Szesnaście minut Magellana (JiNn) 4.81/5 (9)

16 minut

Źródło: Rantapallo.fi

Pamiętam dobrze swój pierwszy raz. Zaskoczył mnie zupełnie. Nic, absolutnie nic go nie zapowiadało. Zdarzenia toczyły się swoim zwykłym torem, jak codziennie do tego właśnie momentu.

Karolina od godziny odrabiała zadanie, ślęcząc przy biurku w kącie pokoju. Gryzła się z długopisem, walcząc o utrzymanie koncentracji. Miała na sobie białe majtki i śnieżnobiałą koszulę z mankietami. Jej zwykły strój o tej porze. Uczyła się przez jakiś czas, a później gasiła światło, i tyle. Codziennie to samo. Tego dnia jednak światło nie zgasło. Raz po raz zmieniała pozycję, wydawała mi się rozkojarzona. Siedziała na krześle z podwiniętą nogą, po turecku albo klęczała. Najbardziej podobała mi się, kiedy opierała łydki o blat biurka. W końcu wstała, przeciągnęła się leniwie i zbliżyła do lustra. Wpatrywała się przez chwilę w swoje odbicie.Już wtedy wiedziałem, że jest inaczej. Przeczuwałem, że coś się wydarzy. Podszedł do niej niespodziewanie. Wyszedł z cienia, spoza krawędzi istnienia. Drgnąłem, zaskoczony, a świat rozkołysał mi się w oku. Widywałem go u niej wcześniej, co najmniej kilka razy. Zwykle przychodził w towarzystwie, choć ostatnio bywał sam. Uczyli się razem, rozmawiali. Miał niezłą budowę ciała, szerokie ramiona, umięśnioną klatkę piersiową i wyćwiczony biceps. Nie odwracając się od lustra, ułożyła na sobie jego ramiona. Zamknęła oczy, a dłonie odfrunęły znienacka, lądując na jego kruczych włosach. Przywarł ustami do jej szyi. Przechyliła głowę i zadrżała. Szepnęła coś.Jego dłonie ruszyły ku górze. Palce potykały się o perłowe guziki, zręcznie je przemieszczając. Jeden po drugim, cierpliwie, skutecznie. Gdy wyczerpał już cały ich zasób, namalował nieskrępowaną linię, kciukiem. Od szczytu warg do pępka. Roleta poruszyła się. Nie odrywając wzroku od jej twarzy, ujrzałem nagość. Jej nagość. Wyraźniej, niż mogłem sobie o tym wcześniej zamarzyć. Ich wargi się zetknęły. Łapczywie, porywczo, w cudownym pośpiechu, jakby płomiennym pocałunkiem chcieli ugasić języki trawiącego wstydu. Ogień studzić ogniem. Schował ją całą w swoich powiększających się nieskończenie dłoniach, a ona wiła się lekko i skręcała w uścisku. W końcu zawirowała w moich oczach, upolowana gdzieś tam, przez niewielką szparę w zepsutej rolecie blokowego okna.

Taki był mój pierwszy raz. Wszystko wydarzyło się nagle i trwało chwilę. Zrozumiałem wtedy, że nagość kobiety to nie jej skóra, nie jej włosy ani kształty, obwody, kontury. Nie jest to całkowity brak odzienia ani nawet częściowy, gdy kusząco zasłania i odsłania równocześnie.
Jej nagość to ten wzrok, pełen obłędu, gdy poprowadzona za rękę sięga stopami krawędzi tuż nad swoją przepaścią. Tornado oddechu, żądza, której ani udawać, ani ukryć nie może. Utrata kontroli, władzy nad ciałem i wolą. Odmiana w drgającą strunę niepokoju. Tym jest właśnie jej nagość.
On zsunął z niej w końcu całą bieliznę i robili różne rzeczy. Nie mogłem oderwać oka od jej twarzy.

 

***

 

Zawsze lubiłem patrzeć. Mój wzrok był dla mnie jak dwie pary rąk, cztery dłonie i mnóstwo palców. Pieściłem się nim bez opamiętania. Folgując sobie śmiało najpierw w zbiorach kolorowych pism, filmów i wszystkiego innego, co mogło wpaść w ręce młodego chłystka, a później w rzeczywistości, której ładunek był niewspółmiernie intensywniejszy.

Tak, zdecydowanie, przełom nastąpił właśnie wtedy, gdy ojciec kupił teleskop “Magellan”. Fachowo mi objaśnił, gdzie się reguluje ostrość, gdzie powiększenie i w jaki sposób można przykręcić statyw. Pouczył też, że przy dużym zbliżeniu obraz bardzo drży, więc najlepiej go nie stosować. Nie mogłem się wtedy doczekać nocy. Jako że mieszkałem w mieście, gdzie roiło się od długich bloków, po zapadnięciu zmroku cały horyzont wypełniał mi gęsty wielorzęd bogato rozświetlonych okien. W każdym z nich toczyły się barwne przedstawienia, kwitły inne życia, rozświetlały się obiecujące światy. Pod pretekstem astronomicznych obserwacji szybko stałem się niepodzielnym właścicielem teleskopu, a nieznane mi dotąd krainy zbliżały się do mnie z każdym zwiększeniem powiększenia. Ojciec, widząc moje zaangażowanie, kupił mi nawet podręcznik o gwiazdach i ciałach niebieskich. Gdyby tylko wiedział, że moimi gwiazdami były mijane przez niego sąsiadki… Gdyby tylko domyślał się, że ich ciała oceniałem z dużo lepszej perspektywy niż on sam, mijający je w drodze do pracy czy osiedlowego sklepiku… Chłonąłem ich życia, uczestnicząc w wieczornych codziennościach, aż po wygaszenie światła. Cześć kobiet miała zasłony, rolety lub gęsto szyte firany. Należało tylko trochę poczekać, czasem coś się źle ułożyło lub nie zadziałało i mała szpara wystarczyła. Odpowiednie powiększenie teleskopu dawało mi wystarczający wgląd. Moje drugie oko, odmiennie lepsze spojrzenie, za dnia lub z innej nocy, czasem z pamięci, bez trudu domalowywało brakującą resztę. Inne z kolei zewnętrzny świat miały za nic. Żyły, jakby przezroczyste szyby ich okien były wiernymi zwierciadłami niepamięci. Jak gdyby odbijały wszystko, co zobaczą, topiąc to w oceanach rozbłysków i odbić świateł, na wieki, na zawsze. Malowały mi one na szybach swoje emocje. Skrajną złość, ekscytację i drżenie w lęku. Nierzadko obnażając się po same źrenice. Trzymały mnie wtedy w najwyższym skupieniu, spijającego cierpliwie i uważnie każdy gest z ich nagich twarzy. Drżącego i snującego daleko idące wewnętrzne fantazje.

