Ridley i Ana (Smok Wawelski) Brak ocen

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 13 minut/-y    

Pojawiłaś się w moim życiu nagle. Wyryłaś w nim wielkimi literami swoje imię i… uciekłaś. Nie myślałaś, że będę Cię gonił, ale ja wiedziałem, że są rzeczy, nad którymi nie trzeba się zastanawiać. Dziękuję, że pozwoliłaś się odnaleźć… Dziękuję, że pozwoliłaś się zatrzymać… Złapać za rękę… Dziękuję, że jesteś… To dzięki Tobie znów piszę…

Dla Any

Obraz wydawał się być niewyraźny. Nie w jakimś konkretnym punkcie – tak jakby Ridley był skupiony na jednym szczególe otaczającej go rzeczywistości. Po prostu wszystko dookoła było rozmazane. Meblościanka, stojąca nie dalej niż cztery metry od niego, niby widziana w całości, kryła teraz szczegóły swojej budowy i ustawionych na niej sprzętów. Szklanki stojące za witryną zdawały się być brudne, ale mężczyzna doskonale wiedział, że to nie smugi, tylko wypiaskowany napis Jack&Coke, nie pozostawiający złudzeń co do tego, do jakiego trunku zostały stworzone. Wiedział o tym doskonale, jednak w tej chwili jedyne, co był w stanie zobaczyć, to rozmazane smugi na szkle.

Idąc dalej, natrafiał wzrokiem na egzemplarz swojej pierwszej książki. Tytuł – a właściwie nie tytuł, tylko wielki napis PRACA DYPLOMOWA na okładce – teraz był zbitką liter, których nie potrafił rozpoznać. Zupełnie tak, jak zazwyczaj u optometrysty, gdy ten pokaże mu zbyt małe znaczki. To, co Ridley w tej chwili widział, było zresztą w dużej mierze zasługą wspomnianego człowieka. Podczas ostatniej wizyty kontrolnej dobrze wykształcony kierownik zakładu optycznego, którego ząb czasu już nieco dosięgnął, powiedział wyraźnie: „Ridley, chcę byś raz w tygodniu robił sobie odpoczynek od soczewek kontaktowych!”

Byli z optometrystą „na ty”. Chodził do niego już wiele lat, znali się też zanim pogorszył się jego wzrok, łatwo więc zawiązała się między nimi nić porozumienia. Zresztą, mężczyzna zawsze był otwartym człowiekiem, lubił nawiązywać nowe znajomości, dlatego nie traktował tej sytuacji jako naruszenia granic zawodowych. Nie wiadomo, kogo Ridley chciał oszukać stwierdzeniem, że to wszystko wina kierownika zakładu – chyba najbardziej siebie, bo przecież nawet nie wypowiadał na głos tezy, że gdyby nie zalecony dzień przerwy od soczewek, to widziałby zdecydowanie lepiej. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to przecież nie wina optometrysty, że jego wzrok się pogarsza. To wina tylko i wyłącznie godzin spędzonych przed ekranem komputera.

Zresztą, to i tak było nieważne. Nawet gdyby chciał i tak nie miał w tej chwili komu tego powiedzieć. Siedział w mieszkaniu zupełnie sam, przy – a jakże! – ekranie komputera. Za oknem było już ciemno, a Ridley jak zawsze miał jakąś pracę. Kiedy kończył sprawy zawodowe, wracał z biura lub od klienta do domu, to tam zawsze też znajdował sobie jakieś zajęcie. Czasem było to gotowanie, czasem ćwiczenia, ale najczęściej po prostu siadał przed komputerem i pisał. To sprawiało mu największą przyjemność. Często walczył w takich chwilach sam ze sobą, bo wiedział, że o wygląd zewnętrzny też musi dbać, ale ćwiczenia mięśni dłoni i palców, stukających namiętnie i szybko w klawisze laptopa były bardziej pociągające niż wyciskanie kolejnych kilogramów na leżącej pięć minut drogi spacerkiem od jego mieszkania siłowni. Co począć – dusza artysty w Ridleyu zawsze zwyciężała. I pomimo tego, że na co dzień zawodowo był profesjonalistą, stabilnie i prosto stąpającym po ziemi, zawsze coś go ciągnęło w kierunku tworzenia. Również w sferze służbowej, ale to już zupełnie inna bajka.

Ridley przejawiał kilka talentów, które w większym lub mniejszym stopniu od czasu do czasu zajmowały jego życie. Miał smykałkę do gry na instrumentach, zresztą do dzisiaj wspomina z uśmiechem na twarzy czasy, gdy jego palce zamiast w klawisze komputera uderzały w białe i czarne prostopadłościany pianina lub fortepianu. Nauka gry na nich była w młodości spełnieniem jego marzeń. Wiedział jednak, że nie jest na tyle dobry, by tworzyć. Jego gra była tylko odczytem i zamianą na dźwięki zapisu nutowego; odczytem i odtwarzaniem. Chyba głównie dlatego zarzucił wiele lat temu tę pasję.

Potem były filmy. Tu już było lepiej. Mógł samodzielnie tworzyć scenariusz, widzieć oczami wyobraźni kolejne sceny, sekwencje, ujęcia i kadry – mógł w końcu być Twórcą, a nie Odtwórcą. O zakończeniu przygody z kinematografią zadecydowało coś, z czym nie mógł sobie poradzić. Wiedział, że nie wszystko zależy od niego. On mógł stworzyć w głowie i przelać na papier scenariusza ciekawą opowieść, wyobrazić sobie fenomenalne ujęcia, prawdziwe emocje, mógł widzieć, jakie to jest piękne, ale w starciu z rzeczywistością okazywało się to być jedynie marzeniem. Nie oszukujmy się – film to technika i film to ludzie. Bez dobrej jakości jednego i drugiego trudno być zadowolonym z efektów swojej pracy.

Przygoda z dziesiątą muzą pozwoliła mu jednak na odkrycie czegoś, czego wcześniej zupełnie w sobie nie dostrzegał. Gdy pisał scenariusz, rozpisywał go na scenopis lub tworzył choćby synopsis, zawsze czegoś mu brakowało. Za każdym razem były to tylko suche zapisy tego, co miał w głowie. W żadnym z nich nie było większych emocji. To było tylko przelanie na papier tego, jak ma wyglądać film. I dopiero na etapie jego realizacji, za sprawą aktorów i ich gry, światło dzienne mogło ujrzeć to, co było naprawdę wartościowe. Pomyślał wtedy: a gdyby tak napisać scenariusz, który zawierałby w sobie ten kawałek duszy, który siedzi w mojej głowie, te emocje towarzyszące tworzonym w wyobraźni scenom, nieumieszczane w opisie fabuły, bo nie taka jest rola scenariusza. W ten sposób Ridley dojrzał do tego, żeby napisać swoje pierwsze opowiadanie.

A dziś? Dziś ma ich już na koncie kilkadziesiąt. Lepszych, gorszych, ale ze wszystkich jest dumny i wszystkie kocha. Chyba nie dlatego, że jest narcyzem i wielbi swoje „dzieci”. Raczej dlatego, że jakie by one nie były, czynią go szczęśliwym, a na pewno czyni go szczęśliwym ich płodzenie.

***

A teraz przechodził do gry wstępnej ze swoim komputerem, której efektem będzie kolejny akt stworzenia – nowe życie, nowy świat, nowa historia. Jasny ekran na szczęście był na tyle blisko, że mężczyzna nie miał problemów z rozpoznaniem pojawiających się na nim literek. Zresztą, potrafił już pisać bardzo szybko, nie spoglądając nawet na monitor. Przydatna umiejętność, będąca wynikiem częstego przepisywania prac z pisma ręcznego w trakcie studiów oraz obycia z klawiaturą. W końcu kilkaset stron jego twórczości zniosła już nie tylko ta, ale także pozostałe dwie klawiatury, które były w przypadku jego sprzętu najczęściej wymienianym podzespołem. Dziś już nie produkują takich urządzeń, które wytrzymałyby pracę tak intensywną, na jaką swój komputer narażał mężczyzna.

Ridley, kiedy pisał, to poświęcał się temu całkowicie. Spędzał na tym kilka, a nawet kilkanaście godzin. Pisząc jedno zdanie, kilka kolejnych miał już ułożonych w głowie. Czekały one jedynie na przelanie ich na wirtualną białą kartkę. Nie sprawdzał, nie czytał, po prostu tworzył. Jak berserker w szale bitewnym nie widział świata poza tym, który w danej chwili kreował. Zaczynał powoli dostrzegać sprzęty i wydarzenia wymyślanych przez siebie przestrzeni i decydował ad hoc, które z nich zostaną opisane i będą mogły powstać w wyobraźni jego czytelników. Swemu dziełu przyglądał się dopiero wtedy, gdy je skończył. Wtedy korygował, usuwał, dopisywał, poprawiał, ale kształt starał się nadać dziełu, będąc pod wpływem weny. Reszta to tylko szczegóły.

Skoro Ridley tak się poświęcał temu, co robił, to co z jego życiem prywatnym – zapytacie. Kiedyś je miał. Kiedyś był z niego bardzo zadowolony, ale ono się skończyło. Teraz był tylko on, praca i klawiatura. Czy taki los sobie wybrał? Chyba nie do niego należała decyzja, ale zaakceptował ją i skupiał się na tym, na co miał wpływ, na tym, co było dla niego ważne. Tak było przynajmniej do pewnego momentu. Do momentu, gdy nie poznał Jej.

***

Ana była niesamowita. Tak o niej zawsze myślał. Znali się w czasach młodości. Już wtedy była dla niego kimś więcej niż tylko koleżanką, z którą kurtuazyjnie witał się na korytarzu uczelni. Jednak tylko on to tak widział. Zresztą, był wtedy związany z kimś innym, a zawsze był człowiekiem wiernym. Zawsze był stabilny. Po studiach ich drogi się rozeszły, każde rozpoczęło dorosłe życie i wszystko wskazywało na to, że już nigdy się nie spotkają… Do czasu.

