To jego wina! (MRT_Greg) Brak ocen

9 min. czytania
2110447574_8a97562947_b

Mollie Bryan, „egg”, CC BY-NC-SA 2.0

– Wina! – zakrzyknął, tocząc wokół nieprzytomnym wzrokiem.

– Wina? – spytałem zaskoczony. Widać jeszcze było mu mało.

– Wina… – dodał bełkotliwie.

– Czyja wina? – spytałem zgryźliwie.

– Moja! – wrzasnął, po czym umilkł, jakby własnym głosem speszony. – Moja wielka bardzo wina!

Chwycił za najbliższą mu butelkę i uniósłszy nad głowę, przechylił, usiłując złapać językiem ostatnią leniwie toczącą się po szkle kropelkę.

– Lubisz kropelki? – spytałem z drwiną.

– Odczep się! – odciął się rozeźlony.

Miał już nieźle w czubie, jednak brakowało jeszcze tej przysłowiowej wisienki na torcie, by zaległ nieprzytomny. Do tego czasu jego odpowiedzi, choć bełkotliwe, były zupełnie sensowne.

– Idę się przebrać – cicho rzuciła młoda, wstając z fotela.

Przechodząc obok nas, musnęła mnie lekko dłonią, jakby dając jakiś znak. Stary dostał kolanem w bok, po czym przekręcił się na drugą stronę, wprost w…

– Jeżyk – mruknąłem rozbawiony.

– Szto takiego? – Pijacka artykulacja powoli wdzierała się do jego krtani.

– Jeżyk – powtórzyłem. – To, co ułożyłeś w popielniczce.

– Aha… – chrapnął rozbawiony. – Raczej cała rodzinka.

Sięgnął do kieszonki na piersi, wyjął stamtąd pomiętą paczkę fajek i wyciągnął jednego papierosa, poskręcanego jak dziadowski bicz. Zapalił, zaciągając się głęboko. Przesunąłem wzrokiem w ślad za wydmuchanym w ciemność nocy dymem. Kiedyś chętnie bym się przyłączył. Od kilku lat cieszyłem się wolnością bez nałogu. Nie wyobrażałem sobie, że mógłbym do tego wrócić. Co jednak nie przeszkadzało mi siedzieć w błękitnej, wydychanej przez niego chmurze. Zapach palonego tytoniu, o ile nie był zbyt intensywny, zupełnie mi już nie przeszkadzał.

– Jestem.

Młoda znów przeszła między nami, ponownie dotykając delikatnie dłonią mojego ramienia. Włoski na karku stanęły mi dęba. Zresztą nie tylko one. Dobrze wiedziała, co robi i wykorzystywała to przy każdej nadarzającej się okazji. Stary znów dostał cios w nery. Skrzywił się.

– Może trochę szacunku dla ojca? – rzucił w jej kierunku.

– Dla ojca tak, nie dla pijaka – mruknęła zniesmaczona.

– Widzisz, co ja z nią mam? – spojrzał na mnie spode łba.

– Mam nadzieję, że nic, ale po tobie, stary zboku, to cholera wie czego się mozna spodziewać… – odpowiedziałem, znów z lekką drwiną.

– Ech… znikąd zrozumienia, każdy tylko dowali – zerknął na mnie przez ramię – i jeszcze się szczerzy zadowolony jak głupi do sera. I ty też!

Rzucił w nią zapalniczką.

– O! Jak znalazł.

Złapała zręcznie, po czym przytknęła do trzymanego w ustach cienkiego papierosa. Wkrótce do moich nozdrzy dotarł delikatny zapach wanilii. Kiedyś, u schyłku mojego nałogowego szaleństwa, paliłem takie o zapachu jagód. Wszyscy się śmiali, że tylko dziewczyny takie jarają, ja się tym jednak nie przejmowałem. Wanilia tymczasem była przesłodka. Jak dziewczę, które z zamglonym wzrokiem spojrzało na mnie. Mrugnęła powiekami, po czym pochyliła głowę.

Stary jakimś cudem dostrzegł to, zdawać by się mogło, ukryte przesłanie. Spojrzał na mnie, po czym zaniósł się śmiechem. Przez chwilę nie mógł się opanować, po czym zakasłał ciężko.

– Nie dla psa kiełbasa – rzucił jakby od niechcenia.