 

***

 

Pewnego dnia zmieniłem pracę. Niestety musiałem się przeprowadzić. Porzuciłem swoje nieświadome kochanki, żony, przyjaciółki. Skazałem je na przeżywanie życia bez mojej atencji. Zabrałem oczywiście teleskop. Nie miałem złudzeń, że przeprowadzka pogorszy moje perspektywy, zmieni kąt widzenia. Tak się też stało. Dzielnica, do której się wprowadziłem, była zgoła inna. Wymyślna architektonicznie. Rozświetlonych światów w zasięgu widziałem bardzo niewiele. Do tego doszła nieznana mi wcześniej automatyka inteligentnych domów. Zarozumiałe rolety nigdy się nie myliły i nigdy o sobie nie zapominały. Opuszczały się i podnosiły ściśle według planu. Zapracowane sąsiedztwo; w świetle dnia mogłem jedynie podziwiać meble nagich mieszkań. Zostałem sam. Próbowałem znaleźć pocieszenie w internecie. Przejrzałem setki filmów, tysiące ujęć. Większość była odpychająco wulgarna, przerażająco sztuczna, udawana. To, co kiedyś mnie przyciągało, teraz odpychało ze zdwojoną siłą. Stałem się bardzo wybredny. Wszystko dokładnie sortowałem i odfiltrowywałem. Czasem krótki klip wybierałem przez kilka godzin, upewniając się, czy jest autentyczny i nie wyreżyserowany. Sprawdzałem twórcę, jego oceny, wiarygodność, a i tak to, czego poszukiwałem, znajdowałem zaledwie w promilach. Nieszczęśni operatorzy kamer skupiali się głównie na fizjonomii organów płciowych, w niewielkim stopniu koncentrując się na obrazach, które mogły ubogacić coraz bardziej wyblakłe wspomnienia. Zrobiłem się nerwowy. Miałem problemy ze skupieniem, ze snem. Zacząłem obserwować gwiazdy, tym razem w makroskali, tak jak chciał mój ojciec. Wszechświat jednak w całym swoim ogromie nie był wstanie zaspokoić mojego wysmakowanego apetytu. W końcu zacząłem spędzać wolny czas z dala od mieszkania. Coraz częściej wychodziłem. Odwiedzałem restauracje, kluby. Przyglądałem się spotykanym tam kobietom i gorzko się rozczarowywałem. Na zewnątrz były zupełnie inne. Podobne do tych z internetowych klipów. W większości grały swoje role, reżyserując każdy pojedynczy krok, ruch, drgnienie, byleby dobrze wypaść, być widzianą wedle własnego uznania. Było to groteskowe. Zrobiłem się niesamowicie uczulony na sztuczność. Budziła we mnie niesmak, obrzydzenie. Obcowanie z nią na dłuższą metę kończyło się dla mnie falą niekontrolowanych nudności. Próbowałem też wyjść z moim teleskopem na zewnątrz. W okolicę osiedli i wielkich bloków. Osiedla jednak nie śpią. Kręcą się tam ludzie przez całe noce. Wyprowadzają psy, koty, wracają z polewanych przyjęć lub szeryfują, pilnując trawników, nieufnie traktując obcych.

Pewnego razu starszy mężczyzna z jamnikiem zwrócił mi uwagę, że mam za nisko ustawiony tubus. Odpowiedziałem, że właśnie współosiuję elementy optyczne. On jednak czekał cierpliwie, aż skończę, i musiałem przerwać obserwację, kierując się ostatecznie na jakiś pył okołoplanetarny, który guzik mnie obchodził. Resztę mojego czasu zmarnował opowieściami spoza układu słonecznego. Innym razem podeszła do mnie kobieta. Młoda, zgrabna, z owczarkiem na smyczy. Stała przez chwilę w pobliżu, wreszcie odgarnęła długie włosy i zagadnęła.

– Co pan obserwuje?

Popatrzyłem na nią nieprzytomnie, wyrwany nagle z innego świata. Pytająca była całkiem naturalna, nawet uśmiechała się bez pozowanej sztuczności.

Wyjątkowa?

Po chwili jednak, gdy zacząłem jej się szczegółowo przyglądać, stropiła się.

– Wenus – odpowiedziałem po chwili krępującego milczenia.

– Mogę spojrzeć? – Spytała. – Znam się trochę na tym.

Całkiem niebrzydko marszczyła brwi, jak na wciąż udawane zainteresowanie. Obserwowana przez teleskop kobieta była wyższych kształtów. Czaiłem się tu od kilku dni, czekając, aż zaprosi w swe linie kochanka, byłem jednak gotów przerwać obserwację. Mogłem ruszyć teleskopem, obrócić go. Udać, że coś reguluję, naprawiam. Coś mnie jednak urzekło w tej kobiecie z owczarkiem. Coś, co pojąłem w lot, ale nie umiałem nazwać, zdefiniować.

