Brak ocen Pani Dwóch Krajów VI-X (Nefer)

Alexandre Cabanel, "Kleopatra testująca trucizny na skazanych więźniach"

Alexandre Cabanel, “Kleopatra testująca trucizny na skazanych więźniach”

VI

Nefera odprowadzono do stojącej nieco na uboczu grupki kilkunastu innych więźniów, skazanych na sprzedaż w niewolę. Pozostali byli już skuci w tradycyjną kolumnę, nadzorowało ich kilku strażników noszących inne znaki niż straż pałacowa. Stojący nieopodal urzędnik zapisał coś na tabliczce.

– To już ostatni – zwrócił się do towarzyszącego mu mężczyzny w średnim wieku, krępego, o raczej ponurym wyrazie twarzy. – Razem siedemnastu. Dwa talenty i osiem debenów srebra. Rozliczasz się jak zwykle, po jutrzejszym targu.

– Doprowadzicie mnie do ruiny. Przecież nie dostanę za nich nawet połowy tej sumy. I nie ma żadnych kobiet.

– Nie narzekaj, są dzisiaj w całkiem dobrym stanie. Niektórych nawet nie wychłostano. No i masz Ahmesa. Za niego samego dostaniesz dziesięć razy tyle. Właściwie, to Królowa powinna policzyć za niego osobno.

– Dobrze, dobrze, jakoś się dogadamy. – Podczas tej wymiany zdań Nefer został przykuty do kolumny za dziwnie tęgim i dobrze odżywionym mężczyzną. Wyglądało na to, że Pałac miał umowę z jakimś handlarzem niewolników, któremu oddawano hurtem więźniów skazanych na sprzedaż w niewolę. Jutro do skarbca królewskiego wpłynie za nich okrągła sumka.

”Ciekawe, czy Królowa liczy osobno za kajdany i łańcuchy” – pomyślał z goryczą. Wciąż miał w uszach zimny i władczy, a co najgorsze, obojętny głos Monarchini. Głos, którym niemal w pośpiechu, myśląc już o czymś zupełnie innym, skazała go na niewolę i poniewierkę. Spodziewał się chyba wszystkiego – gniewu, tortur, może nawet natychmiastowej egzekucji, ale nie tego. Nie tej chłodnej obojętności i braku zainteresowania. To bolało…

“Tak kończą się głupie rojenia i fantazje godne niedowarzonego uczniaka” – przyznał sam przed sobą. Przynajmniej nie skazano go za zdradę stanu, może więc Ana i Myra jakoś się z tego wywiną. Sprawy nie potraktowano chyba zbyt poważnie, skoro Władczyni rozpatrzyła ją od niechcenia. Czy jednak żona i matka dowiedzą się kiedykolwiek o jego losie? Z pewnością nikt ich oficjalnie nie zawiadomi. W Stolicy nie mają żadnych krewnych czy znajomych, pewnie zniknie więc po prostu wśród setek tysięcy żyjących w Egipcie niewolników i żadna z jego kobiet nigdy nie pozna losu męża i syna. Chyba, że zdoła sam je zawiadomić… Mieli pewne oszczędności, czy Ana mogłaby go wykupić? Raczej wątpił, zresztą i tak nie miał już powrotu do świątyni i życia jakie znał. Niech lepiej Ana szybko o nim zapomni… i ułoży sobie życia na nowo. Tylko co z Myrą? Na to pytanie nie znalazł odpowiedzi.

Co go właściwie może czekać? Jutro zostanie sprzedany w niewolę, ale kto go kupi? I w jakim celu? Był wykształcony, potrafił biegle czytać i pisać, liczyć, prowadzić rachunki. Przy odrobinie szczęścia, miał szansę zostać nauczycielem w bogatym domu, sekretarzem, zarządcą dóbr. Byli tacy niewolnicy i żyło im się całkiem dobrze. Wtedy udałoby się pewnie zawiadomić jakoś Anę, tylko po co? Żeby trwała przy jego boku jako żona niewolnika? Mógłby jednak zaopiekować się Myrą, może przesyłać jej ukradkiem jakieś pieniądze, które zdołałby wyprosić, zarobić albo ukraść.

Pochłonięty tymi ponurymi rozmyślaniami, nie zwracał uwagi, dokąd podąża kolumna skazańców. Okazało się zresztą, że niezbyt daleko. Na zwróconym w stronę pustyni przedmieściu usytuowano kompleks solidnych, drewnianych zagród, otaczających sporych rozmiarów plac – targowisko niewolników. Jedna z nich należała zapewne do ich nowego właściciela i wpędzono do niej więźniów. Strażnicy nie zadali sobie trudu rozkucia niewolników. Podobnie zresztą jak i nakarmienia. Nie miało to sensu, skoro i tak jutro mieli być sprzedani. No i mniej było nieczystości. Ponieważ w pałacowym więzieniu też od wczoraj nie dano nic do jedzenia, zapowiadała się głodówka.

Nalano przynajmniej pod dostatkiem wody w długim, drewnianym korycie przy jednej z kratownic, tworzących ściany zagrody. Wszyscy więźniowie byli spragnieni, toteż zgodnie przyklęknęli długim szeregiem i chciwie pili. Pili jak zwierzęta, ręce nadal mieli przecież skute na plecach. Potem ułożyli się przy korycie i zapadli w apatyczne milczenie. Pojawiły się dokuczliwe muchy, szczęśliwie dla kapłana owady interesowały się głównie świeżymi śladami po chłoście na plecach, udach i pośladkach części niewolników. Władczyni oszczędziła mu przynajmniej tego. Może tylko przez pośpiech i niedopatrzenie. Nie wiadomo jednak, czy wkrótce sam też nie będzie miał takich pręg. Wszystko zależy od tego, gdzie trafi. W zapadającym zmierzchu, jak niegdyś na przystani, ogarnęły Nefera odgłosy i zapachy życia wielkiego miasta. Wszystko toczyło się jak zwykle i nikogo nie obchodził los młodszego kapłana, byłego młodszego kapłana – obecnie skazańca i niewolnika.

Tak jednak do końca nie było. Gdy zaszło słońce i zelżał upał, pojawił się kupiec. Towarzyszyło mu czterech rosłych strażników z pochodniami oraz drobny człowieczek z tabliczką i rylcem – sekretarz.

– Wstawać i ustawić się przy ścianie – zakomenderował dowódca strażników. – Wielmożny Pan chce was obejrzeć. Gdy zapyta, gadać zaraz, czy macie jakieś przydatne umiejętności. Ale nie radzę kłamać. Jeśli nabywca zwróci któregoś z was, bo okaże się, że wcale nie potraficie tego, co tu opowiadacie, traficie do kopalni Snofresa. – Ostatnie słowa wywołały wyraźne poruszenie. Kupiec przeszedł powoli wzdłuż szeregu swego ludzkiego stada. Tu i tam szturchał kogoś w ramię, udo lub pierś trzymaną w ręku laską, kazał otwierać usta albo odwracać się, pochylać i odsłaniać odbyt. Czasami o coś pytał, po chwili wydawał krótkie dyspozycje, które sekretarz zapisywał.

– A, to ty Ahmesie. Naprawdę miło cię widzieć – odezwał się niemal przyjaźnie na widok sąsiada Nefera.

– Nic dziwnego. Nieźle na mnie zarobisz – odparł tęgi mężczyzna.

– Wiesz, chętnie zatrzymałbym cię dla siebie, ale nie stać mnie na to, żeby rezygnować z tych pieniędzy, które za ciebie wezmę. Osiem talentów srebra” – to było już do sekretarza.

– Jestem wart dwa razy tyle i dobrze o tym wiesz – nadął się Ahmes.

– Zobaczymy, to zresztą tylko cena wywoławcza. Obyś miał rację – handlarz zatarł z uciechą ręce.

– A tyś co za jeden i co potrafisz? Jesteś może rzemieślnikiem? – zwrócił się do Nefera.
– Potrafię czytać, pisać, rachować, mam wykształcenie. Jestem… byłem kapłanem.

– Ach tak, to ten – handlarz wyraźnie stracił zainteresowanie. – Wygląda na zdrowego. Może ktoś go weźmie jako tragarza. Dwa debeny srebra. A jak nikt go nie zechce, cóż, Snofres bierze każdego. Co prawda to drań i daje najniższe ceny, ale muszę z czegoś żyć. – Po tych niepokojących słowach oddalił się ze swym orszakiem.

Nefer był zaskoczony i oburzony tak niskim oszacowaniem jego wartości. Dwa debeny to była cena kozy i to niezbyt utuczonej.

– Ahmesie, bo tak masz chyba na imię, dlaczego mają dać za ciebie osiem albo więcej talentów? To bardzo duża suma.

– Bo tyle jestem wart – odparł całkiem przyjaźnie sąsiad.

– Jesteś księciem krwi czy arcykapłanem Ozyrysa we własnej osobie?

– Kapłanów nie cenią tu wysoko, sam słyszałeś. Jestem kucharzem.

– Kucharzem? I ktoś ma dać za ciebie osiem talentów?

– Jestem artystą. Całe Memfis zna Ahmesa i jego wartość. Musisz pochodzić z głębokiej prowincji skoro nie słyszałeś o mnie i o moich ucztach. Przygotowywałam je w pierwszych domach Stolicy, a nawet w Pałacu.

– To jak tu trafiłeś? Twój właściciel przegrał majątek w kości?

– Nie byłem niewolnikiem, tylko wolnym człowiekiem, wynajmowano moje cenne usługi. Chciałem spłacić dawny dług i miałem pecha. Ale bez obawy, zobaczysz, jak jutro najwięksi smakosze Stolicy będą się o mnie bić. Trafię do jakiegoś bogatego domu, sprowadzę żonę i dzieci, a mój nowy właściciel będzie przedmiotem zazdrości wszystkich.

– Co to za dawny dług?

– Ach, mogę ci opowiedzieć, to już nie ma znaczenia. Jakieś dwa tygodnie temu wynajęto mnie, bym przygotował ucztę w domu bogatego kupca Ehemera. To obleśny staruch, gustuje w miłości doskonałej, jeśli wiesz co mam na myśli. To miała być właśnie taka specjalna uczta dla takich jak on. Opłacili tancerzy świątynnych, aktorów i temu podobnych. Miałem stare porachunki z Ehemerem. Dawno temu ten wieprz sprowadził na złą drogę mojego młodszego brata,. Postanowiłem zepsuć mu zabawę. Dodałem do sosu silny środek przeczyszczający. Ale było wesoło, kiedy goście zderzali się w drodze do latryny i wypychali się z niej wzajemnie.

– Otrułeś ich?

– Nie, nie jestem głupcem. Za coś takiego skończyłbym z głową na katowskim pieńku, albo jeszcze gorzej. To był zwykły środek na przeczyszczenie, tyle, że przez dwa dni nie wychodzili z kibla.”

– I co dalej?

– Nie wiedziałem, że wśród gości będzie… no bez zbędnych imion… pewna wysoko postawiona osobistość z Pałacu. Bardzo wysoko postawiona. Oraz tego, że jeden z moich kuchcików postanowił skosztować nowych smaków życia. I wydał mnie po wszystkim. Tamten dworzanin z Pałacu wykorzystał nieobecność Królowej, Oby Żyła i Władała Wiecznie, wymógł na władzach uwięzienie mnie i oskarżenie o trucicielstwo. Gdy Amaktaris powróciła z podróży, nie mogła już tego odwołać, ale dowiedziałem się od osób dobrze poinformowanych, że szczerze ubawiła się całą historią. Potraktowała mnie bardzo łagodnie, darowała nawet chłostę. A trucicieli nie lubi, wszyscy wiedzą dlaczego.

– Wydajesz się być dobrze zorientowany w sprawach Stolicy i Pałacu.

– Kuchnia to najlepsze miejsce do plotkowania. Tam nic się nie ukryje.

– To powiedz, dlaczego ten kupiec tak nisko oszacował moją wartość, przecież wykształceni niewolnicy są cenni.

– Jesteś tym kapłanem skazanym za Obrazę Majestatu Jej Dostojności?

– Tak, nazywam się Nefer i rzeczywiście pochodzę z prowincji, z Abydos.

– Nawet dla prowincjusza jak ty powinno być jasne, że nikt nie zatrudni jako sekretarza lub wychowawcy swoich dzieci kogoś skazanego za takie przestępstwo. Musiałby być niespełna rozumu.

– Co więc mnie czeka?

– Jesteś zdrowy, wprawdzie nie wyglądasz na atletę ale na wymoczka też nie. Ktoś cię kupi jako tragarza albo wioślarza. Tylko nie gadaj wszystkim dookoła, że jesteś kapłanem. Wielu ich nie lubi i kto wie, co może przyjść komuś do głowy. A jak się rozejdzie wśród kupujących, że to ciebie skazano za Obrazę Majestatu, może nikt cię nie zechce. Wtedy wpadniesz w łapy Snofresa. – Znów powróciło to niepokojące imię.
– Kto to taki? I dlaczego wszyscy się go boją?

– Właściciel kopalni. Bardzo szczególnej kopalni. Wydobywają tam taki dziwny, jakby srebrzysty metal, ale to przeklęte srebro[1]. Wszyscy, którzy trafią do nory Snofresa, umierają, nim upłynie pół roku. Dlatego bierze tylko najtańszych niewolników, starców, kaleki. Nie opłaca mu się kupować innych. Nawet strażnicy trzymają się z daleka od tej dziury. Tylko młodzi i głupi albo zdesperowani wynajmują się na krótkie kontrakty, a i tak często chorują.

– Na co komu takie srebro?

– O, elegantki na dworze i w wielu bogatych domach używają proszku z tego srebra do maści i kremów. Jest bardzo cenny, bo podobno odmładza.

– Muszą być chyba szalone.

– Wszystkie kobiety są szalone – zaśmiał się. – Dla pięknej cery zażyją nawet truciznę.

Nefer przypomniał sobie, że istotnie Ana opowiadała raz czy drugi o bogatych, starszych damach, które cierpiały na przewlekłe bóle głowy i wymioty, a w końcu umierały w cierpieniach i konwulsjach. Nikt nie potrafił im pomóc. Do samego końca używały jednak swoich ulubionych kosmetyków, nawet wtedy, gdy jego żona radziła im zrezygnować z nich, coś widocznie przeczuwając. Sama trzymała się z daleka od tych podejrzanych specyfików, zresztą, zdaniem Nefera, wcale ich nie potrzebowała. Rozmowa z Ahmesem w dziwny sposób uspokoiła kapłana. Królowa ledwo dostrzegła jego istnienie, by skazać go na niewolę i natychmiast o nim zapomnieć. A na co właściwie liczył? Przynajmniej zawdzięczał tej obojętności to, że zachował, jak dotąd, cały grzbiet i wszystkie członki. Będzie więc niewolnikiem. Widocznie było mu to zapisane. Niepokoiły go trochę te opowieści o przeklętej kopalni, ale jeszcze przecież do niej nie trafił. I jeśli wspomogą go Bogowie, nigdy nie trafi. Słowa Ahmesa znowu przywiodły mu na myśl Anę. Pomimo kajdan, łańcuchów i twardego klepiska, zdoła może zasnąć i przyśni mu się żona. Nie w roli groźnej Królowej, jak często widywał ją w snach, ale jako młoda dziewczyna, którą po prostu kocha.

VII

Kolejny świt, w kolejnym miejscu uwięzienia. Skazańcy budzili się powoli, szczękając łańcuchami. Nefer był trochę obolały po nocy spędzonej w niewygodnej pozycji na twardym klepisku. Nie jadł już od dłuższego czasu i czuł silny głód. Pewnie jednak nie dostaną nic do jedzenia przed wystawieniem na targu. Mógł tylko napić się wody, dla orzeźwienia zanurzył twarz w korycie, potrząsnął głową. Inni czynili tak samo.

Wkrótce zjawili się strażnicy. Więźniowie raz jeszcze przeszli procedurę podobną do tej poznanej poprzedniego dnia. Wyprowadzenie na plac, odpinanie od łańcucha i rozmieszczenie w wybranych przez panów ich losu miejscach. Tym razem były to drewniane słupy, wbite w niewielkich odstępach w grunt na obrzeżach dużego, prostokątnego placu. Doprowadzano ich pojedynczo i umocowywano przypięty do obroży łańcuch do pierścienia wbitego w słup. Łańcuch był na tyle długi, że mogli odsunąć się od pala, odwrócić, pochylić – ale już nie położyć się czy kucnąć. Szczęśliwie się złożyło, że Ahmesa przykuto do sąsiedniego pala. Zdawał się nie przejmować sytuacją, z czego Nefer czerpał otuchę. Jeden z krótszych boków prostokąta zajmował obszerny podest, na którym również umieszczono kilkanaście identycznych słupów. Ocieniono go rozpiętą na tyczkach, płócienną płachtą. Dookoła placu tłoczyły się zagrody, podobne do tej, w której Nefer spędził noc. Wiele z nich też miało lokatorów, których właśnie wyprowadzano i przykuwano do wolnych stanowisk. Była wśród nich grupka kobiet, niektóre nawet młode i ładne.

