Buntownik – Scalli (Foxm)  3.16/5 (15)

34 min. czytania
Raffaele Franco, "049", CC BY-NC-ND 2.0

Raffaele Franco, „049”, CC BY-NC-ND 2.0

Poniższe opowiadanie jest publikowane powtórnie w ramach cyklu Retrospektywy. Pierwszy raz pojawiło się na portalu Najlepsza Erotyka 23 maja 2014 roku.

Przeczytaj pierwszą część cyklu

Kijów, 00:00, Plac Niepodległości

Liczyła się każda minuta. Ubrana na czarno postać zjechała po drabince.

Musiał natychmiast opuścić rejon akcji. Oddał doskonały strzał. Znajdując się półtora kilometra od celu, trafił go dokładnie tak, jak chciał. Stworzył kolejne dzieło sztuki. Przepełniała go słuszna zawodowa duma. Sukces nie będzie jednak pełen, jeśli się stąd nie wydostanie.

Znajdował się na obrzeżach ogromnego pierścienia, jakim siły bezpieczeństwa otoczyły Plac Niepodległości oraz kilka przyległych do niego ulic. Bezpieczniacy powinni mieć się z pyszna. Wykonali swoje zadanie mało starannie. Dzięki temu podszedł tak blisko. Nieniepokojony przez nikogo, czekał przez pełne czterdzieści osiem godzin na cel.

Rusztowanie pozostawione na opuszczonym placu budowy, nieopodal cerkwi świętego Andrzeja, było niezwykle dogodnym zrządzeniem losu. Wniósł na sam szczyt konstrukcji karabin snajperski Barrett M82.

Złożył narzędzie swej pracy powoli i metodycznie. Dopasowywanie do siebie kolejnych części zawsze działało na niego uspokajająco.

Lunetę z wbudowanym celownikiem optycznym pozostawił na koniec. Zanim świat skurczył się do dwóch przecinających się ze sobą linii – pionowej i poziomej – zaczerpnął powietrza w płuca i poczekał, aż wyrówna się rytm uderzeń serca. Sekundy zmieniające się w minuty, te zaś przeistaczające się w godziny. Trwał na posterunku bez przerwy. Nie wolno mu było nawet na sekundę stracić koncentracji.

W końcu kawalkada siedmiu czarnych limuzyn pojawiła się na horyzoncie. Nie miał pewności, w którym z samochodów znajduje się Voranov, dlatego musiał poczekać, aż ulubieniec kijowian znajdzie się na podwyższeniu. Ze swojego stanowiska nie słyszał, o czym mówi lider partii „Najważniejsza Ukraina”. W słuchawce wciśniętej w lewe ucho rozbrzmiewały rozmaite głosy. Wgląd w kanały komunikacyjne przeciwnika mógł okazać się nieoceniony, gdyby coś potoczyło się niezgodnie z założeniami pierwszego wariantu akcji.

Dwa plutony ukraińskiego Specnazu strzegły dostępu do prezydenta elekta Bezpośrednia ochrona nie powinna mu jednak przysporzyć wielu zmartwień. Kluczowe pytanie brzmiało: jak szybko zdołają go namierzyć?

Bieg wydarzeń powinien sparaliżować zgromadzony na placu tłum.

Dowódcą ochrony był jednak niejaki porucznik Wasyl Tereszczuk – weteran rosyjskiego Specnazu, mający ukraińskie korzenie. Teczka personalna tego człowieka przestawiała się imponująco. Wykonał kilkanaście akcji bojowych na terenie Czeczenii – wszystkie zakończone sukcesem. Wsławił się jako dowódca jednego z plutonów biorących udział w osławionym szturmie na szkołę w Biesłanie.

Czeczeńscy separatyści pierwszego września wzięli ponad tysiąc stu zakładników – głównie dzieci. W zamian za zwolnienie przetrzymywanych domagano się wycofania wojsk rosyjskich z Czeczenii oraz uwolnienia towarzyszy broni schwytanych w ataku w Inguszetii. Negocjowano przez trzy dni. Trzeciego września Specnaz przystąpił do ataku, zbierając krwawe żniwo.

Rosjanie zhańbili się amatorszczyzną tamtego wrześniowego popołudnia. W jego opinii najdobitniej świadczyło o tym dwudziestu pięciu poległych komandosów. Oficjalne źródła nigdy nie przyznały, że straty atakujących były dwukrotnie wyższe od tych upublicznionych. On miał jednak dostęp do nigdy nieupublicznionych dokumentów. Wywiad Organizacji jak zwykle był bardzo drobiazgowy

Bynajmniej nie wzruszała go ponad setka zabitych dzieci. Po latach w branży takie detale jak wiek czy płeć zabitych nie stanowiły dla niego żadnej wartości. Chodziło o coś zupełnie innego.

Rosjanie zbrukali sztukę, którą uprawiał. Odebranie komuś życia to akt finezji. Dowód na to, że człowiek jest najdoskonalszym z drapieżników. Bawił się myślą, że on sam stanowi personifikację owego. Był po prostu najlepszy – co do tego nie miał żadnych wątpliwości. Był sztukmistrzem śmierci. Jej skromnym sługą.

W komorze nabojowej znalazł się pocisk kalibru 7,62 w złotym płaszczu. Czyste złoto było jego znakiem rozpoznawczym. Podpisem o bardziej unikatowym charakterze niż ten odręczny. Ostatni akt jego nowej sztuki miał się lada moment rozpocząć.

Siła wiatru, kierunek, temperatura powietrza, amunicji i ciśnienie. Uwzględnił wszystkie możliwe parametry. Oddał się we władanie instynktów, zawierzając wytrenowanym przez lata odruchom. Palec położył na języku spustu i na ułamek sekundy świat stał się rozkosznie prosty. Delikatnie ściągnął język spustu. Obdarzył go pieszczotą. Tak jak się pieści ukochaną, uległą kobietę. Wiedział, że strzelił perfekcyjnie. Poczuł na barku energię, którą wygenerował odrzut karabinu. Kątem oka dostrzegł spadającą na ziemię łuskę.

Chór wzajemnie przekrzykujących się głosów, jaki rozbrzmiał w paśmie łączności strony rządowej, stanowił pierwsze potwierdzenie trafienia. Sekundę później ujrzał, jak Voranov osuwa się na ziemię. Któryś z ochroniarzy wrzeszczał, że potrzebują ambulansu. Nawet gdyby pomoc medyczna została udzielona natychmiast, cel nie miał najmniejszych szans na przeżycie. Poczuł, jak przepełnia go to wyjątkowe uczucie, ten stan, który wiązał się tylko z wykonywaną przez niego pracą.

Rozłożenie i spakowanie karabinu do prostokątnego futerału wyściełanego wiśniowym suknem zajęło mu mniej niż minutę. Łuskę zabrał ze sobą, starannie wcześniej przeczesawszy miejsce, w którym spędził ostatnie dwie doby. Kiedy instynkt szepnął mu, że wszystko jest w porządku, nie uwierzył mu. Czyniąc zadość własnej paranoi, sprawdził wszystko jeszcze raz. Starał się wejść w skórę śledczego, który będzie badał teren, kiedy służbom uda się już ustalić miejsce, z którego strzelano. On będzie wtedy daleko stąd.

Przewiesił sobie futerał przez ramię i odwrócił się. Konstrukcja rusztowania zachybotała się niebezpiecznie. Buty o grubej gumowej podeszwie zapewniły mu jednak niezbędną przyczepność. Pasek torby wpijał mu się boleśnie w ramię, nie miał jednak czasu się tym przejmować. Szybko zszedł po szczeblach krótkiej drabinki. Gdy tylko znalazł się na ziemi, ruszył pewnym krokiem w stronę obskurnej blaszanej bramy, na której wisiała zardzewiała tablica zakazująca wstępu osobom nieuprawnionym.

Kiedy tylko znalazł się w wąskiej uliczce, do jego uszu dotarło potępieńcze wycie syren. Dzięki nasłuchowi, który prowadził, wiedział, że Tereszczuk ściąga wszystkie siły w okolice Placu Niepodległości. Nie miał wątpliwości, że były żołnierz Specnazu posmakował krwi w Biesłanie, ale dowódcą był fatalnym.

Czarna Toyota stała tam, gdzie ją zostawił. Niecałe trzysta metrów od jego strzeleckiego stanowiska. Natychmiast otworzył bagażnik i włożył do niego futerał. Jednocześnie sięgnął po czarny pokrowiec. Wewnątrz ukryty był nowy garnitur w dość krzykliwym niebieskim odcieniu oraz drogie skórzane buty.

Chcesz się ukryć – stań się widoczny.

Usiadł na miejscu kierowcy. Zdjął wełniane czarne rękawice i zaczął się w pośpiechu przebierać. Biała koszula leżała na nim idealnie. Zajrzał do schowka i wyciągnął stamtąd okulary, szkła kontaktowe i broń. Soczewki pozwoliły nadać oczom szary kolor, a oprawki nieco zmieniły rysy jego twarzy.

Mógł ze spokojem uchodzić za eleganckiego biznesmena. Kilkoma zręcznymi ruchami zawiązał czarny krawat. Płynnie wsunął magazynek do kolby swojego BRX HF1. Ponownie włożył ulubiony pistolet automatyczny z powrotem do schowka. Jakaś część jego jaźni odnotowała pojawienie się żalu. Prawdopodobnie nie będzie musiał go używać. Jadąc przez całe miasto, zmagał się ze zwyczajnym w podobnych wypadkach uczuciem pustki. Własne działania wydawały mu się jakby dziwnie spowolnione, odpłynęła gdzieś przepełniająca go dotąd euforia.

Bez kłopotu dotarł do skromnego dwupokojowego mieszkania, mieszczącego się w na trzecim piętrze jednego z największych bloków mieszkalnych w mieście. Architektoniczne straszydło, wzniesione jeszcze za czasów Związku Radzieckiego, powoli chyliło się ku upadkowi. Pęknięcia na ścianach pokrytych szarym tynkiem były wyraźnie widoczne, nawet ze znacznej odległości.

W jednym z największych skupisk ludzkich w Kijowie łatwo było zachować anonimowość. Rotacja lokatorów była procesem nieustającym, prawdopodobieństwo zapamiętania jego twarzy przez kogokolwiek było właściwie znikome.

Tej nocy mogłoby się to zmienić. Ludzie łatwiej kojarzą elementy niepasujące do otoczenia, a on był przecież ubrany nieprzyzwoicie wręcz elegancko, jak na standardy tej okolicy. Mógłby…

Nie było nawet dozorcy. Również na mijanych w pośpiechu klatkach schodowych było pusto. Był pewien, że wszyscy mieszkańcy siedzą zamknięci na cztery spusty w swoich mieszkaniach i śledzą chaotyczne telewizyjne relacje z Placu Niepodległości. Oczyma wyobraźni widział czerwony pasek przesuwający się u dołu ekranu: PREZYDENT ELEKT NIE ŻYJE!

