Uśmiechnięci (Seelenverkoper) 4.44/5 (3)

Okolica przypomina plener nieporadnie wycięty z taniego, amerykańskiego filmu klasy B. Senne, południowe zadupie Stanów. Równe pola kukurydzy rosnącej wyżej od dorosłego mężczyzny. Kolby dojrzewające w słońcu godziny czternastej. Opustoszałe stacje benzynowe położone przy drogach dojazdowych, przeciętych jak tętnice przez  ostrza autostrad międzynarodowych i obwodnic. Trup leży, gnije i nikogo nie obchodzi. Kolejne pokolenia dzieciarni wybijają tylko szyby  i mocują się po zmroku z dystrybutorami paliwa. Małe domki, typowe PRLowskie, ceglane klocki poutykane między kępami drzew. Drewniane słupy elektryczne z przewodami wyciągniętymi z powodu upału prawie do samej ziemi.

Ten hotel jest dokładnie taki sam. Ogromny zajazd łączący w zamyśle architekta samą esencję kiczu i kompletny brak użyteczności. Jest naprawdę uroczy. O ile człowiek umie się do niego przyzwyczaić. Nad wejściem straszą nigdy niezdejmowane lampki choinkowe. Migają nieustannie, wysyłając wielobarwne sygnały gdzieś w głębiny niezbadanego kosmosu. Jeśli obserwuje je obca, inteligenta cywilizacja, która nauczyła się jakimś cudem języka Moorse’a, to na pewno będzie przeświadczona o tym, że bełkoczemy jedynie bez sensu. Znalazłoby się w tym stwierdzeniu ziarnko prawdy. Szczególnie, jeśli pomyślimy o programach informacyjnych, w których mądre głowy analizują wypowiedzi polityków. Dziewczyna za ladą jest dość brzydka, niezgrabna, ale przesympatyczna. Pytała, czy przyjechaliśmy tu może oglądać ruiny zamku obronnego z dwunastego wieku.

Nie. Nawet nie wiedzieliśmy, że tu takie są.

Wobec tego wpadliśmy na pewno na festiwal pierogów. Gmina słynie z nich.

Nie.

Zmieszała się. Omiotła wzrokiem kontuar. W drodze na lotnisko? W sumie to tylko piętnaście minut. Jeśli nie ma korków na autostradzie.

Nie.

Nie dopytuje więcej. Zresztą nie sądzę, by ją to tak naprawdę interesowało. W hotelu patrzą na nas tak jak na zwykłych gości. Zresztą jesteśmy dość zwykli. Mamy dom. Rodzinę. Psa. Kota. Pracę. Problemem jest tylko to, że moja i jej rodzina, mój i jej pies, mój i jej kot – nie są tożsame. Są to zbiory rozłączne, jak mawiał mój kumpel – matematyk psychopata. Patrzę na nią. Poważna mina. Zaciśnięte w wąska linię usta. Oczy ukryte za okularami w grubej oprawie. Nawet włosy spięła. Ma na sobie szarą  garsonkę z gabardyny i naprawdę wygląda gównianie. Nigdy nie podniecały mnie sekretarki ani żelazne damy. Nic na to kurde nie poradzę. Strój nie pasuje do niej. Znam ją lepiej niż inni i to mi zgrzyta. Dziwne wrażenie. Uczucie niedopasowania, które stale dobija się gdzieś w tyle głowy, jak wtedy, gdy oglądasz źle zrealizowany film kostiumowy, w którym D’artagnan wyciąga nagle sześciostrzałowego peacemakera i zaczyna opróżniać bębenek w ludzi kardynała.

Zresztą, ja w garniturze też nie wyglądam zbyt dobrze. To dlatego, że ona oficjalnie jest na wyjeździe służbowym, a ja w delegacji. Wszystko dokładnie zaplanowaliśmy, ale każdy kolejny krok wymagał perfekcyjnego wykonania i szwajcarskiej precyzji. Nawet nie mieliśmy okazji się przebrać. Zresztą, tak jest za każdym razem.