Naprzeciwko podestu znajdowało się dość szerokie, wolne przejście, prowadzące w kierunku miasta. Pojawił się chwilowy właściciel Nefera i Ahmesa. Troskliwie obszedł wszystkich swoich podopiecznych, sprawdzając, czy towar nie uległ w nocy uszkodzeniu. Usatysfakcjonowany, rozstawił za swoją grupką kilku strażników. Polecił też umieścić na poszczególnych słupach tabliczki z napisami, podającymi zalety i ceny wywoławcze niewolników. Ahmesa określono  samym imieniem oraz sumą ośmiu talentów srebra. Tabliczka kapłana nie zawierała natomiast imienia, tylko informację, że nadaje się do prac fizycznych i kosztuje dwa debeny. Słońce szybko wspinało się po nieboskłonie i wkrótce zaczęło przygrzewać, jak co dnia. Dzięki temu, że napił się obficie, Nefer nie odczuwał chwilowo pragnienia. Dokuczał mu za to głód.

– Jak myślisz, kiedy nas sprzedadzą? – spytał Ahmesa.

– Licytacja zacznie się przed południem. Teraz kupujący, gdy już wygrzebią się z łóżek, mogą nas sobie obejrzeć.

Istotnie, na drodze prowadzącej w stronę miasta zaczął się wkrótce ruch. Pierwsi pojawili się gapie raczej, niż poważni klienci. Wyrostki, różnego rodzaju obiboki i ciekawscy. Wszyscy, którzy zamiast zabrać się do codziennej pracy, woleli szukać wątpliwej rozrywki na targu niewolników. Oglądali przykuty do słupów towar, głośno dyskutowali o jego wadach i zaletach, próbowali obmacywać co ładniejsze kobiety. Tych odpędzili strażnicy. Pilnowali, by nikt nie uszkodził towaru. Na szczęście Nefer nie przyciągnął niczyjej uwagi. Za to Ahmes tak. Wielu zamieniało z nim słowo, niektórzy pozdrawiali, inni drwili. Zdawał się znać niemal wszystkich, drwiny znosił z wyniosłą obojętnością godną księcia.

– To motłoch, szumowiny. Prawdziwi klienci zjawią się później.

Rzeczywiście, gdy słońce stało już wysoko, pojawili się ludzie wyglądający na zamożnych. Wielu przybyło w lektykach i w otoczeniu sług. Szli za nimi nosiciele wachlarzy, zapewniający swym panom i paniom (bo było też kilka kobiet) tak potrzebny w narastającym upale cień. Nefer nadal nie przyciągał większej uwagi. Wokół Ahmesa było za to niemal tłoczno. Wielu zapowiadało, że z pewnością go kupią. Inni kręcili z zawodem głowami, widząc cenę wywoławczą.

Wtem ktoś zatrzymał się przed kapłanem. Niewysoki, szczupły, jakby wysuszony mężczyzna, o twarzy, którą trudno byłoby zapamiętać. Ubrany w strój raczej wygodny i użytkowy, niż zdradzający szczególną zamożność. Jego wzrok przykuła cena podana na tabliczce. Trzcinową laską dźgnął Nefera w brzuch, uda i ramiona. Kazał otworzyć usta i obejrzał zęby. Po chwili poszedł dalej, nie zaszczycając kucharza nawet spojrzeniem.

– Może nie powinienem ci tego mówić – odezwał się Ahmes, korzystając z najbliższej przerwy w defiladzie potencjalnych kupców – ale to był Snofres. Lepiej zacznij się modlić, żeby ktoś jeszcze się tobą zainteresował. – Na szczęście niska cena Nefera wkrótce zwróciła uwagę innych nabywców. Obmacywali go, starannie zaglądali w usta, a dwóch nawet do odbytu. Szukali najwidoczniej ukrytych wad, będących przyczyną tak niskiej wyceny pełnowartościowego na pierwszy rzut oka niewolnika. Nic nie znaleźli, ale odchodzili kręcąc podejrzliwie głowami. Kapłan ponownie zaczął odczuwać niepokój. Było już dość późno, gdy na targu pojawił się niski, korpulentny i nie najmłodszy jegomość. Przyniesiono go w ostentacyjnie zdobionej lektyce, towarzyszyło mu kilkoro służby. Skierował się wprost ku Ahmesowi, który po raz pierwszy, odkąd Nefer go poznał, okazał niepokój.

– Mój nieoceniony mistrz garnka i patelni. Twój ostatni sos pozostawił tak niezatarte wrażenie na moich gościach, że postanowiłem zapewnić sobie twoje usługi na dłużej, Ahmesie. Widzę, że chcą za ciebie osiem talentów. To dużo, ale wart jesteś każdych pieniędzy. Do zobaczenia. – Oddalił się w stronę grupki wystawionych na sprzedaż młodzieńców, ale można było odnieść wrażenie, że interesuje się nimi tylko dla zabicia czasu.

– Na wyłysiałą mosznę Seta. Jakie przeklęte demony przywiodły tu tego syna szakala? To Ehemer. – Ahmes stracił humor i nie wydawało się, by miał go kiedykolwiek odzyskać. Zarządca placu uznał, że klienci mieli już dość czasu by obejrzeć towar i rozpoczął przygotowania do otwarcia właściwego handlu. Na podium pojawił się licytator wraz z sekretarzem, skarbnikiem i kilkoma pomocnikami. Zanim jednak ogłoszono rozpoczęcie licytacji, na drodze powstało zamieszanie. Na plac zmierzała elegancka, luksusowa lektyka, otoczona liczną strażą i grupą sług. Zasiadała w niej sama Władczyni.

– Z drogi, przejście dla Jej Wysokości Królowej Królów Amaktaris Wspaniałej, Pani Obydwu Krajów, Oby Żyła i Władała Wiecznie – słysząc te słowa herolda, Nefer wyciągnął szyję. Ujrzał, jak straże usuwają z drogi zaskoczonych przechodniów. Inni padali już na kolana i dotykali czołem ziemi, w należnym Monarchini hołdzie. Szturchnięcie oszczepem przypomniało mu, że niewolnicy także powinni upaść na kolana, zbyt krótkie łańcuchy nie pozwalały na pełen pokłon.

– To rzeczywiście Królowa – zdążył usłyszeć głos Ahmesa. Tragarze złożyli swoje brzemię przy podeście, wysiadającą Władczynię powitał, nadbiegając i padając na kolana, zarządca placu. Zamieniła z nim kilka słów. Powstał i skinął na zapowiadacza.

– Jej Wspaniałość Królowa, oby Żyła i Władała Wiecznie, nakazuje by handel toczył się jak zwykle. Możecie powstać i zająć się swoimi sprawami. – Pomimo tej zapowiedzi i tak większość obecnych skupiała uwagę na Monarchini. Oczywiście Nefer również. Amaktaris Wspaniała była nadal tak samo piękna jak zapamiętał ją z poprzedniego dnia, chociaż wybrała strój mniej oficjalny. Szata z białego lnu podkreślała jej smukłą, a przy tym kobiecą sylwetkę. Mniej było biżuterii, ale Bogini nie odmówiła sobie nałożenia delikatnego naszyjnika i kilku bransolet. Bawiła się trzymanym w dłoni biczem, przyciskając do rękojeści i skręcając jego rzemień. Poruszała się jak zwykle z dumną gracją pięknej i groźnej pantery.

Kapłan myślał już, że wczorajsze przeżycia uwolniły go od zauroczenia osobą Boskiej Amaktaris, okazało się, że był w błędzie. Gdy ujrzał Ją wysiadającą z lektyki i przechadzającą się po placu, natychmiast powróciły wszystkie uczucia prześladujące go od miesięcy: podziw, uwielbienie, pragnienie służby dla Bogini i inne jeszcze, których nie zawsze nawet ośmielał się wypowiedzieć w myślach.

Tymczasem Królowa krążyła po placu, w pewnym oddaleniu towarzyszyli jej żołnierze, odsuwając innych kupujących. Dwaj niewolnicy osłaniali Ją wachlarzami od prażącego już mocno słońca. Wbrew nadziejom Nefera, skierowała się w przeciwną stronę targowiska. Podeszła do kilku wystawionych tam niewolnic, chyba z nimi rozmawiała. Inni kupujący zaczynali wracać do swych spraw. Licytację oczywiście opóźniono, by dać Władczyni możliwość spokojnego zlustrowania towaru.

– Czy to normalne, że Ona tu przybywa?

– O tak, pojawia się dość regularnie, o ile pozwalają Jej obowiązki. Często osobiście wybiera i kupuje niewolników do służby w Pałacu.

– Ale dlaczego? Mogłaby przecież wysłać zarządcę?

– Któż to wie? Może taki jest kaprys naszej Pani, Oby Żyła i Władała Wiecznie? Może sama chce wybrać tych, którzy będą służyć w pobliżu Jej Osoby. – Strażnik uciszył ich szturchnięciem oszczepu.

„Bogini osobiście kupuje niewolników.” – Znowu wróciły myśli i nadzieje, które, jak mu się zdawało, zdążył już pogrzebać. Tymczasem Amaktaris obejrzała prawie wszystkich wystawionych na sprzedaż, większość obrzuciła tylko przelotnym spojrzeniem, przy niektórych przystanęła jednak na chwilę, kilku o coś zapytała. Zbliżała się teraz do ich grupki i kapłan poczuł gwałtowny przypływ uczuć… nadziei… i strachu przed jej niespełnieniem. Łańcuchy uniemożliwiały wykonanie prawidłowego pokłonu, padli więc tylko na kolana i pochylili głowy, na ile zdołali. Dzięki temu Nefer mógł wreszcie ujrzeć z bliska stopy przechodzącej obok Bogini. Istotnie, okazały się równie piękne, jak i reszta Jej postaci. Wąskie i arystokratyczne, o kształtnej, delikatnej kostce i wysokim podbiciu. Pomalowane na złoto paznokcie i złociste sandały na wąskim obcasie pięknie współgrały z lekko śniadą skórą. Jakimś cudem stóp Władczyni nie imał się wszechobecny na klepisku kurz. Niestety, przeżył znów okrutny zawód, gdy Królowa przeszła po prostu obok niego, nie zatrzymując się. Przystanęła za to przed Ahmesem.

– Wiedz, że nie uważam cię za truciciela. A wydarzenia na uczcie u Ehemera… wcale nie wywołały Mojego niezadowolenia – odezwała się cichym głosem.

– Pani, Obyś Żyła i Władała Wiecznie – odparł kucharz.

Obserwujący kątem oka stopy Monarchini Nefer zauważył, że obróciła się na pięcie i skierowała… w jego stronę. Zrobiło mu się gorąco… Wpatrywał się w stopy Bogini, teraz niemal na wyciągnięcie ręki (gdyby oczywiście nie miał ich skutych), owiała go delikatna woń Jej perfum. Nie potrafił rozpoznać egzotycznego zapachu. Poczuł, że jego ramienia dotknął koniuszek rękojeści bicza.

– Kim teraz jesteś, kapłanie? – Głos był równie chłodny jak wówczas, gdy wydawała na niego wyrok.

– Nikim, o Najwspanialsza z Bogiń, prochem, pyłem u Twych stóp – słowa z trudem opuszczały jego usta.

Koniec rękojeści znalazł się teraz pod jego brodą i Amaktaris zdecydowanym ruchem dłoni uniosła głowę Nefera. Mógł więc ujrzeć z bliska również twarz Bogini. Uderzyło weń przenikliwe spojrzenie Jej czarnych, lśniących oczu.

– Mylisz się, proch ma to szczęście, że po nim stąpam. – Milczała przez chwilę i tylko wpatrywała się w niego. – Tanio cię sprzedają, kapłanie.

Cofnęła bicz i ruszyła szybkim krokiem w stronę podestu. Zdążono tam już przygotować fotel dla Władczyni, może nie tak majestatyczny jak tron, z wysokości którego osądzała więźniów, nie pozostawiający jednak żadnych wątpliwości co do rangi zasiadającej w nim osoby. Ustawiony nieco z boku, pozwalał wygodnie obserwować przebieg licytacji. Po bokach i za Królową ustawiła się Jej świta, urzędnicy, straż, służba. Podobnie jak wczoraj, Amaktaris towarzyszyła ulubiona służka. Zarządca placu odczekał na przyzwalające skinienie dłoni i dał znak rozpoczęcia licytacji. Strażnicy odpinali niewolników od słupów i prowadzili po kilkunastu na podest, gdzie ponownie ich przykuwano. Gdy byli już na miejscu, licytator ogłaszał ich wiek i umiejętności oraz cenę wywoławczą. Licytacja potoczyła się wartko, na co wpływ miał zapewne narastający upał. Wszyscy chcieli jak najszybciej schronić się w zaciszu swych ogrodów lub zażyć ochłody przy fontannach i sadzawkach. Sprzedani niewolnicy byli odpinani od słupów przez nadzorców w służbie swych nowych panów, a straż targu doprowadzała na ich miejsce nowych. Władczyni śledziła sprzedaż niezbyt uważnie, ożywiała się tylko przy niektórych licytacjach. Co jakiś czas skinieniem dłoni nakazywała swemu zarządcy złożyć ofertę w imieniu Pałacu. Była to oczywiście oferta zamykająca licytację, nikt bowiem nie zamierzał konkurować z Królową. Zwykle odczekiwała, aż zostawał jeden kupujący, a zgłaszana przez zarządcę suma zdecydowanie przewyższała ostatnią stawkę. Nikt nie mógł więc twierdzić, że wykorzystywała swoją pozycję dla zbijania ceny. Wręcz przeciwnie, raczej przepłacała. Nabyła dwie młode niewolnice oraz trzech niedorostków, właściwie jeszcze chłopców. Jeden z nich nosił na plecach ślady niedawnej, surowej chłosty. Nowe nabytki pałacowego personelu odprowadzano w stronę lektyki, gdzie zajmowali się nimi służący. Ku zdziwieniu Nefera, Amaktaris poleciła zakupić pewnego jednorękiego, niemłodego mężczyznę. Wyglądał na byłego żołnierza, niegdyś silnego, ale słaniał się na nogach, wycieńczony głodem albo jakąś chorobą. Kupiła go tanio, bo jedynym oferentem, którego musiała przelicytować, był Snofres. Ten z kolei krążył jak sęp poszukujący padliny i nabywał za bezcen wszystkich chorych, starych i ułomnych. Nefer przypomniał sobie taksujące oględziny przedsiębiorcy i poczuł chłód. Nadeszła ich kolej. Byli ostatni, bo najwidoczniej Ahmesa zamierzano sprzedać w końcowej partii, by podtrzymać zainteresowanie klientów. Gdy znaleźli się na podeście, wyraźnie wzrosło ożywienie kupujących. Po dłuższej chwili nadeszła kolej kucharza.

– Oto znakomity Ahmes, którego nie muszę przedstawiać nikomu, kto potrafi odróżnić zgniłą rybę od pasztetu ze słowiczych języków. To zupełnie wyjątkowa okazja, można zostać posiadaczem tego skarbu za jedyne osiem talentów srebra – ogłosił licytator. Oferty posypały się jedna po drugiej. Szybko osiągnęły poziom dziesięciu, potem dwunastu talentów. Przy piętnastu niektórzy zaczęli się wycofywać. Przy osiemnastu pozostał już tylko jeden, krzykliwie ubrany człowiek, wyglądający na zarządcę w jakimś arystokratycznym domu. Gdy licytator po raz drugi powtórzył jego propozycję osiemnastu talentów, rękę podniósł nagle nie biorący dotąd udziału w żadnej licytacji Ehemer.

– Dwadzieścia talentów – zgłosił.

– Dwadzieścia i pół – odpowiedział z pewnym wahaniem rywal.

– Dwadzieścia dwa talenty – szybko odparował kupiec. Nefer zauważył grymas, który pojawił się na twarzy Ahmesa. Poczuł obawę o los towarzysza. Był on przecież jedyną osobą, która okazała mu życzliwość od chwili uwięzienia.

