Miniatury Noworoczne Autorów NE 1/5 (1)

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 25 minut/-y    
Wepet-renpet

Jean-Leon Gerome, “Kleopatra i Cezar”

MEGAS ALEXANDROS – WEPET RENPET

Sala królewska pałacu w Memfis tonęła w świetle.

Blask dnia wlewał się do środka przez wysokie i wąskie otwory, umieszczone po obu stronach ogromnego pomieszczenia. Podtrzymujące strop filary rozmieszczono względem okien w taki sposób, by nie hamować promieni słońca. Ściany i kolumny pokrywały niezwykle bogate freski. Choć wiek tych malunków sprawił, że kolory były nieco wyblakłe, nie zdołał jednak zatrzeć ich kunsztu i precyzji, z jaką opowiadały historie bogów i demonów starego niczym kości świata Egiptu.

Jak zwykle w porze audiencji, salę wypełniały nieprzebrane tłumy. Helleńscy nomarchowie i urzędnicy niższego szczebla, wybrani spośród lokalnej ludności. Kapłani przychodzący domagać się przywilejów dla świątyń i kupcy ubiegający się o koncesje handlowe. Oficerowi przybyli z odległych garnizonów, by zdać meldunki o sytuacji na libijskich i arabskich pograniczach. Pełniący straż żołnierze z macedońskiego garnizonu. Najwięcej zaś zwykłych chłopów, pragnących przedstawić swą niedolę i błagać najwyższą władzę o ratunek.

Kiedyś najwyższą władzą był faraon, bóg w ludzkim ciele, przedstawiciel niebiańskich mocy pośród śmiertelników. Następnie, po podboju, zastąpił go perski satrapa. W tych mrocznych czasach próżno było szukać w pałacu w Memfis sprawiedliwości. W końcu jednak przyszło wyzwolenie. Egipcjanie wyglądali go z nadzieją, słuchając wieści o kolejnych zwycięstwach króla Aleksandra i o tym, że zbliża się do ich kraju. Kiedy wkroczył wreszcie do starej stolicy, powitali go z radością i ulgą. Czas męki i cierpienia dobiegł kresu. Na tronie Dolnego i Górnego Kraju zasiadł mąż w pełni dorównujący legendarnym władcom. Wszak sama wyrocznia w Oazie Siwa orzekła, że jest synem Zeusa-Ammona! Aleksander spędził w Egipcie raptem kilka miesięcy, po czym wyruszył na dalsze podboje. Władzę powierzył paru namiestnikom, z których najprzebieglejszym okazał się Kleomenes z Naukratis. Nie minął rok, a usunął rywali, obwołał się królewskim satrapą i objął samodzielne rządy nad ludem Dolnego i Górnego Kraju, przy okazji bezwstydnie się bogacąc.

Dziś to właśnie on zasiadał na złoconym tronie faraonów. Nie czuł się jednak na nim zbyt pewnie. Będąc człowiekiem nieufnym, dwulicowym i tchórzliwym, najbardziej w świecie obawiał się zamachu na własne życie. Dlatego też u stóp podwyższenia, na którym umieszczono tron, pełnili straż jego najlepsi żołnierze: Aratos z Hierapytny i Demetriusz z Faleronu. W wypolerowanych na błysk napierśnikach, hełmach z wysokimi, czerwonymi pióropuszami oraz pysznych, szkarłatnych płaszczach prezentowali się znakomicie. Szczególnie ten drugi, bowiem Aratosowi brakowało nieco wzrostu, by być prawdziwie imponującym. Demetriusz zaś, ze swą urodą efeba oraz proporcjonalną sylwetką, zdawał się być helleńskim ideałem wojownika. Aresem, który zstąpił pośród ludzi.

W Memfis wzdychali do niego zarówno mężczyźni, jak i kobiety. On wszakże, wierny złożonemu dawno przyrzeczeniu, nie wiązał się z nikim na dłużej. Co jednak nie wykluczało krótkich, przelotnych romansów…

* * *

Łono Sitamun pachniało miodem.

Egipcjanka używała go do starannej depilacji, dzięki której jej skóra w najbardziej interesujących Demetriusza miejscach była zawsze idealnie gładka. A do tego pachniała i smakowała wprost upajająco.

Mąż Sitamun był poborcą podatkowym w służbie Kleomenesa z Naukratis. Ta funkcja, choć bardzo lukratywna, wiązała się z częstymi wyjazdami w teren. Należało dopilnować, by każdy z trudzących się nad brzegami Nilu chłopów wydał dokładnie tyle zboża lub tyle sztuk bydła, ile był zobowiązany. Niekiedy trzeba było go do tego zmusić biciem, dlatego też urzędnik zawsze wyruszał z obstawą, złożoną z domowych niewolników. A kiedy tylko znikał za miejskimi bramami, jego urodziwą i stanowczo zbyt często zaniedbywaną żonę odwiedzał przystojny, pełen młodzieńczej energii gość.

Pierwszy raz spotkał ją na targowisku, ledwie parę tygodni temu. Dojrzała i w pełni świadoma uroda Sitamun od razu przykuła jego uwagę. Miała duże, głęboko osadzone oczy, ciemniejsze niż najczarniejsza noc, uszminkowane karminowo usta i oliwkową cerę bez najdrobniejszej skazy. Egipski krój sukni podkreślał zmysłową sylwetkę i wszelkie miłe dla oka linie jej ciała. O pozycji społecznej świadczyły złote bransolety na przedramionach oraz zdobiący szyję łańcuch z lśniącym pysznie rubinem. Choć towarzyszyły jej dwie służące, i tak zdołała nawiązać z nim kontakt wzrokowy i dać znak, by podążał za nią. Śledził niewiastę aż do progu jej domu. Potem czekał do zmroku pod oknem, aż wreszcie otworzyła je i rzuciła mu linę, po której wspiął się na piętro. Tamtej nocy cierpliwość Demetriusza została sowicie nagrodzona. Egipcjanka była równie spragniona jak on, miała tak samo niespożyte siły i bogatą erotyczną wyobraźnię. Lubiła eksperymentować z nowymi pozycjami oraz technikami sprawiania rozkoszy. Młodzieniec wiele się od niej nauczył.

Z początku dziwiła go i nieco onieśmielała jej biegłość w łóżkowych zmaganiach. Prędko jednak zdradziła mu, że przed ślubem należała do oddanych wyznawczyń Hathor, egipskiej Afrodyty. Przemierzyła Dolny i Górny Kraj, oddając jej hołd tańcem, śpiewem i miłością z poznanymi na trakcie mężczyznami. Wtedy poznała wiele sekretów, które dziś przekazywała jemu. Demetriusz przyjął owe wyjaśnienia za dobrą monetę wszak nic, co pochwaliła bogini, nie mogło być naganne. Od tego czasu wspólnie modlili się do Hathor. Tak często i żarliwie, jak tylko pozwalała na to regularność mężowskich wyjazdów.

Zeszłej nocy znów gościł w alkowie Sitamun. Tym razem również postanowił czegoś ją nauczyć. Pieścił srom kochanki tak, jak jeszcze nie była pieszczona: przy pomocy ust i języka. Kobieta wzdychała z błogością, to znów przeciągle jęczała, gdy ssał jej łechtaczkę, wpijał się pocałunkami między wargi sromu, penetrował ciasne wnętrze. Gdy szczytowała z tłumionym krzykiem, on spijał nektar jej ekstazy. Później wyznała mu, że nigdy dotąd nie doświadczyła tak intensywnej rozkoszy.

