Wymiary: Czwarty wymiar (seaman)  3.22/5 (6)

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 40 minut/-y    

Poniższe opowiadanie jest publikowane powtórnie w ramach cyklu Retrospektywy. Pierwszy raz pojawiło się na portalu Najlepsza Erotyka 28 stycznia 2013 r.

Dostała pokój, znajdujący się tuż obok gabinetu Kosmatego. Skromny, choć wygodnie urządzony, miał łóżko, stół z krzesłem i wygodny fotel. A poza tym, dla odmiany, wyposażony był w konwencjonalne, zamykane na klucz drzwi. Miał być jej schronieniem przynajmniej jeszcze przez dwa dni, do czasu nadchodzącej audiencji.

Hrabia nie wypytywał jej więcej o babcię Helenkę. Po projekcji wrócił do sypialni i wyprowadził dziewczynę do gabinetu. Tam przekazał ją poznanemu wcześniej, owadziemu kamerdynerowi. Ten otrzymał polecenie pokazania Lidii jej pokoju, zapewnienia bezpieczeństwa i wszelkich wygód. Pod groźbą śmierci, tego dziewczyna była pewna, choć ani słowo na ten temat nie padło.

Kamerdyner – Patyczak od tego momentu dla Lidii – nie odezwał się ani słowem, zaprowadził tylko dziewczynę do wyznaczonego jej pokoju, a po chwili przyniósł znaną już potrawę. Do tego – znak, że awansowała w hierarchii ważności – dostała dzbanek napoju i dziwaczny, krwistoczerwony owoc, cierpki w smaku, ale bardzo odświeżający.

 Po zatrzaśnięciu drzwi przez Patyczaka nikt więcej nie zajrzał i nie miała sposobności poprosić o wodę do umycia, choć bardzo tego chciała. Jednak, kiedy tylko – po raz pierwszy od kilku dni – położyła się na miękkim łóżku, od razu zapadła w sen tak głęboki, że nawet brak higieny jej nie przeszkadzał. Noc wypełniły jej dziwaczne wizje babci Helenki, na zmianę kochającej się z satyrem i hrabią.

Ostatni dzień przed audiencją minął Lidii bardzo szybko. Poranek spędziła na relaksowaniu się w wielkim, podziemnym basenie, na który zaprowadził ją jej modliszkowaty opiekun. Pływała i moczyła się w ciepłej wodzie, wypełniającej niewielkie niecki rozsiane wokół głównego zbiornika. Wszystko to znajdowało się w olbrzymiej jaskini, w której każdy plusk wody, każdy szmer powracał zwielokrotnionym echem, a jedyne dźwięki, jakie nie były wywoływane przez dziewczynę, to cichutkie odgłosy wody, skapującej z pokrytego stalaktytami sklepienia.

Przyjście Patyczaka zasygnalizowało koniec relaksacyjnej części dnia. Kamerdyner zaprowadził Lidię do jej pokoju, w którym czekały już trzy osoby. Jedna z nich, niska, pulchna i pokryta na całym ciele czerwonym błyszczącym futerkiem, okazała się osobista kosmetyczka hrabiego. Z jej sympatycznym wyglądem kontrastowały tylko pożółkłe, długie kły, wystające spomiędzy zarośniętych ust, błyskające groźnie przy każdym uśmiechu. Towarzyszył jej asystent, dziwaczny stwór o czterech tylnych odnóżach unoszących ciężki tułów, na szczęście dla Lidii skryty pod długim płaszczem.

Trzecią osobą był ponury, milczący osobnik o łysej głowie pokrytej matową ciemną skórą, wzrostem dorównujący niemal hrabiemu. Lidia potrafiła to ocenić mimo, że ponura postać siedziała na jedynym dostępnym w pokoju krześle. Nieznajomy ubrany był w czarny, skórzasty płaszcz sięgający niemal do podłogi, spod którego przy każdym ruchu pobłyskiwała kolczuga, zszyta z ciemnych, odbijających światło kółeczek.

Krągła, futrzasta postać, która przez resztę dnia maltretowała ciało, twarz i włosy dziewczyny, była sympatyczną, gadatliwą istotą, z werwą opowiadającą o kulisach życia na dworze hrabiego. Swoje historie przeplatała zabawnymi anegdotami, dzięki którym Lidia mężnie zniosła dość bolesne zabiegi na swojej osobie. Jej asystent, po złożeniu na podłodze dwu wielkich skrzyń, wypełnionych wszystkim, czego tylko masażysta, fryzjer i makijażysta mogliby potrzebować, natychmiast zwinął się w kłębek, niczym olbrzymi pies, i zasnął. Potężny milczek siedział na krześle i cierpliwie czekał aż wielogodzinne zabiegi pulchnej, rozgadanej kosmetyczki dobiegną końca. A trochę to trwało.

Z potoku słów, jaki wyrzucała z siebie czerwonofutra istota, Lidia dowiedziała się kilku ważnych rzeczy. Na jej zdziwione pytanie, po co hrabiemu kosmetyczka, dziewczyna usłyszała, że Kosmaty po jednej z podróży powrócił bardzo zmieniony. Chory, a może zmutowany. Milczący osobnik syknął ostrzegawczo podczas tej rozmowy, ucinając niedyskretne wywody. Fukając z oburzeniem dodała tylko, że od tej pory hrabia wymaga szeregu zabiegów, utrzymujących jego ciało w odpowiedniej formie.

