Czarownica IV (MRT_Greg) Brak ocen

15 min. czytania

Czarownica -I-

Donośne pianie koguta, połączone z kukaniem kukułki oraz bliżej nieokreślonym zestawem dzwonków rozbrzmiało tuż koło ucha Adama. Zerwał się z posłania. Jeszcze nie całkiem rozbudzony, oszołomionym wzrokiem rozglądał się dookoła. Leżący na szafce obok łóżka budzik wydawał z siebie nieznośną kakofonię dźwięków. Złapał go i usiłował znaleźć wyłączniki, w końcu zniecierpliwiony wsadził go pod poduszkę. Stłumione beczenie kozła nadal było irytujące, jednak już nie raniło słuchu tak dotkliwie. Świerzbiła go ręka, by cisnąć irytującym urządzeniem przez okno. Nim jednak wyczerpały się jego pokłady cierpliwości, budzik umilkł.

Adam opadł z powrotem na posłanie. Przymknął oczy i tym razem z radością wsłuchiwał się w dochodzący zza okna ptasi świergot oraz szum owadów. Odległe bicie dzwonów kościelnych uświadomiło mu, gdzie się znajduje. Zerwawszy się z łóżka, ruszył w kierunku korytarza. Nacisnął klamkę z dziwnym wrażeniem, że drzwi są zamknięte. Wszystko było jednak w porządku. Cicho wyszedł na krótki korytarzyk, zszedł po wyłożonych miękką wykładziną schodach i udał się do kuchni. Trafił bezbłędnie, kierowany dochodzącym stamtąd zapachem smażonego bekonu.

Oparł się o framugę drzwi i przesunął dłonią po twarzy, chcąc zerwać ostatnie woale snu. Zbyszek stał przy kuchni, tyłem do niego i nucąc coś pod nosem, przekładał płaty mięsa z jednej strony na drugą.

– Dzień dobry – rzucił, nawet nie oglądając się za siebie. – Śniadanie zaraz będzie gotowe.

– Dzień dobry. Skąd wiedziałeś, że to ja? – Adam podążył leniwie w kierunku krzesła.

– Moje dzieci raczej nie są w stanie oprzeć się o futrynę na wysokości półtora metra nad ziemią.

– Wiesz, jaki dźwięk wydaje na każdym pół metrze?

– No… – Zbyszek pokręcił głową, odwracając się w kierunku Adama. W ręku trzymał patelnię z parującą zawartością, uśmiechnął się i dodał: – No żartuję. Ale Michasia i Ami słychać już od pokojów.

Postawił patelnię na korkowej podkładce. Skwierczący bekon podrażnił nozdrza Adama. Donośne burczenie w brzuchu przypomniało mu, że od wczorajszego ranka w zasadzie nic nie jadł. Nie licząc kilku łyków wody z butelki w samochodzie, zielony drink u Zbyszka był w zasadzie wszystkim, co wrzucił w siebie poprzedniego wieczoru. Nachylił się nad naczyniem i zaciągnął się mocno.

– Cudownie pachnie – rzucił

– Ja bym ci radził zabrać się do jedzenia – rzekł Zbyszek, sam nakładając sobie solidną porcję na talerz. – Jak tylko dzieciaki poczują jego zapach, to pojawią się tu z szybkością tornada i ani się obejrzysz, jak wszystko zmłócą.

– Żartujesz? – Adam udał przerażenie.

Skwapliwie skorzystał jednak z rady gospodarza. Przełamał nieco czerstwą kromkę chleba, połówkę oparł o krawędź talerzyka, w drugą wgryzł się, czując trzaskające między zębami ziarna zbóż. Nabił na widelec kawał bekonu i wsadził go do ust.

– Mmm… – niewiele więcej mógł powiedzieć, jednak zachwyt, jaki malował się w jego oczach, mówił sam za siebie.