– Dla suczki – odrzekła zaczepnie.

Sam bym tego lepiej nie ujął. Stary żachnął się. Na moment go wcięło, powiódł po jej ciele otępiałym wzrokiem. Zamknął szybko oczy, gdy rozsunęła lekko nogi. Może i był zDEgeNErowany, ale jakieś resztki człowieczeństwa w nim zostały.

Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Stary spalał fajkę szybciej, niż można by przypuszczać. Ona delektowała się smakiem, wypuszczając dym nosem. Obserwowałem ich spokojnie. Ta sama krew, nie dało się tego ukryć. Potrafili być równie zgryźliwi, co czuli. Przy pełnej tolerancji młodej na wybryki starego i jego zrozumienie dla jej dziewczęcych zachcianek.

– Twoje zdrowie – szepnąłem, wznosząc kieliszek.

Łyknął bez słowa. Nawet się nie otrząsnął, choć nalew był nieziemsko mocny.

– Idę spać – mruknął, podnosząc się ciężko. Łypnął na młodą i szepnął: – A ty wracasz wpław do domu.

Zachwiał się lekko. Stare deski molo zaskrzypiały w proteście, gdy ciężkim krokiem ruszył w stronę pobliskiej żaglówki. Usłyszeliśmy jeszcze tylko stek przekleństw, gdy poślizgnąwszy się na mokrej linie, niemal runął przez reling do wody. Jeszcze tylko zgrzytnięcie drewnianych drzwiczek i lekki stukot, gdy potrącona miska spadła z szafki na pokład jednostki, po czym znów otoczyła nas cisza.

* * *

– Kusząca propozycja – rzekła, patrząc przez ramię na majaczącą w oddali wysepkę.

Choć nie można było teraz go dojrzeć, stał tam niewielki domek z bali i okolicznego kamienia, który co roku wynajmowali wyłącznie dla siebie. Razem z całą, liczącą nie więcej niż kilka arów wysepką. Jej piaszczysta plaża schodziła powoli w głąb jeziora, w przeciwieństwie do kamienistego i stromego brzegu, przy którym miałem swoją przystań.

Górnolotna nazwa. Stare, co roku naprawiane molo, kilka płowiejących przyczep campingowych, walący się budynek z czerwonej cegły i stary dodge pickup, kupiony za bezcen od amerykańskiego turysty, który z niewiadomych mi do dziś przyczyn postanowił przytargać go tutaj ze sobą. Trawnik wyskubany przez wychudzoną kozę z młodym u boku. Jedyne żywe stworzenia, które – nim zaczął się sezon – towarzyszyły mi w moim nędznym życiu.

– Czemu nie – odrzekłem, wstając z leżaka.

Odstawiłem butelkę. Sam tego wieczoru ledwie zmoczyłem usta, mając nadzieję, że umoczę coś innego. Stary za to nie miał żadnych obiekcji, by wysuszyć połowę mojego skromnego składziku, który zbierałem od zeszłego roku. Odstawiłem na bok prawie całkiem opróżnioną butelkę z błękitnym napojem. Niczym zwycięska armia stał tam równy rządek podobnych.

Zbliżyłem się do niej, zdejmując po drodze bluzę. Przeciągnęła się jak kotka, po czym wyciągnąwszy rękę w moim kierunku, przejechała nią po włoskach na piersi. Uszczypnęła lekko sutek, a gdy szarpnąłem się, zachichotała lekko. Nic więcej nie mówiąc, również wstała, ściągnęła przez głowę ażurowy sweterek i odpięła jeansowy staniczek, po czym rzuciła ubrania w moim kierunku. Przez chwilę mocowała się ze spodenkami. Nie miała nic pod nimi. Nie wiedziałem, na czym mam się skupić: czy na jej dyndających piersiach czy ciemnym trójkącie przysłoniętym przez wspomniane. Przełknąłem ślinę, po czym usiłowałem zsunąć własne spodnie. Miałem z tym już pewne problemy.