Podczas kilkugodzinnego, boskiego masażu, Lidia zapytała o babcię Helenkę. Kosmetyczka odpowiedziała:

– Taak, pamiętam ją doskonale. Była bardzo cichą, spokojną człowiekobietą. Zresztą jedyną, jaką spotkałam w swoim życiu, toteż sama nie wiem, czy wy wszystkie takie jesteście, czy nie. Przygotowywałam ją tak samo, jak ciebie i muszę z dumą stwierdzić, że mimo dość topornego materiału wyjściowego, jakim dysponowałam, udało mi się uzyskać bardzo dobry rezultat. Mam nadzieję, że z tobą również będzie podobnie.

– Topornego? – spytała Lidia, oburzona dość obcesowymi słowami kosmetyczki.

– Och, nie bierz tego do siebie, dziecko. Dla mnie jesteś, tak jak i ona, po prostu surowcem, z którego próbuję niczym rzeźbiarz ulepić coś pięknego. A że… lekko odbiegacie wyglądem od tego, co dla mnie jest piękne, stąd moje słowa. Ciekawe, jak ty byś określiła MÓJ wygląd?

– Może masz rację – Lidia odpowiedziała po chwili. – W końcu taki drobiazg jak kanony piękna jest niczym przy całej odmienności mojego świata i waszego. A jak to się stało, że tej kobiety już tutaj nie ma? Nie żyje? – spytała na koniec.

Ciemnoskóry osobnik, siedzący cierpliwie na krześle, znów syknął.

– Och, dałbyś spokój z tym sykaniem – kosmetyczka, która okazała się również bardzo utalentowaną masażystką, wyszczerzyła kły w kierunku siedzącego olbrzyma. – Przecież to nie tajemnica. Uciekła. Pomógł jej w tym osobisty kamerdyner hrabiego. Nie przyznał się, dlaczego to zrobił, ale podobno rzuciła na niego jakiś dziwny urok. Musiało to być coś potężnego, bo zaryzykował dużo i naraził się na wielki gniew hrabiego. Niemal nie stracił życia przez to, co zrobił. A czemu to uczynił? Sama go spytaj – zaśmiała się pulchna rozmówczyni Lidii. – Od tego czasu milczy jak grób, ani słowa nie wypowiedział.

Lidia przez dłuższy moment w milczeniu ważyła słowa masażystki. Co mogło skłonić wiernego sługę do sprzeciwienia się woli swojego pana i, przede wszystkim, DO POMOCY babci? Bo fakt, że istoty zamieszkujące ten świat czasem nie panują nad żądzami, potwierdzały wcześniejsze wydarzenia, ale narażać się na przerażający gniew pana jedynie po to, aby pomóc innej istocie? To było zaskakujące i zastanawiające.

– Ale było to tak dawno według twojej miary czasu, że tamta człowiekobieta, o ile nie zginęła przy próbie ucieczki, na pewno już nie żyje. Z jej opowieści o waszym świecie wynikało, że jesteście dość delikatnymi, krótkowiecznymi istotami.

– Można tak powiedzieć, przynajmniej porównując nas do was – odpowiedziała Lidia.

– A czemu jej historia tak cię interesuje? – odezwał się nagle niskim, mocnym głosem milczek z krzesła.

– Po prostu chciałam wiedzieć, jaki ją spotkał los – odparła spokojnie dziewczyna. Mimo, że starała się przybrać obojętny ton, bała się zdradzić emocje, jakie nią targały. – A poza tym, była ze mną spokrewniona – dodała po krótkim namyśle.

– Taak? – zdziwiła się kosmetyczka. – No popatrz. Jaki dziwaczny zbieg okoliczności.

– Można to nazwać różnorodnie, ale na pewno nie zbiegiem okoliczności – odrzekł siedzący olbrzym i ponownie zapadł w milczenie.

***

Dopiero, kiedy skończyły się katusze Lidii, polegające na wyrywaniu zbędnego owłosienia, szarpaniu i upinaniu jej ciemnych loków i najmniej z tego uciążliwych zabiegów makijażystki przy jej twarzy, ciemnoskóra, milcząca istota podniosła się z krzesła. Olbrzym popatrzył na dziewczynę, potem zerknął na kosmetyczkę i mruknął:

– Dobrze. Może być. Więcej nawet tobie nie uda się osiągnąć.

Zagadnięta wzruszyła tylko pulchnymi, włochatymi ramionami i również popatrzyła uważnie na Lidię. Wyciągnęła z jednego z kufrów niewielkie, owalne lustro, które podstawiła pod twarz dziewczyny.

– Pewnie masz rację. Ale wyszło nie najgorzej, przyznasz chyba sama? – pytanie skierowane było do siedzącej na skraju łóżka dziewczyny, więc ta z zaciekawieniem zerknęła na swoje odbicie. Ciemne włosy miała mocno zaczesane do tyłu, uformowane w nieduży czub nad czołem, i spływające upiętą, kontrolowaną falą na plecy. Ani jeden włos nie wystawał z misternej fryzury. Całość była tak dokładnie i doskonale uczesana, że sprawiała wrażenie idealnie jednolitej i zwartej. Jej twarz, którą zazwyczaj tylko sporadycznie ozdabiała intensywnymi kolorami, teraz była mocno umalowana. Akcentująca oczy gruba, czarna kreska wyjeżdżała daleko poza ich obręb, stopniowo zanikając. Żywy, niebieskawy cień położony wokół oczu wydobywał całą głębię jej szmaragdowych tęczówek. Ciemnobrązowa szminka i mocno podkreślone kości policzkowe jeszcze bardziej przydawały jej twarzy egzotycznego, kociego wyglądu. Z tą fryzurą i makijażem, jej wygląd skojarzył się Lidii ze starożytnymi naściennymi malowidłami, które oglądała rok temu na wycieczce w egipskiej Dolinie Królów.