Zbyszek uśmiechnął się radośnie. Pokiwał głową, po czym bez słowa kilka razy wskazał palcem to na patelnię, to na siebie, jak gdyby chełpiąc się, że to on jest tym kulinarnym mistrzem. Adam wyczuł jednak żart. Przeżuwając smaczny kąsek, przymknął oczy. Już dawno nie jadł nic równie pysznego. Domowe jedzenie było poza jego zasięgiem. Zmuszony do stołowania się w przydrożnych barach, dawno już stracił nadzieję na smakowe doznania. Tym bardziej więc powoli delektował się każdą porcją bekonu.

Coś gruchnęło nad ich głowami. Zaraz potem drzwi otworzyły się z hukiem i z donośnym „Aaa!” na korytarz wybiegł Michał. Zbiegł, tupocząc po schodach, mimo iż dywanik mocno wytłumiał hałas.

– Bekooon! – wrzasnął na całe dziecięce gardło.

Usadowił się na podwyższonym krzesełku naprzeciw Adama i sięgnął ręką w kierunku patelni. Chwycił gorący kawałek między palce i wsadził sobie do ust.

– …eś… …ujek – przywitał się, przeżuwając spory kęs.

Adam przyglądał mu się z pobłażliwością. Obserwował, jak malec bierze kolejne plastry i nie bacząc na swoje możliwości, wpycha je sobie do ust. Na jego nieme pytanie, Zbyszek tylko pokiwał głową, poprawił obrus przy synu i wstał od stołu.

– Kawa czy herbata? – spytał, wybierając program na ekspresie.

– Herbata – mruknął zdezorientowany Adam. Nie mógł się nadziwić, jak można równocześnie pochłaniać takie sterty jedzenia, machać rękoma na wszystkie strony i kiwając głową, nucić coś pod nosem.

Ti bu dibu dibu, dam! Oł maaagiiic… – zakończył Michał, bębniąc palcami po stole.

Adam uniósł brwi. Tego zupełnie się nie spodziewał. Wyraźnie bluesowy kawałek zabrzmiał w ustach chłopca jak dawny szlagier. Niemal wyobraził sobie starego bluesmana, siedzącego naprzeciw niego w oparach dymu tytoniowego, z nieodłączną gitarą w ręku.

Chłodny powiew na plecach sprawił, że odwrócił się zaciekawiony. W drzwiach na ganek stała Ami. W ręku trzymała polną wiązankę przewiązaną trawą. Podeszła do Adama i wręczyła mu ją.

– A za co to? – spytał, przyjmując podarek.

Raczej rzadko cokolwiek od kogoś dostawał. Tym bardziej od obcych nastolatek – wszak nie był gwiazdą estrady, tylko nikomu nieznanym podróżnym.

Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się. Obeszła go dookoła, częstując zapachem ziół, poranka i dziewczęcej młodości. Wdychał ten zapach, nieświadomy jego prawdziwych powodów. Rozluźniony pozwolił by przesunęła dłonią po jego ramionach. Usiadła obok i sięgnęła po plasterek bekonu. Po chwili wyglądała tak samo jak jej kilka lat młodszy braciszek. Michał wypchał powietrzem policzki i udając małpę, wlepił spojrzenie w siostrę.

– Przestań! – pacnęła go ręką – Wcale tak nie wyglądam!

– u! u! u! o! a! a! a! – Michał udał, że drapie się pod pachami.

Adam ryknął śmiechem. Nie sądził, by dzieciaki kiedykolwiek widziały małpę na żywo. Wiele gatunków zwierząt wyginęło tuż przed kongregacją. Nieznany czynnik, który zdziesiątkował ludzkość, wybił też prawie cały świat fauny, oszczędzając niemal zupełnie przypadkowe gatunki. O istnieniu tych, które nie przetrwały, dzieci dowiadywały się na lekcjach w szkole, z książek i podczas wyjść do muzeów. Doznawszy nieprzewidzianej klęski, postawiono na rozwój. Zaprzestano wojen, wszelkie konflikty rozwiązywano szybko i sprawnie. Ogólna katastrofa stała się bodźcem do przetrwania. Wyznacznikiem dalszego istnienia stało się poznawanie świata oraz doskonalenie ludzkiego umysłu. Swoista sinusoida cywilizacyjna kolejny raz postawiła na rozwój nauki i sztuki. Literatura obfitowała w bogate zwroty, poezja stała się ucieleśnieniem mądrości i rozumu. Piękno, dobro, prawda.