Nie czekała długo z wyrażeniem swej wdzięczności. Pchnęła młodzieńca na łoże i dosiadła go okrakiem. Wpierw długo pocierała sromem o jego penisa, tak że trzon przesuwał się między coraz wilgotniejszymi wargami. Dłonie błądziły po brzuchu i torsie Demetriusza, obdarzając je pieszczotami delikatnymi jak muśnięcie skrzydeł motyla. W końcu, zniecierpliwiony, chwycił ją za biodra. Pozwoliła, by wślizgnął się w jej wnętrze. Westchnęli obydwoje, a potem rozpoczęli wspólny taniec. Nie trwało to długo. Rozpalony widokami, jakie mu ofiarowała oraz silnymi skurczami pochwy, Falerończyk prędko dotarł na szczyt. Gdy w niej wytrysnął, z całych sił otuliła go sobą.

* * *

Teraz, gdy stał u podnóża tronu, Demetriusz wciąż miał w nozdrzach podniecającą woń kochanki. Bez trudu mógł przywołać wspomnienie jej smaku. Zarówno pocałunków, jak i soczystego źródła między udami. Choć jego oczy czujnie obserwowały tłum czekających na wysłuchanie suplikantów, oczyma wyobraźni widział drżące piersi Sitamun, kiedy go dosiadała. Te wszystkie doznania sprawiły, że jego członek, po wielokroć zaspokojony zeszłej nocy, zaczął ponownie twardnieć i napierać na przód tuniki. Młodzieniec pochylił się nieznacznie do przodu, by choć trochę zamaskować rosnącą z każdą chwilą erekcję. Myśl o czymś innym, głupcze, skarcił się w duchu, jesteś na służbie, skup się na tym. Nocą znów ją ujrzysz i wówczas niczego ci nie odmówi…

Ta noc miała być inna od poprzednich. Zbliżało się święto Wepet Renpet, egipski Nowy Rok. O świcie na nieboskłon – po trwającej siedemdziesiąt dni nieobecności – powróci Sothis, jasna gwiazda bogini Sopdet. Nazajutrz, zgodnie z ustalonym u zarania dni porządkiem, rozpoczną się coroczne wylewy Nilu, zapewniające dobrobyt mieszkańcom Dolnego i Górnego Kraju. Nadchodził czas święta i radości, piwa i wina, tańca i cielesnych rozkoszy. Sitamun obiecała mu, że przechytrzy niewolnice i wymknie się z domu. Pójdzie z nim do świątyni Hathor, aby obejrzeć procesję z posągiem bogini. Na dachu sanktuarium doczekają brzasku i złożą pokłon Sopdet. A potem, w pierwszym świetle dnia, złączą się w miłosnym uścisku, nie bacząc na inne pary, które wszędzie wokół czynić będą dokładnie to samo.

Znowu o niej myślę, uświadomił sobie Demetriusz. Stojący nieopodal Aratos posłał mu wymowne spojrzenie. Młody żołnierz wyprostował się i stanął na baczność, z dłonią na rękojeści miecza. Erekcja jeszcze się wzmogła, na szczęście teraz nikt nie zwracał nań uwagi. Wszystkie oczy były wbite w samozwańczego satrapę Egiptu, człowieka, który chętnie brał, lecz niechętnie dzielił się bogactwem. I miały bardzo błagalny wyraz.

* * *

Herold wywoływał kolejnych suplikantów. Kleomenes załatwiał ich sprawy prędko i raczej niedbale. Nudziły go terytorialne spory, nie interesowały prastare przywileje świątyń. Odmawiał funduszy na remonty dróg. Paru kupcom wyznaczył termin prywatnej audiencji – zapewne po to, by mogli uiścić sowitą łapówkę w zamian za przyznanie koncesji handlowych. Kapłanom kazał wrócić do siebie za rok. Nomarchów zrugał za nieterminowe przesyłanie danin. Urzędników egipskich nawet nie chciał słuchać. Zbierał się już do wyjścia, gdy wywołane zostało jeszcze jedno imię:

– Berenike, kapłanka Demeter i Kory ze świątyni na wyspie Melos!

Młodzieniec zamrugał oczyma, szczerze zaskoczony. Oderwał się od wspomnienia smagłych pośladków Sitamun, między które wbijał się poprzedniej nocy. Przesunął spojrzeniem po tłumie, szukając tej, którą wzywano. Nieczęsto bowiem zdarzało się, by przed obliczem satrapy stawała niewiasta. Szczególnie zaś helleńska kapłanka z odległego sanktuarium.

W końcu przedarła się przez gęsty tłum suplikantów i stanęła przed tronem. Demetriusz aż wstrzymał oddech. Ledwie parę kroków przed sobą widział prawdziwą piękność, jakiej próżno szukać po tej stronie Morza Środkowego. Nie wiedzieć czemu, kapłanka przywdziała strój egipski, tak więc żaden himation nie skrywał jej bujnych włosów w odcieniu białego złota. Żadna woalka nie zasłaniała też twarzy w kształcie serca, z wielkimi, szmaragdowymi oczyma, niedużym, prostym nosem i pełnymi ustami. Na ile można się było zorientować, Berenike nie nałożyła wcale makijażu, lecz przez to jej uroda promieniała niczym niezakłóconym naturalnym blaskiem. Figura dziewczyny – bo nie mogła być chyba starsza od niego – również była doskonale widoczna. Miała szczupłą talię, lecz obfite biodra, a także krągły biust, który napinał materiał pozbawionej dekoltu sukni.

Chyba mocno doskwierał jej ten wiele zdradzający ubiór, lecz mimo to starała się robić dobrą minę do złej gry. Uniosła głowę i posłała Kleomenesowi szmaragdowe spojrzenie.

– Czcigodny satrapo! – rzekła czystym głosem, który niósł się daleko po sali. – Skromna służebnica Demeter i Kory prosi cię o pomoc.

– Mów, w czym rzecz, drogie dziecko.

Dobiegający zza pleców Demetriusza głos władcy Egiptu zabrzmiał dziwnie miękko. Chyba kapłanka zrobiła na nim równie piorunujące wrażenie, co na młodzieńcu.

– Do sanktuarium na Melos przyszło wezwanie z Babilonu. Z woli króla Aleksandra w tym starożytnym mieście wznoszona jest nowa świątynia Matki i Córki. Potrzebna jest tylko kapłanka, która zna wszystkie aspekty kultu, będzie mogła składać ofiary i odprawiać rytuały. Moja przełożona, dostojna Ilitia, posłała mnie tam przez morze.

– Jak więc trafiłaś przed moje oblicze? – spytał Kleomenes.

– Niestety, w mój statek uderzył wielki sztorm, który zepchnął go na południe, a w końcu zatopił u brzegów Egiptu. Ale boginie czuwały nade mną… Tylko im zawdzięczam to, że uratował mnie przepływający nieopodal macedoński trójrzędowiec. Marynarze zaś potraktowali mnie, jak przystoi. Straciłam jednak wszystkie sługi i niemal cały dobytek.