Ridley przypomniał sobie o niej pierwszy, kiedy – korzystając z chwilowego braku zajęcia – wracał akurat wspomnieniami do ludzi, których kiedyś znał, a z którymi kontakt z różnych powodów – częściej zaniedbania niż niedomówień czy kłótni – się urwał. Ciekawe co słychać u Any, pomyślał. Niezawodny okazał się Facebook. Mężczyzna rzadko z niego korzystał, jednak w tamtej chwili największy portal społecznościowy na świecie zdawał się być naturalnym miejscem poszukiwań. Kilka kliknięć myszką, kilkanaście liter wpisanych w wyszukiwarce i jest. Ana. Szybkie spojrzenie na informacje umieszczone na profilu, zlustrowanie najnowszych wpisów na tablicy…

Ale nie oszukujmy się, w dobie kultury obrazu najwięcej o ludziach staramy się wywnioskować ze zdjęć. Kiedyś uważano, że w fotografiach zostaje zaklęta ludzka dusza. Po części Ridley chciałby żeby tak było, bo na zdjęciach Ana była po prostu piękna. Nic o niej nie wiedział – bo ile mogą wiedzieć o sobie ludzie, którzy nie widzieli się tyle lat – ale jednak dostrzegał w niej to samo piękno, które kiedyś go urzekło. Z jedną małą różnicą. Tym razem mężczyzna był sam i był dojrzalszy niż przed laty. Dziś patrzył na życie już zupełnie inaczej, potrafił docenić piękno płynące nie tylko z tego, co na zewnątrz, ale też z tego, co w środku.

A Ana jakimś cudem zdawała się na cyfrowych zdjęciach emanować nie tylko urodą, ale jakimś wewnętrznym pięknem, czymś, co sprawiało, że nie można było oderwać od niej oczu. Chciało się ją poznać, być bliżej, być… cieplej. Ridley nie spotykał często takich kobiet – zresztą wydaje się, że nikt ich nie spotyka co chwilę. Jest ich naprawdę niewiele. To ten typ, który gdy tylko pojawi się na horyzoncie, to już wiesz, że chcesz, by ta osoba była w twoim życiu. Niezależnie od roli, po prostu chcesz by była, bo to czyni cię szczęśliwszym. Ana właśnie taka była. Zdawało się, jakby nikt nie mógł się czuć w jej towarzystwie źle. Mężczyzna wiedział, że w dużej mierze patrzy na nią przez pryzmat ich znajomości sprzed lat, że dzisiaj może być ona już zupełnie innym człowiekiem, że może…

Cześć, Ana! 🙂 – rozpoczął nieśmiało Ridley.

***

A potem było kilka tysięcy wiadomości, które wysłali do siebie w ciągu zaledwie dwu czy trzech tygodni. Rozmawiali o wszystkim: o życiu, o pracy, o emocjach. Ridley zauważył, że każdy jego dzień zaczyna się i kończy z Aną. Pierwszą rzeczą, o której myślał po przebudzeniu, było wysłanie do niej wiadomości – prostego „dzień dobry” – by wiedziała, że o niej myśli, by cały jej dzień był naznaczony tym, że gdzieś daleko jest ktoś, dla kogo ona jest pierwszą myślą po przebudzeniu.

Czym było to uczucie? Ridley nie potrafił tego zdefiniować. Sparzył się już w życiu nie raz, nazywając emocje inaczej niż okazywały się być w rzeczywistości, przeżył już coś, co definiował wielkimi słowami, czemu towarzyszyło „zawsze”, „wszędzie”, „nigdy”. Czuł, że to, co łączyło go z tą kobietą, mogłoby zajść w tym samym kierunku. Bał się, bo za każdym razem wstaje się z kolan dużo ciężej niż po poprzednim uderzeniu. Ale w Anie było coś, co sprawiało, że nie potrafił spędzić choćby dnia bez prostej myśli o niej.

Wiedział też, że nie można używać wielkich słów w stosunku do kogoś, kogo nawet się nie widziało przez tyle lat. Wiedział, że musi być cierpliwy i ostrożny, nie chciał skrzywdzić ani jej, ani siebie. Wiedział, że jest w sytuacji, w której najgorszym z możliwych wyjść byłoby chcieć wskoczyć w ramy życia, które wiódł kiedyś. Ridley rozumiał, że gdy człowiek spotyka się z kimś nowym, to zaczyna budować wszystko od nowa. Taka jest kolejność, takie jest życie, takie są zasady. Ich ominięcie nigdy nie wróży nic dobrego. A on chciał czegoś dobrego. Czegoś dobrego dla Any… i dla siebie.

Tylko co z tego, skoro w tej chwili siedział samotnie przy ekranie komputera i pisał jakieś opowiadanie. Wiedział, że nie może się rozpraszać, ale też wiedział, że nie ma zapełnionej jeszcze nawet jednej kartki wirtualnego papieru. Pomysł siedział naturalnie w jego głowie, Ridley bał się jednak z niego skorzystać. Zawsze wyciągnięcie osobistych spraw na światło dzienne wiązało się z ryzykiem demaskacji. Mógł się niby zasłonić narracją, mógł się bronić twierdzeniem, że to historia bohatera, ale nie oszukujmy się, wiedza ludzi jest różna. Zawsze znajdą się i tacy, którzy będą utożsamiać go z bohaterem. Unikał zatem tego jak ognia, ale… tym razem było to silniejsze od niego. Położył ręce na klawiaturze, palcami wskazującymi bezbłędnie odnajdując oznaczone wypustkami przyciski F i J, i zaczął pisać.

***

Postanowiłem coś ugotować. Lubię gotować. Gotowanie jest takie seksowne. Szczególnie gdy nie jestem w kuchni sam. A tak było tym razem. Obszerne pomieszczenie, granitowy zlewozmywak z ociekaczem i wysokim zagiętym kranem na wprost okna, wychodzącego na ogród. Piekarnik wmontowany w nowoczesną szafkę, nad nim kuchenka mikrofalowa w zabudowie, niedaleko płyta indukcyjna. A na środku… Na środku to, co zawsze podobało mi się najbardziej w dużych kuchniach – wyspa. Różne są metody jej zagospodarowania. Moja była przestrzenią roboczą – gruby blat wykorzystywany tylko do przygotowywania potraw.

Wszystko w kuchni było na swoim miejscu, wszystko sprzątnięte i gotowe na nową wojnę, której efektem miała być jakaś oszałamiająca, pieszcząca zmysły potrawa. Tego dnia nie byłem sam. Tego dnia była ze mną Ona. Wysoka, zjawiskowa. Włosy w kolorze perłowo-złotym opadały swobodnie na ramiona, skryte pod czernią dopasowanej sukienki. Dbałość o detale czyniła ją jeszcze piękniejszą.

Dobrze, co mam robić? – zapytała.

Wiedziałem, że nie lubi gotować i zgodziła się na spotkanie „przy garnkach” przede wszystkim za moją namową. Wiedziałem, że moim głównym motywem było to, by pokazać jej, że kuchnia to bardzo sympatyczne miejsce, z którym wiąże się wiele przyjemności. Gdy ją zaprosiłem, wyobrażałem sobie, że będzie stała właśnie w taki sposób jak teraz, a ja… A ja podejdę do niej od tyłu. Nim dotknę w jakikolwiek sposób, wezmę głęboki wdech, sycąc się jej zapachem, słodkim i pikantnym zarazem – jak atmosfera, która będzie wówczas panowała w całym pomieszczeniu.

Wyobrażałem sobie, że dokładnie będzie czuła, co robię i spoglądając w przestrzeń przed nami, będzie czekała na pierwszy dotyk. Włosy miała zebrane i przerzucone przez ramię, tak że opadały w kierunku piersi i odsłaniały tylko to jedyne miejsce, które chciałem pocałować jako pierwsze. Spodziewała się zapewne, że ją obejmę, że przyciągnę do siebie. Tym większym zaskoczeniem, którego efektem było drżenie i przyjemny dreszcz przechodzący przez całe ciało, był delikatny pocałunek złożony na odsłoniętym karku.

Ładunek podobny do elektrycznego, od moich zwilżonych warg przez malutkie włoski na tylnej części jej szyi, dotarł do zakończeń nerwowych w skórze, a z nich dalej rozniósł się na całe ciało, zyskując z każdą przebytą komórką na intensywności. Cichutkie jęknięcie było najlepszym komplementem i zaproszeniem do dalszego gotowania, jakie można było sobie wyobrazić.

Objąłem w moich fantazjach jej smukłe ciało, rękę składając na jej brzuchu, zdającym się czekać tylko na potrawę, którą przygotowałem na kolację, a może na… deser. Wyobrażałem sobie, jak całuję ją ponownie, stykając się już z jej ciałem. Pieszcząc jej obecnością wszystkie zmysły. Była taka namiętna, dokładnie tak, jak w rzeczywistości, rozkładając powoli warzywa i mięso na blacie wyspy. Wyobraziłem sobie, jak szepnęła:

Jestem taka głodna… i spragniona.

Nie odpowiedziałem. Stanowczym ruchem odwróciłem ją w swoją stronę i usadowiłem na meblu. Siedziała teraz gdzieś pomiędzy rozrzuconymi cebulami, paprykami i piersiami kurczaka. A ja? Ja też stałem gdzieś pomiędzy piersiami – delikatnymi, zbrązowionymi opalenizną, niczym podpiekana na wolnym ogniu, czekająca w cieple na dojście i zaserwowanie jako danie główne, potrawa.