– Proszę – odpowiedziałem i zrobiłem krok w tył.

To był wymarzony moment, by zaingerować, coś w niej poprawić. Niewiele, bo niewiele było trzeba. Przyglądałem się jej w skupieniu, czekając na jedną z najbardziej naturalnych, niewymuszonych i nieudawanych reakcji. Najpierw powinno przyjść zaskoczenie, później odrobina tego, co podyktuje jej emitowany właśnie obraz, jeszcze później oburzenie, gniew i może strach. Wszystko soczyście naturalne.
Zlekceważyłem potencjalne konsekwencje. Kobieta przyłożyła oko do okularu. Po chwili odsunęła się, odgarniając na bok niesforne włosy, i przywarła do niego na powrót. Przez chwilę patrzyła w skupieniu a mi serce biło jak oszalałe.

– Fajne cycki – powiedziała po chwili.

Nie było sztuczności, udawania, reżyserowania. Jej pies plątał mi się pod nogami, a ona uniosła swoje cudownie roześmiane oczy i z naturalną gracją wlepiła je we mnie. Nie było w niej cienia zażenowania, nie było wstydu, gniewu, potępienia. Była otwartość, radość i akceptacja.

Wyjątek!

Poczułem się zagrożony. Nie mogłem oderwać od niej wzroku, przesunąć lunety w inne miejsce, bo nie było lunety, tylko nagie spojrzenie. Nawet gdybym chciał, nie mogłem odejść.
Poczułem się zagrożony, przede wszystkim dlatego, że nie chciałem.

***

Kilka dni później przechadzała się po moim mieszkaniu. Letnia, wypełniona kwiatami, w jasnej sukience odrobinę za kolana. Wirowała w swym niezwykłym tańcu, wypełniając sobą zazwyczaj pustą przestrzeń między ścianami salonu. Stałem oparty o biurko i obserwowałem. Bez odrobiny zażenowania zwiedzała moje kąty. Szybko wyczuła, czym mogłaby mnie do siebie zrazić. Stała się wcieleniem swobody i naturalności, a jednocześnie z pociągającą ciekawością, ekscytowała się darowaną sobie wolnością na nieznanym terytorium mojego mieszkania.

Dla mnie była niczym dobra książka. Czytałem ją z przyjemnością, zaciekawiony przerzucałem jedną stronicę po drugiej. Niczego nie udawała. Co chwilę inna, najwyraźniej dobrze się bawiła. Niczym wytrawna tancerka na deskach scenicznych, w nieskończenie zaimprowizowanej scenie baletu o radości, tańcząc nagimi stopami po tureckim dywanie.

Umówiliśmy się wcześniej, że zabiorę ją do siebie, że będzie mogła zrobić, co zechce, a ja nie będę jej w tym przeszkadzał. Mój warunek? Będę patrzył.Oczywiście!

Podobała jej się minimalistyczna aranżacja mieszkania. Tylko niezbędne elementy, materac, biurko, szafa, lodówka, komputer. Mimo to zajrzała w każdy kąt, mnóstwo czasu spędziła przy szafie. Z pieczołowitą starannością pieściła się z moją marynarką, koszulami, bielizną, głaszcząc z wdziękiem materiały, z których były wykonane. Długo wpatrywała się w wielkie okna, dla których wybrałem to mieszkanie. Miały dawać szerokie spektrum ustawień teleskopu. Najwyraźniej doceniła ten wybór. Siadała w różnych miejscach, spacerując z zamkniętymi oczyma. Kładła się na wznak, nawet leżała przez chwilę w pustej wannie. Muskała palcami wszystkie włączniki świateł, kontakty i zawory wodne. Zajrzała również do lodówki i pralki, odwiedziła spiżarnię, dotykała słoików i grubych, wymyślnych kształtem szkieł butelek z kilkuletnimi winami. Poprzecinała paznokciami banderole. Nic nie uszło mojej uwadze. W końcu stanęła przede mną na środku pokoju, plecami do największego okna, które rozciągało się od podłogi po sam sufit, a przodem do równie ogromnego zwierciadła. Uśmiechała się przez dłuższą chwilę w milczeniu. Wyglądała na sytą, ale nie zaspokojoną. W jej wzroku rozpoznałem wysmakowaną żądzę, której magnetyzm wyczuwałem już wcześniej, spotykany tylko u tych bardziej wyrafinowanych kobiet. Ich łaknienia korzeniły się zwykle głębiej, niż sięgały standardy partnerów. Oczy głodowały, zroszone smutkiem, stygły, będąc zaledwie letnie, na swoich skalach możliwości. Podczas gdy ciała obok leżały już całkowicie wyczerpane z paliwa emocji. Chłodne jak marmur. Ją właśnie przepełniał ów magnetyzm. Stała przede mną odważna i pewna swego. Chłonąłem ostrożnie utkany między nami nastrój. Przestrzeń wypełniła się czymś na podobieństwo smaku, może delikatnej czekolady z miętą. Na czubku języka nieomal czułem jej wyraz, subtelny, wyszukany.

– Mogę się rozebrać? – Spytała, patrząc mi w oczy. Jej głos nie miał w sobie emocji, jak gdyby pytała, czy może usiąść na krześle.

Nie musiałem odpowiadać. Czytała bezbłędnie. Nie odrywając ode mnie spojrzenia, z cudownym szelestem pozbyła się letniej sukienki. Jak gdyby opuszczała po sobie chłód powietrza. W jednej chwili objąłem ją całą swoim zdumieniem. Materiał, który przylegał chwilę wcześniej do nagiego ciała, spowił jej stopy.

