Buntownik – Początek (Foxm)  2.95/5 (13)

36 min. czytania
Źródło: pixabay.com

Źródło: pixabay.com

Poniższe opowiadanie jest publikowane powtórnie w ramach cyklu Retrospektywy. Pierwszy raz pojawiło się na portalu Najlepsza Erotyka 30 maja 2013 roku.

Avalon City 12:00 Cmentarz Miejski

Pogrzeby wyprawiane przez mafię są podporządkowane pewnemu, ściśle określonemu, rytuałowi.

Tego rodzaju ceremonia przyciąga zazwyczaj na cmentarz wszystkich członków danej rodziny. W tłumie żałobników stłoczonych w wąskich alejkach – tak charakterystycznych dla takich miejsc – można nie tylko opłakiwać zmarłego. Można dyskutować o interesach.

Na cmentarzu miejskim w Avalon City o interesach dyskutowano, jak się zdawało, bardzo żywo. Wszystko to czyniono, niemal stojąc nad trumną zmarłego – Jorge Domeneza. Oficjalnie senior Domenez był znanym w całej Kolumbii deweloperem, politykiem i filantropem.

Rozpoczynając swoją działalność publiczną w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku był politycznym idealistą, na wskroś przesiąkniętym szczytnymi wizjami walki z powszechnie panującą biedą i korupcją. Szybko jednak okazało się, że żadna większa forma działalności nie jest możliwa bez aprobaty wszechwładnych karteli. Okres największego handlowego prosperity na kokainowych szlakach zbiegł się z zawrotną karierą polityczną młodego lewicowca.

Potrzeba uzyskania środków finansowych szybko pchnęła chorobliwie ambitnego polityka w ramiona narkotykowych baronów. Aż do początku lat dziewięćdziesiątych był jednym z wielu, umoczonym politykiem, z rozległymi kontaktami w tamtym świecie.

Miał jednak smykałkę do interesów na tyle dużą, że jego mała firma deweloperska rozrosła się, dając mu niezależność.

Wojna pomiędzy kartelami Medellin i Cali pochłonęła tysiące ofiar, paraliżując niemal cały kraj. Siły rządowe po trwającej ponad dwie dekady walce z kartelami odniosły pewien sukces. Wszyscy najwięksi bossowie – na czele z legendarnym Pablo Escobarem – zostali w rozmaity sposób zneutralizowani.

W podziemiu zapanowało trwające kilka lat bezkrólewie. Mniejsze i większe grupki zwalczały się nawzajem, próbując z chaosu wyłonić tę, która zgarnie dla siebie największe udziały w zyskach. Władza nie leżała jednak na ulicy, władza leżała na salonach. Latami egzystujący na granicy tych dwóch światów Domenez doszedł do wniosku, że jego czas właśnie nadszedł.

Korzystając z ogromu zgromadzonego kapitału po prostu kupił sobie lojalność pozostających przy życiu i na wolności członków kartelu. Eliminację opornych względem nowych porządków zlecał tylko i wyłącznie w ostateczności. Rewolta przebiegła praktycznie bezkrwawo, co było w warunkach kolumbijskich rzeczą niesłychaną.

Nowy szef zrewolucjonizował myślenie o zarabianiu pieniędzy. Dziesięć lat zajęło mu dźwignięcie zniszczonej organizacji z kolan. Sieć dilerów na ulicach znowu zaczęła działać w usystematyzowany sposób, gotówka przechodziła z konta na konto, zagraniczni partnerzy odzyskali zaufanie.

Największym sukcesem świętej pamięci Domeneza było podtrzymanie iluzji słabości podziemia. Skończyło się szastanie forsą, pomniejsi, wyznaczeni do tego celu imbecyle dalej chodzili w złotych łańcuchach i wydawali w burdelach, kasynach, czy innych rzucających się w oczy miejscach duże sumy, skupiając na sobie uwagę służb. Od czasu do czasu dochodziło nawet do wymierzania sprawiedliwości, zupełnie jak za starych, dobrych, krwawych czasów. Policja żyła jednak w przeświadczeniu, że pozostałości kartelu są słabe, rozproszone i niezdolne do samodzielnego działania na większą skalę.

Nawet nie podejrzewano istnienia Bractwa. Domenez stawał na głowie, żeby tylko podkreślić odrębność tej, czy tamtej grupy. Jako przywódca Bractwa – znany wtajemniczonym jako Kontroler – musiał dbać, by jego marionetki odgrywały swoje role z właściwym zaangażowaniem.

Istnienie Bractwa wyszło na jaw dopiero w lipcu 2013. Wybuch w wiedeńskim mieszkaniu młodego doktoranta chemii – Alberta Sosina – nie tylko kompletnie zniszczył dwie kondygnacje zabytkowej kamienicy i rozniósł szczątki młodego naukowca w promieniu dwustu metrów od epicentrum – ale i dostarczył policji bardzo ciekawego materiału.

W mieszkaniu znaleziono spore ilości chemikaliów nieznanego pochodzenia. Po ich przebadaniu sprawa stała się jeszcze bardziej tajemnicza, cztery niezależnie laboratoria stwierdziły, że tak skomplikowanej formuły chemicznej dotąd nie badano. Polski chemik z pewnością stworzył coś nowatorskiego.

Po wydarzeniach w Bostonie służby stały się szczególnie czujne, prześwietlono całe życie denata. Podejrzewano, że pracował nad jakimś nowym rodzajem broni dla którejś z terrorystycznych organizacji islamskich.

Trop zaprowadził jednak śledczych w zupełnie innym kierunku. Ku Ameryce Południowej. Dziwne badania chemiczne finansował pewien kolumbijski fundusz powierniczy, zrzeszający najbardziej wpływowych ludzi w kraju. Nić prowadząca do tego nieformalnego sojuszu była niezwykle cienka. Podejrzany fundusz został prześwietlony pod każdym możliwym kątem, nic nie znaleziono.

Zagadka tajemniczej substancji pozostała nierozwiązana przez kolejne trzy lata. Aż w końcu na rynek trafiło DP, szybko dystansując pozostałe używki, pod względem popularności.

Analiza składu nowego produktu doprowadziła do wznowienia śledztwa w sprawie tajemniczego wybuchu z Wiednia. Obie substancje były identyczne. Pod pilną obserwacją znalazły się wszystkie osoby finansujące polskiego chemika. W ten sposób na radarze znalazł się Jorge Domenez. Trudno jednak było znaleźć solidny punkt zaczepienia łączący szanowanego polityka i przedsiębiorcę z czymkolwiek, co nielegalne.

DP szerzyło się na ulicach szybciej niż dżuma. Potrzeba namierzenia dostawców nowego narkotyku stała się nagląca. Ukuto teorię zakładającą pojawienie się nieznanego kartelu, mającego monopol na produkcję i dystrybucję owego hitu. Przez dziesięć lat trwało polowanie na duchy. Trup ścielił się gęsto, popularność DP eksplodowała także w USA, do śledztwa włączyło się FBI i DEA. Wojna rozgorzała na dobre. W oczka zarzuconej na całym sieci świecie łapały się jednak głównie płotki. Niszczono jedną fabrykę, by na jej miejsce powstały dwie nowe, w mniej niż miesiąc.

Zapotrzebowanie na DP było ogromne, gotówka płynęła wartką rzeką. Zyski rekompensowały ponoszone ryzyko. Ci, którzy czerpali z tego procederu największe profity wciąż pozostawali nieuchwytni. Przez tyle lat udało się nakreślić tylko ogólne ramy funkcjonowania grupy duchów trzymającej władzę.

Sytuację dodatkowo skomplikowały narodziny rozmaitych organizacji o charakterze sekciarskim, czy też zbliżonym do takiego. Pojawiły się silne naciski polityczne, by jak najszybciej poradzić sobie z problemem. Daremne wysiłki organów ścigania, zaprowadziły agentów biur terenowych FBI i DEA w Avalon City na cmentarz.

Tajniacy podzieli się na dwie grupy: smutnych, postawnych panów w ciemnych garniturach i okularach przeciwsłonecznych, nonszalancko opierających się o potężne terenówki marki Land Crusier, demonstrujących ostentacyjnie swoją obecność. Członkowie drugiej –, znacznie większej grupy wtopił się w tłum żałobników, starając się mieć oczy i uszy otwarte na wszystko, co godne zainteresowania.

A było na co popatrzeć. Na pogrzebie kolumbijskiego biznesmena – na jesieni życia osiadłego w domu spokojnej starości w Ameryce – stawiła się mafijna wierchuszka miasta.

***

– Czy oni nas mają za idiotów? – George Maximiliano był wyraźnie niepocieszony – zlecieli się tu jak muchy do gówna. Kiedyś nawet te federalne cioty miały jakiś honor i nie przeszkadzały w grzebaniu zmarłych.

– Psst – syknął przez zęby pogrążony w udanej imitacji zadumy Sasza Poltan.

– Nie będzie mi tu prychał jakiś rusek – wymamrotał Maximiliano, sam nie do końca wiedząc dlaczego.

Wiedział, że Poltan ma rację, w ich kierunku był wycelowany pewnie z tuzin wychwytujących każdy szmer mikrofonów, nie warto było się głupio wychylać. Na ironię zakrawał fakt, iż naprawdę przyszli tu tylko pożegnać starego. Kontroler otworzył im drzwi do skarbca wypełnionego radośnie szumiącym szmalem. Dał im DP, a oni dali mu bogatą i tą trochę mniej zamożną, ale mającą takie same potrzeby klientelę.

Dzięki podobnemu układowi wszyscy czterej szefowie mafii w mieście byli tak bogaci, że rozesłali swoich ludzi po cmentarzu rozprawiających o rozmaitych nielegalnych przedsięwzięciach. Ot, taki prezent dla tych patałachów w gajerkach. Bawiło ich to, że będą mieli godziny nagrań z rozmów o niczym, być może zgarną kilka celowo wystawionych nielegalnych adresów kasyn, czy burdeli. Ale generalnie mogą im skoczyć. Gówno wiedzieli, gówno wiedzą i gówno wiedzieć będą.

Elementarna zasada Kontrolera głosiła , maksymalna ostrożność jest podstawą każdego biznesu. A nieświętej pamięci Kontroler pracował tylko z poważnymi ludźmi. Twardy sukinsyn – przyznał w duchu Maximiliano. Wszystkie cztery rodziny wiele mu zawdzięczały, ale on był teraz jakieś sześć stóp pod powierzchnią gruntu, pokonany przez zniedołężnienie, nieodłącznego kompana starości.