– Możesz normalnie położyć się spać. Nie myj się tylko naszą żywowodą, która zrujnowałaby moją pracę, dobrze? – wyjaśniała kosmetyczka, pakując do skrzyń swój arsenał cieni, czernideł i pomad. Skończywszy układanie wszystkich drobiazgów, czerwona istota pogardliwie kopnęła śpiącego na podłodze asystenta. Ten, tak bezceremonialnie obudzony, podniósł się burcząc coś pod nosem, po czym nałożył na plecy pasy podtrzymujące obie skrzynie i obydwoje w milczeniu wyszli z pokoju Lidii.

– Dobrze – odezwał się owinięty w płaszcz olbrzym. – Teraz moja kolej.

Wstał z krzesła i stanął przed dziewczyną. Wydawał jej się ogromny, głową sięgał niemal sufitu.

– Jestem dowódcą garnizonu hrabiego i odpowiadam za bezpieczeństwo jego oraz jego gości na jutrzejszej audiencji – powiedział. – Chcę z tobą omówić kilka szczegółów spotkania tak, abyś miała ogólne pojęcie, co może się wydarzyć.

Lidia pokiwała głową i słuchała, wpatrując się z uwagą w płaską, pozbawioną jakiegokolwiek wyrazu twarz.

– Przez ostatnie cztery okresy wiatrowe, czyli jakieś pięć dziesiątek waszych lat, były trzy duże zamachy na hrabiego. Takie, podczas których napastnicy dotarli na odległość strzału. Dlatego jutro musimy być przygotowani na każdą ewentualność – mówił olbrzym, powoli i starannie formułując słowa. Ciemno odziana postać zaczęła chodzić po małym pokoju Lidii. Dwa kroki w lewo, obrót i dwa kroki w prawo. Dziewczyna czuła się jak na odprawie wojskowej.

– Twoim bezpieczeństwem, jakkolwiek mało istotne jest ono dla nas, będzie zajmował się kamerdyner hrabiego. Będzie zawsze gdzieś w pobliżu i, gdyby coś się działo, ma cię ochronić i wyprowadzić z sali. Dalsze postępowanie uzależnione będzie od okoliczności. Żebyś nie miała złudzeń, człowiekobieto – on ma rozkaz cię zabić, jeśli czymkolwiek narazisz hrabiego na szwank. Ma cię zabić również w przypadku, w którym dalsza ochrona nie będzie miała sensu, a jego obecność będzie potrzebna gdzie indziej. Dlatego też módl się do swoich bogów, kimkolwiek oni są, aby jutro nic się nie stało.

– Co do samej audiencji, sprawa jest bardzo prosta. Jutro dostaniesz ubranie. Masz pójść z kamerdynerem na salę, tam spełnisz to, co zostanie tobie wyznaczone. Masz być posłuszna rozkazom hrabiego i wypełniać życzenia gości, to może uda ci się przeżyć jutrzejszy dzień.

– Z gośćmi obowiązuje cię jedna, jedyna zasada. Masz spełniać wszystko, czego od ciebie zażyczą. I nie wolno pod żadnym pozorem patrzeć nikomu w oczy.

– Czemu? – spytała cicho.

– Nie wiesz, kto jest naszym gościem, a kto domownikiem. Kto należy do naszej rasy, a kto jest… inny. Nie potrafisz nas rozpoznać, prawda?

Lidia przytaknęła powoli głową.

– No, właśnie. Sytuacja jest bardzo prosta. Istota niższa, podległa, nie może spojrzeć na kogoś o większym statusie. A jutro będą goście o bardzo wysokiej pozycji. Za taką zniewagę ciebie spotka na pewno śmierć. A nas? Nie potrafiłbym ci na to odpowiedzieć, nawet gdybym chciał.

Olbrzym zatrzymał się na sekundę i spojrzał na nią z góry.

– Żebyśmy się dobrze zrozumieli w tej kwestii. Jakiekolwiek nieposłuszeństwo oznaczać będzie, że trafisz w moje ręce. A tego nie chcesz, uwierz mi na słowo.

Olbrzym odwrócił się na pięcie i, zamiatając połami długiego płaszcza, wyszedł z pokoju.

Lidia została sama ze swoimi myślami. Dzień dobiegał końca.

***

Następnego dnia dziewczynę obudził chudy, owadziopodobny kamerdyner, wnosząc na tacy poranny posiłek. Lidia usiadła na łóżku i poczuła zaciskające się na żołądku zimne palce strachu, niczym odnóża jakiegoś potwornego pająka. Poczekała, aż lokaj bezszelestnie wyjdzie, po czym nagle załkała zakrywając usta dłońmi, aby nie wydać z siebie najmniejszego dźwięku.

