Diabeł na własność (Seelenverkoper) 4/5 (1)

Krąg z wpisanym weń pentagramem lśnił w mroku słabym błękitem, przypominając marną animację z amerykańskiej kreskówki stworzonej na przełomie wieków. Tyle tylko, że był narysowany kredą, na parkiecie salonu w willi nad jeziorem Starnberger Seei naprawdę, w żadnym wypadku, nie powinien się tak zachowywać. To miał być żart. Wentyl bezpieczeństwa. Nie sądziła, że te bajdy znalezione w grimmuarze wygrzebanym na strychu, pośród notatek cadyków odpalą. Rytuał nie mógł działać, a jednak wokół dziewczyny działo się coś wyjątkowo niepokojącego. Porywisty wiatr szarpał jej czarne, długie szaty, a ona sama, prawie bezwiednie wykonywała taneczne gesty i skomplikowane ruchy rąk, czując narastającą euforię i moc.

– …zaś jeśli będziecie się nam sprzeciwiać i opierać, nieposłuszni potędze imienia YIAI, przeklinamy was aż do głębin wielkiej Otchłani, w którą was wrzucimy; i gdzie was zwiążemy, jeśli okażecie się nieposłuszni Tajemnicy Tajemnic i Misteriom Misteriów AMEN, AMEN, FIAT, FIAT! – krzyczała brunetka w okularach o grubej oprawie i bardzo porysowanych szkłach.

Ledwo wypowiedziała ostatnie słowo, w kręgu, jakby wyłaniając się z głębokiego cienia, którego nie mogło tu być, wyszło czworonogie stworzenie. Powłóczyło łapami, stawiając je niepewnie. Było podobne do psa, tyle, że okrywało je nie futro, a gęste, wielobarwne i długie pióra. Bestia podniosła łeb, węsząc. Wielkie chrapy czarnego nosa poruszały się dłuższą chwilę. Nagle zaczęło się wściekle gryźć, wyszarpując zębami pióra, które, wirując, opadały na podłogę. Zanim jej dotknęły, lśniły przez ułamki sekund jak pozostawione na mrozie lampki choinkowe i rozpękały na wzór baniek mydlanych. Wewnątrz pentagramu wił się teraz człowiek ubrany w olbrzymią, poszarpaną pelerynę. Wyglądał bardzo ptasio. Wstał, a potem zgarbił się, przekrzywił głowę i schował ręce za siebie, co jeszcze spotęgowało to wrażenie.

Okularnica dumnie podniosła głowę i wykrzyczała równie pewnym jak wcześniej głosem:

– Oto są symbole i Imiona Stwórcy, które mogą ci przynieść grozę i strach. Bądź mi zatem posłuszny, Feniksie, Książe Piekieł, poprzez moc tych Świętych Imion i przez te tajemne symbole najskrytszych tajemnic! Spełnij nasze życzenia, bo po to zostałeś tu wezwany!

Istota zawyła przenikliwie, ale z każdą mijającą sekundą jęk ten nabierał coraz przyjemniejszych tonów, aż w końcu zmienił się w perlisty śmiech. Gdy bestia umilkła wyprostowała się i odrzuciła z twarzy kaptur. Mierzący blisko dwa metry mężczyzna uśmiechnął się do niej i przeczesał dłonią stojące we wszystkich kierunkach włosy koloru smoły.

– Obawiam się, kochanie – oznajmił mężczyzna – że wbiłaś zły adres. Nie jestem Feniksem. Jeśli mam być bardziej szczegółowy, nie jestem nawet Księciem Piekieł – uzupełnił spokojnie i zdjął z siebie płaszcz upodabniający go do ptaka. Ku zdziwieniu dziewczyny, był pod nim ubrany całkowicie normalnie. Czerwoną flanelową koszulę narzucił na czarny t-shirt, wystający z bojówek w tym samym kolorze. Nóg nie wieńczyły mu lśniące kopyta, a zszarzałe skarpetki.

– Nie wyglądasz jak diabeł – bąknęła, tracąc rezon, okularnica.

– Bo też nim nie jestem – sapnął mężczyzna. – Myślałem, że wyjaśniłem to dość jasno.

Wyjął paczkę papierosów. Czerwonych Lucky Strików. Włożył jednego z nich do ust, a następnie poklepał się po kieszeniach koszuli i spodni.

– Masz może zapalniczkę? – spytał.