– Dwadzieścia dwa talenty. Czy ktoś przebije ofertę znakomitego Ehemera? – zawołał zachęcająco licytator. Kucharz rozpaczliwie wpatrywał się w krzykliwie odzianego mężczyznę. Ten jednak milczał.

– Dwadzieścia dwa talenty po raz drugi. Czy nikt nie da więcej? – Licytator nadal nie tracił nadziei na uzyskanie jeszcze kilku sztabek srebra.

”Dostaje chyba procent od wylicytowanej sumy” – uświadomił sobie Nefer. Nikt się jednak nie zgłaszał. W tym momencie dłoń uniosła Królowa Amaktaris.

– Dwadzieścia pięć talentów w imieniu Pałacu – zawołała dźwięcznym głosem. Licytator skłonił się w odpowiedzi. Kontynuowanie licytacji byłoby oczywiście obrazą i nie wywoływał już oferty Władczyni po raz drugi i trzeci.

– Sprzedany za dwadzieścia pięć talentów do służby Królowej, Oby Żyła i Władała Wiecznie. – Widząc ulgę na twarzy kucharza, Nefer poczuł zarazem straszliwą zazdrość. Amaktaris kupiła Ahmesa i będzie Jej służył, podczas gdy on sam… Nie zdążył zbyt długo trapić się tą myślą, gdyż następna licytacja dotyczyła właśnie jego.

– Mężczyzna, około trzydziestu lat, zdatny do ciężkiej pracy. Cena wywoławcza dwa debeny srebra – ogłosił zapowiadacz. Kwota była śmiesznie mała, toteż przyciągnęła uwagę kupujących.

– Daję dwa debeny – Snofres był jak zawsze czujny. Na szczęście znaleźli się też inni amatorzy okazji. Szybko zgłoszono oferty trzech i czterech debenów.

– Pięć debenów – Snofres nie zamierzał rezygnować. W tym momencie rozległ się głośny okrzyk jakiegoś wyrostka z tylnych szeregów tłumu.

– To przecież ten kapłan, którego skazano za obrazę Majestatu Najdostojniejszej Królowej, Oby Żyła i Władała Wiecznie. – Licytator z trudem zdusił przekleństwo. Szansa, by ktoś chciał dalej podbijać cenę i kupić tak nieprawomyślnego przestępcę, być może zamieszanego w jakiś spisek, i to jeszcze w obecności samej Władczyni, była znikoma. Nefer uświadomił sobie, że Snofres musiał to ukartować. Opłacił wyrostka, by wykrzyknął tę informację w stosownej chwili i teraz kupi dobrego niewolnika za pięć czy sześć debenów, wliczając należność chłopaka.

– Pięć debenów po raz pierwszy. Czy nikt nie da więcej? – Licytator starał się jeszcze ratować sytuację, ale nawet on robił to bez większego przekonania. Kupujący pospiesznie odwracali wzrok.

– Pięć debenów po raz drugi. Czy naprawdę nikt nie da więcej za zdrowego, silnego niewolnika? To przecież cena kozy albo jagnięcia. – Nefer z rozpaczą wodził wzrokiem po tłumie przed podestem, ale nikt nie zamierzał podnieść ręki. Za chwilę wpadnie w łapy Snofresa i trafi do tej przeklętej kopalni. Licytator zwlekał z ogłoszeniem dokonanej sprzedaży, licząc, że może jednak ktoś zaryzykuje podanie wyższej oferty. Spojrzał z niechęcią na przedsiębiorcę, a następnie, z pewnym zawodem, na kapłana. Najwyraźniej, spodziewał się zarobić na nim więcej.

– To rzeczywiście okazja. Dam sześć debenów. – Nefer nie wierzył własnym uszom. To był głos Królowej. Spojrzał w Jej kierunku i zauważył, że zgłaszając ofertę, uniosła nieco dłoń. Zalała go fala ulgi, wdzięczności, radości. Szukał Jej wzroku, by wyrazić te uczucia oraz przepełniające go uwielbienie. Amaktaris nie obdarzyła go jednak choćby spojrzeniem, wydawała właśnie jakieś polecenia zarządcy. Licytator, jak zawsze w takich sytuacjach, ukłonił się tylko Władczyni i ogłosił, że nabyła kolejnego niewolnika. Nie był może szczególnie szczęśliwy, bo inaczej niż przy pozostałych okazjach Monarchini przebiła stawkę nieznacznie, ale przynajmniej Snofres odszedł z pustymi rękami i jego matactwa na nic się tym razem nie zdały. Przedsiębiorca też mógł tylko skłonić się głęboko w kierunku tronu, ukrywając krzywy uśmiech. Rozsadzany uczuciami Nefer nie zwracał uwagi na dwie czy trzy kolejne licytacje, które zamykały już zresztą dzień targowy. Wpatrywał się jak zaczarowany w Królową, ta jednak nie spoglądała już na swoje nowe zakupy i zdawała się szykować do opuszczenia placu.

Po zakończeniu ostatniej licytacji sprzedanych niewolników poprowadzono do ich nowych właścicieli. Nefer i Ahmes znaleźli się wśród grupki kilku wcześniej zakupionych sług: dwóch młodych dziewcząt, trzech chłopców i jednorękiego weterana. Amaktaris zdążyła już zająć miejsce w lektyce, którą tragarze unieśli na ramiona. Zatrzymała ich jeszcze skinieniem dłoni przy najnowszych nabytkach Pałacu. Cała grupa padła na kolana i złożyła ukłon.

– Drogo mnie kosztowałeś, kucharzu. Bardzo drogo – zwróciła się do Ahmesa, każąc mu unieść głowę. – Mam nadzieję, że okażesz się tego wart. – Słowa zabrzmiały surowo, ale łagodził je czający się w kącikach ust i oczach Władczyni uśmiech.

– Najwspanialsza z Królowych, Obyś Żyła i Władała Wiecznie, dla Ciebie wzniosę się na wyżyny mych umiejętności. Zaznasz rozkoszy dostępnych tylko samym Bogom.

– Czyż nie jestem Boginią? – Tym razem uśmiechała się już otwarcie. – Wkrótce znajdę okazję, by wykorzystać twe talenty, kucharzu. Tymczasem zapoznaj się z pałacową kuchnią. Możesz nadal mieszkać na mieście z rodziną i po prostu przychodzić codziennie do Pałacu. Chyba nie potrzebuję kajdan i piętnowania abyś nie uciekł, co? – W odpowiedzi Ahmes skłonił się tylko i uderzył czołem o ziemię. Kolejnym skinieniem trzymającej bicz dłoni, Władczyni dała znak tragarzom i całemu orszakowi, by ruszyć w stronę Pałacu. Nefer, obserwujący Królową pomimo nisko opuszczonej głowy, nie został zaszczycony choćby spojrzeniem.

VIII

Niewielka grupka świeżo nabytych niewolników dotarła do kompleksu pałacowego dużo później niż orszak Królowej. W szybkim marszu przeszkadzały im nadal łańcuchy, a kilku nadzorujących strażników nie przynaglało do szczególnego pośpiechu. Na jednym z placów przylegających do wewnętrznej strony murów rozkuto ich. Drobny kłopot sprawił jednoręki weteran, którego zdrową rękę przytwierdzono do obroży na szyi, ale kowal poradził sobie z tym bez trudu. Nefer z radością pozbył się kajdan, zauważył jednak, że jako jedynemu pozostawiono mu obrożę. Nosił ją od chwili uwięzienia i zdążył się niemal przyzwyczaić, cóż to jednak miało oznaczać? Nie przejął się tą myślą. Nadal rozpamiętywał wydarzenia na placu targowym. Królowa wykupiła go, uratowała w ostatniej chwili przed pewną śmiercią. Dlaczego? Tylko z tego powodu, że sprzedawano go tak tanio? Nie mógł w to uwierzyć. Ale przecież nadal była taka zimna i obojętna. I wtedy, gdy zaszczyciła go krótką rozmową, i potem, zgłaszając od niechcenia ofertę kupna. Później nawet już na niego nie spojrzała. Była taka piękna i dumna… dokładnie jak Bogini z jego marzeń. Co go jednak czeka? Jaki rodzaj służby w Pałacu? Pogrążony w myślach, nie zauważył niemal, że pozostałych niewolników rozdzielono i odprowadzono w różnych kierunkach.

– Powodzenia, kapłanie – zawołał wesoło Ahmes. – Może wkrótce się zobaczymy. – No tak, on wiedział co go czeka. Usłyszał to z ust samej Bogini. Nefer nie miał takiej pewności. Dwaj strażnicy poprowadzili go w górę zbocza pałacowego wzgórza. Wkroczyli na teren parku i ogrodów, mijali szpalery drzew, kępy egzotycznych roślin, dające ochłodę sadzawki i fontanny. Tu i ówdzie widział pracujących ogrodników. Nie nosili łańcuchów, chociaż byli zapewne niewolnikami. Czy taki los go czeka? Nie znał się na ogrodnictwie, ale praca na wolnym powietrzu, w chłodnym cieniu drzew, nie wydawała się najgorszym zajęciem. Było jednak bardziej prawdopodobne, że trafi do podziemnych pomieszczeń, w których ktoś musiał poruszać pompy tłoczące wodę do sadzawek i fontann. Czy jest to zadanie skutych i poganianych biczem niewolników? Czy dlatego zostawiono mu obrożę? Wzdrygnął się na tę myśl. Ale przecież wtedy nie zdejmowano by i innych kajdan. Tymczasem dotarli do budynku z białego kamienia, odbijającego promienie słońca. Należał on już do właściwego kompleksu pałacowego. Przy niewielkich, bocznych drzwiach strażnicy przekazali go nowym opiekunom. Byli to dwaj niezwykle rośli i umięśnieni mężczyźni, niemal giganci. Ich skóra lśniła od wtartej oliwy, nosili tylko przepaski biodrowe i sandały. Mogli by uchodzić za braci, gdyby nie to, że jeden był Murzynem o czarnej jak obsydian skórze, drugi natomiast jasnowłosym i niebieskookim przedstawicielem rasy białej. Wyglądali na barbarzyńców, jeden musiał przybyć zza morza piasków na Południu, drugi zza Wielkiej Wody na Północy.

“Czy to atleci, w których jakoby gustuje Władczyni?” – zadał sobie pytanie Nefer. Milczący giganci ujęli go pod ramiona i bez wysiłku poprowadzili, a właściwie ponieśli korytarzem w głąb budynku. Traktowali go jak pakunek, albo barana, który może sprawić kłopoty przez własną głupotę. Po chwili wyszli na niewielki dziedziniec z sadzawką. Wrzucili go do niej bez żadnego ostrzeżenia.

– Zdejmuj te łachy i umyj się – rozkazał Murzyn. – Tylko starannie, sprawdzimy.

Jego towarzysz rzucił Neferowi szczotkę na długim trzonku oraz wskazał misę z popiołem trzcinowym. Rozkosz prawdziwej kąpieli, której pozbawiony był od tak dawna, sprawiła, że kapłan zapomniał się na chwilę.

– Powiedzcie, po co to mycie? Co ze mną będzie? – Spytał podchodząc do krawędzi basenu, by nabrać popiołu.

W odpowiedzi biały wymierzył mu silnego kopniaka w ramię.

– Tylko nie w twarz – upomniał go towarzysz.

– Bądź spokojny, też słyszałem rozkazy.

Nefer nie próbował już o nic pytać, zajął się szorowaniem ponad miesięcznego brudu. Dali mu trochę czasu, potem bez ceregieli wyciągnęli z wody, gdy po raz kolejny nabierał popiołu. Nie odzywając się, obejrzeli starannie, zaglądając nawet między pośladki. Na szczęście, tam też umył się starannie. W ręku barbarzyńcy z północy pojawiła się brzytwa. Nie bawiąc się w szczególną delikatność zgolił brodę kapłana, bez wysiłku przytrzymując go drugą ręką. Murzyn wziął skądś tymczasem gruby sznur, którym mocno skrępował więźniowi ręce na plecach. Po chwili przypiął do obroży krótki łańcuch. Tym razem był on wyposażony w dość skomplikowany zamek, otwierany i zamykany kluczem, przywiązanym do rzemienia, który olbrzym zawiesił sobie następnie na szyi.

Bez słowa ruszyli dalej. Korytarze, które teraz mijali, urządzone były z przepychem. Gęste dywany, makaty, rośliny w donicach i kwiaty w wazonach, rzeźby. Światło dawały obszerne otwory okienne, w ścianach osadzono też jednak uchwyty na lampy oliwne. Dotarli wreszcie do kolejnych drzwi, za którymi znajdowała się luksusowo urządzona komnata. Eleganckie, dyskretnie zdobione sprzęty, kilka siedzisk, stolik, przy ścianach kolejne, niskie stoliki. Komnatę przesycał zapach świeżo ściętych kwiatów, których bogate, wyszukane kompozycje umieszczono w kilku wazonach.

Nefera poprowadzono ku jednej ze ścian. Olbrzymi bez trudu zmusili go, by uklęknął, po czym czarnoskóry przypiął wolny koniec łańcucha do wpuszczonego nisko w ścianę pierścienia. Znów szczęknął przekręcany w zamku klucz. Murzyn odłożył go następnie na jeden ze stolików, daleko poza zasięgiem kapłana. Upewniwszy się co do solidności więzów i zapięcia łańcucha, giganci wyszli z komnaty, poruszając się zadziwiająco cicho, jak na tak rosłych mężczyzn. Krótki łańcuch nie pozwalał Neferowi wstać, pochyliwszy się, z trudem mógł dosięgnąć głową podłogi.

“Pięknie, zostawili mnie tu jak spętanego barana, czy raczej jagnię” – uśmiechnął się krzywo. – “Tylko po co tyle zachodu?” – Miał pewne podejrzenia, ale nie ośmielał się ich wyrazić, nawet przed samym sobą. Tkwił tak przy ścianie przez jakiś czas, gdy nagle w panującej dookoła ciszy rozległ się głośny szloch oraz szybki tupot obutych stóp. Do komnaty wpadła mała niewolnica, którą kapłan widział już dwukrotnie, gdy usługiwała Królowej. Tym razem dziewczynka rozpaczliwie płakała, chociaż nie było widać na jej ciele żadnych śladów chłosty czy też innej kary. Ujrzawszy więźnia, zatrzymała się i wpatrywała w niego z mieszaniną lęku i żarliwej nienawiści.

– Dlaczego płaczesz, czy ktoś cię skrzywdził? – Kapłan starał się nadać swemu głosowi łagodne brzmienie.

– To przez ciebie, wszystko przez ciebie – służka znowu zaniosła się szlochem. – Pani już mnie nie kocha. Powiedziała, że teraz będzie bawić się z tobą. Sama słyszałam, jak tak mówiła. – Nagłym ruchem porwała leżący na stoliku klucz i cisnęła nim w Nefera. W ostatniej chwili uchylił głowę i oberwał tylko w ramię. Niewolnica wybiegła z komnaty, nadal zanosząc się płaczem. Klucz upadł pół kroku przed klęczącym kapłanem. Może zdołałby go dosięgnąć ustami, ale co by mu z tego przyszło?

Zanim zdołał zebrać myśli po tej dziwnej rozmowie, znów rozległ się odgłos kroków. Tym razem niespiesznych, ale zdecydowanych. Nie było to szybkie klaskanie sandałków małej niewolnicy, lecz budzący dreszcz podniecenia, cichy stukot eleganckich obcasów Damy. Do komnaty weszła sama Bogini. Amaktaris Wspaniała, Dawczyni Życia i Światła, Pani Górnego i Dolnego Kraju. Nefer oczekiwał właściwie, że coś takiego może nastąpić, ale spełnienie tych wizji było jednak silnym przeżyciem. Królowa zdążyła się odświeżyć po wizycie na placu targowym. Zmieniła suknię, sandały i wybrała nową biżuterię. Jej strój nadal był raczej mniej oficjalny, nadal składał się z bieli i złota i nadal podkreślał urodę Władczyni. Nadal też bawiła się trzymanym w dłoni, złocistym biczem. Był to chyba ulubiony przez Monarchinię atrybut Jej władzy. Kapłan pochylił głowę, łańcuch pozwolił akurat uderzyć czołem o posadzkę, co zapewne nie było przypadkiem. Po chwili poczuł dotyk rękojeści bicza na ramieniu.

– Unieś głowę. Chcę ci się przyjrzeć – głos był niespodziewanie łagodny. – Wyglądasz teraz lepiej niż na targu, może jednak zrobiłam dobry interes za te sześć debenów – czyżby ślad rozbawienia zabrzmiał w głosie Władczyni?

– Najwspanialsza Królowo, pragnę służyć Ci ze wszystkich sił. – zdołał wyjąkać Nefer.