Czy takie właśnie były? Nie wiem. Przecież to była jedynie moja wyobraźnia. Ale marzyłem, by się o tym przekonać, gdzieś pomiędzy aperitifem i przystawką. Pierwszy pocałunek wilgotnych ust w mojej fantazji był niczym czekolada z chilli. Najpierw słodki, upajający, budzący endorfiny, później powoli nabierający pikanterii, zakończony ostrością delikatnego przygryzienia wargi. Wszystko w otoczeniu słodkich policzków, smukłej szyjki, soczystego karczku i świeżych piersi, których podania nie powstydziłby się sam Modest Amaro czy Gordon Ramsey.

Na co masz ochotę? – wyszeptała, a każda głoska brzmiała niczym skwierczenie dojrzałych warzyw, rzuconych na gorącą patelnie. Już i tak pysznych, ale pełnię smaku uzyskujących przy szybkim, krótkim podsmażeniu na oliwie zmysłów.

Ile ja bym dał, by to nie była tylko wyobraźnia! Ile ja bym zrobił, by to, co działo się w mojej fantazji, stało się rzeczywistością! Niepojęte, w jakie rejony może zaprowadzić nas nasza własna kreatywność, nasze własne pożądanie, pragnienie bliskości i czułości.

Mam ochotę na ciebie… saute – szepnąłem jej prosto do uszka, przygryzając małżowinę, nim oddaliłem usta.

Na to będziesz musiał poczekać. Przecież wiesz, że najlepiej dochodzi się na wolnym ogniu – kusiła, patrząc mi prosto w twarz.

Pełne usta i błyszczące brązowe oczy, wyglądające niczym lejący się karmelizowany cukier, mówiły wszystko. Pod tą soczystą skórką kryła się kobieta o pięknym wnętrzu, pragnąca więcej niż chciała powiedzieć, bojąca się połączyć i zmieszać wszystkie składniki dania. Myśląca o cebuli, która świetnie komponuje się z pomidorem, ale od razu uwalnia z tego ostatniego soki, jakby wyciskała z niego wszystko to, co czyni go smacznym. Ja widziałem to niczym połączenie pięknego kwiatu kalafiora, który sam w sobie jest nie tylko pyszny, ale też piękny, jednak pełnego smaku nabiera dopiero w połączeniu z podsmażoną na maśle tartą bułką.

I tak spoglądaliśmy sobie w oczy, badaliśmy bez słów nasze kulinarne preferencje, staraliśmy się znaleźć idealny dobór przypraw, który nie zabiłby, a jedynie wzmocnił smak dwu najważniejszych składników, gdy nagle to się stało…

Nieważne. Przecież żadne z nas nie jest profesjonalnym kucharzem. Najważniejsze, by nam smakowało – powiedziała i wpiła się w moje usta.

Nigdy, przy żadnej fantazji moim ciałem nie przeszedł taki przyjemny dreszcz jak wtedy. Niewyobrażalne, ile przyjemności potrafi dać nam nasz umysł, kreujący światy, których jeszcze nie ma i takie, których pewnie nigdy nie będzie. Nie do pomyślenia, jak wiele potrafi zdziałać podświadomość i ukryte gdzieś głęboko we wnętrzu pragnienia, nawet te zwykłe, kulinarne.

Dusiliśmy się na wolnym ogniu, stopniowo wypełniając się nawzajem smakiem. Puszczaliśmy soki i aromaty w rytm bulgotania coraz większej ilości sosu, który otaczał nas niczym zrazy, trzymające w miłosnym uścisku pyszne wnętrze. Przykładaliśmy do rozgrzanego ciała partnera te części siebie, które wymagały największej dawki ciepła, pragnące stężeć i powoli dojść, zmieniając swój kolor, konsystencję i smak z surowego na gotowy do zaserwowania. Na koniec wyczerpani skończyliśmy na ciepłym talerzu spełnienia, niesieni jakiemuś wygłodniałemu…

Pytałam, w czym mogę ci pomóc – z zamyślenia wyrwał mnie jej głos.

Stała w tej swojej kuszącej czarnej sukience. W lewej ręce trzymała dużą, czerwoną paprykę, w prawej nóż szefa i spoglądała na mnie jak na kosmitę, zupełnie wyłączonego ze świata realnego, zagubionego w plątaninie myśli, których nawet się nie domyślała.

Nie… nic… To znaczy, przepraszam, zamyśliłem się. Usiądź sobie i dotrzymaj mi towarzystwa. Wiem, że nie lubisz gotować. Dziś zrobię to sam, specjalnie dla ciebie – odpowiedziałem.

***

Ridleya od klawiatury oderwał dzwonek. Podobny do tego, który montowany jest w kuchenkach mikrofalowych. Dźwięk rozbrzmiał i tak samo szybko jak się pojawił, tak i zgasł w nicości. Mężczyzna znał go dobrze. Pochodził z aplikacji mobilnej Facebooka i informował o nadejściu nowej wiadomości. Spojrzał na smartfona leżącego obok laptopa. Zielona mrugająca dioda dodatkowo potwierdziła to, co chwilę wcześniej wyartykułował dzwonek. Ridley podniósł telefon, odblokował ekran, zajrzał do aplikacji i przeczytał wiadomość od Any:

Cześć, Ridley. Co porabiasz? 🙂

Gotuję :-* – odpisał niezwłocznie i uśmiechnął się sam do siebie.

.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres: ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Czytając, wyobrażam sobie, że Ktoś, pod osłoną nocy, szepcze zmysłowym głosem poszczególne zdania wprost do ucha…
Piękne…
Dziękuję… za tekst… za gotowAnie… za emocje… i inne 😉

Dziękuję Ci A. za przemiły komentarz do opowiadania :-).

Nie ma przyjemniejszej czynności, niż czytanie takich wpisów… no może poza szeptem zmysłowym głosem… pod osłoną nocy… wprost do ucha… do… Kogoś :-).

A gotowAnia jestem wielkim fanem 😉

Dobra, kończę prywatę, bo zaraz wyjdzie z tego jakiś zbyt słodki tort 😀

Dzięki 🙂

Smoku, bardzo Cię lubię, ale…
[uwaga staram się panować nad językiem]
W sumie wszystkie zdania są zbudowane poprawnie. W sumie nie dostrzegłem błędów intepunkcyjnych (ale tu nie jestem mocny). Ale … tego się nie da czytać.
Nie chodzi o cukierkowość. To jestem w stanie znieść.
Chodzi o to, że to jest opowiadanie o … niczym. To, co jest Twoją w miarę mocną stroną – czyli szczegółowe budowanie scen i dziejącej się na nich akcji – zamieniłeś na grafomański wylew nieskładnych myśli. W dodatku zapisanych w koszmarnym stylu, charakterystycznym dla osoby niedojrzałej literacko.
Osobne zdania są poprawne, lecz złożenie ich do kupy sprawia, że zęby zgrzytają a włos staje na głowie.
W niemal każym akapicie mogę wskazać “fuck-up” stylistyczny. Wszystko jest rozwlekłe, przegadane, pisane z okropnym zadęciem i emfazą zupełnie zbędną w tego typu narracji.
Skwierczące na oleju sutki i bulczoczące pulpety miały być próbą innowacyjnego podejścia do metaforyczności opisu aktu seksualnego. Sorry – w mojej ocenie wyszła parodia zamiast podgrzania atmosfery.

Tego po prostu nie da się czytać.

Mam dla Ciebie dwie rady:
Pierwsza nie jest dokońca moja – któryś z naszych autorów wspomniał gdzieś o tekstach, które zdarza mu się pisać, by oczarować wybranki serca (bądź chu…ci) i że takich tekstów po prostu się nie pokazuje publicznie, bo taka publikacja przynosi wstyd, choć wybrance się podobają.
Rada brzmi: pisz opowiadania, nie publikuj chałtur pisanych dla podrywu.

Druga rada: zacznij chłopie w końcu czytać. Po pierwszych 200 książkach zobaczysz jak sztucznie i grafomańsko napisałeś tę opowieść.

Aż boję się wrócić do poprzednich Twoich tekstów…

I jeszcze jedno pytanie do Redakcji… Gdzie byliście kiedy decydowano o publikacji tego tekstu? Czy specjalnie zachowujecie tryb: shit – dobry tekst – shit, żeby pokazać różnicę w jakości? Tylko, że to nie było fair wobec Smoka – władować taką słabiznę po tekście Kanaarf. Toż to różnica nawet nie dwóch poziomów, ale … po prostu inna klasa.

Ups… odwieczny (a przynajmniej bardzo dawny) konflikt Smoka i Barmana – oraz ich bardzo odmiennych wizji na temat tego, jak powinny wyglądać opowiadania erotyczne.

Trzymajcie się. Here we go again.

Pozdrawiam
M.A.

Megasie, nie wydaje się mi, aby tutaj chodziło o konflikt. Naprawdę nie widzisz drastycznej różnicy między “Gabinetem osobliwości” a opowiadaniem Smoka?
Wiem, że bogatsza oferta tekstów pozwala dotrzeć do szerszego grona czytelników. Ale czy zawsze ‘więcej’ znaczy ‘lepiej’?
Może przykład podam, wzięty lekko z życia. Niedaleko mojej uczelni znajduje się klubokawiarnia, która nie jest oblegana. Dlaczego? Ponieważ jest inna niż puby z Mariackiej – z alkoholi dostępne tylko kilka rodzajów piwa, reszta to wegańskie napoje, kawa, koktajle, siedzi się na drewnianych paletach pomalowanych na żółto przy szklanych blatach stolików z wizerunkami superbohaterów, jedzenia w ofercie nie posiadają, za to mają planszówki. I wiesz dlaczego lubię tam chodzić? Bo wiem co tam zastanę. Zawsze będzie John Lemon, zagram w “Splendor”, nie usłyszę gównianej muzyki (chociaż na to uwagi nie zwracam prawie wcale), dostanę wolny stolik.
Rozumiesz aluzję?