– Nie zwiedziesz mnie swymi kłamstwami, diable! – krzyknęła okularnica, której chyba właśnie wrócił głos. – Musisz słuchać moich poleceń, ponieważ jesteś tu jedynie dzięki mojej woli i łasce Jezusa Chrystusa…

– Okej, wystarczyło powiedzieć, że nie masz – mruknął mężczyzna i sięgnął ku jednej z czarnych świeczek ustawionych na każdym rogu pentagramu. Odpalił papierosa i zaciągnął się z błogim wyrazem twarzy.

– Czy mógłbyś nie palić w moim salonie? – upomniała go sfrustrowana czarownica.

– Chciałaś mieć diabła, takiego z rogami, kopytami i buchającego dymem – zakpił mężczyzna. – Tylko, że ja nie mam ani rogów ani kopyt, ani tym bardziej wbudowanego zadymiacza. Ergo: muszę palić, żeby choć w minimalnym stopniu spełnić twoje oczekiwania. Ukłonił się kpiarsko, zataczając prawą dłonią kręgi.

– Czyli jesteś jednak diabłem – triumfowała okularnica. – Powiedz mi, czy Bóg ukarał cię za sprzeciw wobec Jego woli i strącił na dno Otchłani, czy byłeś jedną z bestii, które zamieszkiwały ją od czasów stworzenia?

Mężczyzna popatrzył z lekkim niedowierzaniem. Zaciągnął się papierosem.

– Bóg umarł. Nie słyszałaś? Albo nigdy nie istniał. Może śpi i nie należy mu przeszkadzać. Chodzi o to, że nigdy go nie spotkałem – wzruszył ramionami. – Jestem Seelenverkoper, udzielny władca Nibylandii, hrabia Doggerlandu, Wysoki Lord Ziemiomorza od Wyspy Havnor, aż po kres archipelagu Kargardzkiego, despota Eriadoru, Gondoru i Arnoru, udzielny dzierżyciel krain Morfeusza i Dziadka piaskowego, od krańców najdalszych koszmarów po sny freudowskie, Pan na mieście Sigil będącym centrum wszechświatów, ostatni sukcesor władców Cesarstwa Rzymskiego i Bizantyjskiego, z łaski nieistniejących bogów nihilizmu, entropii, chaosu i mizantropii zwany także Wodzem Zbłąkanym Psem, ostatnim przywódcą Widmowych Wędrowców. A ty?

– Możesz mówić mi Artimar – odparła z wahaniem. – Nigdy nie zdradzę ci swojego prawdziwego imienia. Ono dałoby ci zbyt dużą władzę. Tytuły, które wymieniłeś z taką emfazą, nic mi nie mówią. Opowiedz mi, czym się zajmujesz.

– W momencie, w którym otworzyłaś drzwi, walczyłem z dwoma Gigantami i jedną Kawką w krainach koszmaru, stworzonych na samych obrzeżach dawnego królestwa Morfeusza. Chyba zagarnął je nawet umysł jakiegoś śmiertelnie chorego starca na granicy szaleństwa. Dlatego skorzystałem z twojego zaproszenia. Nie chciałem zostać przez niego wepchnięty do domeny należącej do siostry Snu z Przedwiecznych. Jestem podróżnikiem, czarnoksiężnikiem, kochankiem. Twórcą i niszczycielem światów na tafli Dai Esthai, Rzeki Życia. Nie pamiętam swoich początków, nigdy nie zaznam spoczynku.

– Czy możesz spełnić moje żądanie? – spytała i zagarnęła dłonią niesforne włosy ciągle opadające na twarz.

– Twój Bóg ci nie odpowiedział? – zagadnął mężczyzna zupełnie innym niż dotychczas tonem głosu. – Może po prostu poczuł się znudzony nieustannymi i dziecinnymi prośbami? Jękami i piskami pewnej szarej myszy? Rozumiem, że mam go dla ciebie zastąpić.

– Czy możesz dla mnie kogoś zabić? – kontynuowała, jakby nie usłyszała ostatniej uwagi. – Zabić albo sprawić, by pokochał mnie całym sercem i bym ja też znów poczuła? To, co powinnam czuć?

Mężczyzna wybuchnął śmiechem i usiadł, krzyżując nogi na samym brzegu kręgu. Wtedy dostrzegła jego oczy. Nie miały białek ani źrenic. Wydawały się zrobione z kolorowego szkła, nieustannie zmieniającego proporcje barw. Róż, błękit i indygo kotłowały się w nich powoli, ustępując miejsca błękitowi i bieli.

