Czarownica II (MRT_Greg) Brak ocen

15 min. czytania

Czarownica -I-W czasie gdy zielonkawy Ford pędził uliczkami miasteczka, bokiem pokonując większość zakrętów i skrzyżowań, a siedzący w środku z szarą twarzą Zbyszek powoli przekonywał się, że siedzący za kierownicą facet najprawdopodobniej musi być wariatem, kilka kilometrów dalej, wśród leśnych wzgórz niebieski samochód terenowy powoli wspinał się ledwie widoczną dróżką.

Napędzany silnikiem elektrycznym, całkowicie nieszkodliwy dla środowiska, posiadał jednak wystarczająco mocy, by pokonywać przeszkody. Prowadzący go chłopak z wyczuciem kręcił kierownicą. Automatyczna skrzynia biegów nastawiona na jazdę w terenie bezproblemowo wyczuwała potrzeby kierującego pojazdem. Uśmiechał się, pokonując kolejne wyboje. Siedząca obok dziewczyna nie do końca podzielała jego entuzjazm. Zwłaszcza że z jej strony stok opadał niemal pionowo w dół, gdzie wśród skał toczył się leniwy potok. Nerwowo ściskała uchwyt nad drzwiami.

– Toma, możesz nie jechać tak blisko skraju? – spytała, gdy w pewnym momencie jedno z kół na moment zawisło w próżni.

Obrócił się w jej kierunku i wyszczerzył zęby w złośliwym uśmiechu. Specjalnie tu przyjechał. Wiedział, że dziewczyna ma lęk wysokości i postanowił to wykorzystać. To miała być kara za upodlające go traktowanie. Naśmiewała się, szydziła z niego, podczas przerw chichotała i obgadywała z koleżankami – milknąc, gdy przechodził obok, a następnie wybuchając śmiechem, gdy znikał za zakrętem korytarza. Odrzuciła jego uczucie, gdy któregoś wieczoru pochopnie się przed nią uzewnętrznił. Mimo znaków, które mu – jego zdaniem – dawała, była taka sama jak inne. Wolała ubranych w kwieciste sweterki, ulizanych jak psia sierść podczas deszczu grzecznych, nie rzucających się w oczy, poświęcających większość czasu nauce chłopaków, których mamy piekły co tydzień ciasta do szkolnej stołówki, a ojcowie po każdej mszy siadali nad filiżanką kawy i rozprawiali z wielebnym o fizyce świata oraz wpływie wiary na ich koegzystencję. Rzygał nimi. Jego ojciec prowadził przetwórnię mięsa. Był wzorem dawnych przedsiębiorców prawdziwym facetem, który nie bał się zakląć, a swoje podwórko traktował jako twierdzę. Jego ojciec był prawdziwym mężczyzną. Tomek przekonał się o tym, któregoś wieczoru, gdy matka wróciła zbyt późno z miasta. Odmierzając kolejne razy, powoli narzucał swoją wolę. Mama w ciszy przyjęła reprymendę, a potem cicho poszła do kuchni i przygotowała pospiesznie posiłek dla mężczyzn. Tego wieczoru Tomek pił pierwsze w życiu piwo, oglądając z ojcem na wielkim żelowym telewizorze rozgrywki z TGC. Tato poklepał go po udzie i uśmiechnął się, zaciągając głęboko papierosem. Tomek podświadomie jednak wiedział, że tej używki musi unikać, jeśli nie chce poczuć na plecach parcianego pasa ojca. Kilka lat później dostał od niego nowiutkiego Range Rovera, wzbudzając na szkolnym parkingu zachwyt wśród jajogłowych.

– Toma, proszę… – Monika była coraz bardziej pewna, że jeśli nic się nie zmieni, ta wycieczka nie skończy się dobrze.

– Przestań się mazgaić! – burknął rozeźlony.