– Wiesz już teraz, kim jesteś?

– Najjaśniejsza, jestem tym, kim zechcesz mnie uczynić. Twym sługą i niewolnikiem, jeśli raczysz przyjąć moją służbę.

– Czegoś się jednak nauczyłeś. To Ja decyduję, kto mi służy. Zapamiętaj to. A teraz podaj ten klucz, czekam – mówiąc to pochyliła się nieco i wyciągnęła rękę.

Kapłan też się pochylił, wyciągnął szyję, poczuł opór obroży i łańcucha. Już, już miał pochwycić klucz ustami…. Wtedy Amaktaris uniosła się na chwilę i swoją wąską, piękną stopą odsunęła klucz. Odrobinę, ale znalazł się poza zasięgiem Nefera. Nie ośmielił się odezwać, spojrzał tylko na Władczynię z… wyrzutem…. błaganiem?

– W Mojej służbie trzeba się naprawdę starać. Chcę, żebyś to zrozumiał od samego początku. Nadal czekam na ten klucz.

Wyciągnął się jak struna. Poczuł silny ból w gardle. Obroża zacisnęła się jak żywa na jego krtani. Dusząc się, parł rozpaczliwie do przodu, ale klucz, chociaż miał go teraz tuż przed ustami, nadal pozostawał poza ich zasięgiem. Wysunął język i zdołał go dotknąć. To jednak nic nie dawało, był zbyt ciężki, by przyciągnąć go bliżej. Uratował go przywiązany do metalowego przedmiotu rzemień. Przywarł on do koniuszka języka i Neferowi udało się go nieco przysunąć. Potem poszło już łatwiej. Wargi uchwyciły klucz i uniosły go w górę. Teraz należało jeszcze podać przedmiot Władczyni. A Ona… cofnęła nieco dłoń.

– Dobrze ci idzie, postaraj się jeszcze trochę – głos zabrzmiał wręcz zachęcająco. Dodało to sił kapłanowi. Znowu rzucił się do przodu i poczuł dławiący uścisk przeklętej obroży. Nie zważając na to, napierał z całych sił i przesunął się odrobinę. Może to wystarczyło, a może to Ona zbliżyła nieco dłoń, dość, że po chwili klucz spoczywał już w Jej długich, złączonych w tej chwili palcach. Drugą dłonią chwyciła za łańcuch, nie pozwalając mu się cofnąć. Nefer klęczał wprawdzie w niewygodnej pozycji, co ograniczało jego możliwości ruchu, ale odczuł nadspodziewaną siłę Amaktaris. Po dłuższej chwili Królowa użyła klucza do otwarcia zamka spinającego obrożę z łańcuchem. Uwolniony z dławiącego uścisku, kapłan padł na podłogę i ciężko łapał oddech. Władczyni pozwoliła mu na to przez chwilę. Usiadła na jednym z krzeseł. Ruchem dłoni rozkazała mu unieść się na kolana. Uczynił to z pewnym trudem, nadal mając związane na plecach ręce.

– Podobno pisywałeś wiersze na mój temat – stwierdziła raczej niż zapytała. – “Potrafisz któryś wyrecytować?

– Znam wszystkie na pamięć, Najdostojniejsza Pani – nie było sensu niczego ukrywać. I tak musiała wiedzieć wszystko.

– Mów więc. Słucham – rozsiadła się wygodniej.

Władczyni nasza, dumna i wspaniała

na Królów dziś zasiadła tronie

niech zadrży przed Nią ziemia cała

gdy bicz złocisty ujmie w dłonie.


To symbol władzy Jej nad Krajem

Dolnym i Górnym, lotosem i liliją

cześć boską wiernie Jej oddaję

myśl śmiała jednak mą przewiną


Nie berło, nie korona

nie szata złotem tkana

nie diament którym Ona

blask zdobi swego ciała


Te władzy Jej insygnia

niewiele znaczą w moich oczach

inny atrybut, inna dźwignia

wciąż dręczy mnie po nocach


To buty, butki szczerozłote

na stopach Twych Bogini

każą mi paść pokotem

i czoło me pochylić

– Wystarczy. Wersy które czytałam, zawierały inne, śmielsze myśli. – Nefer nie odważył się odpowiedzieć. – Mówisz tu o Moich stopach. Podobno całowałeś też w świątyni stopy Moich posągów. A teraz… masz tu oryginał i pierwowzór. Dlaczego nie skorzystasz z takiej okazji? – wysunęła lekko swe kształtne stopy w złocistych sandałkach w stronę kapłana. Czy to możliwe, by na Jej wargach pojawił się lekki uśmieszek? Nefer pochylił się, padł na twarz i poczołgał w stronę Władczyni. Mógł teraz podziwiać stopy swej Bogini, o których tyle razy marzył w fantazjach, z najbliższej odległości. Gdy zaczął je całować, najpierw ostrożnie i z pewną obawą, później coraz śmielej i zachłanniej, poczuł także ich ciepło, smak i zapach skóry, woń delikatnych perfum. Ta chwila mogła trwać dla niego wiecznie…

– Czyż nie spełniają się twoje marzenia, kapłanie? Służysz Bogini i oddajesz Jej hołd – zadrwiła lekko. – Dość. Na kolana – cofnęła stopy i wyrwała Nefera z marzeń. – Jak wypada porównanie z posągami?

– Najjaśniejsza, posągi są tylko piękne. Ty… jesteś prawdziwa, Ty… żyjesz. – Sytuacja będąca ucieleśnieniem jego erotycznych wizji – oto jako związany lub skuty niewolnik adoruje stopy Władczyni, zdany całkowicie na Jej łaskę – pobudziła silnie Nefera. Gdy uniósł się na kolana, nic nie mogło tego ukryć. Władczyni bez skrępowania spoglądała na dowód uniesień kapłana.

– Niewolników służących przy Mojej Osobie zazwyczaj poddaje się kastracji. Wiesz o tym?

– Najwspanialsza Pani… muszą być i tacy, którzy służą lepiej jako mężczyźni niż jako eunuchowie. – Rozpaczliwie starał się powiedzieć coś, co odwiodłoby Jej myśli od tego pomysłu.

– Owszem, strażnicy, żołnierze, treserzy zwierząt. Ale osobistych niewolników Królowej to nie dotyczy. Oni są kastrowani.

– Najjaśniejsza, oni także z pewnością służyliby z większym oddaniem zachowując męskość – nawet tak niekorzystny obrót rozmowy nie zdołał skłonić jego łodygi do opadnięcia. Miała chyba własne zdanie na temat sytuacji, w jakiej znalazła się wraz ze swym właścicielem.

– Niewolnicy służą z oddaniem ze strachu przed biczem lub inną karą.

– To prawda, o Bogini. Ale prawdą jest też to, że najofiarniej i najlepiej służą nie z obawy przed chłostą, lecz z miłości do swej Pani. – To było już dość śmiałe. – “Muszę jakoś Ją przekonać albo przynajmniej zagadać, tak, by zapomniała o tej myśli, choćby na pewien czas.”

– Sądzisz, kapłanie, że miłość może zastąpić strach?

– Tak Najdostojniejsza! – Zawołał żarliwie. – Zwłaszcza miłość do tak wspaniałej, Boskiej Władczyni jak Ty, o Pani.

Amaktaris spojrzała na niego z uwagą.

– Masz rodzinę, kapłanie?

– Tak, o Pani Życia i Światła. Żonę i matkę. Dzieci nie mamy.

– Zostawiłeś je w Abydos?

– Tak, Najjaśniejsza. Ana, moja żona, jest uzdrowicielką w świątyni. Bardzo biegłą uzdrowicielką. – Czy przez oblicze Władczyni przemknął cień zadumy? – Myra, moja matka, nauczała niegdyś w świątynnej szkole. Jest teraz wdową.

– Martwisz się o nie? Pewnie nic nie wiedzą o twoim losie.

– O Ty, Która Władasz Niebem i Ziemią, błagam i zaklinam Cię na wszystko co jest Ci drogie… Moje przestępstwa, jakkolwiek by były ciężkie, są tylko i wyłącznie moją winą. Nie karz za nie mojej żony i matki… – żebrał rozpaczliwie Nefer, świadomy niebezpieczeństwa, jakie ściągnął na swych bliskich.

– Boisz się, że ukarzę twoje kobiety?

– Pani, one są niewinne. A arcykapłan Hethor to mój wróg. To z pewnością on oczernił mnie w Twoich oczach. A teraz może mścić się na mojej rodzinie.

– Oczernił? Czyż nie jesteś winny tych przestępstw, które ci zarzucono?

– Jestem. – Nefer mógł jedynie opuścić głowę – Błagam tylko o łaskę dla mojej rodziny, o Najwspanialsza z Bogiń. – dodał cicho i pokornie.

Władczyni przyglądała mu się długo i poważnie. Wreszcie podeszła do stołu, sięgnęła do umieszczonej pod blatem szuflady i wyjęła prosty, wojskowy sztylet. Bez żadnych ozdób, za to ostry. Zbliżyła się, trzymając go w dłoni. Przez chwilę Nefer poczuł strach. Przypomniał sobie opowieści tego woźnicy i to, jak został następnie potraktowany przez Królową. Ale tylko przez chwilę. Amaktaris nie trzymała go tym razem w niepewności.

– Wstań i odwróć się – rozkazała. Po chwili poczuł, jak ostrzem sztyletu przecina jego więzy. Napływająca do zdrętwiałych dłoni krew sprawiła, że pojawił się ból. Ukradkiem zaczął rozcierać przeguby dłoni.

– Czy twoja żona potrafi czytać?

– Tak, Świetlista Pani.

– Napisz do niej – Królowa wskazała na leżące na jednym ze stolików przybory do pisania i zwój papirusu. – Dołączę ten list do poczty, którą jutro kurier zabierze do Abydos. I… bądź spokojny kapłanie. Nie mam zamiaru karać twoich bliskich.

– Pani, niech wszyscy Bogowie po tysiąckroć błogosławią Cię za Twą dobroć… – Nefer padł na kolana i zaczął żarliwie dziękować.

– Wystarczy! Pisz ten list. – Ponagliła go niecierpliwie, jakby trochę niezadowolona z tego, że wypadła z roli surowej Władczyni.

Do uzdrowicielki Any ze świątyni Izydy Objawionej w Abydos

Najdroższa Żono i Przyjaciółko!

Odkąd prawie dwa miesiące temu uwięziono mnie i wywieziono do Stolicy, nie miałem możliwości, by dać znać Tobie i Myrze o moim losie. Jak wiesz, zawsze wielbiłem ze wszystkich sił Naszą Panią, Oby Żyła i Władała Wiecznie. Nie wiedziałaś jednak, że to uwielbienie zawierałem też w wierszach, które zapisywałem na zwojach papirusu. Nie wiem, czy kiedykolwiek zdołasz wybaczyć moją głupotę, która przywiodła mnie do zguby i ściągnęła niebezpieczeństwo na Ciebie. Mogę mieć tylko taką nadzieję. Uznano mnie winnym obrazy Majestatu Naszej Pani, Oby Żyła i Władała Wiecznie, i skazano na sprzedaż w niewolę. Trafiłem do służby w Pałacu i mój dalszy los jest w ręku Bogów, a raczej zależy od woli Boskiej Królowej. Z Jej własnych ust usłyszałem jednak obietnicę, że za moje przestępstwa nie będzie winić ani Ciebie, ani Myry, i tylko ja sam odpowiem za własne szaleństwo. Powinnyście więc być bezpieczne…. Nie wiem, czy i kiedy zdołam przesłać następną wiadomość. Tę zawdzięczamy łaskawości Królowej, która dołączyła ją do oficjalnej poczty. Tęsknię za Tobą, za Twoim głosem, uśmiechem, uściskiem ramion. Jesteś światłem, które rozjaśnia ciemności, w których się znalazłem. Może kiedyś potrafisz mi wybaczyć.

Twój Nefer

– Skończyłeś? To przynieś szkatułkę, którą znajdziesz na stoliku w sąsiedniej komnacie. – Władczyni odebrała zwój i nie czytając odłożyła na bok. Nefer pospieszył do komnaty i wrócił ze szkatułką. Podał ją Królowej.

– Nigdy nie widziałeś jak niewolnik podaje żądany przedmiot swemu Panu lub Pani? – Amaktaris okazała pewne niezadowolenie. – Pada na kolana i z pochyloną głową wyciąga ramiona. Musisz się jeszcze sporo nauczyć. – Przyjęła jednak szkatułkę i wyjęła z niej dziwny przedmiot. Dwie niewielkie obręcze, połączone krótkim łańcuszkiem. Wyglądały na wykonane ze złota, ale o trochę innym niż zazwyczaj odcieniu.

– Widziałeś kiedyś coś takiego? Hodowcy używają takich pierścieni do poskramiania rozpłodowych knurów i ogierów. A ja… do uczynienia posłusznymi niewolników, których chwilowo nie zamierzam wykastrować. Podejdź bliżej. – Kapłan zbliżył się do krzesła Monarchini. Czuł jednocześnie obawę, ciekawość i ulgę, słysząc o odłożeniu kastracji na czas nieokreślony. Amaktaris bez żadnych oporów czy wahań ujęła jego męskość w swoje długie, zręczne palce. Poczuł ich podniecający chłód, a zaraz potem także chłód metalowych obręczy. Po chwili były już nałożone, jedna na nasadę jego łodygi, druga moszny. Przysiągłby, że zacisnęły się odrobinę, mocno obejmując jego najbardziej intymne części ciała. Królowa przyjrzała się z aprobatą.

– To powinno nauczyć cię rozsądku. Każda próba, podobna do tej sprzed paru chwil, zostanie poskromiona silnym bólem. – Uśmiechnęła się uroczo. – I nie grzeb przy nich, nic nie zdziałasz, a rezultatem też będzie ból. To magia Bogini, szczegółów i tak byś nie zrozumiał.

Nefer zrozumiał jednak, że oszczędzono mu kastracji. Zalała go fala ulgi i wdzięczności.

– Najwspanialsza z Bogiń, jesteś litościwa dla Twego nędznego sługi. Ten list, a teraz to, nie wydasz mnie na kastrację…

– Chwilowo. Powiedzmy, że udało ci się Mnie przekonać. Potem zobaczymy.

– Pani, Twa dobroć nie zna granic…

– Tak uważasz? Ciekawe, jak to ci się spodoba. – Wstała z siedziska, ujęła w dłoń leżącą na jednym ze stolików pałeczkę i uderzyła w zawieszony na ścianie gong, wzywając czterech strażników w pełnym rynsztunku.

– Wychłostać tego niewolnika, dziesięć batów – rozkazała podoficerowi, ponownie siadając.

– Czy mamy wyprowadzić go na dziedziniec, o Pani?

– Nie, tu i teraz. Użyj zwykłego bicza – dodała po chwili.

Zanim Nefer zdołał pojąć co go właściwie czeka, został sprawnie pochwycony i obalony na posadzkę. Żołnierze nie musieli zdzierać szaty, bo przecież był całkowicie nagi, jeśli nie liczyć otrzymanej z ręki Władczyni biżuterii. Jeden z wojaków usiadł mu na nogach, dwaj unieruchomili wyciągnięte ręce. Kapral odstąpił kilka kroków, rozwinął przypięty do pasa bicz. Kilka razy zamachnął się na próbę, a widząc potwierdzające rozkaz skinienie dłoni Amaktaris, smagnął kapłana po plecach. Nefer poczuł przeszywający ból. Zdążył sobie obiecać, że przyjmie chłostę bez jęku, ale okazało się to niemożliwe. Już przy drugim uderzeniu wydał zduszony odgłos bólu, a później wył bez opamiętania. Rózgi, jakie otrzymywał w szkole – a które nadal dobrze pamiętał, czy też baty doświadczane z ręki Any podczas miłosnych igraszek, były przy tym niczym dziecięca zabawa. W sprawnych dłoniach kaprala bicz zdawał się żyć i zwijać jak wąż, jak tysiąc węży. Ognistym płomieniem bólu owijał się wokół żeber, ud i pośladków, wszędzie zostawiając krwawe, palące żywym ogniem ślady. Docierał do najbardziej wrażliwych miejsc na ciele kapłana, a przynajmniej tak mu się wydawało. Nefer wił się w niewzruszonym uścisku żołnierzy. Po trzech czy czterech smagnięciach stracił rachubę uderzeń i wydawało mu się, że męka będzie trwała wiecznie. Tak jednak nie było. Pani skazała go tylko na dziesięć batów.