Nudzi mnie mówienie w kółko i w kółko, że poziom NE spada (coraz drastyczniej!). Ale poważnie nie chciałabym, żeby ten okręt zatonął…

Myślę Judyto, że nie będziemy jak Twój ulubiona klubokawiarnia 🙂 Nigdy zresztą tego nie obiecywaliśmy.

Od początku istnienia NE staramy się zaoferować różne smaki różnych odbiorcom, a nie tylko wege-cuda dla wąskiego grona (jak sama mówisz, Twój lokal nie jest oblegany, pewnie dlatego, że przemawia tylko do określonej demografii).

Nie chcemy celować w jedną grupę ludzi, czy to miłośników thrillerów czy bdsm. Na Najlepszej znajdziesz teksty od hardkorowego science-fiction, przez cyberpunk, historyczne dramaty, aż po romantyczne słodkości. Jest u nas miejsce i dla Kenaarf, i dla Smoka (który sam jest zresztą bardzo różnorodnym twórcą, a obok prostych romansów napisał też choćby cykl grozy pt. “Ravenscar”).

Czasem coś może nie przypaść Ci do gustu nie tylko dlatego, że jest ‘złe’, a dlatego, że mieści się w zupełnie innej, nieprzeznaczonej dla Ciebie konwencji. Może po prostu powinnaś pogodzić się z faktem, że nie wszystko, co opublikujemy, utrafi w Twe upodobania. I żeby uniknąć przykrych niespodzianek, możesz się kierować osobą Autora, albo ulubionymi kategoriami. Czasem nawet ilustracja przy opowiadaniu może być cenną wskazówką.

Co do okrętu, bez obaw, na razie nawet wody nie nabiera. Plan publikacyjny do końca stycznia wprost pęka w szwach. Od razu zastrzegam: teksty są skrajnie różne. Długie i krótkie, z happy endem i bez niego. Romantyczne i cyniczne. Wymieszane tak, by każdy znalazł tu coś dla siebie.

Pozdrawiam
M.A.

Widzę Megasie, że się nie rozumiemy.
Mnie nie chodzi o kategorię opowiadań i nie lecę tylko na wegeżarcie. Naprawdę. A Ty obracasz się tylko wokół tego tematu. Owszem, zgadzam się, może być ‘ładne’ cukierkowe opowiadanie oraz sycący kryminał.
Ja usilnie staram się przekazać, że powinniście zacząć stosować brutalniejszą selekcję tekstów, bo utoniecie w szambie. A jak nie w szambie, to pod masowym czytelnikiem. I mam wrażenie, że nie jestem odosobniona w swoim wrażeniu (Barman?).
To Twój portal (i kogo tam jeszcze) i możesz sobie zrobić z nim co chcesz. Możesz na nim publikować nawet same opowiadania jak niezapomniane “Amen”. Boli mnie tylko, że ja pokazuję Ci małą dziurę w szybie, która może przerodzić się w brzydkie pęknięcie, a Ty mi opowiadasz o kolorze okiennic.

W szambie, powiadasz?

Nie wydaje mi się, by opowiadanie Smoka (czy którekolwiek z tych, które ostatnio zamieściliśmy) zasługiwało na takie określenie. Publikujemy teksty wybitne, bardzo dobre, a czasem po prostu niezłe. Jeśli chcesz by na stronie pojawiało się więcej wybitnych, zawsze możesz pomóc nam w ich poszukiwaniach. Takiej Kenaarf nie znajduje sięw 1 dzień. Polski internet jest rozległy, nie wszędzie dotrzemy sami. Nie z każdym Autorem jesteśmy w stanie nawiązać kontakt. Ale zawsze chętnie przyjmujemy pomocną dłoń.

A co jest złego w “masowym czytelniku”? Takiemu czytelnikowi można sprzedać fajne rzeczy. Najlepsza Erotyka nigdy nie narzeka na nadmiar odbiorców, więc chętnie przyciąga i tych bardziej wymagających, i tych, których łatwiej zadowolić. Czyni to właśnie różnorodnością swej oferty.

Nie przeczę, czasem zdarzają nam się wpadki. Trudno mi ocenić, czy dziś jest ich więcej niż kiedyś. Niektóre z tekstów, jakie publikowaliśmy u początków naszej działalności też nie były wybitne. Dziś łatwo o tym zapomnieć. Pamięć jest wybiórcza, a skłonność do idealizowania przeszłości – powszechna.

Judyto, jesteś na naszym portalu dość długo, by rozpoznać, którzy Autorzy Ci “leżą”, a którzy nie. Myślę, że trzymanie się tego (oczywiście czasem warto dać szansę również debiutantom) znacząco zwiększy Twoja satysfakcję przy korzystaniu z NE 🙂

M.A.

“Judyto, jesteś na naszym portalu dość długo, by rozpoznać, którzy Autorzy Ci „leżą”, a którzy nie. Myślę, że trzymanie się tego (oczywiście czasem warto dać szansę również debiutantom) znacząco zwiększy Twoja satysfakcję przy korzystaniu z NE”.
Auć. Jakże miło powiedziane ‘zamknij buzię i nie wybrzydzaj’.
Nie mam już siły do tej jałowej rozmowy, więc podziękuję. Dobranoc.

PS Wytknięcie błędów czy zwrócenie uwagi nie jest gównoburzą. Ale widzę, że na NE pisze się albo dobrze, albo wcale (prawie jak o trupie).

Megasie,
jest takie powiedzenie: “pluń mu w twarz, a on powie, że deszcz pada”.
Można się nie zgadzać z opinią Judyty (i również moją) że zaczyna brakować jakości Najlepszej, ale nie można zaprzeczać faktom.
Ostatnie publikacje:
– tekst zoozy (najsłabszy z jej wszystkich tekstów – IMHO nie powinien być puszczony),
– tekst Boobera (to chyba jakiś odkurzony staroć – też najsłabszy ze wszystkich pokazanych na NE),
– tekst Foxa z przyfastrygowaną na siłę erotyką (swoją drogą tekst niezły tyle, że nie na NE)
– Mika Kamaka i Marek Dopra – kompletna porażka redakcyjna,
– i teraz Smok z kolejną grafomańską wypociną,
a pośród tego dwa naprawdę dobre teksty Artimar i Kenaarf

Obrona staus quo za wszelką cenę (za cenę również śmieszności) i ignorowanie whistleblowerki, która zna nas nie od dziś jest żenujące. I wkurza. Nawet mnie, który do takiego sposobu traktowania interlokutorów już się przyzwyczaił.

Jeśli harmonogram wypchany jest tekstami pokroju tego kiczu, który zaserwował nam Smok – to może warto ograniczyć publikację do jednego opka w tygodniu? Zamiast zasypywać nas – czytelników – bylejakością.
PYTASZ:
“A co jest złego w „masowym czytelniku”?”
NIC – Jeszcze kilka takich komunikatów i poszukam azylu na Pokątnych. Tam przynajmniej nikt się nie stroi w Najlepsze piórka.
“Takiemu czytelnikowi można sprzedać fajne rzeczy.”
Prowadzisz DYSKONT czy stronę z NAJLEPSZYMI OPOWIADANIAMI W SIECI?
“NE”chętnie przyciąga i tych bardziej wymagających, i tych, których łatwiej zadowolić. Czyni to właśnie różnorodnością swej oferty.”
Bylejakość nie jest tożsama z różnorodnością. Wciskacie shit obok perełek. W końcu zostanie tylko szambo.
Jak tekst jest gówniany – to trzeba to przyznać i wzmocnić selektywność w publikacji.
Chamstwem jest powiedzenie do Czytelnika: nie podoba Ci się – to nie czytaj. Czytaj tylko te, w których masz gwarancję jakości.
A przecież CAŁA NE miała być w założeniu miejscem gdzie NIE TRAFIA się na grafomańskie, niedopracowane, kiczowate opowiadania i gdzie spotykasz te Najlepsze, a nie najbardziej poczytne opowiadania.

I ostatnia uwaga z zakresu przyciągania czytelników.
Na dobry PR się pracuje długo – i robi się to przede wszystkim szczerością w komunikacji.
Dodatkowo bardzo łatwo się traci tak mozolnie wypracowaną opinię – zwłaszcza ignorując informacje zwrotne od odbiorców/klientów.
Potraktuj to jako moją ostatnią radę na temat marketingu NE.
Kłaniam Kruk

@Kruku,
– tekst Foxa z przyfastrygowaną na siłę erotyką (swoją drogą tekst niezły tyle, że nie na NE). Trochę jak teściowa spadająca w przepaść w Twoim nowym samochodzie.:)
Jeszcze mi się nie zdarzyło wydłubywać komentarzy odnośnie mojej pracy pod innym tekstem. Zawsze to jakaś informacja zwrotna, doceniam.:)

Ja oczywiście jestem otwarty na dyskusje pod własnymi tekstami, chętnie poznałbym Twoją opinię, ale czujnie śledzę też komentarze pod tekstami kolegów. Czasem coś się trafi.:)

Barmanie,

używasz słowa “whistleblower”. Nie jestem pewien, czy wiesz, co ono znaczy 🙂 Załączam zatem krótki cytat z definicji:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Sygnalista_%28demaskator%29

“osoba nagłaśniająca działalność, która według niej jest najprawdopodobniej nielegalna lub nieuczciwa. (…) Sygnalista informuje opinię publiczną o malwersacjach, aktach korupcji, naruszeniach przepisów i tym podobnych nieprawidłowościach mających miejsce w organizacji, w której pracuje.”

Nasza działalność jest nielegalna czy nieuczciwa? Dopuszczamy się malwersacji, korupcji czy naruszenia przepisów?