Klucz bezdźwięcznie obrócił się w zamku. Za progiem mieszkania był bezpieczny. Rozłożony na podłodze siennik i mały stolik z leżącym na nim komputerem stanowiły jedyne ślady jego obecności. Siadając w kucki na twardej powierzchni podłogi otworzył matrycę gotowego do działania laptopa.

Czarna ikonka pióra migotała wesoło w sąsiedztwie zegara. Oznaczało to, że ktoś z Organizacji otworzył zaszyfrowany protokół kontaktowy. Nie ma bezpiecznych metod ukrywania swej aktywności w sieci, ale ta, którą oni się posługiwali, była najbezpieczniejszym wariantem z możliwych. Zapętlony sygnał przechodzący przez dwadzieścia dwa kraje na czterech kontynentach oraz wielowarstwowa sieć wewnętrzna z jednorazowym kluczem dostępu do serwera dawały pewne poczucie bezpieczeństwa. Miał pewność, że nie zostali zdekonspirowani. Gdyby było inaczej, wszyscy zamieniliby się z łowców w zwierzynę. Rozmaici wpływowi ludzie dalej byli jednak eliminowani na życzenie klientów z całego świata. Mordercy Organizacji pracowali dla każdego, kto był w stanie zaoferować odpowiednio duże pieniądze za ich usługi. Ideologia nie miała żadnego znaczenia.

Wywołał ekran protokołu i szybko dokończył procedurę logowania, wprowadziwszy swój klucz jednorazowy. Puste do tej pory okienko rozmowy zaczęło się wypełniać tekstem.

Nadzorca: Gratulacje, wykonałeś misję. Standardowy protokół ewakuacji. Zapoznaj się z materiałami dotyczącymi kolejnego zadania.

… Pogwałcenie procedur. Zbyt krótki czas pomiędzy podejmowanymi zleceniami.

Nadzorca: Podporządkuj się, sytuacja zaaprobowana przez Radę.

Morderca zawiesił palce tuż nad klawiaturą. Potrzebował kilku sekund na analizę nietypowej sytuacji.

… Zrozumiałem, wykonuję.

Kilkoma kliknięciami otworzył akta znajdujące się w folderze z kopiami roboczymi wiadomości na jednym z jego kilkudziesięciu kont e-mailowych. Plik zawierał kilkadziesiąt gęsto zapisanych stron oraz około dwudziestu fotografii w wysokiej rozdzielczości. Zaczął przeglądać zdjęcia, nie przerywając prowadzonej wymiany zdań.

… Mam osobiście przyjąć zlecenie? Po raz drugi łamiecie obyczaje.

Nadzorca: Nie pozwalaj sobie. Nikt nie ma takiej dowolności jak ty. Możesz wybrać, które zlecenie wykonasz. Organizację interesują tylko pieniądze.

… Mam wolną rękę w doborze sposobu negocjowania?

Nadzorca: Masz zakończyć wojnę, zanim jeszcze się zacznie. Twoje poboczne działania nas nie interesują.

Uśmiechnął się do widniejącego na monitorze zdjęcia atrakcyjnej brunetki.

… Zrozumiałem. Koniec transmisji.

Nadzorca: Koniec transmisji.

Zamknął wszystkie aplikacje, z których korzystał na tym komputerze. Otworzył listę zainstalowanych programów i wybrał ostatnią pozycję. Gruntowne formatowanie powinno zabrać programowi około pięciu minut, następnie zostanie aktywowany robak, który usmaży wszystkie dyski i podzespoły komputera. Sprzęt stanie się bezużyteczny.

Zabójca wstał i poszedł do mikroskopijnej łazienki. Zanim ułoży się na sienniku, by złapać kilka godzin snu, przyda mu się prysznic. Mężczyzna zrzucił ubranie i odkręcił kurek z ciepłą wodą. Wkrótce malutkie pomieszczenie wypełniły gęste kłęby ciepłej pary. Człowiek bez tożsamości stał się kompletnie niewidoczny, niczym ulotny cień w bezgwiezdną noc. Niczym duch.

***

Celniczka wykonała zapraszający gest ręką. Człowiek w dość krzykliwym niebieskim garniturze i rogowych okularach trzymał wyciągnięty w dłoni paszport dyplomatyczny. Uśmiechnął się szeroko do obsługującej go kobiety i oddał pod jej opiekę niesioną w drugiej ręce walizkę. Celnicy przez czterdzieści minut badali drobiazgowo jej zawartość. Nie znaleźli nic obciążającego, wszystkie rzeczy były kupione w tutejszych sklepach.

Teraz jednak westchnął teatralnie, jak człowiek, który rozumie powody napotykanych trudności, z trudem je jednak tolerując.

– Proszę uważać na bagaże – poprosił, chowając do wewnętrznej kieszeni marynarki oryginalne dokumenty wystawione na jedną z jego licznych tożsamości.

– Może być pan pewien, że aż do lądowania na lotnisku w Avalon City pańskie rzeczy będą absolutnie bezpieczne. – Na twarzy pracownicy kijowskiego lotniska pojawił się uprzejmy uśmiech, równie autentyczny jak jego przykrywka dyplomaty.

Ester Club, 3:30, Śródmieście

Charles Ways bohatersko walczył z ogarniającą go frustracją. Gładko ogolona twarz Chrisa Malcolma Farage’a nie zwiastowała niczego dobrego.

Jeden z najlepszych obrońców w mieście grubo po trzeciej nad ranem zdawał się być w pełni sił. Prawdziwy „chłopiec z plakatu”. Wysoki, szpakowaty brunet z czarnym wąsikiem, który bardziej pasowałby latynoskim macho z filmów akcji niż reprezentantowi największej firmy prawniczej w Avalon City.

Jednak Farage w przeciwieństwie do filmowych herosów naprawdę miał do czynienia z gangsterami.

Komisarz podejrzewał, że gdyby nie styczność z tuzami podziemia, prawnik nie mógłby sobie pozwolić na złote spinki do mankietów, perfekcyjne garnitury – szyte podobno u najbardziej znanego krawca w Rzymie – czy neseser wyłożony najlepszą skórą, który ostentacyjnie otworzył mu przed nosem.

– Mój klient, jak rozumiem, jest świadkiem w sprawie – zaczął adwokat. – Muszę państwa jednak uprzedzić, że wszystkie informacje, jakie zdołaliście uzyskać do momentu mojego przybycia, nie przedstawiają żadnej wartości.

Akademicka formułka, którą pewnie wypowiedziałby gładko zbudzony ze snu w środku nocy, pomyślał policjant, a głośno przyznał:

– Nic nie uzyskaliśmy. Pański klient nic nie pamięta. Wieczorem przewinęło się w lokalu mnóstwo ludzi, a on tu jest nowy.

– Panie komisarzu… – Zimny ton detektyw Mishy Noicken przerwał wyliczankę Waysa. Strofowany nie musiał się odwracać, by wiedzieć, że jego nowa partnerka nie jest nim w tej chwili specjalnie zachwycona. Czuł siłę jej karcącego spojrzenia na swoich plecach.

Ta niska, ruda małpa o bladej cerze i wiecznie drwiącym uśmiechu, który mógłby się znaleźć w czołówkach kampanii reklamowej producenta pasty do zębów, naprawdę działała mu na nerwy. Piegowata smarkula!

Milcząca obustronna pogarda zapanowała między nimi już od pierwszego dnia znajomości. Porucznik dał mu ostatnią szansę na rehabilitację, jeśli znacząco poprawi własne statystyki efektywności, a przede wszystkim zmieni swoje – jak to ujął przełożony – karygodne podejście do służby. Pomóc w powrocie na właściwe tory miała mu rzekomo współpraca z prymuską akademii w Avalon City, a później w Quantico.

Kiedy on ganiał za przestępcami, ona jeszcze bawiła się domkiem dla lalek, uświadamiał sobie w tych należących do rzadkości momentach, kiedy zastanawiał się nad tą zarozumiałą damulką dłużej niż kilkanaście sekund. Nie znosił jej; w ogóle nie znosił współpracować z ludźmi, ale Noicken nie cierpiał w sposób szczególny. Można to było przyrównać do swoistej reakcji alergicznej.

Pani geniusz najwyraźniej zamierzała go poinstruować, w jaki sposób powinno się prowadzić przesłuchanie świadka. Mógł się założyć, że była na tuzinach szkoleń dotyczących tego właśnie zagadnienia. Jest jednak coś w tym fachu, czego nie zapewni nawet najlepsza akademia. Intuicja, obycie w terenie i elastyczność. Doświadczenie można nabyć, były jednak takie cechy dobrego śledczego, z którymi – zdaniem Waysa – trzeba było się urodzić. Prymuska z pewnością nie była materiałem na dobrego glinę.

W tej konkretnej sytuacji nie zorientowała się, że świadek o wiele bardziej boi się swoich szefów niż policji. Komisarz miał absolutną pewność, że nic nie wskórają. Nagranie z monitoringu wskazywało na ochroniarza jako tego, który ostatni widział parę, gdy ta opuszczała zajmowaną kanapę. Nieboszczyków znaleziono trzy godziny później, nagich w „specjalnym pokoju” – jak to określano. Tajemnicą poliszynela był fakt, że Ester Club to miejsce spotkań amatorów seksprzygód z całego miasta. Przez całe lata dbano, by obyczajówka nie znalazła punktu zaczepienia – cały proceder był krystalicznie czysty.

Charles Ways pracował w wydziale zabójstw; inne dewiacje trapiące obywateli tego nieszczęśliwego miasta nie zajmowały go w najmniejszym stopniu. Komisarza interesowały wyłącznie ofiary i sprawcy. Tej nocy bez wątpienia coś musiało pójść nie tak – ktoś spanikował, wzywając ich za wcześnie.

I pojawił się Farage, mający polecenie zdusić ewentualny kryzys jeszcze w zarodku. Dostawał co miesiąc czek opiewający na sześciocyfrową sumę właśnie dlatego, że z niebywałą sprawnością potrafił osłaniać swoich mocodawców. Policjant mógł domniemywać, że komuś na górze mafijnej drabiny zależy na tym, by dobre imię jednego z bardziej dochodowych lokali w mieście pozostało nienaruszone.

– Mamy podejrzenie – podjął znużony – że w lokalu trwa ożywiony handel DP. W wyniku czego mamy dwoje zabitych.