– Możecie odejść! – Głos Królowej z trudem przedzierał się przez otaczającą Nefera zasłonę bólu. Niemal nie zauważył końca chłosty i tego, że strażnicy puścili go. Całe plecy były nadal jednym oceanem ognia.

– Na kolana! – Głos Władczyni potrafił smagać nie gorzej niż bicz ze skóry hipopotama. – Wiesz dlaczego zostałeś wychłostany?

– Bo taki był Twój kaprys, o Wielka Pani – odpowiedział, z trudem powstrzymując łzy.

– Nie, nie dlatego – nadal przemawiała surowo. – Zostałeś ukarany, bo wydawało ci się, że można Mną manipulować, że zdołasz odwrócić Moją uwagę swoją gadaniną. Decyzje podejmuję sama i są one nieodwołalne. Nie cofam ich ani o nich nie zapominam, nie zdołasz też w żaden sposób ich zmienić. Zapamiętaj tę lekcję.

– Tak, o Najpotężniejsza z Bogiń. – Nefer nie potrafił pojąć nagłej przemiany Królowej Amaktaris. Jeszcze przed paroma chwilami rozmawiała z nim niemal przyjaźnie, okazywała łaskawość i zainteresowanie jego losem. A potem… potraktowała go jak najsurowsza z Władczyń krnąbrnego niewolnika. – Wybacz o Najwspanialsza, to się nie powtórzy. – dodał cicho.

– Zbliż się – przemówiła jakby łagodniej. Kapłan przysunął się ostrożnie na kolanach. Niespodziewanie poczuł dłoń Królowej na swojej głowie. Amaktaris zanurzyła swe smukłe palce w jego odrastających już wyraźnie włosach, zmierzwiła je. Pogładziła go po głowie, tak jak czyni się z ulubionym zwierzęciem lub dzieckiem.

– Wiem, że nie jest ci łatwo. Ale zostaniesz dobrym niewolnikiem. Będzie to wymagało jeszcze wiele bólu, ale nauczysz się, jak służyć na dworze Bogini. – Nefer nie wytrzymał. Rozpłakał się z bólu, strachu, ulgi i wdzięczności.

IX

Amaktaris dała mu jakiś czas, by doszedł do siebie. Nadal trzymała dłoń na jego głowie. Ból przybrał stopniowo natężenie możliwe do wytrzymania. Bogini, jakby to wyczuwając, cofnęła rękę i dwukrotnie uderzyła w gong. Tym razem przyzwała jednak nie straże, lecz małą niewolnicę.

– Irias, moja droga, mam ochotę przejść się po ogrodach. Niech zwykła świta czeka przy zachodnim wyjściu.

– Tak, Pani. Będziemy gotowi.

– Ach, ty nie będziesz mi teraz potrzebna. Masz wkrótce lekcje, więc biegnij do swoich nauczycieli, potem możesz pobawić się z innymi dziećmi w parku. Zobaczymy się wieczorem, tymczasem towarzystwa dotrzyma mi kapłan. – Na twarzy dziewczynki odbił się wyraźny zawód. Nefer nie był do końca pewien, czy chodziło o perspektywę lekcji, czy o to, że Królowa wybrała jego jako uczestnika spaceru.

– To dobre dziecko – powiedziała Amaktaris, gdy Irias wyszła z komnaty. –Ale niektórych widoków nie należy pokazywać jej zbyt często. Tego, co widziała wczoraj, wystarczy jej na jakiś czas.

– Pałacowe ogrody są przecież bardzo piękne – odezwał się naiwnie Nefer.

– Tamtędy będziemy tylko przechodzić. Chcę ci pokazać inne części Pałacu. W swoich wierszach pisałeś, o ile pamiętam, o okrucieństwie i surowości Władczyni. Ujrzysz je teraz na własne oczy. – Po tej niepokojącej zapowiedzi, Królowa uniosła się z siedziska i ruszyła w kierunku wyjścia. Nefer podążył za swoją nową Panią, jak przystało na dobrego niewolnika. Przebyli kilka wystawnie urządzonych korytarzy i wyszli na zewnątrz. Irias okazała się sprawną służką, bo oczekiwało tu już dwóch strażników oraz kilku niewolników. Dwaj z nich osłonili Boginię wachlarzami, dwaj kolejni nieśli tace z napojami i owocami. Cały orszak podążył ogrodowymi ścieżkami w dół zbocza, w kierunku zachodniego muru. Przylegał do niego od wewnątrz obszerny dziedziniec, otoczony osobnymi, nie tak potężnymi umocnieniami. Prowadziła do niego niewielka futra, wyposażona jednak w solidne wrota i strzeżona przez kolejną parę strażników.

– Sprowadźcie Mistrza Apresa – rozkazała Władczyni, gdy otwierali furtę. Przed wzrokiem Nefera roztoczył się widok wzięty wprost z koszmarów wyznawców niektórych zagranicznych, barbarzyńskich bogów, którzy mieli jakoby lubować się w zadawaniu wymyślnych mąk i cierpień swym nieszczęsnym wiernym, gdy tylko trafią oni po śmierci w ich szpony. Plac zastawiony był klatkami, pręgierzami, dybami, palami i różnymi innymi budzącymi grozę konstrukcjami, których przeznaczenie było oczywiste. Służyły zadawaniu bólu i cierpienia, chociaż sposób w jaki mogły to czynić był często dla kapłana tajemnicą. W niektórych przypadkach otrzymał jednak poglądową ilustrację tych możliwości, dostrzegł bowiem kilkunastu skazańców. Tkwili w klatkach, byli zakuci w dyby, stali, leżeli lub zajmowali inne jeszcze pozycje wśród narzędzi swej męki. Zauważył nawet jakąś postać zwisającą za nogi z zewnętrznego muru. Czy Władczyni przyprowadziła go tutaj, by wydać na tortury i śmierć? Czy po to wezwała Mistrza Placu? Cofnął się odruchowo w bramie z odrazy i strachu. Królowa przynagliła go skinieniem.

– Wchodź śmiało, nie masz się czego obawiać, przynajmniej dzisiaj – ostatnie słowa ozdobiła uroczym uśmiechem.

“Jak Ona może żartować w takim miejscu, ma kamień zamiast serca? Co innego skazać zbrodniarza na śmierć, nawet okrutną, a co innego drwić z jego męki.” – myśli Nefera biegały jak oszalałe. Tymczasem pojawił się wezwany Mistrz Apres. Nie wyglądał na kata, raczej na wysokiej rangi urzędnika. W średnim wieku, przeciętnej postury, elegancki i zadbany, o miłym i uprzejmym – jak się miało okazać – sposobie bycia. W ręku trzymał długą, zakrzywioną laskę, co nie było zresztą niczym dziwnym w obrazie idealnego urzędnika.

– Bądź pozdrowiona, o Boska Królowo, Obyś Żyła i Władała Wiecznie. – Monarchini przerwała mu skinieniem dłoni, powstrzymując przed padnięciem na kolana i oddaniem pokłonu. Apres zachowywał się w Jej obecności z szacunkiem, ale swobodnie, widocznie wizyta Amaktaris nie była czymś niezwykłym.

– Ilu masz podopiecznych, Mistrzu Apresie?

– Szesnastu, o Pani, w tym trzy kobiety. Czterech podopiecznych opuściło nas od wczoraj. Nie przysłałaś dziś nikogo nowego – spojrzał na Nefera, szacując jego postać. Gdyby nie poprzednie słowa Królowej, kapłan skurczyłby się ze strachu pod tym wzrokiem.

– Doskonale, Mistrzu. Nie, nie, Mój wierny Apresie. Chcę żebyś zajął się tym niewolnikiem, ale w inny sposób. Oprowadź go po swoim królestwie i odpowiedz na jego pytania dotyczące więźniów, jeśli je zada. Ty zaś – zwróciła się do Nefera – patrz uważnie i niech to będzie dla ciebie nauką.

Odprawiła ich ruchem ręki i skierowała się ku usytuowanemu pod zewnętrznym murem podwyższeniu, na którym ustawiono kolejny tron, trzeci lub czwarty, jaki dane już było widzieć Neferowi. Nie ulegało żadnej wątpliwości, młoda i piękna Amaktaris Wspaniała, uosobienie kobiecej urody i czaru, bywała tu często, by przypatrywać się cierpieniom zadawanym z Jej rozkazu skazańcom. Niektórzy z uwięzionych, widząc kroczącą dumnie Boginię, zaczęli wznosić błagalne okrzyki i żebrać o łaskę. Inni, zbyt osłabieni, zobojętniali lub może po prostu świadomi daremności tych wysiłków, milczeli. Władczyni zignorowała i jednych, i drugich, zasiadła na tronie, po czym sięgnęła po kubek z napojem podany przez niewolnika. Nefer zauważył, że wpierw upił on drobny łyk z naczynia. Osłaniana przed słońcem wachlarzami, Monarchini delektowała się napojem, a potem soczystymi owocami, świadoma rozpaczliwych i pełnych pożądania spojrzeń skazańców.

“Większość z nich od dawna nie miała pewnie w ustach kropli wody.” – uświadomił sobie kapłan. Od dalszej obserwacji Królowej oderwał go Mistrz Apres, lekkim dotknięciem trzymanej w dłoni laski.

– Nasza Pani, Oby Żyła i Władała Wiecznie, rozkazała bym cię oprowadził, a tobie, byś się uczył. Ruszajmy więc. Możesz sam wybrać drogę.

Nefer skierował się w kierunku dostrzeżonej wcześniej postaci wiszącej na murze. Zanim jednak tam dotarł, spotkała go niemiła niespodzianka. W klatce z drewnianych prętów uwięziony był Kruto. Woźnica miał na plecach ślady bezlitosnej chłosty, na widok kapłana znalazł jednak siłę by powstać i potrząsnąć prętami. Było wyraźnie widać, że wypalono mu część genitaliów, wzrok Murzyna płonął gorączką. Pomimo to pozostawał przytomny i świadomy tego, co się dzieje.

– Ty kapłański szczurze, zostałeś jednak pieskiem dziwki – zawołał ochryple. –Widzę, że nie do końca zdołałeś ją zadowolić, a może poganiała cię batem dla zabawy? Ja wygodziłbym jej lepiej, ale skoro okazała się tak głupia, nie będę miał już chyba okazji. Za to znajdę okazję, by zabawić się z tobą, możesz być pewny. Myślisz, że teraz jesteś bezpieczny? Szybko się jej znudzisz, a wtedy dziwka wyśle cię tutaj. Gdy się wtedy spotkamy, zabiję cię. – Mistrz Apres oszczędnym ruchem dłoni użył swej laski, precyzyjnie trafiając woźnicę w okaleczoną mosznę. Kruto zwalił się z jękiem, przerywając potok gróźb.

– Widzę, że się znacie i nie przepadacie za sobą – Apres spojrzał na Nefera z pewnym uznaniem. – Może zainteresuje cię, że ten tu Kruto otrzymuje co dwa dni po dwadzieścia pięć batów biczem z ołowianymi kulkami. Nawet on nie przeżyłby więcej za jednym razem. Wczoraj przypadła mu pierwsza porcja, no i zajęliśmy się jego przyrodzeniem. Za pięć dni dokończymy dzieła – objaśnił nie pytany. Kapłan nie miał ochoty na dalszą rozmowę i ruszył ku młodej kobiecie, nawet dość ładnej, klęczącej przy wspartych na dwóch palach dybach. Jej szyję i dłonie osadzono w otworach wyciętych w drewnianej desce, podzielonej na dwie części i zamykanej ryglem.

– Panie, błagam, wstaw się za mną u Królowej, jestem winna ale żałuję, ze wszystkich sił żałuję tego, co uczyniłam. – Wołała wyraźnie do Nefera, a jej ciałem wstrząsnął szloch.

– Nie jestem panem, tylko niewolnikiem. Spójrz na moje plecy.

– Ale przybyłeś tu z Boginią, będziesz z Nią rozmawiał, Ona wysłucha twoich słów. Błagam chociaż o łyk wody.

– Jaka jest zbrodnia tej kobiety?

– To jedna z pałacowych niewolnic. Zaszła w ciążę i ukrywała to, potem urodziła i udusiła noworodka. Psy wygrzebały ciałko na śmietniku, a jedna z jej towarzyszek coś wcześniej zauważyła. Jej Dostojność skazała morderczynię na śmierć z pragnienia. Nie stanęła przed normalnym sądem, gdyż pałacowych niewolników Pani osądza bez publicznych ceremonii.

Nefer wzdrygnął się. Jak można było popełnić taką zbrodnię? On i Ana oddaliby wiele za narodziny dziecka, a ta tutaj… Królowa zdawała się darzyć dzieci szczególną sympatią i surowo karała tych, którzy je krzywdzili. Czy jednak w tym wypadku kara musiała być aż tak okrutna? Dziewczyna chyba żałowała szczerze. Pewnie potwornie się bała od chwili, gdy okazało się, że jest w ciąży. Kto był ojcem? Jakiś żołnierz albo niewolnik. Jakie to zresztą miało znaczenie?

“Mogła zwrócić się do Królowej” – przyszło mu do głowy. – “Amaktaris pewnie pomogłaby dziecku.” – Dopiero po chwili uświadomił sobie absurdalność tej myśli. Zwykła niewolnica szukająca pomocy Władczyni, która w dodatku była zapewne wówczas nieobecna i przebywała w podróży. Odszedł, ścigany przejmującym zawodzeniem dziewczyny.

Następna para więźniów wydała mu się znajoma. Kolejna urodziwa kobieta oraz młody, przystojny mężczyzna. Podobnie jak Kruto, tkwili w klatkach, ustawionych w odległości kilku kroków od siebie. Tych nie skazano raczej na śmierć z pragnienia, gdyż w każdej klatce umieszczono po dziesięć glinianych kubków wypełnionych wodą. Nefer przypomniał sobie nagle o parze trucicieli, młodej żonie kupca i jej kochanku-niewolniku, których sprawę Królowa rozpatrywała podczas sądów.

– Wody, dajcie mi wody – krzyczała przeraźliwie kobieta, rzucając się na pręty klatki. – Wody, ja nie chce umierać.

– Masz wodę, o Pani – odparł uprzejmie Mistrz Apres.

– To nie woda, to trucizna – załkała rozpaczliwie.

– Bądź dzielna Nerti – zawołał jej uwięziony w sąsiedniej klatce kochanek. – Nie cała woda jest zatruta, spójrz, wypiłem już dwa kubki i żyję.

– Milcz, przeklęty psie. Powinnam była rozkazać cię zabić albo przynajmniej wykastrować, gdy tylko ośmieliłeś się podnieść na mnie wzrok. Gdybym tak zrobiła, byłabym teraz szanowaną żoną i damą.

– I nadal daremnie próbowałabyś pobudzić w łożu swego sflaczałego męża? I czekałabyś, aż po jego śmierci pasierbowie wyrzucą cię na ulicę? Chciałaś w łożu mężczyzny i syna w kołysce. A ja… ja cię kochałem, na swoje nieszczęście…, nadal kocham… Wypij tę wodę Nerti, jeśli bogowie będą łaskawi, trafisz na czyste naczynie. Jeśli nie, lepsza taka śmierć, niż konanie tutaj całymi dniami.

– Bądź przeklęty, to nie woda, to śmierć… – W nagłym ataku szału porwała wypełnione kubki i roztrzaskała je, wylewając wodę. Piasek wchłonął ją chciwie, zarówno czystą jak i zatrutą. – Wody, Panie, dajcie mi wody.

– Dostałaś już swoją wodę, o Pani. Tak jak rozkazała Jej Wysokość, Oby Żyła i Władała Wiecznie. To, co z nią uczyniłaś, to wyłącznie twoja sprawa – odparł chłodno Apres.

Nefer miał dość. Ruszył dalej, wprost ku skazańcowi wiszącemu głową w dół na murze. Był to całkowicie nagi, niemłody mężczyzna. Wygolona głowa i ślady niedawnego życia w dobrobycie wskazywały na kapłana. Poruszał się jeszcze słabo.

– Kto to?

– Starszy kapłan Hortes ze świątyni Ptaha w Sais. Mąż bardzo wykształcony i zasłużony, miłośnik uczonych zwojów. Niestety, dał się wciągnąć w spisek i był na tyle nieprzezorny, że akurat on pozostawił tego dowody. Inni chwilowo się wymknęli, a on trafił tutaj. Myślę, że opuści nas chyba do jutra. – Młodszy kapłan Nefer popatrzył na kolegę po fachu i pomyślał, że sam mógł umrzeć w podobny sposób.

“Nadal mogę tak skończyć, chociaż nie jestem już kapłanem” – wzdrygnął się i ruszył dalej.

– Wspomniałeś, Panie, że masz dziś szesnastu więźniów. Czy zawsze jest ich tak wielu?

– Wczoraj Nasza Pani, Oby Żyła i Władała Wiecznie, odprawiała sądy, podopiecznych jest z tego powodu więcej. Jej Wysokość przebywała nadto w podróży, zebrało się więc trochę spraw wśród pałacowych niewolników. Zwykle mamy mniej pracy. Ale każdym podopiecznym zajmujemy się zawsze bardzo starannie.

– Tych czterech którzy, jak powiedziałeś, opuścili to miejsce od wczoraj… to zmarli?

– Tylko trzech, czwarty wyszedł stąd żywy.

– Najdostojniejsza ułaskawiła go?

– Nie, po prostu został skazany na inną karę.

– Czy Bogini, Oby Żyła i Władała Wiecznie, uwalnia tu kogoś od tortur?

– Zdarzają się takie przypadki, ostatni bodajże w trakcie poprzedniego wylewu Rzeki, ponad pół roku temu. To zawsze dezorganizuje pracę i źle wpływa na personel oraz innych podopiecznych. Ale wola Najjaśniejszej Pani jest dla nas święta.

Zbliżyli się do grupy czterech mężczyzn, każdy z nich stał nago przy solidnym palu. Byli zupełnie wolni z wyjątkiem jednego drobiazgu. Mosznę każdego z nich przebito grubym gwoździem, przytwierdzającym nieszczęśnika do słupa. Nad głową każdego skazańca tkwił wbity w drewno nóż. Więzień mógł go swobodnie dosięgnąć, ale broń przytwierdzona była dodatkowo do pala osobnym łańcuszkiem.

– Co to za jedni?

– Gwałciciele. Jej Dostojność dała im wybór, z czego chcą zrezygnować w ramach kary. Wczoraj jeden z nich zrezygnował z męskości, był to ten podopieczny, który wyszedł stąd żywy.

– Długo już tu stoją?

– Od wczoraj, Bogini, Oby Żyła i Władała Wiecznie, skazała ich podczas wczorajszych sądów.

Nefer nie przypominał sobie takich wyroków, ale spraw było bardzo wiele i nie śledził wszystkich z równą uwagą.

– A jeśli nie zdobędą się na żadną decyzję?

– Wtedy będziemy ich gościć dłużej, aż głód i pragnienie wykonają swoją pracę. Ale takie przypadki zdarzają się bardzo rzadko. Większość wybiera życie bez tego drobnego fragmentu ciała.

Uwagę kapłana przyciągnęła teraz niezwykła scena rozgrywająca się u stóp zewnętrznego muru. Jej główną bohaterką była kolejna kobieta, młoda i niezwykle urodziwa, odziana w kompletny strój świątynnej tancerki – składający się zresztą tylko z wąskiej przepaski i biżuterii. Stała boso na drewnianym, znacznej średnicy bębnie. Umieszczony swobodnie na poprzecznej osi, obracał się on pod jej stopami przy najmniejszym ruchu kobiety. Dłonie przykute do stojących po obu stronach bębna słupów uniemożliwiały dziewczynie zeskoczenie na ziemię. Stała chwilowo bez ruchu, rozpaczliwie balansując ciałem, by utrzymać równowagę. W niewielkiej odległości klęczało zakutych w dyby dwóch mężczyzn, intensywnie wpatrujących się w ponętną postać. Nefer także przyglądał się najpierw kobiecie i dopiero po chwili dostrzegł, że dyby, w które zakuto obydwu skazańców wyposażono w dość szczególne urządzenia. Były to sporych rozmiarów, lekko skośne ostrza, zawieszone na wysokości szyi każdego z więźniów. Umieszczone w specjalnej prowadnicy, mogły opaść wprost na mosznę i członek mężczyzny. Genitalia unieruchomiono bowiem w metalowych obręczach, uniemożliwiających ich cofnięcie spod ostrza. Łodygi obydwu skazańców sterczały wyprostowane. Od wykastrowania chroniły je jedynie cienkie linki, na których zawieszono ostrza. Drugie końce sznurków przytwierdzono do pierścieni, nałożonych na czubki sterczących penisów. Tak długo, jak penis pozostawał w silnym wzwodzie, tasak nie mógł opaść. Gdyby jednak stało się inaczej i pierścień zsunąłby się z oklapłego członka, byłby to już ostatni raz, gdy męskość zawiodła swego właściciela. Nic dziwnego, że tak intensywnie wpatrywali się w dziewczynę. W odróżnieniu od większości innych więźniów, ani mężczyźni ani kobieta nie zwrócili uwagi na Nefera i jego przewodnika. Byli zbyt skoncentrowani na własnych zadaniach.

– O, to bardzo udana kompozycja – odezwał się Mistrz Apres. – Pochlebiam sobie, że co prawda Najwspanialsza dała ogólne wskazówki, ale szczegóły sam już dopracowałem.

– Co to za jedni i o co tu chodzi? – spytał kapłan, mimowolnie zafascynowany rozpaczliwymi zmaganiami rozgrywającymi się na jego oczach.

– Ci dwaj, to kolejna para gwałcicieli, pałacowi niewolnicy. Usiłowali napaść na jedną z służących, ale udało jej się uciec. Dlatego Najsprawiedliwsza z Bogiń dała im szansę. Jeśli okażą się wystarczająco… męscy.

– A ta dziewczyna?

– To bardziej szczególny przypadek. Tancerka ze świątyni Izydy. Pokłóciła się o coś z koleżanką z zespołu i dźgnęła ją nożem. Nie wiadomo jeszcze, czy ta druga wyżyje. Nasza sprawiedliwa Władczyni i jej dała wobec tego szansę. Jeśli zwrócisz uwagę na coś więcej niż, przyznaję, piękne ciało tej kobiety, dojrzysz kolce wystające z bębna. Są nasączone silną trucizną. Ale to znakomita tancerka, prawdziwa mistrzyni swego kunsztu. Spójrz, z jaką gracją utrzymuje równowagę. Może uda jej się uniknąć śmiertelnego ukłucia. Jak każda wielka artystka potrzebuje jednak publiczności. A swoim tańcem… daje przy okazji szansę także tym dwóm. To jeden z ciekawszych układów, jaki udało nam się stworzyć w ostatnim czasie.

– O co poszło tym tancerkom?

– Nie mam pojęcia, pewnie pokłóciły się o kochanka albo o rolę w przedstawieniu tanecznym podczas najbliższego święta. Któż zresztą zdołałby zrozumieć uczucia kobiet i przyczyny ich nienawiści?

– Od dawna tu stoją? Przecież ani ona, ani oni nie wytrzymają tak zbyt długo, choćby nawet ta tancerka była samą boginią tańca, a tamci demonami pożądania?

– Nie doceniasz ich. To już drugi dzień kary. Oczywiście, masz rację, że nie wytrzymają tak bez przerwy. Osobiście prosiłem Jej Wspaniałość, Oby Żyła i Władała Wiecznie, by co jakiś czas dać im chwilę wytchnienia. Raczyła zgodzić się ze mną, że to ciekawa kompozycja i szkoda byłoby niszczyć ją zbyt szybko. Zdecydowała, że taniec będzie się odbywał trzy razy dziennie, za każdym razem przez czas jednej warty. Przez tydzień. Jeśli nie ulegną, zostaną następnie uwolnieni i tylko wychłostani. Dziewczynie Nasza Pani obiecała przy tym w swej łaskawości, że chłosta nie uszkodzi jej skóry.

– To możliwe? – Zdziwił się Nefer, wspominając własne doświadczenia w szkole, igraszki z Aną oraz niedawne przeżycia na komnatach Królowej.

– Jesteśmy tu mistrzami w swoim rzemiośle i znamy sposoby zadawania bólu bez uszkadzania tak wspaniałego ciała – odparł Apres z lekką urazą w głosie.

Zafascynowany widokiem, Nefer nie zauważył nadejścia jednego z pomocników Mistrza.

– Wybacz Panie, ale jesteś pilnie potrzebny w sali przyjęć. Przybyli nowi podopieczni, z rozkazu Jej Dostojności masz się nimi zająć.

– Cóż, wzywają mnie obowiązki, to koniec naszej wspólnej przechadzki. Możesz jednak kontynuować ją sam, skoro Pani Niebios i Ziemi tak poleciła. Było mi naprawdę miło oprowadzić cię. Ktoś przyjdzie tu po ciebie. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy.

Po tym niepokojącym zakończeniu, Mistrz Apres oddalił się wraz z posłańcem. Nefer miał już zresztą dość widoków i nauki. Postanowił dołączyć do orszaku Królowej. Spojrzał w stronę tronu, ale był on pusty. Władczyni zniknęła razem ze swoją świtą. Nie spostrzegł tego, zaabsorbowany tym, co obserwował. Na całym Placu Śmierci pozostał tylko on sam i skazańcy. Ruszył w stronę wyjścia, zamierzając jak najszybciej opuścić dziedziniec i poczekać na obiecanego przewodnika przy furcie.

– Panie, błagam, przemów za mną u Naszej Królowej i Bogini – to znowu odezwała się niewolnica skazana za zabójstwo noworodka.

– Nie jestem w stanie ci pomóc, sam jestem niewolnikiem i w każdej chwili mogę znaleźć się na twoim miejscu.

– Daj mi chociaż odrobinę wody – Nefer nie potrafił znieść zawodzenia dziewczyny i chciał się pospiesznie oddalić. Zatrzymał go cichy, spokojny głos niewolnika uwięzionego w klatce z zatrutą i czystą wodą.

– Panie, daj wodę mojej ukochanej. Ten kubek jest czysty… wypiłem z niego łyk jakiś czas temu i żyję. Spójrz Nerti. – Na potwierdzenie swych słów uniósł naczynie do ust i upił odrobinę.

– Tak, daj mi tę wodę, szybko, umieram z pragnienia – zawołała kobieta. – Pospiesz się, niewolniku, zanim ktoś nam przeszkodzi. A ty, dlaczego skosztowałeś tylko z jednego naczynia? Potrzebuję więcej wody, głupcze.

– Szlachetny Panie – odezwał się Nefer –Ta kobieta nie zasługuje na twoje poświęcenie i na to, bym ryzykował dla niej złamanie rozkazów Władczyni. Sam wypij tę wodę.

– Nie jestem szlachcicem, tylko niewolnikiem, niewolnikiem Nerti, zawsze się o nią troszczyłem, pokochałem ją, odkąd pojawiła się w domu mego pana jako jego żona. Gdy wydawało mi się, że odwzajemniła to uczucie, byłem najszczęśliwszym z ludzi. Nadal nie potrafię przestać jej kochać. Błagam, daj jej tę wodę.

– Dobrze, Panie. Uczynię tak ze względu na twoje poświęcenie, chociaż źle ulokowałeś swe uczucia – powiedział po krótkim wahaniu Nefer. – Pozwól jednak, że połowę wody oddam tej niewolnicy.

– Tak, będę błogosławił Twe miłosierdzie Panie – więzień podał mu przez kraty niemal pełny kubek.

– Ty nędzny psie, jak śmiesz rozdawać moją wodę! Jestem twoją Panią, rozumiesz? Masz dbać tylko o mnie! – Nerti zaczęła miotać się w klatce i bezsilnie przeklinać. Kapłan przyjął kubek jak najcenniejszy dar, którym zresztą w istocie był. Starając się nie uronić ani kropli, zbliżył go do spieczonych ust dziewczyny. Ta przyjęła wodę, nadal nie wierząc swemu szczęściu. Nefer chciał nawet dać jej więcej niż połowę, ale zrezygnował z tej myśli ze względu na poświęcenie ofiarodawcy.

– Niech was pobłogosławią wszyscy Bogowie i wszystkie Bognie, Szlachetni Panowie – cicho odezwała się niewolnica.

– Popełniłaś straszną zbrodnię, nawet nie wiesz jak straszną – odezwał się z goryczą kapłan – ale żal mi ciebie. Spotkaj z odwagą to, co los ci zgotuje.

Nerti przyjęła wodę zupełnie inaczej. Rzuciła się na pręty i niemal wyrwała kubek Neferowi. Wypiła szybko to, co w nim zostało.

– Ty brudny szakalu, jak śmiałeś ukraść moją wodę? Nosisz ślady chłosty na plecach, jesteś niewolnikiem. Gdybym mogła, skazałabym cię na biczowanie pejczem z hakami, tak by ciało odchodziło od kości. – Kapłan nie słuchał już jej dalszych gróźb i przekleństw, ruszył szybko ku furcie.

X

Wrota zastał zamknięte, ale strażnicy otworzyli je na jego wołanie i uderzenia pięścią w drewno. Byli najwidoczniej uprzedzeni i Nefer bez przeszkód opuścił Plac Śmierci. Nie miał ochoty czekać pod drzwiami, oddalił się w kierunku najbliższej ławki rozpoczynającego się parku. Mógł przez chwilę zastanowić się nad swoim czynem. Czy ktoś się o nim dowie? Trafił wprawdzie w do niewoli dopiero wczoraj, ale było dla niego oczywiste, że posłuszeństwo rozkazom Pana czy Pani to podstawowy obowiązek sługi. A on, proszę, ledwie Bogini zdążyła uczynić go swym osobistym niewolnikiem, a już naruszył Jej polecenia. Chyba nie przyjęłaby tego z wyrozumiałością. A jednak… miał głębokie przekonanie, że postąpił słusznie. Co prawda ta Nerti nie zasługiwała na żadne względy, a bezimienna niewolnica popełniła straszny czyn – przynajmniej, w odróżnieniu od żony kupca, okazała chociaż wdzięczność – ale liczyło się poświęcenie mężczyzny. Kapłan nie znał nawet jego imienia, przypominał sobie tylko, że więzień miał być współwinnym otrucia kupca i jego synów, ale jednak zdobył się na czyn wielkiej odwagi i miłości. To nie mogło tak po prostu pójść na marne. Nefer zastanawiał się przez chwilę, czy on sam byłby zdolny do czegoś podobnego. Dla kogo? Dla Any? Dla… Bogini? Na szczęście, jak dotąd los nie stawiał przed nim takich wyzwań. Ana… była teraz daleko i raczej nie był w stanie pomóc jej w żaden sposób. Może kiedyś, jeśli będzie miał szczęście, uda mu się trafić na właściwą chwilę i wybłagać dla niej łaskę Władczyni, protekcję przed zakusami Hethora? A sama Królowa Amaktaris Wspaniała…. Przebywała w swoim Pałacu, otoczona splendorem władzy, setkami sług i straży. Nie wydawało się możliwe, by poświęcenie jakiegoś niewolnika przydało się Jej do czegokolwiek. Kapłan mógł więc bez przeszkód wyobrażać sobie, że zdolny jest do podobnie szlachetnych czynów, poprzestając tymczasem na podaniu wody dwóm uwięzionym kobietom – co zresztą także nie przyszło mu łatwo i wywoływało teraz obawy.

Pogrążony w myślach, odpoczywając w chłodnym cieniu drzew, dopiero w ostatniej chwili zauważył nadejście Apresa. Mistrz zdążył się przebrać. Zamiast laski i nienagannego uniformu urzędnika miał teraz na sobie strój roboczy, jakiś kitel czy fartuch, na którym Nefer tu i ówdzie zauważył nawet czerwone plamki – czyżby krwi? Uświadomił to sobie ze zgrozą. Wstał pospiesznie, gdy Mistrz położył mu dłoń na ramieniu.

– Ty jesteś Nefer, osobisty niewolnik Naszej Pani, Oby Żyła i Władała Wiecznie – spojrzał znacząco na szczególną biżuterię kapłana. – Mam się tobą zająć z Jej rozkazu. – Pod Neferem ugięły się nogi. A więc jednak, Królowa bawiła się nim okrutnie. Udawała życzliwość, od samego początku mając zamiar wydać w ręce kata. A może już dowiedziała się o jego nieposłuszeństwie?

– Co mnie czeka, Mistrzu Apresie? – Z trudem udawał opanowanie.

– Ach, wybacz, wziąłeś mnie za mego brata. Nazywam się Serpa i też jestem Mistrzem. Obydwaj służymy Bogini, ale w inny sposób. Nasze talenty i wiedza są zresztą zadziwiająco podobne i różne zarazem. Jak dwie strony tego samego medalu. To chyba przeznaczenie, skutek tych osobliwych imion, jakie nadali nam rodzice, gdy urodzili się im bliźniacy. Nie chciałem cię wystraszyć, chodź ze mną.