Widzisz, nie robimy żadnej z tych rzeczy. Prowadzimy po prostu portal, na którym udostępniamy (nieodpłatnie!) opowiadania erotyczne. A Ty traktujesz nas, jakbyśmy brali grube łapówy, inwigilowali internet i spełniali życzenia demonicznych lobbistów. To czyni Twoją szarżę rozdmuchaną poza wszelką miarę, żeby nie powiedzieć, histeryczną. Znaj proporcją, mocium Panie. My tu się po prostu dobrze bawimy. Nie realizujemy misji dziejowej, nie ratujemy polskiej demokracji ani nie walczymy z globalnym ociepleniem.

Chcesz hejterzyć i psuć innym zabawę? Proszę bardzo, ale miej świadomość, jak komicznie to wygląda.

Whistleblower, hehe. Pytanie tylko: Edward Snowden, czy Chelsea Manning?

Pozdrawiam
M.A.

Megasie, tego określenie używa się nie tylko w odniesieniu do spraw naruszeń prawa.
Zauważ, że mówiłem o “zewnętrznym whisteblowerze” – osobie która zauważa niepokojące symptomy i dmie na alarm z zewnątrz organizacji – już choćby przez to trzymanie się ścisle definicji jest błędem.
Całą resztę wiadomości zignorowałeś… jak zwykle.
Po raz kolejny – ktoś pluje Ci w twarz a Ty prowadzisz rozważania meteo.

A co, Barmanie, Ty niby plujesz mi w twarz?

Ciągle na najwyższej nucie, prawda? Inaczej nie potrafisz. To nawet zabawne.

Proszę bardzo, piekl się. Psy szczekają, karawana jedzie dalej.

Gdy skończyłam czytać pomyślałam, że mógłby to być tekst, który spodobałby się ostatniej z osób komentujących opowiadanie kenaarf. Chyba trafiłam. A może to zbieżność nickow? 🙂
Cukierkowo z lukrem. Z dużą ilością lukru. Dla mnie zbyt pięknie i idealnie. Nie jest to mój klimat. Doceniam kulinarne porównania i metafory- obecnie modne i chętnie czytane. Odbiorcy popularnej literatury kobiecej mogliby potwierdzić, że zabieg ten częsty i z reguły dodający atrakcyjności. Tekst może miał wzmagać apetyt i zaspokoić głód. Ja nie zostałam do końca nakarmiona.
Jedzenie może być preludium do namiętności, lecz zabrakło mi tutaj pikanterii, owego posmaku ostrości na końcu.
Sama nie piszę. Inaczej oceniam teksty chyba niż Autorzy. Nie wypowiadam się o merytorycznej stronie opowiadań. Inne kryteria biorę pod uwagę. Od razu patrzę też na tekst w odniesieniu do tego, co się czyta, co jest lubiane czy kto mógłby być jego odbiorcą. Ten miałby Czytelników (choć pewnie zaraz usłyszę, że każdy tekst znajdzie amatorów. Tak, nie zawsze jednakowo wyrobionych).
Krzepiąco, romantycznie, różowo-tak go widzę. Zabrakło mi tego “czegoś”, tego mocnego, wyróżniającego się momentu. Zabrakło – mówiąc brzydko lub nie – “pierdolniecia” (choć to moje subiektywne zdanie), czegoś potężnego, by pokrywki z garnków pospadały z hukiem. Teraz to erotyczna okrasa w wersji soft.
NNN

Hmm… Zadumałem się nad tym tekstem. “W miłości i na wojnie wszystkie sztuczki są dozwolone”. Jeśli to opowiadanie miało się spodobać tej jednej, to wnoszę z pierwszego komentarza, że tak się właśnie stało.
Niemniej zgadzam się z dużą częścią analizy Kruka, ten tekst nijak nie sprawia, że coś we mnie drga. Niby jest poprawnie, ale nie ma iskry.

Nie znam się kompletnie na gotowaniu, ale tutaj łączenie świata seksu ze światem kulinariów wypada dziwnie, jakoś tak nieporadnie. Jeżeli kiedyś będziesz miał okazję zajrzyj do książki pod tytułem “Pokój straceń”, jedna z głównych postaci jest kucharzem. Nie przypominam sobie książki, która tak mocno pobudziłaby moją kulinarną ciekawość. Potrawy, bardzo wykwitnie są opisane niezwykle plastycznie i w konkretnym celu.

Czytając o wenie, nie mogę się nie uśmiechnąć, tak jak uśmiechała się niegdyś moja znakomita polonistka. Nie istnieje coś takiego jak wena, za dobrym tekstem stoją dziesiątki, setki godzin pracy. Twój bohater, człowiek doświadczony zdaje się się wierzyć, że pisanie opiera się na jakimś szczególnym rodzaju talentu. To nieprawda, wtedy wiedziała to moja pani profesor, dziś wiem to i ja.

Ad rem, twórca powinien być swoim najzacieklejszym krytykiem. Zdecydowałem się na pozostawienie opowiadania bez oceny.
Kłaniam się,
Foxm

Ledwo zaczęłam czytać komentarze, a mój nos zaswędział przez ilość pieprzu, jaka się tu unosi w powietrzu – takie kulinarne nawiązanie, hoho.
Wiecie, do krytyki na ogół nic nie mam. Szkoda, że czasem ludzie zapominają, że można być brutalnym i brutalnie szczerym. Niefajnie jest mylić te pojęcia, Ravenie.
Omiotłam wzrokiem tekst i nie sądzę, żeby był AŻ TAK zły – o ile jest w ogóle- jak niektórzy tu uważają. Jest inny; w innym stylu utrzymany, inaczej napisany, ale czy dlatego jest gorszy? To tak, jakby Sapkowski napisał teraz jakieś “gówno” – bo odniosłam wrażenie, że tak większość potraktowała ten tekst Smoka- i nagle spłynęła na niego fala krytyki, że jak to tak, po Wiedźminie takie coś, że to nie wypada, skandal, olaboga, wołać policję!
Pamiętajmy, że większość ludzi pisze dla przyjemności. Nie dla Was, nie dla mnie i nie dla tego bloga. Jest wiele miejsc, w które mogliby swoje teksty wstawiać, a wysyłają to Wam, więc powinniście się cieszyć.
To dobrze, że redakcja nie odrzuca tekstów. Może komuś się nie spodoba, a może inny czytelnik będzie miał inne odczucia. Każdy tekst to okazja to nauki.

Tyle,
B.

BS,
Najpierw przeczytaj. Później komentuj. Chyba nie widziałaś kiedy jestem brutalny. Niektórych to nawet kręci ;]
Gdyby Sapkowski napisał Harlequina i byłaby to wciągająca lektura – byłbym pierwszym, który bije brawo.

Szukałem słowa na określenie tego stylu jaki zaprezentował tym i poprzednim razem Smok i dopiero dziś słuchając audycji o świątyni w Licheniu zatrybiłem jakiego określenia szukałem: kicz*
To opowiadanie jest jak Bazylika Matki Bożej Bolesnej Królowej Polski w Licheniu Starym. Kiczowate.

I z tego co widzę Smok nie jest Mozartem literatury erotycznej – to nie jest współczesna opera buffo (doceniona po latach jako wartościowa artystycznie).
Nie jest też następcą Warhola – używającego kiczu jako tworzywa do kreacji, czemu zawdzięczamy coś takiego jak pop-art.
Ani mistrz, ani wizjoner – …
Wszyscy piszemy dla przyjemności. Niestety nie wszyscy powinniśmy być publikowani (w miejscu które ma ambicję stworzenia “takiej przestrzeni, w której oprócz dobrej dawki erotyki stawia się duży nacisk na jakość literacką opowiadania”) i nie wszystkie nasze teksty nadają się do publikacji (w takim miejscu).
To jest to co odróżnia(ło) nas od reszty stron z opowiadaniami w sieci – selektywność wynikająca z wyższych standardów.
Jeśli sami pozwalamy sobie na publikację kiczu, to jak możemy odmawiać dostępu na nasze łamy innym grafomanom?
Pal licho Smoka – mógł tego nie widzieć, ciężko być obiektywnym w stosunku do swojego własnego, jeszcze ciepłego tekstu – ale gdzie była Redakcja?
Tyle,
Kruk

“Kicz (z niem. Kitsch – lichota, tandeta, bubel) – utwór o miernej wartości, schlebiający popularnym gustom, który w opinii krytyków sztuki i innych artystów nie posiada wartości artystycznej.
Określanie czegoś kiczem wskazuje odbiorcy brzydotę i lichość oraz małą wartość artystyczną tak nazwanego dzieła, wykonanego z pewnym przepychem, ale zupełnie pozbawionego gustu: przedmiotu, kompozycji plastycznej, utworu literackiego, filmu itp.” Wikipedia
[dla uściślenia znaczeniowego pojęć, których używamy]

BS,

nieprawdą jest, że “redakcja nie odrzuca tekstów”. Nasze szuflady są pełne tekstów odrzuconych 🙂 Odmówiliśmy publikacji już ok. 40 kandydatom na Autorów. Oczywiście nie chwalimy się, komu, bo i po co.

Natomiast ci, którzy zostają już naszymi Autorami i pierwszymi tekstami potwierdzą, że włączenie ich do naszej kompanii nie było błędem, korzystają trochę z taryfy ulgowej – ich następne teksty nie co do zasady wstrzymywane. Choć precedensy już się zdarzały.