– To wielkie nieszczęście, że zdarzył się tak odosobniony przypadek. Pragnę przypomnieć, że właściciele tego lokalu w pełni współpracują z DEA i policją.

Komisarzowi o miało nie wyrwało się westchnienie, gdy usłyszał:

– Nikt nie jest bardziej zdeterminowany, by wyciąć raka narkobiznesu, niż pan Maximiliano. Chcę z całą mocą zapewnić o naszej pełnej współpracy z organami ścigania. Jesteśmy do dyspozycji czy to DEA, czy Wydziału Zabójstw.

Teatralna pauza.

– Przyznam jednak szczerze, że jestem zdziwiony waszą obecnością tutaj – dokończył Farage, spoglądając z niezwykłą śmiałością prosto w oczy Charlesa Waysa.

– To było morderstwo. Schemat działania wskazuje na sekciarską organizację znaną jako Sigma – oświadczył komisarz, wytrzymując skupiony na sobie wzrok adwokata. – I ja znajdę tego fanatycznego dupka, który zamordował dwójkę ludzi, sprzedając im prochy. Zrobię to we współpracy z agentami DEA lub bez nich.

– Pan się nigdy nie zmieni, wieczny Brudny Harry – replikował Chris Farage, a kpiący uśmiech wykrzywił mu wargi. – Mój klient oczywiście pierwszy raz słyszy o wymienionej przez pana organizacji. Na terenie klubu panuje absolutny zakaz handlu substancjami niedozwolonymi.

– Reasumując, ten tutaj – policjant wskazał na przesłuchiwanego ochroniarza – nic nie widział, nic nie słyszał i najpewniej nie wie, że para, którą on widział jako ostatni, była naćpana aż po koniuszki uszu. Wydawałoby się, że praca dla jednego z największych gangsterów w tym mieście wymaga większej lotności umysłu.

Farage odpowiedział natychmiast.

– Odrażające pomówienia, na które nie ma nawet pół dowodu. Nie mogę wyjść z podziwu, dlaczego z moich podatków utrzymywani są tak niekompetentni stróże prawa. Zapowiadam, że złożę oficjalną skargę na sposób traktowania mojego klienta przez władze. Nieżyczliwa plotka głosi, że pańska kariera wisi na bardzo cienkim włosku, komisarzu.

– Nie zajmuję się plotkami – odparł zaatakowany lodowatym tonem.

Wpatrywali się w siebie intensywnie przez pełne dziesięć sekund, aż w końcu Ways odpuścił. Wstał i minął prawnika bez słowa. Dopiero kiedy znalazł się tuż przy Noicken, rzucił:

– Możesz przekazać Maximiliano, że jego gówniane interesy z Sigmą są bezpieczne. A kiedy już wyślesz mu tę radosną wiadomość… bądź tak dobry i spieprzaj stąd.

Pod palcami wyczuł przyjemnie chłodną okrągłą gałkę, mile kontrastującą z warknięciem Noicken:

– Co pan wyprawia, komisarzu?

Nie zaszczycił jej odpowiedzią. Przekręcił gałkę, kompletnie ignorując ostatnie szyderstwo Farage’a.

– Widzisz, Ways, dlatego nikt cię tu nie lubi!

Kiedy tylko znalazł się na korytarzu, odruch nałogowca wziął górę. Ze sfatygowanej kieszeni płaszcza wyciągnął zmiętoszonego papierosa. Ostatni, pomyślał z irytacją, kiedy ciepło bijące od krótkiego płomienia zapalniczki na ułamek sekundy ogrzało mu policzek. Zaciągnął się z lubością swym nikotynowym przysmakiem. Musiał zadzwonić. Jeszcze raz wsadził dłoń do kieszeni i wymacał smartfona. Numer wystukał z pamięci. Odebrano po czwartym sygnale.

– Musimy pogadać – rzucił do słuchawki. – Spotkajmy się za godzinę. Tak, tam gdzie zawsze. Pilne…

Anulował połączenie i ruszył do wyjścia. Ta popaprana noc się jeszcze nie skończyła. Na myśl o tym, co musi zrobić, poczuł zimny ucisk w żołądku.

***

Kulący się na wyłożonej białymi kafelkami podłodze mężczyzna jęczał z bólu. Energia do krzyków skończyła mu się jakiś czas temu. Krzesło, do którego był przykuty, zostało połamane w drzazgi. Po podłodze płynęła z wolna szkarłatna ciecz. Czterech mężczyzn przyglądało się pobitemu ze spokojem graniczącym z obojętnością.

Katowany człowiek spojrzał zapuchniętymi powiekami na swojego oprawcę. Nie widział już jednak beznamiętnego okrucieństwa wyzierającego z krystalicznie niebieskich oczu Tobiasa Bernaldellego.

Bernaldelli przeglądał się w kałuży krwi. Jego pociągła twarz z wysuniętym podbródkiem, otoczona długimi do ramion włosami, była karykaturalnie wykrzywiona. Zaczynał się pocić. Skafander budowlańca, który miał na sobie, nie przepuszczał powietrza i krępował ruchy. Strój miał właściwie same wady i tylko jedną niepodważalną zaletę – łatwość usuwania plam krwi.

Poczuł się zupełnie jak kiedyś. W czasach, kiedy przy użyciu całej swej bezwzględności, rozpychał się łokciami w sztywnej hierarchii Rodziny Burke. Od kilku lat był jednak drugim po Kapitanie. Cieszył się zatem płynącymi z tego tytułu przywilejami. Jeszcze czterdzieści osiem godzin temu do głowy by mu nie przyszło, że będzie musiał pobrudzić sobie ręce mokrą robotą.

Kiedyś, gdy powszechnie uważano go za sprzedajnego zaprzańca, który opuścił rodzinę Maximiliano, powierzano mu najbardziej parszywe zadania. Ale teraz? Był przecież zbyt ważny, by osobiście sprzątać nawet najgorszy bałagan! Polecenie wyszło jednak z samej góry. Miał ustalić, co stało się w porcie, zanim za ustalanie szczegółów zabiorą się te kolumbijskie dzikusy. Nalegano, by zjawił się w starej rzeźni osobiście.

Na jego oczach umierał ostatni z ludzi Di Ortte, któremu udało się wydostać z portu.

Bernaldelli nie widział sensu w wydanych mu rozkazach. Te zaś były makabrycznie jasne. Wszystko, co było związane z ostatnim transportem, miało zniknąć raz na zawsze.

Podobny dar raczej nie udobrucha Bractwa, a sytuację pogarszała tylko zbiorowa halucynacja ocalałych. Zamaskowany facet z japońskim mieczem w ręku przeszedł przez blisko czterdziestu świetnie uzbrojonych ludzi równie łatwo jak nóż wbijający się w masło. Obłęd!

Nieważne – liczyło się tylko to, że mógł uderzyć bezpośrednio w Di Ortte i na dodatek czynił to za wiedzą i zgodą swego protektora. Nienawidził tego złamasa i wzdrygał się na samą myśl o nim.

Całe to dziwne zamieszanie wokół transportu stworzyło mu okazję, na którą czekał tak długo. Mógł go w końcu dopaść i zaszlachtować jak wieprza. Przysiągł sobie, że nie zmarnuje takiej szansy. Zwołał ekipę i błyskawicznie wytropił rozproszone i przerażone pozostałości oddziału eskorty. Niestety, najcenniejsza zwierzyna zdążyła się ukryć.

Pewnie wypłynie gdzieś za jakiś czas, jak zwykle skryty za plecami George’a Maximiliano. Gówno zawsze wypływa na powierzchnię. Jeszcze kiedyś będzie mu dane odlać się na grobie Luca Di Ortte.

– Pytam grzecznie jeszcze raz – zaczął Bernaldelli, czując jak ogarnia go gniew.– Kto wysadził ten transport?!

– Zamaskowany… Z mieczem… Zabijał… – bełkotał ostatni pozostały przy życiu świadek. Przesłuchujący postąpił dwa kroki do przodu. Coś zachrzęściło mu pod butem. Zęby. Nie wiedział, czy należą akurat do człowieka, którego miał zamiar zabić. Skinął na jednego z towarzyszy. Ten usłużnie podał mu trzymaną w dłoniach siekierę. Zupełnie jak za starych, niekoniecznie dobrych czasów.

Krótki zamach i ostrze spotkało się z nieosłoniętym bransoletą kajdanek fragmentem nadgarstka. Potworny, pierwotny skowyt dręczonego człowieka zagłuszył wszystko. Trafił czysto, przecinając skórę, ścięgno i kość. Z oczu okaleczonego człowieka popłynęły łzy, niemal udławił się własnym językiem. Fale bólu odebrały mu świadomość. Ilość krwi wypływającej z miejsca, gdzie jeszcze chwilę wcześniej znajdowała się dłoń, była ogromna. Przesłuchiwany musiał umrzeć w ciągu najbliższych kilku minut.

– Posprzątajcie – wydał ostatni rozkaz i rzucił narzędzie zbrodni na podłogę. Ruszył do wyjścia, po drodze konstatując, że robi się już na to wszystko za stary.

Z ulgą zamienił roboczy strój na luźny czarny golf i przetarte jeansy. Odruchowo zerknął na swój nadgarstek, spodziewając się ujrzeć tam tarczę swojego ulubionego Schaffhausena. Zapomniał, że nie zabrał ze sobą zegarka na nocną wyprawę do rzeźni. W ogóle z trudem można w nim było rozpoznać praworządnego obywatela, za jakiego zwykł uchodzić w świetle dnia. W zamkniętym pomieszczeniu rozległ się pojedynczy strzał. Ostatnia egzekucja została wykonana. Koniec.

Bernaldelli załomotał do drzwi. Ostatni z jego pomagierów szybko je otworzył.

Noc, która spowijała świat, była równie mroczna jak jeszcze kilka godzin wcześniej. Włoch pracujący dla amerykańskiej mafii z lubością wciągnął powietrze w płuca i wzniósł oczy ku niebu. Samotna gwiazda zabłysła na nocnym niebie, niczym iskra rozpraszająca mrok.

Wibrowanie telefonu przywróciło gangstera do rzeczywistości. Rozpoznał numer, odebrał machinalnie i przyłożył aparat do ucha.

– Słucham? Gdzie? No dobra… Będę.

Połączenie zakończono. Jego goryl bez słowa ruszył w kierunku samochodu.

***

Czarny terenowy SUV zatrzymał się tuż przy krawężniku. Okolica była podła. Na granicy największej enklawy biedoty w mieście. Gdzie nie spojrzeć – nędza. Szemrany element z całego miasta: bezdomni, uliczne kurwy, obłąkani i tacy, którym w życiu zwyczajnie się nie poszczęściło.