Z czasem zaczęto przeinaczać część zachowań, wyolbrzymiając niektóre, tłumiąc inne. Wiara w przetrwanie, oparta na istnieniu jednostki niematerialnej czuwającej nad ludzkością, odrodziła się z jeszcze większą siłą niż przed armagedonem. Przybrawszy jednak formę ogólnoświatową, różniącą się drobnymi elementami, potrafiła spoić wydawać by się mogło niekiedy zupełnie antagonistycznie nastawione do siebie społeczeństwa. Z czasem wiara wyparła przekazy naukowców. Ludzkość nadal korzystała z ich odkryć, jednak dążenie do poznania świata zostało zastąpione chęcią spokojnego żywota na ziemi z nadzieją na lepsze życie po śmierci. Nie znaczyło to oczywiście, że całkiem zanikła świadomość potrzeby nauki. Wręcz przeciwnie – starano się by młodzież edukowała się w każdym możliwym kierunku. Jednak kwintesencją było zachowanie pokoju. Radość, spokój, tolerancja, samoświadomość wyznaczały kierunek istnienia.

Adam nachylił się nad stołem. Z jego gardła wydobył się stłumiony charkot. Po chwili prychnął głośno. Michał rozdziawił usta. Niezmiażdżony kąsek wypadł mu na talerz. Oczy zrobiły się wielkie jak spodki.

– Ło! To był… – szukał w głowie nazwy. – To był niedźwiedź!

Adam pokręcił głową. Ami uśmiechnęła się.

– To był kotek – rzuciła lekko.

– Kotek? – Zbyszek postawił kubki na stole – Rzekłbym tygrys! Wielkie kocisko!

– Jak wielkie? – Michał był żądny wiedzy

– Taaakie – Zbyszek usiłował rozpostrzeć ramiona na boki. – I takie wielkie łapy!

Sięgnął rozczapierzonymi dłońmi w kierunku chłopca. Ten pisnął i uchylił się. Zeskoczył z krzesła i udając małpę, obiegł stół dookoła.

– Nie dogonisz mnie, tygrysie! – krzyknął

– A żebyś się nie zdziwił! – Zbyszek zerwał się od stołu i pochylony rzucił się w pogoń.

Obaj wybiegli z kuchni, zostawiając Adama samego z Ami.

Siedzieli chwilę bez słowa. Amelia przeżuwała kolejne kęsy bekonu, mężczyzna przyglądał się jej zaciekawiony. W świetle wpadających do kuchni promieni porannego słońca wyglądała jak nimfa. Mocny blask bił od jej włosów koloru słomy, ukrywając rysy twarzy. Lniana sukienka wisiała na niej niczym na wieszaku. Kościste ramiona wyraźnie odznaczały się pod materiałem. Ułożenie ubrania nie pozwalało określić wielkości jej piersi.

O ile w ogóle je ma – pomyślał Adam. W tym momencie Ami zerknęła na niego, a on poczuł, że się rumieni. Przez chwilę patrzyła na niego spod przymrużonych powiek, jak gdyby zbierając słowa, jednak nic nie powiedziała.

– Pamiętasz mamę? – spytał Adam, chcąc jakoś zacząć.

Zerwała się z krzesła i wybiegła z kuchni. Trzasnęły drzwi prowadzące na ganek. Tupot jej stóp na drewnianym podeście zamilkł w jednej chwili, gdy zeskoczyła na trawnik.

– Super – mruknął Adam do siebie. – Tekst miesiąca. Nie ma co. Może od razu mogłeś spytać, czy widziała jak mamusię zamykali w trumnie.