W końcu biorę klucz i idziemy wąskim korytarzem do  naszego pokoju. Tego, co zwykle. Zaczynam być roztargniony. Myślę tylko o niej. Nie odzywa się. Oboje milczymy. Na któryś z kolei schodach gubimy drogę. Przez minutę czy dwie błądzimy. Przechodzimy koło sauny. Hotel jest  bardzo cichy i wydaje się pusty. Zresztą – może nawet jesteśmy tam jedynymi gośćmi. W końcu dochodzimy do swojego pokoju. Przez kilkanaście sekund nie mogę włożyć klucza w dziurkę. Czuję jej oddech na plecach. Słyszę go. Jest coraz szybszy. Płytki. Bardziej chrapliwy.  W końcu zamek zgrzyta, a my rzucamy się do wnętrza. Trzaskamy drzwiami. Teraz stoimy naprzeciw siebie. Wpatrujemy się w swoje oczy. Sycimy zapachem. Nie możemy ani uwierzyć w tę chwilę, ani się nią nacieszyć. To taki nasz urlop od świata. Od tego co realne. Jesteśmy tylko my.

To ona nie wytrzymuje pierwsza. Rzuca się w moją stronę. Na złość odsuwam usta i nie może ich sięgnąć, nawet gdy staje na czubkach palców. Drobne, dziecięce złośliwości. Próbuje mnie gryźć. W końcu przygważdżam ją do ściany. Kolanem rozchylam nogi i rozrywam białą bluzkę tak, że guziki wystrzeliwują we wszystkie strony. W tym czasie, zagryzając dolną wargę, siłuje się z moim paskiem. Robi to tak niecierpliwie i niezdarnie, że w końcu muszę jej pomóc. Resztę ubrań z siebie po prostu zdzieramy. Biorę ją na ręce. Trochę się wyrywa, ale jest na tyle lekka, że nie mam problemów z doniesieniem jej na łóżko. Rzucam ją na materac, a następnie układam paroma oszczędnymi ruchami w pozycji, w której chcę wziąć. Nie oponuje. Lubi to. Jest już na pewno mokra. Nawet nie muszę sprawdzać. Po prostu wchodzę.

Jęk. Potem zapach rozgrzanej kobiety. Urywki szalonych scen, jak w karnawale Felliniego. Pieprzy się ze mną. Jest taka zachłanna i zarazem uległa. Odgaduje moje każde pragnienie. Każde stara się spełnić. Nie do końca rozumiem, dlaczego.

Zawsze jest dużo pytań. Takich, których nie zadajemy. Na przykład: dlaczego to robimy. Bo się kochamy? Chyba tak. W pewien sposób tak. To jednak nie jest właściwie postawione pytanie. Lepiej byłoby spytać, czy kocha mnie bardziej od męża? Czy ja ją bardziej od żony? Może spotkaliśmy się za późno dla nas samych?  Jesteśmy zbyt ogromnymi tchórzami, by oprócz tych zdrad zrobić o jeden krok dalej, zajść o jeden most za daleko? Jej głowa uderza o wezgłowie. Rytmicznie. Stuk-stuk, stuk-stuk, stuk-stuk. Jęk przypomina motyw przewodni tej skromnej symfonii na łóżko i dwa ciała. Kiedy szczytuję, pytania znikają. Schodzą na parę chwil ze sceny, by po chwili wrócić jak w greckiej tragedii – w tym samym miejscu, w tym samym czasie i w obecności tych samych bohaterów, którzy nawet nie zakładają innych masek. Każda tragedia ma przecież swój czas. Swój teatr. Tylko, że zamiast dwunastu gniewnych, w tym tkwi dwójka porozbijanych. Zawsze moja. Nigdy dla mnie. Zresztą, ten mechanizm działa w obie strony. Patrzę, jak przeciąga się na łóżku. Pręży i uśmiecha. Jest taka drobna. Kiedyś miałem wrażenie, ze mógłbym ją zgnieść.  Skrzywdzić, trzymając w ramionach. Ale to było bardzo dawno temu. Teraz wiem, że nie jest taka krucha.

