Codzienna miałkość życia (Rita)  2.53/5 (17)

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 29 minut/-y    

Ostatnie lata minęły za szybko. Stanowczo za szybko jak na mój gust. Nie wiem, kiedy skończyłam studia i zupełnie bezwolnie poddałam się szeroko pojmowanej dorosłości. Skończyły się czasy szalonych imprez do białego rana, dziwnych dżentelmenów i jeszcze dziwniejszych dam wychodzących o poranku spod rozkopanej kołdry śmierdzącej petami, alkoholem i tym czymś, co niektórzy nazywają zapachem seksu. Wtedy też to tak nazywałam, rumieniąc się przy tym. Dziwne, biorąc pod uwagę moją mało pruderyjną konduitę. Teraz, po latach, potrafię już nazywać rzeczy po imieniu. Zapach seksu to dla mnie ni mniej ni więcej, tylko mdławy aromat zaschniętej spermy i słono – kwaśna woń kobiecych wydzielin. Już mnie to nie bawi.

W ogóle niewiele rzeczy sprawia mi prawdziwą przyjemność. Czuję się jak w kleszczach. Albo lepiej. Jakbym utknęła w wielgachnej zębatce koła czasu. Jest ciasno, śmierdzi smarem, a z naprzeciwka nadciąga nieubłaganie potężny, metalowy ząb, który zmiażdży mnie na czerwoną maź.

Każdy dzień wygląda identycznie. Do bólu identycznie, jakby świat uparł się powielać na kserokopiarce jakiś moment z czasoprzestrzeni i zaciął się na funkcji kopiuj – wklej. Wstaję rano, co przychodzi mi z coraz większym trudem. Nienawidzę poranków z tym irytująco radosnym świergotem ptactwa podczas cieplejszej połowy roku, i z obrzydliwą, lepką ciemnością połowy zimnej. Drepczę ospale do łazienki. Włażę do wanny. Nie wierzę w zbawienną moc zimnych pryszniców. Na samą myśl o tym na ciele pojawia się gęsia skórka. Odkręcam więc gorącą wodę i pozwalam sobie na parę minut przyjemności. Oczywiście mówię o przyjemności z pławienia się we wrzątku, a nie masturbacji. Potem wychodzę z wanny, doprowadzam twarz do stanu używalności i ubieram się. Wkładam jakieś ubrania, które zresztą nie zawsze prasuję, coraz częściej dochodzę bowiem do wniosku, że zdołają  wyprostować się na mnie. Robię szybką kawę, mocną, czarną i obłędnie słodką. Zapalam papierosa i wydmuchuję dym przez uchylone kuchenne okno. Gaszę niedopałek i wyrzucam do kibla. Oduczyłam się już hodowania jeżyków – popielniczek wypełnionych kiepami do granic wytrzymałości.

W końcu wiek zobowiązuje – jakiś czas temu przekroczyłam trzydziestkę i już słyszę tupot uciekającego czasu. Może w wielkich miastach, a na Zachodzie to już na pewno, trzydziestka jest dopiero półmetkiem młodości. Ludzie trzydziestoletni rozwijają kariery, podróżują, romansują i czerpią pełnymi garściami z życia, które rozpieszcza ich ciągłymi sukcesami. Jednak w takiej dziurze jak moje rodzinne miasto czas płynie po staremu. Młodych ludzi jest niewielu, a trzydziestolatkowie to najczęściej stateczni ojcowie i mężowie, podczas gdy trzydziestolatki mają już odchowaną dwójkę dzieci. Ja nie załapałam się na ten pakiet. Chyba przegapiłam odpowiedni moment. Po okresie dzikich szaleństw, o którym wspomniałam na początku, pod koniec studiów zapanował w moim życiu czas posuchy. I trwa do dzisiaj. Od sześciu lat nie miałam faceta. Nie to, żeby mi był potrzebny, ale fizjologia czasem domaga się spełnienia. Strony z darmowym porno mam opanowane do perfekcji, czasem pozwalam sobie na dłuższą chwilkę zapomnienia z jakimś dobrze napisanym, pieprznym tekstem, coraz rzadziej jednak uruchamiam poczciwą, staromodną wyobraźnię. Nawet masturbacja przybrała fastfoodową formę. Żałosne.

Moja praca… Nudna, monotonna dłubanina w przepisach administracyjnych. Ekscytacji tam tyle, co w najnowszych odcinkach “Klanu”. Czasem odnoszę wrażenie, że nikt tak naprawdę nie wie, czym się faktycznie zajmuję. Ze mną na czele. W biurze zawsze wita mnie to samo. Biurwy obrzucające mnie zdegustowanym spojrzeniem. Wypindrzone, wylakierowane, odpicowane jak zabytkowe mercedesy. Nie mam pojęcia, dla kogo to robią. Bo z pewnością nie dla szefa, którego pierdołowatość przekracza wszelkie dopuszczalne granice. Nie potrafi podjąć żadnej decyzji samodzielnie i ze wszystkim przybiega do naszego (mojego i biurew) pokoju, po poradę. Wydaje mi się, że pewnego dnia przyjdzie zapytać, czy może iść się wysikać. Jeszcze ten dzień nie nadszedł, ale podejrzewam, że jest już blisko. Zawsze też przychodzi ostatni. Tak po dziewiątej. Po co się spieszyć.

Tego jesiennego dnia zdziwiłam się więc, ale nie na tyle, by to okazać, kiedy ujrzałam na wieszaku, przy wejściu do biura płaszcz szefa – pierdoły. Może to pierwszy objaw zbliżającego się końca świata? Szef przychodzący na czas. Uśmiechnęłam się kącikiem ust. Jesień dobijała mnie, a perspektywa nadciągającej zimy nie poprawiała mojego nastroju. Koniec świata wydawał się więc całkiem miłą perspektywą.

Jakiś czas temu oglądałam z siostrą film o nieuchronnej katastrofie. Pewna dziwna planeta miała zderzyć się z Ziemią i roztrzaskać ją w pył. Co w wielkim finale oczywiście nastąpiło, sprawiając, że moja siostra, matka dwójki maluchów i szczęśliwa mężatka, zalała się potokiem łez. Ryczała i smarkała przez ponad pół godziny, nie mogąc się uspokoić. Ja natomiast odebrałam zakończenie tego całkiem dobrego obrazu z ulgą. Z głęboką, obezwładniającą ulgą graniczącą niemal ze szczęściem.

Wracając do końca świata w moim biurze, to nastąpił on dokładnie o 8.23, kiedy to spokojnie usiadłam przed komputerem i zdążyłam go uruchomić za pomocą supernowoczesnej karty, logującej mnie do systemu. Usłyszałam piskliwy głos szefa, którego umiejętności włażenia w dupę przełożonym powinny znaleźć się w księdze rekordów Guinessa, skontrastowany z jakimś innym głosem, którego nie znałam. Siedziałam za zamkniętymi drzwiami pokoju i zastanawiałam się, do kogo może należeć. Tembr był niski, gardłowy, a słowa wypowiadane szybko i bardzo precyzyjnie. Ktoś z centrali, przemknęło mi przez myśl. “Moje” biurwy wierciły się na krzesłach, jakby ktoś powsadzał im pinezki pod siedzenie.

Drzwi otworzyły się wreszcie i do naszego pokoju wpełzł szef, płaszcząc się przed wysokim, szczupłym mężczyzną w ciemnym płaszczu i granatowym szaliku. Nowoprzybyły mógł mieć na oko trzydzieści pięć lat, może trochę więcej, i był koszmarnie brzydki. Jego dziwna twarz przywiodła mi na myśl jakieś wredne zwierzątko. Wydra! Tak, przypominał wydrę, choć one chyba nie są wredne. Miał podłużną twarz z karykaturalnie wysoko umieszczonymi kośćmi policzkowymi i szpiczastym, dużym nosem. Delikatne, jakby kobiece usta, mocno kontrastowały z ostrym spojrzeniem jasnych, zielonych oczu. Na czoło opadała mu zabawna grzywa ciemnych, kręconych włosów. Z tą przerysowaną twarzą przypominał bardziej postać z komiksu niż urzędnika wyższego szczebla.

– Witam panie. Nazywam się Roman Fir i od dziś będę waszym nowym szefem. Pan Paweł odchodzi na zasłużony odpoczynek. Jak panie wiecie, stan zdrowia waszego szefa zmusił go do wcześniejszego odejścia. Ja przyjechałem z centrali i będę koordynował działania zespołu. Jeszcze nie wiadomo, jak długo zostanę, ale przygotujmy się na wieloletnią i owocną współpracę.