– Czy wiesz, Artimar, jaka jest różnica między kaprysem, a dozgonną miłością? Taka, że kaprys trwa trochę dłużej – zakpił, po czym spojrzał w jej oczy. – Unicestwienie tego mężczyzny nie stanowi dla mnie najmniejszego problemu. Wzbudzenie w nim ognia uczucia również nie. Co więcej, mógłbym obu tych rzeczy dokonać równocześnie. Rozwarstwić dla ciebie świat, zupełnie tak samo łatwo, jak kroi się ciastko. Zemściłabyś się i kochała w tym samym czasie. Zaspokoiłabyś wszystkie żądze.

– Jednej z tych rzeczy mogę się wyrzec – odparła niecierpliwie.

– Wszyscy cierpimy karę za to, czego się wyrzekamy. Każda żądza przez nas zdławiona rozpładza się w naszej duszy i zatruwa ją. Ciało grzeszy i na tym grzech się kończy, bo czyn jest rodzajem oczyszczenia. Nie pozostaje wówczas nic, prócz wspomnienia pozbycia się pokusy jest uleganie jej. Gdy będziemy się jej opierali, dusza zachoruje z tęsknoty za tym, czego sobie sama odmawiała, z żądzy za tym, co potworne jej prawa uczyniły potwornym i bezprawnym[1].

– Zrealizuj choć część z moich żądz, a poczuję się zaspokojona – ponownie mu przerwała.

– Mógłbym, ale tego nie uczynię – rzucił bardzo poważnie i poślinił palec wskazujący.

– Dlaczego? – spytała nie rozumiejąca nic okularnica.

– Bo zrobiłaś istotny błąd. Żeby pentagram był skuteczny, powinnaś wyryć w go kamieniu. Ty wyrysowałaś go kredą – dodał z rozbawieniem i starł palcem długi fragment linii u swych stóp.

Zanim zdążyła zareagować, rzucić się do ucieczki lub chociaż krzyknąć, był już blisko niej. Stała jak sparaliżowana, gdy zbliżył usta do jej policzka. Musnął go delikatnie wargami, po czym wyszeptał do ucha:

– Mógłbym odejść, ale zbytnio mnie fascynujesz, dziewczynko. Pachniesz fiołkami i dzikim bzem. Szaleństwem. Życiem. Dawno nie smakowałem kobiety równie nim przepełnionej jak ty – dodał, po czym odrzucił jej kaptur do tyłu. Po chwili zastanowienia rozpiął też broszę przytrzymującą czarny płaszcz. Zgodnie z wymogami rytuału była pod nim całkowicie naga. Zadrżała.

Mężczyzna odsunął się i zatoczył wokół ofiary krąg, dokładnie lustrując ciało czarownicy. Była niewysoka, szczupła i wątła. Fizycznie nie mogła stanowić dla niego żadnego zagrożenia. Miała mleczną skórę pełną piegów, przez co przypominała mu trochę nocne niebo. Wąskie stopy, kształtne łydki, szczupłe uda. Brzuch podzielony liniami drobnych rozstępów. Całkiem spore piersi zwieńczone dużymi, brązowymi brodawkami. Kościste ramiona, zgrabne dłonie o długich palcach. Dotknął ustami jej szyi, odrzucając burzę kręconych włosów, gestem władcy położył dłoń na pośladku.

– Sądzę, że teraz to ty powinnaś spełnić parę moich rozkazów.

– Czy muszę? – spytała, opuszczając głowę.

– Oczywiście, że nie – odparł ze zdziwieniem w głosie. – Jednakże to, że nie jestem diabłem, nie oznacza wcale, że nie mogę cię skrzywdzić.

Zadrżała. Mocno objął ją od tyłu, wtulając głowę w jej włosy. Trwał tak przez niekończące się minuty. W końcu schwytał ją w ramiona i podniósł. Nie wyrywała się. Jedynie skuliła, niczym zaskoczone pisklę. Zrobił parę kroków i rozwinął nogą dywan zrolowany na potrzeby rytuału. Był gesty i gruby. Ułożył ją na nim, jak gdyby bawił się szmacianą laleczką. Potem niczym ogromny pies legł u jej nóg i wtulił łeb między nie.