Ku bezbrzeżnej uldze Nefera, Mistrz skierował się w stronę przeciwną niż wrota Placu Śmierci. Ruszyli parkową aleją w kierunku zabudowań bocznego skrzydła Pałacu.
– Dokąd idziemy, panie? – ośmielił się zapytać.

– Sam zobaczysz. Jej Wysokość chce ci zrobić… niespodziankę. Może jednak zorientujesz się wcześniej, co to za miejsce.

– Nie znam zupełnie Pałacu, Szlachetny Mistrzu.

– To nie ma znaczenia, sam się przekonasz.

Budynek, do którego weszli, urządzony był bez wykwintnego przepychu i elegancji osobistych apartamentów Królowej, ale jednak bardzo starannie i ze smakiem. Wszystko aż lśniło od czystości i skąpane było w łagodnym blasku słońca, wpadającym przez liczne otwory okienne. Leżało tu kilka mat do spania, schludnie teraz zrolowanych. Nadal jednak nikogo nie spotkali.

– Domyślasz się, co to za miejsce?

– Nie, panie.

– Chodź więc dalej i przygotuj się na niecodzienny widok.

Wyszli na sporych rozmiarów dziedziniec, otoczony innymi budynkami. Wszystkie, także ten przez który przeszli, wyposażone były od wewnętrznej strony w kryte portyki, dające w razie potrzeby cień. Zapewniały go także rosnące na dziedzińcu drzewa, chłód zaś – krystalicznie czysta sadzawka z fontanną. Pluskała się w niej dwójka dzieci. Nie to jednak zdumiało Nefera. Portyki wypełnione były licznymi posłaniami, siedziskami i leżakami. Zajmowali je ludzie różnej płci i wieku, niektórzy wychudzeni, kilku z obandażowanymi kończynami, wielu nosiło też ślady innych chorób i urazów. Krzątali się pomiędzy nimi uzdrowiciele i pielęgniarze.

– Co to, szpital?

– Tak, to szpital założony niegdyś przez Jej Wspaniałość Królową Taramis, Która Włada Teraz w Niebiosach. Ujrzałeś dziś Dziedziniec Śmierci, obejrzyj też Dziedziniec Życia. Jestem Mistrzem Życia, głównym uzdrowicielem. Sądziłem, że może rozpoznasz takie miejsce. Twoja żona jest podobno uzdrowicielką w Abydos?

– Panie i Mistrzu, nie wiem czy znasz prowincjonalne szpitale, ale zapewniam Cię, że wyglądają zupełnie inaczej. Przynajmniej ten w Abydos. Nie wiedziałem, że szpital w Pałacu nadal działa.

– Najjaśniejsza Pani, Oby Żyła i Władała Wiecznie, rozkazała przywrócić go do życia gdy zasiadła na tronie Ojca. Ale nie chce szczególnie tego rozgłaszać.

Wzrok Nefera błądził po dziedzińcu i portykach. Zwrócił nagle uwagę na młodą kobietę, która wyszła z jednego z budynków, trzymając w ręku talerz zupy i zaczęła karmić łyżką jakiegoś zniedołężniałego pacjenta. Sylwetka pielęgniarki i jej pełne gracji ruchy kogoś mu przypominały. Czy była to… sama Bogini? Zamiast szaty z najdelikatniejszego lnu i wytwornych sandałków miała teraz na sobie zwykłą suknię i normalne obuwie, które mogłaby nosić niewolnica. Zniknęły gdzieś biżuteria i złocisty bicz. Wraz z nimi Amaktaris odrzuciła wyniosłą dumę, zimną obojętność i władczą arogancję, których kapłan zdążył już tyle razy doświadczyć. Pozostały tylko życzliwość, współczucie, troska – które, musiał to przyznać, także niekiedy okazywała. No i oczywiście uroda oraz sposób poruszania się – godny gazeli lub pantery (porównanie zależało od nastroju Władczyni). To zawsze Ją zdradzało.

Nie mógł uwierzyć własnym oczom, widząc jak nieskończenie cierpliwie dokończyła karmienie chorego. Otarła mu czoło, położyła dłoń na głowie – przypomniał sobie, jak sam niedawno doświadczył takiego dotyku – po czym ruszyła przejściem wśród innych chorych, pocieszając dotknięciem dłoni, uśmiechem i dobrym słowem, poprawiając posłanie, podając leki lub wodę. Pacjenci wyraźnie się ożywiali, starali się unieść, odpowiadali niepewnymi uśmiechami, zapewniali o swym coraz lepszym samopoczuciu i wdzięczności. Królowa przerywała natychmiast próby okazywania Jej czołobitnego szacunku czy składania hołdów, podejmowane przez niektórych.

– Czy to… naprawdę sama Bogini? – Po niedawnym doświadczeniu Nefer nie do końca wierzył własnemu osądowi. Ale przecież Władczyni nie miała siostry bliźniaczki. – Co Ona tu robi?

– Tak, to Jej Wspaniałość we własnej Osobie, Oby Żyła i Władała Wiecznie. Chociaż nie lubi, by tytułować Ją tutaj w ten sposób. Co prawda pacjentom trudno to wytłumaczyć i nie karci ich za to, nie chcąc ich niepokoić. Od czasu gdy odnowiła szpital często tu przychodzi i zajmuje się chorymi, jak sam możesz zobaczyć.

– Ale dlaczego…. I dlaczego nikt o tym nie wie? Wszyscy mówią tylko o Jej surowości…

– Nasza Pani nie rozgłasza tego, nie pomaga tym ludziom na pokaz. To głównie biedacy, nawet niewolnicy. Nakazała, by nie czynić między nimi żadnych różnic. A dlaczego tu przychodzi…. Kto wie? Może przez pamięć Królowej Taramis? Może dlatego, że taką ma potrzebę serca? W każdym razie błogosławimy Ją wszyscy. Jestem uzdrowicielem od wielu lat, naprawdę dobrym uzdrowicielem i wiesz co? Nie potrafię zrozumieć, dlaczego wielu chorych, którym w żaden znany mi sposób nie byłem w stanie pomóc… poczuło się lepiej albo nawet powróciło do zdrowia, gdy tylko Ona dotknęła ich swoją dłonią, porozmawiała z nimi, obdarzyła uśmiechem… Czyni tu prawdziwe cuda samą swoją obecnością.

– Jest przecież Boginią, panie – przypomniał mu Nefer.

– No tak, zapomniałem, że ty jesteś kapłanem. Idź do Niej, ja mam teraz inne obowiązki. Tylko pamiętaj, że nie chce być tutaj traktowana jak wszechwładna Pani Życia i Śmierci. Tutaj jest tylko Panią Życia.

Nefer ruszył w stronę Królowej, która zatrzymała się właśnie przy starszym, jednorękim mężczyźnie. Wstał na Jej widok, oddał wojskowe pozdrowienie i starał się bez większego powodzenia przybrać żołnierską postawę. Kapłan rozpoznał weterana, którego Monarchini kupiła dziś na targu razem z nim samym.

– Pani, to ramię straciłem w służbie Twego Ojca. Pamiętam, jak woził Cię przed sobą w rydwanie podczas przeglądów i manewrów.

– Nie dostałeś ziemi i odprawy?

– Dostałem, o Pani… Ale żaden ze mnie rolnik. Sprzedałem ziemię, a pieniądze rozeszły się na wino, kości i kobiety – spuścił głowę. – Potem było coraz gorzej, trafiłem do niewoli za długi, ale kto by mnie kupił, jednorękiego kalekę? Poszedłbym do tej przeklętej kopalni i zginął marnie, gdyby nie ty, o Bogini. Uratowałaś mnie, chociaż do niczego Ci się nie przydam. Jesteś godną Córką swego Ojca, On zawsze dbał o żołnierzy. Niech Cię Bogowie błogosławią. – W oczach weterana zalśniły łzy.

– Dość tego. Weź się w garść żołnierzu. W armii Mojego Ojca nie było miejsca dla mazgajów. W Mojej nie ma go także. A ciebie potrzebuję w pałacowej zbrojowni. Masz tydzień, żeby wrócić do formy i stawiasz się do służby. To rozkaz.

– Tak jest, Pani – stary wyprostował się i wyprężył jak struna. Zamiast łez w oczach pojawił się błysk.

– Ale pamiętaj, wino i kobiety tylko na przepustce. Czy to jasne?

– Tak jest Księżniczko… to znaczy Wielka Pani – oddał salut, z werwą uderzając zwiniętą pięścią w pierś, aż zadudniło.

Usytuowanym naprzeciwko bocznym wejściem któryś z uzdrowicieli wprowadził dwoje ludzi, mężczyznę i kobietę w średnim wieku. Ich ubiór, choć czysty i schludny, wskazywał na ubogich mieszkańców przedmieść. Na widok przybyszów jedno z dzieci kąpiących się w fontannie, kilkuletnia dziewczynka, wyskoczyło z piskiem radości z wody i podbiegło do kobiety, która pochyliła się, przytulając dziecko – zapewne córkę. Amaktaris ruszyła w ich stronę, a Nefer podążył za Królową. Kobieta ze szlochem padła na kolana, uczepiła się ręki Władczyni i zaczęła pokrywać ją pocałunkami. Monarchini nie cofnęła dłoni, choć jej ucałowanie było wielkim zaszczytem, którym obdarzała tylko książąt, ministrów i ambasadorów obcych państw podczas oficjalnych audiencji. Mężczyzna, widocznie bardziej świadomy wymogów etykiety, kręcił niepewnie głową, nie wiedząc jak się zachować.

– To cud, to cud, o Boska Pani – wołała kobieta. –Nasza mała Arisa wyzdrowiała, a była taka chora. Ty to sprawiłaś, jesteś Dawczynią Życia. Bądź błogosławiona za swą dobroć.

Królowa cofnęła wreszcie dłoń i pogładziła dziewczynkę po głowie, gestem znanym już dobrze Neferowi. Nadal był on pełen czułości, na obliczu Amaktaris zagościł uśmiech. Niezdarne, lecz szczere podziękowania kobiety sprawiły Jej prawdziwą radość. Jeszcze większą dawał widok zdrowej, silnej Arisy.

– Demony choroby opuściły waszą córkę. Przepędziłam je i nie wrócą. Ale musicie spełnić dwa warunki. To taka magia Bogini. Arisa musi jeść dużo mięsa, świeżych warzyw, jajek i sera.

– Tak, Wielka Pani – odezwał się niepewnie mężczyzna, a jego mina wydłużyła się. Widząc to, Władczyni sięgnęła za pazuchę swej prostej sukni i wyciągnęła stamtąd niewielki, płócienny woreczek z brzęczącą zawartością. Podała go matce dziewczynki.

– To powinno wystarczyć na jakiś czas. Demony nie wrócą. Ale jest jeszcze drugi warunek. Nie wolno wam mówić o tym, co tu się stało. Rozumiecie to? Jeśli będziecie opowiadać, co przydarzyło się waszej córce, mogą znowu znaleźć do niej drogę.

– Będziemy milczeć, o Wielka, chociaż zasługujesz na wszelkie błogosławieństwa. – Kobieta rozpłakała się i znowu szukała ręki Królowej. Ta uwolniła się łagodnie i ponownie pogładziła włosy Arisy.

– Czy mogę pożegnać się z Wenim? – Spytała dziewczynka.

– Tak, biegnij do niego – odparła Amaktaris i z uśmiechem przyglądała się jak dziewczynka popędziła do sadzawki, a czekający tam chłopiec ochlapał ją wodą na powitanie. Po chwili przy fontannie trwała już regularna bitwa.

– Lepiej idźcie do córki – Władczyni odprawiła wyraźnie zakłopotanego mężczyznę i nadal szlochającą kobietę.

– Najjaśniejsza Pani, jesteś nie tylko piękna i dobra ale także mądra. – Nefer nie potrafił jakoś pominąć należnych Bogini tytułów. Królowa spojrzała na niego przeciągle, jak gdyby teraz dopiero uświadomiła sobie jego obecność.

– Tak uważasz? Czy aby na Placu Śmierci nie miałeś innych myśli?

– Najwspanialsza, to niepojęte. Zadziwiasz mnie na każdym kroku.

– Jeśli zamierzasz o coś zapytać, lepiej zachowaj te pytania dla siebie. Chodź, chcę ci kogoś pokazać.

W kącie portyku leżał na niewielkim łóżku pięcioletni może chłopiec. Na jego widok Nefer zaniemówił. Całe ciało malca nosiło ślady brutalnego pobicia, sińce, i co gorsza – krwawe pręgi po biczu. Nie oszczędzono nawet pokiereszowanej twarzy, lewa ręka i obydwie nóżki tkwiły w łupkach, widocznie złamane. Także prawe ramię było obandażowane. Przy dziecku czuwała jedna z pielęgniarek, trzymała go za zdrowszą rękę i próbowała uspokoić. Chłopiec rzucał się jednak, majaczył, a jego ciało płonęło gorączką.

– Zastąpię cię na chwilę, moja droga. Odpocznij. – Była to delikatna forma odprawy i pielęgniarka odeszła, ustępując miejsca Królowej.

– Kto to i jak to się stało? Jak ktoś mógł zrobić coś takiego dziecku? – Spytał Nefer, nie kryjąc wzburzenia.

– Nocą podrzucono go pod drzwi pałacowego sierocińca. Nie wiem, kim jest ten chłopiec, ani kto go pobił, ale dowiem się, możesz być pewny.

Ton głosu zdradzał targające Monarchinią emocje. Łagodnie gładziła malca po głowie, a ten zdawał się uspokajać nieco pod dotykiem Jej dłoni. Zauważyła, że opatrunek na prawym ramieniu dziecka zabarwił się krwią. Widocznie kryjąca się pod nim rana otworzyła się skutkiem niespokojnych ruchów pacjenta.

– Musisz mi pomóc. Przytrzymaj mu rękę – rozkazała Neferowi, po czym sięgnęła po stojącą w pobliżu skrzynkę z przyborami. Kapłan chwycił ramię i dłoń chłopca, wyraźnie czuł trawiącą jego ciałko gorączkę. Amaktaris rozcięła tymczasem zakrwawiony opatrunek, odsłaniając rozległą, ale płytką ranę na przedramieniu malca. Przemyła ją delikatnie gąbką umoczoną w occie. Wyglądało to na szereg cieć zadanych nożem lub innym ostrym narzędziem, tak, jak gdyby ktoś chciał zerwać w tym miejscu skórę. Rana dość obficie krwawiła. Królowa sięgnęła po świeży opatrunek, Nefer, przyglądający się uważnie szramie, powstrzymał Monarchinię.

– Spójrz Pani, tu widać jakieś znaki na skórze. – Zaintrygowana Władczyni zignorowała to, że niewolnik ośmielił się dotknąć Jej dłoni. – Wygląda to na niewolnicze piętno. Ktoś chciał je usunąć, ale w pośpiechu okazał się niedokładny.

– Zostały tylko niewyraźne ślady – zauważyła z rozczarowaniem.

– Tutaj, Najjaśniejsza, jak gdyby spiczaste uszy, a tutaj czubek nosa. To głowa szakala, znak świątyni Anubisa, Boga Śmierci.

– Jesteś pewien?

– Jestem…. Byłem kapłanem, często widywałem ten znak. Kapłani Anubisa cechują nim swoje bydło… i swoich niewolników.

Królowa ponownie otarła krew gąbką, raz jeszcze przypatrzyła się wskazanym przez Nefera śladom, po czym zręcznie nałożyła opatrunek i zabandażowała ramię. Bandaż pozostał czysty.

– W Memfis jest świątynia Anubisa. Ale nawet Ja nie mogę ukarać całej świątyni tylko na podstawie tego znaku. To jednak ważny trop. Zrobię wszystko, by znaleźć winnych i by trafili na Plac Śmierci. – W głosie Władczyni zabrzmiał gniew tak chłodny i opanowany, a zarazem tak straszny i bezlitosny, że Nefer poczuł niewysłowioną ulgę, iż nie jest on skierowany w jego stronę. – Jesteś spostrzegawczy, kapłanie. I niegłupi. – Ostatnie słowa Bogini trudno było zrozumieć inaczej, niż jako pochwałę.

– Czy on przeżyje?

– Nie wiem. Przede wszystkim, sam musi chcieć żyć… – mówiąc to, Królowa znów położyła dłoń na głowie chłopca, a mały pacjent ponownie zdawał się uspokajać pod tym dotykiem. Ośmielony życzliwością Władczyni, Nefer odważył się zadać pytanie, które nurtowało go odkąd ujrzał Ją w szpitalu.

– Pani, dlaczego robisz to wszystko. Szpital, chorzy, Twoja praca tutaj?

Zaledwie kilka chwil wcześniej zabroniła mu o to pytać… A jednak teraz odpowiedziała.