Miejscowy lumpenproletariat doskonale wiedział, do kogo należy terenówka. Była nietykalna.

Przygarbiona, samotna postać nadeszła od południa. Kierowca rzucił krótkie spojrzenie we wsteczne lusterko. Wędrowiec zanurzony był w cieniu. Uliczna latarnia oczywiście nie działała.

– Przejdziesz się? – zaproponował Tobias Bernaldelli.

Ochroniarz natychmiast wysiadł i szybkim krokiem oddalił się od samochodu. Rozparty na tylnej kanapie właściciel pojazdu czekał cierpliwie. Bernaldelli nie przypominał sobie, by kiedyś odbywał spotkanie ze swoją wtyczką o tak niezwykłej porze.

– Witam, panie komisarzu – odezwał się, gdy jego gość zajął miejsce w fotelu pasażera.

Odpowiedzią była cisza.

– Nie ja chciałem się spotkać – przypomniał informatorowi gangster. Nade wszystko nie znosił marnowania czasu.

– Dwa trupy w Easter Club, wiesz coś o tym?

– Nic a nic. To jest zupełnie legalny lokal – odpowiedział Tobias Bernaldelli, szybko analizując nową sytuację. Nie miał pojęcia o niczym, co się stało w śródmieściu. Kolumbijczycy mieli absolutny priorytet.

– Na miłość boską! – wybuchnął rozmówca gangstera. – Przylepił się Farage. Cała sprawa śmierdzi na kilometr. Przypadkowe przedawkowanie i… bam! Pojawia się najlepszy prawnik w mieście ze swoją litanią paragrafów! Chcecie robić interesy z Sigmą? To trzymajcie ich za mordę! Nie będę sprzątał twojego burdelu, rozumiesz mnie?

– Rozumiem. Uspokój się, ludzie z Sigmy znają warunki… Tylko dawki, które nie będą ściągać nam na głowę twoich koleżków dwa razy w tygodniu. Zainteresowanie władz stanowczo nie służy interesom. Jeśli ktoś się połasił na większy szmal, ignorując polecenia…

– Powinien pójść do piachu! – Kolejny wybuch. – Noicken magluje waszego papugę i szybko mu nie odpuści.

– Zostanie ukarany – dokończył ze spokojem Bernaldelli. Jego wtyka zaczynała działać mu na nerwy. Postanowił jednak zachować spokój. Dzisiejszej nocy już raz stracił nad sobą panowanie. O jeden raz za dużo.

– Udowodniłeś, że jesteś wart forsy, którą ci płacę. Posprzątamy bałagan, a ty dalej będziesz mógł grać swoją ulubioną rolę dobrego gliniarza.

– Nie przeginaj… – zaczął tamten.

– To ty nie przeginaj! – Bernaldelli nie pozwolił mu dokończyć. – Pamiętaj, że smycz, na której chadzają wierne mi kundle, jest bardzo krótka.

Potajemne spotkanie zakończyło się w momencie, gdy wypchana dolarami koperta przeszła z ręki do ręki. Kiedy gangster został sam, pogrążył się w rozmyślaniach. Nie mógł się uwolnić od prostego, ale natarczywie powracającego pytania: co tu się, kurwa, dzieje?

Avalon City, 7:30, STILLCOM Tower

Raport przedstawiający roczne wydatki Pentagonu składa się z kilku tysięcy stron. Kolumny cyfr ciągną się w nieskończoność. Każdy dolar pochodzący z kieszeni amerykańskiego podatnika ma swoje miejsce w bezkresnym oceanie liczb.

Uwagę wszystkich przyciągają wydatki na sektor wojskowy. Politycy obu partii prześcigają się w rozmaitych interpretacjach stanu armii i sposobu wydatkowania pieniędzy na ogólnie pojęte bezpieczeństwo narodowe. W cieniu tej bardzo medialnej telenoweli znikają wydatki na rozmaite sprzęty biurowe, bez których żaden urzędnik świata nie może funkcjonować. Nikogo nie obchodzi też zamówienie na papierowe kubki warte dwa i pół miliona dolarów czy zakup transzy telewizorów najnowszej generacji wartych pięć milionów.

Uważny obserwator popuka się w czoło, czytając o pracach naukowych na temat kierunku pływania pewnego gatunku łososia, mających rzekomo ważkie znaczenie dla obronności kraju. Na podobnie ekstrawaganckie projekty przeznacza się rokrocznie miliardy dolarów. Mało kto wie, że blisko połowa z nich nigdy nie wyjdzie poza fazę koncepcji. Dokłada się wszelkich starań, by wykazać stały progres w badaniach, których nikt nie prowadzi.

Takie działania mają jasno określony cel. Zgromadzić środki na operacje specjalne pozostające poza ewidencją Kongresu, a nawet poza tak zwanym Czarnym Budżetem. Stanowi on źródło finansowania lwiej części wszystkich tajnych operacji prowadzonych przez USA w każdym zakątku świata. Z tej puli korzysta CIA, NSA i każda inna agencja rządowa mogąca prowadzić działania operacyjne.

Pentagon również jest beneficjentem tych środków. Jednak dynamicznie rozwijająca się sytuacja geopolityczna skłoniła grupę najbardziej wpływowych oficjeli do stworzenia autonomicznego źródła finansowania tajnych operacji. Wygospodarowano środki pozostające poza audytem jakiejkolwiek komisji Kongresu. Początkowo sumy zasilające ten bardzo nieoficjalny fundusz nie powalały na kolana.

Wielkości transferowanych środków rosły jednak w astronomicznym tempie. Z czasem zgromadzony kapitał stał się filarem finansowania kilku programów mających strategiczne znaczenie zarówno dla wojska, jak i wywiadu.

Jedną z placówek stworzonych przez ludzi z Pentagonu był STILLCOM. Oficjalnie jedna z wielu firm produkujących podzespoły na zamówienie lotnictwa i marynarki. Niewielu z ponad dwóch i pół tysiąca pracowników zdawało sobie sprawę z fasadowego charakteru przedsięwzięcia.

Thelonius Lincoln Bergeron – pełniący funkcję prezesa firmy – był w pełni świadomy prawdziwego charakteru instytucji, którą kierował. Krzepki sześćdziesięciolatek szybkim krokiem przemierzył rozległy hol. Krok miał pewny, chociaż wspierał się na prostej, drewnianej lasce zakończonej okrągłą główką. Żaden z czterech obecnych przy wejściu ochroniarzy nie dopełnił obowiązujących procedur, nie poprosił o dokumenty. Zamiast tego któryś z nich wystukał na klawiaturze krótką komendę.

Prywatna winda prezesa ruszyła. Kilkanaście sekund później był już w wyłożonej orzechową boazerią, jasno oświetlonej kabinie. Wdusił kciukiem przycisk z numerem trzynaście. Odwrócił się i spojrzał w wiszące przed nim duże lustro.

Patrzył na szczupłego mężczyznę o brązowych oczach, siwych włosach i ostrych rysach twarzy. Mimo wyraźnie zarysowanej siateczki zmarszczek na własnym obliczu wciąż potrafił dostrzec cienie dawnej urody. Urody, która przeminęła bezpowrotnie. Z tamtych czasów niezmieniony pozostał tylko trudny do zinterpretowania grymas na twarzy – będący manifestacją ni to pogardy, ni to zadowolenia.

Zanim winda dotarła do celu, Bergeron starannie wygłodził poły kremowej marynarki, obrzucił krytycznym spojrzeniem świeżo zaprasowane nogawki spodni i uznał, że ewentualnie mogą być. Prawą ręką poprawił jeszcze niewymagający poprawy węzeł wiśniowego krawata i wyszedł z kabiny.

Jego biuro było przestronne i wygodne. Starannie wysprzątane biurko – bez śladu pyłku na orzechowym blacie, nowoczesny komputer, obrotowy fotel z wysokim oparciem i masywnymi poręczami. Lubił w nim odpoczywać. Często zdarzyło mu się po prostu siedzieć i napawać się widokiem rozciągającym się za oknem. Lokalizacja gabinetu stwarzała mu możliwość podziwiania supernowoczesnej budowli Ratusza Miejskiego z zupełnie wyjątkowej perspektywy. Rozłożysty gmach z czarnego marmuru znajdował się w tak zwanym dystrykcie administracyjnym. Urzędując na wysokości trzynastego piętra, mógł obserwować oazę zieleni wyrosłej pośród morza betonu i stali. Ten widok uspokajał, pozwalał zebrać myśli.

Tego ranka nie było jednak na to czasu. Wypadki toczyły się zbyt dynamicznie.

Bergeron zasiadł za biurkiem i włożył kartę magnetyczną do szczeliny zainstalowanego w biurku terminalu. System bezpieczeństwa potwierdził tożsamość, weryfikując jego status jako aktywny. Interkom zaczął wibrować niemal natychmiast. Wdusił przycisk, zezwalając na połączenie.

– Panie Bergeron. – Głos jego sekretarki Marthy lekko drżał. Mimo kilku lat współpracy nie potrafiła całkowicie swobodnie rozmawiać ze swoim przełożonym. – Pilna narada w Białym Domu za trzydzieści minut. Nalegają na pańską obecność.

– Zorganizuj mi telekonferencję – rzucił bez namysłu. – I od razu zapowiedz, że się spóźnię, dość znacznie spóźnię.

Zakończył rozmowę, nie czekając na nadejście odpowiedzi. Miał pewność, że polecenie zostanie wykonane.

Ponownie wsiadł do windy, wydobył z kieszeni niewielki klucz, zawieszony na cienkim łańcuszku i wcisnął go w przeznaczony otwór, umiejscowiony tuż pod panelem z numerami pięter. Przekręcenie kluczyka powodowało odsłonięcie zmyślnie wbudowanego w boazerię czytnika linii papilarnych. Pozytywna weryfikacja odcisku kciuka umożliwiła jazdę na poziom minus jeden. Poziom, którego nie było.

Oficjalne plany STILLCOM Tower nie wspominały o istnieniu tego miejsca. Jednak to właśnie tam, w przepastnych podziemiach, mieściło się to, co naprawdę istotne. Zbrojownia – pomieszczenie wielkością dorównujące hangarowi lotniczemu – była wypełniona od podłogi aż po sufit. Imponujący arsenał wystarczyłby za wyposażenie dywizji dowolnej armii świata.