– Niezłe cycki – powiedziałem.

– Wiem – odparła z nieskrywaną satysfakcją i zaśmiała się, tym razem na głos, cudownie.

Spojrzałem na szybę. Odbijała się w niej cała. Ktoś z pewnością miał dzisiaj niezłą ucztę. Przez chwilę przyszło mi do głowy, by wziąć teleskop i powędrować na pagórek. Byłby z niego dobry widok na moje własne okno. Co za myśl! Moja obecność tutaj stanowiła treść przedstawienia, w którym oboje braliśmy udział. Gdybym mógł w jakikolwiek sposób zajrzeć z zewnątrz, bez opuszczenia wnętrza… Tak się jednak nie dało. Poruszyłem się niespokojnie, odczuwając bolesne ukłucie dyskomfortu. Nie znosiłem tego. Stałem jednak dalej, wsparty o blat biurka, częściowo oślepiony jej swobodą, nie przyzwyczajony do tak krótkiego dystansu, nie zapoznany z rytmem obcego oddechu w takiej odległości od siebie. Otumaniony niezrozumiałym brakiem wstydu. Chwyciła za stojące nieopodal krzesło i usiadła na wspak, oplatając udami oparcie. Ani na chwilę nie oderwałem oczu od jej twarzy. Coś z nią było nie tak. Gdzie on się podział? Gdzie wypieki, obcinanie zerknięć. Nigdy się z czymś takim nie spotkałem. Świadoma mojej uwagi, bawiła się nią, rozchylając usta. Nadal naturalnie, bez udawania. Nie posunęła się jednak dalej. Czekała na mój ruch.

Ja natomiast żałowałem, że nie było z nami kogoś, kto otwarłby ją dla mnie szerzej. Kogoś, kto zaczerpnąłby głęboko i wydobył z niej, co najlepsze. Kogoś, kto konsumowałby ją dla mnie długo, przez całą noc. Taką płonącą w mojej obecności, by mogła jeszcze bardziej się obnażyć, zrzucić z siebie to coś, z czego istnienia nawet nie zdawała sobie sprawy. Miała podobny plan, tyle że ze mną w roli głównej. Prawdopodobnie czekała, aż rzucę się na nią, przysiądę od tyłu i połamiemy krzesło, albo że zedrę ją z tego mebla, cisnę na dywan i wetrę się mocno w uda. Na samą myśl, że moglibyśmy się zetknąć, zrobiło mi się gorąco. Przez chwilę walczyłem ze sobą. Czego mógłbym doświadczyć? Co nowego zobaczyć? Nie zdobyłem się jednak na najmniejszy gest, najsłabszy szept w dotyku. Patrzyłem ze smutkiem, jak stygnie, przez długie minuty, bez słowa.

Pozwoliłem się jej ubrać i wyparować.

Przychodziłem jeszcze na to osiedle kilka razy, systematycznie badając mieszkanie po mieszkaniu. Marzyłem, że znajdę jej światło, że popłynę w tym blasku i będę się w nim ze smakiem nurzał. Ona zaś będzie zaspakajać mężczyznę, niezdarnie i na oślep, wspinając się na szczyty swojej nieskończonej drabiny potrzeb, której on nawet nie zauważy. Nigdy więcej się nie spotkaliśmy. W końcu trafiłem na piwne towarzystwo osiedla. Dostałem w twarz i żołądek. Rozbili mi teleskop i nigdy więcej tam nie wróciłem.

***

Internet.
Tym razem z racji zawodu postanowiłem przyłożyć się do sprawy po inżyniersku. Nie wykorzystywałem dotąd swoich umiejętności, by zaspakajać tego rodzaju potrzeby. Uważałem je za zbyt skomplikowane, by móc wesprzeć się naukami ścisłymi. Kiedy jednak gruchnęła wieść o insecamie, uznałem, że to strzał w dziesiątkę. W epoce bezzałogowych, atomowych łodzi podwodnych postanowiłem opłynąć świat żaglowcem niczym Magellan, z pradawną lunetą na bocianim gnieździe. Postanowiłem zdjąć… a właściwie założyć białe rękawiczki. Przystąpiłem do samodzielnego zgłębiania tematu. Zakupiłem obszerną literaturę fachową i rozpocząłem testy na własnym sprzęcie. W niedługim czasie odniosłem pewien sukces. Zająłem się więc zgłębianiem tematu. Poprzez fora dyskusyjne, wraz z kilkoma innymi osobami, które szukały tego co ja, udało nam się wypracować model działający na większości dostępnych sterowników z uwzględnieniem wszystkich popularnych systemów operacyjnych i producentów hardware. Wciąż jednak brakowało nam odpowiedniej skali dystrybucji. Próbowałem nawiązać kontakt z różnymi szemranymi środowiskami, w których działały grupy dysponujące odpowiednią skalą, jednak bez rezultatu. Środowiska te były zbyt hermetyczne i z wiadomych względów nadzwyczaj ostrożne. Wszelkie próby kontaktu spełzły na niczym. W końcu jednemu z zaprzyjaźnionych entuzjastów tematu, udało się przebić w undergroundowy market. Udało nam się dotrzeć do granicy anonimowego państwa, gdzie przez pośrednika można było zakupić realną dystrybucję własnych skryptów. Kwota nie była mała, na szczęście zapotrzebowanie na rynku ogromne. Chcąc nie chcąc podzieliliśmy się pomysłem z szerszym gronem zainteresowanych osób, i to na całym świecie. Wpłynęło to oczywiście na tajność przedsięwzięcia, lecz pomogło w zgromadzeniu niezbędnych środków. Zgodnie z gwarancjami, jakich udzielili nam dystrybuujący, efekt miał być natychmiastowy. Zakupiony trojan rozniósł się w dwie doby i zainfekował miliony komputerów na całym świecie. Jako jeden z pierwszych, korzystając z wyemitowanego backdooru uruchomiłem serwer zbierający dane. Z bijącym sercem wpisałem komendę wyszukującą. Natychmiast pokazały się setki komputerów. Dwie następne komendy otwarły mi dostęp do kamery i mikrofonu w laptopie pierwszej, niczego nie świadomej osoby.