Podczas powitania nowy szef omiótł wzrokiem pomieszczenie, przyglądając się uważnie każdej z pracownic, nie wyłączając mnie. Biurwy aż się gotowały na tych swoich krzesełkach, a uśmiechy rozjaśniły ich postarzałe oblicza. Ten dudniący bas musiał na nie silnie działać, bo wpatrywały się w młodszego od nich o dobre dwadzieścia lat mężczyznę maślanymi oczami. Na mnie Wydra gapił się dłużej. Tak jakby chciał wyczytać z mojego oblicza, jak owocna czeka nas współpraca. Przyjęłam to z nabytą obojętnością. Niech się gapi. Szczerze mówiąc, jak już wspominałam, niewiele rzeczy sprawiało mi teraz przyjemność, niewiele również potrafiło wyrwać mnie z apatii. To spojrzenie nie stanowiło wyjątku.

– Pani Julia Kozak, jak mniemam. – Nie uznałam za zasadne potwierdzać tak błyskotliwego spostrzeżenia. – Z osób pracujących w biurze ma pani najkrótszy staż.

Nie da się ukryć, o, Sherlocku!, pomyślałam. Głos Wydry stawał się ze słowa na słowo coraz cichszy i niższy. Jeszcze kilka zdań i wejdzie w rejestr niesłyszalny dla ludzkiego ucha.

– Z przykrością muszę panią poinformować, że centrala uznała, iż pani etat jest zbędny w zamiejscowej komórce. Zawczasu przygotowałem wypowiedzenie. Z uwagi na fakt, iż od dawna nie korzystała pani z przysługującego urlopu, to właściwie od dziś ma pani wolne.

Wydra wpatrywał się we mnie świdrującym spojrzeniem. Kącik ust drgnął, jakby w cieniu uśmiechu. Czekał na moją reakcję. Może myślał, że się popłaczę, albo zacznę prosić o rozmowę z centralą, wskazywać na ilość przerobionych spraw, stuprocentową obecność i tym podobne pierdoły. Może to dziwne, ale mój mały koniec świata, do którego doszło o 8.23, wcale nie zrobił na mnie oczekiwanego przez niego wrażenia. Może nawet poczułam znów tę zaskakującą ulgę. Mechanicznie wylogowałam się z systemu, kilkoma ruchami uprzątnęłam biurko, wzięłam od Wydry plik kartek, skinęłam głową całemu towarzystwu i wyszłam.

Widziałam kątem oka wyraz zdziwienia malujący się na jego twarzy. Chyba spodziewał się większych emocji. Cóż. Emocje i ja to nie jest para doskonała. Założyłam płaszcz i wolnym krokiem po raz ostatni przemierzyłam pomalowany farbą olejną korytarz.

To był dzień jednak inny niż poprzednie. Była 8.44, a ja wędrowałam wolno przez ponure miasto, pognębione listopadową mżawką. W co drugim sklepie świeciły już ozdoby świąteczne. W dość obskurnej kawiarni, zajętej o tej porze niemal w pełni przez Romów załatwiających w swoim tajemniczym języku równie tajemnicze interesy, wypiłam mocną sypaną kawę, zagryzając ją drożdżówką. Czułam się dość osobliwie. Mój Dzień Świstaka skończył się – nie z głośnym hukiem, a z cichym sykiem balona, z którego ktoś spuścił powietrze. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, więc bezmyślnie poczłapałam  do domu.

W mieszkaniu nie potrafiłam znaleźć dla siebie miejsca. Czyżby ta rutyna, ta codzienna miałkość życia była lepsza niż mój mały koniec świata? Trochę poczytałam, zjadłam mrożonkę z Biedronki, nakarmiłam kota, wypiłam herbatę, wypalając przy tym cztery papierosy, obejrzałam program o gotowaniu, zagrałam w gry na facebooku, a wciąż bez mojej codzienności czułam się, jakbym tkwiła w pustce. W dziwnej próżni, która, jak to próżnia, zasysała mnie do środka, wciągała coraz głębiej, aż poczułam, że muszę iść po wino. A najlepiej dwa, bo potem nie będzie mi się chciało chodzić po tym listopadowym dżdżu.

Włączyłam jakiś wypełniacz czasu na komputerze i dość szybko uporałam się z pierwszą butelką. Nie byłam ani smutna, ani wesoła, dowcip serialu ślizgał się po powierzchni mojej świadomości, wymuszając odruchowe uśmiechy. Wino nie wyrwało mnie z mojej gęstej próżni, ani nie spowodowało gwałtownego wybuchu złości na złodzieja mojego życia.

Dźwięk telefonu dotarł do mnie dopiero po trzecim dzwonku. Odebrałam, jakiś nieznany numer.

– Halo – mruknęłam.

– Możesz jutro przyjść do pracy. – Nie przedstawił się, ale poznałam głos od razu.

– Ok.

– Nie cieszysz się?

– Cieszę… – odpowiedziałam, bo tego oczekuje się od osoby zwolnionej z pracy, ale radość była mi tak samo odległa jak żal z powodu wypowiedzenia.

– No, dobra… – przeciągnął ostatnią głoskę, jakby miał coś jeszcze do powiedzenia. Ale, albo nie miał, albo nie chciał tego powiedzieć, bo po przeciągającej się ciszy, padło krótkie “cześć” i rozmówca się rozłączył.

Wyłączyłam komputer, zmyłam naczynia, zapaliłam ostatniego papierosa, umyłam się, a potem położyłam do łóżka. Przemknęło mi przez myśl, że ten dziwny dzień mijał jak sen. Coś, co nie miało prawa się wydarzyć, jakaś usterka w kopiarce, która całe szczęście została szybko usunięta… i już jutro wszystko wróci do normy. Znów będę powtarzać szereg znanych i bezpiecznych czynności, których banalność dawała poczucie bezpieczeństwa a zarazem odbierała wolę walki. Zakopana pod ciepłą kołdrą pomyślałam nagle, że powinnam się zabić. Ta rozkoszna myśl, wywołująca uśmiech na mojej twarzy, trwała jednak krótko. Zdecydowanie brak mi śmiałości na takie ekstrawagancje. Nie miałam siły i odwagi, by wyrwać się z mojego koła zębatego w żadnym kierunku, ani tym skutkującym definitywnym końcem, ani tym groźniejszym, zapowiadającym zmiany. Gdyby tak jakiś meteoryt walnął w ziemię… Albo nieuleczalna choroba. Coś, na co nie miałabym żadnego wpływu… Rozmarzyłam się.

A potem, gdy już zasnęłam, śniło mi się coś dziwnego. Rano nie pamiętałam szczegółów, ale z pewnością w mojej wizji sennej pojawił się Wydra. Ja miałam plastry na oczach, skute ręce i nogi, a on  wiózł mnie na wózku inwalidzkim. Siedziałam bezwolna, bezsilna i wściekła. Tak! W moim własnym śnie czułam! Przepełniała mnie tak ogromna wściekłość, że miałam wrażenie, iż rozerwę zaraz kajdany, zeskoczę z pojazdu i ucieknę. Albo rzucę się na niego i przykuję do wózka. By wiedział, jakie to straszne, jakie upokarzające nie móc kontrolować własnego życia. Ale nic takiego się nie stało. Mimo potwornej złości nie byłam w stanie pokonać więzów. Czułam wiatr na twarzy i skądś wiedziałam, że jesteśmy wysoko. W pewnej chwili zatrzymaliśmy się, a on coś powiedział.  Tym irytująco cichym, niskim głosem. Nie usłyszałam, a nie mogłam odpowiedzieć, bo usta także zamykał mi plaster. Powtórzył.

“Leć.”

Usłyszałam. Nie mogłam lecieć. Przecież nie mogłam się nawet poruszyć!

A on przechylił wózek i zaczęłam spadać.

Obudziłam się zlana potem. Serce kołatało mi w piersi. Zerwałam się szybko, bo przemoczona kołdra lepiła się do spoconego ciała. Weszłam pod prysznic i puściłam wodę. Miała polecieć gorąca, jak zwykle, ale chyba pomyliłam kurki, bo z kranu popłynęła lodowata struga. Wzdrygnęłam się, ale pozwoliłam by zimno koiło moje nerwy. Ten dzień także był inny. I już wiedziałam. Nie lubię inności.

Zegarek wskazywał 7.55, a to oznaczało spóźnienie, co w sytuacji przywrócenia do pracy nie było najlepszym pomysłem. W pośpiechu się ubrałam, zakładając jedyną wyprasowaną rzecz, jaką znalazłam w szafie – starą sukienkę, którą kupiłam na obronę pracy magisterskiej. Wciąż pasowała, chociaż odniosłam wrażenie, że cycki mi urosły. Nie zastanawiając się jednak nad tym fenomenem, porwałam płaszcz, torbę i wybiegłam z domu. Na miejsce dotarłam dokładnie o 8.10, co przy szefie – pierdole umknęłoby niezauważone, ale z Wydrą przy sterze musiało stać się wydarzeniem dnia. Tak mi się przynajmniej wydawało, kiedy wleciałam na niego, otwierając z rozmachem drzwi do biura. Odbiłam się od jego twardego torsu i wpadłam na wieszak z płaszczami. Moje kochane biurwy aż rozdziawiły umalowane usteczka, gdy ujrzały mnie w progu. W końcu miało mnie tu nie być. A byłam. Spóźniona, zziajana i do tego w sukience.

– Pani Julio, chciałbym z panią porozmawiać.

– Ok.

– W moim gabinecie. – Szczupłą dłonią o długich palcach wskazał drzwi do swojego pokoju.

Usiadł wygodnie na skórzanym fotelu, który wprowadził się do biura razem z nim i spojrzał na mnie badawczo. Nie wiem, może czekał na podziękowania, przeprosiny, czy jakieś inne grzecznościowe bzdety. W każdym razie, skoro nie wiedziałam, czego ode mnie oczekuje, postanowiłam się nie odzywać. W popularnym geście zrobił piramidkę z dłoni, a jego zadziwiająco długie palce zadziałały hipnotyzująco. Przyglądałam się powolnym ruchom, odczuwając dziwne podekscytowanie, kiedy kolejne opuszki stykały się ze sobą. To jakiś obłęd!, pomyślałam. Podniecają mnie jego opuszki. Sześć lat celibatu robiło swoje. Co prawda wygląd Wydry nie był zachwycający, a poranny koszmar napełnił mnie niechęcią do tego szczupłego faceta, to jednak coś w tej pozie mnie poruszyło. Skłonił się bliżej, pochylając tułów i przytknął piramidkę z palców do ust. Zagrało. Zagrało tak mocno, że aż zrobiło mi się słabo. Zapomniane uczucie uderzyło w mój żołądek, wpuszczając do niego stado motyli. Choć, nawiązując do mojego nastroju, było to raczej stadko rozszalałych nietoperzy.

Długie palce zaczęły przesuwać się powoli wzdłuż krawędzi dolnej wargi, a ja siedziałam, przykuta do krzesła i wpatrywałam się w tę scenę jak kobra w fakira. Opuszki zarysowały łagodną linię wargi i zagłębiły się na chwilę w małym dołeczku w kąciku ust. Następnie rozchyliły się jak rozkwitający kwiat, które pokazują na filmach przyrodniczych w przyspieszonym tempie, a potem gwałtownie zamknęły. Wciągnęłam powietrze nieco zbyt głośno, a kącik ust, tak czule drażnionych przez nowego szefa uniósł się w leciutkim drgnieniu. Wydra klasnął w dłonie, wybudzając mnie z transu. Wzdrygnęłam się, zgrzytając krzesłem po podłodze.

– Pani Julio… Może panią dziwi, że przywróciłem panią do pracy. – Teatralna pauza. Chyba znów oczekiwał odpowiedzi, ale niestety moje zachowania społeczne są na tak niskim poziomie, że odpowiadanie na banały znacząco je przekracza. – Cóż… rozmawiałem wczoraj długo z centralą, walcząc o panią. Podałem szereg argumentów, wnioskowałem, by pani etat został zachowany i spotkało się to ze zrozumieniem.

Wzruszyłam ramionami. Czułam, że temu mężczyźnie ufać nie wolno, więc raczej oczekiwałam na puentę wypowiedzi, nie delektując się poszczególnymi jej etapami. Wydra sięgnął do szuflady i wyjął moją teczkę.

– Uważam, że jest pani wartościowym pracownikiem, którego nie chciałbym stracić. – Otworzył teczkę – Ma pani wiele osiągnięć, którymi nie mogą się pochwalić starsze koleżanki. – Skinął głową w kierunku drugiego pokoju, przesuwając palcami po moim CV.

Opuszki na chwilę przystanęły i zajęły się okrążaniem przyklejonego w rogu kartki zdjęcia. Znów zaczął to robić! Wodził sugestywnie wokół miniaturki mojej twarzy zataczając coraz mniejsze kółka, aż dotarł do samego środka. Zatrzymał się i popatrzył mi w oczy. A potem sprawił, że się roześmiałam. Szczerze i wesoło, lecz speszona dźwiękiem własnego śmiechu, błyskawicznie zamilkłam. Wydra strzelił mi pstryczka w nos. To znaczy – mojemu zdjęciu.

– Widzę, że szybko i bardzo rzetelnie załatwia pani powierzone sprawy. Ma pani stuprocentową obecność. Chciałbym, żeby zrobiła mi pani loda. Otrzymała pani wiele pochwał z centrali.

– Słucham? – Nie wiedziałam czy to co usłyszałam, naprawdę powiedział, ale jeżeli usłyszałam, to coś musiałam z tym zrobić.

– Tak? – Wydra uniósł wzrok znad moich akt osobowych patrząc na mnie zdziwionym spojrzeniem.

– Co pan przed chwilą powiedział?

– Że otrzymała pani wiele pochwał z centrali. – uśmiechnął się. Jakoś niepokojąco, co nie rozwiało moich wątpliwości.

– Nie to. Co pan wcześniej powiedział?

– Że ma pani stuprocentową obecność.

– Też nie to. – Może wariuję, ale to niemożliwe, bo przecież wyraźnie słyszałam jego słowa.

– To proszę powiedzieć, co pani słyszała. – Kiedy się uśmiechnął, kąciki jego ust opadły.

– Ja… pan zasugerował… – nie potrafiłam dokończyć. Przecież nie mogłam mu powiedzieć co usłyszałam, bo może mi się tylko zdawało, że usłyszałam. W każdym razie, moja twarz przybrała barwę maków na Monte Cassino, zabrakło mi powietrza i zamilkłam, wzbudzając uzasadnioną wesołość u mojego rozmówcy.

– Co zasugerowałem?

– Nic. Zdawało mi się.

– Dobrze. – Wstał, poprawił marynarkę, przeczesał opadające na oczy włosy i uśmiechnął się.

Wyciągnął do mnie dłoń. A pamiętałam, że była to ta sama dłoń, którą dotykał swoich ust i mojego zdjęcia; dłoń, która wywołała u mnie omamy słuchowe i zmiękczyła mi kolana.

– Dobrze. – odpowiedziałam głupio, bo nic bardziej sensownego nie przychodziło mi do głowy. – To ja pójdę do swojego pokoju. Będę… – Wydra gapił się na mnie z uśmieszkiem na pociągłej twarzy. Dziś nie wydawał mi się tak paskudny, jak wczoraj. Wczoraj jego niecodzienna uroda mnie odrzucała, dziś zaczynała fascynować. – Będę zajmować się tym, co robię najlepiej.

Wyszłam. Nic nie powiedział, ja też nie gadałam bzdur. Bo po co? Przecież to rozmowa szefa z podwładną. O czym w takiej relacji można rozmawiać? O czym w ogóle można rozmawiać z ludźmi? Usiadłam przy biurku i przymknęłam oczy. Biurwy nadawały w wysokim rejestrze, od którego świdrowało mi w uszach.

– Co myślisz o nim?

– Och, fajniutki, fajniutki, Marynia. Takie ciasteczko.

– Mam nadzieję, że da nam więcej spokoju niż Pawełek – pierdoła.

– No ja też. I chyba facet z jajami. Będzie sam podejmował decyzje. – Zachichotały obie skrzeczącym, przepalonym śmiechem.

– A co u ciebie, kochaniutka, jak tam Edek?

– A, Edek. Edziu dochodzi do siebie po zawale. Lekarz kazał mu się oszczędzać, ale wiesz sama, jaki jest Edziu, przecież on nie jest w stanie usiedzieć w miejscu.

Zniżyły głos, jakby to miało sprawić, że nie będę słyszeć ich rozmowy.

– A zobacz, jak się nasza dziunia dziś wypindrzyła.

– No, jak laleczka. Dla naszego Romanka, taka śliczna. – Ściszony rechot starych ropuch rozszedł się po kątach pokoju.

– I sukienusię założyła.

– Ciekawe, co musiała zrobić, żeby ją  ponownie dziś przyjął.

Danusia pokazała Maryni policzek wypchnięty językiem. No, słodkie te moje koleżanki z pracy, doprawdy słodkie. Jak miód. I brzęczały, niczym te pszczółki, a brzęczenie narastało w mojej głowie, narastało, aż osiągnęło poziom wibracji młota pneumatycznego.

– Zamknijcie się. – powiedziałam cicho.

– Co, Juleczko? Co powiedziałaś?

– To, co słyszałyście. Zajmijcie się pracą.

Mówiłam cicho, spokojnie, tym samym co zawsze beznamiętnym tonem, do którego zdążyły przez ostatnie lata przywyknąć. Ale w środku, we mnie działo się coś zadziwiającego. Byłam zła. Autentycznie zła. Na koleżanki, na Wydrę z jego irytującym uśmieszkiem, na stosy papierów leżących na biurku, na wszystko. A przede wszystkim byłam zła na siebie, tak po prostu. Bez powodu.

Osiem godzin minęło szybko. Biurwy nie odważyły się już dyskutować, przynajmniej nie z taką intensywnością jak o poranku. Wydra nie zaglądał do naszego pokoju. Podejrzewałam, że ogląda pornole na swoim kompie. Wizja brandzlującego się przy biurku szefa rozbawiła mnie serdecznie. Z tą jego dziwaczną twarzą, musiał robić komiczne miny podczas seksu.

Wylogowałam się z systemu, założyłam płaszcz i wyszłam. W moim “redingote gris”, pamiątce z czasów, kiedy jeszcze coś mnie interesowało, wtopiłam się w tłum jesiennych ludzi, brnących po kolana w listopadowej słocie. Byliśmy niemal jednorodną masą, różniącą się jedynie odcieniami szarości. Ponure twarze, zwieszone ramiona, ołowiane niskie niebo. Spuściłam głowę i sunęłam wydeptaną ścieżką do domu. Chodnik przesuwał się pod moimi nogami, ciemny i śliski. Opadłe liście straciły swój żywy kolor, stając się brunatną breją. Znów pomyślałam o miałkości życia. I o ostatecznym rozwiązaniu jej problemu.

Kątem oka spostrzegłam plamę koloru. Czerwono – czarny szalik mignął jakieś sto metrów przede mną. Kolor! To coś innego niż szarość. Kolor to życie, to nadzieja, coś prawdziwego w burej mazi. Stopy same mnie poniosły śladem czerwono – czarnej materii. Chwilami obawiałam się, że straciłam go z oczu, gdy znikał, w jakimś zaułku, za zakrętem, w przejściu podziemnym. Biegłam wówczas kilka kroków i przystawałam zdyszana, z uśmiechem satysfakcji, gdy udawało mi się go ponownie wypatrzeć. Byłam na polowaniu, niczym ogar przeszywałam powietrze skupionym spojrzeniem, a jaskrawa, kolorowa plama była moim zającem, którego goniłam zawzięcie, oddalając się coraz bardziej od domu. Ale nie było to ważne. Nic nie było ważniejsze od mojego celu. Nie zastanawiałam się, co będzie, gdy szalik zniknie, gdy pochłonie go jakiś dom z ciepłym wnętrzem, gdy zdejmą go czyjeś czułe dłonie i powieszą na wieszaku przy drzwiach.

Szalik przystanął. Stał na środku chodnika i czekał. Na co czekał? Na mnie? Nie wiedziałam co zrobić. Mężczyzna był wysoki, ale czerwono – czarny materiał spływał z ramion aż do ziemi. Zbliżałam się powoli, skradałam się jak myśliwy do swojej zwierzyny, przywarłam plecami do brudnych kamienic i sunęłam ostrożnie, licząc, że mój szary płaszcz zamaskuje mnie w szarym tłumie. Szalik, czyli mężczyzna stał plecami do mnie. Był wysoki, szczupły i miał ciemne, kręcone włosy. Zaczynałam się denerwować. Ta sylwetka i te włosy wydawały mi się znajome, ale nie mogłam sobie uzmysłowić, skąd je znam. Byłam już zaledwie kilka kroków od niego, od mojej zdobyczy. Serce biło mi jak oszalałe. Poczułam strużkę potu spływającą wzdłuż kręgosłupa, wywołującą dreszcze.

Wtedy zobaczyłam ją. Szła środkiem chodnika, piękna i zimna – Królowa Śniegu. Platynowe włosy gładko przylegały do kształtnej głowy, jasnoszary płaszczyk opinał zgrabne ciało, błękitny szal podkreślał alabastrowy kolor cery. Była idealna jak posąg, jak dzieło sztuki. Zerknęłam na siebie i zdołałam jedynie pokiwać głową. Po co komentować oczywistość.

Żywa rzeźba podeszła do mężczyzny w szaliku, uniosła się na palcach i umalowanymi karminową szminką ustami musnęła jego policzek. Poczułam niezwykle bolesne ukłucie żalu. Zdziwiło mnie to, bo przecież Pan – Szalik nie należał do mnie. Jednak fakt, że śledziłam go przez pół miasta sprawił, że przywiązałam się do niego. Lodowa Pani chwyciła mężczyznę pod ramię i pociągnęła w tłum. Zanim jednak zniknęli w szarej masie właściciel Szalika odwrócił się i spojrzał na mnie. Byłam pewna, że na mnie, na nikogo innego, nasze oczy zetknęły się na tę kradzioną sekundę, a ja byłam tak zaskoczona, jak to tylko możliwe. Bo przecież go znałam. To takie oczywiste…

Wydra uśmiechnął się smutno, odwrócił i odszedł ze swoją Królową Śniegu.

***

Jechaliśmy obok siebie na terkoczących wózkach. Trzymaliśmy się za ręce. Radość wypełniała każdą komórkę mojego ciała. Gładkość skóry, zaciśnięte, długie palce, ściśle obejmujące moją niedużą dłoń, czułość dotyku. Podekscytowanie sięgało zenitu. Byłam taka szczęśliwa. Wiedziałam, że to sen. Czasem miewa się to osobliwe uczucie. Teraz tak było. Miałam pełną świadomość nierealności sytuacji, ale walczyłam o każdą sekundę w nieprawdziwym świecie, który dawał mi szczęście. Roman zerkał na mnie, a jego oczy śmiały się wesoło – zmrużone i lśniące. Nie mogliśmy się poruszyć, ale to się nie liczyło. Nic nie miało tak naprawdę znaczenia, wobec obezwładniającej błogości.

Obudziłam się, spadając.

***

Padał śnieg. Gęsty, lepki, pierwszy śnieg tej jesieni. Niebo miało kolor zmiętego dziennika. Pojedyncze płatki zlewały się w jednolitą masę, a kiedy zadarłam głowę, by na nie popatrzeć, zaatakowały mnie zimne, puchate zwierzątka. Oblepiły mi twarz, aby następnie zwinnie przenieść się pod płaszcz, znacząc mroźną ścieżką przebytą drogę.

Zanim dotarłam do pracy, przemokłam do cna. Nawet gorąca kawa nie doprowadziła mnie do porządku. Miałam dreszcze i dość ponury nastrój, który pogłębiał się z każdą godziną spędzaną przy biurku. Sama nie wiem, czego oczekiwałam, ale wiedziałam, że powód mojego złego samopoczucia znajduje się w pokoju obok. Może myślałam, że przyjdzie, uśmiechnie się, powie coś miłego. Ale przecież po co miałby to robić? I z jakiego powodu?

Moje nudne, poukładane życie nabierało rumieńców, których nie zapraszałam. Skupiałam się na pracy, podwajając i tak dobre wyniki. Nie zwracałam uwagi na docinki biurew. Czekałam na szesnastą.

Każdy dzień mimo, że podobny do poprzedniego był jednak w jakiś sposób wyjątkowy. Zaczęłam zwracać uwagę na szczegóły, drobiazgi, które umykają podczas wędrówki ze zwieszoną głową. Świat szykował się na nadchodzące święta. Na szybach rozlewały się kiczowato i ckliwie światła zawieszonych na latarniach ozdób. Wichry z północy grasowały, próbując je zerwać za wszelką cenę. Póki co, było jeden zero dla światełek. Kurczowo trzymały się słupów, nie dając się wichurze. W biurze prawie nie widywałam Wydry – zamknięty w swoim pokoju rzadko do nas zaglądał. Czasem słyszałam jedynie jego niski głos tłumaczący coś dobitnie upartemu petentowi. Czarno – czerwony szalik wisiał na wieszaku, nie dając mi zapomnieć o wstydliwym epizodzie z gonitwą przez miasto.

Sny, natrętne jak złośliwa mucha, która nie odleci, dopóki nie zmiażdży jej gazeta, nawiedzały mnie co noc. Sny, w których byłam radosna i szczęśliwa; w których Wydra uśmiechał się do mnie, czule trzymając za rękę. W których jechaliśmy obok siebie, w których walcząc z aluminiowym stelażem kradliśmy pocałunki. Boże, jak ja go kochałam w tych snach! Jak bardzo pragnęłam, żeby po przebudzeniu znaleźć się w jego ramionach. Budziłam się wcześniej, rozgrzana i spragniona. Męskich ramion, dotyku długich palców na mojej spoconej skórze, drżących pocałunków nabrzmiałych oczekiwaniem. W głowie bulgotał różowy kisiel. Z dnia na dzień coraz trudniej było mi zakładać obojętną urzędniczą maskę. Stawałam się pomału tym, czym gardziłam do tej pory. Rozedrganą emocjonalnie dziunią, której potrzeby i pragnienia dyktują rozpędzone hormony.

I wtedy zadzwonił.

Z chirurgiczną precyzją wybrał najbardziej odpowiedni moment. Byłam już mięciutka jak nie ścięta galareta i wystarczyło naprawdę niewiele, bym runęła z uśmiechem na ustach w dół pluszowej równi pochyłej.

– Hej – głos mu drżał. Usłyszałam szczekanie i szum samochodów.

– Hej.

Pauza. Przedłużająca się cisza, w której dochodziły mnie dźwięki urywanego oddechu prosto w słuchawkę, skrzypienia kroków w głębokim śniegu i radosnego nawoływania psów.

– Co słychać? – Mógł się postarać bardziej, ale pewnie czuł się równie idiotycznie, jak ja, więc mogłam mu wybaczyć to bezsensowne pytanie.

– Okej.

– To dobrze.

Siedziałam na łóżku ze słuchawką niemal wciśniętą w ucho i chłonęłam jego obecność. Przez głowę przebiegały, niczym stada bizonów na prerii, tabuny myśli. Ten lakoniczny i skrajnie niezręczny dialog zamieniał się w pasjonującą rozmowę. Zachwycałam go moimi błyskotliwymi spostrzeżeniami, mój perlisty śmiech wywoływał uśmiech na jego twarzy, byłam swobodna, wesoła, kokieteryjna. Boże, czemu nie można żyć w wyobraźni?! Zamiast tego serwowałam mu nerwowe chrząknięcia i półsłówka.

– Zimno ci? – zapytałam, wyglądając przez okno.

Sypało. Była zwykła, mroźna styczniowa noc. Może trochę zbyt jasna z powodu nisko zawieszonych nad miastem ciężkich chmur. Niebo miało przytłaczająco żółtawy odcień.  Wielkie płatki śniegu topniały od razu, po zetknięciu z nagrzaną szybą. Szklana tafla poprzecinana była wężykami ściekających kropel.

– Bardzo.

– Wracaj do domu. W domu cieplej.

– Wolę być tu. – Już słyszałam w duchu wyszeptane “z tobą”. Ale czy naprawdę to powiedział, czy tylko mi się zdawało? – Jestem na spacerze z psem.

– Aa.

– Masz jakieś zwierzę?

– Kota.

– Nie lubię kotów.

– Ja też nie. – Zaśmialiśmy się równocześnie do słuchawki. – Ale tego było mi żal. To wzięłam. I tak już został.

Znowu zapanowało milczenie. Ale teraz było jakieś inne, bardziej intymne

***

Ręce miał niemal fioletowe z zimna. Nos i policzki jarzyły się na tle bladej twarzy. Ciemna grzywa opadła nisko, zakrywając oczy. Dyszał ciężko, próbując uspokoić walące serce. Zdawało mi się, że słyszę te gwałtowne uderzenia mięśnia tłoczącego krew do zmarzniętych członków. Wyglądał żałośnie. A mnie wydawał się najpiękniejszym mężczyzną na świecie.

Brakowało czasu na romantyczność. Może powinniśmy byli wówczas stać przez te dwadzieścia minut i patrzeć na siebie w zachwycie, muskać nieledwie wargi w nieśmiałej obietnicy przyszłego spełnienia, trącać subtelnie palcami zarumienione twarze.

Może, może, może. My stanowiliśmy jednak produkt dwudziestego pierwszego wieku, nasza romantyczność sprowadziła się do zamknięcia psa w łazience, a kota w drugim pokoju, żeby się nie zeżarły. Wilczur ujadał wściekle i walił łbem w futrynę, kiedy zrywałam z Wydry kolejne warstwy ubrań. Bez płaszcza, szalika, swetra, koszulki i spodni, za to w skarpetkach, które pośpiesznie ściągał podskakując na jednej nodze i w zbyt luźnych bokserkach nie był już moim szefem, nie był nawet tym facetem, o którym prześniłam noce. Wydra stał się kompletnie kimś innym. Jakąś nagą, chudą istotą, obiektywnie niezbyt atrakcyjną, stojącą niepewnie w moim przedpokoju. Kot zdrapywał właśnie farbę olejną z drzwi w zemście za uwięzienie, a ja zrzuciłam resztki swoich ciuchów.

W zwykłych gaciach, nie żadnej tam fikuśnej bieliźnie łóżkowej też prezentowałam się dość przeciętnie. Ale to wówczas nadszedł ten moment, gdy nie ma już powrotu, trzeba zrobić krok naprzód, bo za plecami płonie stodoła. Bezbronność nagości popchnęła nas ku sobie.

Pociągnęłam Romana do łóżka. Dotyk zimnych rąk elektryzował, odurzał i sprawiał, że wszystko zdawało się być nierealne, zamglone. Działaliśmy nieporadnie, potwornie nieporadnie, jak pijane dzieciaki na pierwszej prywatce. Położył się na mnie powoli, jakby pytająco. Całym ciałem wyrażał wątpliwość, czy to, co robimy, jest właściwe, dobre i słuszne. Jakby odpowiedzi miały jakiekolwiek znaczenie. Zimna skóra nagrzewała się w kontakcie z moją. Pociągnęłam koc i okryłam mu plecy. Drżał, gdy niecierpliwie całowałam ostre kości policzkowe, szpiczasty nos i miękkie, niemal kobiece usta. Odpowiedział zbyt szybko, zbyt gwałtownie, język wdarł się między lekko rozchylone, wilgotne wargi, zęby zadzwoniły w zderzeniu. Ujęłam jego głowę i pokazałam jak chcę być całowana, mocno i głęboko, bez pośpiechu. Posłuchał.

Zsunęłam mu stopami bokserki i czekałam na trzęsienie ziemi. Może i byliśmy zbyt nowocześni na ulotną grę gestów i igraszki słowne, ale ta chwila, kiedy unosząc się nade mną na wyprostowanych ramionach spojrzał mi w oczy, a ja już wszystko wiedziałam… To o tym piszą w książkach. Ale słowa to za mało. Pies w łazience chyba też to zrozumiał, bo zamilkł na chwilę a następnie żałośnie zaskowyczał.

Roman podniósł biodra, a ja sięgnęłam między nogi, by mu pomóc. I zamarłam.

Poczułam, że w dłoni trzymam najmniejszego członka, z jakim kiedykolwiek miałam do czynienia. Był wąski, krótki, z karykaturalnie dużą żołędzią, która mieściła się w mojej drobnej dłoni. Wydra wciągnął nerwowo powietrze, a ten nieduży podgrzybek jeszcze zmalał przerażony moją reakcją. Musiałam szybko coś zrobić, bo gotów był w ogóle schować się i nigdy bym go nie odnalazła w gęstym włosiu porastającym męskie podbrzusze. Zsunęłam się niżej, aż moja twarz znalazła się naprzeciw sprawcy całego zamieszania. Był naprawdę niewielki i trochę dziwny, ale przecież penis, to penis. Co w tym może być  skomplikowanego?

Z łatwością wsadziłam go sobie do ust – od nabrzmiałego łebka, aż do nasady. Nie nazwałabym tego głębokim gardłem, ale przyniosło spodziewany efekt. Stwardniał ponownie, żyły uwypukliły się na trzonie, a żołądź puściła pierwsze krople śluzu. Wypuściłam go z objęć mokrych warg i zaczęłam drażnić językiem. Biedny Wydra opadł na łokieć, bo pozycję wybrałam mu nie najwygodniejszą. Wylazłam szybko i ułożyłam się na wznak pod nim. Nie oczekiwaliśmy finezji, chcieliśmy jedynie zaspokoić palące pragnienie. Palcami nakierowałam go na właściwe miejsce.

Wśliznął się delikatnie, jakby to była najprostsza rzecz pod słońcem, i wtedy poczułam, że to właśnie na niego czekałam. Że jest dla mnie idealny. Ta wielka, nieproporcjonalna żołądź trafiła w odpowiedni punkt. Mięśnie instynktownie zacisnęły się na nim, jakby chciały utrwalić w pamięci kształt tak ściśle do nich dopasowany. Nie poczułam odrobiny bólu; była sama, czysta, jak najlepszy destylat, przyjemność. Dotarło do mnie, że nie potrzebuję do szczęścia wielkich kutasów, wystarczy ten maleńki, ale stworzony na miarę – niczym miecz do pochwy, dłoń do rękawiczki.

Poruszał się powoli, sycąc mnie nowymi doznaniami, jakby wiedział, że nigdzie nie musi się spieszyć, nie musi pędzić ku spełnieniu, bo ono i tak nadejdzie. Już zaraz, za moment, za kilka oddechów, parę jęków, garstkę westchnień i rwanych słów szeptanych w spoconą szyję, tłumionych słoną skórą. I patrzył mi w oczy, jakby znał mnie od zawsze, a zachwycał się co dzień. Nie przeszkadzały mi grymasy malujące się na dziwnej twarzy, wiedziałam, że są tylko dla mnie, dla moich źrenic, na wyłączność.

Zwierzęta ucichły. Nasłuchiwały z uwagą.

Przyśpieszył, dociskając mnie mocniej do kanapy. Oplotłam udami jego biodra. Wszedł głębiej, dobijając do dna. Brak bólu był czymś tak zaskakującym, jak brak uszek w barszczu na Wigilię.

Mimo, że moje doświadczenia pochodziły z dawnych czasów, to dobrze pamiętałam, że seks musiał boleć, że naprężona męskość raniła, rozpychała się, naciskała i uderzała. Że jedynie za cierpienie można było kupić trochę przyjemności. To dlatego szukałam ucieczki w palcach kobiet, aż jedna z nich, bardziej doświadczona, zdziwiona stwierdziła, że jestem strasznie płytka. I mówiąc to, nie miała na myśli moich zdolności intelektualnych. Byłam płytka i ciasna, a on krótki i wąski. Para idealna.

Wydra też nie mógł uwierzyć w to, co się dzieje, gdy czuł zaciskające się mocno mięśnie pochwy. Spełnienie zbliżało się nieuchronnie. Jak tsunami rosnące na horyzoncie. Przytuliłam go mocno, obejmując ramionami napięty kark. Palcami chwyciłam gęste włosy i zacisnęłam. Miałam wrażenie, że cała krew odpływa mi z kończyn i skupia się w jednym miejscu. Poruszał się we mnie zapamiętale, jak tłok w rozgrzanym silniku. Dyszał ciężko prosto do ucha, po szyi spływały mu krople potu. Zaczęłam drżeć, falujące ścianki mojego wnętrza napędzały jego ruchy. Gorący kisiel rozlał się w moim ciele niczym fala przyboju. Nie widziałam i nie słyszałam. Czułam i było mi dobrze. Zdawało mi się, że krzyczał. Zaciskał dłonie na moich ramionach, wykonał jeszcze kilka pchnięć i opadł na mnie, miękką i drżącą.

Malejący członek wysunął się niepostrzeżenie, uwalniając wilgoć wypływającą ze środka i wpuszczając smutek.

Pocałunek smakował żalem, że harlequin nie może trwać. Usta Wydry przywarły do moich i tak leżeliśmy bez ruchu, bojąc się nadchodzącej chwili. W porządnym romansie, ona by zacisnęła palce na jego dłoni, on spojrzałby z tęsknotą i wyszedł, ale wrócił, najlepiej mokry od deszczu, płaczącego z powodu ich rozstania, a potem… potem kochaliby się do rana, patrząc z nadzieją w przyszłość.

Ale życie to nie bajka.

– Muszę już iść.

– Yhm.

– Ja…

– Tak, wiem.

Wstydliwie chował swoją małą męskość w zbyt luźne bokserki. Nie patrząc mi w oczy, zakładał skarpetki, podciągając je do połowy łydki. I spodnie, koszulka, sweter. Potem sięgnął po płaszcz i szalik. Znów stał się szefem, człowiekiem z moich snów – odległym i niedostępnym, jakby dzieliło nas nie te pięćdziesiąt centymetrów, tylko lata świetlne. Jakby nie było tego, co przecież jeszcze chwilę temu dzieliliśmy.

Specjalnie zostałam w łóżku, goła, lepiąca, ordynarnie przypominająca, że był we mnie, na mnie, przy mnie. Czułam złość na siebie i na niego. Do obojga za to samo – za chroniczny brak odwagi.

Spojrzał ostatni raz, już nic nie mówił. Zabrał psa i wyszedł.

***

Wiosna nadciągała ciemną chmurą zbliżającej się ulewy. Ukryty przez zimowe miesiące brud wyzierał teraz z każdej szczeliny. Zgniecione trawniki zasłane były pryszczami psich kup.

Wilczur już nie ujadał, kiedy Wydra wchodził bez słów, by zerżnąć mnie najpiękniej jak potrafił. Kochaliśmy się głównie klasycznie. Próbowaliśmy kilku innych pozycji, ale jego ograniczenia fizyczne sprawiały, że penis wysuwał się w trakcie, lub nie docierał tam, gdzie powinien. A tak, leżąc pod nim, znosząc chętnie ten ciężar, czułam go tak dokładnie, jakby był częścią mnie. Orgazm przychodził za każdym razem, nie musiałam się nawet starać. Właściwie nie prowadziliśmy żadnej gry wstępnej, żadnego obciągania, żadnej minety. Seksualną rozgrzewkę stanowiła sama nasza relacja, bo związek to słowo na wyrost. Tęsknota, pragnienie, smutek i niepewność stały się naszym narkotykiem, łzy afrodyzjakiem, który spijał z moich policzków. Adrenalina buzująca w żyłach, kiedy zbliżała się osiemnasta, a on jeszcze nie przychodził; wątpliwości czy uda mu się uciec z Krainy Lodu, wyrwać choć kilka chwil dla nas – naszej rozpaczy i bierności. Tak. Szczęście nas przerażało. Nie rozmawialiśmy o nim, wiedząc podświadomie, że zniszczyłoby nasz przepięknie smutny świat.

Trwaliśmy tak bez ruchu, nurzając się w naszym słodkim nieszczęściu.

Mój sen powtarzał się jak mantra. Jechaliśmy związani na wózkach. Ale teraz doszła kolejna postać. Królowa Śniegu jadąca na saniach za nami. My byliśmy zaprzęgiem, a ona zanosiła się śmiechem otulona grubym białym futrem. Uprząż była przytwierdzona do wózków. A nas radość rozpierała, tak jak poprzednio. Cieszyliśmy się sobą, swoją miłością i nieuchronnością jej końca.

***

Wydra wprowadził, chyba jedynie na nasze potrzeby, nowy zwyczaj w biurze. Po zakończeniu jakiejś sprawy, wzywał pracownika, by złożył mu raport. Moje biurwy, nieprzyzwyczajone do ocen, przestały darzyć szefa bezgranicznym uwielbieniem i coraz częściej w rozmowach przebąkiwały, że Pawełek – pierdoła takich rzeczy nie robił. Przy Pawełku nie musiały udowadniać, tłumaczyć i wyjaśniać co i dlaczego. Pawełek ich nie upokarzał, wykazując ich niekompetencję.

– Pani Julio, jak tam sprawa pozwoleń na budowę? – Wydra lubił ekstrawaganckie ubrania, więc butelkowo – zielona, welurowa marynarka, opięta na szczupłych ramionach nie była niczym nadzwyczajnym.

– Wysłałam już panu projekt decyzji.

– Proszę do mojego gabinetu, omówimy szczegóły rozstrzygnięcia.

Zaczęliśmy omawianie oparci o framugę domykanych przeze mnie drzwi. Męskie dłonie, nauczone dwumiesięczną praktyką rozsunęły suwak na plecach i zagłębiły się pod materiał sukienki. Kudłatą głowę wtulił w moją szyję, a ja mogłam cieszyć się miękkością jego włosów. Zaciągnęłam się aromatem słodko – korzennych perfum jak palacz na głodzie. Wilgoć spłynęła błyskawicznie, mocząc bieliznę. Łapczywie kąsał kark, ściskał napięte pod materiałem stanika sutki, pragnął mnie tak mocno, że gdyby to było możliwe, biłaby od niego purpurowa łuna.

Palcami szybko odnalazłam rozporek i ujęłam jego męskość. Gorący oddech parzył mi twarz, kiedy ustami, na oślep próbował odnaleźć moje wargi. Zacisnęłam powieki, a on drażnił się ze mną, całując zbyt lekko, zbyt delikatnie, ale z rozmysłem. Wiedział dobrze, że te powolne ruchy języka sunącego po wnętrzu moich ust doprowadzają mnie do szału. Nikt nigdy tak na mnie nie działał, nikt nie umiał wyzwolić we mnie takich pokładów żądzy, obezwładniającej, pozbawiającej zmysłów. Jego jeden gest, byle spojrzenie, dotyk, na który tak czekałam, sprawiał, że miękłam jak masło na słońcu. Pocałunki dokonały niemal niemożliwego. Zaciskałam uda tak mocno, że pulsowanie u ich zwieńczenia się wzmogło, nogi odmówiły posłuszeństwa, a łechtaczka była już tak wrażliwa, ze jedno muśnięcie wysłałoby mnie do krainy wiecznego orgazmu.