Karawana musiała jednak wlec się dalej, jego następca oficjalnie przejmował dowodzenie. Trzeba się będzie przypodobać nowej władzy, idealna okazja nadarzała się niemal natychmiast. Gdzie jest Scalli? Cholera, mieli być wszyscy.

Za jego plecami młody pastor O’Relly wspinał się na wyżyny swoich dość skromnych możliwości oratorskich, pochylony nad dziurą w ziemi, do której złożono trumnę ze zwłokami.

– Jorge był dla naszej społeczności, niczym skała, mimo że znaliśmy go stosunkowo krótko zdążył zasłużyć sobie na miejsce w naszej pamięci i sercach. Jego rodacy w odległej Kolumbii poznali go jako człowieka ideałów, oddanego służbie wyższemu dobru. Bojownika walki o publiczną sprawę, człowieka, który nigdy nie wyrzekł się imienia Pana. Dziś Pan przywołał go do siebie na wieczność. My, zaś stojąc tu, pośród żywych powinniśmy wierzyć, że czcigodny Jorge Domenez otrzymał miejsce po prawicy Jego w Królestwie Niebieskim.

– Amen – odpowiedzieli niezbyt równym pomrukiem zgromadzeni żałobnicy. Odpowiedział również i Maximiliano, choć patrząc na wykonującego ostatni znak krzyża pastora przyszło mu na myśl, że czcigodny Jorge za wszystko, czego w życiu dokonał pewnie trafił do jakiegoś kurewsko gorącego miejsca. Na wieczność.

Z nastroju refleksji nad sprawami ostatecznymi wyrwał szefa rodziny Gambini jakiś hałas. Wyglądało na to, że tuż przy należącym do niego BMW działy się jakieś nieciekawe rzeczy. Jeden z jego ochroniarzy trzymał bezradnie machającego w powietrzu nogami bezdomnego starca i obrzucał go mieszaniną najgorszych wyzwisk, jakie są dostępne w językach włoskim i angielskim.

– Ty ścierwojadzie! Czy ja ci kurwa wyglądam na skarbonkę!? Wypieprzaj do uczciwej roboty, zamiast łapać ludzi za kieszenie! Ty…

Widok faktycznie był żałosny. Muskularny, wygolony na łyso ochroniarz trzymał w powietrzu jedną ręką siwowłosego, zarośniętego jak zwierzę lumpa, ubranego w kompletnie nie pasujące do siebie czarne, poplamione spodnie, beżową, połataną marynarkę i półbuty. Obrazu nędzy i rozpaczy żebraka dopełniały metalowy kubek, leżący nieopodal oraz garść rozsypanych na cztery strony świata drobniaków. Maximiliano dostrzegł jeszcze dużą, tekturową tabliczkę z wypisaną odręcznie prośbą: „Dla weterana wojny koreańskiej”. Zbliżając się na odległość kilku kroków, poczuł bijącą od maltretowanego woń starego potu, zmieszanego z odorem alkoholu. Udało mu się jednak zachować nieprzeniknioną twarz.

Dotknął ramienia swojego goryla, jednocześnie wydając mu krótkie polecenie.

– Zostaw. – Ton gangstera bynajmniej nie brzmiał przyjaźnie. – Za dużo ludzi się gapi, zostaw mówię!

Romero nigdy nie należał to najbardziej lotnych ludzi z jego obstawy, ale za to doskonale znał swoje miejsce w szyku. Cisnął z wściekłością półżywego ze strachu żebraka na maskę samochodu – ten jęknął, nie bardzo wiadomo, czy bardziej pod wpływem odczuwanego bólu, czy strachu.

Gangster niechętnie wyjął portfel, szybko wyszukał banknot o najmniejszym nominale i cisnął łachmaniarzowi.

– Masz i zjazd – warknął Maximiliano, a w duchu skrzywił się na myśl o czekającej auto wizycie u lakiernika. Będzie rysa.

Uznawszy sprawę za zakończoną, oddalił się szybkim krokiem z miejsca zdarzenia. Oczywiście nie umknęło jego uwadze ożywienie, jakie zapanowało wśród czarnych. Przechadzali się w tę i z powrotem szeptem wymieniali uwagi, zdążyli mu pewnie zrobić z kilkadziesiąt zdjęć. Odnotowali zdarzenie, ale najwyraźniej mieli tak samo ogromną ochotę na dłuższą styczność z tym menelem, jak i on. Żebrak nikogo nie interesował, liczyli, że któryś z jego ludzi naruszy jakiś paragraf. Jeśli nie naruszył, nie było powodu do interwencji.

***

Tłum żałobników malał z każdą chwilą, ludzie zbierali się do wyjścia, oddawali ostatnie honory zmarłemu, czy zupełnie swobodnie konwersowali o wydarzeniach dnia codziennego. Maximiliano uścisnął jeszcze kilka rąk, przeprowadził kilka miałkich rozmów o wszystkim i niczym, i również zaczął rozglądać się za sposobnością opuszczenia cmentarza.

Udało mu się to dopiero godzinę później. Wsiadając do swojego samochodu, w asyście ochrony posłał obserwującym każdy jego krok agentom FBI i DEA pełen wyższości uśmiech.

– Czołem, panowie – rzucił na odchodne. – Do następnego.

Usadowiwszy się wygodnie na tylnej kanapie, obitej miękką skórą w jasnym kolorze pozwolił sobie na kolejny uśmiech. Tym razem już zupełnie naturalny i niewymuszony. Wizja pieniędzy zawsze powodowała u niego przypływ nieomal fizycznego podniecenia.

Dzisiejszego wieczoru miał zarobić całkiem sporo. Kto wie ? Może nawet przeznaczy malutki ułamek uzyskanych przychodów na zapewnienie sobie ciepła w ramionach jakiejś młodej, chętnej kobiety. No cóż, istnieją gorsze sposoby wydawania pieniędzy – skonstatował w końcu, zamykając oczy.

***

Żebrak nieniepokojony przez nikogo oddalił się od głównej bramy cmentarza miejskiego.

Szedł przez odrestaurowane ulice Starego Miasta, mijał wystawne sklepy i dyskretne kawiarenki, każdą z nienagannie zadbanym ogródkiem. Klienci jedzący właśnie wczesny lunch plotkowali, prowadzili biznesowe negocjację, albo flirtowali. Ta kolorowa, egoistyczna zbieranina nie poświęciła najmniejszej uwagi ubogiemu przechodniowi. Nawet jednego zdziwionego spojrzenia.

Był jak bakteria, niewidzialny dla zwykłego oka. Takich bakterii wbrew pozorom były tu tysiące. Odrestaurowane budynki Starego Miasta stanowiły tylko pewną część jego zabudowy. Były czymś na kształt oaz występującymi pośród bezmiaru pustyni.

Główną część krajobrazu stanowiły tzw. enklawy. Siedliska brudu, skrajnej biedy i ekstremalnie wysokiej przestępczości. Bakteria nie powinna czuć się tu bezpiecznie, a jednak weszła do pustego podwórka. Szczury buszujące po śmietnikach ustawionych przy olbrzymich budynkach z szarego kamienia, o oknach pozatykanych dyktą, uciekły w popłochu. Bezdomny podszedł do największego z kontenerów, odsunął go na bok z zadziwiającą łatwością, odsłaniając sporej wielkości wnękę.

Lśniący nowością czarny ścigacz Suzuki, model limitowanej serii Gold&Black był dokładnie tam gdzie powinien być.

Sztuczna broda została odlepiona, soczewki zmieniające kolor oczu wyjęte, śmierdzące łachy zastąpione przez obcisły kombinezon do jazdy, dobrany pod kolor maszyny. Na końcu wypluł specjalną masę, która pozwalała mu w pewnym stopniu modelować rysy twarzy. Refleksy światła słonecznego tańczącego na lakierze zniekształcały jego wysportowaną sylwetkę. Z zadowoleniem jednak ocenił, że nawet uważnemu obserwatorowi trudno byłoby go skojarzyć z włóczęgą żebrzącym wśród konduktu żałobnego.

Dosiadając swojej maszyny wcisnął na głowę kask, system zainstalowany w przesłonie natychmiast obudził się do życia. Trójwymiarowy ekran nawigacji określił z dokładnością do trzydziestu centymetrów aktualne położenie użytkownika, jednocześnie podając mu takie parametry jak aktualna i przewidywana temperatura, stan nawierzchni, kierunek wiatru, czy poziom paliwa w zbiorniku.

Pulsująca ikona czerwonej słuchawki sygnalizowała nieodebraną transmisję. Jeden delikatny ruch gałki ocznej wystarczył, by wywołać wykonanie akcji odpowiedź. Nowa niewerbalna paleta wydawania komend w produktach Apple okazywała się być niezwykle przydatna.

***

Silnik ścigacza obudził się do życia z cichym pomrukiem, dając niezbyt głośne, ale za to dobitne świadectwo drzemiącej w jego wnętrzu mocy. Delikatny ruch nadgarstka na manetce gazu wystarczył, by jednośladowy bolid wyrwał do przodu, w niespełna trzy i pół sekundy osiągając prędkość rzędu stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Maszyna prowadziła się lekko i przyjemnie. Inna sprawa, że od zawsze czuł się pewnie na szybkich cudeńkach, okiełznanie tej niepowtarzalnej dzikości nigdy nie sprawiało mu wielkiej trudności.

– Po robocie ? – Padło pytanie. Miniaturowy głośniczek zamontowany gdzieś w naszpikowanym elektroniką kasku zapewniał perfekcyjną jakość rozmowy przychodzącej, zupełnie jakby rozmówca siedział tuż za nim.

– Tak, bez komplikacji. Wygląda na to, że dziś zaczynamy.

– Tylko pamiętaj, bez szaleństw i uważaj na siebie. To próba generalna, nie wiemy do końca jak wypadnie.

– Zawsze na siebie uważam. – Połączenie zostało zakończone. Nie było nic więcej do dodania.

Pierwszy akt wojny właśnie się rozpoczynał. On miał zadbać, żeby w jej trakcie, co poniektórzy stracili znacznie więcej niż marne pięć dolarów. Dużo więcej.