Zaśmiała się chrapliwie, ujrzawszy moją nagość. Sterczącą, gotową na kolejny krok. Odwróciła się i, kołysząc lekko biodrami, ruszyła w kierunku jeziora. Minęła łódkę z chrapiącym już tam donośnie właścicielem, po czym odwróciła się do mnie, opierając o barierkę końcową. Uniosła nogę i oparła ją o szczebel w połowie, jawnie i bez skrępowania oczekując wiadomego. Nikłe światło starej żarówki ledwie ją oświetlało, jednak moje wyobrażenie podpowiadało mi całą resztę tego, co się kryło w mroku.

Zbliżyłem się powoli i wyciągnąłem dłoń, chcąc dotknąć kwiatu, gdy nagle odwróciła się i pchnęła mnie do wody.

Krzyknąłem, po czym wpadłszy do toni, zachłysnąłem się zielonkawą wodą. Zaraz potem do moich uszu dobiegł stłumiony chlupot. Wynurzywszy się, ujrzałem tylko bijące w wodę nogi i oddalającą się sylwetkę młodej. Czym prędzej podążyłem za nią. Do wysepki mieliśmy około kilometra, co w normalnych warunkach pokonałbym w niecałe pół godziny, nocą jednak, nie mając zbyt wielu punktów odniesienia, można było się łatwo zgubić.

Tymczasem młoda pruła przed siebie jakby wiedziona instynktem, ja zaś podążałem tuż za nią, modląc się, byśmy jednak nie zboczyli z kursu. Płynąłbym za nią nawet i na drugi koniec jeziora, wolałem jednak uniknąć takiej sytuacji.

Gdy jakiś czas potem poczułem podnoszące się powoli dno, szczęśliwy dałem się ponieść falom. Wieczorny przypływ pchał mnie w kierunku brzegu, na którym już siedziała ona, jakby znudzona czekaniem.

– No nareszcie – burknęła. – Ileż można czekać!

– Czekanie wzmaga apetyt – mruknąłem filozoficznie.

Tak po prawdzie to byłem zmęczony jak koń po wyścigu. Wszystko mi oklapło, łącznie z członkiem. Nawet jej rozsiewana wokół woń naturalnych feromonów, nie miała wpływu na wycieńczony organizm.

– Ej! Ja się tu staram.

– Postaraj się na razie sama – odburknąłem, łapiąc oddech.

Wzruszyła ramionami. Przesunęła dłonią po udach, po czym wykonała niewielki ruch okrężny tuż nad zaciśniętą szczelinką. Wpatrzyłem się w nią jak zahipnotyzowany. Światło księżyca oświetlało każdy szczegół jej ciała, a ja delektowałem się tym widokiem, aż poczułem, jak między moimi udami ponownie coś rośnie.

Przyskoczyłem do niej. Otworzyła się bez słowa, pozwalając, bym bez zbędnych ceregieli zajął odpowiednią pozycję. Jeszcze tylko nasze spojrzenia spotkały się na chwilę, po czym przymknęła powieki, gotowa na ciąg dalszy.

* * *

– Żeby tylko się zabezpieczyli – mruknął stary, obserwując zarys brzegowy wyspy.

Siedział tak już od kilku minut, przysłuchując się dźwiękom dobiegającym z oddali. Pojękiwania młodej niosły się wraz z lekkim szkwałem, nadchodzącym od zachodu. Zaciągnął się, po czym pstryknął niedopałek w wodę. Wrócił na łajbę, niosąc kolejną buteleczkę z niebieskim napojem. Musiał przyznać, że wyborna to była nalewka, choć faktycznie paliła nieziemsko. Zastanawiał się czy gdyby przyłożył doń ogień, faktycznie by się zapaliła.

– DENEturat. Dobre – mruknął rozbawiony, po czym przechylił butelkę, wlewając piekący płyn prosto do gardła.

Nadstawił ucha. Przeciągły jęk przybrał na sile, dołączył do niego basowy pomruk, po czym obydwa urwały się, jak ręką odjął.

– Szybki ten kogucik – mruknął rozbawiony – ale noc jeszcze młoda. Jeszcze zdąży kilka razy pożałować swoich zachcianek. Tymczasem…

Zasępił się, gmerając rękoma pod koją. Wreszcie zadowolony wyciągnął stamtąd kolorowe czasopismo, otworzył nieco klejące się strony na rozkładówce, zapalił małą lampkę i przyjrzał uważnie fotografii.

– Moja droga, czas na balety – zagadnął do pozującej kobiety.