Westchnął i oparł głowę na ręce. Trwał tak w zamyśleniu aż w kuchni nie pojawili się ponownie Zbyszek z Michałem. Malec siedział u ojca „na barana”, trzymając się bujnej czupryny mężczyzny.

– Wio! – krzyczał.

– Dość – Zbyszek ciężko dyszał – Dość. Już nie mam siły.

Zwalił się ciężko na krzesło, uprzednio stawiając malca na podłodze. Sięgnął ręką po kubek i opróżnił go do połowy. Przez chwilę nie mógł złapać oddechu, po czym czknął głośno.

– Przepraszam – spurpurowiał na twarzy.

– Nie no spoko. Jesteś u sie…

Adam nie dokończył. Michał nie był gorszy od ojca. Beknięcie odbiło się stłumionym echem. Malec zakrył dłonią usta. Po chwili z ogrodu dobiegła ich odpowiedź Ami. Siedzący w domu wybuchli śmiechem.

– Rozumiem poranny rytuał? – spytał Adam, siląc się na spokój.

– Wybacz. Tak jakoś nam się dziś… Michał! Już dość! – Zbyszek podniósł malca i posadził go sobie na kolanach. – Było śmiesznie na początku, ale… – zamknął dłonią usta syna, widząc, jak ten przygotowuje się do kolejnego czknięcia.

– Rozumiem. Tak żebym poczuł się jak w domu?

– Haha… no tak. Mam nadzieję, że nam się udało.

– Znakomicie – Adam złapał Michała za rękę. – Nie zaczepiaj mnie, bo już cię nie puszczę. Pojedziesz ze mną.

– Puść! – malec szarpnął się.

Przez chwilę jeszcze jednak trzymał jego drobną rączkę. Początkowo udawane przerażenie chłopca stało się szczere i prawdziwe. Rozprostował palce. Michał zabrał czym prędzej dłoń i przytulił się do ojca.

– Przepraszam – Adam mruknął speszony – nie mam najlepszego podejścia do dzieci.

– Nie przejmuj się – Zbyszek pogłaskał małego po głowie. – Ja się musiałem szybko nauczyć, ale też na początku bywało różnie. Z dziećmi już tak jest, niby traktują wszystko żartem, ale równocześnie całkiem poważnie. Jeśli nie przebywasz z nim na co dzień trudno ci odróżnić, jaki akurat ma humor. No. Czas umyć zęby i przebrać się! – odstawił malca na podłogę.

Michał rzucił okiem w kierunku Adama i bez słowa pomknął do pokoju.

Adam przez chwilę kiwał się na krześle, nie wiedząc, jak zagaić rozmowę. Zbyszek też jakoś się do tego nie kwapił.

– Wiesz, nie chcę ci burzyć dnia. Jeśli masz jakieś plany, to powiedz. Ja sobie znajdę zajęcie. Albo przespaceruję się po mieście. Widziałem, że macie tu całkiem spory park, ciągnący się przez całą długość miasta.

– Jest niedziela – Zbyszek dłubał w zębach wykałaczką – więc nie mamy żadnych zajęć. Kto chce, ten idzie do kaplicy. Wielebny odprawia nabożeństwa co trzy godziny, więc każdy zdąży i nie ma pośpiechu. W tym dniu zazwyczaj albo siedzimy w domach, albo spotykamy się właśnie w parku, lub w kawiarni obok biblioteki. A że zapowiada się ciepły i słoneczny dzień, to zapewne większość będzie szukać schronienia między drzewami lub wypoczywać na ławeczkach koło kawiarni.

– Zdaje mi się, że będzie wręcz gorąco – mruknął Adam, czując jak poranne ciepło przenika przez uchylone drzwi do wnętrza budynku. – Już teraz temperatura jest wysoka.

– Całkiem możliwe – Zbyszek pokiwał głową. – Czyli trzeba się ubrać luźno i odwiesić krawat na wieszak.