Avalon City, 00.00, Port

Port wyglądał na wymarły, nigdzie żadnych świateł, żadnego ruchu, nawet kilka większych jednostek zacumowanych przy nabrzeżu kołysało się tylko leniwie, współgrając z nastrojem, który ogarnął całą okolicę.

Przyczajony na swoim stanowisku obserwacyjnym – na dachu starego magazynu, znajdującego się niecałe dwieście metrów od interesującego go obszaru – miał dobry widok na całą panoramę okolicy. Odnotował wyładunek dużego, blaszanego kontenera, pozbawionego jakichkolwiek oznaczeń wyjaśniających jego pochodzenie. Chwilę po tym jak tajemniczy kontener zawisł na wysięgniku największego z pobliskich dźwigów, przyjechały trzy ciężarówki. Z wnętrza pojazdów karnie wysypało się kilkadziesiąt odzianych na czarno postaci.

Każda z nich dzierżyła w ręku pistolet automatyczny, każda byłą wyposażona w sprzęt do walki w mieście i wszyscy oni mieli zapewne najpierw strzelać, a dopiero później zadawać pytania. Skala trudności czekającego go zadania stawała się niebezpiecznie wysoka.

Jednocześnie był to dowód na to, że transport, który przypłynął tej nocy do miasta jest nadzwyczaj istotny. Gdyby było inaczej, nie strzegłaby go mała, uzbrojona po zęby armia.

Lata pracy operacyjnej, której on miał być tylko ostatnim ogniwem wydały owoce. Oddział otoczył ciasnym kręgiem chroniony obszar. Prawdopodobnie dysponowali taką siłą ognia, której ciężko byłoby komukolwiek dorównać – poza elitarną jednostką SWAT. Ale dzisiejszej nocy groźba nalotu ze strony sił policyjnych była równa zeru. Skorumpowani oficjele korzystający z mafijnych datków z całą pewnością o to zadbali.

Pokazał się nawet sam Luca Di Ortte – prawa ręka Maximiliano – musieli czuć się tu naprawdę pewnie. Choć mafioso był ostrożny, cały czas towarzyszyło mu pięciu ludzi osobistej obstawy, a uwaga jednego z czterech strzelców wyborowych była skupiona tylko i wyłącznie na poszukaniu ewentualnych zagrożeń w pobliżu Di Ortte. Cała sytuacja prezentowała się nader komicznie. Bandzior, o którego sadyzmie i odstręczających praktykach seksualnych krążyły legendy, niczym przykładny zarządca zupełnie legalnie przechadzał się po porcie. Oficjalny nakaz aresztowania najwyraźniej nie robił na nim specjalnego wrażenia.

Czas ruszać. Miał szczęście, że snajperzy nie rozlokowali się inaczej, gdyby tak zrobili z łatwością odkryliby jego kryjówkę. Ale nie zrobili, dzięki temu mógł przeprowadzić pełny rekonesans i dopiero wówczas wkroczyć.

Jego pierwszym celem był snajper, siedzący w gnieździe na drzewie nieopodal. Musiał zostać wyeliminowany, jeśli chciał myśleć o przejściu dalej. Szybko podniósł się z klęczek i podbiegł do krawędzi dachu. Skok z wysokości piątego piętra dla normalnego człowieka byłby w dziewięciu przypadkach na dziesięć śmiertelny, on wylądował płynnie, lekko tylko uginając przy tym nogi w kolanach.

Sprint w stronę stanowiska przeciwnika również nie nastręczył mu zbytnich trudności. Znalazł się przy właściwym drzewie w mniej niż piętnaście sekund od udanego lądowania. Żołnierz zajmujący stanowisko nie miał szans go dostrzec, chroniła go zarówno ciemność, jak i zabójcza szybkość. Uniósł prawą rękę, hak ukryty w nano–zasobniku wystrzelił w górę bezgłośnie, wbijając się w pień drzewa, zaledwie metr od niczego nie spodziewającego się snajpera. Mógł skorzystać w tym momencie z wciągarki, ale hałas jaki powodowała mógłby go zdradzić, wybrał więc opcję dłuższą, ale za to bezpieczniejszą. Pionową wspinaczkę po pniu.

Powoli, ostrożnie, krok po kroku pokonywał kolejne metry.

Snajper odwrócił się dopiero wówczas, gdy stał jakieś trzy metry od niego. Doskonale widział jego rozszerzone źrenice. Patrzył na zakapturzoną postać w czerni stojącą tuż przed nim z kataną u boku i w wypukłej masce zasłaniającej dolną połowę twarzy. I nie wierzył w to, co widział.

Instynktownie uniósł karabin, ale zjawa zadziałała błyskawicznie, jednym płynnym ruchem, złapała za celującą w nią broń, wykręcając ją ku górze, następnie skoczyła na niego.

To nie była równa walka. Jeden szybki cios w splot zakończeń nerwowych znajdujący się na klatce piersiowej, dwa potężne ciosy w wątrobę, i najlżejszy na głowę. Nie będzie zabijał, nie bezsensownie, nie szeregowych żołnierzy. Pokonany z cichym jękiem zwalił mu się do stóp.

Jak będzie miał pecha złamie kilka żeber i zaliczy wstrząs mózgu – przyszło mu do głowy.

Z pozycji snajpera jak na dłoni widział siedem czarnych postaci stanowiących najsłabszy punkt pierścienia okalającego kontener. Odległość między tymi tam na dole, a następną drużyną wynosiła od dwudziestu do czterdziestu sekund. Największa luka czasowa jaką był sobie w stanie wypracować w zaistniałej sytuacji.

– Aktywuj system celowniczy – polecił półgłosem. Wyrzutnie ukryte na obu nadgarstkach były gotowe do działania w ciągu ułamków sekund.

System wyszukał kilkanaście najbliższych źródeł ciepła, on jednak skupił się wyłącznie na tych siedmiu najbardziej interesujących. Poświęcił dłuższą chwilę na wycelowanie każdego z pocisków po kolei. Kiedy wypuści miniaturowe groty, mające za zadanie wbić się w ciało celu, rażąc go przy tym wiązką prądu o wysokim napięciu nie będzie odwrotu.

Kluczowy moment nadchodził.

Siedem pocisków pofrunęło w noc, ze swojej pozycji widział doskonale, jak pięć postaci pada na ziemię, jednocześnie, jak na komendę. Groty spełniły powierzone im zadanie.

Skoczył.

Wylądował tuż przy zaskoczonej dwójce, której udało się uniknąć losu towarzyszy. Jeszcze zanim wstał, wyprowadził szybki cios na żołądek tego, który stał bliżej . Trafiony zgiął się w pół, mimowolnie stanowiąc dla niego naturalną osłonę. Ani myślał robić użytku z trzymanej w dłoniach broni. Nieco inaczej sprawa przedstawiała się w przypadku jego kolegi. Ten w popłochu oddał długą serię w kierunku napastnika. W ciszę nocy wdarł się niosący się dalekim echem huk.

Skórę uratował mu jego refleks. Odwrócił wciąż oszołomionego po ciosie bliższego z przeciwników plecami do siebie, zasłaniając się nim jak tarczą. Kule, przeznaczone dla niego znalazły inny cel. Nie poczuł jak zasłaniające go ciało raptownie wiotczeje, jak z otworów po kulach zaczyna sączyć się krew. Cisnął martwego człowieka na bok i rzucił się do kontry.

Wystarczyły dwa kroki i już był w zasięgu skutecznego trafienia. Błysnęła katana, rozległ się krzyk, który szybko został przerwany przez kolejny cios w podstawę czaszki.

Nieważne, hałas już się rozległ, czas uciekał. Kolejny sprint do przodu – tym razem znacznie dłuższy – musiał znaleźć się w bezpośrednim sąsiedztwie celu.

Nie zdążył. Otoczyły go postacie odziane w czerń, niektóre wyposażone w noktowizory. Kilka złożyło się do strzału, padły, krótkie i długie serie, których warkot zlał się w jedno.

Widział każdy nabój lecący w jego kierunku, mógł reagować, ostrzem katany sparował wszystkie kule bezpośrednio mu zagrażające. Żadna nie sięgnęła celu. Sparował nawet te wystrzelone pod ekstremalnie ostrymi kątami. Przed strzałami w plecy ochronił go strój bojowy. Mieszanka nowego lekkiego stopu stali i najwytrzymalszych na świecie włókien węglowych zaabsorbowała moc kilkunastu kawałków ołowiu. Nie mógł jednak liczyć tylko i wyłącznie na wytrzymałość sprzętu.

– Teraz moja kolej – rzucił, wyszarpując zawleczkę przytroczonego do pasa granatu dymnego. Obły kształt dotknął ziemi rozpylając wokół zebranych gęstą chmurę gryzącego, siwego dymu. Strzelcy wyborowi zostali oślepieni.

Przestał się powstrzymywać, korzystał ze swoich umiejętności w pełni. Z szybkości, błyskawicznie przeskakując od jednej zdezorientowanej ofiary do drugiej. Z siły, wyprowadzając mordercze kombinację ciosów, neutralizujące kolejnych przeciwników. I ze zwinności, która pozwalała mu się uchylać przed nieporadnymi kontratakami. Ktokolwiek stanął naprzeciw niego nie miał wątpliwości – nie walczył z człowiekiem. Nacierali grupami i pojedynczo, niezależnie od metody skutek był identyczny, nie potrafili go dopaść.

Gęste salwy z broni automatycznej parował niedbałymi ruchami katany, parł naprzód, jak taran wzbudzając popłoch wśród tych, którzy stali mu na drodze. Wpadł w szał bojowy, tu strzaskane palce, tam pogruchotana noga, czy wyrwane ucho. Pokazywał im brutalność, jakiej zaprawieni w ulicznych bojach żołnierze czterech mafijnych rodzin dotychczas nie znali. Unikał zabijania, ale w kilku przypadkach nie miał wyjścia.

Jak wówczas, kiedy otoczyło go czterech prując na oślep seriami. Parowanie nie miało sensu, skoczył między nich i obracając się w piruecie, jak tancerz dotknął końcem katany każdego z nich. Ucięte kończyny, wylewające się z rozprutych ciał wnętrzności i przeraźliwe krzyki stanowiły makabryczną kombinację.

Samotna szarża na wroga przez jednego ze spanikowanych żołnierzy również została zakończona wprawnym cięciem miecza i dekapitacją śmiałka.