Mimo to zjechał na widoczną obok dróżkę. Gdy tylko samochód znalazł się na lepszym gruncie, automatycznie dostosował się do nowych warunków. Pojazd obniżył się nieco, a amortyzatory zmieniły opcję off na off-sport. Toma przyspieszył. Pewny siebie rozpędzał się coraz bardziej, mimo kolejnych okrzyków przerażenia pasażerki. Chciała to ma. Zacisnął zęby, pokonując coraz ciaśniejsze zakręty. W pewnym momencie samochodem zachwiało. Gdy wydawało mu się, że opanował sytuację, trafił kołem na wystający z ziemi korzeń. Pojazd w jednym momencie przewrócił się na bok, a następnie, straciwszy oparcie, stoczył się w kierunku potoku. Zanim jakimś cudem wylądował tam na kołach, wykonał pięć pełnych obrotów. Chrzęst łamanych gałęzi umilkł jak ręką odjął. Nastąpiła cisza, przerywana jedynie pstryknięciami wydobywającego się z baku i ulatniającego do atmosfery żelu aktywizującego.

Tomek otworzył oko. Drugie sklejone jakąś mazią nieznośnie rwało ciągłym bólem. Przez chwilę sądził, że cały się połamał, jednak poduszki pianowe skutecznie ochroniły jego ciało. Przebił się przez zastygłą pokrywę i lekko zataczając, wysiadł z samochodu. Obszedł go na trzęsących się nogach i ze zgrozą ujrzał, że jego towarzyszka miała znacznie mniej szczęścia. Mimo że ochrona pianowa była taka sama dla pasażera, jak dla kierowcy, nie potrafiła sprostać wszystkim nadarzającym się czynnikom. Masywny konar świerku wbił się dokładnie tam, gdzie poprzednio było okno pasażera. Przez niewielki otwór ujrzał zakrwawioną głowę dziewczyny. Uderzył w pianę. Rozsypała się w drobny mak, ukazując pokiereszowane ciało. Krew spływała jej po głowie i bladoniebieskiej koszulce, wsiąkając w krótką białą spódniczkę. Ujrzał, jak materiał uniósł się nieco do góry, odsłaniając skrawek koronkowych majteczek. Przełknął głośno ślinę. Pod ażurowym, półprzezroczystym materiałem rozróżnił ciemną kępkę.

Dziewczyna poruszyła się. Odskoczył przestraszony. Widząc, czego dokonała gałąź, spodziewał się, że dziewczyna jest martwa. Tymczasem żyła i – jak przypuszczał – gdy tylko znajdzie się w mieście, doniesie na niego do szeryfa. Przez chwilę bił się z myślami. Po chwili wygrała ta wpojona mu przez ojca. Odpiął pasy zabezpieczające dziewczynę przed wypadnięciem przez przednią szybę, po czym wywlókł ją na zewnątrz. Cicho posapywała, najwyraźniej jednak ból co chwilę odbierał jej zmysły. Przyłożył palec do jej szyi. Ledwie wyczuwalny puls powoli zanikał. Roztrzęsiony wstał i ponownie się zamyślił. Sumienie biło się z twardym wychowaniem narzuconym przez ojca. W końcu postanowił.

Chwycił dziewczynę za ramiona i pociągnął. Przeszedł przez potok. Jej ubranie nasiąkło, sprawiając, że stało się niemal zupełnie przezroczyste. Serce zabiło mu mocniej, gdy ujrzał jej piersi z brązowymi sutkami. Kępka ciemnych włosków między jej nogami była mikroskopijna. Najwyraźniej, mimo oficjalnie prezentowanej postawy uznaniowej, nie trzymała się całkowicie zasad wpajanych przez wielebnego. Posapując, wciągnął ją w krzaki i na chwilę przysiadł, aby odpocząć. Przyglądał się jej krągłościom, które tak wielbił, a teraz zdawały się być tak wyzywające. Wręcz wulgarne.

– Zasłoń się, dziwko – mruknął, usiłując butem wyprostować jej spódniczkę.

Niestety, uzyskał wręcz odwrotny efekt. Materiał przyczepił się do obuwia i gdy cofał nogę, odsłonił jej uda i koronkowe majteczki. Nachylił się i wyciągnął rękę. Z niedowierzaniem obserwował, jak jego dłoń zapuszcza się pod ażurowy materiał, a palec prześlizguje się po gładkim ciele. Jego dłoń żyła najwyraźniej własnym życiem. Kierowana pierwotnym instynktem zaczęła zsuwać kusą bieliznę. Szarpnęła zdecydowanie, napotkawszy opór na wysokości ud. Delikatny materiał pękł z trzaskiem. W dłoni Tomka została marna resztka. Przez chwilę jej się przyglądał, po czym odrzucił za siebie. Usiłował skierować swój wzrok gdzie indziej, lecz hipnotyzujący obraz przed nim był silniejszy od jego woli.

Wąska szczelinka przyzywała. Jak dotąd znał ją tylko z kolorowych czasopism odkrytych onegdaj na poddaszu. Z bijącym sercem wertował stare postrzępione strony. Fotografie nagich kobiet w wyuzdanych pozycjach były ambrozją dla dorastającego chłopaka. Od tamtej chwili był stałym gościem poddasza, odkrywającym kolejne jego sekrety. Gdy któregoś dnia, udając chorobę, został w domu, a rodzice poszli na festyn, w kącie strychu odkrył prawdziwą biblię. Z niej dowiedział się wszystkiego tego, co kilkanaście lat wcześniej stało się powszechnym tematem tabu. Oglądając ryciny w książce, porównywał je ze swoim ciałem. Dokładnie studiował każdy zapis. Obserwował, jak trzymać penisa, jak przesuwać po nim dłonią i jak wytrzymywać narastające podniecenie.

Pierwszy wytrysk był jak uderzenie tornada. Orgazm targnął nim gwałtownie, przewracając na drewnianą podłogę poddasza. Leżał, dysząc ciężko, spoglądał na wypływającą z członka spermę i pragnął więcej… znacznie więcej. Dokładnie przyjrzał się rysunkom par. Szkicowe, przedstawiały tylko zarys sylwetek oraz techniczną stronę, która choć też działała podniecająco, nie miała tej siły przekazu co kolorowe pisemka. Bogatszy w wiedzę z biblii powrócił do fotografii nagich dziewcząt. Od tego momentu, nim przystąpił do masturbacji, starał się przenieść w świat, w którym pozowała modelka. I gdy prawie wyczuwał gorąco jej ciała, zapach podniecenia, szelest pościeli lub jęk sprężyn, zatapiał się w jej ciele, wsuwając w nią penisa aż po same jądra. Obejmując jedną dłonią widmowe biodra partnerki, drugą masował członek. Wyobrażając sobie, jaka jest ciasna, raz po raz zaciskał palce. A gdy przekręcała się na plecy, prezentując w całej okazałości swoją dziurkę, pocierał purpurową główką o łechtaczkę, przyprawiając ją o drżenie.

– Pieprz mnie! – krzyczała w rozkoszy.

I pieprzył ją. Rżnął ją w cipę, zaciskając dłoń na jej piersi. A gdy zbliżał się do orgazmu, szarpał jej sutek, jakby chciał go wyrwać z ciała dziewczyny. Zamykał oczy i wyprężywszy się jak struna, tryskał wprost do jej wnętrza.

– Agrhh…

Charkot Moniki wyrwał go z odrętwienia.