– Krawat?

– Żartowałem. Ale w sumie starszyzna nie wyobraża sobie tego dnia bez eleganckiego stroju. Gdyby było choć nieco chłodniej, zobaczyłbyś przegląd wyleniałych futer i czap z wielkimi pióropuszami. Na razie poznasz, co kto trzyma w szkatułce między skarpetkami.

– Aż tak? – Mimo iż życie na pokaz nie było mu obce, nie sądził, by ludzie nadal pielęgnowali zwyczaj obnoszenia się ze swoim bogactwem.

– Aż tak – potwierdził Zbyszek. – A ty w ogóle masz coś na zmianę?

Adam spuścił głowę. Gdyby mógł, to kopnąłby się w tyłek za zapominalstwo. Pytanie gospodarza przypomniało mu, że zostawił sporą część ubrań w pralni dzień wcześniej. Trzysta kilometrów wcześniej. Zbyszek dostrzegł zakłopotanie Adama.

– Spokojnie. Nie przejmuj się. Mam sporo łachów, na pewno coś sobie dopasujesz. Najwyżej będziesz musiał podwinąć nogawki – zaśmiał się.

– I rękawy – dodał Adam, siląc się na żart. Wcale mu nie było do śmiechu. Przyzwyczaił się do swoich ubrań, nawet jeśli były znoszone.

Pół godziny później stał przed domem, rozkoszując się chłodem cienia. Stara topola osłaniała przed palącymi już promieniami letniego słońca. Powietrze drgało, tworząc w oddali mikroskopijne fatamorgany. Od strony drogi dochodził go smród resztek pokrywającego niegdyś ten odcinek ulicy asfaltu, mieszając się z wonią świeżo skoszonej trawy na łąkach. Trzasnęły drzwi na ganku. Zbyszek wyszedł, trzymając juniora za rękę. Pomógł mu zejść po schodach i ruszyli w kierunku Adama. Zza rogu domu wyszła też Amelia. Tym razem ubrana w zwiewną błękitną sukienkę, w ręku trzymała kolejny bukiecik polnych kwiatów. Bez obuwia przeszła miękką trawą i dołączyła do chłopaków.

– Wyglądasz jak wróżka – zagadnął Adam, mając nadzieję, że tym razem uda mu się nie spłoszyć dziewczyny.

Uśmiechnęła się i spojrzała na ojca.

– Dobrze mówi – potwierdził Zbyszek, po czym klepnął ją w tyłek. – Mała księżniczka.

Zaśmiali się wszyscy. Przez moment Adam był nieco zszokowany działaniem Zbyszka, potem jednak doszedł do wniosku że był to całkiem naturalny, niczym niepodyktowany gest. Ot, rodzinna bliskość.

– Dzień dobry, pani Zofio – Zbyszek pokłonił się lekko w stronę starszej kobiety nadchodzącej z naprzeciwka.

– A dzień dobry – odpowiedziała, wyciągając dłoń.

Adam skrzywił się na myśl, że oto będzie musiał starym zwyczajem cmoknąć damulkę w okutaną wytartą rękawiczką dłoń; kamień spadł mu jednak z serca, gdy zobaczył, jak Zbyszek potrząsa jej ręką.

– Dzień dobry – skłonił się równie grzecznie i odpowiedział na delikatny uścisk.

Przez chwilę lustrowała go z góry na dół, w końcu jakby sobie przypomniała.

– Ach! To o panu wszyscy mówią! Ten łobuz, który z rykiem wdarł się do naszego spokojnego miasteczka.

– Łobuz? – Adam udał niewiniątko.

– No… Łobuz. Całkiem przystojny zresztą – kobiecina uśmiechnęła się filuternie. – Gdybym była nieco młodsza…

Jakieś sto lat – pomyślał Adam, a na głos dodał:

– Ależ co też pani mówi. Świetnie pani wygląda.