Roman chwycił mnie, zanim zjechałam po ścianie i zmoczyłam wykładzinę. W przedrozkosznej mgle dotarłam na miękkich kolanach do fotela. Usiadł i posadził mnie na sobie. Jego członek zawsze był blady, nawet w stanie najwyższego podniecenia, ale teraz sterczał zachęcająco z rozchylonego rozporka. Opadłam i nadziałam się na niego do samego końca. Duża żołądź przecisnęła się przez ciasne ujście, by następnie wypełnić sobą mokrą przestrzeń. I tyle mi wystarczyło. Fale rozeszły się od epicentrum do koniuszków palców. Drżałam tak silnie, że Wydra trzymał mnie kurczowo, unosząc miarowo biodra. Dyszał, a ja tłumiłam jęki gryząc poły jego koszuli.

***

Drzwi za moimi plecami skrzypnęły. Przerażona odwróciłam głowę, by ujrzeć rozbawione błękitne oczy. Eleganckim ruchem dłoni w szarej skórzanej rękawiczce docisnęła klamkę.

Roman skurczył się. Cały.

– Dokończcie. – uśmiechnęła się. – To niezdrowe przerywać w połowie.

Siedziałam okrakiem na kolanach Wydry, który zamarł, jak żona Lota. Nie patrzył na mnie, tylko gapił się w te jasne oczy, jakby oczekując podpowiedzi, co robić dalej. Właściwie ja też.

Chłodnym, pełnym wyższości spojrzeniem, zmierzyła całe wnętrze. Od poplamionej szarej wykładziny i szaf na akta z lat siedemdziesiątych po nasze skromne postaci. Błękitne oczy spoczęły na mnie. Badały chwilę z ciekawością, z jaką spogląda się na dziobaka w zoo.

– Chyba, że już nie możesz. Malutki… – wesoły śmiech uderzył Wydrę w twarz jak soczysty policzek. Spurpurowiał i odsunął się ode mnie. – A może jeszcze może? – tym razem zwróciła się do mnie.

Chciałam zapaść się pod ziemię, zniknąć i nie płonąć dłużej pod jej zimnym wzrokiem. Lepsza wersja mnie, znalazłaby kilka ciętych odpowiedzi, z tą prezentowaną przez Mistrza Ciętej Riposty na czele. Pewnie wieczorem, leżąc w łóżku, będę umiała odpowiedzieć jej błyskotliwie i z wrodzoną pewnością siebie. A Roman, mój Roman, swoim niskim, zmysłowym głosem zakomunikuje jej, że to już koniec. Że ma dość tego martwego związku, wiecznych upokorzeń i braku bliskości. Że on już znalazł swoją miłość – tu spojrzałby na mnie z oddaniem – i że złożył już pozew o rozwód. Że rzuca to wszystko i wyjeżdża w Bieszczady, ze mną.

– Julia. Wstań proszę. – Rzeczywistość wessała mnie jak czarna dziura. Obciągnęłam sukienkę i stanęłam na zdrętwiałych nogach obok skórzanego fotela. Mocowałam się chwilę z majtkami, które trudno włożyć, nie podnosząc materiału kiecki.

– Wyjeżdżamy dziś. – zakomunikowała spokojnym tonem. – Nie, kochana, to nie ma związku z tobą. – Zauważyła moją głupią minę. – Przecież wiesz – znów zwróciła się do niego – że możesz ruchać, kogo tylko chcesz. I komu nie przeszkadza wielkość twojej … męskości. – Uniosła brew. – Dostałam angaż w oddziale szwajcarskim. Jutro lecimy do Genewy.

Było mi wstyd.

Nie z powodu plamy wilgoci na moim tyłku. Nie dlatego, że żona mojego kochanka przyłapała nas in flagranti.

Było mi wstyd za swoje tchórzostwo. I za jego też. Tego wstydu wystarczy za nas dwoje.

***

Pawełek – pierdoła otworzył drzwi piętnaście po dziewiątej. Biurwy – jak pszczoły do miodu, lub bardziej dosadnie, niczym muchy do gówna – podbiegły, bzycząc jakieś słowa powitania. Zwiesiłam głowę nad biurkiem. Gorzkie łzy miotały się pod powiekami, ale nie mogłam im pozwolić na ucieczkę.

– No, i nie poradziliście sobie beze mnie. Pan Roman taki młody i nowoczesny, a nie wytrzymał za długo. Dobrze, że zdrowie trochę podreperowałem, to mogę spokojnie do was wrócić i dalej wam szefować.  I wszystko zostanie już bez zmian.

***

EPILOG

A ja twierdzę: – Baronowo,

wkrótce minie zima, a

z wiosną zaczną się na nowo

nasze słodkie TRULLA LA.

Zgrzyt metalu z wściekłym crescendo zaakcentował ostatni wers. Nastąpił pisk, a po nim syk gniewnego blaszanego buhaja. Promień przebijał się przez chmury jak na katolickich pocztówkach i smyrał czule dachówki kamienic. Pozwoliłam, by kilkoro zaaferowanych podróżnych przepchnęło mnie bliżej wejścia. Chłonęłam ten moment. Jego ciężar i znaczenie. Zbierałam dźwięki jak wojskowy radar – dworcowe komunikaty oddzielałam od pożegnań, sortowałam powitania i pikanie telefonów. Wszystko było ważne. Zapach smaru, spalin, dym papierosa, płacz dziecka, mój wesoły śmiech.

Poprawiłam szary płaszcz i przewieszoną przez ramię torbę. Ujęłam rączkę wygrzebanej w lumpeksie walizy, w której zmieściło się całe moje życie i, nie oglądając się za siebie, weszłam po schodkach.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Nareszcie. Powrót Rity i to Rity klasycznej, jaką uwielbiam – z niedoskonałymi bohaterkami, brzydkimi mężczyznami i niby prostą historią, jakich mnóstwo… Bardzo mi się podobało. Więcej!

Comeback Rity na łamy Najlepszej Erotyki – czy można sobie wyobrazić lepszą końcówkę roku?

Witaj ponownie, Rito! Mam nadzieję, że Twój – bardzo udany – powrót stanowi zapowiedź kolejnych. I że w przyszłym roku będziemy mogli zaoferować naszym Czytelnikom wyborny koktajl ze świetnych debiutów, ale też opowiadań oraz bardziej doświadczonych Autorów.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Zawiesiłam się nad klawiaturą. Chcę coś napisać, ale mimo tysiąca myśli mam pustkę w głowie. Podobało mi się i to bardzo!

Świetne. Świeże. Soczyste. Zaskakujące.
5/5 Doskonała lektura na poranek w biurze ;]
Można bez schematów, lukru i banalnej, powtarzalnej sztampy? Jak widać można.
Kobiety wiodą prym na NE.

Dziękuję za tak ciepłe przyjęcie tego tekstu. Mialam wiele obaw związanych z publikacją. Przede wszystkim dokuczała mi najzwyklejsza trema.

Podziękowania należą się moim cudownym korektorom – nieocenionej Miss i Karelowi. Jesli tekst wciąż zawiera błędy ( a niestety juz po publikacji je dostrzegam) to tylko moje niedopatrzenie. Dziękuję tez Lisowi za wytrwałe nekanie mnie przez ostatnie dwa lata, bym wróciła do pisania.

Dobry pomysł, dobre wykonanie. Brawo, Autorko. Po przeczytaniu, a zwłaszcza biorąc pod uwagę zakończenie opowiadania, przychodzi na myśl powiedzenie: każdy kowalem własnego losu. Czy zmiana pozwoli bohaterce wyrwać się z marazmu, tego się nie dowiemy. Ale można pochwalić, że podjęła próbę.
Nie wiem czemu, ale gdy czytałem, przypomniało mi się inne opowiadanie Rity, tj. “Rozluźnij się, mała”. Widocznie coś te teksty łączy, ale nie zdiagnozowałem – co to jest. Może styl pisania swobodniejszy niż zazwyczaj. Nie wiem. Będę miał nad czym się zastanawiać w wolnej chwili.
Uśmiechy dla wszystkich Czytelników. Obyście mieli dobrych ludzi wokół siebie, jak najczęściej i jak najdłużej.
Karel

“(…) bo za plecami płonie stodoła.”
Choćby dla tych kilku słów warto było to opowiadanie przeczytać. Piękne połączenie liryzmu i brudu codzienności. Rito, zostawiasz mnie z mnóstwem pytań i bynajmniej nie o zakończenie.
Tak mi przyszło do głowy… Może podążam ślepą uliczką – Romeo i Julia. Julia to dość często spotykane w Polsce imię. Romeo nie ma swojego odpowiednika – czy stąd Roman? Ta miłość też przeklęta; też niechciana przez świat; też zakończona śmiercią. Ale inną śmiercią – taką, która przynajmniej dla Julii zdaje się nieść optymistyczną przyszłość. Dla Romana tylko piekło głębszego upokorzenia.
I Królowa Śniegu… Dlaczego kobieta spełniona zawodowo, gardząca swoim mężem, jego fizycznością, mimo wszystko przy nim trwa? Bo że on przy niej odwiesza jaja na wieszak razem z czerwonym szalikiem, tłumaczy, dlaczego nie odejdzie…
Świetny tekst, Rito. Jestem pod wielkim wrażeniem.