– Bo jestem człowiekiem, bo jestem kobietą, bo jestem Królową i Boginią, opiekunką swego ludu.

– Ale tam, na Placu Śmierci… i podczas sądów… postępowałaś zupełnie inaczej… – nigdy nie potrafił utrzymać języka za zębami.

– Z tych samych powodów… dokładnie z tych samych powodów, niewolniku. – Tym razem zrozumiał, że powinien jednak zamilknąć.

Amaktaris przeniosła spojrzenie ze skatowanego chłopca na Arisę, która z wyraźną niechęcią wyszła z sadzawki i zmierzała pod opieką rodziców ku wyjściu ze szpitala. Na twarz Monarchini powrócił uśmiech.

– Lubisz dzieci, kapłanie? – spytała niespodziewanie.

– Pani, nie znam się na dzieciach. Bogowie odmówili nam potomstwa, chociaż oboje z Aną bardzo tego pragnęliśmy – odpowiedział cicho.

– Wiem jednak, że miałeś w świątyni lekcje z dziećmi. Zabierałeś je z dusznej sali do ogrodu i opowiadałeś o dawnych królach i bohaterach. I nie musiałeś używać trzcinowej rózgi, by przyciągnąć ich uwagę.

– Skąd o tym wiesz, o Wielka? – Nefer był autentycznie zaskoczony. Władczyni zbierała takie informacje na jego temat? Po co?

– Jestem przecież Boginią i wiem wszystko – czyżby Królowa wykręciła się od odpowiedzi? – No, prawie wszystko – dodała, spoglądając na malca i ponownie marszcząc czoło. – Wiem jednak dość, by zauważyć, że jesteś raczej niezwykłym kapłanem.

– Są tacy, Pani, którzy sądzą, że nie jestem dobrym kapłanem i nigdy nie powinienem był trafić do świątyni.

– Wiesz, że nie lubię kapłanów, ale nie uważam, abyś akurat ty był najgorszym z nich wszystkich.

– Pochodzę z ludu, mój ojciec był zwykłym rzemieślnikiem. Musieli mnie przyjąć, bo najlepiej ze wszystkich zdałem egzaminy. Takie prawo wydał niegdyś Ojciec Twego Ojca, o Pani. Ale nigdy nie uznali mnie za jednego ze swoich. To dlatego miałem te lekcje, wszyscy uważali je za zajęcie nudne i nużące.

– Nieźle ci jednak wychodziły… Dlaczego chciałeś zostać kapłanem? Pragnąłeś władzy? Bogactwa? Wygodnego życia?

– Władzy nigdy nie miałem, bogactwa też. Chociaż przyznaję, że jako kapłan żyłem całkiem dobrze… Pragnąłem wiedzy.

– Jakiej wiedzy?

– Wiedzy o Bogach i świecie. Dlaczego słońce wstaje i zachodzi, dlaczego świecą gwiazdy, dlaczego Rzeka wylewa co roku, dając życie Krajowi… Przede wszystkim jednak wiedzy o dawnych Królach i Królowych, ich życiu i czynach.

– I znalazłeś tę wiedzę?

– Pani, świątynie mają swoje tajemnice, które skrywają także przed młodszymi kapłanami, zwłaszcza nielubianymi młodszymi kapłanami. Ale tak, wiele się dowiedziałem i pewnie jeszcze wiele bym się dowiedział…

– Skoro tak, dlaczego zaprzepaściłeś to wszystko, pisząc te wiersze? – Spojrzała na niego z uwagą. On sam zadawał sobie to pytanie wiele razy… i nie znalazł dobrej odpowiedzi. Od konieczności udzielenia jej teraz uwolniło go nadejście Mistrza Serpy.

– Pani, zauważyłem, że zatrzymałaś się przy chłopcu. Robimy wszystko co w naszej mocy. Ale jego stan jest ciężki.

– Jakie ma szanse?

– Nastawiliśmy złamane ramię i nóżki. Złamania są proste. Jeśli Bogowie dopomogą, kości zrosną się właściwie i może zachowa sprawną rękę oraz nie będzie kulał. Te sińce i szramy… wyglądają groźnie i sprawiają ból, ale nie są niebezpieczne dla życia. Nie wiemy natomiast, czy i jakie są szkody wewnątrz ciała. Nie pluje krwią i nie widać krwi w moczu, ani między pośladkami. To dobry znak… ale jeszcze za wcześnie, by mieć pewność.

– Mistrzu, bardzo zależy mi na życiu tego chłopca, zrób wszystko, absolutnie wszystko, co tylko można, by go uratować i uzdrowić – w głosie Królowej pojawiły się żądanie i prośba. Żądanie osoby przywykłej do tego, że Jej rozkazy są wykonywane natychmiast, oraz prośba, którą mogłaby zanosić zrozpaczona matka.

– Pani, wiesz przecież, że możesz na nas polegać. Jeśli pozwolisz, chciałbym jednak udać się jutro do świątyni Tota i zasięgnąć zdania kilku moich dawnych nauczycieli i kolegów.

– Tylko nie zdradzaj żadnych szczegółów nie związanych z Twoją sztuką Mistrzu, sprawa jest poufna.

– Będę posłuszny Twemu rozkazowi, jak zawsze.

– Z tym posłuszeństwem to rożnie bywało, Mistrzu – zauważyła z uśmiechem. – Potrafiłeś niemal siłą zatrzymywać mnie na komnatach i zmuszać do picia cuchnących mikstur. Pamiętaj, że teraz już dorosłam, jestem Królową i Boginią.

– Nadal jednak jesteś, Pani, młodą kobietą. I pozwól mi dbać o Ciebie, najlepiej jak potrafię. – Rozmówcy zdawali się nie zauważać obecności Nefera, a może przywykli do tego, że na wszechobecną służbę i niewolników po prostu nie zwraca się uwagi. Zakłopotany osobistym tonem, jaki przybrała rozmowa, wpatrywał się w dłoń Władczyni, którą nadal gładziła delikatnie czoło i włosy dziecka. Malec już dawno przestał się rzucać, zapadł w spokojny sen, nieświadomie szukał zręcznych, ciepłych palców Królowej. Może… może przypomniały mu dłoń matki, jedynej zapewne osoby, która w jego krótkim życiu odnosiła się do niego z miłością?

“Ona rzeczywiście czyni tu cuda. Jest prawdziwą Boginią. Ale ja i tak zawsze o tym wiedziałem” – pomyślał w nagłym przypływie uwielbienia. Prawie nie czuł już bólu niedawnej chłosty, którą otrzymał przecież z Jej rozkazu. Z zamyślenia wyrwał go głos jego Bogini.

– Wracamy na komnaty. Mam jeszcze pewne plany na dzisiaj. A Tobie, Mistrzu, dziękuję za Twoje starania. Wiem, że zawsze mogę na Ciebie liczyć. – Amaktaris szybkim krokiem ruszyła ku głównemu wyjściu z dziedzińca szpitalnego. Przed bramą czekali strażnicy i niewolnicy z wachlarzami. Monarchini skinęła na nich władczo, nakazując podążyć za sobą. Szybko przemierzali wysypane żwirem alejki parku. Z każdą chwilą zachowanie i wyraz twarzy Amaktaris traciły cechy troskliwej pielęgniarki, przyjaciółki chorych i dzieci. Znowu stawała się twardą i wyniosłą Królową Królów, Panią Górnego i Dolnego Kraju, Władczynią Niebios i Ziemi. Nie potrzebowała do tego korony, bicza czy strojnych szat. Wystarczała sama Jej osoba, by wszyscy wiedzieli, że jest Panią ich życia i śmierci.

“Nigdy Jej nie zrozumiem” – pomyślał Nefer. – “Jaka jest naprawdę? Kiedy jest sobą, a kiedy udaje?” – Nie odniósł zresztą wrażenia, by kiedykolwiek dziś udawała. Ani na Placu Śmierci, ani na Placu Życia; ani obserwując obojętnie męki skazańców, ani troszcząc się o chorych; okazując mu życzliwość czy skazując go na chłostę. Zawsze była po prostu sobą – Człowiekiem, Kobietą, Królową i Boginią. Tak jak powiedziała, zawsze z tego samego powodu… Tak, Amaktaris Wspaniała była wprawdzie Królową i Boginią, ale także młodą kobietą. To mogło wiele wyjaśniać.

[1] Chodzi o antymon, metal używany w starożytności do wytwarzania kosmetyków. To trucizna, wchłaniana także przez skórę. Przy dłuższym kontakcie daje wspomniane objawy.

.

Przejdź do kolejnej części – Pani Dwóch Krajów XI-XV

..

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobry wieczór,

zgodnie z obietnicą, kolejna część osadzonego w antycznym Egipcie cyklu pojawia się po 3 tygodniach od pierwszej. Tempo wydarzeń wciąż jest leniwe, lecz mimo to dzieje się sporo: kapłan spada na dno hierarchii społecznej, stając się niewolnikiem, ale prędko jego sytuacja się poprawia, bo trafia w niecodzienne ręce. Ale czy to naprawdę poprawa? Amaktaris objawia się w tych pięciu rozdziałach jako postać bardzo dwuznaczna, nieoczywista, wymykająca się prostym definicjom. Wystarczy przeczytać opisy z placu śmierci i szpitala, by zrozumieć, jak bardzo dwoista to natura.

Między Królową i niewolnikiem na dobre już zaczyna się zmysłowa gra, w której jednak – jak się domyślam – trzeba będzie poczekać na erotyczne spełnienie. Na razie zafascynowany władczynią mężczyzna jest przez nią poddawany próbom, na przemian kosztuje łaski i gniewu Amaktaris. To relacja, w której nie ma cienia możliwości na równość – między osobą o niemal boskim statusie i kimś z samego dna hierarchii społecznej. A jednak myślę, że były kapłan znajdzie drogę do serca władczyni. A w końcu także – do jej alkowy. Innego rozwiązania nie biorę pod uwagę 🙂

Autor buduje swą historię z rozmysłem, bez pośpiechu, dawkując nam informacje, niemal skąpiąc erotyzmu… a jednak przygotowane przez niego danie smakuje wybornie, zupełnie jakby przygotował je mistrz Ahmes. Nie wiem jak inni, ale ja z niecierpliwością czekam na kolejną porcję!

Pozdrawiam
M.A.

Ten odcinek wydaje mi się dalszym ciągiem rozbudowanego wstępu, wprowadzenia do historii. Póki jednak autor będzie pisał tak jak tu, może wprowadzać, ile dusza zapragnie 🙂

Zauważyłam kilka drobnych błędów. “Pierwsi pojawili się gapie raczej, niż poważni klienci.” To zdanie jest złe stylistycznie. Jest też jedno zawierające ostentacyjnie zdobioną lektykę. W moim odczuciu jest to błąd, ale jest to dyskusyjne.
Ogółem tekst jest dobry, ale czegoś mi w nim brakuje. Nie pobudza, nie fascynuje, ale jednak zaciekawia. Świetne opisy, szczególnie z pałacowego miejsca kar i tortur. Postaci są interesujące, przekonująco skonstruowane (jeśli można tak to ująć). Mimo wszystko jest trochę przydługi, tym bardziej, iż pewne sceny są jakby powtórzone, zbyt podobne do uprzednio opisanych.
Każdy czeka na jakąś soczystszą scenę erotyczną, widać to nawet po komentarzach pod oboma tekstami z cyklu. Domyślam się, może błędnie, że wątek erotyczny dotyczyć ma tylko władczyni. Chciałabym go doczekać.

Fajne, fajne. Fabuła posuwa się do przodu, może niezbyt szybko, ale zauważalnie. Mam nadzieję na więcej ognia już niedługo.

Przeczytałem bez znudzenia. Styl i narracja bez zgrzytów. Zapowiadają się naiwności w dalszych częściach, ale może się mylę.
Uśmiechy dla innych wytrwałych Czytelników.
Karel

Nie mam zastrzeżeń z drugiej strony pojawia się postać żony tego kapłana tutaj pojawia się możliwość z tekstu poprzedniego rozdziału wynika, że przełożony tego kapłana miał na nią ochotę. Nie zdziwiłbym się, gdyby zdecydował się sabotować w ten czy inny sposób rozkaz królowej. I tutaj pojawia się motyw który właściwie jest stary jak świat żona tego kapłana zostaje rzekomo zamordowana po jakimś czasie się odnajduje tylko, że kapłan ma już nową małżonkę może jakąś grecką niewolnicę w końcu Egipcjanie mieli kontakty z Grekami. Prawdopodobnie również wśród ludów morskich które dokonały inwazji na Egipt mogły się znajdować jakieś plemiona greckie jak np. Filistyni.

Tak, to zdecydowanie ciąg dalszy ustawiania figur na szachownicy, ale czyta się lekko i chce się poznać ciąg dalszy.
Królowa w roli pielęgniarki nieco w moim odczuciu cukierkowa
Wciąż brakuje mi wyrazistszej erotyki, ale Autor zaczyna chyba zmierzać w stronę bardziej rozbudowanych scen.

O widze ze nefer tu tez zaczal publikowac. wspaniala powiesc jedna z najlepszych jakie czytalem.

To dłuższa opowieść i istotnie trwa rozstawianie figur. Królowa ma różne oblicza, jak to kobieta, potrafi też być twarda i bezlitosna. Grecy także się pojawią, w końcu byli już obecni w swoich dzisiejszych siedzibach. Filistyni mogli faktycznie pochodzić z Bałkanów albo basenu Morza Egejskiego, chociaż czy byli właściwymi Grekami, to wątpliwe. Na Bliski Wschód dotarli jednak ok. 200-300 lat po domniemanym czasie akcji. Lolek, a ja widzę, że też tu trafiłeś.

No cóż, już wiem, że ta powieść to nie moja bajka. Nadal nie jestem przekonana do postaci, do ich motywów. Nie zmienia to jednak faktu, że zasługujesz na pochwałę. Piszesz sprawnie. Wysnułeś sobie jakiś plan i skrupulatnie się go trzymasz. A to też jest ważne; niejednokrotnie autorzy w ferworze pisania gubią zamysł przewodni historii. Ty nie zbaczasz z obrane wcześniej drogi.

Tym razem zwrócę Twą uwagę na didaskalia; niby drobnostka, ale warto o niej pamiętać.

Pozdrawiam,
kenaarf

Ano trafilem w poszukiwaniu dluzszych pikantnych powiesci. A to wszystko przez pewnego jednego zboczonego niewolnika, ktory zarazil mnie czytaniem 🙂

Niestety trudno cos znalezc, shinue i videssos skonczony. Przygod krispossa nie chce mi sie czytac powiewa nuda czytanie w sumie tego samego, na tej stronie fajna jest powiesc coyota przygody Roberta no ale autor wagaruje, probuje tez przygod orka orona ale slabe…

Wiec neferze do roboty 😛 Sprawdzam twoje rozdzialy na bierzaco, straszne jest to czekanie 🙂

Z każdą częścią coraz mocniej wciąga mnie świat przez Ciebie wykreowany. Zupełnie nie przeszkadza mi brak seksu.
Zresztą w scenach z Amaktaris i Neferem można poczuć delikatne iskrzenie erotyzmu.
Jakże różne oblicza ukazuje królowa. Które z nich okaże się dominujące. Dobry i sprawiedliwy władca, to mieszanka wielu cech. Jaką rządzącą okaże się Amaktaris? Dla mnie to nadal zagadka.
Cóż pozostaje nieszczęsnemu Neferowi. Musi się biedak dostosować do okoliczności, jeśli chce przetrwać. A z pewnością w pałacu czyha na niego wiele pułapek. Może znajdzie sprzymierzeńców w niedoli 🙂
Pozdrawiam

Cieszę się, że opowieść Cię wciągnęła. Rozlewa się szeroko i wiele jeszcze zostało do opowiedzenia oraz pokazania. Klasyczna erotyka też się pojawi… gdy nadejdzie na to czas. Amaktaris ma wiele twarzy. Potrafi być wspaniałomyślna i okrutna, łaskawa i bezlitosna, odważnie stawia czoła wrogom na polu bitwy i nie tylko tam, ale szuka też wsparcia w trudnych chwilach. Ponad wszystko ceni sprawiedliwoiść i lojalność, ale uniesiona emocjami lub oszukana raz czy drugi nie sprosta tym zasadom, czego będzie później żałowała. Posiada też ognisty temperament, o czym bohater jeszcze się przekona. A przede wszystkim potrafi manipulować ludźmi. Bez przyjaciół Nefer zginąłby marnie, też więc liczę, że zdoła takich zdobyć.

Napisz komentarz