Stąd ta egipska szata, zrozumiał Demetriusz.

– Zostało mi tylko kilka srebrnych monet, wszytych w materiał sukni. Z pokładu zeszłam w porcie macierzystym okrętu, Aleksandrii. Pieniędzy starczyło tylko na podróż do Memfis. Dlatego dziś stoję tu przed tobą i proszę o pomoc w dostaniu się do Babilonu. Nie mogę zaoferować nic poza swoją wdzięcznością. Jestem jednak pewna, że kiedy król Aleksander usłyszy o tym, co dla mnie zrobiłeś, sowicie cię nagrodzi.

Młodzieniec obejrzał się na satrapę. Ten zastanawiał się przez dłuższą chwilę, zapewne szacując, czy mu się to opłaca. Falerończyk mógł niemal usłyszeć jego myśli. Wyprawa do Mezopotamii była kosztowna, zwłaszcza że kapłance trzeba było zapewnić stosowną eskortę. Z drugiej strony, gdyby odmówił jej na oczach tego całego tłumu, źle by to wyglądało. Sprawy nie dałoby się też utrzymać w tajemnicy. Ktoś nieżyczliwy mógłby wręcz donieść królowi, że nie dopomógł w wykonaniu jego woli… Najwyraźniej Kleomenes zrozumiał, że nie ma wyjścia. To była chwila, gdy należało okazać wspaniałomyślność. A nawet, co jeszcze bardziej przykre, hojność. Podniósł się z tronu i nieszczerze uśmiechnął.

– Twoja historia poruszyła mnie do głębi. Misja, jaką ci powierzono, jest ze wszech miar słuszna. Obraziłbym bogów, gdybym odmówił pomocy. Niech zatem tak będzie. Pojedziesz do Babilonu, chroniona przez najlepszych ludzi, jakimi dysponuję. Aratosie, Demetriuszu – natychmiast zajmiecie się organizacją podróży. Nie żałujcie srebra, pokryję wszystkie wydatki. Wyruszycie jutro o brzasku. Ty zaś, czcigodna Berenike, dziś będziesz gościem w moim domu.

Kapłanka skłoniła z wdzięcznością głowę. Demetriusz zaś pojął, że tej nocy nie ujrzy Sitamun. O świcie nie będą się kochać w świetle gwiazdy Sothis. Nie nauczy się już od niej niczego nowego w sztuce obdarzania rozkoszą. Wyprawa do Mezopotamii to poważna sprawa. Należało poczynić stosowne przygotowania. Wybrać ludzi, na których można polegać, kupić wielbłądy, obmyślić trasę. I dobrze naostrzyć broń.

Jego romans z Egipcjanką nieodwołalnie dobiegł kresu. Nie dla nich wspólne obchody Wepet Renpet. Nie dla nich czas piwa i wina, tańca i cielesnych rozkoszy.

Gdy jednak spoglądał na Berenike, w ogóle nie potrafił się tym smucić.

.

MRT_GREG – MESJASZ

Spojrzał uważnie na dłonie. Wypielęgnowane palce z wyraźnymi oznakami wczesnego artretyzmu. Delikatne wybrzuszenia tuż przed nasadą paznokci, tak charakterystyczne w jego rodzinie, wkrótce miały stać się przyczyną trudności w utrzymaniu podstawowych narzędzi pracy czy też zwykłego kubka z kawą. Westchnął po raz kolejny i rozejrzał się wokół. Nadal nie dostrzegał nikogo, choć wyraźnie czuł obecność większej liczby osób. Coraz bardziej zły na siebie, kręcił się na twardym krześle, obiecując sobie solennie, że gdy tylko zapalą się światła, wstanie i wyjdzie, nie oglądając się za siebie. A przecież właśnie teraz mógł być – wraz z coraz bardziej gęstniejącym tłumem – na Times Square i popijając schłodzonego Jacka Danielsa, oczekiwać nadejścia Nowego Roku.

Zamiast tego skorzystał z zaproszenia, jakie znalazł poprzedniego dnia w skrzynce pocztowej na drzwiach. Nieco twardsza niż zwykła kartka, w połowie czarna, w połowie biała, ze złotym słońcem pośrodku i sygnaturą AH. A na odwrocie adres oraz jego imię i nazwisko. Prawdziwe.

Świadomość, że oto ktoś odkrył sekret jednego z najbardziej poczytnych autorów NE, będącego równocześnie reporterem tej undergroundowej grupy, sprawiła, że poczuł się nieswojo. Jednak inicjały na froncie były aż nadto rozpoznawalne i to one przede wszystkim wpłynęły na podjętą naprędce decyzję. Wyważony dotąd plan powitania Nowego Roku legł w gruzach.

Do wieczora zdążył skompletować elegancki garnitur oraz zamszowe mokasyny. Stał przed lustrem, przyglądając się sobie.

– My name is… – zaczął, przybierając znaną pozę.

Uśmiechnął się. Gdyby nie trochę odstający nos, wyglądałby jak obecny James Bond, grany przez niegdysiejszego ulubieńca nastolatek, Gerharda Stellmanna.

Następnego dnia na siłę szukał sobie zajęcia, by nie dopadło go zdenerwowanie. Po raz ostatni przeanalizował sytuację i wyszło na to, że i tak nie ma nic do stracenia. Nie miał tu żadnych znajomych, jeśli nie liczyć dozorcy i pani Wachowsky z pierwszego piętra. Oni jednak od kilku już lat witali Nowy Rok w zaciszu własnych mieszkań, narzekając na wybuchające pod oknem petardy.

O dziewiętnastej narzucił na siebie ciężki płaszcz i wyszedł pospiesznie z mieszkania. Nie napotkał nikogo w długim korytarzu, prowadzącym do pionu komunikacyjnego. Nic dziwnego. O tej porze wszyscy już się świetnie bawili w lokalach lub na domowych imprezach. Wyszedł na ulicę i machnął dłonią w kierunku nadjeżdżającej taksówki. Wsiadł i podał kierowcy adres. Oparty o zimną szybę, obserwował przesuwający się za oknami krajobraz wielkomiejskich drapaczy chmur. Mostem Brooklińskim dostali się na drugą stronę East River. Spojrzał za siebie na oddalający się Manhattan. Rozświetlony feerią kolorowych laserów i billboardów wyglądał jak ogromne surrealistyczne ognisko. Po chwili zniknął mu z oczu, przysłonięty przez ponury budynek z czerwonej cegły. Kierowca zatrzymał się.

– Na pewno chce pan tu wysiąść? – spytał troskliwie.