***

Siedzę na sporym tarasie naszego pokoju, na wielokrotnie połamanym i połatanym krześle. Brudna balustrada, spękane płytki i popielniczka pełna petów po poprzednich mieszkańcach. Widzę cienkie, białe filtry damskich fajek, grube, za to puste w środku tych nowoczesnych i zwykłe, brązowe. Cały przekrój społeczny, proszę szanownego pana dziobaka. W basenie pełnym deszczówki smutno dryfuje wielobarwna, wypłowiała od słońca piłka plażowa. Na pewno jest jakimś głębokim symbolem egzystencjalnym. Za chuja nie wiem jakim.

Leży w półcieniu pokoju. Zamknęła oczy, ale nie śpi. Spokojnie macha nogami. Ma na sobie tylko szpilki. Na początku chyba zakochałem się w jej idealnym tyłku. Niestety była to miłość niespełniona. Przez jakieś dwa, trzy miesiące. Dopiero wtedy pozwoliła mi pogładzić się po pupie. Włożyć palce pod cienką koronkę majtek i dotknąć gładkiej skóry, przypominającej w dotyku skórkę jabłka. Ma naprawdę idealne ciało. Wąskie stopy. Delikatne kostki. Kształtne łydki. Gorące uda, przypominające swoim kształtem kubańskie cygara. Małe, zawadiacko zadarte piersi. Cienkie jak łodyżki kwiatków ramiona. Jak dziewczyny z instagrama. Nie. Jest znacznie piękniejsza. Obraca się na bok i wpatruje we mnie. Zagryza wargę.

Spokojnie zapalam papierosa.

– Tutaj niedaleko znajduje się takie miasteczko. Pożydowskie. Jedno z dziesiątek otaczających duże miasto. Jak Żyd był Chasydem albo schizmatykiem, to mieszkał właśnie w takim. Większość z nich zostało wchłoniętych przez rozrastającą się metropolię, ale nie to. Leży jeszcze zbyt daleko. Zawsze słynęło z najlepszych kieszonkowców i nożowników. Obecnie to zbiorowisko starych kamieniczek przy rynku. Niedługo wyremontują je młodzi zdolni, którzy dość mają wielkiego miast, a wolą przekształcać to małe na swój wzór i podobieństwo. Zamontują ogromne okna, otworzą starbuks i wykopią starych mieszkańców do PRLowskich szarych bloków, wybudowanych czterysta metrów dalej.

– Dlaczego mi o tym opowiadasz? – spytała tak cicho, że ledwo ją usłyszałem.

– Nie wiem – kręcę głową. – Chyba mówię po to, by mówić. Może to trochę forma magii. Zaklinam chwilę. Sztucznie ją przedłużam. Ten półmrok. Tego papierosa. Ciebie rozciągniętą nieustannie pomiędzy spełnieniem, a napaleniem. Kiedy słyszę swój głos przynajmniej wiem, że nie śpię i że to nie jest jeden z tych snów, z których budzisz się jak skopany pies. Idziesz umyć zęby, a potem tracisz godzinę bezmyślnie wpatrując się w kawę. Wyginam też słowa. Chyba po to, aby cię nimi opleść. Usidlić.

– Jesteś więc sztukmistrzem?

– Raczej sofistą – krzywię się.

– Wole nazywać cię sztukmistrzem, wiesz? Pasuje to do ciebie. Na pewno jesteś też magnetyzerem! To dlatego tak łatwo ci uległam, prawda? – chichocze, po czym przetacza się po łóżku, owijając w koc.

– Zresztą – podejmuję ponownie przerwaną myśl – całe życie jest bez sensu. Dlaczego więc miałoby go zachować to, co mówię?

– Nie mów tak – ofuknęła mnie. – My mamy jeszcze trochę sensu.