Zamarłem.

Był to mężczyzna. W średnim wieku. Pisał coś na klawiaturze, wpatrując się trochę poniżej obiektywu wbudowanej w laptop kamery. Za nim stała ciemnowłosa kobieta. Pochylała się nad ekranem i robiła jakieś uwagi w nieznanym mi języku. Mężczyzna zgadzał się z nią, kiwał głową i wciąż coś pisał.
Heterogeniczny skrypt mojego autorstwa, polegający na masowym przeprogramowywaniu mikrokontrolerów, działał znakomicie. Uruchomiona kamerka w zarażonym komputerze nie sygnalizowała swojej pracy. Nie zapalała się dioda i obserwowany nie miał pojęcia, że jego kamera pracuje. W jednej chwili znalazłem się w setkach domów, zachowując całkowitą anonimowość zaistnienia.

Przełączyłem strumień. Płynęły we mnie tej nocy obrazy z najróżniejszych miejsc na Ziemi. Wystarczyło kliknięcie, by zmienić kontynent. Ruch rolką, by przełączać kraje i miasta. Wszystko w totalnym chaosie, w bałaganie tysiąca twarzy, które pojawiały się, jedna po drugiej, na moim ekranie, w nieskończenie multiplikujących się oknach. W pierwszej kolejności należało zająć się uporządkowaniem wrażeń. Korzystając z koncepcji wirtualnych maszyn, zbudowałem odpowiednie mechanizmy programowe, dzięki którym rozpocząłem filtrowanie obserwowanych osób. Płeć, emocje towarzyszące, dźwięki, jakie wydawali, rozpoznawanie twarzy, ruchy, zachowania. Zaawansowane metody wyszukiwań bazodanowych umożliwiły mi uruchomienie wielostrumieniowych nagrań, a później skuteczne wyodrębnianie interesujących mnie wyników. Znów byłem jednym okiem w obcych sobie światach. Polując na niczego nie świadomą nagość, nagość twarzy, w tym teraz doskonałym, osobistym ujęciu.
Moje oprogramowanie nauczyło się rozpoznawać ekscytację, nienawiść i podniecenie. Komputer z coraz większą dokładnością odczytywał dla mnie te emocje i raportował, gdzie, kiedy i z jakiej kamery płynie strumień tych najbardziej oczekiwanych przeze mnie wartości.

Algorytmy wyszukiwania poddałem procesowi samouczenia. Rozwijały się one z biegiem czasu, obserwując i analizując miliony twarzy i zachowań jednocześnie. Proces ten był dostosowywany i modyfikowany względem mojego gustu. Nie musiałem się już nurzać w setkach nie interesujących mnie obrazów. Na moją skrzynkę spływały specjalnie zamarkowane powiadomienia, nieliczne, lecz niezwykle trafne klipy czekały na moją ocenę. Wysyłały ją natychmiast do głównego algorytmu, a ten douczał się coraz bardziej.

W międzyczasie opinia publiczna zauważyła problem. Znane postacie zaczęły zaklejać obiektywy swoich kamer. Szeroko wypowiadano się o bezpieczeństwie i sposobach zapobiegania infekcji. Był to efekt publicznej sprzedaży niektórych klipów, z których nasz podziemny ruch zgromadził istotne środki na kontach współzałożycieli. Staliśmy się zauważalni w podziemnym świecie internetu. Dzięki nowym znajomościom szybko udało nam się rozszerzyć kanały dystrybucji i nasze coraz to bardziej wyrafinowane trojany nieprzerwanie infekowały nowe zastępy konsumenckiego oprogramowania.
Magellan zaczął kształtować trend, swojego rodzaju modę. Moje klipy po obejrzeniu przez pewien czas zapisywały się w osobnym katalogu. Nazwałem go “M” i upubliczniłem. Z początku statystyki wskazywały na większe zainteresowanie wulgarną pornografią. Kontent ten tworzyli nieświadomi właściciele niektórych zainfekowanych komputerów. Po pewnym jednak czasie gusta anonimowych oglądaczy zaczęły się zmieniać. Katalog “M” odnotowywał systematyczny wzrost zainteresowania. Mechanizmy filtracyjno-sortujące, ustawione na wykopywanie najerotyczniejszych z erotycznych, funkcjonowały znakomicie, przyciągając coraz szerszą rzeszę amatorów mojego gustu.

***

Pewnego dnia przyszedł tylko jeden e-mail z powiadomieniem. Było to z samego rana, zostawiłem go więc, by nasycić się, gdy wrócę z pracy. Algorytm był już u szczytu swoich możliwości. Ogromne pokłady danych, które mielił analizując, były w moim ściśle określonym smaku. Pojedyncze przypadki nie miały już większego wpływu na doskonale ukształtowany, wzorowany na mnie gust maszyny. Mojej maszyny.
Cały czas nosiłem w sobie nadzieję, że ujrzę ją jeszcze raz, w tej letniej sukience z owczarkiem na smyczy, lub lepiej, gdzieś tam, pochyloną nad swoim bezwstydnym pożądaniem. W sekrecie czyjegoś mieszkania, ostatecznie dopełnioną i zaspokojoną. Nie byłem jednak pewny, czy mój gust, a zarazem odwzorowany gust mojej maszyny, nie odbił już dalej. Mógł przecież pożeglować w inne porty, ponad ideał, który utkwił w mojej głowie, zamierzchłym okruchem pamięci. Mógł przeidealizować się, wypływając na nieznaną mi jeszcze głębię oceanu pełnego niezrozumiałych dla mnie obrazów. Tym lepiej – myślałem. Rozwój, nieustanny rozwój i doskonalenie. To miałem we krwi.