Reporter przytaknął, po czym odliczywszy należność, wcisnął pieniądze w wyciągniętą dłoń. Wysiadł wprost w zawieruchę. Temperatura była tutaj o blisko cztery stopnie niższa niż w centrum. Postawił kołnierz i ruszył w kierunku pobliskiego budynku. Odrapane betonowe ściany i widniejące pośrodku stalowe drzwi nie wyglądały zachęcająco, mimo to podszedł do nich i nacisnął plastikowy dzwonek. Drzwi otworzyły się z lekkim zgrzytem, ukazując ciemną czeluść. Gdy nieco zalękniony przekroczył próg, nad jego głową rozbłysło nikłe światło. Zawieszona nisko żarówka bez oprawki oświetliła przysadzistego mężczyznę, czającego się w kącie niewielkiego pomieszczenia. Ochroniarz wyciągnął rękę po zaproszenie. Rzucił szybkim spojrzeniem na kartkę, po czym z powrotem wtopił się w mrok. Żarówka zgasła z lekkim sykiem, za to na ziemi zabłysły ledwie widoczne niebieskie punkty, wyraźnie prowadzące do trzewi budowli. Reporter podążył ich śladem. Dotarłszy na miejsce ujrzał plastykowe krzesełko, dokładnie takie samo, jak na wiejskich odpustach w swoim rodzinnym Gronowie. Zaskoczony i nieco zniesmaczony tandetą, posłusznie zajął należne mu miejsce.

Pół godziny później, gdy siedział pogrążony w ciemnościach, przyglądając się ledwie widocznym palcom dłoni, zdecydowany za wszelką cenę wyjść, gdy tylko pojawi się nieco światła, usłyszał delikatny szum. Rozejrzał się dookoła, szukając źródła dźwięku. Już miał zrezygnować, gdy tknięty przeczuciem spojrzał ku górze. Zaskoczony poczuł, jak po plecach przebiegają mu ciarki. Z wysokiego sklepienia pogrążonego w subtelnej mgiełce bladego światła spływały w dół ogromne płachty białego materiału. Niektóre niczym zerwane z uwięzi spadochrony zwijały się i rozwijały, co rusz zmieniając kierunek. Inne sunęły w dół z całkiem sporą prędkością. Pogrążona dotąd w ciemnościach budowla stopniowo odsłaniała swoje tajemne wnętrza.

Krążyły o niej legendy. Wielu próbowało ustalić jej prawdziwą lokalizację. Niektórzy twierdzili, że byli w środku, lecz proszeni nie potrafili zaprowadzić na miejsce. W świetle dnia bowiem dzielnica wyglądała zdecydowanie inaczej niż nocą. Niektóre ulice znikały, inne pojawiały się w zupełnie nieoczekiwanych miejscach, jak gdyby broniąc swojej tajemnicy.

I oto on znalazł się tutaj osobiście. Podziwiał rozmach architektów, którzy kreowali wnętrze obiektu. Budowla była bazyliką na planie krzyża łacińskiego, więc w sumie nic nadzwyczajnego, lecz to nie jej trójnawowy podział z podwójnym transeptem grał tutaj główne skrzypce, lecz wyraźne granice powstawania kolejnych kondygnacji. Przeszklone obejście za prezbiterium ukazywało dwie strzeliste wieże dobudowane zapewne na samym końcu. Wykonane z tytanu i szkła lśniły niczym czarne pociski nuklearne Krakatau. Nawa główna, przecięta transeptem mniej więcej w dwóch trzecich założenia, ukazywała wielokondygnacyjny podział ścian.

Wysoko u góry można było dojrzeć gwiaździste sklepienia, charakterystyczne dla późnego stylu wiktoriańskiego, niżej wyraźnie mniej poprzecinane łukami renesansowe układy kasetonowe i towarzyszące im balustrady z triforiami. Kolumny w klasycznym porządku architektonicznym, spoczywały na wielokątnych bazach. Pokryte białym wapieniem kanelowania łuszczyły się gdzieniegdzie, ukazując czerwoną cegłę. Mury budowli z dekoracyjnymi elementami mauretańskimi pokryte były malowidłami przedstawiającymi sceny biblijne. Na niektórych z nich dostrzec można było śniadych mężczyzn w otoczeniu pięknych hurys.

Piętro niżej ostre łuki przebijały ceglaste ściany, przechodząc na zewnątrz w masywne przypory, tak charakterystyczne dla gotyku. Przez wysokie okna widać było podświetlone od dołu strzeliste pinakle, misternie ozdobione kamiennymi rzeźbami. Parter nosił wyraźne cechy romańskie. Ciężkie kamienne filary podtrzymywały kolebkowe sklepienia naw bocznych. Posadzkę bazyliki stanowiły zaś wielkie granitowe płyty, układające się w trudny do określenia wzór.

Przez okna latarni kopuły na skrzyżowaniu naw wpadało jasne światło księżyca, podkreślając jeszcze jedną strukturę, której istnienia zupełnie się tu nie spodziewał. Monumentalna kolumnada wytyczała mistyczny okręg, pośrodku którego tkwił masywny kamienny ołtarz. Obecność celtyckiego sacrum sprawiała, że trudno mu było określić, jaką tak naprawdę rolę sprawowała ta budowla. Nie byłby jednak zaskoczony, gdyby w pozostałych jej fragmentach odkrył symboliki jeszcze innych religii.

Dopiero gdy płachty materiału pokryły szczelnie całą podłogę, jakimś cudem omijając zgromadzonych gości, dojrzał zaplanowaną na ten wieczór inscenizację. Wzdłuż nawy głównej ciągnął się szeroki wybieg na niewielkim podwyższeniu, charakterystyczny dla pokazów mody. U jego czoła stał ołtarz, za nim zaś masywny, rzeźbiony w korzeniu tron. Kręte odnogi tworzyły misterną plecionkę, na łączeniach lśniły szlachetne kamienie. Mężczyzna na oko uznał siedzisko za bezcenne, jedyne w swoim rodzaju, zaś jego właściciel musiał być prawdziwym ekscentrykiem. Najwyraźniej jednak gospodarz miał się pojawić później, gdyż tron stał pusty.

Reporter NE rozejrzał się dookoła, by wreszcie w jasnym, białym świetle dojrzeć znajdujące się wokół niego postacie. Był zdumiony widokiem co poniektórych. Zobaczenie skrajnych konserwatystów siedzących w sąsiedztwie liberałów i znanych reformatorów było zupełnie niecodziennym wydarzeniem. Młode gwiazdy estrady rozmawiały z podstarzałymi panami w szarych garniturach, znanych wyłącznie z filmów gangsterskich. Przyjrzał się jednemu z nich. Niemal spadł z krzesła, gdy uświadomił sobie, że spogląda na szefa jednej z tajnych służb, pogrążonego w cichej rozmowie z uznanym za nieżyjącego przebojowym rockmanem.

Tuż przed nim młoda dziewczyna rozglądała się, lustrując siedzących. Jej oczy błyszczały z wrażenia. Gdy na chwilę ukazała swój profil, poznał najmłodszego fotografa Timesa. To ona była autorką serii zdjęć, przedstawiających wypadek na stanowej szóstce. Uchwycone klatka po klatce zderzenie rodzinnego vana z ciężarówką załadowaną stalowymi płytami. Mały samochodzik rozrywany na strzępy niczym dziecinna zabawka. Fontanna krwi tryskająca ponad pogniecionymi blachami. Przerażone oczy szofera. W sumie prawie tysiąc zdjęć, ukazujących zaledwie dwanaście sekund zdarzenia. Zaledwie lub aż – wystarczająco jednak, by otworzyły się przed nią drzwi do największych wydawnictw w kraju.

Obok niej młody mężczyzna w garniturze Yves Saint Laurenta stał przy swoim krześle, rozglądając się nerwowo dookoła. Najwyraźniej osoba, na którą czekał, nie pojawiła się, gdyż w pewnym momencie usiadł zrezygnowany i zwiesił głowę.