Bała się, potwornie się bała. Tego, co ją spotka na audiencji, tego, co ją czeka potem. Najbardziej zaś bała się tego, co chce zrobić. Co musi zrobić, jeśli chce się kiedykolwiek stąd wydostać. Siedziała na skraju posłania i płakała długo, bardzo długo, przygryzając palce i ocierając łzy. Była przerażona jak jeszcze nigdy w życiu. Tak muszą się czuć ludzie, którzy znaleźli się w sytuacji bez wyjścia, pomyślała. A właściwie w sytuacji, w której jedyne możliwe do zastosowania rozwiązanie jest naprawdę przerażające i ryzykowne. Ale wiedziała, że nie ma alternatywy. Że musi, przynajmniej chwilowo, podporządkować się woli Kosmatego, a potem mieć nadzieję na jedną, króciutką i ulotną szansę, choćby na jej cień. Musi tę okazję rozpoznać i umieć ją wykorzystać, gdyż więcej się już nie pojawi.

***

Powoli zdołała opanować panikę. Skupiła się na jedzeniu i to zajęło umysł dziewczyny na tyle, by złapać chwilę wytchnienia. Nie może myśleć, bo to wywołuje u niej strach. Musi działać instynktownie. Musi kierować się emocjami, tylko wtedy może jej się udać.

Oddychaj głęboko, dziewczyno. Powoli przełykaj słodkawą ciecz. Kęs za kęsem wgryzaj się w soczysty owoc, nie przejmuj się czerwonym sokiem, skapującym na piersi. Nie myśl. NIE MYŚL.

***

Po jakimś czasie do pomieszczenia wkroczył Kosmaty w towarzystwie swojego modliszkowatego lokaja. Lidia popatrzyła na owłosioną twarz hrabiego. Widać było rękę kosmetyczki – w ugładzonych włosach, ułożonych w niewielki czub, w przyczesanych kudłach, zwisających po obu bokach głowy.

Kosmaty miał na sobie długi, sięgający ziemi płaszcz, z zewnątrz czarny i gładki, od środka podbity futrem w kolorze intensywnej czerwieni. Mimo że Lidia była naga i nie odczuwała chłodu w ciepłym pomieszczeniu, po hrabim nie było widać, aby się pocił w ciężkim płaszczu. Pod wierzchnim okryciem miał na sobie kolczugę, podobną do tej, jaką wczoraj widziała u dowódcy jego wojsk, tyle, że bardziej zdobną, mieniącą się w bursztynowym świetle lampy różnymi kolorami, zmieniającymi się wraz z każdym ruchem olbrzyma. Na piersi hrabiego dostrzegła niewielki prostokąt materiału z wyszytym wzorem, skomplikowanym i niezrozumiałym dla dziewczyny. Lidia zauważyła, że pod płaszczem olbrzym ukrywa coś jeszcze. Hrabia podążył za jej wzrokiem i lekko odsłonił lewe biodro.

– To broń. Tradycyjna broń ręczna, jakiej używamy na oficjalnych uroczystościach – powiedział, pokazując dziewczynie zamocowany na grubym, skórzanym pierścieniu oręż. Była to wielka buława, z masywną rękojeścią wysadzaną bladymi, błyszczącymi kamieniami, u dołu zakończona ciężką głownią, z której sterczały długie na kilka centymetrów kolce. – Broń tradycyjna i pokazowa, ale w nagłej potrzebie bardzo przydatna.

Kosmaty uśmiechnął się lekko.

– Nie bój się. Słyszałem, że mój kapitan cię wczoraj nastraszył. Nic się nie wydarzy. Ty masz tylko sprawić, żeby porozumienie doszło do skutku – rzucił.

Zamilkł na chwilę, a potem dodał ciszej:

– O ile będziesz w stanie.

Lidia podniosła się z krzesła. Stała przed hrabim, zupełnie naga; drobna, krucha i delikatna. Zadrżały jej ramiona, kiedy obronnym gestem zakryła dłońmi piersi. Olbrzym spostrzegł to i, mylnie interpretując jej gest, skinął na kamerdynera. Ten wystąpił przed swojego pana i położył na łóżku trzymany w dłoniach czarny płaszcz. Potem wręczył dziewczynie dwa drobne przedmioty.

– To jest twój strój właściwy – odezwał się hrabia. – Nałóż to, szybko się rozgrzejesz. Kolory płaszcza – czerń i czerwień – to kolory mojego rodu. Oznaczają, że jesteś moją własnością.

Lidia ze zdumieniem przyglądała się trzymanym w dłoni skrawkom, wykonanym z dobrze jej znanej dziwacznej skóry. Domyślała się jedynie, że dwie maleńkie miseczki połączone niemal niewidocznym paskiem miały jej służyć za stanik. Przyłożyła je do piersi i nastąpiło błyskawiczne dopasowanie. Miseczki nie okrywały jej biustu, a jedynie podpierały obie półkule, wypychając je ku górze i do przodu. Natomiast druga część garderoby, cieniusieńki pasek, z jednej strony rozchodzący się w podłużny trójkącik, zaskoczył ją zupełnie. Patrzyła na niego z takim zdumieniem, że hrabia aż parsknął śmiechem.

– To jest dół, człowiekobieto – powiedział. – Ta większa część to przód. Przyłóż, samo się ułoży.