Musimy znaleźć mądry balans – między ilością i jakością publikowanych tekstów. Wcale nie uważam, że powinniśmy robić z NE jakiegoś absurdalnego Parnasu, publikującego raz na miesiąc genialny tekst. Wystarczy, że będziemy po prostu czynić to częściej niż konkurencja 🙂 Gdzie indziej publikują Miss.Swiss, Kenaarf czy Artimar? No właśnie. Jak konkurencyjne portale doczekają się takich Autorek, zacznę się niepokoić 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Selektywność gigantyczna – jak na 3 lata funkcjonowania bloga/strony :]
To ile było wszystkich nadesłanych? 42, 43? Skoro ponad 40 osób usłyszało nie – a nie przypominam sobie by “za moich czasów” ktoś z ulicy został przyjęty – to pochwal się jak wielu autorów w sumie chciało dołączyć do NE.
To będzie statystyczny ubaw… Nie zapomnij o Qmanie – jego też policz…

@B.S. – ośmielę się z Tobą nie zgodzić. A konkretnie z tą wypowiedzią:
“Pamiętajmy, że większość ludzi pisze dla przyjemności. Nie dla Was, nie dla mnie i nie dla tego bloga.”
Mój Korektor, mądry człowiek, nauczył mnie podstawowej rzeczy. A mianowicie, jeżeli piszesz pamiętniki, co dziennie skreślasz kilka zdań w notatniku, a później chowasz go do szuflady biurka tudzież pod poduszką, wtedy możesz mówić o pisaniu dla siebie. Jeżeli natomiast publikujesz swe myśli (bez względu na to, czy na blogu osobistym, czy na witrynie Internetowej) piszesz dla ludzi, dla Czytelników.
Przyjemność przyjemnością, ale decydując się na upublicznienie własnych tekstów/zapisków, Autor (lub jak woli Smok “autor”), powinien zadbać o odpowiedni poziom swej publikacji.
Już przy poprzednim tekście Smoka pisałam, że nie czynię mu zarzutów z powodu cukierkowego klimatu,w którym utrzymał swe opowiadanie. Problemem jest styl. Uwaga, niestety, tyczy się również powyższego dzieła.
Jedzenie może być zmysłowe, i tu odwołam się do, jakże uwielbianej, muzy Smoka – filmu. Mowa oczywiście o “9 1/2 tygodnia”.
Czytając tekst Smoka, powinnam czuć zapach świeżych ziół, aromat przypraw. Oczyma wyobraźni widzieć apetyczną potrawę, dochodzącą na lekkim ogniu. A co czuję? Swąd spalenizny. Co widzę? Gęstą, oleistą zawiesinę na brunatnym sosie. To tak, jakby niedoświadczony kucharz wylał na patelnię litr oleju, bo zapomniał – lub nie wiedział – o tym, że podsmażane mięso pod wpływem ciepła uwolni tłuszcz.

Druga sprawa – nie lubię porównywania. Nie ma we mnie zapędów współzawodnictwa. Dlatego, Barmanie, mimo, że tak pochlebnie wypowiadasz się o moim tekście, proszę, abyś nie porównywał go z tekstami innych. Każdy z nas ma inny styl. Niech Czytelnicy będą tymi, którzy ocenią, co im odpowiada, a co nie. Odpowiedzi dostaniemy w komentarzach pod tekstami.

I jeszcze jedna uwaga, znowu do Ciebie Barmanie. Generalnie zgadzam się z większością wysnutych przez Ciebie zarzutów. Natomiast z jednym nie mogę się zgodzić. Nie atakuj Redakcji, jako całego tworu. Doskonale wiesz, jak przebiega praca nad tekstami Autorów, którzy już od dłuższego czasu goszczą w gronie NE. Taki Autor nie przedstawia swego tekstu całej Redakcji, kieruje go do Korektora. I to też nie jest wina danego człowieka sprawdzającego tekst. Opowiadanie należy do jego twórcy. Czasami, choćby Korektor stawał na głowie (i nie tylko) to i tak autor nie posłucha dobrych rad.
Nie osądzaj Redakcji, bo w mojej opinii, Twoje poglądy są niesprawiedliwe.

Pozdrawiam,
kenaarf

Słuchajcie, zastanawiałem się czy w ogóle pisać pod tą gównoburzą, którą (głównie) Barman rozpętuje pod opowiadaniem. Co to zmieni, przecież i tak nikt z nas nie zmieni zdania. Ani ja nie przekonam Kruka, ani on mnie, Megas zostanie przy swoim itd.

Zastanawiam się tylko Kruku nad kilkoma sprawami:
1) Jaki masz cel w wyciąganiu pod moim opowiadaniem swoich uwag do innych Autorów? Co to wnosi (jeśli Twoja “krytyka” w ogóle coś wnosi) do mojego opowiadania? Umówmy się, krytykiem też trzeba umieć być, tak samo jak autorem. Brakuje Ci naprawdę dużo i wydaje mi się (po Twoich wypowiedziach, pominę prywatę), że nigdy nie odniesiesz sukcesu na tym polu. Tak jak ja Twoim zdaniem nie odniosę na polu tworzenia.

2) Masz pretensje do Redakcji? Co zatem stoi na przeszkodzie, byś uczestniczył w jej pracach? Masz jakiś żal o swoje własne decyzje, że uprawiasz od jakiegoś czasu ten “krytyczny” (cudzysłów celowo) onanizm w komentarzach pod opowiadaniami?

3) Zarzucasz mi brak oczytania (fakt, nie czytam zbyt dużo, korzystając głównie z dobrodziejstw dzisiątej muzy), a jednocześnie piszesz o kiczu w sposób, który jest tak masakrycznie laicki, że głowa mała i witki opadają. O kiczu jako kategorii estetycznej czy aksjologicznej (podpowiem Ci, chodzi o wartościowanie) wiesz tyle, ile przeczytałeś w Wikipedii. Nie chodzi nawet o samą definicję, którą raczyłeś przytoczyć (za Wikipedią), a o to, że silisz się na erudycję, Mozarta (dodam od siebie, że masz na myśli Wesele Figara), buffo, Warhola, pop-art. Polecam każdemu przeczytanie definiensu kiczu w Wikipedii. Jest tam dokładnie to, o czym piszesz. Co więcej wiesz o kiczu, oprócz tego, co zaserwowała Ci krótka notka w Wiki? Hmmm. Po Twojej wypowiedzi sądzę, że niewiele. Nie zgrywaj, więc znawcy tego tematu, jeśli nie masz nic mądrego więcej do powiedzenia ponad to, co przeczytasz ad hoc (pisząc komentarz) w Internecie. Chcesz rozmawiać o kiczu? Jestem gotowy, ale Ty się lepiej przygotuj. Pamiętam, że przy jednym z innych opowiadań kicz został mi już zarzucony. Tam zapytałem wprost. Do których wyznaczników kiczu (sam jestem zwolennikiem podziału Władysława Stróżewskiego zawartego w “Zasadniczych pytaniach dialektyki twórczości”) chciałbyś odnieść mój tekst? Chcesz rozmawiać? Rozmawiajmy. Merytorycznie. W oparciu o obiektywne wyznaczniki, a nie własne widzimisię.

4) Zauważyłem, że krytykujesz każdą wizję seksu czy miłości, która nie odpowiada Twojej. Świat jest różnorodny, pamiętaj o tym. Dla mnie Ridley i Ana (nie będę tego wartościował, nie do mnie należy ta rola) jest właśnie opowiadaniem o uczuciach. Seks nie zawsze musi być wyuzdany, nie zawsze musi być dziki, nie zawsze musi być perwersyjny, by był ciekawy. Nie wszyscy patrzą na świat, tak jak Ty, czy rzesza innych czytelników. Dla mnie seks jest nieodłącznym elementem uczuć, jest nieodłącznym elementem miłości, bliskości, troski, partnerstwa, czułości. Tak o nim myślałem i przez taki pryzmat myślałem o bohaterze opowiadania, gdy je pisałem. Chyba nie chcesz robić za literackiego rasistę, który twierdzi, że coś jest gorsze, bo jest inne? Nie znasz takich zbliżeń, takich sytuacji jak te, które opisałem w opowiadaniu? Przykro mi, może stąd ta frustracja?

5) Ty naprawdę masz jakiś problem z kulturą masową. Albo powiem inaczej. Masz naprawdę jakiś problem z literaturą popularną. Tak, nie bójmy się tego stwierdzenia. To co napisałem łapie się tylko w ramy literatury popularnej, nastawionej tylko i wyłącznie na rozrywkę. Ale wiesz co? Może się zdziwisz… Twoje opowiadania też należą do tego nurtu, opowiadania kenaarf, Artimar, Megasa i każdego innego autora publikującego na NE także. Nie wiem czy to jakaś popieprzona walka z wiatrakami, którą starasz się uskuteczniać, niedostrzeganie tego, co tworzymy, czy o co chodzi? Nie odnajdziemy w naszych opowiadaniach tej iskry, która pozwalałaby pretendować do nazywania ich literaturą piękną. Ja nie mam z tym problemu. Dlaczego? Bo nie wartościuję. Literatura piękna i ta popularna pełnią po prostu inne role. Szczerze? Wolę być na pozycji twórcy literatury popularnej, niż płakać, że nikt nie chce wydać moich ponadczasowych dzieł sztuki. Dlatego też nie lubię strasznie, kiedy pisze się o mnie per Autor. Jestem autorem, a nie Autorem.

Wiesz co (choć nie piszę tylko do Ciebie)? Tekst rzeczywiście był pisany dla konkretnej osoby (która zresztą wyjawiła swą opinię zaraz pod nim). Czy jest ckliwy? Na pewno? Czy jest cukierkowy? Z pewnością. Dlaczego taki jest? Bo tak widzę pewne uczucia i emocje. Jeśli ich nigdy nie czułeś to naprawdę wiele tracisz. Ja powiem tylko, że pomimo trzydziestki z niewielkim okładem na karku potrafię na świat patrzyć właśnie w ten sposób, potrafię cieszyć się z każdego otrzymanego smsa i z wysyłania równie miłego, potrafię mieć w głowie wycinki przeszłości, krótkie obrazy tego, co wydarzyło się lata temu i wywarło na mnie wpływ, uwielbiam robić rzeczy, tylko po to, by komuś bliskiemu zagościł na twarzy uśmiech, a oczy zrobiły się radośniejsze. I wiesz co? Będę bronił tego spojrzenia na świat. Bo to, że Ty nie potrafisz go zrozumieć, nie oznacza, że on nie istnieje i nie może być dla kogoś piękny. I pomimo tego, że życie wbiło mnie na swój sposób mocno w ziemię potrafię tak nadal dostrzegać ten świat. Tobie też tego życzę. Może “krytyczny” onanizm okaże się dla Ciebie trochę mniej atrakcyjnym zajęciem.