Zaraz jednak drgnął, podobnie jak i pozostali uczestnicy, gdy z trzewi bazyliki doszedł ich stukot miarowo odmierzanych kroków na drewnianej podłodze. Nastała chwila ciszy, po czym wnętrze wypełnił donośny dźwięk kościelnych organów. Zamarł, by zabrzmieć w odległym kącie, a następnie przetoczyć się po budowli niczym pociąg widmo. Zachwycony brzmieniem reporter NE mógłby wręcz przysiąc, że słyszy stukot stalowych kół. Zaraz potem muzyka zatoczyła koło. Rozbrzmiała za nim delikatnie niczym szelest strumienia, a gdy odwrócił się i napotkał równie zaskoczone spojrzenie czarnoskórej piosenkarki jazzowej, głęboki ton odpłynął w kierunku narteksu.

Kolejne fale raz po raz zalewały świątynię. Niekiedy pełznąc przy podłodze, tak że niemal czuć było wibracje płyt, by po chwili zerwać się niczym huragan, przemknąć tuż pod sklepieniami naw bocznych i z siłą tornada runąć na struchlałą publiczność. Genialna kompozycja narastała z coraz większą siłą, aż w końcu grzmot, jaki jej towarzyszył, zdawał się być niczym prehistoryczne monstrum, usiłujące wyrwać się z więżącej je kamiennej struktury.

Nagle wszystko się skończyło. Oszołomieni ludzie spoglądali po sobie. Wielu z nich miało łzy w oczach, część skryła twarze w dłoniach. Pochyleni, wstrząsani kolejnymi spazmami ledwo mogli usiedzieć na swoich miejscach.

– Ciii… – Szept niczym meksykańska fala przesunął się wzdłuż tłumu.

Oczy wszystkich zwróciły się w kierunku ołtarza, za którym pojawiła się zakapturzona postać. Z uniesionymi na wysokość barków rękoma stała przez chwilę, skupiając na sobie wzrok gości. Wkrótce nastała cisza, niczym pośmiertny całun obejmująca widownię. Postać chwyciła wysoki, złocony kielich, stojący dotąd w otwartym tabernakulum, i podniósłszy go, przechyliła przy ustach. Reporter nawet ze swego miejsca widział przelewający się płyn, który potokami spływał po jej ubraniu. Gospodarz odrzucił puste naczynie. Kielich potoczył się po ołtarzu, barwiąc leżącą na nim białą tkaninę. Czerwona fala spłynęła w dół, po czym pomknęła niczym tsunami wzdłuż wybiegu. W ciągu kilku chwil materiał przybrał szkarłatny odcień, zmieniając anielskie wnętrze bazyliki w podmiejską rzeźnię.

– Niech się stanie. – Chropowaty szept postaci dotarł do zgromadzonych.

Organy zagrały nowa nutę. Z mroku za ołtarzem wyłoniły się postacie mężczyzn i kobiet. Wstępując po kilku stopniach, przeszli wzdłuż wybiegu, prezentując wyszukaną kolekcję ekscentrycznego projektanta. Znawcy dostrzegli rękę mistrza, lecz w niuansach odkryli również istnienie innego artysty. Okrywające modelki ubrania w rzeczywistości były półprzezroczyste, umożliwiając podekscytowanej publiczności zachwycić się ich ciałami. Niemal nieśmiertelna moda na wysokie, ascetycznie szczupłe dziewczęta nie przeminęła, w ciągu lat osiągając wręcz rygorystyczne ograniczenia. Również mężczyźni, prezentujący ubrania o wyraźnie postapokaliptycznej stylistyce, musieli mieć idealnie zrównoważoną muskulaturę. Odbywająca się właśnie prezentacja ściągnęła największe sławy modelingu.

Reporter NE cmoknął z zachwytu na widok Caroline Dresscot, prawdziwej seksbomby w świecie mody. Doskonała sylwetka, stworzona przez chirurgów plastycznych, prezentowała ponętne ciało co najwyżej dwudziestopięcioletniej kobiety. Tylko niewielu znało jej rzeczywisty wiek, niemal trzykrotnie większy. Nie było jednak tajemnicą, że tak wielki sukces zawdzięczała nie tylko uporowi, ale przede wszystkim swemu ciału, którego każdy centymetr znali prawie wszyscy producenci modowi. Gdy po latach okazało się, że tajemnice alkowy Caroline mogłyby co poniektórym przysporzyć zbyt wiele kłopotu, nikomu wcześniej nie znana dziewczyna z przedmieścia w ciągu zaledwie kilku tygodni sięgnęła szczytu sławy.

Wkrótce na wybiegu było ich już blisko czterdzieścioro. Pojawiły się też niewielkie postacie w stroju klaunów, niosące różne przedmioty. Gdy tylko zniknęły, modelki zajęły miejsca. Tuż przed reporterem NE, na miękkim białym sześcianie usiadła Cristina Astor, wnuczka znanego potentata. Wyprostowała jedną nogę, drugą zgięła w kolanie, stawiając stopę tuż przy pośladku. Odchyliła poły zwiewnego materiału. Jej srom rozłożył się niczym płatki egzotycznego kwiatu. Sięgnęła palcami do ust, polizała je, po czym lubieżnie potarła łechtaczkę. Choć jej wzrok wyraźnie kierował się w jego stronę, dostrzegł, że oczy ma zamglone. Jakby była na haju – przemknęło mu przez głowę. Jej palec zataczał coraz szybsze kręgi, wilgotne wargi błyszczały w świetle ukrytych reflektorków. Reporter usłyszał, jak mężczyzna za nim przełyka głośno ślinę. Zaraz potem do jego uszu dobiegł dźwięk rozsuwanego rozporka. Skrzywił się.

Lecz nim dopadło go obrzydzenie, zorientował się, że reszta zgromadzonej widowni również nie pozostaje bierna na widok niecodziennego spektaklu. Widząc półnagie modelki i modeli w lubieżnych pozycjach, coraz więcej osób decydowało się na oddanie własnym chuciom.

Reporter spojrzał na młodą fotografkę Timesa. Dziewczyna bez żadnego skrępowania, odrzuciwszy na bok sukienkę – kiedy ją zdjęła? – ściskając jedną ręką niewielką pierś, drugą zawzięcie się masturbowała. Śniady model, prezentujący szarą skórzaną opończę, stał niespełna pół metra od niej. Odsłaniając napletek, przesuwał dłonią po sterczącym na wprost dziewczyny członku, sugestywnie w nią celując. Niespiesznie dogadzał sobie, nie przejmując się rozpaloną kobietą naprzeciw niego. Reporter domyślał się, że jego półprzymknięte oczy świadczyły nie tylko o podnieceniu, ale również o pewnej nieświadomości.