Jeśli faktycznie zaszłaby taka konieczność, owa dywizja dysponowałaby najnowszymi wytworami ludzkiej myśli technicznej. Zarówno w zakresie informatycznym i logistycznym, jak i siły uderzenia ciężko było o sprzęt lepszej jakości. W rzeczywistości jednak całość sił, jakie oddano pod rozkazy Bergerona, była liczebnie zbliżona do rozmiarów batalionu. W skład tej elitarnej jednostki wchodzili starannie wyselekcjonowani i świetnie wyszkoleni żołnierze.

Wuj Sam dołożył wszelkich starań, by pracowało im się możliwie komfortowo. Do ich użytku oddano cały podziemny kompleks, z salą odpraw, gabinetami starszych stopniem członków zespołu i ambulatorium. Właśnie do tego ostatniego miejsca skierował swoje kroki Bergeron.

Przemierzał długie korytarze wyłożone białymi, odbijającymi wszelkie rodzaje fal panelami. Instalacja jakiejkolwiek aparatury inwigilującej na poziomie minus jeden graniczyła z cudem. Podziemia STILLCOM Tower zaprojektowano według identycznych standardów, co bunkry mające chronić najwyższych oficjeli w państwie z prezydentem na czele. Poziom minus jeden był osłonięty przez kilkadziesiąt ułożonych naprzemiennie warstw ołowiu i specjalnie wzmacnianego gatunku stali Przebywający w tym miejscu ludzie byli w stanie przetrwać atak nuklearny, chemiczny i biologiczny.

Masywne stalowe drzwi ustąpiły przed nim z cichym sykiem. Ambulatorium było pomieszczeniem tak samo przestronnym i pozbawionym wyrazu jak większość tutejszych. Białe ściany pozbawione okien upodabniały to miejsce do izolatki w szpitalu dla umysłowo chorych. Jednak w drzwiach pozostawiono klamki, a gdzieś pod wysokim sufitem miarowo huczał duży wentylator. Temperatura w tym miejscu utrzymywała się na stałym poziomie zera stopni Celsjusza. Wszystko po to, by odpowiednio zabezpieczyć zapasy krwi, składowane w nowoczesnych zamrażarkach stojących równym rzędem pod ścianą.

Sprzętu medycznego było pod dostatkiem: respirator, zestawy do defibrylacji i udzielania pierwszej pomocy, a także pełen zestaw narzędzi chirurgicznych, umożliwiający w razie konieczności wykonanie bardziej złożonych zabiegów. Wyglądało na to, że jeden z całej palety sterylnie czystych skalpeli służył właśnie dość prymitywnym celom.

Zszywano pacjenta. Doktor Chris Lee był jedynym zatrudnionym w projekcie lekarzem na stałym etacie. Specjalizacja czterdziestosiedmioletniego potomka chińskich imigrantów raczej nie obejmowała swym zakresem podobnych zadań. Wyglądało jednak na to, że Lee, mimo że ostatnie piętnaście lat swojej kariery zawodowej poświecił na pracę akademicką i badawczą, wciąż pamiętał podstawowe prawidła sztuki.

No, może nie takie zupełnie podstawowe, poprawił się w myślach Bergeron.

Świeża czerwona blizna ciągnąca się na wysokości piątego i szóstego żebra wyglądała paskudnie. Wiedział z lektury raportu przedstawionego mu po misji, że jest to ślad po ciosie nożem. Sprawa początkowo wydawała się dość błaha. Dokładniejsze oględziny niespodziewanie wykazały obfity krwotok wewnętrzny.

Nikt nie spodziewał się, że zdolność do regeneracji Obiektu zostanie tak szybko poddana próbie. Do tej pory była to jedynie teoria, oparta zresztą na bardzo niepewnych przesłankach. Ciało wyleczyło się samo w nadzwyczajny sposób. Została tylko ta blizna.

Kilkanaście szwów było w zasadzie czystą formalnością – być może nawet przesadzali z ostrożnością, ale nie zamierzał podejmować zbędnego ryzyka. Nie teraz, gdy wreszcie zaczęli działać.

Lee w końcu skończył szyć pacjenta, skinął Bergeronowi głową i wyszedł, nie wypowiedziawszy ani słowa.

– Dobrze się spisałeś, nawet bardzo dobrze. – Ton głosu dowódcy był wyprany z jakichkolwiek emocji.

Obdarzony pochwałą mężczyzna spojrzał na niego natychmiast. Nie odznaczał się niczym szczególnym, chociaż bez cienia wątpliwości można go było uznać za przystojnego. Sylwetka atlety i stal spojrzenia zdradzały człowieka nawykłego do dyscypliny i ciężkiej pracy. Poza tym niczym specjalnym się nie wyróżniał. Bergeron znał jego historię w najdrobniejszych szczegółach. Człowiek, który tak długo żył w mroku tajnych operacji, że postanowiono go uśmiercić. Wcześniej jednak miał wykonać swoją ostatnią misję i wtedy wszystko się skomplikowało…

Po tamtych wydarzeniach rząd USA objął go ochroną. Rozpoczął od nowa. Dostał nową tożsamość, a wraz z nią propozycję nie do odrzucenia.

– Nie wiedzą, co ich trafiło. Wszystko wygląda dobrze. Di Ortte nawiał, ale nie jego miałem łapać. Chciał pan, żebym zaprezentował swoje możliwości – uśmiechnął się bez śladu radości.

Bergeron skrupulatnie odnotował, że Obiekt zacytował ostatnie zdanie z odprawy poprzedzającej wycieczkę do portu: „Musisz zaprezentować swoje możliwości, sprawdzić się w ogniu walki.” Najbardziej niezwykłego żołnierza w historii armii nie dało się zwyczajnie przetestować na poligonowych ćwiczeniach. On potrzebował wroga z krwi i kości. Władający miastem mafiosi aż prosili się o nauczkę.

Avalon City miało stanowić bazę dla całego projektu. Kilku zakapiorów musiało dostać mocno po głowie, żeby można było się tu bezpiecznie zainstalować.

– Twoja pierwsza akcja doprowadziła do zniszczenia dużej partii DP i zdrowo namieszała w ich szeregach. Musimy jednak zakładać, że nasze działania przy całej swej spektakularności pozostawiły po sobie ledwie rysę. Głęboką, przyznaję, ale łatwą do zasklepienia. Cała Wielka Czwórka ma dość pieniędzy i władzy, żeby przezwyciężyć kryzys. Drugie uderzenie jest koniecznością.

– Mieszanie w interesach mafii jest całkiem zajmujące, ale czy nie mieliśmy oddziaływać na sytuację w szerszej perspektywie? Na razie strąciliśmy kilka pionków, którymi normalnie zajmuje się FBI. Na Ukrainie ktoś zastrzelił prezydenta. Nie powinienem być teraz w samolocie do Kijowa?

– Panujemy nad sytuacją, nie ma sensu się w to mieszać – skłamał gładko Bergeron i rozpoczął standardową odprawę: – Twoim drugim celem jest Alfredo Ocha. Interpol wiązał go przez wiele lat z narkobiznesem. Krótko po wejściu DP na rynek Ocha przeszedł metamorfozę. Do niedawna wierzyliśmy, że nie wytrzymał konkurencji i odszedł z interesu. Informator FBI dostarczył nam dowodów na jego całkiem świeżą kryminalną aktywność.

Ów tajemniczy informator, będący blisko największych graczy w tym biznesie, odkrył przed stróżami prawa wiele mrocznych tajemnic. Największa z nich było niewątpliwie istnienie Bractwa oraz zdemaskowanie Jorge Domeneza.

– „Młot” ostatnio sporo pracuje, jeśli uderzymy ponownie w kogoś z samej góry, mogą pododawać dwa do dwóch. Federalni już na cmentarzu nie wyglądali na szczególnie uradowanych. Kolejna rozróba uświadomi naszym przyjaciołom obecność szczura w spiżarni. Wystawimy im naszego agenta jak na patelni, jeśli uderzę zbyt szybko i zbyt precyzyjnie – stwierdził.

Bergeron wiedział, że jego podwładny ma słuszność. Dekonspiracja agenta o pseudonimie „Młot” stawała się wielce prawdopodobna. Problem był poważny.

Gdyby nie wysiłki tego agenta byliby zapewne po dziś dzień nieświadomi istnienia Bractwa, a także wielu niemal niewidocznych nici, bardzo subtelnie ze sobą powiązanych.

Szczęśliwa passa kreta w szeregach wroga szybko dobiegnie końca, jeśli wykonają następne zadanie. Bergeron nie miał wątpliwości, że na skutek ich działań w tym lesie zepsucia, jakim było Avalon City, pojawi się iskra. Iskra, która wznieci oczyszczający miasto pożar.

Avalon City, 21:00, „Różany Dwór”

Carla Scalii była podenerwowana przeciągającym się oczekiwaniem. Wszystko w ostatnim czasie szło niezgodnie z planem. Interesy przybierały bardzo zły obrót. Straciła ogromną ilość towaru. Przyszłość bynajmniej nie rysowała się w kolorowych barwach. Kolumbijczycy, owszem, byli wściekli na wszystkie cztery Wielkie Rodziny, ale to konto Scallich najmocniej obciążała niedawna wpadka.

Przebieraniec, kurwa jego mać, myślała z wściekłością. Miała ochotę kogoś zabić. Nie przywykła do przegrywania, nie przywykła do uciekania. A teraz musiała przejść do bardzo głębokiej defensywy.

Ukrywała się w „Różanym Dworze” – rodowej siedzibie Scallich, stylizowanej na średniowieczny zamek. Budowla liczyła sobie co prawda tylko sto lat, ale grube kamienne mury, dwie strzeliste wieże i fakt, że z trzech stron otaczała ją woda oddziaływały na ludzką wyobraźnię. Z tego powodu krążyło o tym miejscu wiele ponurych opowieści. Niektóre z nich były zresztą prawdziwe.

Jestem jak szczur w oblężonej warowni – kolejna ponura myśl. A przecież byłam tak potężna. Bali się mnie, szanowali i podziwiali. Teraz chcą mojej śmierci – im bardziej bolesnej, tym lepiej. Wyraźnie widziała nadciągające zagrożenie. Poważyli się podnieść rękę na jej ludzi – sześć tygodni temu przepadło pięciu, którym udało się ujść z życiem tamtej nocy w porcie. Ona musiała być następna na liście.

Jako najmłodsza córka Brunona Scalli niespodziewanie przejęła kontrolę nad interesami umierającego na złośliwy nowotwór trzustki ojca. W wieku zaledwie dwudziestu lat stała się głową mafijnej organizacji budowanej z mozołem przez pełne cztery pokolenia.

Ostatnie kilka miesięcy spędzone z będącym u kresu życia ojcem wiele ją nauczyły. Był jej mistrzem, doradcą i powiernikiem. Nawet przykuty do łóżka w Avalon Hospital nie stracił nic z dawnej bystrości i bezwzględności.