– Kłamczuszek – kobieta nie dała się zbić z tropu. Wyszczerzyła szczękę za milion dolarów i dodała: – ale daruję ci, jeśli poprowadzisz mnie kawałek pod rękę.

– Z przyjemnością – odparł, podając jej ramię.

– Jak mnie dziewczyny zobaczą, to zzielenieją z zazdrości – szczebiotała kobiecina, nader blisko przyklejając się do Adama.

Ledwie wyczuwalny zapach moli zabity został przez kilka litrów perfum, jakie prawdopodobnie wylała na siebie tego ranka. Jej kościste palce, z których każdy był udekorowany wielkim pierścieniem z misternym wzornictwem, wczepiły się niczym pazury gargulca w dłoń Adama. Spojrzał na nią z góry. Na jej starczej skórze szyi dostrzegł ledwo odróżniające się od zmarszczek znamię w kształcie podkowy.

– Już słyszę ich pełne zazdrości szepty… A potem będą się dopytywać: „gorący był?”. Ha ha. Nie przejmuj się – trąciła bokiem coraz bardziej przerażonego Adama – tak tylko sobie gadam. Głupie gadanie starej kobiety.

– Biorąc pod uwagę temperaturę jaką mamy może pani spokojnie powiedzieć, że „był gorący” – uspokojony nieco po ostatnich słowach, postanowił podjąć temat. – I trzymał panią za rękę, mocno przyciskając do swojego umięśnionego ciała.

– Ty zboczuchu! – Zofia parsknęła śmiechem

– Co to znaczy „zbuczuch”? – spytał Michał, rozdeptując grudkę ziemi.

Zbyszek spojrzał na staruszkę wzrokiem, który mógłby spopielić, lecz wesołe ogniki, jakie krążyły wokół jego źrenic, podpowiadały, że nie byłby zdolny do skrzywdzenia kobiety.

– To taki pan, który robi brzydkie rzeczy – Zofia próbowała wybrnąć z sytuacji, nieświadomie pakując się w jeszcze gorsze bagno.

– Jakie brzydkie rzeczy – dopytywał malec, tym razem już szczerze zaciekawiony.

– Na przykład pierdzi w kościele – uciął szybko dyskusję Zbyszek, czując, że tłumaczenie Zofii do niczego dobrego nie doprowadzi.

– A fuj! – krzyknął Michał. – Wujku Adamie! Czemu pierdzisz w kościele!

– Ja was ukatrupię – mruknął Adam cicho na tyle jednak, by dosłyszeli go starsi rozmówcy, a głośniej dodał: – Nie pierdzę. To był tylko taki przykład. Tata mógł powiedzieć, że nie pierdzi, tylko tak jak ty beka przy koleżankach.

– Ja nie bekam przy koleżankach! – zaperzył się malec, podpierając piąstkami po bokach.

– Wiem – Adam nachylił się ku niemu – ale to był właśnie przykład.

– Aha… – Michał nadal nie był usatysfakcjonowany odpowiedzią, jednak, ku radości pozostałych, dał sobie spokój z kontynuacją tematu.

– Na przyszłość proszę używać bardziej parlamentarnych słów – mruknął w kierunku kobiety.

– To dopiero byłoby tłumaczenia – odcięła się bez zająknięcia.

– Kurde, co za ludzie – Adam pokręcił głową.

Zaśmiali się.