Tym samym chciałbym zakończyć tę gównoburzę pod moim opowiadaniem, apleując byś swoje “krytyczne” podniecenie uwalniał gdzie indziej, jeśli nie masz już nic nowego do powiedzenia w temacie Ridley’a i Any.

Pozdrawiam
Smok

@Smok
Wymienienie tekstów z pierwszej strony zakładki “Opowiadania” wynika z dyskusji pod Twoim tekstem na temat tego, że NE leci na mordę z jakością i w tym sensie Twój tekst wpisuje się w szersze zjawisko obniżenia poziomu. Oto dlaczego.
Wiesz doskonale, że jestem zapalczywy, ale przy tym szczery w swoich opiniach i krytyce. Moja terapeutka ostatnio mi powiedziała ”krytykuj, nie oceniaj” – to właśnie starałem się zrobić.

A Ty zamiast zatrzymać się na chwilę i pomyśleć czy przypadkiem facet, który Cię lubi i zawsze wali kawę na ławę … czy taki ktoś, przypadkiem nie ma racji – Ty zamykasz się, wyciągając argumenty po prostu nietrafione, żeby bronić własnego ego, zamiast się czegoś nauczyć, zamiast wynieść coś z dyskusji.

Szkoda dobrej okazji, bo tak się składa Smoku, że porno-grafomanią param się prawie 20 lat, czyli robiłem to gdy Ty miałeś niewiele ponad 15 wiosen. I takich tekstów do dziewczyn, które chciałem poderwać natłukłem setki. I przyznaję – to skuteczna metoda ;]
To, co pokazuję na NE to nieledwie skrawek z tego, co zachowało się z przeszłości. A i tak, jak jestem przkonany, że nie miałeś ochoty się z tymi opowiadaniami zapoznać – bo nie czytasz.
Gdybyś czytał, wiedziałbyś że “mocne rżnięcie i bdsm” to tylko część mojego porno-pisania i że dużą część zajmują romantyczne opisy, zakochania i przysłowiowe “trzymanie się za rękę”. Twój zarzut, że nie pisałem o tym, ba! nie czułem tego, jest po prostu jak kulą w płot. I czułem i pisałem i… poddałem się weryfikacji, bo pokazałem to czytelnikom NE. Gdybyś czytał – wiedziałbyś o tym.
Więcej – nawet na NE można znaleźć teksty (nie moje) traktujące w sposób lekki i “romantyczny” o miłości, zauroczeniu, emocjach, które zyskały moją pozytywną ocenę. W odróżnieniu od Ciebie, ludzie potrafią opowiadać o zakochaniu nie wylewając beczki miodu i nie dodając do tego lukru z posypką z cukru-pudru – w dodatku (co może nawet najważniejsze) w marnym stylu. Gdybyś czytał – wiedziałbyś o tym.
Naprawdę znam się na tym. I potrafię odróżnić kicz od arcydzieła.
Nawet jeśli nie potrafię wymienić dwudziestu koncepcji dotyczących teorii literaturoznawczych. Kiedy Ty czytałeś(!) o teorii opisu zakochania – ja już o tym pisałem na podstawie własnych przeżyć. Czy popełniałem kiczowate potworki? Oczywiście, że tak. Ale nie ośmieliłbym się ich opublikować na NE.

Co do Redakcji – jak wiesz opuściłem to grono, ponieważ miałem dość zarzutów o to, że nie robię nic innego jak staranie się o przejęcie władzy. Ja nie choruję na władzę. Jeste mi ona o kant d..py potrzebna. Ale inni członkowie Redakcji domagali się większego wpływu – mają go teraz i … co? Nie widać ich działań w nawet tak podstawowej kwestii jak czuwanie nad jakością tekstów. Chcieliście władzy. Po co? Dla tytułu? Zacznijcie działać.
Jedyny Fox, który wyrasta na zdroworozsądkową siłę, ma odwagę przeczytawszy Twoją Smoku grafomanię przyznać że “król jest nagi”. Mam nadzieję, że Ci Foxie nie zaszkodzę ;]
Zawsze moje opinie były stanowcze. Takie były na DE, NE jako blogu i NE 2.0 jako stronie www. Jeśli nie mam zdania to milczę. Lecz traktuję NE jako dobro wspólne autorów – nie jest to bowiem strona Megasa – i dlatego komentuję teksty. I dlatego jasno i wyraźnie mówię, że ten tekst jest słabiusieńki. Starałem się wskazać dlaczego.

@Kenaarf
Trudno jest nie stawiać Ciebie i Atrimar jako wzorów godnych naśladowania.
Lekkie pióro i ciężka praca. Tego można oczekiwać chyba od każdego autora Najlepszej.

Nie zapominaj, że jestem tu jako czytelnik. Jako czytelnik nie chcę natykać się na takie cóś – ni przpiął ni przyłatał.
Czy korektor nie ma prawa się odnieść do sprawdzanego tekstu? Czy nie może zgłosić go pod dyskusję Redakcji? Czy nie może powiedzieć “STOP”? Podobno macie pękające w szwach worki opowiadań. Jest zatem czas na dyskusję z A/autorem…

Barmanie, terapeutce wisisz duże piwo, bo różnicę w Twoich wypowiedziach moim zdaniem widać 😛

Smoku, przeczytałam kilka razy powyższe komentarze. Kruk ocenił/ skrytykował Twoje pisanie, jakość tekstu. Nie napisał: “Smoku jesteś nic nie watr”. Odniósł się do braku Twych umiejętności piśmienniczych. Czy rzeczywiście tak jest? Czy ma rację? Kim jestem, żeby to oceniać… Ale jako czytelniczce, przysługuje mi prawo do wyrażenia opinii, takoż Barmanowi. A odnoszę wrażenie, że Ty robisz prywatne wycieczki:
“Nie znasz takich zbliżeń, takich sytuacji jak te, które opisałem w opowiadaniu? Przykro mi, może stąd ta frustracja?”
“(…) potrafię mieć w głowie wycinki przeszłości, krótkie obrazy tego, co wydarzyło się lata temu i wywarło na mnie wpływ, uwielbiam robić rzeczy, tylko po to, by komuś bliskiemu zagościł na twarzy uśmiech, a oczy zrobiły się radośniejsze. I wiesz co? Będę bronił tego spojrzenia na świat. Bo to, że Ty nie potrafisz go zrozumieć, nie oznacza, że on nie istnieje i nie może być dla kogoś piękny.”

To i ja pozwolę sobie na prywatną wycieczkę.Nie oceniaj wypowiedzi Barmana przez pryzmat własnego niezadowolenia. Wbrew pozorom, tak czuję, ten Chłopak ma w sobie pokłady ciepła i równie wielką przyjemność jak Tobie, sprawia mu słodkie i romantyczne tete-a-tete.
Żadna z osób komentujących Twe opowiadanie, nie napisała: “Tekst jest do dupy, bo jest słodki”. Negatywne zarzuty czynione są odnośnie stylu i jakości. Przemyśl to na spokojnie. Może wyciągniesz wnioski. Tego Ci życzę.

Pozdrawiam,
kenaarf

Opowiadanie jest spoko. Pewnie, gdyby Autor przetrzymał je w szufladzie przez kilka miesięcy, i po tej kwarantannie, z dystansu spojrzał na tekst samokrytycznie, byłoby zupełnie inne, a na pewno lepsze.
Gdzie tu Barman kicz widzi? Ja aż tak spostrzegawczy nie jestem jak jego Sokole Oko i kiczu się w nadmiarze nie dopatruję.
Fakt – najsłabszy jest fragment w kuchni, autor próbuje coś ugotować, stara się być dość kreatywny, ale wychodzi potrawa bez smaku, acz zdrowa – moim zdaniem.
No, ale są tacy co bez garści pieprzu i chili, najlepsze danie uznają za niezjadliwe.
Hadko czytać większość tu zamieszczonych komentarzy.
Wojna polsko-polska odbywa się na wszystkich możliwych frontach, także i tu.

Sekcja komentarzy jest 3 razy dłuższa od samego opowiadania – takie elaboraty niektórzy tu piszą. Godna podziwu kreatywność. Opowiadanie by jakieś popełnili, zamiast ciągle narzekać 🙂

Czy ja dobrze widzę? Mało komentarzy – źle. Dużo komentarzy – też źle. Nie do ogarnięcia…

Amando, to był żart.

Zresztą, sam napisałem kilka ze wspomnianych elaboratów.

Weź trochę na luz czasem 🙂

Wyluzowana jestem jak rzadko, i nie muszę nic na to brać. Ja tu tylko czytam, przyglądam się i dziwię pewnym postawom.

Ok, krótko i na temat. Dodam swoją opinię, bo widzę tu jakąś dziwną frakcję obrońców wolności grafomanienia. Może dodatkowy głos na “nie” da członkom tej frakcji do myślenia…

To opowiadanie jest niestety nieudolne. Pierwsza część nijak się ma do drugiej, ot, wstępniak wyjaśniający, dla kogo i z jakiej potrzeby powstała druga część, nic do niej nie wnoszący. Soczewki kontaktowe także nie wnoszą nic do treści. Akapit o życiu prywatnym kupy się nie trzyma, bo nie wiadomo w końcu, czy bohater je kiedyś miał, czy się skończyło, czy poznał Ją.

A potem jest już tylko gorzej. Nadmiar przymiotników, otaczające bohatera części ciała bohaterki niczym na obrazie Picassa, wydumane metafory przyprawiające o atak histerycznego śmiechu. Skwierczące głoski podsmażone na zmysłach, lejące się niczym karmel oczy, dusząca się w pocałunku para, części ciała przykładane do jakiegoś partnera. Do tego piękny kalafior, który jest piękny. W tym tekście smaczek goni smaczek, na Armadę z nim!