Brunon i Carla rozegrali razem mistrzowską partię, bezwzględnie likwidując całą konkurencję do schedy po zmarłym. Lider w Rodzinie może być tylko jeden. Przywódca musi być niekwestionowany.

Czasem jeszcze Carla przypominała sobie moment, w którym osobiście wymierzyła zasłużoną karę największemu z rywali do spuścizny po ukochanym ojcu – kuzynowi Felipe. Stała nad nim, tak zmaltretowanym, że nie był w stanie klęczeć o własnych siłach. Na kolana dźwignęli go wtedy dwaj muskularni żołnierze jej ojca. Carla spokojnie obserwowała swojego kuzyna, wprawnymi ruchami dokręcając tłumik pistoletu. Patrzyła mu prosto w oczy.

Była zaszokowana własnymi reakcjami – perspektywa nadchodzącej egzekucji działała na nią niezwykle… pobudzająco. Po kręgosłupie co chwila przebiegały jej dreszcze, na czole perliły się kropelki potu, a wzrok diametralnie się wyostrzył, rejestrując każdą zmianę w mimice ofiary. Najwspanialszym ze wszystkich bodźców było uczucie ciepła skumulowanego gdzieś w okolicach podbrzusza. Doznanie było tak intensywne i nowe, że Carla bezwiednie stanęła w dość szerokim rozkroku. Irytujące, ale zarazem bardzo przyjemne uczucie wzmogło się natychmiast.

Unosząc gotową do użycia broń na wysokość oczu, dziewczyna poczuła, jak szybko wypływa z niej wilgoć, rozlewając się po udach. W ostatnim momencie przed naciśnięciem spustu oparła się pokusie, by skierować między nie wolną dłoń i zaspokoić się dotykiem.

Słaniała się na nogach. Miała nadzieję, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Rozległ się pojedynczy strzał, nie głośniejszy od kaszlnięcia – zmaltretowane ciało jej kuzyna odleciało z gwałtownym łoskotem do tyłu. Na betonowej posadzce szybko rosła ciemna kałuża. Jeszcze lufa pistoletu nie zdążyła ostygnąć, gdy Carla odwróciła się gwałtownie w stronę drzwi. Niemal wybiegła z tamtej ponurej piwnicy, stukając przy tym obcasami.

Znalazłszy się w pierwszym pokoju z łóżkiem, rzuciła się na nie i bez skrępowania zsunęła spódniczkę – stanowiącą dół czarnego kompletu – aż do kostek. Bielizna ociekała wylewającymi się z waginy sokami. Było ich tak dużo, że białe majtki zmieniły swój kolor na beżowy. Tym również się nie przejęła – pozbyła się ich szybko i sprawnie.

Zagradzały jej dostęp do wyczekującej uwagi kobiecości.

W końcu dotknęła swoich warg sromowych, dając sobie kilka sekund tak bardzo pożądanej ulgi. Niemal się zdziwiła, że nie doszła pod wpływem pierwszych desperacko zachłannych pieszczot. Kółeczka, gwałtowne pocieranie łechtaczki, powiększonej i twardej jak jeszcze nigdy dotąd, nawet wniknięcie do środka dwóch zwinnych palców nie dało żądanych rezultatów. Orgazm nie nadchodził.

Cieszyła się z tego. Mogła pozostawać obłędnie mokra, napalona, kontynuować swoje szaleństwo. Delektowała się własnymi emocjami. Zatraciła się całkowicie.

Jęczała. Jęczała długo i głośno, jednocześnie miarowymi ruchami palców rozpychając ciasność swojej kobiecości. W wyobraźni pieprzyła się w najdzikszych konfiguracjach z mężczyznami bez konkretnych twarzy, ale za to o sterczących dumnie członkach. Ona była tą, której pożądali. Była tą, w którą chcieli się spuścić. Czuła ich wyraźnie, kiedy tylko zamknęła oczy. Pieprzyli się z nią jeden po drugim.

Wiedziała, że już długo nie wytrzyma…

Ekstaza nadeszła przy czterech palcach zanurzonych w jej pochwie, możliwie najgłębiej, jak się dało. „Kurwa” było słowem, które wyrwało się z jej ust na moment przed upragnionym szczytem. Szczytem, którego jeszcze nigdy nie zdobyła z takim impetem.

Skurcz pochwy przez kilka długich sekund boleśnie miażdżył jej palce. Ta jej prywatna wyprawa w inny świat była czymś wspaniałym. Ledwie zachowała świadomość, gwałtownie uniosła pośladki i rozrzuciła kolana szeroko na boki. Kiedy było już po wszystkim, oblizała końcówki palców z miłosnych soków. Dokładnie i lubieżnie. Na nic więcej nie miała sił, emocji było zbyt wiele. Smakowała słodko, z lekko kwaśną nutą – zupełnie nie skażona mordem, którego przed chwilą dokonała.

Po pięciu latach, jakie upłynęły od tamtej wewnątrzrodzinnej wojny, znała uczucie podobnej ekscytacji aż za dobrze. Jednak do tego swoistego pierwszego razu miała ogromny sentyment. Samo nawet wspomnienie owych chwil w bezimiennym pokoju owocowało dziwnym łaskotaniem okolic krocza.

Moment na takie przyjemne wspomnienia był jednak bardzo nieodpowiedni.

Znalazła się pod ścianą, otoczona przez drapieżne stado złożone z lwów oraz szakali. Wszyscy chcieli zatopić kły w jej gardle, chłeptać krew sączącą się z truchła. Udała się po pomoc, wykorzystując ostatnią dostępną opcję. Czy na pewno dostępną? Nie wiadomo.

On zawsze pracuje sam i nikt nie potrafi go wytropić. Słynie w pewnych kręgach ze swej diabelskiej skuteczności. To, czego dokonał w Kijowie, było niesamowite, a jeśli wierzyć plotkom, był to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Nie miała nawet pewności, czy zapukała do właściwych drzwi. Czy zechce odpowiedzieć na jej ofertę? Pewnie nie dziś…

Zrezygnowana spojrzała w duże lustro stojące nieopodal łóżka. Niewysoka brunetka o fikuśnie zaczesanych do góry, błyszczących włosach i ciemnej cerze – spadku po przodkach wywodzących się z dalekiej Sycylii – wydawała się być równie wyniosła, co piękna. Swą urodę umiała zaś znakomicie podkreślić. Sznurowany na plecach gorset odsłaniał tylko skrawki jej nagiego, idealnie płaskiego brzucha. Projektant przemyślał perfidnie każde wcięcie, aby przypadkiem nie odsłonić za dużo. Wspaniałości jej idealnie proporcjonalnej figury miały być odkrywane nieznośnie powoli.

Misterny gorset uwypuklał krągłość piersi, unosząc je jeszcze dodatkowo ku górze. Carla Scalli z pewnością nie potrzebowała takiego wspomagania, by zachwycać i kusić bujnością kształtów. Lubiła jednak bawić się myślą, że w tym stroju przypomina którąś ze znanych z domowej kolekcji obrazów arystokratek.

Na długie nogi wciągnęła cieliste pończochy, kończące się jakieś dziesięć centymetrów przed biodrem przytrzymującymi je żabkami. Butów nie założyła. Usta potraktowała wściekłą czerwienią pomadki.

Wiedziała, że nie ma powodu, by ubierać się tak wyzywająco we własnej sypialni w jakiś pospolity wieczór. Zwłaszcza kiedy nie miała przy sobie mężczyzny. Mała armia ochroniarzy strzegących posiadłości się nie liczyła – oni przecież nie mieli prawa komentować niczego, co mogliby zobaczyć.

Carla wpatrywała się w odbicie swoich własnych oczu. W morzu brązu igrały dziwne błyski znamionujące wrodzoną hardość, a jednocześnie będące dowodem na pojawienie się całkiem nowych niepokojów.

Powoli opanowywała ją senność i nawet Charles Aznavour wykonujący jedną ze swoich słynnych miłosnych ballad nie był w stanie jej odpędzić.

Z wartych małą fortunę głośników sączyło się:

Depuis longtemps mon coeur

Etait à la retraite

Et Ne pensait jamais

Devoir Se réveiller

Mais Au son de ta voix

J’ai relevé la tête

Et l’amour m’a repris

Avant que d’y penser.

Zgasło światło, muzyka umilkła.

Egipskie ciemności były czymś tak niespodziewanym, że gdy światło znów się zapaliło, nie zdążyła nawet drgnąć. Aznavour wciąż milczał. Gdzieś za sobą Carla usłyszała charakterystyczne kliknięcie. Nie musiała się odwracać, żeby dosłyszeć wypowiadane półgłosem zdania:

– Wiesz, co to jest. Twój osobisty ochroniarz właśnie leży pod drzwiami z paskudnie przestrzeloną tętnicą szyjną. Pożyje maksymalnie pięć minut. I to będzie akt łaski. Na twoim miejscu zacząłbym się bać…

„Scalli nigdy nie tracą zimnej głowy” – ta mądrość zaczerpnięta z familijnego motta bardzo się teraz przydała.

– Naprawdę jesteś najlepszy – powiedziała tylko.

– Tak, jestem najlepszym płatnym mordercą świata. A przynajmniej tak mówią.

Spokój w męskim głosie mógł przerażać. Nie odczuwała jednak lęku. Wiedziała, że jeśli ma zginąć, to zginie. Drzwi ryglowała osobiście. Byli odcięci.

– Darujmy sobie straszenie. Jestem potencjalnym klientem…

– Stawka za głowę rodziny Scalli wynosi pięćdziesiąt milionów, twoja oferta również opiewa na podobne kwoty. Złożyłaś jednak swoją zdecydowanie później.

Carla Scalli potrzebowała dłuższej chwili, by sens wypowiedzianych przed chwilą słów dotarł do jej świadomości. Oferta za jej głowę została złożona jeszcze przed feralnymi wydarzeniami w porcie. Przed kolumbijskim zamieszaniem… Zdradzono mnie, uświadomiła sobie, a furia, która zawrzała w jej żyłach, spowodowała fizyczny ból.

Kobieta wstała gwałtownie, zrywając się do biegu. Był niewiarygodnie szybki, dopadł ją z dziecinną łatwością. Lufa wbita w kręgosłup miała zapewne działać dyscyplinująco – kilka węzłów wiązania gorsetu nie wytrzymało podobnej gwałtowności. Górna część jej pleców została odkryta.

Nagły impuls przeszył ciało Carli. Bezpośrednie zagrożenie, łatwość, z jaką ten skurwysyn się tu dostał oraz władza, jaką nad nią posiadał, to były składniki śmiertelnie niebezpiecznego koktajlu. Fala gorąca uderzyła w nią z pełną mocą. Irracjonalne, natychmiastowe podniecenie. Wilgoć i ta chorobliwie niebezpieczna ekscytacja. Tak niewiarygodnie silna, że aż nie do odparcia. Była absolutnie pewna, że miejsce u złączenia jej ud stało się irytująco wilgotne. Nie powinna tak odbierać tej całej sytuacji! Nie miała prawa…

Lufa pistoletu zjechała wzdłuż kręgów, pozostawiając gęsią skórkę w miejscach, których dotknęła. Namacalny i wstydliwy dowód jej podniecenia.

Kolejne zaczepy gorsetu puszczały – niżej, coraz niżej, aż krągłość pośladków ukazała się oczom mężczyzny w całej okazałości. Nie była pewna, czy najemny zabójca w ogóle zwrócił na to uwagę. Bała się odwrócić.

– Brawo, mój rycerzu – wychrypiała słabo głosem, który zabrzmiał obco. – Dostałeś się tutaj tak łatwo… Masz mnie, możesz mnie zabić lub zrobić cokolwiek tylko zapragniesz. Kwestia ceny.

Cena go nie obchodziła. Pozwolono mu negocjować w taki sposób, jaki uzna za najwłaściwszy. Otwarta postawa tej kobiety utwierdziła go w przekonaniu, że przyjście tutaj było znakomitym pomysłem. W trakcie negocjacji warto przecież poznać oferty wszystkich uczestniczących w nich stron. A Carla Scalli właśnie przedkładała mu swoją ofertę.

– Jesteśmy całkiem sami, możemy… negocjować – zapewniła.

Lufa zjechała w dół, a szefowa włoskiej mafii w Avalon City instynktownie rozstawiła nogi. Materiał skrywający jej najintymniejsze miejsce został odsunięty. Nie wiedziała, jakim rodzajem broni dysponuje stojący za nią zabójca. Bezwiednie pochyliła się do przodu, wysuwając biodra w jego stronę, część ciężaru ciała oparłszy na rękach. Lufa okazała się idealnych rozmiarów – była jakby stworzona do tego nie do końca typowego zadania.

Naparł na nią.

Solidny kawał metalu wdarł się w jej wnętrze. Ból niemal odebrał jej świadomość. Gwiazdy zawirowały brunetce przed oczami. Ból, rozkosz, ból, krzyk. Poczuła, jak broń wdziera się w nią na całą głębokość. Obłęd! Bezwiednie pochyliła się do przodu, wysuwając biodra jeszcze mocniej w jego stronę.

Lufa wypełniała ją zupełnie, tak jak nigdy nie zrobił tego żaden, nawet największy mężczyzna. Przód, tył, przód, tył. Kilkanaście, a może kilkadziesiąt ruchów wykonanych z różną siłą i pod rozmaitymi kątami. Była posuwana narzędziem do zabijania i podobało jej się to. Za każdy centymetr, jaki w nią wchodził, płaciła bólem, w zamian otrzymując nieznaną dotąd, ekstremalną rozkosz.

– O cholera! Nie przestawaj, nie waż się… Ty skurwysynuuuu!

Do oślepionej bólem i rozkoszą świadomości kobiety z trudem docierało, że miotając obelgi dosłownie balansuje na granicy życia i śmierci. Jeden delikatny ruch palca na spuście, a jej koniec będzie straszny.

Ruchy lufy w jej wnętrzu nie miały nic wspólnego z delikatnością – były brutalne, posuwiste i głębokie. Słowa, które słyszała tuż przy swoim uchu, tylko pogarszały sytuację:

– Ależ jesteś napalona, Scalli. Cała płoniesz… Jak gorliwa włoska kurwa, pozornie cnotliwa, a czekająca tylko na okazję, żeby rozłożyć nogi. A ciało to ty masz… – Wszystkie te sprośności samiec wypowiadał nawet o ton nie podnosząc głosu. Perfekcyjnie nad sobą panował. Jego druga dłoń buszowała po podbrzuszu Carli, niemal pozbawiając ją tchu.

Miał takie duże sprawne dłonie, obdarzone niszczycielską siłą. Torując sobie drogę ku łechtaczce, bez najmniejszego trudu oderwał spory pas materiału z jej seksownego gorsetu. Kiedy jego palce dotarły do tego niezwykle czułego punktu, niemal doszła.

Dotykał ją z taką wprawą, jakby doskonale wiedział, w którym momencie musi być ostry, a kiedy ma zwolnić. Ta swoista arytmia działań była dla kobiety dodatkową torturą.

Cały czas mówił, co doprowadzało ją na skraj fizycznej wytrzymałości.

– A jeśli pozwolę ci dojść, a później cię zabiję? Krzyczysz, gdy szczytujesz, prawda, Scalli? Chcę, żebyś była głośna, dziwko. Podniecają mnie takie, które pokazują jak im dobrze, zanim je zabiję. Gdzie mam cię zerżnąć na koniec? W usta? Czy może w tę twoją zgrabną dupę?

Na chwilę przestał w nią wtłaczać grzeszne wizję. Zanurzył język we wnętrzu jej małżowiny, liżąc ją dokładnie.

Broń umieszczona wewnątrz jej kobiecości zaczęła poruszać się z jeszcze większą gwałtownością. Im bliżej było końca, tym mocniej protestowała. Czyniła to jednak bardzo nieskładnie, zresztą, nie miała żadnej przewagi. Mogła tylko błagać.

– Nie chcę tak! Chcę… Chcę żywego!

Naprawdę tego pragnęła. W tej chwili zależało jej na tym bardziej niż na zachowaniu życia.

Nie spełnił rozpaczliwej prośby. Mimo to siła orgazmu zwaliła ją z nóg, odbierając przytomność umysłu. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętała, był jej własny krzyk, kiedy to manifestowała światu potęgę własnej rozkoszy. Pojawiło się cudowne i zarazem straszne uczucie pustki gdzieś w dole brzucha. Pistoletowa lufa wycofała się z jej zmaltretowanego łona.

Kiedy odzyskała przytomność, przez długą chwilę leżała po prostu bez ruchu. Było jej tak wspaniale, jak jeszcze nigdy. Wiedziała, że zaraz wszystko się skończy. Praktycznie już była martwa. W tle znów leciał Aznavour. Kwieciste francuskie zdania docierały do jej uszu, klarowność melodii tonowała emocje.

Nie boję się śmierci, powtarzała sobie w myślach. Taka jest cena życia na krawędzi.

Carla usłyszała drugie tego wieczoru kliknięcie. Bez udziału świadomości odwróciła się na wznak. Broń małego kalibru, ze średniej wielkości lufą celowała w jej stronę. Patrzyła na pistolet automatyczny typu BRX HF1. Świetnie wyważona broń o opływowym kształcie cała błyszczała od jej soków. Carla Scalli bez strachu spoglądała w czarny otwór wylotowy. Co teraz, pomyślała.

– Oni wszyscy zginą – szepnął morderca, jakby w odpowiedzi na niepostawione pytanie. Schował broń i wyszedł bezszelestnie niczym zjawa.

Carla Scalli została sama.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Opowiadanie ciekawe ale mocno przegadane. Mam nieodparte wrażenie że można było napisać to lżej i zwięźlej. A gdyby usunąć połowę didaskaliow to w ogóle byłby ideał. Bo dobrych pomysłów jest tu bez liku.

Absencji absynt

Witaj, Absyncie!
Swój pierwszy komentarz pod nowym Buntownikiem zacznę tradycyjnie od podziękowań dla Megasa Alexandrosa, bez jego wkładu ten tekst nie miałby obecnego kształtu. Posiadanie tego typu stróża daje olbrzymi komfort pracy. Dziękuję pięknie.:)

Czy ja wiem czy druga część jest przegadana? Jest mniej akcji, to z całą pewnością, ale kiedyś musiałem podać nieco więcej informacji, odnośnie wątków, które zamierzam kontynuować.
Niestety znalezienie "złotego środka" w literaturze jest trochę jak poszukiwania Grala. Szansę na jego znalezienie prawie żadne, ale to nie oznacza, że nie należy próbować. I to też w następnych częściach będę próbował uczynić – znaleźć równowagę.

Tak jak mówisz, z Buntownikiem wiąże się masa ciekawych możliwości. Mój błąd polegał na tym, iż na blisko rok porzuciłem bardzo dobry materiał. Dwukrotnie tego samego błędu nie popełnię.

Mam nadzieję, że pomimo zaznaczonych wyżej problemów z lekkością tekstu, zapoznałeś się z całością. Tak między nami, mam wrażenie, że ta historia dopiero się rozkręca.:).
Pozdrawiam,
Foxm

Czytałam to opowiadanie z zaciekawieniem, próbując nadążyć za Autorem i jego lawiną konceptów. Sporo fajnych wątków, plejada postaci które trudno spamiętać. Wydaje się że Foxm wrzucił do tego kotła odrobinę za dużo składników, przez co potrawa wyszła nadmiernie syta. Natomiast trochę poskąpil pieprzu oraz innych pikantnych przypraw. Scena erotyczna dodana jakby na siłę, zamiast stać się integralną częścią tekstu. Czekam na ciąg dalszy który wyprowadzi mnie z błędu i nieco uporządkuje ten narracyjny chaos.

Z pozdrowieniami
Juka

Cóż, czasem tak się zdarza, że nawet całkiem doświadczonemu już kucharzowi zadrży ręką. 🙂 Z założenia Buntownik ma być cyklem sensacyjno – kryminalnym. Nie byłoby dobrze, gdybym teraz odkrył jakieś karty, galimatias jest w pewnym sensie wskazany. Wymarzyłem sobie tą opowieść, jako mój swoisty "statek flagowy". Kończąc mój ostatni projekt, zapragnąłem pewnej stabilizacji. Plany rozbudowy Buntownika są dość okazałe. Co z tego wszystkiego wyjdzie? Zobaczymy.

Nadzieje pokładane w tej serii są spore, musiałem wprowadzić cały ten korowód postaci. Myślę, że stąd bierze się spora objętość tego odcinka.