– Konkretnie: ty czy ja? – dopytuję.

– Słucham? – patrzy na mnie zdziwiona.

– Które z nas ma w sobie ten sens? Ty czy ja? – precyzuję i zaciągam się przygasającym papierosem. Wiem, że teraz ją rozłościłem.

– My. Razem. Wiem, że nie mamy prawa tak o sobie mówić, ale… – nie kończy. Słyszę jak uderza piąstką o materac. To chyba z bezsilności. Też ją czuję. Czuję gorzki smak w ustach i to wcale nie z powodu przypalonego filtra. W końcu nie wytrzymuję. Wstaję i wchodzę do pokoju. Zasuwam ciężkie zasłony, które były szczytem mody jakieś dziesięć lat temu. Wtedy też po raz ostatni je prano. Kręcę się. Bezmyślnie przemierzam pokój, robiąc długie kroki. Dopiero po kilkunastu rundkach siadam w fotelu. Zapadam się w śmierdzący plusz. Nie mogę na nią spojrzeć. Wstydzę się. Bezmyślnie biorę do ręki pilota. Skaczę po kanałach.

Na jednym z nich festiwal barw i kiczu. Szczęścia dostępnego po podkręceniu kolorów lub po wódzie. Kanał Ddisco-polo. Ktoś nawija o tym, że ta muzyka mówi o sensie życia. Przekazuje go w prosty sposób. Opowiada o prawdziwych ludziach i prawdziwej miłości. Kurwa współczuję, jeśli twoje uczucia podobne są do teledysków disco-polo. Czuję jej słodki zapach. Gożdzików? Gałki muszkatołowej? Cudownie roznosi się po całym nagrzanym, dusznym pokoju zatopionym w półmroku.

Zmieniam kanał. Ciszę pokoju rozbija dźwięk kościelnych organów. Widzę czołówkę, pastelowe kolory studia, uduchowione wyrazy mord. Super. Religijny talk-show. Oglądam dłuższą chwilę z chorą fascynacją. Wędrowny prorok rychłego końca tworu szatana, czyli Unii Europejskiej, natchniona z małej wsi na Podkarpaciu i dzwoniący  na linię widzowie. Prowadzący przypomina trochę stereotypowego, nawiedzonego kaznodzieję z Teksasu. No dobra. Przypominałby, gdyby nie ten wystający nachalnie brzuszek.

– … wszyscy, którzy twierdzą, imigrantów należy przyjmować są zdrajcami narodu i wiary! – grzmiał jakiś staruszek, ciesząc się swoim czasem antenowym. – Nasz świętej pamięci kardynał tysiąclecia mawiał: najpierw ojczyzna, potem Chrystus!

Następny w kolejce jest prawicowy publicysta. Opowiada o świętości związku małżeńskiego i jego nierozerwalności. Wybucham śmiechem. Facet jest po dwóch rozwodach i ma niebieską kartę. Tyle tylko, że gra świętego. Zresztą jak wszyscy. Był taki starożytny żydowski filozof, który zaproponował rzucanie kamieniami tylko tym, którzy są bez grzechu. Miał chłopina farta, że nie próbował tego nigdy powtórzyć u nas. Wyciszam telewizor. Wpatruję się jednak dalej w skupione twarze migające na ekranie. Tak jest zdecydowanie zabawniej.