Będąc w pobliżu szkoły, zobaczyli dzieci bawiące się w kąciku zabaw. Michał rzucił się do przodu, ciągnąc za sobą ojca. Adam z Zofią zostali nieco w tyle. Ami przemykała gdzieś bokiem. Co jakiś czas zatrzymywała się i nachylając nad krzakami róż, zaciągała się ich słodkim zapachem. Ani razu jednak nie spuściła wzroku z Adama. Zacisnęła zęby, wbijając paznokcie w dłonie, widząc, jak staruszka bierze mężczyznę pod rękę i przytula się do niego. Niemal wyobraziła sobie, jak trzęsąca się ręka tamtej łapie Adama za członka. Widziała przesuwające się po żyłkowatym trzonie powyginane artretyzmem palce, ściskające co jakiś czas jego jądra. Potrząsnęła głową, odganiając złowieszcze myśli. Zdawała sobie sprawę, że im bardziej będzie się katować takimi domysłami, tym trudniej będzie jej kontrolować swoje emocje. Samookaleczenie było dobrym sposobem by uspokoić nerwy i sprowadzić myśli na inny tor. Lecz gdy tylko ojciec z bratem oddalili się od spacerującej pary, zbliżyła się nieco, by mieć lepsze baczenie na sytuację. Adam zerknął w jej kierunku. Ich spojrzenia na moment się spotkały. W jego wzroku nie było nic, co mogłoby świadczyć, że obecność leciwej kobiety jest mu milsza niż bliskość nastolatki. Przekonując się, że mężczyzna nie ma lubieżnych zamiarów wobec staruszki, schowała za plecy trzymany pęd dzikiej róży. Owinięty wokół ramienia, wbijał się w nie, raniąc głęboko. Nie zważała jednak na ból, czerpiąc z tego masochistyczną przyjemność.

Para dzieciaków wyprzedziła ich w biegu i pomknęła w kierunku kaplicy. Po chwili tym samym torem przemknął młody mężczyzna, ściskając w ręku ciemną reklamówkę.

– Oho! – staruszka wyciągnęła szyję. – Albo flaszka pękła albo krowa się ocieliła.

– Że co? – Adam zakrztusił się pestką ze słonecznika. Wiele lat temu skosztował tego prażonego ziarna i wciąż znajdował jakieś resztki po kieszeniach.

– Och, to tylko takie stare powiedzenie. Moja babka często tak mówiła, gdy coś się wydarzyło. Nie przejmuj się. Zaraz tam dotrzemy i wszystkiego się dowiemy.

Pomimo tych słów Adam wyraźnie poczuł, jak stężała. Puściła jego ramię i ruszyła tak chyżo, że wkrótce musiał się nieźle wysilać, by za nią nadążyć. Skąd w tym próchnie tyle pary – pomyślał, wypluwając łuskę ze słonecznika. Wyjął ręce z kieszeni i energicznie nimi machając, przyspieszył kroku. Zaskoczony zorientował się, że nim dotarł do zakrętu na ścieżce, ona już go minęła i po chwili zniknęła za załomem z krzaków. Gdy zza nich wyszedł, alejka była pusta. Zwolnił, rozglądając się dookoła. Sądząc, że płata mu figla, chowając się w zaroślach, zerkał między liście, jednak w pobliżu nie było nikogo. Powietrze było dziwnie ciężkie, upał solidnie dawał się we znaki, nawet owady gdzieś się pochowały. Cisza przerywana tylko pojedynczymi skrzypnięciami drzew sprawiła, że poczuł się, jakby wszedł z gwarnej ulicy do wyściełanego aksamitem butiku. Dróżka ginęła daleko przed nim między listowiem. Strzeliste świerki i rosnące między nimi ciasno sosny tworzyły ciemnozieloną barierę, zasłaniającą resztę parku.

Przecisnął się między konarami drzew, zaskoczony, że nikt nie przyciął ich do tej pory i stanął jak wryty. Skończyła się wysypana drobnym żwirkiem alejka, przechodząc w nierówny trakt wysypany kamieniami. Tuz przed nim leżało kilka ciężkich głazów. W jednej chwili przeszedł z parku do lasu. Konary drzew, większość grubsza niż ciało atlety, pięły się w górę ku rozłożystym koronom, przez które docierały wąskie promienie światła. Wśród wysokich traw przemykały z ponurym bzyczeniem wielkie trzmiele. Niemal spodziewał się ujrzeć sarnę wyskakującą zza drzewa. Powoli szedł przed siebie, lustrując otoczenie. Wkrótce dostrzegł, że rzadki las szybko się kończy, przechodząc w ciemny bór. Trawy były jeszcze wyższe, szerokie liście paproci sięgały mu podbródka, drzewa, choć nieco węższe, składały się z kilku splecionych ze sobą, tworząc monstrualne hybrydy. Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek w tym rejonie widział takie okazy. Jedyne, o jakich słyszał, dotyczyły odległego kontynentu amerykańskiego. Oczywiście tu na miejscu też można było takie spotkać, ale kilka wieków wcześniej, zanim gospodarka ludzka spowodowała wykarczowanie starych lasów.