Oblizał spierzchnięte wargi. Dziewczyna oddychała chrapliwie, raz wolniej, raz szybciej. Delikatne drżenie przebiegło przez całe jej ciało jak szkwał po jeziorze. Czuł, że czas nie stoi po jego stronie. Jeśli chciał zakosztować jej słodyczy, musiał się pospieszyć. Rozpiął pasek, chwilę mocował się z zamkiem, po czym zsunął spodnie do kostek. Zaraz potem stwierdził, że gdyby przyszło mu z jakiegoś powodu szybko się ulotnić, opasający łydki sztywny materiał nie byłby zbyt pomocny. Ściągnął więc całkiem spodnie i bieliznę. Jego członek sterczał już sztywny. Przesunął po nim dłonią, obserwując, jak w ujściu cewki pojawia się perłowa kropelka. Klęknął, pochrząkując, między udami dziewczyny. Dotknął jej tam palcem, po czym przesunął wyżej i namacawszy niewielki guziczek, potarł go kilkakrotnie. Dziewczyna nie zareagowała. Zmartwiony podrapał się po głowie. Jakaż to ma być przyjemność, jeśli ona będzie leżeć tu jak kłoda! W końcu wpadł na pomysł. Obrócił jej ciało na wznak. Klatka piersiowa Moniki unosiła się powoli. Podsunięta do góry bluzeczka ukazywała blade ciało. Krwawy pęcherzyk pojawił się na wysokości czwartego żebra. Toma nie zwrócił na niego uwagi. Dziewczyna nie miała na sobie stanika. Kolejne odstępstwo od zasad kościoła sprawiło, że nabrał do niej więcej szacunku. Może nie była taką pindą. A skąd! Jeszcze gorzej! Przypomniał sobie wahadłowy ruch jej cycków, gdy biegła korytarzem. Prowokacyjna suka!

– Masz za swoje – mruknął, łapiąc za jedną z jej piersi.

Ugniatał ją niczym matka ciasto. Nie wiedział, czy to jego sprawka, czy może wskutek szoku ciało dziewczyny nabrało rumieńców, a sutek między palcami stwardniał. Westchnięcie jakie wyrwało się spomiędzy jej ust mogło być równie dobrze oznaką podniecenia, co jednym z ostatnich tchnień. Wolał, żeby to było to pierwsze. Szybko powrócił do bardziej interesującego go fragmentu jej ciała. Zaskoczony odkrył, że jej szczelinka rozwarła się nieco, połyskując wilgocią. Westchnął rozanielony. Jego członek kiwnął w górę i w dół, jakby chciał sam potwierdzić cudowny widok. Toma zbliżył go do krocza dziewczyny. Przytknął do śliskiej skóry, a potem modląc się, by to było właściwe miejsce, pchnął mocno. Zanurzywszy połowę penisa, napotkał opór. Wyszedł z niej i pchnął ponownie, tym razem mocniej, ze złością. Poczuł, jak przebija się przez jakąś przeszkodę. Miękkość jej wnętrza oszołomiła go. Masturbując się na poddaszu wyobrażał sobie, że jest tak samo twarda jak ręka, tymczasem okazała się być niczym żelowa poduszeczka, którą mama rozgrzewała sobie dłonie. Była nawet tak samo ciepła. Uszczęśliwiony tym odkryciem, przypomniawszy sobie zapiski z książki, pochylił się nad dziewczyną, oparł ręce po obu jej bokach i kontynuował regularne pchnięcia. Lecz odmienność rzeczywistości od tego, czego się spodziewał, działała na jego niekorzyść. Na nic się zdały mądrości z biblii, teoria rozsypała się jak domek z kart. Nawet nie zauważył, gdy dotarł do finału. Ejakulował w niej raz po raz, wkurzony na siebie, że tak szybko osiągnął orgazm. Niespodziewanie gniew ogarnął go do tego stopnia, że uderzył dziewczynę, zrzucając na nią winę za swój przedwczesny finisz. Zadrżał z wściekłości. A może to z chłodu. Rozejrzał się wkoło. Nawet nie zauważył, kiedy zaszło słońce. Jego długie promienie nie docierały do dna wąwozu, tylko przedzierały się z trudem przez listowie drzew rosnących powyżej.