Nawet nie zorientowałem się, kiedy wstała z łóżka i zakradła się za moje plecy. Siada mi na kolanach. Śmieje się. Przekrzywia głowę. Ma na nosie okulary w grubych, zielonych oprawkach. Zaledwie przez chwilę lub dwie dość brutalnie masuje moje krocze. Kiedy już może, bezceremonialnie nabija się na mnie. Wzdycha. Zagryza dolną wargę. Odchyla głowę. Przytrzymuję jej biodra tak, by wsunąć się do końca. Długi jęk wprost do mojego ucha. Gryzę ją w kark, odwdzięcza się kąsając mnie w ucho. Ręką oplatam dziewczęcą talię, dłoń zaciskam na niewielkim pośladku. Przez chwilę trwamy tak. Chwilę przypominającą całą wieczność. Całą epokę. Potem podnosi się i znów opada.  Szybko kończę w niej. Nie wiem, przy czwartym czy piątym ruchu, ale od razu jestem gotów od nowa.  Ciągle twardy. Nienasycony ani na moment. Nawet nie wiem, jak długo się tak pieprzymy. Godzinę, dwie? Przenosimy się na łóżko, po drodze zaliczając na parę chwil ścianę. Szafkę. Dywan. Nierozłączni. Dosłownie. Prawie jak Janus. Opieram ją o materac. Sama rozsuwa nogi i wypina pupę.. Najpierw masuję jej tyłek. Zaledwie przez parę chwil. Potem wchodzę. I tak była gotowa. Czekała. Teraz wychodzi mi naprzeciw przy każdym pchnięciu, które przyjmuje w pełni, do końca. Nie potrzebujemy ani nawilżenia, ani przygotowań. Czasem lubimy ostro. Wtedy najbardziej czujemy, że jeszcze się mamy. Krzyczy. Gardłowo. Głośno. Obracam ją na plecy i podnoszę nogi. Jej stopy w czarnych szpilkach opieram sobie na barkach. Bawię się stojącymi na baczność piersiami. Ciągle patrzy mi w oczy.

– My mamy trochę sensu – przyznaję w końcu, kiedy leżę między jej rozchylonymi nogami, gwałtownie łapiąc powietrze.

***

Leży na mnie. Nogę przerzuciła przez moje biodra, rękę przez tors. Czuję się jak zdobyty okręt. W sumie, dobrze mi w swobodnym dryfie. Nawet bandera opuszczona do półzwisu. Sięgam do kończącej się paczki papierosów. Wyjmuję przedostatniego. Gniotę w palcach i wkładam do ust. Zapalniczkę położyłem na szafce nocnej.  Popielniczka też jest. Gdzieś. Na pewno. Dziewczyna mruczy coś przez sen. Nie pozwala mi wstać. Czytałem. Teraz palę. Wpatruję się w biały sufit, pośrodku którego śmigło wiatraka kręci się leniwie.

Gładzę jej pośladki, linię kręgosłupa. Palce zatrzymuję w okolicach lewej piersi. Przesuwam je po cienkiej skórze. Słyszę. Nie, czuję każde uderzenie serca. Bije szybko. Jak u małego ptaka. Może drapieżnika zmęczonego po biegu za swoją ofiarą i krwawej uczcie. Nawet nie wiem, jak się odnaleźliśmy w tym całym cyrku. Cholernym kociokwiku i chaosie. Co takiego stało się, że zrobiliśmy pierwszy krok. Ciągle wmawiamy sobie nawzajem autorstwo tej prowokacji, która w ostatecznym rozrachunku doprowadziła nas aż tutaj.

Pamiętam, że wtedy cały czas patrzyłem jej w oczy, sprawdzając na ile mi pozwoli. Z niedowierzaniem przesuwałem tę linię demarkacyjną coraz dalej. Najpierw na kolana. Potem na ciepłe wnętrze uda, pośladki. Brzuch. Zaczęła mi też opowiadać o sobie. Wchodziłem coraz głębiej w jej świat. To było bardziej intymne niż seks. Poznać drugiego człowieka.

Oczywiście jeśli założyć, że naprawdę żadne z nas nie miało tego romansu w planach. Patrzę na tę drobną dziewczynę, która mruczy coś przez sen, niczym bardzo zadowolona z siebie kotka. Jeśli kiedyś postanowiła mnie mieć na własność i tylko dla siebie. Zdobyć i zniszczyć prawem zwycięscy. Jeśli dla niej to tylko zwykła gra, to wtedy jest już bliska całkowitego zwycięstwa. Moje formacje obronne są rozbite na szachownicy, ma przewagę w figurach, a resztka inwencji twórczej i zdolności do jakiegokolwiek czynu zamieszkała u mnie w kutasie.