– Ciągle pachniesz bzem – mruczał. Nieśpiesznie kreślił opuszkami palców zawiłe wzory po wewnętrznej stronie jej ud. – Masz taką gładką skórę – kontynuował. – Wiesz, dawno temu miałem przyjaciela. Był człowiekiem okrutnym i gwałtownym. Miał też pełno słabości. Jedną z nich stanowiło zamiłowanie do gładkiej, kobiecej skóry. Zdzierał ją całymi płatami, cierpliwie garbował sobie tylko znanymi metodami, po czym wprawiał w srebrne okładki. Spisywał na niej wspomnienia. Niestety, przez głupie zrządzenie losu, dzienniki te przepadły bezpowrotnie w otchłaniach pustki, na skraju Mlecznej Drogi.

Zmienił pozycję tak, by klęczeć przed nią. Jedną ze stóp dziewczyny oparł sobie na ramieniu i przytulił do niej policzek. Dłonią gładził napiętą łydkę. Był cierpliwy, każdą pieszczotę niewyobrażalnie rozciągał w czasie, a ona czuła, że i tak są dla niej zbyt krótkie. Nie prowadziły do podniecania, do nieopanowanej chuci. To był inny gatunek bliskości. Mimo to jej okulary już dawno zaszły mgłą. W końcu pochylił się nad jej kobiecością i złożył na niej pocałunek. Wodził językiem wzdłuż warg, czekając aż wypełni je buzująca w dziewczynie krew. Od niechcenia ujął pierś w dłonie i ścisnął. Mocno. Artimar jęknęła przeciągle i wygięła ciało w łuk, wsparty z jednej strony na piętach, a drugiej o czubek głowy.

– Spokojnie – zakomenderował Seelenverkoper, po czym znów zanurzył w niej język. Następnie wbił zęby w kobiecość, aż krew spłynęła mu wartką strugą po brodzie. Nie przerwał nawet, by ją zetrzeć. Wziął kolejny kęs, tym razem wgryzając się znacznie głębiej. Objęła go nogami, zaciskając uda wokół głowy, jakby zachęcając do kolejnej pieszczoty.

Gdzieś w mózgu kołatała się myśl, że powinna uciekać. Przynajmniej podjąć próbę, zerwać się i dotrzeć do drzwi. Jej ciałem znów wstrząsnął dreszcz. Nie czuła już bioder i nóg. To było takie dziwne. Sądziła zawsze, że bycie pożeraną przez bestię musi stanowić festiwal cierpienia. Prawdziwe katusze. Tymczasem nie czuła wcale bólu. Przypominało to raczej zapadanie się w gruba, puchową kołdrę. Świadomy sen, w którym będzie mogła latać.

Kiedy skończył, usiadł zmęczony i otarł usta dłonią. Pożarł ją. Nie tylko ciało, ale i duszę. Dołączyła do stu tysięcy istot tworzących jaźń. Uwięzionych w niej po kres czasu. Ciekawe, czy spodobają się jej spokojne sny, jakie stworzył specjalnie dla nierozsądnej czarownicy. Chyba tak. Wydawała się teraz taka cicha i spokojna. Szczęśliwa. Przez chwilę krążył jeszcze po mieszkaniu. Znalazł pachnące bzem perfumy i wsunął je do kieszeni. Zapalił papierosa. Usiadł w fotelu i oparł głowę na splecionych dłoniach. Dopiero po paru minutach rozprostował olbrzymie, sępie skrzydła i zamachał nimi na próbę. Czarne pióra przypominające naostrzone, stalowe noże, złowieszczo zaszeleściły. Dopiero od niedawna należały do niego. Odebrał je upadłemu aniołowi, Phenexowi. Może dlatego zaklęcie przywołało właśnie jego. Skrzydła zmyliły nawet tak potężną magię.

– Mistrz Merlin na pewno by się z tego uśmiał – mruknął sam do siebie. – Chociaż może nie. Chyba był pozbawiony poczucia humoru gburem.

Nie skłamał. Nie był diabłem. Nie był też aniołem. W ogóle nie należał do przedwiecznych. Był wrogiem obu stron i miał parę niespłaconych rachunków do uregulowania. Artimar na chwilę zaspokoiła jego głód. Nawet ją polubił. Spełni jej prośbę w całości. Dorwie tego gnoja, a potem zmiażdży jego duszę i zdmuchnie ją, niczym płomień zapałki. Będzie tak, jakby tamten nigdy nie istniał. Przepadnie. Nie zostanie nawet wspomnieniem w głowach bliskich.

Jednak teraz musi pożywić się ponownie i to jak najszybciej. Zanim odkryją, co robi, i spróbują go powstrzymać. Ewentualnie ukryją się w trzewiach odległych światów.