Czytałaś może Dostojewskiego, Mickiewicza, widziałaś obrazy Matejki, Van Gogha? Każde to dzieło jest inne, każde ma wady i zalety. Może gdyby traktować różnego rodzaju sztukę z przymrużeniem oka, to byłoby wszystkim lżej. Pewnie każdy z autorów miał to w dupie, bo kto by się przejmował krytyką, skoro robi to, co mu się podoba i w czym się spełnia? Bałabym się tu wkleić tekst jakiegoś rapera, bo byście go wszyscy zlinczowali za składnię, ortografię, za dużą ilość zaimków, przyimków i rymów czasownikowych. Masakra masakr, po prostu. A to tylko szeroko rozumiana sztuka.

Ps. Pamiętam, że to portal z opowiadaniami erotycznymi, ale to tylko przykłady.
Pozdrawiam,
B.S

Czytałam, moja droga B.S, znacznie więcej. Właśnie DLATEGO widzę różnicę między tekstem dobrym a miernym. Jasne, że każde dzieło ma swoje wady i zalety, ale bezsensowny zbitek słów bez żadnego zamysłu nie jest dziełem. Ja wiem, że bełkot może nawet dostać NIKE, ale nie przestaje od tego być bełkotem.

Opowiadanie przeczytałam. W zasadzie zgadzam się z powyższymi słowami krytyki. O powtórzeniach, o dziwnych zwrotach i nie przemawiających metaforach, braku spójności. Domyślam się, że ta scena gotowania dla uczestników była interesująca. Niestety dla czytaczy opowiadania już nie jest. Może to być kartka z pamiętnika, opisana w celu zatrzymania wrażenia, i zapewne powracanie do niej pamięcią przez zainteresowanych będzie wzruszające. Dla osób postronnych jest mało zrozumiałe i nudne. Nasuwa mi się też takie określenie, że tekst jest po prostu wydumany. Czasami chciałoby się uwiecznić ulotną chwilę. Rozumiem intencję. Opowiadanie nie jest jednak zdjęciem, a klawiatura aparatem. Pisząc, tworzymy rzeczywistość na nowo, nawet jeśli opieramy tekst o wydarzenia rzeczywiste, musimy dopasować odpowiednie słowa, stworzyć atmosferę, zarysować przebieg, przedstawić kompozycję. Tutaj tego zabrakło.

Dziękuję za komentarz.
Apeluję tylko kolejny raz (może nie bezpośrednio pod tym opowiadaniem, ale w ogóle na stronie), o nie utożsamianie autora z bohaterem. Te wydarzenia nie miały miejsca nigdy i nigdzie… jeszcze 😀

Pozdrawiam
Smok

Mamma mia!
“BS,
Najpierw przeczytaj. Później komentuj. Chyba nie widziałaś kiedy jestem brutalny. Niektórych to nawet kręci ;]” Serio? To logiczne, że przeczytałam Twoje wypociny – zakładam, że pieklisz się tak mocno przy niektórych, że pot Ci aż spływa z czoła – i postanowiłam zwrócić Ci uwagę, ponieważ mogę, a co! Poza tym, chyba nie uważasz, że każdy ma takie samo zdanie, jak Ty, nie? To, co dla mnie jest zwykłą brutalnością, dla innych może dopiero przedsmakiem prawdziwej eksplozji. Zatem nie od Ciebie to zależy. Prawdę powiedziawszy, niektórzy mają głęboko w poszanowaniu Twoje, moje i innych komentarze, więc to czasem bez znaczenia.
Ps. “Niektórych to nawet kręci”? Phah, śmiechłam. Nie widzę tu ani onanizujących się do Twojej “brutalności” mężczyzn, ani masturbujących się kobiet. Wybacz.
Ps2. Skoro jesteś aż czepialski, to prawdę ZWRÓCIĆ CI UWAGĘ, że między moimi inicjałami znajduje się KROPKA. Weź to pod uwagę.

kenaarf, dobrze, może i masz rację. Zależy od punktu widzenia. Ja publikując swoje teksty nigdy nie myślałam w ten sposób, stąd z góry była to moja subiektywna opinia, moje nastawienie do sprawy.

Megas Alexandros, może powinnam dopisać tam “wszystkich tekstów”, ponieważ w domyśle zawarłam fakt, że na pewno istnieje tu selekcja. Zwyczajnie uznałam, że to oczywista oczywistość. Cieszę się jednak, że postanowiłeś mi to jasno nakreślić.

Pozdrawiam serdecznie,
B.S

Zachłanność zgubna dla człowieka.
Pozwolę sobie poprawić.
1 ps – aż tak*, pragnę*
Dziękuję.

@B.S – przeczytaj jeszcze raz uważnie komentarz Barmana. Może zrozumiesz, że pisząc o tym, żebyś “najpierw przeczytała, później komentowała” odnosił się do samego tekstu, a nie własnych komentarzy pod nim. Bo akurat to, czy je czytasz, ma zapewne głęboko w dupie. Wiesz już, o co chodzi? Nie? To wskażę Ci palcem:
“Omiotłam wzrokiem tekst (…).”
Dla mnie, pewnie takoż i dla Barmana, omiecenie wzrokiem tekstu, to nawet nie pobieżne jego czytanie.

A co do rapu… Poczytaj skąd się wzięła idea tego nurtu muzycznego. Poczytaj, po co powstają tego typu utwory. Zastanów się, co raperzy chcą przekazać. Poczytaj sobie historie tych najsławniejszych. Może zrozumiesz, że akurat w ich utworach nie chodzi o składnię i poprawność językową. Weź na warsztat Liroya, Paktofonikę, i oczywiście “zagramanicznego” 2Paca. Rap to coś więcej niż koszmarki stylistyczne i dobry bit. I mimo, że nie przepadam za tego typu muzyką, to czasami z dużą dozą sentymentu podchodzę do tekstów raperów. Bo to są utwory o czymś, a nie bezpłciowe zbitki słów.

Z pozdrowieniami,
kenaarf

Ach, być może o to chodziło. Niestety, dla mnie to nie ma znaczenia. To jak ze szkolną lekturą. Nie musisz jej czytać całej, żeby wiedzieć o co chodzi. 😉
Wychowałam się trochę na takiej muzyce i nie chodziło mi o szykanowanie jej, wręcz przeciwnie. Zgadzam się w pełni.

Pozdrawiam,
B.S

Do mnie również ten tekst nie trafił, nie wykorzystał własnego potencjału, jest suchy, bez zmysłowości. Gotowanie daje dużo więcej możliwości – zresztą w komentarzach już ktoś o tym wspomniał – brakuje zapachów, smaków, bodźców dotykowych, jest tylko skwierczenie rozgrzanego tłuszczu, a to akurat nie kojarzy mi się erotycznie 😉

Ponadto zgodzę się z Barmanem, że przydałaby się lepsza selekcja tekstów. To, że ktoś raz napisał dobre opowiadanie, bynajmniej nie znaczy, że musicie publikować wszystkie jego teksty. Ale oczywiście jestem tylko skromnym czytelnikiem i zrobicie jak chcecie…

Nie rozumiem też, tym razem, tej wielkiej nagonki na Barmana – bo tak odbieram Waszą “obronę” – był wyjątkowo konkretny i kulturalny, nikogo nie obrażał i nie uciekał się do personalnych wycieczek (w przeciwieństwie do części pozostałych dyskutantów).
Panowie, jeśli macie jakieś niezałatwione sprawy to może lepiej wyjść na zewnątrz i załatwić to jak mężczyźni! ;D

Srki znów nie chce mi się logować.

“Puszczaliśmy soki i aromaty w rytm bulgotania coraz większej ilości sosu, który otaczał nas niczym zrazy(…)” no za taki tekst by mi sie ktoś mógł w twarz roześmiać. Zrazy nie są erotyczne. Rozstrzelajcie mnie, ale po prostu nie.

Ogólnie bardzo ciężko pisze się teksty o pisaniu tekstów. Obecnie stawiałbym na minimalizm i opo zmienił w miniaturkę. Serio. W tym wypadku przemyślenia bohatera nam nic nie dają. Są tragicznie nudne zupełnie jak opis brytyjskiego kodeksu zachowań rodziny królewskiej. Przy stole. Po aperitifie.

Bukowski i wielu innych doszlifowało to lub jak twierdzą profesjonaliści doprowadziło do końca. Ustaliło kanon.

Co do tekstów popularnych Smoku to się zgadzam. Bardzo się zgadzam. Sam chciałbym takie pisać, ale nie zawsze jestem w stanie pójść na kompromis. Ostatnio wydawnictwo zaproponowało mi współpracę i regularną publikację w ezinach tekstów cyberpunkowych pod warunkiem że uczynię moich bohaterów sympatycznymi, usunę nierówności społeczne i wstawki z metaforami opartymi na technice. Zgodziłbyś sie? Ja mimo wszystko nie, bo to stanowi esencję tych opowiadań.

Każdemu podoba się jednak co innego i nie ma co sprowadzać wszystkiego do jednej miarki Barmanie. Ot różne wina podaje się do róznych posiłków, a różne opowiadania dla różnych ludzi. To nie czyni ich gorszymi

Megasie- niestety zauważyłem, że to także Ty jestem przyczynkiem do gównoburzy tu szalejącej. Okopałeś się i walczysz. Bardzo chwalebne i honorowe tylko że ja jakoś i do chwalebności i honoru podchodzę z dystansem (kija), bo rodzą szowinizm i niepotrzebne konflikty.

Howgh- tako rzecze Wódz Zbłąkany Pies ostatni przywódca Widmowych popielniczek.

Napisz komentarz