***

Na ostatnią kolacje założyła sukienkę i pończochy. Ja sprane spodnie i wyciągnięty sweter. Nie wiem, które z nas wyglądało na bardziej nie na miejscu. Zazwyczaj główną atrakcją wieczoru w tym lokalu jest stary, jednoręki bandyta świecący neonami w kącie i pożerający resztkę kasy z MOPRu oraz  ostatnie marzenia. Dziś byliśmy nią my. Tak sądzę. Chociaż w sumie trwała jeszcze promocja na piwo z beczki.

Ludzie wokół nas wyglądają oryginalnie. Jeśli wolicie – charakterystycznie.  Jarmarczne stroje. Hawajskie koszule z flaneli lub w wypadku tych bardziej eleganckich mężczyzn, swetry wełniane wciągnięte pomimo lejącego się z nieba żaru pod marynarki. Kobiety w krótkich spodenkach odsłaniających prawie całe tyłki, różowych tenisówkach i koszulkach na ramionach. Niektóre w neonowych legginsach bębnią ogromnymi, sztucznymi pazurami w co popadnie. Dziwię się, że od takich rytmicznych uderzeń będących jak miarowy, regularny stuk maszerującego plutonu wojska ta buda jeszcze się nie rozleciała.

Ludzie żyjący daleko od ziemi obiecanej wielkiego miasta. Niewpuszczeni do niej przez jakichś tajemniczych bogów kapitalizmu. O zupełnie nietelewizyjnych twarzach,  z kurzem i zmęczeniem wżartym głęboko w każdą zmarszczkę. W opuszczone kąciki ust. Szczere w swoim wiecznym smutku.

Przypominają te odbite na kartach powieści Wiktora Hugo. Ludzie morza. Nędznicy.  Kim wobec tego jestem ja? Ona? Wściekłymi i pogubionymi tworami  comprachicos z uśmiechami wyrysowanymi na twarzach ostrzem rzeźnickiego noża? Innymi dziełami szalonych łowców niewolników ze zdeformowanymi rękami i tułowiami? Sumieniami zimnymi niczym porcelanowe lalki? Głowami dopasowanymi kształtem do wielkich, szklanych słojów? Potworami?

Kładzie mi stopę na kroczu i masuje mojego sterczącego kutasa. Zaciskam zęby. Odpływam. Widzę, jak śmieje się spod zasłony czarnych, kręconych loków. Uśmiecha się.  Wystawia język i przekrzywia głowę. Chwytam ją za kostkę i pokazuję, jak lubię by to robiła.

Mieliśmy zjeść kolację i jechać. Walizki leżą przy stoliku. Na szczęście nie oddałem jeszcze kluczy do pokoju. Mam trzy, może cztery godziny zapasu. O ile powiemy, że były korki po drodze i będziemy pędzić jak oszalali, lekceważąc punkty karne i patrole. Musimy to zrobić. Teraz. Znów. Wracać do siebie, zderzając się zębami i pieprzyć jak napalone nastolatki. W tajemnicy. Kryjąc się przed małżonkami, znajomymi i przyjaciółki. Kiedyś nie mieliśmy odwagi lub czasu, by coś zmienić, a teraz zmieniając wszystko skrzywdzilibyśmy zbyt wielu ludzi. Eurostat i Światowa Organizacja Zdrowia nieustannie podają statystyki, ile osób zginęło przez raka płuc, zawały, wylewy czy chorobę alkoholową, ale uparcie pomijają niespełnioną miłość. Niektórzy nie wytrzymują, kupują rewolwery i wkładają sobie do ust lufy. Inni kręcą pętle i wieszają na klamkach. Są też tacy, których oczy zgasły bardzo dawno temu.  My też umarlibyśmy bez siebie. Zeschli się. Skarłowacieli. Zapadli w sobie. Żyjemy przecież w najdoskonalszym ze światów.