Najpierw dopadnie Johna Constantina, następnie musi pokonać Gwiazdę Poranną. Podobno otworzył lokal jazzowy gdzieś w podziemiach Nowego Yorku. Na końcu pójdzie po Przedwieczną. Dopadnie samą Śmierć i może jeszcze raz uda mu się spojrzeć w jej czarne oczy. Jak wtedy, gdy przez trzydzieści dni była człowiekiem w mieście Dylath-Leen.

[1] Cytat z Portretu Doriana Greya.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Krótkie, ale bardzo zgrabne opowiadanie.

Miejscami dość makabryczne (nie powiem nic więcej, by nie spoilować!). Kategoria “Extreme” stanowczo nie znalazła się tu przypadkiem.

Zakończenie popkulturowo erudycyjne (wiem, że te dwa słowa do siebie nie pasują, ale zarazem, w jakiś tajemny sposób, pasują do siebie aż nazbyt dobrze…)

Ciekawe, co na taką niespodziankę powie jedna z naszych czcigodnych Współautorek 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Widzisz drogi Megasie! Nasze wspólne nadzieje na wypowiedź autorki były chyba płonne!

Tekst zacny niezmiernie, grzechem by więc było nań w odpowiednim duchu nie odpowiedzieć. Musicie się jednak, drodzy Koledzy, i Wy, Czytelnicy, uzbroić w cierpliwość, bowiem autorkę pożarł chwilowo inny potwór, zwany “Proza Życia”, i, ku żalowi autorki, przyjemności w owym pożarciu nie doświadczyła…

Naprawdę zastanawiam się co siedzi u autora w głowie i bardzo chciałabym go poznać “w realu”. Albo w biedronce.
Wielki uśmiech, jestem pod wrażeniem 🙂

Zapraszam do Baru Schronisko! Co prawda ostatnio zakazali tam palić i przymierzają się do remontu, ale propozycja ciągle aktualna.

Ostatnio porównano mnie do pewnej postaci z Portretu Doriana Greya( stad cytat) i to może dać ci wgląd ograniczony;].

Fajny odlot. Dobrze się czytało!

To w sumie najważniejsze 😀 sam świetnie bawiłem się przy pisaniu go!

Świetne!

Lubik dla autora. Duży i szczery.

No co oni dają w tym schronisku, podziel się namiarami na dealera 😉 Podśmiewałam się niedawno z męskiej fobii vagina dentata. Ten moment, kiedy czytając zastygłam, i myśl, to bolało. Nie uwierzyłam w bezbolesne rozpływanie się w niebycie, wrażenie pozostało żywe. Nie powiem smakowite, bo bym zgrzeszyła 😉

Dowcipne, lekko napisane, z humorem, fajnie się czyta. Z elementem zaskoczenia. Doskonała zabawa treścią i formą.
Tyle, że ja tu tego extreme i grozy nie zauważyłem za bardzo. Groteskowy i żartobliwy ton odziera czytelnika z wszelkiego strachu i klimatu, a scena kulminacyjna, choć podobała mi się, to z pewnością nie miała nic wspólnego ani z extreme, ani horrorem, czy grozą. A jeśli fantastyka to w iście Pratchettowskim wydaniu. Więc – bardzo fajne opowiadanko, tylko kategoryzacja niewłaściwa.

I pomyśleć, że ja zrobiłem z Was zakochanych. Tak zmysły prysły.
Batavia

Drogi Batavio o ilę się nie mylę bohaterką twojego opowiadania była….Amanda, a nie Artimar. Przyznać muszę że to właśnie twoja miniaturka trochę mnie podkusiła do napisania Diabła;]

I pomyśleć, że w samych początkach początków nie lubiłem Twojej pisaniny. Zmieniłem zdanie, jakieś pięć, może sześć Twoich tekstów temu. Teraz zaglądam do wszystkiego co podpisane jest Twoim nickiem z ciekawością i przeważnie nie odczuwam zawodu.
Tutaj szczerze się ubawiłem. Rozumiem, że dobrze jest mieć Muzę. Choć Twój wybór jawi mi się jako intrygująco niedostępny i pewnie już tak pozostanie.

Mogę tylko westchnąć z podziwem, swada z jaką poprowadziłeś tę opowiastkę godna jest pozazdroszczenia. Marnujesz się w tym całym porno. Zostawiam pięć gwiazdek za przewrotność godną samego władcy Nibylandii.
Kłaniam się,
Foxm

Ojoj, aż podskoczyłam z radości:)) Idę czytać kolejne.

Napisz komentarz