@ Megasie – co się z Tobą dzieje? Jedno zdanie komentarza? 🙂

@ Miss – lubię tych niedoskonałych. Łatwiej znaleźć ich pierwowzory wokół siebie, łatwiej się utożsamiać, trzeba mozolniej poszukać w nich piękna, ale to daje satysfakcję.

@ NoNickName – cieszę się taką reakcją, nawet bardzo.

@Barmanie – no naprawdę… 🙂

@ Karelu – Te opowiadania łączy wiele. Przez chwilę się nawet zastanawiałam, czy Małej nadałam imię Julia (sprawdziłam – została Małą 🙂 Narracja jest pierwszoosobowa, co pozwoliło mi na dużo swobodniejszy styl, przelewanie na ekran przemyśleń moich bohaterek, obdarzonych podobnym podejściem do życia. A przede wszystkim oba teksty pisało mi się niezwykle łatwo i szybko. Opowiadania niemalże bez wysiłku spływały z palców. A czemu, czemu… ? Bo tak 🙂

@ Artimar – No popatrz! Romeo i Julia – piękne skojarzenie. Chyba podświadomość mi podesłała.
Odwieszanie jaj na wieszak razem z czerwonym szalikiem – boskie! Mam zwyczaj lubić swoich bohaterów – zawsze patrzę na nich z pewnym pobłażaniem i życzę im jak najlepiej. Najchętniej dopisałabym na końcu zdanie “I żyli długo i szczęśliwie”. Zresztą, tego typu happy end wkleiłabym nawet do filmów porno. Tak już mam, i muszę się bardzo powstrzymywać, by unikać “harlekizowania”.
Zakończenie jest otwarte – nie wiemy dokąd jedzie bohaterka, czy na chwilę, czy na stałe, czy na docelowym przystanku będzie stał Wydra w szaliku. Jak tam trzymam za nich kciuki.
A Królowa Śniegu… Pomyślę jeszcze nad tym i odpiszę jutro, bo dziś już opadają mi powieki 🙂

Uściski!
Rita

Wybacz, kiedy zamieszczałem komentarz byłem mocno zmęczony i nie miałem sił się rozpisać 🙂

Lubię Twoje pisarstwo, między innymi za to, że potrafisz wycisnąć mnóstwo z prostych sytuacji, zwykłych ludzi, pospolitych okoliczności. Nie potrzeba Ci epickich dekoracji, by stworzyć niezapomnianą historię. Dlatego tak dobrze wychodzą Ci opowiadania obyczajowe. Ja takiej zdolności nie posiadam, dlatego odpływam w epickie klimaty i postacie “larger than life”.

Nie znaczy to wcale, że nie czekam z nadzieją na kontynuację Twoich bardziej epickich projektów, jak choćby “Steel City” czy “Nocy” (tym bardziej, że została Ci już chyba tylko ostatnia, czyż nie?). Przede wszystkim jednak, cieszę się, że znów piszesz!

Pozdrawiam
M.A.

Wspaniałe! Nic więcej nie dodam. Może poza tym, że tytuł jest w stu procentach adekwatny.

Pozdrawiam

Pozwolę sobie krótko i zwięźle: dobrze, że wróciłaś do pisania, Rito.

Pozdrawiam,
kenaarf

Dziękuję, Kenaarf. Też mnie cieszy ta publikacja i wszystko, co się z nią wiązało. Oczekiwanie, niecierpliwość, duma, że się komuś spodobało.
Opowiadania są jak dorosłe dzieci – póki siedzą sobie w zaciszu edytora tekstu, mamy na nie jeszcze jakiś wpływ. Kiedy jednak wyfruwają z gniazda na przestworza “internetów”, możemy jedynie trzymać kciuki, by nasza praca nie poszła na marne, by Czytelnik odebrał nasz tekst, tak, jak zamierzaliśmy go przedstawić. A czasem odkrył jakąś wartość dodaną (jak Romeo i Julia znaleziona przez Artimar).

Megasie – piszę o tym co mnie otacza, robię kolaż z codzienności, którą znam, oswajam ją, także dla siebie. W końcu muszę lubić swoją codzienność, inaczej strzeliłabym sobie w łeb. Możliwe, że robię to z czystego lenistwa. Wymyślanie świata od podstaw – tak jak Ty to robisz – wymaga ogromu pracy i silnej woli.

Micro – dziękuję.

Pozdrawiam,

Rita

Zapraszam na forum – założyłam nowy wątek i jestem ciekawa wyników.

Dobry wieczór!
Są takie chwilę, kiedy człowiek myśli sobie, że było warto. 🙂 Dwa długie lata, moich próśb, gróźb i nalegań. I nic, jak krew w piach 🙂 Warto było jednak próbować Rita podarowała NE kolejną perełkę. Masz umiejętność portretowania miałkości życia codziennego w sposób żywy i nie pozwalający przejść obojętnie obok tekstu.

Bardzo podoba mi się odwaga Autorki, jeśli chodzi o łamanie kolejnych tabu. Nie dość, że bohater nie jest ufryzowanym pięknisiem, to jeszcze jego penis jest nieco inny od przyjętych standardowo we wszelkich pornograficznych produkcjach. Swoimi eksperymentami, ponownym opowiedzeniem “banalnej” historii przykułaś mnie do tekstu, ujęłaś sprawiając, że zaczęła pracować wyobraźnia.

Dobra, bardzo dobra lektura. Od pewnego czasu moje piątki są powiązane z Twoimi tekstami na sztywno… Aż ciężko uwierzyć, że ostatnią wystawiłem dwa lata temu z okładem.
Debiuty są bardzo ważne dla Najlepszej, ale doświadczeni, otrzaskani bojem Autorzy są portalowi potrzebni na równi, jeśli nie bardziej.
Pisanie Rity wciąż pochłaniam jednym tchem, uprzejmie prosząc o więcej.
Kłaniam się,
Foxm

Dojrzałe, odważne opowiadanie. Ogromnie mi się podoba. Dziękuję.

A tale
Told by an idiot, full of sound and fury,
Signifying nothing.

Macbeth, 5. 5

Ewentualnie
“Jestescie wierszem idioty odbitym na powielaczu”
J. Kaczmarski Autoportret Witkacego’

Co do Melancholii nie znoszę Von Tiera. Zresztą nie tylko ja. Faceci naprawdę zdychali na seansie. To nie było zabawne. Parę par wyszło, a ja sam miałem ochotę się rozpędzić i wyrżnąć głową o ściane. Najbardziej w związku z tym podobala mi się część trzecia filmu.

Swoja drogą na pewnej premierze kinowej zaproponował powtórkę Melancholii bo aktualny film nie dojechał. Takiego exodusu w życiu nie widziałem.

Opowiadanie przyjemne. Bardzo w moim stylu Rito 😛 trochę o smutnych ludziach co oznacza, że bardziej o nas. Zakończenie też ciekawe choć mam wrażenie, że biłaś sie z paroma pomysłami na nie.

Bardzo mi się podobało. Ta szarość codziennej rzeczywistości i fascynująca zwykłość i szpetność bohaterów. I przeplatanie snem. I melancholia. Sam smak. Dziękuję.

Jeszcze. Rito, jeszcze!

No i wielki plus za bohaterkę, dla której mały penis jest idealny!

No naprawdę tęskniłam. Rita, brawo.

Nareszcie dotarłam i tu,i taka przyjemność!
Nie tylko Fox Cię męczył,też zostawiłam dużo za dużo molestujących komentarzy w poprzednim miejscu.Gdzie byłaś my lovely?

Jeden z najlepszych tekstów na NE. Rito, wróć!

PS. Czy tylko mnie dziwaczna, brzydko-pociągająca twarz pana Wydry wydaje się inspirowana facjatą Benedicta Cumberbatcha?

Napisz komentarz