Potem przekręcam klucz w zamku i wpadamy do pokoju, a ona zaczyna się śmiać.

.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobry wieczór!

Klimat na naszym portalu zmienia się jak w kalejdoskopie. Po krotochwilnej fraszce MRT_Grega przychodzi czas na opowieść melancholijną i refleksyjną, przesyconą smutkiem i świadomością, że każde spełnienie jest tylko chwilowe, a poszukiwanie szczęścia to co najwyżej skazana na porażkę próba.

Nasz NErotyczny filozof, a czasem (choć nie tym razem) i moralista poradził sobie z tematem wyśmienicie. Umiejętnie żongluje nastrojami, wplata w ogólnie pesymistyczną wymowę utworu fragmenty humorystyczne. Owocem tych starań jest opowiadanie klimatyczne i stylowe. Niepokojące i przesycone goryczą. No i po prostu bardzo dobre.

Pozdrawiam
M.A.

Wciągająca perspektywa najlepszego ze światów. Urlop od życia, poskromiona szarość i powtarzalność w chwili zapomnienia a właściwie litościwie w kilku sterczących chwilach. Dało się to poczuć.

To najważniejsze bo tak naprawdę o tym chciałem mówić. Pisać. OP urlopie od życia. Może odrobinę gorzkim ale wspaniałym.

ZNAM TO… 🙁

O! A skąd?

Gdy czujemy się “szczęśliwi” kiczowaty hotel staje się uroczy, popielniczka najeżona petami nie odpycha, brudny basen z majaczącą na wodzie wypłowiałą piłką nie zasmuca. Nic nie ma znaczenia bo chwila wydarta z codzienności nabiera swoich własnych kolorów. Jest Tu i Teraz i nawet brudne zasłony nie są w stanie tego zmienić. Nasycić się (choć czy to możliwe?), by wystarczyło do następnej wykradzionej życiu chwili.
Podobało mi się.

Kurwa! Zapomniałem o piłce. Ależ nie! Jest! Podpisana nawet: Czerwiński. Kto to jet? Ktoś ważny? Chyba nie. Gdyby był ważny piłka nie wylądowałaby któregoś dowcipnego dnia w lodówce, zamiast dwóch flaszek wódki.
Ona była. I on. I zdążyli przed powrotnymi korkami z pracy. Może. Nie wiem. Zresztą…
Znam to.
Tylko… ten klimat – nieco inny. Nawet jakbym postawił zardzewiały traktor przed wejściem, za cholerę nie uzyskałbym tego klimatu. Do mnie nie przejeżdżajcie. Jego spytajcie o drogę. Autora. I pogratulujcie przy okazji tekstu, który tak spokojnie się czytało.
Fajno.

Kto to urwa jest Czerwiński?!? Niektórzy dobrzy piłkarze też lądują w lodówce. Z tym, że zazwyczaj mają własne szuflady. Chyba nie wynajęte. Co najwyżej dzierżawione. Na jedno posiedzenie. Poleżenie raczej może.

Cieszę się, że spokojnie sie czytało;]

Plastyczne, poczułam się jakbym tam była. Fantastycznie zbudowany klimat. Piękne.

To pisałam ja!

Cieszę się, że to pisałaś Ty. Bo jeśli napisąłby to ktoś inny to cieszyłbym sie inaczej. Dla ciebie cieszę się w ten szczególny, Hankowy sposób.

Świetne. Melancholijne, do bólu prawdziwe i wprawiające w nostalgię.
Byłam kiedyś w związku, który przypominał takie urlopy od życia – dwa weekendy w miesiącu wyrwane z kontekstu. I choć wtedy wydawało mi się, że tak może wyglądać szczęście, z perspektywy kilku lat widzę śmieszność tych godzin wypełnionych seksem na zapas. A jednak poczułam nostalgię… Oto magia dobrze napisanego tekstu 😉

Wiesz, przez moment poczułem się zawiedziony, przepraszam, złe słowo, zaskoczony.
Spodziewałem się SF, cybernetyki, bitów informacji przetwarzanych w elektronicznych mózgach i sam nie wiem czego jeszcze. Skończyłem czytać i … wróciłem do początku. Na pewno wrócę jeszcze nie jeden raz.