Jej wielkie piersi wylewały się niemalże na śnieżnobiałą pościel. Odwrócona tyłem do fotografa, ukazywała rozpalone wnętrze między udami. Jej ciemna karnacja silnie kontrastowała z jasną narzutą. Jeszcze bardziej rzucała się w oczy różowość, ciągnąca się daleko w głąb.

– No, chłopie – mruknął jakby do fotografa – jeszcze trochę i byś jej migdałki uwiecznił.

Postawił czasopismo na stole, tak by mała lampka dokładnie oświetlała pożądany fragment strony, po czym rozpiąwszy spodnie, zsunął je do kostek. Wkrótce znalazły się tam i bawełniane majtki. Siadł wygodnie na koi, mlasnął w zadowoleniu językiem, po czym przesunął dłonią delikatnie po sterczącej już maczudze. Zsunął skórę i ścisnął prącie. Jęknął cicho, po czym rozpoczął miarowy marsz ku spełnieniu.

* * *

Słońce zaledwie wychyliło się nad jeziorem, oświetlając pobojowisko na plaży. Delikatne, gibkie ciało spoczywało w pobliżu zarośli, przykryte naniesionymi w nocy przez fale glonami. Ułożona na boku młoda lekko pochrapywała. Jej zaspokojone po kilku aktach ciało potrzebowało najwyraźniej twardego snu, by się zregenerować.

Leżałem dokładnie po przeciwnej stronie, zanurzony w połowie w chłodnej wodzie. Cały podrapany, obity, wycieńczony, budziłem się co chwila wstrząsany drgawkami. Wyssany do cna, wyczerpany ciągnącymi się przez pół nocy nieustającymi pragnieniami młodej, byłem jak ten pień leżący nieopodal… Nieczuły już na cokolwiek.

Przelatujący mi nad głową ptak zmusił, bym spojrzał w kierunku stałego lądu. Zaskoczony ujrzałem starego, opartego o barierkę. Znów palił. Dojrzał mnie i pomachał ręką, po czym wykonał gest nawołujący. Przechyliłem w przerażeniu głowę. Przecież ja tam dziś, kurwa, nie dotrę! Ni ma bola!

Stary zaśmiał się bezgłośnie, po czym ponowił ruch zapraszający. Podniósł do góry butelkę i przechylił ja do góry dnem. Prostszego przekazu nie było.

Obydwoje zrobili mnie w balona. Stary udawał, że się upił – tylko po to, by się mnie pozbyć i dobrać do resztek moich zapasów. Było się chwalić wędzonymi kiełbasami, szynkami, leżącymi rok cały w morskiej soli, a następnie wędzonymi w piecu rakietowym, własnoręcznie zbudowanym? Szynka nie miała sobie równych, nawet sławna parmeńska się do niej nie umywała. Stary pewnie wpieprzył wszystko, zaśmiewając się do rozpuku. I przy okazji wychlał miód, wina z owoców leśnych i sosnówkę, ostatnią ostałą mi po latach. No i oczywiście DENEturat, którego spore ilości najwyraźniej dla niego nie stanowiły najmniejszego problemu.

Położyłem się z powrotem, opierając ciężką głowę o piach. Lekki rumor kazał mi spojrzeć w bok. Młoda zbliżała się do mnie na czworakach.

– Och, nie – jęknąłem.

Świadomość, że znów zechce mieć mnie w sobie, lub co gorsza zacznie ujeżdżać w szalonym tempie, krzycząc: „Wio! Wio, koniku! Andere, andere! Arriva!”, sprawiała, że aż zatrząsłem się ze strachu. Usiłowałem dać jej jakoś do zrozumienia, że już nie mogę, stary patrzy, kurwa, cokolwiek! Że dzień dopiero wstał i może byśmy chwilę odsapnęli. Jestem głodny, zmęczony, niewyspany i cały pokiereszowany. Potrzebuję chwili oddechu. Wytchnienia, bym mógł dalej normalnie funkcjonować. Potrzebuję czasu, by dojść do siebie, nabrać nowych sił, by zregenerowały się moje zasoby, a magazyny na nowo napełniły sokami. By moje serce przestało bić jak oszalałe, ręce przestały drżeć, oddech się wyrównał i może znów zapragnął na ustach poczuć smak jej pożądania. Czy naprawdę prosiłem o zbyt wiele?

