańcucahch. Raz, przygotowanie kolejnej części wymaga chwili, a i harmonogram publikacji tekstów ma swoje prawa, dwa Nefer popadł w poważne tarapaty i czekają go ciężkie chwile. Okaże się, że ma wiecej wrogów niż mógłby oczekiwać. Na szczęście, nie opuszczą go również przyjaciele.
Janie: Bardzo trafnie przypuszczasz, że wygrana bitwa nie zamyka bynajmniej rozgrywki. Walka o władzę toczy się dalej, najważniejszy przeciwnik wciąż czeka na swój ruch… Tylko rozdaj oręża ulegnie teraz zmianie. Stan Irias jest poważny, trzeba ją bezwzględnie” obudzić” i to jak najszybciej (nie znano wówczas sposobów utrzymywania przy życiu osób w stanie trwałej utratry przytomności). To zresztą obecnie główna nadzieja Nefera…
Pozdrawiam wszystkich i dziękuję za komentarze.

Z przyjemnością przeczytałam jeszcze raz tę część. Biedny Nefer, nie ma lekko, ciągle pod górę i kłody pod nogi. To co dał mu los, odbiera świat.
Ech, ten niewolniczy los 😉

Neferze, co do zdrady to nie polemizuję. Czytając pamiętniki rewolucjonistów i awanturników parę reguł się potwierdza i jest nią właśnie ta zasada “odpowiednio dobierz przyjaciół i ryzykuj” tak w skrócie. Nie poradzi się wiele na zdradę, jednak znając słabości przyjaciół łatwiej jest przewidzieć pewne zachowania. Słabością Nefera jest zazdrość ale w stopniu normalnym, nie widzę oznak obłędu. Amaktaris jednak podejrzewa mord dla złota. Więc albo jest głupia albo “to tylko ćwiczenia”. Największym zagrożeniem jest teraz sprawa Irias. Ale tak naprawdę to on nie miał wyjścia, gdyby nie zaufał Bestii to mała Irias poszła by na powróz a po tem do Syryjskiego burdelu.

Musiało mnie wywalić. Ale przyznaję się do powyższej wypowiedzi.

Violet: Fakt, chciał dobrze (i nawet osiągnął pozytywny efekt), a wpakował się w kłopoty. W sumie to jednak i tak wszyscy mieli szczęście, on sam również. Obecną sytuację da się może w jakiś sposób wyjaśnić, w razie klęski los naszych bohaterów byłby przesądzony.
Mick: Amaktaris z pewnością głupoty zarzucić nie można. Ona również ma jednak pewne słabe punkty. Największym jest, niestety, miłość do Irias. Niestety, bo to uczucie bardzo ludzkie, zrozumiałe i szlachetne, a stało się przyczyną złej oceny sytuacji i niesprawiedliwości. Do tego reakcje emocjonalne, usprawiedliwione w pewnym stopniu różnymi powodami…

Miejmy nadzieje że właściwy osąd wróci jak najszybciej i chociaż na Wielkanoc go Wypuścisz.

Łał 🙂
Co za epicki rozmach.
Coś czuję, że Nefera czekają ciężkie czasy 🙁

W powieści historyczno-awanturniczej powinna trafić się solidna bitwa. Tutaj jest, co prawda, pomniejszą tylko kumulacją fabuły. Zwycięstwo niczego jeszcze nie rozstrzyga. A Nefer istotnie popadł w poważne kłopoty, tym razem – wyjątkowo – bez własnej winy. Okaże się, ze ma więcej wrogów niż mógłby oczekiwać. Ale i przyjaciół także. Pozdrawiam.

@Nefer, możemy liczyć na kolejny odcinek po nowym roku ?

Kolejna część znajduje się “w obróbce redakcyjnej”. Przewidywany aktualnie termin publikacji to 6 styczeń. Pozdrawiam.

No, ja się powtórzę po raz kolejny: Uwielbiam to opowiadanie!
A tak na marginesie, to chętnie obejrzałabym ekranizację. Może ogłosisz konkurs na obsadę?
Pozdrawiam, Roksana.
PS
Czytelnicy, wchodzicie w to? Kto mógłby zagrać królową i Nefera?

Ach, ale wyobrażasz sobie ile musiałoby to kosztować? Te wszystkie płace, królewskie pochody, okręty, bitwy, polowania, kopalnie, rydwany i świątynie? Nawet przy obecnej technice komputerowej? “Reżyseria jest sztuką rezygnacji” – przypomnę cytat ze “Zmienników”. Pozostaje więc wyobraźnia, która nic nie kosztuje. Co do zaproponowenego castingu, to bawiliśmy się kiedyś w taką grę w innym gronie. Zwyciężyły wtedy bodajże Marta Żmuda Trzebiatowska jako Amaktaris oraz Marta Piechowiak jako Ana. W przypadku ról męskich proponowano tylko postacie drugoplanowe. Głosowali wtedy głównie czytelnicy płci męskiej, więc to nie dziwi. Swoją drogą, to Nefer ma szczęście, na zmianę uwodzony i chłostany przez takie Kobiety. 🙂

A po co nam mdli celebryci ? Na pewno znaleźli by się godniejsi uznania. Może nawet wśród innych autorów NE. Może też warto by rozszerzyć zasięg NE, może nie od razu na kino ale np. na niezależny teatr.

Oj, chyba nie 😉

A czemu nie ? Uprawiać seks dla sztuki. Czyż można sobie wyobrazić bardziej godne zajęcie ? Nawet seks-edukacja przy tym to jak scholastyka przy nauce.

Dlaczego zawsze wszystko sprzysięga się przeciwko bohaterowi?
Chciał dobrze,a skończyło się jak zwykle. Zaszczyty przypadają tchórzom i lizusom, a Nefer staje się ofiarą niesprzyjających okoliczności i złych ludzi, których niestety pełno wokół.
Amaktaris w obecnym stanie, może być niezdolna do racjonalnej oceny sytuacji i wyładować swą frustrację na niewolniku.
Jeśli Irias się nie ocknie, los Nefera będzie nie do pozazdroszczenia.

Niestety, tak to bywa. Nefer dał Królowej zwycięstwo i wylądował w łańcuchach oskarżony o zdradę i pół tuzina innych zbrodni, podczas gdy laury zbierają tchórze i niegodziwcy. Przynajmniej Amaktaris zwyciężyła i może jeszcze sprawiedliwość zatriumfuje? Chociaż droga do tego daleka. Trafny zazwyczaj i sprawiedliwy osąd Władczyni zamieniają emocje dotyczące losu Irias… To też jednak ważna nauka dla naszego bohatera. Pozdrawiam.
Nefer

Powyższy komentarz proszę usunąć.
Kolejna częśc prawdopodobnie za 3 dni.
Ciekawe co u Nefera i Iris po świętach ?
Kapłan raczej nie dostał owoców do celi.

Janie. Zgodnie z wyrażonym życzeniem Twój pierwszy komentarz został usunięty. Kolejny odcinek jest już gotowy do publikacji i tak, jak przewiduje Harmonogram, ukaże się w piątek, 6 stycznia. Masz rację, Nefer nie dostał żadnych owoców. Czekają go ciężkie chwile, otrzyma jednak cenniejsze dary. Pozdraweiam i zapraszam.

Napisz komentarz