Podejrzewam, że Koper “odwalił” swój tekst w dwa dni jako ripostę na jedno z niedawno opublikowanych opowiadań. To się nazywa talent do “odwalania”. Brawo. Brawo. I na dodatek moralizuje subtelnie. Jeszcze raz brawo. Ze dwie zardzewiałe łuski w magazynku się znalazły, ale wystrzelał i tak prawie same dziesiątki. Uśmiechy dla bywalców, Karel

Jakże ja Ci zazdroszczę tej lekkości w pisaniu o brzemieniu bezndziei, którego niemal nie sposób unieść. Jak zawsze – trans czytania, od słowa do słowa, każde cenne, każde potrzebne w rytmie płynnym, miarowym, bez potknięć, bez fałszywych kroków.
Tu już nawet nie chodzi o jakieś śmieszne gwiazdki, statystyki. Vanitas…
Prawda o tchórzostwie. O kieracie codzienności, rzeczywistości, w której bezpieczniej zostać, choć mogło by być inaczej. A może nie? Może potrzeba tego niespełnienia i niezaspokojenia, tej wiecznej potencjalności, aby iść dalej, bo zmiana jest kolejną pułapką? Nie wiem.

Niby historyjka jakich wiele, ale bardzo dobrze napisana. Klimatyczna, w klimacie który dla autora wydaje się być naturalny…

Odkąd przeczytałam to opowiadanie kołacze mi się po głowie wspomnienie jakiejś najlepszoerotycznej dyskusji o zdradzie i że miało powstać coś o zdradzie, która nie rani innych, nie jest z natury rzeczy zła i krzywdząca… ale oczywiście mogłam coś pomylić.

Jest mi bohaterów niezmiernie żal, ale nie dlatego, że ich ucieczki od rzeczywistości są tak krótkie i rzadkie, ale dlatego że nie potrafili dla takich ucieczek znaleźć miejsca w swoich podstawowych związkach, tym samym jednak okradając z czegoś męża/żonę/rodzinę. Wielu ludzi niestety tak ma, a niszcząc jedną relację i wchodząc w kolejne popełniają dokłądnie te same błędy przez co okazuje się, że kochanek/kochanka jest niezbędny dla zdrowia psychicznego.
Jak najbardziej wierzę, że romans może pomóc stać lepszym rodzicem czy małżonkiem, bo frustracja nikomu nie służy, każdy czasem potrzebuje “wakacji od życia”. ALE. No właśnie, ale…
Po prostu szkoda, że jeden związek to czasami za mało.

Nie boję się obietnic
Nie lękam się zazdrości
Nie dbam o nagrody
Kpię z przyzwoitości

Lecz chociaż tak beztrosko
Płyną moje dni
Przez jedną małą sprawę
Często ocieram łzy

Problem cały w tym
Nie mogę sobą być
Bo dziewięć różnych snów
Co noc przychodzi śnić

Dziewięć naraz myśli
Dziewięć marzeń mam
Dziewięć pocałunków
Od dziewięciu pięknych dam

Lecz jedno tylko ciało
Na dziewięć rwących serc
Stanowczo to za mało
Wiec mogę chcieć

Mieć jeszcze jedno ciało
Na dziewięć rwących serc
To ciągle jest za mało
Wiec mogę więcej chcieć

Tak. To był swoisty głos w tej dyskusji. Ot w moim odczuciu świat nie jest czarno biały. Czasem musimy być wyprasowani a czasem dzicy, szaleni. I całkiem często to nie mogą być te same dwie osoby.

Trudno się nie zgodzić, choć to smutna prawda…

Napisz komentarz