W pracy nie mogłem się skupić. Mimo że od kilku tygodni przychodziłem coraz bardziej nasycony ruchomymi treściami, zapowiedź obejrzenia tego jedynie wyselekcjonowanego klipu rozpalała moją wyobraźnię.

Podczas przerw natykałem się tu często na kobiety. Moja żelazna zasada, której zawsze się trzymałem, to nie przekraczać granicy. Praca – obowiązek, dom – przyjemność. Traktowałem je więc jak powietrze, przepuszczając przed oczyma, rozmawiając wyłącznie służbowo. Byłem traktowany jak dziwak, który prócz swoich relacji bazodanowych nie ma innego świata. Trochę w tym było prawdy: bez mojej lunety, bez Magellana, czułem się nagi i ślepy. Lubiły to wykorzystywać. Czuły się przy mnie bezpiecznie, więc bez skrępowania siadały obok podczas posiłku, zagadując, przewracając oczyma i bawiąc się w łapanie spojrzenia. Ja byłem wyrafinowanie nieśmiały. Kobieca twarz kojarzyła mi się z ową cudowną agonią w rozkoszy. Wystarczyło, że na chwilę zerknąłem na taką z bliska, a wyobraźnia swoimi zakrzywionymi zwierciadłami namiętności, ukazywała od razu ich oblicza w wyszukanym stanie spełnienia i przerywałem. Praca – obowiązek, dom – przyjemność.

– Jakie plany na dziś wieczór? – Pojawiła się znikąd, czyli jak zwykle. Ładna, krótko obcięta, rozwiedziona. Nie mogłem sobie przypomnieć jej imienia. Za to ona owszem, jak i wszystkie inne, zapamiętała moje doskonale. Już miałem na końcu języka, że będę poprawiał kwerendy, mój stary, zawsze sprawdzający się tekst, jednak coś mi dziś odbiło.

– Będę oglądał film – palnąłem, przypominając sobie, że czeka mnie najciekawsza z uczt.

– Oooo – odpowiedziała z buzią pełną budyniu. – O? – spytała, gdy ogarnęła zawartość ust po dłuższej chwili pracy podbródkiem.

– O kobiecie – rzekłem zgodnie z prawdą.

– To interesujące – oceniła, przyglądając mi się uważnie. – Zaprosisz mnie do siebie? Czy ten film będzie dobry?

– Najlepszy, jaki widziałem – znów odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

Znieruchomiałem.

Zrozumiałem, że dałem się wciągnąć w niebezpieczną grę pytań i na samym początku przegrałem ją z kretesem.

Żmija.

– Wspaniale, to jesteśmy umówieni – odparła szybko i wstała od mojego stolika.

– Szalona – pomyślałem – przecież nie wie, gdzie mieszkam. Zaraz, zaraz… czy ona aby nie pracuje w kadrach?

Wieczór tego dnia dłużył mi się niewygodnym czekaniem, a właściwie nie miałem pojęcia, czy aby na pewno był już wieczór. Zwykle zakładałem, że zaczyna się około 18:00, ale w czerwcu to godzina to dopiero późne popołudnie. Chwyciłem laptopa i zająłem się prawdziwymi kwerendami. Jeśli nie przyjdzie do 21:00, obejrzę bez niej.

Przyszła, a jakże. Uśmiechnięta, wyperfumowana.

– Ale masz wielki telewizor – zauważyła na wstępie, zanim jeszcze zamknąłem za nią drzwi.

– Właściwie to monitor – poprawiłem ją, wysokiej rodzielczości.

– Zasłania całe okno – pociągnęła, niezrażona swoim technicznym faux pas.

– Bo to on jest oknem – odparłem filozoficznie, stając za nią i zastanawiając się, czy dosięgnę włącznika bez konieczności ekwilibrystycznego jej wymijania. Chciałem powiedzieć, by usiadła w fotelu, spytać, czy czegoś by się napiła. Zaraz też chciałem uruchomić film. Ona jednak odwróciła się gwałtownie i zawisła świeżą szminką na moich ustach.

Jakbym dostał gałęzią bzu przez twarz. Było to tak niespodziewane, że chwyciłem się jej by nie stracić równowagi. Zapiszczała z uciechy, czując uścisk na jeansowych pośladkach. Miała wolne ręce, więc w mgnieniu oka rozpięła mi koszulę. Zatoczyliśmy się i upadliśmy na fotel. Przycisnęła kolanami moje nadgarstki i zręcznie wepchnęła język do moich ust. W odruchowej reakcji na zetknięcie się naszych narządów mowy wyprężyłem się na oparciu. Nie uzyskałem jednak właściwego kąta, by móc ją z siebie zrzucić. Opadłem z powrotem na fotel. Wsunęła mi rękę w rozpięte już spodnie. Przez chwilę przesuwała w nich dłonią, walcząc z moimi atakami paniki. Nagle spoważniała.

– Patrz na mnie – szepnęła rozkazująco.

Przestałem wierzgać i posłusznie uniosłem wzrok. Miała złe oczy. Ciemne i zgęstniałe od pożądania. Wylewała się z nich chęć dominacji. Swoją codzienną obojętnością wyhodowałem potwora. Głodował przez te wszystkie dni na moim pokazie niewinności i naiwności. Teraz nastąpiło apogeum, chciał mnie łakomie pożreć. Zburzyć ład i porządek mojego życia. Uświadomić i porzucić samemu sobie. Dlaczego? Być może w lubieżnościach swojej woli lub w złożonych chęciach chromosomowej zemsty. Tętnił wolą bezkompromisowego zepsucia moich wyobrażeń. Wydawałem mu się taki prosty i niewinny.