Kolejny charkot dobywający się z jej ust, sprawił, że drgnął przestraszony. Uświadomił sobie bowiem, że nie był to kolejny nieartykułowany dźwięk. Choć głos był zachrypnięty, wyraźnie rozróżnił słowa;

– Jeszcze… Jeszcze raz…

Dziewczyna uniosła nogę i otarła się udem o biodra Tomka. Zdumiony ujrzał, jak jego członek, który kilka chwil wcześniej niczym mały ślimaczek wysunął się z jej gorącego wnętrza, ponownie nabrał właściwych sobie rozmiarów, zagłębiając się powoli w ciele Moniki. Uśmiechnął się. Wreszcie – pomyślał – nie będzie musiał udawać jej jęków. Może nawet sama zacznie wzdychać.

Przymknął powieki i przypuścił kolejny szturm.

Posuwając ją rytmicznie, nie zauważył, że dziewczyna otworzyła oczy. W jej spojrzeniu początkowo błąkało się zdziwienie. W końcu wzrok skupił się w jednym miejscu, pozwalając rozpoznać gwałciciela. W tym momencie jej źrenice zaszły mgłą. Zielone obwódki, będące powodem niejednego złamanego serca, w jednej chwili stały się szaro-niebieskie. Gdyby teraz spojrzał w jej oczy, zapewne zmroziłaby go aż po nasadę głowy. Tymczasem jego włosy pokrył lekki szron, sprawiając, że nastolatek w mgnieniu oka zmienił się w chylącego się ku ziemi staruszka. Zgarbiona, wysportowana dotąd sylwetka pokryła się zmarszczkami, gładka skóra stała się chropowata. Gdzieniegdzie pojawiły się ciemne plamy.

Tomek otworzył usta. Ze zwieszoną głową spoczywał między nogami dziewczyny. Mimo iż jego biodra nadal poruszały się we frykcyjnym rytmie, nie miał siły wyprostować karku. Jak gdyby zdusiła go jakaś niewidzialna siła, przyciągając do ziemi. Spojrzał na unoszące się pod nim w regularnym oddechu ciało dziewczyny. Wziął głęboki oddech i przeraził się nie na żarty, słysząc, jak powietrze ze świstem przedziera się do jego płuc. Charkot, jaki wydał z siebie wydychając powietrze, nie mógł należeć do niego. Jednak kolejne hausty uświadomiły mu straszną przemianę, jaka dokonała się w nim w przeciągu zaledwie kilku minut.

– Jeszcze…

Słodki szept płynący wprost do jego ucha sprawił, że zdrętwiał ze strachu. Zatrzymał się na moment.

– Jeszcze, dziwko!!!

Ten głos. Wydawało się, że należał do Moniki, a równocześnie do kogoś innego. Znacznie starszego. Silniejszego. Zimnego. Złego. Udało mu się w końcu podnieść głowę.

– Monia… – szepnął.

Lecz zamiast gładkiej twarzy nastolatki ujrzał posępną maskę z czarnymi otworami zamiast oczu. Postać otworzyła usta. Wionął z nich zapach zgniłych liści, zepsutych zębów i szczurzego ścierwa. Otworzył usta i w tym momencie postać chuchnęła. To, czym zaciągnął się Tomek, miało temperaturę zbyt niską, by mógł ją tolerować ludzki organizm. Jego płuca zamarzły w jednym momencie. Niedotleniony mózg poddał się bardzo szybko. Opadł na jej ciało. Chłodne ciało nastolatki.

***************

W ostatnich promieniach słońca Adam siedział na spłowiałym leżaku z orzeźwiającym mojito w ręku i obserwował syna Zbyszka. Pięciolatek, z natury nieśmiały, tym razem zupełnie nie przejmował się przybyszem. Mało tego, jego obecność sprawiła, że maluch biegał jak szalony, popisując się przed nieznajomym. Zaskoczony Zbyszek zauważył nawet, że syn bez żadnego skrępowania ani strachu co chwila siada na kolanach Adama. Sam przysiadł na ganku. Uniósł szklankę wypełnioną identycznym napojem i kiwnął nią w kierunku gościa.

– Lubi cię – zagadnął.

– Owszem – Adam uśmiechnął się, łapiąc w pewnym momencie dzieciaka za rękę. Ten odwrócił się rozpromieniony. – Jakoś… już tak mam.

– Chcesz mi powiedzieć, że wszystkie dzieci się do Ciebie garną? A ja myślałem, że to tylko mój tak…

– Nie, nie. Nie wszystkie. Tylko te… – zająknął się. Dobrze wiedział, które dzieci stają się śmielsze w jego obecności, nie wiedział tylko, czy wyjaśnienie spodoba się Zbyszkowi. – Tylko te młodsze.

– No to może przynajmniej Ami nie będzie się do Ciebie umizgiwać.

Jakby za sprawą czarów, w tym momencie w progu pojawiła się dziewczynka ubrana w błękitną sukienkę w kolorowe ciapy. Długie włosy koloru świeżej słomy związała w dwa kucyki. Na oko nastolatka, w rzeczywistości Adam wyczuł, że jest nieco starsza. Stanęła w cieniu i głęboko wciągała nosem powietrze. Uśmiechnął się. Jego nos był bardziej wyczulony. Zapach lata, nadchodzącego deszczu i jeszcze jeden, słodki, prawie nieuchwytny, wyraźnie jednak bijący od strony domu. Lekki wiaterek przebiegł między krzewami róż, porastającymi niemal każdy centymetr ogrodu wokół zabudowań, przemknął po nieskoszonej trawie, przyciskając jej źdźbła do ziemi, zawirował koło domu, unosząc lekko sukienkę Amelii i pomknął dalej w kierunku uliczki. Adam wzdrygnął się. Jak na tę porę roku, powiew winien być cieplejszy, tymczasem niemal zmroziło go do kości. Zauważył to Zbyszek.

– Chodźmy do domu.

– Wiesz – Adam spojrzał na niego przez szklankę – nie chcę Ci sprawiać kłopotu. Już i tak czuję się winny, że zamiast poświęcić czas dzieciom grzebałeś w moim aucie.

– Daj spokój – Zbyszek machnął ręką. – Dzieciakom nic się nie stało, a przy aucie spędziliśmy raptem piętnaście minut. Swoją drogą, wtedy robili to lepiej. Wszystko było widoczne, łatwo dostępne, a teraz… – zasępił się – jak nie masz tego ich robota, to lepiej nie podchodź do samochodu.

– To prawda – pokiwał głową Adam. – Wtedy robili lepsze samochody.

– Nie wiem czy lepsze. Na pewno głośniejsze.

Zaśmiali się obaj. Zbyszek odebrał szklankę od Adama i lekko przyciskając dłoń do pleców gościa, zasugerował wejście do domu.

– Chodź, chodź. Nie daj się namawiać. Ami zresztą przygotowała już pokój dla Ciebie.

– Zbyszku… nie trzeba było. Na pewno w mieście znalazłbym jakiś motel.

– Na pewno to umrzemy – odciął się gospodarz – a w Annopolu nie znajdziesz ani jednego noclegu. Dopiero w następnym Zdronowie. Tam to nawet więcej moteli niż domów. I usług – mrugnął porozumiewawczo okiem do Adama – ale nie żebym tam bywał. Po prostu wiem.

– Nie no, nic nie mówię. Ale Amelia, jak zauważyłem, chyba nie jest zbyt zadowolona z mojej obecności.

– Nie przejmuj się. Ona… jakby to powiedzieć… jest nieco… – Zbyszek podrapał się po głowie, usiłując znaleźć właściwe słowo.

– Rozumiem.

Adam nie potrzebował dalszych tłumaczeń. Już wiedział, że dobrze wyczuł dziewczynę kilka chwil wcześniej na ganku

– Róża nie mogła mieć dzieci.. – Zbyszek wyrzucił to z siebie jednym tchem. – Amelia to prezent od konsorcjum, jeden z pierwszych egzemplarzy. Niestety, jak się okazało po latach, nie całkiem udany. Michał powstał z mojej spermy oraz zwirtualizowanych komórek Róży. Stąd podobieństwo…

Ta sucha relacja zaskoczyła Adama. Szybko jednak domyślił się, że Zbyszek z Różą musieli być nielicho zaskoczeni, gdy okazało się, że w założeniu bezbłędna sekwencja genetyczna ich córki posiada jakieś wady.