Usłyszał dźwięk rozsuwanych krzeseł. Gdy spojrzał w tamtą stronę, ujrzał kobietę, która mogłaby być wręcz jego babką, rozciągniętą pomiędzy trzema mężczyznami. Wszystkie jej otwory zajęte były przez czarne, potężne fallusy, wbijające się w nią rytmicznie. Mężczyźni posapywali głośno. Zduszone jęki starszej pani, tocząca się po brodzie ślina i rozciągnięte usta sprawiły, że pozostała część widowni nie czekała na dalsze zaproszenia. Znana publicystka, zrzuciwszy w pośpiechu atłasową garsonkę, dosiadła dyrektora Teatru Europa. Pożyłkowany penis mężczyzny raz po raz znikał w jej wnętrzu. Ze spoconą twarzą w kolorze krawata wciąż zwisającego u jego szyi, z głową wygiętą do tyłu, obejmował rękoma uda kobiety i z ogromną siłą przyciągał do siebie, jak gdyby bał się, że mu ucieknie. Zawodziła wysokim głosem, wbijając wypielęgnowane paznokcie we własne kolana za każdym razem, gdy z głuchym mlaskiem zderzali się ciałami.

Jakiś młodzieniec wskoczył na wybieg i rzucił się na modelkę o wyraźnie azjatyckiej urodzie. Niczym manekin padła na zdobiony złotą nicią zielony szezlong. Zupełnie się nie broniąc, rozłożyła szeroko nogi. Oszołomiony reakcją dziewczyny pchnął bez zastanowienia. Jednak nienaturalnie duży penis nie był w stanie wniknąć w ciasne wnętrze ślicznotki. Gdy usilne starania nie przyniosły żadnych rezultatów, obszedł mebel dookoła i bezceremonialnie skorzystał z jej rozchylonych ust. Reporter ujrzał napięte mięśnie twarzy i spuchnięte policzki kobiety. Nie potrafił sobie wyobrazić, co w tym momencie czuła. Między jej zgrabnymi nogami wkrótce pojawił się inny mężczyzna, zajmując miejsce młodego ogiera. Ten nie miał najmniejszych problemów z wtargnięciem w rozpalone dziewczę.

Reporter przeniósł spojrzenie w bok. Dwóch osobników o sylwetkach graczy rugby przytulało się do siebie. Miarowe ruchy bioder niższego mężczyzny oraz rozkoszny jęk oddającego mu się kochanka sprawiły, że krew zawrzała w żyłach pisarza. Nie musiał szukać daleko. Młodzieniec, który jeszcze nie tak dawno zrozpaczonym wzrokiem szukał spóźnionego przyjaciela, patrzył na niego błyszczącymi oczami. Porozumieli się bez słów.

Zbliżyli do siebie, a ich dłonie rozpoczęły spokojną wędrówkę po ciałach. Dziennikarz sięgnął pod ubranie mężczyzny, przejechał po płaskim brzuchu, po czym sięgnął poniżej pasa. Zadrżał, czując gorący oddech na swojej szyi. Pożądliwe pocałunki zasypały jego ciało od płatków uszu, poprzez policzki, ramiona, tors. Zerwał koszulę młodzieńca i ścisnął jego brodawki. Ich oddechy zlały się w jeden. Łomoty serc zagłuszyły dźwięki dochodzące z otoczenia. Nadzy, przytulali się do siebie, pieszcząc wzajemnie, odsuwając wciąż czas, gdy oddadzą się nieskrępowanemu uniesieniu.

To nie mogło trwać długo. Mężczyzna silnie pchnięty, padł na plecy. Reporter, nie tracąc czasu, uniósł jego nogi ku górze, po czym klęknął, chowając między nimi głowę. Przejechał językiem po anusie. Usłyszał jęknięcie, a niewielki otworek rozszerzył się mimowolnie. Wsadził tam palec i delikatnie pocierał, aż uznał, że dłużej już nie wytrzyma. Dźwignął się na nogi. Dojrzawszy w oczach partnera nieme przyzwolenie, ujął członek w dłoń i skierował między pośladki. Pchnął bez zastanowienia. Ciało poddało się w jednej chwili. Wykonując starannie odmierzone, miarowe ruchy, równocześnie obciągał sterczącego penisa.

Gdy przez głowę przebiegła mu absurdalna myśl, że oto i jego tyłek czeka, aż ktoś się tam wbije, poczuł mocne dłonie chwytające go za biodra, a zaraz potem gorący oddech na anusie. Pochylony nad swoim partnerem czekał na pchnięcie, a gdy ono nastąpiło, świat zwalił mu się na głowę.

***

Postać siedząca przed ołtarzem sięgnęła w kierunku podłużnego przedmiotu przykrytego dotychczas obrusem. Z drżącym sercem przesunęła wypielęgnowanymi dłońmi po wzniesieniu. Początkowo nic się nie działo, lecz po chwili skóra przybrała żółtawy odcień, a zaraz potem zmarszczyła się i zaczęła odpadać płatami, tak że wkrótce po materiale przesuwały się niewielkie kości paliczków. Gdy niewiele brakowało, by rozsypały w proch, ręka cofnęła się. W jednej chwili wróciła do swojego pierwotnego wyglądu.

Osobnik westchnął cicho, po czym odchylił materiał. Jego serce zabiło mocniej na widok brązowej laski. Początkowo gładka, z każdym kolejnym centymetrem coraz mniej równomierna, by w połowie przyjąć postać korzeni, splatających się ze sobą niczym złowrogie węże. Dalej, rozszczepiona na kilka – zdawać by się mogło – kruchych gałązek, kończyła się stalowym grotem z diamentowymi krawędziami. Z jednej strony ostrze było zdecydowanie ciemniejsze, podobnie jak fragment drewnianej części.

Poznanie historii przedmiotu, na którego pożądliwym okiem spoglądali zarówno kolekcjonerzy, jak i dyktatorzy z całego świata, zajęło mu całe sto pięćdziesiąt osiem lat życia. Pięćdziesiąt oficjalnie – pozostałe spędził w ukryciu, by nikt nie poznał prawdy. Pod koniec wojny, dzięki ogromnym wpływom wśród wysokich rangą oficjeli, udało mu się przemknąć przez linie wroga i wyemigrować do Stanów Zjednoczonych. Tam przybrał nową, nieznaną ludzkości postać. Kreując się na projektanta, wytyczał nowe kierunki w modzie, a będąc tym samym prekursorem, miał okazję poznać wiele osobistości.

Tajemniczy przedmiot towarzyszył mu podczas wszystkich podróży, jakie odbywał w ramach swoich pokazów, tylko raz znikając mu z oczu. Złodziej, który tym samym pozbawił go blisko dwudziestu lat życia, niedługo potem zginął w tajemniczych okolicznościach, urągających jakiemukolwiek racjonalnemu wytłumaczeniu. Odzyskawszy własność, poprzysiągł sobie nigdy więcej nie spuszczać jej z oczu. Przyczajony, oczekiwał dnia, by powrócić w chwale. Tegoroczne wydarzenia upewniły go, że oto nadszedł ten czas.

Niemal ze złością chwycił za drąg. W jednej chwili omiotły go wichry przeszłości. Trzymając Ramię Allacha, symbol poszukiwanego niegdyś bezwzględnego przywódcy islamskich terrorystów, czuł rzesze istnień, które tamten pozbawił życia. Sam nazywał artefakt Gniewem Walkirii, jednak szerzej znana nazwa budziła jednoznaczne skojarzenia. Znaleziona zupełnie przypadkiem podczas przebudowy Wachenfeldu, dla wielu stała się obsesją. Włócznia przeznaczenia. Legendarne ostrze, które przebiło serce Jezusa przybitego do krzyża.