Nie mógł jednak walczyć w nieskończoność, nawet jego dotykały pewne ograniczenia. Wyszedł z chmury gazu umazany nieswoją krwią, cuchnący strachem i śmiercią. Dzieła zniszczenia dopełnił prototypowy granat KY0, kierowany wystrzeloną chwilę wcześniej wiązką promieni podczerwonych. Sam znalazł drogę do właściwego kontenera, zaczepiając się na jednej z jego ścianek.

Genialny patent inżynierów, wystarczyło wystrzelić wiązkę, rzucić granat, a ten znajdował odpowiednie miejsce.

Inteligentna technologia wymagała dopracowania, nadal trzeba było podejść stosunkowo blisko swojego celu, ale za to celność rzutów zwiększyła się o jakieś czterysta procent. Fakt, że trzeba było podejść blisko bynajmniej go nie martwił, dzięki temu mógł się sprawdzić w ogniu walki. Nie ma lepszych testów.

Czuł, jak strużka potu ścieka mu po twarzy, dopiero teraz spostrzegł, że któremuś z atakujących udało się wbić nóż w szczelinę między płytami tworzącymi pancerz. To wyjaśniłoby nieprzyjemne pieczenie gdzieś na wysokości piątego i szóstego żebra. W ferworze walki nawet tego nie poczuł. Pociągnął za rękojeść krótkiego noża zdecydowanym ruchem. Zabolało, będzie żył.

Powietrzem wstrząsnął wybuch, kontener zamienił się w wielką jasną kulę ognia. Czerwone światło, jakie zalało okolicę, ujawniło paniczną rejteradę Di Ortte. Mafioso umykał w swojej limuzynie, osłaniany przez niedobitki eskorty. Miał ochotę roześmiać się w głos. Udało się. Wieść pójdzie w świat, a Kolumbijczycy raczej nie poklepią swoich amerykańskich partnerów po ramieniu. Nie po tak dużej stracie drogocennego DP.

***

Ester Club, 0:30, Śródmieście

– Po coś tu przyjechał ? – Ton głosu doktora Roberta Morrisa nie należał do szczególnie życzliwych.

– Stęskniłem się za tobą, doktorku. – Komisarz Charles Ways nie był w nastroju na przekomarzanie się. Mieli kolejne ciało, więc stawił się tu najszybciej jak się dało. Był w stanie jednak zrozumieć intencje Morrisa, ostatnio spotykali się stanowczo zbyt często.

– Dobra, do rzeczy.

– Niczego nie można stwierdzić z całą pewnością. Nie bez szczegółowego raportu, który przygotuję na poniedziałek, ale rozejrzyj się. – Patolog zatoczył ramieniem coś na kształt okręgu. – Nieoficjalnie wciąż lecimy według tego samego wzorca, a więc to są numery siedemnaście i osiemnaście.

No co ty kurwa nie powiesz, doktorku? – Pomyślał ze złością Ways i wbił tępe spojrzenie w dwa splecione ze sobą nagie ciała leżące na posadzce.

***

Cztery godziny wcześniej

Impreza w Ester Club osiągała powoli swoje apogeum. Ponad półtora tysiąca klubowiczów zachowywało się niczym w transie. Byli pijani jednostajnym dudnieniem bitów muzyki elektronicznej, alkoholem, bliskością tak wielu ciał. Skakali, wyginali swe ciała w dziwnych pozach, bądź klaskali w dłonie. Królował swoisty indywidualizm, każdy bawił się na swoją własną modłę. Panowała nieskrępowana wolność na parkiecie i poza nim.

Obserwował to wszystko z górnej loży, szybko kończąc trzeciego w niedługim czasie drinka. Hawajska koszula lepiła mu się do ciała. No i ona. Ona rozpraszała go bardziej niż wszystko inne.

Wyłowił ją w tłumie kotłującym się na parkiecie. Smukła, o ciemnej barwie skóry i zielonych oczach poruszała się na małym skrawku wolnej przestrzeni z gracją kotki, naturalną zmysłowością.

Jawna prowokacja w postaci zbyt krótkiej, czarnej sukienki więcej odsłaniającej niż kryjącej była tylko drobną częścią jej magnetyzmu. Świadomie bądź nie kusiła. Niby przypadkowe muśnięcie piersi unoszących się takt kroków, koliste ruchy bioder, zalotne spojrzenia. To wszystko działało na wyobraźnię.

Nie pozostawał jej bynajmniej dłużny. Patrzył na nią śmiało, stopniowo narastała w nim chęć zbliżenia się, podotykania tu i ówdzie. Były też i mniej subtelne sygnały. Bezczelnie ocierała się o niego w tańcu. Stojąc plecami do niego z pełną premedytacją przycisnęła ledwo skrywane pod skąpą sukienką pośladki do jego krocza. Podobało mu się to. Któremu facetowi by się nie podobało? Miała takie cudownie miękki, ciepły tyłeczek. Wszystkie te bodźce razem obudziły go do życia.

Okolice rozporka miał tak wybrzuszone, że musiała go poczuć. Nie da się przeoczyć sporej rozmiarów wypukłości uporczywie wpijającej się o pośladek. Doskonale o tym wiedziała, pozwalała mu jednak na to. Po jakimś szczególnie szybkim kawałku nie wytrzymał, przysunął się do niej na tyle blisko, że był w stanie powiedzieć jej kilka zdań na ucho.

– Kotek fajniutka jesteś, szukasz towarzystwa? – Gdy wypowiadał te słowa, jego dłonie badały krągłość, sprężystość i wszystkie inne możliwe walory jej pośladków. Nie oponowała, nawet wtedy, gdy niecierpliwe dłonie zapędziły się aż ku skąpemu materiałowi majtek.

– Mrrr, a postawisz mi drinka?

Postawił. „Namiętność Nocy” miała jasny niebieski kolor. Posmak czystej wódki maskowany był przez dodaną do drinka cytrynę. Zanim jednak poszedł do baru, by zamówić alkohol, nachylił się nad nią i pocałował, dając upust trawiącemu go pożądaniu. Wargi miała zimne, ale miękkie. Dwa śliskie języki splotły się w namiętnym tańcu demonstrując swoją zwinność. Pocałunek był długi i mokry. Mógł przez dłuższą chwilę w ten sposób penetrować jej usta, sycić się słodyczą jej warg. Smakowała mieszanką malin i alkoholu.

Coraz bardziej podniecony i pewny siebie, delikatnie przygryzł jej dolną wargę, zrewanżowała się sięgając w dół i łapiąc go za jądra. Delikatna ostrożna pieszczota, zakończyła się mocnym i zdecydowanym ściśnięciem spoczywających w mosznie kul. Przez ułamek sekundy niemal miażdżyła je w palcach. Odrobina bólu ostudziła nieco jego zapał, odsunął nawet o krok. Wystarczyło mu jednak jedno spojrzenie na twarz stojącej przed nim kobiety kołyszącej się w rytm muzyki, a erekcja w jego spodniach jeszcze się powiększyła – nawet mimo odczuwanego bólu.

Trzymając go za jaja, ciągnąc je – bynajmniej niedelikatnie w dół – uśmiechała się, lubieżnie się przy tym oblizując. W ostrym świetle klubowych reflektorów nie był tego pewien, lecz zdawało mu się, że dostrzegł na jej dolnej wardze kilka dużych, czerwonych kropel krwi. Nie był jednak pewien, zwłaszcza, że jego uwaga znów została rozproszona przez pełne udo ocierające się o jego sterczącego już z pełną dumą przyjaciela.

Już chciał ponownie wcisnąć jej dłoń pod spódniczkę, tym razem z zamiarem dobrania się do majtek, kiedy jego wzrok spoczął na jej szyi.

Tatuaż – malutki skorpion grzechotnik z ogonem postawionym ku górze. Instynktownie sięgnął ku własnemu lewemu nadgarstkowi. Już wiedział. Teraz siedzieli w loży, odpoczywając po tanecznym szaleństwie, obserwując z lotu ptaka szalejących ludzi, sączyli drinki nieśpiesznie rozmawiając. Nie o to im obojgu chodziło.

– Brian.

– Nicola.

– Powiedź mi, co taka piękna dziewczyna robi tutaj sama?

– Czy to ważne? Ty tez zdaje się nie masz towarzystwa. – Kolejny, solidny łyk drinka, usta zacisnęła na końcówce plastikowej słomki, delikatnie ją ciągnąc.

W jego głowie natychmiast pojawił się obraz tych ust ciągnących coś innego. Ciekawe, czy dobrze ciągnie? Czy to lubi? Szczycił się tym, że zawsze trafiały mu się zdolne w tej materii partnerki.

Na razie zdołał się jednak pohamować.

– Teraz już mam i to jakie.

– Komplemenciarz mi się trafił – uśmiechnęła się szeroko, co było dobrze widoczne nawet w półmroku panującym w loży.

Ponownie ją pocałował, tym razem krócej niż poprzednio, ale był zdecydowanie mniej delikatny. Niemal wepchnął jej język do gardła. Chyba jej się podobało, bo pod osłoną blatu małego stolika zaczęła go ponownie obmacywać. Szczególnie upodobała sobie okolice ud i klatki piersiowej Gładziła go bez pośpiechu, ale z widoczną ciekawością.

Nie mógł niestety się jej odwdzięczyć, ona miała do swojej dyspozycji w większą część kanapy.

Sączył więc alkohol dając się pieścić i obserwując jej zabiegi spod oka Zaczęła mu się dobierać do rozporka, najpierw guzik, później zamek, aż w końcu zimna dłoń zacisnęła się na maksymalnie wyprężonym sprzęcie.

– Ukrywałeś go przede mną, jesteś straszny – zaszczebiotała niczym lolitka, ale przecież chyba wspomniała coś o studiowaniu. Nie była więc taka znów młoda. Nieważne. Absorbowały go znacznie ciekawsze sprawy.

Zaczęło się robić przyjemnie, bardzo przyjemnie. Ręka bez skrępowania buszująca pod stołem narzuciła od razu bardzo wysokie tempo. Zabrała się do dzieła bez zbędnych ceregieli, wyglądało na to, że jak najszybciej chce go doprowadzić do pełnej mobilizacji.

Nie trzeba było zresztą wiele, samo jej spojrzenie wystarczało. Bawiąc się jego fiutem patrzyła jednocześnie tak niewinnie, tak obojętnie, że nawet ktoś przechodzący obok miałby kłopot z odgadnięciem, że pod stolikiem szczupła dłoń wykonuje regularne, posuwiste ruchy w kierunku od góry do dołu.

Przez jakiś czas udawało mu się grać w tę grę na wytrzymałość. Nie miał jednak najmniejszych szans na zwycięstwo. Nie kontrolując do końca swojego ciała, uniósł biodra ku górze. Fala ciepła przeszła przez jego ciało, był niesamowicie blisko końca. Wystarczyło, aby nie przerywała. W ostatniej chwili zdołał ją jednak naprowadzić na właściwe tory. Szkoda byłoby zmarnować okazję. Korzystając z resztek kontroli nad sytuacją wysapał:

– Poczekaaaj! – Spojrzała na niego lekko zdziwiona, ale posłuchała.

– No jak, wymiękłeś ? – Pierwsze nutki szyderstwa pojawiły się w jej głosie. – Zdecydowanie liczyłam na coś ciekawszego.

Zignorował ją. Zdecydowanym ruchem podciągnął lewy rękaw rękaw koszuli.

Tatuaż przedstawiający skorpiona – zdobiący nadgarstek – był doskonale widoczny.

Jej oczy rozbłysły.

– Hmm, wygląda na to, że jednak będzie ciekawie.

Puściła go, podniosła się z miejsca i udała się przed siebie. Wpychając sterczącego penisa z powrotem do spodni i ruszył jej śladem.

***

Łysy, potężnie umięśniony mężczyzna w koszulce z napisem Ester Club Security przypatrywał się długą chwilę ich tatuażom. Nieufnie wodził spojrzeniem od kobiety ku mężczyźnie i z powrotem. W końcu jednak wydął wargi i odwrócił się twarzą do ściany. Palce przejechały po gładkiej, czarnej powierzchni, aktywując wbudowane czujniki.

Masywna ściana z zadziwiającą lekkością uskoczyła w bok, otwierając przejście do sporego pomieszczenia.

Wkroczyli do środka. Jego ręka szybko powędrowała ku wewnętrznej kieszeni bluzy. Palce natrafiły na podłużne, metalowe pudełko. Wyciągnął je, krótki ruch sprawił, że wieczko odskoczyło odsłaniając zawartość. Osiem pomarańczowych pigułek było ułożonych w równym rzędzie. Jasne oświetlenie płynące z zawieszonych pod sufitem lampionów pozwalało podziwiać niezwykły rodzaj barwnika, charakterystycznego dla DP.

Ona tymczasem obserwowała każdy jego gest, potem zaś nawet nie ukrywając zniecierpliwienia rzuciła:

– Podzielisz się ? – Głos miała opanowany, ale w jej spojrzeniu była desperacja i głód.

Głód wrażeń, rozumiał to aż za dobrze.

– Liczyłem, że to powiesz. – Dwie dawki DP miał przygotowane na wyciągniętej dłoni.

Wzięła swoją natychmiast, druga była dla niego.

Na efekty działania Devil Pills czekało się zazwyczaj od półtorej do trzech minut.

W tym czasie obserwowali się wzajemnie. Oboje czekali.

Widział wyraźnie, jak sutki niemal wystrzeliły ku górze, odznaczając się bardzo wyraźnie pod materiałem bluzki i to nawet pomimo przeszkody w postaci stanika. Źrenice rozszerzyły jej się gwałtownie. Mógł się założyć, że w okolicach krocza rozpoczynał bieg prawdziwy wodospad – bardziej gwałtowny i nieokiełznany w swej naturze niż Niagara. Pierwotna moc natury została gwałtownie uwolniona, wszelkie tamy padły, topiąc się w wartkiej rzece soków. Soków, których źródłem była grota między jej udami.

Rodziła się czysta, nieskrępowana chęć dzikiego seksu, który trzeba uprawiać tu i teraz, zaraz!

Jego reakcje nie były wcale mniej gwałtowne. Poczuł ogarniające go niesamowite uczucie szczęścia, w ułamku sekundy poczuł, że może wszystko. Wszystko jest w jego zasięgu. Nie był świadomy, że jego mózg wchodził właśnie w fazę nadzwyczajnej aktywności. Dziewięćdziesiąt siedem procent zostało aktywowane przy pomocy stymulacji chemicznej.

Mężczyzna empirycznie doświadczał efektu wszechmocy, jak nazywali ten stan zażywający. Stan, którego brak odczuwało się nieustanie, w okresie pomiędzy odstawieniem, a następną dawką.

Jego penis powiększył się jeszcze, pomimo faktu, że tuż przed zażyciem DP był już u szczytu swoich naturalnych możliwości. Specyfik zauważalnie zwiększał obwód przyrodzenia i czynił erekcję jeszcze pełniejszą. Jądra również zaczęły gwałtownie produkować nasienie, sprawiając swoją nagłą, wzmożoną pracą ból właścicielowi. To jednak stanowiło niewielką cenę tzw. fazy początkowej. Doświadczał już czegoś tego. Brał regularnie.

Zmysły miał niesamowicie wyostrzone, wzrokiem był w stanie wychwycić pracę jej mięśni twarzy pod skórą, słyszał nieregularne, głębokie wdechy i krótkie wydechy, czuł jej zapach. Nawet z odległości kilku metrów czuł zapach podnieconej kobiety. Woń, która doprowadzała do szaleństwa była niewiarogodnie intensywna, w tym momencie wydawała mu się czymś najzupełniej naturalnym. Znak gotowości na wszystko, byle tylko osiągnąć szczyty.

Zapraszała go, wabiła, żeby w nią wszedł, zasmakował. To nie miało nic wspólnego ze świadomością, czysta pierwotność. Z jej perspektywy on musiał wyglądać identycznie – nieludzko wręcz napalony, już teraz znajdował się na niedostępnym bez DP poziomie ekscytacji. Wciśnięcie swojego penisa między jej uda, w jej szparkę stało się jego obsesyjnym pragnieniem. Potrzebą, bardziej nawet istotną niż oddychanie.

Spojrzała na niego wyczekująco, w zielonych oczach palił się ogień, niecierpliwa dłoń bawiła się niesfornymi lokami. Po raz któryś tego wieczoru uśmiechnęła się rozbrajająco, tak po swojemu, po czym wsunęła obie dłonie pod sukienkę. Wystarczył jeden płynny ruch, a majtki same zjechały po udach i dalej aż do kostek. Mimo dość znacznej odległości dostrzegł na skotłowanym czarnym materiale bardzo rozległą plamę wilgoci. Zapach przesiąkniętego nią materiału był tak cholernie wyraźny!

Dopadł do niej, pokonując dzielące ich kilka metrów zupełnie bez udziału świadomości. Za plecami miała tylko gołą ścianę, docisnął ją do niej i zaczął całować. Nic nie mogło się równać gorliwości pocałunków na haju. Przez kilka długich minut jedynymi dźwiękami, które dało się wychwycić były mlaszczące odgłosy towarzyszące zawziętym zmaganiom baraszkujących w ustach języków. Jednocześnie ręce nieporadnie usiłowały poradzić sobie z zawadzającą sukienką. Bez większego sukcesu, jedno ramiączko, co prawda opadło – odsłaniając smukły obojczyk i czerwony stanik, ale nic poza tym.

Kontynuując całowanie sama uwolniła jedną pierś z dużej miseczki Duża i ciężka, z przepięknie sterczącym sutkiem zasłużyła sobie ledwie na odrobinę jego uwagi. Przesunął po niej spojrzeniem, ścisnął kilkukrotnie, szczypiąc przy okazji ciemną, nabrzmiałą krwią brodawkę i to wszystko.

Oderwał się od niej na krótką chwilę po to, by zaczerpnąć tchu, ale również po to, by wyswobodzić będącego na farmakologicznym wspomaganiu penisa. Chciał go użyć, przetestować jego, czy raczej swoje podkręcone możliwości. Czy można sobie wyobrazić lepszą próbę niż wbicie się tym sztywnym potworem w chętną pannę?

Uda się jej rozjechały, sama rozchyliła je najszerzej, jak tylko mogła – ostateczny akt desperacji. Niemal błaganie. Strużka lepkiego śluzu ciurkiem pociekła na podłogę, tworząc tam długi, mokry ślad. Wylewało się z niej.

Odwrócił ją przodem ściany dla własnej wygody, podciągnął spódniczkę i bez pomocy rąk wbił się w niemożliwie napuchniętą, rozwartą kobiecość. Nie jęk, ale krzyk wypełnił pomieszczenie odbijając się echem od ścian.

W normalnym stanie pewnie w podobny sposób przeżywała swoje najsilniejsze orgazmy, DP intensyfikowało po wielokroć seksualne doznania obojga użytkowników i zwiększało ich wytrzymałość.

On tylko głośno wypuścił powietrze i zacisnął zęby. Postanowił się jeszcze dodatkowo zabawić. Naprędce wymyślił schemat: pięć krótkich pchnięć – niedobijających do końca i jedno dłuższe na całą dostępną głębokość. Dostosowała się do jego pomysłu bardzo szybko, sama chętnie wystawiła nieco zbyt gruszkowaty tyłeczek wychodząc naprzeciw jego zabiegom. Mocno wsparta rękami o ścianę, pomagała mu jak mogła najlepiej, czasem nagradzając jego wysiłki donośnym jękiem, czasami wręcz jawnym krzykiem.

– Dobrze, bardzo dobrze – wydusiła z siebie w krótkim interwale między kolejną serią krótkich pchnięć, a własnymi, niezrozumiałymi jękami.

Przy którymś z kolei głębszym pchnięciu złapał w garść jej czarne loki i pociągnął za nie mocno. Nie wiedzieć dlaczego szarpanie za włosy działało nań stymulująco. Czuł, że posiadł zdobycz, podobnie jak ogier posiada klacz. Jesteś królem świata – wrzeszczało coś w jego głowie. Królem pieprzenia, jesteś Bogiem!

A ona była tak mokra, że jego penis dosłownie się w niej topił, od czasu do czasu zaciskała się na nim zatrzymując w sobie na ułamek sekundy. Podobnym wypadkom towarzyszyła szczególnie donośna manifestacja przeżywanej ekstazy. Płakała ze szczęścia, łzy spadały na podłogę. Spojrzenie miała zamglone, patrzyła, ale pewnie nie widziała.

Ciekawe jak długo jest w stanie wytrzymać jazdę w podobnym tempie? – pomyślał. Nie zdążył jednak zastanowić się nad tym dłużej. Wrzasnął, zachwiał się na nogach i strzelił. Pompował w nią potężną dawkę spermy. Siła jego własnego orgazmu odrzuciła go w tył, bezwiednie wysunął się z zalanej białą mazią pochwy. Genialna cipa mi się trafiła – musiał to przyznać w duchu. Było mu z nią zajebiście. Ona raczej też nie narzekała. Włosy lepiły jej się od potu, a podciągnięta w pośpiechu miniówka była w żałosnym stanie, mimo to na twarzy miała uśmiech. Uśmiechała się, tak po swojemu. Delikatnie i śmiało zarazem.

Spojrzał w dół, jego erekcja wciąż się utrzymywała. Naprawdę był Bogiem, pomimo ostrego testowania swoich mocy, witalności ubyło mu ledwie odrobinę. Czuł się znakomicie. Dobrze, czas na rundę drugą.

Tym razem podszedł do niej powoli, nieśpiesznie. Mógł sobie na to pozwolić. Władająca nim chuć chwilowo przygasła. Znów stała plecami do ściany, niby próbowała doprowadzić się do ładu, ale jakoś tak bez nadmiernego pośpiechu. Rozumiał, oboje byli jeszcze pod wpływem. Powoli zdjął bluzę, eksponując przy tym swój nie najgorszy tors. Mięśnie miał napięte do ostatnich granic. Wiedział jednak, że musi odpocząć kilka chwil, regeneracja była rzeczą niezwykle istotną.

Powstrzymał ją delikatnym, ale zdecydowanym gestem. Powoli, bardzo powoli zabrał się za zdejmowanie zbędnych fatałaszków. Nie przeszkadzała mu, kiedy leniwie bawił się sprzączką zamka jej sukienki umieszczoną na plecach. Droczył się troszkę, to odsuwając, to zasuwając zamek. Niewinna zabawa zakończyła się w momencie, kiedy nie wytrzymał i zaczął badać opuszkami palców wystający kształt łopatki.

Nicola nachyliła się nad nim i złożyła delikatny pocałunek nieco powyżej prawego sutka. Delikatność, czułość jej warg była poruszająca. Nie umalowała ust, to też na jego klatce piersiowej pozostawiła jedynie niewielką ilość własnej śliny. Jeszcze raz musnęła go zwinnym różowym języczkiem. Wyglądało na to, że oboje szukają chwili wytchnienia w miłosnym zapamiętaniu.

***

Zgrzytliwy dźwięk przesuwanego suwaka rozproszył panującą ciszę. Aby rozsunąć go całkowicie, trzeba było odbyć długą podróż wzdłuż kręgosłupa, poprzez zakamarki smukłych pleców, aż w okolice pełnych pośladków, na których zresztą nie omieszkał zacisnąć palców. Ugniatał je, delektował się ich gładkością. Wiedziony ciekawością przejechał palcem po małym rowku pomiędzy nimi, zatrzymał się jednak na tym, nie wnikając głębiej.

Sukienka zwiewnie spłynęła w dół, dzieląc tym samym los przemoczonych majtek. Została w samym czerwonym staniku. Teraz mógł swobodnie oglądać jej sterczące sutki. Z trudem w to uwierzył, ale zdawało się, że były jeszcze mocniej skierowane ku górze. Na szczęście nie musiał jej pomagać ze zdjęciem stanika, sama znakomicie sobie z nim poradziła.

Była kompletnie naga. Zlustrował ją wzrokiem, sycąc się całokształtem jej cielesności. Pozwolił sobie popatrzeć, po prostu się pogapić. Odsunął się od niej krok – nie zdejmując dłoni z jej tyłka. Naga wydawała mu się tak cholernie podniecająca. Proporcjonalnie zbudowane ciało, nie za chuda, ale również nie można było nazwać jej puszystą, szerokie biodra i nieźle zbudowane nogi. Sama słodycz. Natura obdarzyła ją hojnie, musiała nosić stanik najmniej o dwa numery mniejszy. Dwie półkule po wyswobodzeniu z materiału zdawały się być znacząco większe niż przedtem.

Odsunęła go od siebie, wychodząc poza plątaninę ubrań wijącą się u jej stóp. Pozwolił na to, sam również się rozebrał. Dla wygody i z nieco próżnej chęci autoprezentacji. Ta musiała wypaść pomyślnie, w zielonych oczach czarnowłosej znów dojrzał głód.

Zaspokoję cię, oj tego możesz być pewna. Tym razem chciał to zrobić zupełnie inaczej niż poprzednio.

Zaczął ją głaskać po całym ciele, nigdzie jednak nie zatrzymując się na dłużej. Chciał być delikatny, ba nawet czuły – czasem lubił i tak. Używał swoich dużych, silnych rąk, by głaskać ją po płaskim brzuchu, masować piersi, pieścić zewnętrzną stronę ud. Od czasu do czasu urozmaicał swoje zabiegi pojedynczymi pocałunkami. Gdy ucałował okolice pępka zachichotała, kiedy to samo uczynił na twardym guziczku łechtaczki głośno jęknęła. Nie bawił jednak długo między jej mokrymi udami. Nie o to chodziło. Chciał ją drażnić, prowokować i kusić.

Kontakt wzrokowy, cały czas starał się go utrzymywać, spoglądać jej głęboko, bardzo głęboko w oczy. Zarumieniła się pod jego spojrzeniem, niczym jakaś niewyrobiona małolata. Kombinacja złożona z jednoczesnych pieszczot i przenikliwego spojrzenia jego jasnych, niebieskich oczu złamała już niejedną.

Dawno temu odkrył, że płeć przeciwna jest niezwykle wrażliwa na kontakt wzrokowy. W stanie totalnego odlotu, po zażyciu pigułki bez litości korzystał z tej broni. A dziewczyna topiła się pod jego spojrzeniem, tak jak wosk topi się przy ogniu. Mógł ją kształtować, formować zgodnie z podszeptami własnych fantazji. A im bogatszą użytkownik miał fantazję, tym efekt działania pigułki był ciekawszy.

Należała do niego, całkowicie i totalnie. Wysunął biodra do przodu, wciąż gotowy członek otarł się o jej idealnie wygolony i fantastycznie wypukły wzgórek łonowy. Kiedy zrozumiała o co mu chodzi, natychmiast szerzej rozstawiła nogi. By ponownie wprowadzić członka w głąb niej, pomógł sobie ręką. Po raz drugi przywitała go z wielką ochotą. Jeden ruch bioder i już był zanurzony na całą głębokość. Żar jaki czuł w jej najintymniejszym miejscu niemal go parzył. Nie przejmował się tym. Poruszał biodrami w jednym rytmie bez szaleństw, ale tak, by dać obu stronom oczekiwaną przyjemność.

Brał ją na stojąco, od przodu, a jednocześnie dwoma rękami bawił się jej bujnym biustem dodatkowo go stymulując Jednocześnie cały czas patrzył w oczy kobiecie, którą posiadł. Z uporem maniaka wpatrywał się w nią, ekscytowało go to, co tam widział.

Ogromną przyjemność, niemą prośbę o jeszcze, zatracenie i skrępowanie. Od czasu do czasu odwracała wzrok, uciekając, odchylając głowę do tyłu i wydając z siebie kolejny jękliwy odgłos – świadectwo tego, że ponownie była na szczytach. W krainach niedostępnych bez narkotycznych wspomagaczy. Boski stan ekstazy, wielokrotnie bardziej uzależniający niż heroina.

Kochali się w ten sposób długo, kilkanaście, może kilkadziesiąt minut. Nie wiedział. Dla Briana czas przestał mieć znaczenie. Liczyła się tylko jego męskość, zatopiona głęboko w jaskini rozkoszy.

Jego ciałem wstrząsały dreszcze, bał się, że nie ustoi na nogach, uparcie jednak wbijał się dalej. Odczuwana przyjemność i długotrwały wysiłek zaczynały się kumulować.

Z drugiej jednak strony był taki twardy… Musiał dojść, po prostu nie mógł odpuścić w pobliżu mety.

Dopingowany podobnymi myślami pchnął jeszcze kilkanaście razy.Przy ostatnich kilku próbach stęknął głośno z wysiłku, został jednak zagłuszony przez partnerkę osiągającą gigantyczny orgazm.Odrzuciła głowę do tyłu, wyginając się w łuk i krzycząc donośnie. W uszach mężczyzny dudniły monosylabiczne dźwięki:

– Aaaaaa! Oooo!

Skurcze pochwy były tak silne, że wycofał niezaspokojonego członka z jej wnętrza. Chwilę później spomiędzy jej ud wytrysnęła przeźroczysta ciecz. Maksymalnie eksploatowane ciało musiało sobie jakoś radzić z lawiną przyjemnych bodźców. Wytrysk zdawał się być dla niej nowością. Być może pierwszy raz obserwowała taką reakcję u siebie. Nogi się pod nią uginały, bardzo spazmatycznie łapała kolejne oddechy. Zachwiała się, żeby nie runąć na ziemię podparła się rękami, kształtna pupa zachęcająco się wysunęła.

Dla niezaspokojonego, nabuzowanego mężczyzny podobne widoki to stanowczo zbyt wielka próba wytrzymałości. Stanął za nią, ujął za biodra i unieruchomił w wygodnej dla siebie pozycji. Wycelował penisa w ciaśniejszy otwór, w którym jeszcze nie gościł.

Zmieścił się z ledwością, pośladki Nicolii rozwarły się przed nim z dużym oporem. Miał szczęście, że po poprzednich razach dziewczyna była obłędnie mokra. Wykorzystał jej naturalny śluz – bezceremonialnie pakując dwa palce w jej kobiecość, by po ich wyjęciu solidnie nawilżyć anusa – jako naturalny lubrykant.

Uprawianie miłości greckiej – z powodu ciasnoty penetrowanego miejsca – nie tak dynamiczne i żywiołowe jak w klasycznym wariancie – dawało mu jednak olbrzymią przyjemność. Sam widok główki penisa, uparcie torującej sobie przejście tą drogą działał na niego bardzo podniecająco. Od czasu do czasu czasu obdarowywał ją klapsem, w lewy bądź prawy pośladek. Odgłosy głuchych uderzeń, jego coraz głośniejszego posapywania i jej cichszych niż poprzednio pomruków mieszały się ze sobą.

Tym razem nie zajmowała go jej przyjemność. Egoistyczny instynkt nakazujący zadbać o własne zaspokojenie wziął górę nad wszystkim innym. Taki obrót spraw zdawał się niezbyt jej przeszkadzać. Pozwoliła mu robić to, co chciał, sama ograniczając się tylko do prostych ruchów pocierająco–zwrotnych wykonywanych na główce łechtaczki. Jakość otrzymywanych w ten sposób bodźców nie mogła się, co oczywiste, równać z doznaniami towarzyszącymi penetracji pochwy, lecz nie narzekała. Po dwukrotnej, ekspresowej wycieczce na orbitę, ta konfiguracja dawała jako takie wytchnienie. Czuła, że znaczna część sił ją opuszcza.

On również to czuł, ale chwilowo kompletnie zignorował. Jeszcze kilka ruchów bioder. Jedno, dwa pchnięcia i znowu, jeden, dwa ruchy. Wiedział, że lada chwila czeka go to, co nieuchronne. Chciał jednak jak najdłużej odwlec ten moment. Skoncentrował wzrok na kropelce potu z wolna przesuwającej się wzdłuż kręgosłupa dziewczyny. W momencie, w którym obiekt jego obserwacji zniknął w rowku między pośladkami, wykonał ostatni ruch bioder.

Szczytując złapał ją z całej siły za włosy, krzyknęła zaskoczona nagłym bólem. On również krzyknął, ale z zupełnie innego powodu. Zalała go mieszanina niepisanej przyjemności i ulgi. Pompował swoje nasienie pomiędzy jej niegościnne pośladki. Jeden strzał, drugi, trzeci i w końcu czwarty odebrały mu świadomość na dobre kilkanaście sekund.

Bezwładnie osunął się na podłogę.

Zobaczył gwiazdy. Jakaś część jego świadomości odnotowała, że ściska w dłoni pukiel czarnych loków. Gdzieś w oddali usłyszał huk. A może to było blisko? Zmysły odmówiły mu posłuszeństwa.

Ostatnim, co poczuł były czyjeś palce zamykające jego własne w mocnym uścisku. Później spadł w ciemność.

***

Błysk flesza, jeden i kolejny. Fotograf z policyjnego zespołu techników wykonał właśnie dwa dobrej jakości zdjęcia profilowe, które miały zostać dołączone do akt sprawy, by później na stałe zagościć w cienkiej teczce zawierającej raport koronera. Doktor Morris był niczym ostatni Mohikanin – nie dał się ponieść wszechobecnej modzie na elektronikę – swoje raporty zamiast na policyjnych serwerach trzymał w zwyczajnych, tekturowych teczkach.

– Ja jestem stary ramol, Charles – mawiał, kiedy od czasu do czasu szli razem na kielicha do pewnej speluny niedaleko ratusza. – Stara szkoła, rozumiesz? Żeby się dostać do akt moich sztywniaków musisz dostać teczkę, a żeby dostać teczkę musisz przejść przeze mnie.

Komisarz podniósł wzrok. Para nagich trupów leżała na posadzce, trzymając się za ręce. Beznamiętnie lustrował nagość obojga, siedział w tym bagnie dwadzieścia siedem lat. Niewiele mogło go zdziwić, praca go zahartowała, nauczyła umysłowej dyscypliny, pochłonęła bez reszty, niszcząc przy okazji jego dwa małżeństwa. Teraz odnotował tylko dwa tatuaże przedstawiające grzechotniki i pukiel loków ściskanych w dłoni przez denata.

Sigma. Banda fanatycznych pseudo– religijnych pojebów, to ich robota. Zrobili z tej pieprzonej pomarańczowej pigułki mistyczny obiekt, gwarantujący niezapomniane doznania i ludzie w to szli. Kupowali to, wstępowali w ich szeregi. A on jeździł i zbierał trupy, jak jakiś pieprzony woźny!

Trupy tych, których nadmierna, niekontrolowana eksplantacja możliwości własnego organizmu zaprowadziła do grobu. DP zabijało bliżej niesprecyzowaną liczbę użytkowników. Gdybym tylko znał sposób, jak odwieść tych baranów od pokusy nieziemskich doznań ostatecznego oświecenia i tym podobnych pierdół – pomyślał z goryczą.

Jak zawsze przy podobnych okazjach wspomniał swoje życie seksualne, które od dobrych kilku lat po prostu nie istniało.

Doktor Morris popatrzył na kolegę ze smutkiem. Niski, krępy, łysiejący murzyn z początkami wyraźnej nadwagi sprawiał wrażenie bardzo zmęczonego Oczy miał jak zwykle ostatnimi czasy podkrążone z braku snu, pulchne kiedyś policzki zdawały się z dnia na dzień zapadać coraz mocniej. Jego dzienny strój stanowiły: sfatygowana zielona marynarka, czarna koszula i przybrudzone dużymi plamami tłuszczu czarne spodnie. Jego buty zdawały się nie doświadczyć porządnego pastowania od wieków, Do tego miały pozdzierane noski – komisarz często pracując nad rozwiązaniem jakiegoś problemu zwykł przechadzać się bez celu w tę i z powrotem. A teraz problemów, miał aż nadto. Praktycznie mieszkał przy swoim biurku.

Morris uparcie ignorował historie krążące na temat kolegi, a słyszał rozmaite. Lubił go i tyle. Chyba z wzajemnością.

– Dobra, raport na poniedziałek – odezwał się w końcu Ways. Morris tylko skinął głową na znak potwierdzenia.

Komisarz odwrócił się na pięcie i wyszedł. Naszła go nagłą ochota, żeby zapalić, albo jeszcze lepiej wypić solidnego kielicha czystej. Palił zdecydowanie za dużo, pił zresztą też.

Kijów 23.30 Czasu lokalnego, Plac Niepodległości

Centralny plac Kijowa wypełniały tłumy. Pięćdziesiąt tysięcy ludzi z zapartym tchem słuchało każdego słowa mówcy, od czasu do czasu dając upust swojemu swemu entuzjazmowi. Tłum go wielbił.

– Ukraina zasługuję na szansę. Szansę rozwoju, by móc śmiało spojrzeć w czekającą ten kraj przyszłość. Razem zbudujmy coś wyjątkowego. Musimy tylko wykorzystać szansę na uzewnętrznienie własnego potencjału. Nie dokonam jednak tak tego samodzielnie, wizja nie może być tylko moja. Musimy śnić i działać jako wspólnota, jako jedność!

Mikołaj Voranov mówiąc cały czas przechadzał się po scenie, kreśląc sobie tylko znane wzory ścieżek. Umiejętnie akcentował każde wypowiadane słowo, miał niesamowitą i rzadką zdolność przemawiania do tłumu w taki sposób, by każdy z jego słuchaczy miał wrażenie, że zwraca się właśnie do niego. Voranov był liderem nowej siły na miejscowej scenie politycznej. Partii „Najważniejsza Ukraina” łączącej w swoim programie elementy nacjonalistyczne i pro–zachodnie. Odważnie głosił tezę stawiającą jego kraj w roli lidera regionu, a w obecnej sytuacji dużego, strategicznego partnera Stanów Zjednoczonych..

Jednocześnie nawoływał do wyjścia z orbity wpływów Moskwy. Na każdym kroku podkreślał wyjątkowość i potencjał drzemiący w ukraińskim społeczeństwie. Nie jesteśmy żadnym satelitą, jesteśmy rakietą – głosili odważnie działacze NU.

Siłą tej partii był jednak jej lider. Voranov wypłynął na szerokie polityczne wody na początku drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku. Najpierw jako niezależny polityk samorządowy, głosząc dość radykalne hasła obniżki i likwidacji niektórych podatków, zdołał zbudować wokół swojej osoby dość szeroką grupę poparcia. Ta grupa stała się zaczynem przyszłej partii politycznej.

Wytrwałe działając w szeregach antyrosyjskiej opozycji piął się w górę, stopniowo jednocząc wokół siebie wszystkich liczących się polityków tego ruchu. Zajął miejsce pięknej Juli – stał się liderem. Będąc już rozpoznawalną marką na politycznym rynku wystartował w wyścigu o fotel burmistrza Kijowa. Niespodziewanie dla wszystkich wygrał. Obejmując fotel Voranov liczył sobie niespełna czterdzieści dwa lata. Młody, energiczny, wykształcony na najlepszych angielskich uczelniach, szybko zdobywał uznanie wyborców.

Miłośnik sportów – zwłaszcza judo – przekonał ludzi, że tak naprawdę jest jednym z nich. Z naturalną łatwością i talentem pojawiał się wszędzie tam, gdzie go potrzebowano, na kweście na rzecz renowacji miejscowej cerkwi, na ogólnomiejskiej akcji zadrzewiania parków, czy jako inicjator masowej inicjatywy pomocy hospicjom. Gazety w całym kraju drukowały na pierwszych stronach zdjęcie płaczącego Voranova tulącego zniszczonego chemioterapią, umierającego ośmiolatka. Jakiś czas później pojawiła się informacja o wsparciu polityka dla wszystkich hospicjów w mieście, sfinansowanym z własnej kieszeni.

Wymowa podobnych gestów bardzo silnie oddziaływała na społeczeństwo. Jego przemówienia przyciągały tłumy młodych ludzi, spragnionych nowej jakości, odmiany. Zawsze mówił płynnie, składnie kreśląc swoją wizję przyszłości narodu. Rozpalał wyobraźnię, budząc uśpioną głęboko na dnie dusz słuchaczy dumę. Szybująca w górę osobista popularność lidera NU, mogła się równać tylko z nienawiścią, jaką żywił w stosunku do niego świat przestępczy. Bezwzględna rozprawa z większymi i mniejszymi figurami podziemia była posunięciem kontrowersyjnym, ale skutecznym. Dzięki reformie polegającej na sukcesywnym wzmacnianiu sił policyjnych, władza zyskała narzędzia do zapewnienia stabilizacji w mieście.

Drugim olbrzymim sukcesem Voranova podczas dwóch czteroletnich kadencji w Kijowie była reforma gospodarcza. Uproszczenia w podatkach i ustanowienie wielu ulg dla przedsiębiorców, zaowocowały stopniowym, ale odczuwalnym wzrostem gospodarczym. Kijów stał się atrakcyjnym miejscem dla inwestorów z całego świata. Odniesione sukcesy pozwalały Voranovowi śmiało spoglądać w kierunku urzędu prezydenta.

Teraz triumfował, jego długofalowa strategia polityczna właśnie przynosiła owoce. Świeżo wybrany prezydent–elekt przemawiał do swoich najwierniejszych zwolenników.

– Z waszą pomocą, dzięki waszej energii, waszej kreatywności mamy szansę zbudować niezrównane dzieło – wysoki, opalony mężczyzna chodził po scenie bez marynarki i krawata, ale za to z zakasanymi rękawami, manifestując swoją natychmiastową gotowość do działania. Taki był Mikołaj Voranov – człowiek czynu, nie gładkich słów. – Niezrównane dzieło, które będzie jednocześnie manifestacją naszej niezależności, naszej siły. Jako prezydent obiecuję, że dołożę wszelkich starań, by budowa zakończyła się sukcesem! Pięćdziesiąt jeden procent z was mi zaufało, zadeklarowało gotowość do wielkich rzeczy już teraz. Dziękuję wam za to. Wy jesteście moją polisą, która pomoże mi wziąć na swoje barki odpowiedzialność za cały kraj. Za Ukrainę!

Burza oklasków wybuchła niczym bomba, hałas był ogłuszający. Wyrazy uwielbienia, okrzyki poparcia, słowa otuchy sypały się zewsząd. Voranov skłonił się w pas, niczym aktor teatralny dziękujący publiczności za wyrazy uznania. Kiedy się wyprostował znów potoczył spojrzeniem niebieskich oczu po setkach wpatrzonych w niego twarzy. Uśmiechał się nieśmiało, jakby zaskoczony reakcją tłumu.

Nikt nie usłyszał strzału, nikt nie zobaczył czerwonego błysku ognia w momencie kiedy pocisk opuszczał wylot lufy. Mało kto zobaczył złotą smugę przecinającą powietrze z ogromną prędkością. Wszyscy zobaczyli jak głowa prezydenta–elekta gwałtownie odskakuje do tyłu, jak polityk osuwa się na kolana, a w okolicach prawej skroni wykwita mu niepozorna, czerwona plamka.

Kamery kanału czwartego znajdowały się najbliżej sceny i to one dokonały – sekunda po sekundzie – rejestracji dramatycznych wydarzeń. Voronov raptownie przestał się uśmiechać, wszelkie emocje zniknęły z jego oblicza, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Bezwładne ciało runęło na lewy bok. Zwycięzca, niecałe pół minuty temu hipnotyzujący tłumy, wielbiony, teraz legł martwy.

Niebieskie oczy o tak zapadającej w pamięć intensywności spojrzenia skierowane były ku pomnikowi prastarej słowiańskiej bogini – Berehyni – która, jak wierzono, uosabiała ukraińską dumę i niezawisłość. Twarz młodej kobiety odzianej w powłóczystą szatę z rękawami była jak zawsze nieprzenikniona, wzrok miała spokojny i łagodny. Mikołaj Voranov patrzył ku niej, ale już nie widział.

Wszelkie uwagi mile widziane: foxmnede@gmail.com

Przejdź do kolejnej części – Buntownik – Scalli

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

No, pięknie. Bo jestem pierwszy :-))) i bo opowiadanie pyszne. Kryminalistyka kwitnie na NE, i to z doskonałymi efektami. Bardzo mi się podobało, choć nie mam pojęcia, czy istnieje cokolwiek takiego, jak DP.

Pozdrawiam, seaman.

A ja drugi, wciąż na podium 🙂

Opowiadanie Foxa jest trudne do zakwalifikowania – z jednej strony kryminał (policjanci, śledztwo), z drugiej strony, czysta fantastyka (tajemniczy mściciel/szpieg/zabójca). W pierwszej części cyklu otrzymujemy dopiero pierwsze elementy układanki. Wciąż jeszcze nie do końca do siebie pasują, nie widzimy, co razem tworzą. Ba! Nie wiemy nawet, kim jest tytułowy buntownik! Jedyną wskazówką są pewne aluzje do świata komiksu (coraz częściej zresztą ekranizowanego). Musimy zatem czekać na następny rozdziały, by zrozumieć, co tak naprawdę kryje się w fabule rozciągniętej między USA i Ukrainą.

Ale już teraz widać, że będzie się działo (a pardonu nikt nikomu dawać nie będzie, że tak zacytuję klasyka). Nowy supernarkotyk zbiera krwawe żniwo, podobnie jak katana nieznajomego. Policja, mafia i świat polityki – wszyscy maczają palce w tej intrydze. Fox jest teraz w idealnej dla Autora sytuacji – może pociągnąć swą historię w kilka bardzo różnych kierunkach. Bardzo jestem ciekaw, który z nich wybierze.

Pozdrawiam
M.A.

Dodam jeszcze, że Lis wykazał się sporą oryginalnością w doborze ilustracji dla swego dzieła. Ostatnimi czasy na "okładkach" naszych opowiadań królują zazwyczaj piękne i skąpo odziane dziewoje (w liczbie pojedyńczej lub mnogiej). A tu nagle, ni stąd, ni zowąd, ninja spogląda na miasto. Sądząc po sylwetce, raczej męski ninja. No i księżyc w pełni. Czyżby nasz seksistowski trend został przełamany? Szczerze powiedziawszy, mam nadzieję, że nie, ale od czasu do czasu każdy potrzebuje odmiany 😀

M.A.

tomamor: Foxm Etykiety – woooooowwwwww :)))))) to pierwsze co mi przyszło po dotarciu do ostatniej kropki. Zapowiada się fascynujące połączenie kryminału, ostrego sexu i……. zemsty?
Mam ogromną nadzieję, że Twój cykl utrzyma poziom i stanie w szranki z cyklem autorstwa niezrównanego Megas Alexandros`a :)))))

Bardzo chętnie przyjmę takie wyzwanie i stanę w szranki – po pierwsze, brak konkurencji rozleniwia, a po drugie, im więcej dobrych serii na NE, tym lepiej!

Pozdrawiam
M.A.

@Seaman Obawiam się, że coś takiego jak DP istnieje tylko dzięki mojej wyobraźni:) Cieszę się jednak bardzo, że moja nowa praca zyskała sobie Twoją przychylność.

@Anonimowy Bardzo dziękuję za entuzjastyczną reakcję i proszę o więcej. Wiem w którym kierunku to pójdzie, ale nie powiem.:)

@M.A Tobie jak zwykle – można rzec – należą się najszczersze podziękowania za pracę, jaką wykonałeś na etapie poprawek. Dziękuję!
To prawda złamałem seksistowski standard, ale tylko dlatego, że nie potrafiłem znaleźć seksownej kobiety pasującej mi klimatycznie do tego tekstu. Jest więc ninja. Nie obawiaj się jednak! Mam już obrazek do następnej części: jest kobieta, jest erotyka = seksistowski standard ocalony.

Tak, Buntownik zdecydowanie jest mężczyzną.

Co do rywalizacji być może uczeń kiedyś przerośnie swojego korektora, ale raczej nieprędko. OH jest czymś unikatowym i minie jeszcze wiele czasu nim Megas doczeka się godnego rywala:) Ja cieszę się, że mogę od czasu do czasu przypomnieć się szerszej publiczności.

Pozdrawiam,
Fox

Przeczytałem. Fabularny rozmach mnie przytłacza. Iście hollywoodzka wyrazistość oślepia. Moc działania DP przeraża. Wow!

Uważam, że dla takich osób jak Karel powinien być na klawiaturze specjalny znak do sygnalizowania ironii. Inaczej Jego wypowiedzi są zbyt problematyczne w interpretacji 😀

Pozdrawiam
M.A.

Raczej nie. Nie starałem się być ironiczny. Zresztą może napiszę do Foxa, bo podał adres 🙂

Foxie!!!

Wczoraj przeczytałam na komórce, więc dopiero dziś na porządnej klawiaturze skomentuję. A w zasadzie zacytuję przedmówcę:

"Fabularny rozmach mnie przytłacza. Iście hollywoodzka wyrazistość oślepia. Moc działania DP przeraża. Wow!"

🙂

Karel w krótkich żołnierskich słowach oddał dokładnie to, co mnie przyszło na myśl po przeczytaniu tego świetnego tekstu. Rękami i nogami podpisuję się pod apelem Arei, żebyś tak "więcej i częściej" ;)Duże fabuły wychodzą Ci lepiej, bo chociaż "W ciemności" jest jednym z popularniejszych wśród czytelników tekstów, to jednak "Wielka gra", a teraz "Buntownik" pozwalają Ci naprawdę rozwinąć skrzydła. Potrafisz czytelnika zaciekawić i, co ważniejsze, podtrzymać to zaciekawienie do ostatniej linijki.

A "scena"… No cóż 😉 Bardzo zgrabnie napisana. Podobało mi się!

Pozdrawiam!
Rita

@Rita
Twoje pozytywne komentarze zawsze dają mi ogromną satysfakcję:) Nie wiem, być może masz rację, że duże fabuły wychodzą mi lepiej. Mają jednak ten minus, że ze względu na swoje rozbudowanie i bogactwo szczegółu pochłaniają znacznie więcej czasu.

Nie złożę deklaracji, że będzie więcej i częściej, gdyż ilekroć coś podobnego robię, to nie wychodzi tak jak bym sobie tego życzył.

A "scena" ? Hmmm, dopytam:)
Pozdrawiam,
Foxm

Po tym co przeczytałem boję się sprofanować to opowiadanie własnymi zdaniami. Tak jak Karel i Rita całkowicie się zgadzam, że "Woooooow!!!" 😀 Tak samo jak "Wielka Gra" zachwyca, a nawet bardziej, bo i rozmach większy i po ilości postaci widać, że szykuje się coś większego, a ja się z tego bardzo, bardzo (i jeszcze trochę) cieszę 😉

Oby więcej takich opowiadań.
WW.

Przeglądam zasoby NE wg listy utworów i w przypadku gdy jakiś cykl mnie zainteresuje czytam dalej. Bardzo ciekawe kryminalne i jednocześnie erotyczne z bardzo ciekawymi opisami scen seksualnych . No i zasięg geograficzny czyli znajomość realiów politycznych . Idę czytać kolejną część 😎

Napisz komentarz