– Na całe szczęście, gdy pojawiły się problemy z Ami, Róża była już w takim stadium choroby, że ich nie zauważyła – dodał na zakończenie, jakby odgadując myśli Adama. – Zmarła nieświadoma upośledzenia córki.

– Przykro mi – mruknął Adam. – Musiało być ci ciężko.

– Pożegnanie z żoną? Tak. Długo nie mogłem się pozbierać. Z dzieciakami, o dziwo, nie miałem żadnych problemów. Michał podąża według zasad. A Ami… Cóż, Ami żyje w swoim świecie, jest szczęśliwa, nie zna trosk tego świata. Może to nawet lepiej.

– A czym ty się zajmujesz? – Adam postanowił odejść od niewątpliwie ciężkiego tematu.

– Hmm, trudno to zdefiniować. W zasadzie to kiedyś nazwaliby mnie złotą rączką. Tu coś naprawię, tam coś podreperuję, pomagam mieszkańcom w codziennych pracach.

– Czyli krótko mówiąc, bez ciebie miasto by padło?

Zaśmiali się obaj. Atmosfera przygnębienia odeszła w przeszłość. Wnętrze kuchni rozświetliło się na biało. Adam instynktownie uniósł głowę do góry, lecz zaraz sam się skalał za głupotę. Zapomniał, że żarówki, nawet te które nazwano niezastąpionymi, odeszły już dawno do lamusa, zastąpione masą świetlną. Jej obecność w początkowych stadiach wyczuwana jako niewielkie wyładowania, potrafiła podnosić włoski na rękach. Co mniej odporni wspominali o kłopotach z sercem, jednakże kolejne badania doprowadziły do pełnej integracji masy z wnętrzem. Będąca niegdyś dekoracją, kosztującą bajońskie sumy, lampa stała się reliktem przeszłości. Zainstalowane w urządzeniach elektrycznych odbiorniki odbierały część energii z masy. Miała ona ponadto właściwości cieplne. Wykorzystując naturalną energię otoczenia, pozbawiono domostw kosztownych i trudnych w eksploatacji, a przede wszystkim niebezpiecznych dla użytkowników, systemów instalacji elektrycznej i ogrzewania.

– Zostajesz na noc? – Michał, który właśnie wpadł do kuchni, nie miał żadnych zahamowań.

– Nie mów do starszego…

– Spokojnie. – Adam wpadł w słowo Zbyszkowi. – Nie ma problemu.

– Nie o to chodzi. Musi się nauczyć szacunku.

– Ucz go w stosunku do innych – odparł Adam i zwrócił się do chłopca: – Do mnie możesz mówić wujku.

– Wujek! – krzyknął malec – Wujek Adaś! Chcesz płatków, wujku?

– Nie, dziękuję – skrzywił się Adam.

Czuł, że kombinacja kilku szklanek rumu z miętą spowodowała niezły mętlik w jego głowie. Zbyszek, choć wypił znacznie więcej, zupełnie na dawał po sobie znać, by alkohol miał na niego jakikolwiek wpływ.

– Wybaczcie, ale zaczynam odczuwać… zmęczenie.

Zbyszek momentalnie wyczuł, co się dzieje.

– Chodź, zaprowadzę cię do pokoju. Michał, nalej Ami mleka.

Adam podniósł się ciężko z krzesła. Jakby ktoś wlał mu ołów w nogi, ciężko powłóczył nimi w kierunku schodów. Westchnął. Już po pierwszym stopniu miał dość. Koniec tonął w półmroku, który zaraz się rozjaśnił, gdy u szczytu pojawiła się Ami. Zbiegła szybko w dół, po drodze lekko muskając go ramieniem. W jednym momencie poczuł się jakby przebywał równocześnie w sąsiedztwie wulkanu i koła podbiegunowego. Zachwiał się.

– Wszystko dobrze, stary? – Zbyszek zachichotał, łapiąc Adama pod ramię. – Wybacz, zapomniałem, że nie wszyscy są tak jak ja uodpornieni na alkohol.

Adam mruknął jednak tylko coś niezrozumiale. Karuzela w jego głowie pędziła coraz szybciej. Słowa Zbyszka ledwie dotarły do jego świadomości. Do tego wszystkiego doszło bolesne wirowanie w brzuchu.

– Wiesz… ja… muszę…

– Już, już… – Zbyszek prawie niósł go na rękach.

Wpadli do łazienki. Adam zwalił się tuż obok klozetu, macając ręką jego rant. Zbyszek czym prędzej wyszedł na korytarz. Nawet pierwsze uderzenia wiatru niosącego ulewę nie były w stanie zagłuszyć odgłosów z wnętrza. Zbyszek stał przez chwilę markotny. Zbesztany chłodnym wzrokiem stojącej u podnóża schodów Ami, wyłamywał nerwowo palce.

Po chwili doszło go szuranie i drzwi łazienki otworzyły się. Twarz Adama spływała wodą, jednak jego spojrzenie stało się nieco bardziej świadome.

– Lepiej? – spytał Zbyszek

– Lepiej… – odparł bełkotliwie. – Lepiej nie mówić.

– Chodź. – Zbyszek ponownie chwycił go pod ramię. – Zaprowadzę cię do pokoju.

– Czuję się jak ostatni żul. – Adam wyraźnie popadał w melancholijny nastrój.

– Daj już spokój. Wyśpisz się, to ci przejdzie. U nas jest świeże powietrze. Uchylę okno, to jeszcze lekki wiaterek cię omuska przez noc. Rano wstaniesz wypoczęty jak nigdy. Zobaczysz.

Adam nie bardzo jednak nadążał za tą tyradą. Dotarło do niego tylko kilka słów. Zamachał nawet rękoma, chcąc poprosić Zbyszka, by ten nie otwierał okna, lecz gospodarz najwyraźniej opacznie zrozumiał jego słowa i otworzył szerzej. Adam westchnął ciężko i zwalił się na posłanie. Nogi jakiś czas dyndały mu bezwładnie, by po chwili wylądować z pomocą Zbyszka na łóżku. Zapadł w sen, nim ten wyszedł z pokoju.

.

Przejdź do kolejnego odcinka – Czarownica III

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Czekam na ciąg dalszy niecierpliwie. Intrygująco się zapowiada. Wątki się przeplatają, szczegóły tkają misterną intrygę. I oko puszczone do czytelnika. Podoba mi się też wizja świata przyszłości, po 2077. Który to rok?

Ech… chyba lepiej nie podawać konkretnej daty. A nuż by się sprawdziło i potem każdy by chciał poznać numery w totka :p
Intryga – tak… to chyba jedyna seria, w której udało mi się wszystko w końcu połączyć w całość i… ale przecież nie będę zdradzać 😀

Aha tylko ilustracja zdaje się przestarzała z nr 1;)

Tak. Niestety. Nie miałem czasu, by narysować ale wkrótce postaram się zamienić na właściwą 😉

Obraz świata (przyszłości, alternatywnego?) tkany z precyzyjnie dobranych i ujawnianych czytelnikowi szczegółów, z ciekawością czeka się na kolejne elementy tej układanki i próbuje dopasować do złożonych już fragmentów – ale sporo białych plam jeszcze zostało, i dobrze. Intryga ledwie zarysowana, też można się wielu spraw domyślać, ale w zasadzie to z niecerpliwością należy poczekać na następną odsłonę. Gratulacje.

Coraz bardziej wciąga Twoja historia. 🙂
A przygodą z Moniką na pewno nawiązuje do części pierwszej, choć niczego nie wyjaśnia, a wręcz tylko bardziej gmatwa. I zachęca do czytania ciągu dalszego. 🙂

Napisz komentarz