To samo, które niczym królewskie berło stanowiło nieodłączny atrybut najwyższego władcy Egiptu z czasów XIX dynastii. Dzięki Oku Ra Ramzes II jako pierwszy zyskał sobie miano nieśmiertelnego. Wiek faraona, podawany według naukowców jako dziewięćdziesiąt jeden lat, w rzeczywistości wynosił ponad trzy razy tyle. Prawdziwe ciało nigdy jednak nie zostało odnalezione.

Lecz historia włóczni sięgała daleko w głąb historii ludzkości, a nawet poza jej istnienie. Gdy skalista planeta dopiero kształtowała swój byt, mikroskopijne ziarno niesione wichrami z odległego kosmosu znalazło idealne miejsce do wykiełkowania. Po dziesięciu tysiącach lat z prastarego drzewa oliwnego nieznany artysta wyrzeźbił prostą laskę, która tak odmieniła losy ludzkiej cywilizacji.

Postać dźwignęła się ze swego tronu, odrzucając kaptur. Ciężki płaszcz zsunął się z jej ramion na posadzkę, w jednej chwili zmieniając się w stadko wygłodzonych szczurów, które rozpierzchły się na widok jasnego światła. Polimorficzny byt, niesprecyzowany ludzką płciowością, uniósł laskę przed siebie. Ołtarz pękł na dwoje. Istota przestąpiła ponad jego gruzami i wstąpiła na wybieg. Przemierzała kolejne jego metry niczym słońce eony czasu. Mijane osoby rozbłyskały jasnym światłem, po czym znikały, rozpływając się w powietrzu.

Gdy dotarł do krańca wybiegu, został tylko on, wśród podrygującej w seksualnych spazmach ludzkiej tłuszczy. Stwór osadził laskę przed sobą. W jednej chwili uprawiający seks poczuli euforię, osiągnąwszy równocześnie spełnienie. Skąpani w fontannach nasienia, budzili się jak z letargu tylko po to, by dostrzegłszy stworzenie na wybiegu, zajaśnieć widmowym blaskiem i z otwartymi oczami zniknąć. Na ich twarzach malował się cały przekrój ludzkich emocji: przerażenie, niedowierzanie, radość, smutek, rozpacz, gniew, zazdrość, spełnienie.

***

Reporter NE odchylił głowę w bok, przymykając powieki, lecz bijący od postaci blask zmusił go do otwarcia oczu. Bardziej z ciekawości niż potrzeby. Dostrzegłszy prawdziwą naturę gospodarza wieczoru, pokiwał ze zrozumieniem głową. Mając przed sobą Boga i Szatana w jednej postaci, przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, wszędzie i nigdzie, światło powstania wszechrzeczy, w ostatniej milisekundzie swego istnienia ucieszył się, że jednak tu przyszedł. A potem zapłonął. I zniknął. W chwilę potem runęły mury tajemniczej świątyni. Jasne światło, które wypełniło jej wnętrze, przeniknęło gruzy i pomknęło ku nocnemu niebu.

***

– Three… Two… One… Happy New Year!

Spojrzał wokół siebie. Rozentuzjazmowany tłum skandował raz po raz znany wszystkim tekst. Otaczające go postacie jeszcze jakiś czas były zamglone, po chwili dostrzegł je zdecydowanie wyraźniej. Zgromadzeni zafalowali niczym wzburzone morze. Zerknął do góry. Na ledowym wyświetlaczu cyfrowe wskazówki odmierzały pierwsze sekundy nowego roku. Zerknął jeszcze wyżej i mimo blasku neonów ujrzał miliardy gwiazd. Po niebie przemknęła spadająca gwiazda. A może to tylko smuga światła, promień jednego z setek laserów, bijących tej nocy w górę. Uśmiechnął się i podpierając drewnianą laską, ruszył przed siebie. Kolorowe ludzkie zastępy rozstępowały się przed nim niemal niezauważalnie.

.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

.

SEELENVERKOPER – W ŚNIEGU

„Ależ wstrętna jest ta ryba w galarecie!” – Ironia losu.

Płatki śniegu wirujące nam przed oczami wyglądały jak poszarpane okruchy styropianu, wyrzucone w powietrze przez zabłąkany pocisk karabinowy. Ostatni nowy rok. Pamiętam wszystko bardzo dokładnie, jakby nie siedziało mi to w głowie, a było utrwalone na filmowych kliszach Kodaka. Ten ostatni zbankrutował i cena srebra spadła na łeb na szyję. Szliśmy obok siebie, ślizgając się co parę kroków i machając dłońmi, by utrzymać równowagę. Ktoś obok mógłby powiedzieć jednak, że nie było między nami nic. Już nic. I myliłby się. Szliśmy obok siebie, ale między nami coś było. Jak betonowa ściana lub stalowa płyta.

Nie mogłem się zbliżyć, objąć jej ramieniem ani pocałować. Nie to, że by mnie odepchnęła. Nie tego się obawiałem. Gdyby tylko miała na to ochotę, pozwoliłbym się okładać pięściami, jak długo by chciała. Pozwoliłbym się kopać. Bałem się tego, że mógłbym jeszcze bardziej się uzależnić od jej ciepła, zapachu, dotyku. W końcu zdenerwowany wyprzedzam ją. Nie chce już nawet spoglądać na cień tej dziewczyny. Tak jest lepiej. Ciszej.

Między łopatki trafia mnie śnieżka i słyszę wybuch śmiechu, niosący się jak lawina pustą ulicą. Jej śmiechu. Najpierw trochę śniegu wpada mi za kołnierz, a potem ona z rozpędu – na mnie. Lądujemy w zaspie i przez parę chwil kotłujemy się zdezorientowani w białym puchu. W końcu leżymy obok siebie, wpatrując się w ostatnie fajerwerki i trzymamy za ręce. Cały czas chichocze z czapką nasuniętą na czoło. Tylko ona tak się rumieni. Cienką linią czerwieni na samych szczytach policzków. Całujemy się. Nieustannie zderzając zębami, splatając językami, odsuwając i zbliżając wargi, prawie jakby naprzeciw siebie manewrowały dwie wrogie armie, doskonale znające się nawzajem. Do bólu. Do ostatniego szaleństwa. Usta znów nacierają na siebie w ślepej furii, niepomne na nasze deklaracje sprzed godziny.

Że tak będzie lepiej dla nas obojga. Bardziej dojrzale. Że zostaniemy, kurwa, przyjaciółmi. To nawet głupio brzmi. Spalaliśmy się, raniliśmy i kochaliśmy, a tu nagle, że może wspólne piwo, spotkania opłatkowe u naszych kumpli i grupowy wyskok nad morze. Że na pewno spróbujemy ponownie, jak dojrzejemy i skończymy studia. Kiedy wreszcie przemoczeni wstajemy i ruszamy dalej, oddaję jej swoją kurtkę i wkładam ręce w kieszenie spodni. Zawsze szybko marzła. Pomimo że byłem obok. Może dlatego, że byłem obok tak rzadko.