Dziewczyna obróciła się i przytknęła materiał do krocza. Przycisnęła szerszy koniec paska do wygolonego łona, a podłużną końcówkę przełożyła pomiędzy udami i wsunęła między pośladki. Materiał przylgnął do jej ciała, wpasowując się we wszystkie zakamarki, a z tyłu zakrywając dziurkę odbytu. Lidia poruszała biodrami, potem zerknęła w tył, na swoje pośladki. Nawet skrawka nie było widać, ale czuła przyjemny nacisk na najdelikatniejsze fragmenty ciała. Odwróciła się twarzą do hrabiego, a ten spojrzał z zadowoleniem.

– Dobrze. Może być. Teraz wyglądasz bardzo podobnie do tej… pierwszej – powiedział. – Nie wiem, czemu wcześniej tego nie zauważyłem. Prawda, że niemal identyczna? – pytanie skierowane było do owadziego lokaja. Ten, speszony słowami pana, odwrócił wzrok od Lidii i powoli kiwnął głową, przytakując.

Dziewczyna w milczeniu narzuciła płaszcz. Czuła miękkie futro, okrywające jej ciało i powoli się uspokajała. Potrafiła już rozpoznać efekty działania spożytego posiłku – odprężenie, spokój, rozluźnienie mięśni – i poddała się tm emocjom bez żadnych oporów. Była gotowa.

***

Weszli we trójkę przez wysokie, szeroko otwarte drzwi do olbrzymiej sali. Pomieszczenie było tak duże, że oświetlające je, zawieszone w powietrzu kule nie zdołały rozproszyć mroku, zalegającego pod wysokim, niewidocznym sklepieniem. Pod ścianami ustawione były rzędy szerokich stołów, zastawionych olbrzymią ilością nieznanego Lidii jedzenia, Dziewczyne jęknęła, zdumiona feerią bajecznych kolorów i kształtów przyrządzonych smakołyków. Gdzieś w tle rozbrzmiewały dźwięki delikatnej muzyki. W powietrzu unosiła się mieszanka ciężkich, egzotycznych zapachów, kojarzących się Lidii z piżmowymi, wschodnimi kadzidłami. Lekka mgiełka, wisząca w powietrzu nad głowami stworów zapełniających salę, mogła być albo efektem, albo źródłem owego lekko duszącego, słodkawego aromatu.

Lidia rozglądała się dookoła, i choć nie czuła już strachu, ze zdumienia zakręciło jej się w głowie. Salę zapełniały najprzeróżniejsze stworzenia, dwu- i czworonożne, jedne okryte ubraniami, inne zupełnie nagie, prezentujące swoje nieludzkie ciała. Feeria kolorów i kształtów, w połączeniu z odurzającym zapachem i hipnotyczną, sączącą się zewsząd muzyką, wywołały zaskakującą reakcję u dziewczyny. Zakręciło jej się w głowie i, aby nie upaść, musiała wesprzeć się na potężnym ramieniu hrabiego. Oparta o niego, z szeroko otwartymi ze zdumienia oczyma, wkroczyła na środek sali.

Przypomniawszy sobie w ostatniej chwili wskazówki kapitana gwardii, którego dostrzegła zaraz przy wejściu, opuściła głowę i jedynie kątem oka, spod rzęs, obserwowała gości Kosmatego.

Były tam potworne hermafrodyty, łączące w sobie cechy owadzie i zwierzęce, były istoty pokryte kolorową łuską i gęstym futrem, były stworzenia o gołej i pomarszczonej skórze.

Dziewczyna rozpoznała swoją czekoladową kochankę sprzed dwóch dni. Rogata pozdrowiła Lidię lekkim kiwnięciem głowy. Była ubrana w kunsztownie zdobioną, opinającą jej krągłe ciało suknię w intensywnym, różowym kolorze, przyjemnie kontrastującą z barwą jej ciała. Obok niej stał również Iglasty, ale nie patrzył na Lidię.

Hrabia prowadził dziewczynę przez salę, zręcznie lawirując w tłumie wypełniającym salę. Przeszli wzdłuż stołów z jedzeniem, mijając liczne alkowy.

– Zaraz dotrzemy do loży zajmowanej przez poselstwo… tamtych – mruknął Kosmaty, przez cały czas pozdrawiając mijanych gości. – Pamiętaj, nie wolno ci spojrzeć w górę. Masz być posłuszna, rozumiesz?

– Tak, panie – odrzekła Lidia. Czuła się jak jagnię, prowadzone do jaskini lwa. Bezbronna, niemal nieodziana, wiedziona nie wiadomo, na co. Przerażało ją to nieznane niebezpieczeństwo, ale jednocześnie czuła głęboko w brzuchu ogień prymitywnego, instynktownego podniecenia, narastający w niej niczym pożar. Nie potrafiła zapanować nad emocjami. Odczuwała odurzającą mieszankę strachu, uległości, i podporządkowania. Ten przedziwny melanż wywoływał głęboko w ciele dziewczyny narastającą falę erotycznego żaru, który obejmował jej ciało i umysł gorącym uściskiem wewnętrznej namiętności. Cokolwiek miało się stać, była gotowa podporządkować się temu uczuciu, poddać się fali wypełniającej jej ciało i wypełnić wszystkie rozkazy.

***

Wydawało się, że już nic nie jest w stanie jej zaskoczyć. A jednak, gdy stanęli przed wieńczącą salę dużą wnęką, oświetloną kilkoma zawieszonymi pod sufitem bursztynowymi kulami, dziewczynie zaparło dech ze zdziwienia. Na wielkim fotelu, zajmującym niemal całą przestrzeń wykuszu, zasiadała olbrzymia postać. Wylewające się, potężne ciało podtrzymywane było przez widoczne spod zakrywającej całą niemal sylwetkę tuniki urządzenia, brzęczące cichutko. Lidia domyślała się, że są to jakiegoś rodzaju antygrawitacyjne podnośniki. Narzucony na głowę kaptur ukrywał prawie całą twarz w półmroku, widoczne były tylko grube, mięsiste wargi i pobłyskujące co chwila oczy. Założone na piersiach wielkie ramiona o trójpalczastych dłoniach potęgowały jeszcze wrażenie gigantyczności całej postaci. Wpatrzona w błyszczące pierścienie, zdobiące każdy z palców siedzącego stwora, dziewczyna zadrżała na myśl, że to jest emisariusz „Tamtych”.

Wokół olbrzyma stało i siedziało kilka innych postaci, zapewne będących orszakiem wysłannika. Wszystkie ubrane były w podobne, szare tuniki z kapturami, spod których wyzierały jedynie świdrujące ją oczy. Kolczasty miał rację, Lidia nie potrafiłaby dostrzec różnic w wyglądzie pomiędzy tą rasą, a rodakami hrabiego. Dla niej te stworzenia, niektóre porośnięte różnokolorowym futrem, inne błyskające łuskami, były tak samo dziwaczne i niesamowite, jak dotychczas poznane istoty.

Hrabia stanął przed olbrzymią postacią, zasłaniając swoim ciałem stojącą za nim dziewczynę i lekko, ale zauważalnie skinął głową.

– Witam cię, czcigodny gościu – odezwał się dźwięcznym głosem. – Cieszę się bardzo, że zechciałeś przybyć do mojego skromnego domu. Wybacz proszę, że przyjmuję cię tak prostymi i mało wykwintnymi potrawami, ale zmuszają mnie do tego okoliczności naszego spotkania.

– Ależ hrabio – odpowiedział siedzący na fotelu emisariusz. Miał głęboki, chrapliwy głos, pobrzmiewający dziwacznymi, metalicznymi tonami. – Nie musisz mnie za nic przepraszać. Rozumiem doskonale trudności związane z tak niezwykłym spotkaniem, ponieważ sam borykam się z różnymi… poglądami, przeciwnymi jakimkolwiek kontaktom z wami. Dlatego powtórzę raz jeszcze, nie przepraszaj.

Kosmaty raz jeszcze pochylił głowę w ukłonie.

– Dziękuję ci, szlachetny gościu, za tak miłe słowa – odrzekł. – Ale, zanim przejdziemy do naszych rozmów, bardzo cię proszę, odpręż się nieco i zrelaksuj na moim skromnym bankiecie.

– Oczywiście, dokładnie to mam zamiar zrobić – padła metalicznie brzmiąca odpowiedź. – Ale cóż tak skrzętnie ukrywasz za swoimi plecami, gospodarzu?

Hrabia uśmiechnął się nieznacznie i odsunął, ukazując stojącą za nim kobietę.

– To, mój gościu, jest prezent dla ciebie na dzisiejszy wieczór – rzekł.

– To? – Spytał olbrzymi stwór. – A co to jest?

– To jest niespodzianka, mój panie – rzekł hrabia. Złapał za kołnierz płaszcza, okrywającego dziewczynę od stóp po szyję i szybkim, ostrożnym ruchem zerwał go z dziewczyny. Ta wyprostowała się, naga i piękna, z niezrozumiałą dla siebie dumą prezentując własne wdzięki. Z trudem powstrzymała się od podniesienia głowy i spojrzenia olbrzymowi w błyszczące oczy. Kosmaty tymczasem kontynuował: – To, drogi gościu, jest wyjątkowa zdobycz. Oryginalna, rzadko spotykana w naszym świecie człowiekobieta.

Istoty, skupione wokół wielkiego emisariusza, wyraźnie się ożywiły. Lidia słyszała ich ciche poszeptywania, dostrzegła poruszenie, które niczym delikatna fala przemknęło przez całą grupę. Olbrzymi grubas też się poruszył, jego dłonie drgnęły, a pobłyskujące pierścieniami palce rozprostowały się i ponownie splotły na wzdętym brzuchu.

– Doprawdy? Prawdziwa człowiekobieta? – spytał emisariusz.

– Tak – odrzekł hrabia. – Jak widać.

Zakapturzona postać wydęła grube usta i cmoknęła głośno.

– To duże zaskoczenie, hrabio – zahuczała. – Że znowu udało ci się zdobyć taki rzadki okaz.

Lidia drgnęła, gdy na ramieniu poczuła dłoń jej pana.

– Tylko dla ciebie, mój gościu – rzekł stojący obok potwór.

– Witaj nam – zwrócił się do niej ambasador. – Podejdź bliżej.

Ruszyła w kierunku wielkiej postaci, wpatrując się w grube, trójpalczaste dłonie. Czy będę musiała zrobić TO z NIM? Znowu zadrżała, tym razem z przerażenia.

Emisariusz zaśmiał się, widząc jej mimowolny odruch.

– Nie bój się, człowiekobieto – zahuczał. – Nie drżyj ze strachu i obrzydzenia. Nie będę cię zmuszał do niczego, czego byś nie chciała.