Z gęstwiny wionęło zimnym powietrzem. Wydawało się, że bór sam oddycha, wyrzucając z siebie chłód, a wciągając ciepło rzadszego lasu. Adam chuchnął, obserwując z zaskoczeniem, jak z jego ust, niczym w grudniowy poranek, unosi się kłąb pary. Jego zmysły momentalnie wyostrzyły się, gdy doszła go nikła woń dymu. Pojawiała się co jakiś czas, z każdym tchem boru. Uniósł nogę, lecz nim postawił krok, jakaś zimna dłoń złapała go za ramię. Pisnął przerażony jak mała dziewczynka. Powoli, niczym w gęstej cieczy odwracał się, przekonany, że zaraz spojrzy w oczy kostusze.

.

Przejdź do kolejnego odcinka – Czarownica V

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

No ładnie. Przerwać w takim momencie to zbrodnia! ?
Mam nadzieję, że kolejna część będzie jeszcze w tym roku ?
Fuj, nie lubię bekonu.

Oj no tak. Jeszcze dwa miesiące zostały do końca roku 😉 Zbrodnia? Zasługuję na klapsa? 😛

Bardzo zręcznie napisane. Ale trochę za mało akcji. Wiedziałem że ta staruszka pociągnie go ku jakiemuś nieszczęściu. Niemal od razu :).

No… nie jest to serial, gdzie w każdym odcinku musi być nieco akcji, nieco niewiadomej, nieco dramatyzmu, nieco erotyzmu (no tego akurat winno być) i nieco ckliwości. I oczywiście happy end. Nie dam sobie nawet głowy uciąć, czy nie mam jakiegoś odcinka zupełnie bez seksu 😀
Te staruszki, nie? Ani się obejrzysz i obrywasz lagą po plecach… 😛

A tak. Racja – to ten odcinek 😛

😀 najczęściej za brak pobożności, choć ta babcia to akurat chyba w drugą stronę. Po przeczytaniu poprzednich części, tą czytałem jakbym chodził po wyimaginowanym świecie dr. Brauna. Niby wszystko w porządku a postaciom świecą oczy w ciemnościach.

Babciu ? A dla czego masz takie wielkie zęby ? … 😀

Co ty na głodniaka to pisałeś…

Bekon, bekon i staruszka.

Akcja toczy się powoli, mamy jednak zarysowaną wzajemną fascynację bohatera i atrakcyjnej panny, a przede wszystkim wyjaśnienia dotyczące powstania świata opowieści. Wyjaśnienia celowo naiwne i dwuznaczne, bo tak słodko to z pewnością nie jest. W sumie więc treść bardziej niż zadowalająca ( ja lubię bekon, co tam, przyznam się). Trzeba natomiast zauważyć pewne obniżenie poziomu języka, wyraźnie więcej tutaj niż w poprzednich częściach powtórzeń czy nie zawsze trafnie wstawionych zaimków. Ale czytało się dobrze. Pozdrawiam.

Na początek uroczy rodzinny poranek, pełen wrzasku dzieci, słońca i upału, a na koniec stare próchno, pradawny bór i mroźny chłód w atmosferze grozy. W międzyczasie coraz bardziej tajemnicza Ami. Bardzo mi się podobało. Zwłaszcza Zbyszek – bardzo pozytywna, serdeczna postać.
A do bekonu przydałyby się jajka. 😉

Napisz komentarz