Zawsze bardzo uważnie czytam uwagi odbiorców odnośnie warstwy erotycznej i staram się pamiętać, że nazwa naszego bloga zobowiązuje . Nie wydaje mi się, bym w tym tekście jakoś znacząco obniżył loty. Pisanie tej nietypowej "sceny łóżkowej" dało mi dużo satysfakcji. Obiecuję jednak pilniej przyglądać się obecności pieprzu w kolejnych daniach. Postaram się również odpowiedzieć przynajmniej na niektóre z pytań trapiących czytelników.
Pozdrawiam serdecznie,
Fox

Pierwsza część mam wrażenie lepsza, ale ta również daje radę. Wciąż nie rozumiem o co chodzi z tytułem. Z ciekawości: ile planujesz rozdziałów? Nemezis

@Nemezis Sprawa z tytułem jest dość prosta. Nie chciałem stosować w przypadku Buntownika stosować klasycznej( i nudnej) numeracji. Postanowiłem, że każdemu z rozdziałów będzie nadawany tytuł. W tym konkretnym przypadku tytuł jest po prostu nazwiskiem postaci, na której przedstawieniu zależało mi najbardziej. Carla Scalli miała wiodącą rolę do odegrania w tym rozdziale.

Druga część jest z pewnością inna, gdyż ja jestem nieco bardziej doświadczony niż rok temu. Mam nadzieję, że w niedalekie przyszłości uda mi się napisać coś, co zmieni Twoją hierarchię wartości, jeśli idzie o Buntownika. W końcu o to chodzi, by każdy kolejny tekst był lepszy niż poprzedni. 🙂
Pozdrawiam,
Foxm

Dobry wieczór,

niemal po roku Foxm zdecydował się podjąć swoją urwaną serię "Buntownik" i zrobić z niej swój okręt flagowy i główne dzieło na Najlepszej. Znając ukończonego już "Maxa Malyckiego" i jego popularność, należy się spodziewać, że decyzja ta przyniesie smakowite owoce. Nawet jeśli chwilowo wielowątkowa narracja budzi pewien zawrót głowy 🙂 Też mam pewien kłopot z połapaniem się, "kto – kogo", ale liczę,że z czasem wszystko się wyklaruje. Na razie zanurzam się w oryginalnej fabule i czekam, jakimi jeszcze atrakcjami uraczy nas rozpędzona wyobraźnia Autora. A rozpędza się coraz szybciej. Bo i czego tu nie mamy: międzynarodowa przestępczość, amerykańskie służby specjalne, zamachy na ważnych polityków z Europy Wschodniej, wojny mafijne, handel nowym i niebezpiecznym narkotykiem, typowe policyjne śledztwo, skorumpowani gliniarze… dzieje się dużo, prędko i ciekawie.

Nawiasem mówiąc, też jestem ciekaw skali, jaką sobie Foxm założył. Ile planuje mniej więcej rozdziałów, czy będzie to minipowieść, czy też powieść pełną gębą. Bo formuła opowiadania już dawno została rozerwana od środka na strzępy 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Megasie,
dziękuję za pełne otuchy słowa. Życzyłbym sobie, by projekt, któremu postanowiłem poświęcić większość energii cieszył się równie wielką sympatią czytelników co Max Malycki. Nie wypada mi przez wieczność odcinać kuponów od tamtego świetnego pomysłu. Na horyzoncie rysują się nowe wyzwania. Chwilowo pogoda raczej sztormowa, ale wierzę, że już wkrótce wypłyniemy z Buntownikiem na szersze wody.

Jestem w trakcie podejmowania kluczowych decyzji fabularno – koncepcyjnych. Muszę sobie dać kilka tygodni, by przeanalizować dotychczasowy stan produkcji, wasze uwagi i własne pomysły. Obiecać mogę jedno – większą klarowność od następnego odcinka.

Nie mam pojęcia ile odcinków będzie sobie finalnie liczył Buntownik. Będę pisał tak długo jak długo będzie temu zajęciu towarzyszyć swoista lekkość w kreowaniu świata. Nie ilość, a jakoś będzie moim zmartwieniem przez następnych kilka miesięcy. Jeżeli uda mi się publikować kolejne części regularnie i z utrzymując wysoki poziom nie widzę, żadnych przeciwwskazań, by śmiało kroczyć w kierunku powieści. Czas pokaże.:)
Pozdrawiam,
Foxm

Interesujące dzieło. Teraz muszę sobie powtórzyć pierwszą część która popadła już w niepamięć…

Anonimie, postaram się zatem podtrzymać Twoje zainteresowanie moją pisaniną. Liczę, iż pierwsza część również zasłużyła sobie na miano interesującego dzieła,
Pozdrawiam,
Foxm

Foxm,

Mam pytanie. Gdzie jest bohater, którego można polubić/znienawidzić, itp.? Póki co nie widzę.

Opowieści wielowątkowe stały się modne od nie wiadomo jak dawna, ale generalnie świadczą, że autor nie ma dość wyobraźni i materiału, żeby opisać historię klasycznie.

Powyższe nie traktuj jako zarzuty, tylko jako sygnał ostrzegawczy.

Niezależnie od tytułologii części warto by jednak zaznaczyć, że jest to cykl i wskazać, gdzie znaleźć poprzednie odcinki(na razie jeden) np. przy pomocy linki.

Trzymam kciuki za "flagowca". Niech mu pomyślne wiatry wieją.

Pozdrawiam Wszystkich Czytelników,

Karel

Coś w tym jest. Już druga część cyklu, a wciąż nie ma komu wiernie kibicować. Główny bohater to kompletna enigma, jego motywacje są wątpliwe. To ewidentna słabość tego serialu.

Mustafa

@Karelu
Czasem jest tak, że bohater, którego widzowie kochają/ nienawidzą pojawia się w pierwszych linijkach tekstu, innym zaś razem potrzeba na to czasu.
Buntownik intensywnie zaprząta ostatnio moje myśli, pracuję nad wyklarowaniem się ze szczątków spójnej wizji całości. Kolejne moje próby za jakiś czas pojawią się na łamach Najlepszej.

Bardzo cenna uwaga o odnośniku do części poprzedniej. Dziękuję, następnym razem umieszczę takowy w tekście od razu.

No wiesz? Czasem możemy się nawet publicznie różnić, ale Twoje komentarze pod moimi tekstami są czytane zawsze bardzo wnikliwie. 🙂 Wielce je sobie cenię.

Prawdą jest, że czytelnicy, poza "Sherlockiem" cenią pojedyncze historię, które napisałem niżej niż moje serię. Świadczą o tym sygnały, które otrzymuję. Ja się lepiej sprawdzam w dużych projektach. Czy to, że tak jak większość autorów tworzących w ramach bloga prowadzę serię świadczy, że brak mi talentu? Być może, nie mnie to oceniać.

Pewnie, że pokoszę się o opowiadania klasyczne. Jeśli nie następnym razem, to jeszcze kolejnym. Takie jednorazowe przygody stanowią znakomity rodzaj odskoczni twórczej. Problem nie tkwi w braku pomysłu, a raczej niedostatku systematycznej pracy, skutkującej realizacją tychże.
Dziękuję Ci za Twoje zaciśnięte kciuki, mocno wierzę, że obrana przeze mnie droga jest słuszna.
Kłaniam się,
Foxm

@Mustafa
Obiecuję Ci, że będziesz miał komu kibicować. Ten rozdział nie wniósł wyczekiwanego przez czytelników "wow". Wiadomo, że nic nie wiadomo i taki był zakładany cel. Mam pewne doświadczenie jak twórca, musicie mi zaufać, że wiem co robię 🙂
Pozdrawiam,
Foxm

Rzeczywiście, trzeba bardzo uważnie czytać, by nie pogubić się w ilości wątków oraz bohaterów. No, ale po Maxie wierzę w Ciebie, tylko uważaj, żeby historia nie wymknęła Ci się spod kontroli. Na razie nie oceniam.

@Miss Chyba zacząłem odczuwać delikatną presję. 🙂 Wydaje mi się jednak, że jest to pozytywne zjawisko. Twoją radę z całą pewnością zapamiętam i postaram się realizować w praktyce. Bez dwóch zdań Buntownik będzie znacznie dłuższym projektem niż Max i choćby z tego powodu trudniejszym w realizacji. Jak gdzieś już powyżej napisałem nie chcę i nie mogę przez wieczność odcinać kuponów od Maxa Malyckiego.
Pozdrawiam serdecznie,
Foxm

Ha. znam to… po tekście, który odniósł duży sukces trudno jest napisać następny… Chciałoby się jeszcze lepiej, presja rośnie, bo wiadomo, że czytelnicy oczekują podobnie dobrego lub jeszcze lepszego opowiadania. Po prostu rób swoje, bo tylko Ty wiesz, dokąd chcesz dojść:-)

Opisy seksu były całkiem soczyste, nie odniosłem wrażenia że były na siłę dodawane.

Opis działania narkotyku był całkiem niezły. Twój chemik znalazł lekarstwo na bolączkę ćpunów 😉 skomplikowana struktura ze swoją mnogością grup funkcyjnych napewno była by w stanie inhibitować blokowanie receptorów odpowiedzialnych za funkcje seksualne. Możliwe jest również wymyślenie innych przekonujących kanałów działania.

Wkradło się również kilka nieścisłości. Barrett modelu który zastosował zabójca jest WKS’em stosowanym jako karabin wsparcia pola walki. To ciężki karabin stosowany przez wojsko. Użyć go do takiego zadania było by wysoce nieprofesjonalnie. Strzał jest bardzo głośny a tłumik poprzez specyfikę tej broni, mija się z celem. Jeśli Lubisz WKS’ y to do tego zadania najlepszy byłby WSKK „Wydech” produkcji Rosyjskiej co w przypadku Ukrainy ma pewne dodatkowe walory. Podobne karabiny robi też Walther. Jeśli nie musi być WKS to idealne jest Gamo lub Remington, da się znaleźć w asortymencie tych firm karabiny strzelające bardziej precyzyjnie od Barretta na podobnym dystansie.

Płaszcz, zwłaszcza typu FMJ do bardzo silnego Rosyjskiego naboju pistoletowego 7,62 (ewenement konstrukcyjny) zrobiony z czystego złota które jest bardzo miękkie, nie ma sensu. Taki pocisk zostanie zerwany przez gwint i będzie bardzo niecelny. Do tego złoto które zostanie na gwincie, prawie napewno przyczyni się do zniszczenia lufy po 4-5 strzale jeśli się jej nie wyczyści. Złocenie wchodzi w grę ale co najwyżej do 100 um, będzie jeszcze całkiem grube.

Zapomniałem jeszcze o jednym. Głowa trafiona z WKS Barretta, przestaje istnieć. Odłamki pocisku kaliber 12 mm są w stanie zabić osoby stojące obok celu. Podobnie działanie mają gabarytowo zbliżone naboje Magnum.

Bardzo interesujące opowiadanie . Jak wspomnieli inni komentatorzy mnogość wątków i postaci. Ciekawe jak się dalej to rozwinie Komentator Mick błysnął znajomością broni i amunicji… Ciekawe jak się to rozwinie.

Napisz komentarz