– Szanowny gościu – rzekła z wahaniem. – Jestem tutaj, aby spełnić twoje wszelkie życzenia.

– Brawo, hrabio! – Ciało olbrzyma zafalowało na unoszących je dryfach. – Jak ty to robisz, że taka wyjątkowa istota, rzadsza niż dziewica na moim dworze, mówi mi coś takiego? Ha, to miłe.

– Nie bój się, człowiekobieto – emisariusz ponownie zwrócił się do Lidii. – Niestety, jak widzisz, nie jestem już za bardzo zdolny do robienia niektórych rzeczy. Cóż, z przywilejami związane są pewne… efekty uboczne!

Olbrzym znów zatrząsł się od śmiechu.

– Ale – kontynuował – nadal miłe są mojemu oku wszelkie radości tego i innych światów. Oto mój syn – upierścieniona dłoń drgnęła i zza fotela, na którym siedział olbrzym, wysunęła się wysoka, ubrana w tunikę istota. – On jest tym, który w niedalekiej przyszłości przejmie wszystkie moje obowiązki. Wobec tego pierwszy z nich, tak miły i zaskakujący, już teraz przeniosę na następcę.

Lidia zerknęła na wysoką, barczystą postać, stojącą kilka kroków przed nią. Widziała tylko jasną, niemal bladą skórę dłoni, bo reszta ciała skryta była pod jasnoszarym materiałem. Widać było zarys masywnej klatki piersiowej, szerokie barki i pobłyskujące, czerwone oczy, spoglądające na dziewczynę spod kaptura. Lidia z lekkim wahaniem podeszła dwa kroki, dzielące ją od zakapturzonej istoty i uklękła, pokornie schylając głowę.

– Panie – rzekła – dziś z woli hrabiego jestem twoją własnością. Powiedz mi proszę, jak mogę okazać ci moje oddanie?

Usłyszała szmer wokół siebie i instynktownie poczuła, że jej słowa były tymi właściwymi i że wywarły należyty efekt.

– Dobrze – odezwał się stojący przed nią osobnik, którego nazwała w myślach Mnichem. – Dziękuję ci, hrabio, za tak hojny dar. A ty, człowiekobieto, podejdź bliżej, a zobaczysz, co mam dla ciebie przygotowane.

Lidia posłusznie podsunęła się na kolanach do stojącej przed nią postaci, a wtedy Mnich lekko odchylił okrywającą jego ciało tunikę. Dziewczyna zobaczyła tuż przed swoją twarzą dużego, masywnego członka. Gruby niczym jej nadgarstek, brązowawy penis błyszczał zawilgotniałą już główką, zachęcając dziewczynę do przejęcia inicjatywy. Kutas drgnął, kiedy dotknęła go delikatnie dłonią, zesztywniał, gdy mocno zacisnęła palce na jego trzonie i podniósł się wyżej, wprost do jej ust. Delikatnie polizała czubek żołędzi, smakując krople przezroczystego płynu, pojawiające się już na czubku masywnego członka. Powoli przesunęła palce wzdłuż sztywnej lancy i jeszcze raz liznęła błyszczącą żołądź. Smak, tak inny od tego co znała do tej pory – delikatnie słodkawy i gorzki jednocześnie – bardzo podniecił ją. Poczuła mrowienie w kroczu, zsunęła dłoń po brzuchu i dotknęła palcami swej kobiecości. Odsłonięty srom był zaskakująco mokry. Nie panując nad sobą, otworzyła szeroko usta i, przymknąwszy oczy, wepchnęła wielką główkę kutasa do ust.

Gorący kształt wypełnił ją całkowicie, zalewając gardło swoją słodko-gorzką wydzieliną. Dziewczyna z trudem przełykała ślinę. Jej język pieścił wrażliwą skórę napletka. Jedną dłoń wcisnęła głęboko między swoje uda, a drugą zacisnęła na grubym korzeniu Mnicha. Przesuwała rękę w przód i w tył, czując twardość naprężonego kutasa. Jej szparka była już tak mokra, że palce dziewczyny – najpierw dwa, potem trzy – bez problemu wślizgiwały się raz za razem do pochwy, zwiększając tylko podniecenie Lidii. Dziewczyna nie mogła tego widzieć, ale  wprost kapała kobiecymi sokami, aż na kamiennej posadzce, pomiędzy jej kolanami, utworzyła się niewielka, błyszcząca kałuża.

Wtedy poczuła coś jeszcze. Jakby coś ciepłego dotknęło jej palce zaciśnięte na masywnym członku. Otworzyła oczy i, na ile to było możliwe, zerknęła w dół. A potem zamarła w pół ruchu.

Spod tuniki sterczał drugi kutas.

Nieco smuklejszy i dłuższy od tego, którego trzymała wciąż w ustach, nieco jaśniejszej barwy, dumnie prężył się o kilka centymetrów poniżej, swoją mokrą już żołędzią muskając dłoń Lidii.

Pieszczony przez nią stwór poczuł, że dziewczyna zastygła w bezruchu i zerknął na nią spod kaptura. Widząc zdumienie malujące się na twarzy kochanki, mruknął coś niezrozumiale, a potem powtórzył głośniej:

– Nie przestawaj, człowiekobieto. Czyżby nikt cię nie uprzedził, że my mamy dwa członki?