Organizm do zepsucia.

Naiwna.

Podjęła regularną stymulację. Z trudem wytrzymywałem ból, jaki mi zadawała. W końcu minął i przyszło przeciwne uczucie. Po nim zalała mnie fala wstydu.
Zeszła ze mnie powoli, wyraźnie się ociągając.
Milczałem

– Przepraszam – powiedziała w końcu wycierając dłoń w chusteczkę. – Widzę, że nie byłeś w nastroju.
Siedziałem milcząc i wolno zbierałem myśli. Serce mi pędziło, ledwie nadążałem za tym co się stało. Utraciłem kontrolę. Nienawidziłem tego. Zawstydzała mnie nieustannie, raz po raz zerkając. Najwyraźniej syciła się moim odmiennym stanem. Konsumowała mnie, bezczelnie się uśmiechając.

– To może obejrzyjmy ten film – powiedziała wreszcie i przycisnęła pomarańczowy przełącznik na monitorze.

Nie zareagowałem. Na wielkim ekranie pokazał się obraz w stopklatce.

– Magellan 93841 – przeczytała.

Szumiało mi w uszach. Powoli wracałem do siebie. Przycisnęła przycisk uruchamiający klip. Wideo ruszyło.

***

– Skąd masz ten film? – spytała zaskoczona po obejrzeniu szesnastominutowego odcinka.
Siedziałem oniemiały. Nie było we mnie odrobiny tego, co wydarzyło się chwilę wcześniej. Obraz przeważał, tętnił w mojej głowie, wypełniał mnie, a ja syciłem się nim, liżąc wyobraźnią każdy szczegół kształtu, blask i półcień. To było coś. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Moja towarzyszka najwyraźniej również, bo oboje podczas seansu wpatrywaliśmy się w wielki ekran w milczeniu, jak zahipnotyzowani. Bez pytań, zbędnych komentarzy, dopiero teraz.

– Z internetu – odpowiedziałem, gdy w większej części przełknąłem paraliżujące mnie zdumienie.

– Był okrutny – wyszeptała i jakimś cudem melodia jej szeptu wpasowała się do mojego pokoju. Nie przeszkadzała mi już tak bardzo. Widziałem, jak urzekł ją produkt Magellana. Była pod wrażeniem.

– Masz więcej takich filmów? – Zapytała.

– Mam, ale nie są takie jak ten.

– Kto to w ogóle był i dlaczego ona płakała?

– Nie wiem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, wpatrując się w stopklatkę – to nie jest ważne, skup się na tym, co poczułaś, patrząc.

– Co poczułam? Nie rozumiem.

– To była najbardziej erotyczna scena, jaką kiedykolwiek widziałem w życiu, a ty nie rozumiesz…?
Spojrzała na mnie zaskoczona, a mnie zrobiło się jej żal. Zrobiło mi się żal wszystkich kobiet i mężczyzn. Tych niczego nie świadomych, którzy grali na scenie mojego teatru i nie mogli na siebie popatrzeć. Zrobiło mi się żal wszystkich, nawet tych idących za moimi radami, którzy poprawiali statystyki słynnego już katalogu “M”. Ocierając się o doskonałość, nie rozumieli na co dokładnie patrzą, co odbierają zmysłem swojej zubożałej wyobraźni, odczuwając jedynie niezdefiniowany pociąg do niezrozumiałego. Mój żal objął także tych wiecznie nienasyconych, szukających tak, by nie znaleźć i nigdy nie doświadczyć. Tych parających się szybkim lub powolnym dotykiem, nie dbających o kolory i szczerości świateł. Tych miotanych orgazmami własnych honorów, uwiedzionych eleganckimi kształtami popularności. Pornograficznych buców, oblepionych sztucznością i emanujących eskalacją swoich żałośnie prostych potrzeb. Odkryłem inny smak, wyższy poziom, nowe zjawisko. Rozpędzony w najlepszej erotyce, stanąłem we właściwym miejscu, zrobiłem nagły zwrot i zajrzałem za krawędź nieskończonej odchłani. Przekroczyłem granicę wszelkiej nagości. Nigdy nic nie wydawało mi się bardziej obnażone niż łzy tej płaczącej kobiety. Nie był to płacz wymuszony bólem, przemocą, tylko cieknące po policzkach kryształki kobiecości. Bez specjalnego powodu, po prostu.

Zmodyfikowałem kod Magellana. Płaczcie przede mną, drogie Czytelniczki.

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Serdecznie i entuzjastycznie witam nowego Autora Najlepszej Erotyki! 🙂

Nie wiem, który to nasz Autor z kolei, bo trochę się ostatnio pogubiłam, ale wiem, że na pewno nie ostatni w tym miesiącu 😉

PS. Pierwsza! 😉

Trochę ten tekst przerażający. Na pewno wchodzi głęboko w wyobraźnię. Główny bohater na pierwszy rzut oka dziwak, żeby nie powiedzieć człowiek z zaburzeniami społecznymi. Wydaje nam się, że każdy łaknie kontaktu fizycznego, dotyku, a tu jednostka, której wszechświat doznań zmysłowych ogranicza się do wzroku i to w sytuacji podglądania; która poświęca życie na gonitwę za doskonałym zbiorem bodźców, dookreślanym na bieżąco przez algorytm, uczący się na obserwacji zachowań twórcy.
Czy jednak tak daleki jest bohater tekstu od nas? Co najbardziej mnie w opowiadaniu niepokoi, to że Autor potrafił tak dobrze obnażyć najintymniejszą sferę ludzkiej jaźni – bez niedomówień, a jednocześnie pozostawiając wiele przestrzeni dla wyobraźni Czytelnika. Czy nie budzi ukrytych pragnień, czasem wstydliwych fantazji?
Mam nadzieję, że JiNn będzie często rozpieszczał nas swoją twórczością. Dziękuję, Autorze.