Pyta, czy się nie przeziębię. Mam straszną ochotę zapalić i wiem, że to by się jej nie spodobało. Nie lubiła fajek. Co to ją obchodziło w ogóle? Może ja chciałem się przeziębić i umrzeć. Tak jak stałem. W wyciągniętym czarnym swetrze, z włosami pełnymi śniegu z jej smakiem na wargach. Wiesz, Aniu, łatwo coś zniszczyć, ale niesamowicie trudno jest stworzyć coś nowego. Skończył się sylwester. Następnego dnia pozostał kac i pustka. I oboje doskonale wiemy, że mówię prawdę. Do końca życia będziemy żałowali tego rozstania. Mam wrażenie, jakbym tamtej nocy przeżył całe życie. Nie. Nie tak, bo były wcześniej inne dni i godziny pełne ciebie. Raczej dożył je do końca.

Otrząsam się i obraz tych ostatnich godzin znika sprzed moich oczu. Film nagrany ze wspomnień zatrzymuje się i znika w jednym z setek folderów. Spokojnie patrzę na swoją elektryczną dłoń. Dotykam nią metalowego korpusu okrytego tylko cienką, poliestrową kurtką kuloodporną. Ja już nic nie czuję. Tamtą dziewczynę, która już przecież nie istnieje, kochałem, ale ówczesnego mnie przecież też nie ma. To takie proste. Z kabury wbudowanej w udo wyciągam najnowszego bezłuskowca Beretty. Piękna rzecz. W chromie, który go pokrywa, dostrzegam odbite iskry fajerwerków. Widzę znacznie więcej, ale to na pewno wina tego głupiego wspomnienia zgranego bezpośrednio z mózgu organicznego na dysk twardy, razem ze znajomością tabliczki mnożenia, umiejętnością obliczania całek i całą resztą badziewia składającego się na moją osobowość. Nie wiem, czemu odtwarzałem go tuż przed akcją. Dawno nie przeszedłem kompleksowego skanowania antywirusami. Nie uaktualniałem LOD-u. Jednostek korpopolicji Wal-Martu nie stać na takie luksusy i już się do tego przyzwyczaiłem. Sprawdzam, czy magazynek broni jest pełny, zwalniam blokadę i wpatruję się w sekundnik na mojej prawej siatkówce.

Spluwam elektrolitem, który zbiera mi się w ustach z winy nieszczelnych przewodów. Już nie jestem tym człowiekiem, który ją kochał. Androidy nie kochają i nie śnią o elektrycznych owcach.

Ruszam. Cel: pacyfikacja, dehumanizacja środowiska zastanego i zniszczenie organizmów pozytronowych.

– Szczęśliwego nowego roku, skurwysyny! – syczę i ruszam wreszcie z miejsca.

.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

.

Utwory chronione prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autorów zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Witam w Nowym Roku 🙂

Megas, to jak łączysz wątki i postacie ze swoich opowiadań to mistrzostwo :).

MRT_GREG – świetna, mroczna miniatura. Trochę kojarzy mi się z filmem Oczy szeroko zamknięte. Tajemnicza grupa, nieskrępowany sex, wiele niewiadomych.

Seelenverkoper – w Twoich opowiadaniach zawsze mi się podoba jak wtrącasz wulgaryzmy. Czy to jako przecinek, czy jako pełna wypowiedź bohatera, ale robisz to tak umiejętnie, że brzydkie słowo sprawia wrażenie jakby musiało tam być.

daeone

Świetne miniatury. Dobra robota, autorzy.

Opowieść helleńska – Demetriusz. Perska odyseja – Demetriusz. Miniatury noworoczne – Demetriusz. Wszędzie ten Demetriusz! Strach otworzyć lodówkę! 😛

A przydałoby się do niej zajrzeć, bo zgłodniałam przy czytaniu… 😀

Dobry wieczór!

@MRT_Greg:
bardzo ciekawa miniatura. Gęsta, pasjonująca, mroczna. Wrzuciłeś w te kilkaset (tysiąc kilkaset) słów tyle pomysłów, obrazów i dźwięków, tyle interesujących konceptów, że mam wrażenie pewnego nadmiaru – warto było zachować choć kilka z nich na następne teksty. Chyba, że do motywów tutaj poruszonych zamierzasz wrócić. Jeśli tak (do czego zachęcam!) to nie martwię się wcale barokowym bogactwem tego krótkiego tekstu. Bo naprawdę jest czym się sycić.

@Seelenverkoper:
znacznie krótszy tekst od mojego i Gregowego, prawdziwa miniaturka. W dodatku jakby pęknięta w połowie – opis rozstania w śnieżnej atmosferze zostaje brutalnie przerwany przez prawdziwie cyberpunkową scenę. Pełne zaskoczenie, dla niektórych może skonfundowanie. Mi akurat to nie przeszkadzało, bo znam Twoje poprzednie prace i rozpoznaję styl. No i ta burza emocji, która szaleje od pierwszego do ostatniego słowa… Przekąska może nieduża, ale bardzo smakowita.

@daeone:
dziękuję, staram się 🙂 Sprzyjająca okoliczność tworzenia zbioru noworocznych miniatur pozwolił mi na stworzenie najkrótszego tekstu w karierze, który jednocześnie można uznać za posłowie “Opowieści Demetriusza” lub prequel “Perskiej Odysei”. Taki sympatyczny łącznik. Miniaturka napisała się praktycznie sama, w ciągu kilku godzin.

@Justyna:
dziękuję w imieniu swoim i Kolegów 🙂

@Atena:
faktycznie, trudno mi uwolnić się od Demetriusza. Zapewniam jednak, że nie wróci na łamy moich tekstów aż do końca wielkiej retrospekcji Kassandra, czyli jeszcze przez dobre parę rozdziałów. Nie wykluczam natomiast kolejnej miniaturki z Demetriuszem w jednej z wiodących ról.

Pozdrawiam
M.A.

P.S. Na koniec tradycyjnie już dziękuję Atenie za korektę mojej miniaturki, Neferowi zaś – za podzielenie się wiedzą na temat obyczajów starożytnego Egiptu i obchodów święta Wepet Renpet.

Przyznaję, z pewnym opóźnieniem przeczytałem ten zbiór miniatur, przyciągnięty egipską scenerią opowiadania M.A. Chciałem najpierw zapoznać się z całym, stworzonym przezeń cyklem powieści. I słusznie, skoro trafiłem tu na znanych już wcześniej bohaterów. Nieźle im się powodzi na wygnaniu, a Demetriusz nadal zdobywa doświadczenia. Miło się o tym przekonać. Ale i pozostałe dwie miniatury wcale mnie nie zawiodły. Obydwie gęste, nasycone. U Grega nie brakuje przy tym humoru i autoironii. Seelenverkoper dzieli i tak krótki tekst na dwie części, niczym cięciem miecza. Wychodzi to zaskakująco ale i przejmująco zarazem. Lektura każdej miniatury ze wszech miar godna polecenia.

Witaj, Neferze!

Cieszę się, że dotarłeś do tego zbioru i mojej w nim miniatury, tym bardziej, że powstała ona między innymi dzięki Twoim sugestiom i radom! “Wepet renpet” to pierwszy tekst, do którego zasięgnąłem opinii eksperta, a nie tylko zajrzałem do książek 🙂 Mam nadzieję, że nie uchybiłem za bardzo starożytnemu Egiptowi, mam nadzieję go jeszcze z raz czy dwa odwiedzić w toku “Perskiej Odysei”.

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz