poezja: Szał (Emil Zegadłowicz)  3/5 (4)

< 1 minuta czytania

Gdy mi nagle zarzucasz nogi na ramiona

wrzącej w żyłach rozkoszy warem rozogniona —

gdy ręce moje, węże oszalałe żądzą,

po udach Twych i brzuchu ślepe, gniewne błądzą —

gdy Twe trzewia nasienia opryskuje wrzątek,

gdy krzyczę żeś Ty wieczność, koniec i początek —

gdy wołam: daj mi oczy! daj mi Twoje oczy! —

— ziemia zrywa praw łańcuch i w bezkres się toczy

z świstem, z łopotem, z hukiem! — ziemia — klacz chutliwa

pędzi! tętni! — a nad nią skier pienistych grzywa!

Do grzbietu jej przywarci, przemienieni w jedno,

lecimy w zawierusze gwiazd w groźne bezedno!

Emil Zegadłowicz

(1888-1941)

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Komentarze

Uwielbiam.
Poetycka moc nie straciła na sile mimo iż od debiutu minęło ponad 80 lat.
Żywe, prawdziwe i zachwycające.
Zawsze, gdy czytam „klacz chutliwa
pędzi! tętni – a nad nią skier pienistych grzywa!
Do grzbietu jej przywarci, przemienieni w jedno,
lecimy w zawierusze gwiazd w groźne bezedno!”
staje mi przed oczami „Szał” (lub „Szał uniesień”) Podkowińskiego ze swoją symboliką nieokiełznanego pożądania i ognistowłosą nagą kobietą, która oplata szyję zwierzęcia białymi ramionami niczym podmiot liryczny uda kobiety swymi wężowymi dłońmi oszalałymi żądzą.

Ja także mam jednoznaczną i natychmiastową wizualizację Podkowińskiego przy lekturze tego wiersza :).
Zastanawiam się na ile, przez sobie współczesnych, autor był zrozumiały a na ile wyprzedzał swoje czasy. Dziś, po ośmiu dekadach język nie jest anachroniczny a przekaz żywy i esencjonalny.

Podkowiński to także moje pierwsze skojarzenie ;]
Ja szukam erotyzmu po jakiś Baudelaire’ach a tu taka perełka. Kreślona piórem polskiego poety.
„gdy Twe trzewia nasienia opryskuje wrzątek” niby takie dosłowności a jednak burzą krew…
Piękne.

Ja natomiast nie mam żadnych skojarzeń. Bo i po co?
A zwrotka szczególna to ta zaczynająca się „Gdy wołam: daj mi oczy…” dopełnia pierdolenie bez sensu sensem albo – innymi słowy – nobilituje relację cielesną na „miłosną”.

A gdzieżby tam. Całość jest o pierdoleniu. Od „oczu” mamy totalny odpływ na fali orgazmu.

Pewna zaprzyjaźniona wirtualnie kurwa, z którą korespondowałem przez kilka lat, twierdziła, mimo cielesnych doświadczeń, na jakich gromadzenia pozwalał jej tymczasowy zawód, twierdziła, że można kochać się oczyma. Nie, nie. Nie była nawiedzona, romantyczna, itp. Miała IQ znacząco wyższe od przeciętnej i nosiła w sobie matematyczny geniusz. A jednak te oczy to była jej mantra. Zaraziła mnie swoją ideą. Patrzcie sobie w oczy, kochankowie 🙂

Zdecydowanie o pierdoleniu i nie przesadzajmy już z tym nadawaniem sensu przez patrzenie w oczy !

Hmmm… ja chyba wolę mieć zamknięte jak mi dobrze, wtedy łatwiej skupić się na innych doznaniach, a bynajmniej nie oznacza to, że lekceważę partnera czy sprowadzam do roli żywego wibratora (obraziłby się? ;)) 😉

Coś w tym jest, w tym gadaniu o oczach. Seks bez patrzenia sobie w oczy wydaje mi się jakiś nieobecny, choć też daleko mi do romantyzmu, motylków i tęczy. Szczytem romantyzmu była u mnie akceptacja określenia „kochać się” w miejsce bardziej soczystych czasowników.

A wiersz jest, jak wcześniej zauważono, o pierdoleniu, ale napisany niesamowicie obrazowo i dynamicznie. Dostałam zadyszki od samego czytania, bo nie można się oprzeć pokusie czytania tego na głos.

Napisz komentarz