Krąży mi po głowie ten tekst jak chwytliwa melodia, a Magellan wygrywa refren.
Magellan, który pierwszy opłynął świat…

Tekst porusza emocje. Na tej sferze Autor skupia zresztą uwagę Czytelnika, mniej uwagi poświęcając bodźcom czysto erotycznym w wąskim znaczeniu tego słowa. I słusznie, erotykę można bowiem rozumieć bardzo szeroko. Gratulacje.

Świetne opowiadanie: erotyczne, nie pornograficzne i napędzające naszą paranoję, bo przed wszędobylskimi kamerami nie sposób ukryć się nawet we własnym domu (swoją drogą jestem ciekawa czy kogoś skłoniło do zaklejenia kamerki ;)). Poetyckość języka wydawała się momentami wymuszona, trochę pretensjonalna, osobiście chyba wolałabym wersję z nieco mniejszą ilością ozdobników, ale nie umniejsza to wartości całości.
Trzymaj tak dalej! 🙂

Skoro Autor nieźle panuje nad stylem, teraz czas na inne wyzwania. Komunikat w tym tekście jest niedoprecyzowany, konstrukcja całości niedopracowana. Co nie zmienia oceny, że to bardzo dobry debiut. Brawo i czekam z innymi tutejszymi czytelnikami na więcej.
Uśmiechy,
Karel

Zakleiłem kamerkę. A nuż jakiś zboczeniec zechce mnie podglądać.
Super opowiadanie, przy którym straciłem poczucie czasu – namalowałeś obraz, przed którym siedziałem jak urzeczony, co chwila degustując nowe miejsca. Piszesz tak, jak czasami śnię. Ale ja nigdy tak nie napiszę.
Chcę więcej.
Syć mnie!

Niekiedy choćby dla jednego zdania warto przeczytać tekst. Zdania, którego sami byśmy nie napisali. Zdania, które każe nam się zatrzymać w czytaniu. Zdania, które robi piorunujące niekiedy wrażenie. Tutaj znalazłam ich kilka – fragment: “Jej nagość to ten wzrok pełen obłędu, gdy poprowadzona za rękę sięga stopami krawędzi, tuż nad swoją przepaścią, gdy sięga jej skraju, z szaleństwa. Tornado oddechu, żądza, której ani udawać, ani ukryć nie może. Utrata kontroli, władzy nad ciałem i wolą. Odmiana w drgającą strunę niepokoju. Tym jest właśnie nagość kobiety. Stan rozpłomienienia okrutny.”
Na szczęście – tym razem – nie tylko dla niego warto tekst przeczytać.
W ludzkiej naturze leży ciekawość, zwłaszcza dotycząca kwestii osobistych, dla nas niedostępnych. Podglądanie tę granicę pozwala przekroczyć. Granicy, do której byśmy nie mogli się zbliżyć. Intymność innych ludzi nas często pociąga, często jest podniecająca. Cienka jest jednak owa granica między przygodą a naduzyciem.
Potrafisz pisać o emocjach. Tym razem nieco przerażająco, lecz świetnie o niefizycznej erotyce. I jak na JiNna przystało spełniłes moje życzenie. Dzięki Tobie przeczytałam naprawdę dobre opowiadanie.

Nic nie jest w tym opowiadaniu jednoznaczne, nic nie jest proste. Czuć tajemnice na różnych poziomach, na różnych głębokościach znaczeń. Napięcie czasem urasta do granic możliwości, by zaraz spalić się w nicość. Tyle sprzeczności, bo mocne jest tu zarazem delikatne.

JinNie, tego opowiadania w ogóle nie odbiera się jako debiutu.

Debiut bywa nieporadny, często naiwny, brak mu jeszcze charakterystycznego stylu autora. Błędy zgrzytają jak piasek w zębach, a fabuła mizia się z harlekinem. W takim kontekście to nie jest debiut. To po prostu opowiadanie, i to jedno z lepszych, jakie czytałam.

Nie będę się bawić w psychologa i rozbierać bohatera na części. Najważniejsze, że przedstawiłeś go wiarygodnie, pokazałeś ewolucję jego pragnień, budowanie od najmłodszych lat indywidualnej ścieżki do spełnienia. Gdzieś tam kołaczą się w tle instynktowne hasła – dotyczące moralności, “prawidłowych relacji międzyludzkich” itp. Ale nie chcę oceniać Twojego bohatera. Przyjmuję go z całym dziwnym bagażem.

Masz niezwykłą wyobraźnię – pięknie łączysz elementy rzeczywistości z własną wizją artystyczną. Lubię pornole. To był pornol emocjonalny.

i tak Grzesiu – po chwili czytania tekstu sprawdziłam, czy mam w monitorze kamerkę – nie mam. Ale mam w telefonie… A co ta kamerka widziała, to wie tylko ten, który ogląda to na wielkim monitorze w oszczędnie umeblowanym mieszkaniu.

Gratuluję świetnego tekstu.
Rita

Smutne(?)
Sprowadzić fizyczny odbiór rzeczywistości do jednego tylko zmysłu…
Niezwykłe(!)
Uczynić z jednego tylko zmysłu narzędzie doznań i przeżyć, wypełniających szeroki świat psychiki i uczuciowości.

Pomysł, język, wysublimowana erotyka każą ze zdziwieniem przyjąć do wiadomości, że to debiut literacki. Dziękuję.

Napisz komentarz