Chyba nie usłyszała moich przerażonych myśli. Jej soczyste, najwyraźniej wciąż niezaspokojone ciało, potrzebowało ciągłych bodźców, by móc spokojnie funkcjonować w ciągu dnia. Była niczym wampir, wysysający ofiary w ciągu nocy, żywiący się ich przerażeniem i nikłą chucią. Oferowała pożądaną młodość. Brała wszystko. Zostawiała zezwłok. A gdy dojrzała jeszcze iskierkę życia, odbierała ją zachłannie.

– To jego wina!

.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Jest cień nadziei, że Autor będzie żył nadal.
Pozdrawiam.

Nawet jeśli będzie musiał wykupić sobie łaskę, to już jakieś pocieszenie 😀

Całkiem przekonujący obraz nocnych szuwarów. Gdy czytałem to niemal zapach się odpowiedni wkoło mnie unosił i niestety bzyczały komary, ale dla piszącego to akurat dobra wiadomość.
Uśmiałem się ze „Wszystko mi oklapło, łącznie z członkiem.” Jak wszystko to wszystko, łącznie ze wszystkim. Właściwie to co mogło jeszcze oklapnąć? Grzywka, mina na twarzy, chęci… Bo po kilometrze w nocnym jeziorze, to różnie może być…

Dla podkreślenia wagi słów, musiałem dodać, że członek do wszystkiego należał 😀
Komary? To nie u mnie! Może co innego bzyczało? 😮 😀

Dobry wieczór!

Opowiadanie sympatyczne i krotochwilne. Nie ma w nim zbyt wiele wprost wyrażonej erotyki, ale jest za to spora porcja zdrowego śmiechu 🙂 Przypomina mi to dawne e-fraszki Autora.

Pozdrawiam
M.A.

pfff… chyba zbyt słodka jak na e-fraszkę? Nie ma zbyt wiele erotyki… cóż… wyobraźnia proszę pana! O! I już widzę ten uśmiech na twarzy 😀

Byłam tam! 🙂 W tym roku! Światło się świeciło I chyba z latarką go po tej wyspie ganiała 🙂 Tylko tych przyczep na urwistym brzegu nie mogę sobie przypomnieć… Piękny wakacyjny klimat:) I te glony na goliźnie… Wesoła rodzinka degeneratów 😉

Po tylu opróżnionych DENEturatach, kórych świadectwo znalazłem z pod molo, aż dziw, że w ogóle stałaś na nogach… 😀

Wakacyjne perypetie rodzinki DEgeNEratów. 🙂

mikrofragment – całość pewnie wyglądałaby jak piekło Bosha 😛

Piekło to może dla wycieńczonego bohatera. Niezmordowana kobieta bardziej pasuje do Ogrodu ziemskich rozkoszy. Zresztą jak i tatko z tym niebieskim trunkiem. 🙂

Greg jest człowiekiem wielu talentów. Jednym z nich jest umiejętność rozniecania twórczego ognia z małej, niewinnej iskierki. Wystarczy krótka wymiana zdań, jakieś hasło, obrazek czy dwuznaczne skojarzenie, aby w głowie Autora zrodziło się pełnowymiarowe opowiadanie. Tak powstały między innymi „Dzidzia” – jeden z moich ulubionych tekstów Autora – „Kangur” czy właśnie powyższe dzieło…

Gregu – zazdroszczę! I czekam na więcej takich iskierek 🙂

No. Aż strach pomyśleć, co by było gdybym wsiadł do autobusu… 😛
No i jaki tam ogień – płomyczek – szybko zapłonął, szybko zgasł 😀

Moja zDEgeNErowana wyobraźnia tudzież zDEgeNErowany rozumek narzucają bardzo określone skojarzenie…
Znakomicie odmalowany obrazek rodzajowy z odpychająco-uroczymi bohaterami, z których każdy jest godzien szacunku:
– pan starszy – za odporną wątrobę i życiowość
– panienka – za charakterek i temperament
– właściciel bałaganu – za jurność> Jej zaspokojone po KILKU aktach ciało… No, no 😉
Chyba że to zasługa zawartości zasobnej piwniczki. 😉
Cudne!

Ech te złe kobiety wysysające z mężczyzn ostanie soki! ;D

Napisz komentarz