Dziewczyna nie mogła odpowiedzieć, bo jej usta wciąż zajęte były napęczniałą lancą Mnicha, toteż, łamiąc wszelkie otrzymane wcześniej instrukcje, spojrzała w górę. Jej wzrok musiał chyba wyrażać wielkie zdumienie, bo stwór roześmiał się tylko przerażającym, chrapliwym śmiechem.

– Masz dwa razy więcej roboty – rzekł i, naciskając trójpalczastą dłonią na czubek głowy Lidii, zmusił do podjęcia przerwanej pieszczoty. Dziewczyna lekko wzruszyła ramionami, wybełkotała coś niezrozumiale, po czym ponownie zaczęła mocno, gwałtownie posuwać dłonią po trzymanym w gardle penisie. Chcąc nie chcąc, musiała również zająć się tym drugim, toteż wyjęła palce z wnętrza własnego ciała i, jeszcze błyszczące od jej soków, zacisnęła na sterczącym, wolnym kutasie. Teraz, starając się utrzymać jednakowy rytm, szybko ruszała obiema rękoma, nie przestając pieścić trzymanej wciąż w ustach żołędzi.

No tak, myślała, najpierw gwałt, potem lesbijka z ogonem, a teraz dwa kutasy u jednego faceta. Co dalej – kobieta z cyckami na plecach?

Z wysiłkiem opanowując atak śmiechu, skupiła całą uwagę na sterczących przed jej twarzą członkach. Masowała obydwa dłońmi, naprzemiennie biorąc każdą główkę do ust. Lizała, przygryzała i lizała obydwie na zmianę, bo, choć bardzo chciała, nie mogła ich wcisnąć do buzi jednocześnie.

Słyszała szybki, świszczący oddech stojącego nad nią Mnicha i czuła, że jest już bardzo podniecony.

Sama była równie mocno rozgrzana. Czuła, jak z jej rozpalonego wnętrza wypływa mnóstwo kobiecych soków, lepiących się do drżących ud. Podniecał ją fakt kochania się z kimś, czy raczej CZYMŚ czymś tak nieludzkim, jak to tylko możliwe. Dodatkowej ekscytacji dodawał fakt, że stojący w ciszy dookła nich tłum obserwował ją, zupełnie nagą, pieszczącą ustami kochanka. Ta odrobina ekshibicjonizmu, który okazał się tak bardzo stymulujący, była czymś nowym dla dziewczyny. Była tak rozgrzana, że nie chciała, aby na lizaniu się skończyło. Całym ciałem pragnęła rżnięcia, mocnego, ostrego seksu.

Powoli wyjęła z buzi smukłą główkę niżej usadowionego kutasa i, nie przestając mocno masować obydwu penisów dłońmi raz jeszcze, wbrew wszelkim usłyszanym wcześniej zakazom, spojrzała w górę, pod kaptur stojącego nad nią stwora.

– Zerżnij mnie, proszę – wyszeptała. – Tak bardzo chcę, żeby ktoś mnie dziś przeleciał.

 Słowa Lidii odpowiednio podziałały na jej nieludzkiego kochanka, dziewczyna dostrzegła to bez trudu. Zadrżał, skryty za kapturem, a oczy zaświeciły mu jeszcze mocniej. Lidia, nie podnosząc się z kolan, powoli obróciła się tyłem do Mnicha i podparła rękoma.

Wypięła mocno pupę, eksponując różowość sromu, ukrytą między błyszczącymi od kobiecej wilgoci udami. Pochyliła się mocniej do przodu, opierając na łokciu lewej ręki, a prawą dłonią sięgnęła do tyłu i odchyliła jeden z pośladków, zapewniając Mnichowi jeszcze lepszy widok.

Już po sekundzie był przy niej, dysząc i sapiąc spod kaptura. Trójpalczastą dłonią złapał dziewczynę w talii, dociskając jej ciało do kamienistej podłogi i zmuszając do jeszcze mocniejszego wygięcia ciała. Nie bawił się w żadne ceregiele, tylko gwałtownie i mocno wbił się w jej spragnione ciało.

Poczuła w sobie gorący i twardy kawał mięsa i zaczęła go ujeżdżać, poruszając biodrami w tył i w przód. Nie miała zbyt dużego pola do popisu, bo Mnich wciąż mocno przytrzymywał jej ciało, ale chciała czuć go w sobie jak najgłębiej, jak najintensywniej. Nie mogła się już powstrzymać i jęknęła głośno z rozkoszy. Potem raz jeszcze. I jeszcze. Stwór wbijał się w nią gwałtownymi, szybkimi ruchami, głośno obijając się o pośladki Lidii. Z doskonale słyszalnym, wilgotnym odgłosem wchodził w jej ciało na całą imponującą długość potężnego kutasa i wysuwał się z niej niemal całkowicie, pozostawiając we wnętrzu dziewczyny tylko masywną żołądź. Kobieta była wniebowzięta. O to jej właśnie chodziło – o niepohamowany, zwierzęcy niemal seks, o to by potraktowano ją jak sukę w rui.

A gdy po chwili zwolnił i wyszedł z dziewczyny, zaskoczył ją drugi raz tego wieczoru.

Już chciała zaprotestować, żeby tylko nie przestawał, że tak właśnie chce, mocno, do granic bólu, ale wtem poczuła gorący dotyk żołędzi na swoim odbycie. I na wejściu do pochwy, JEDNOCZEŚNIE.

– Nie! – wyrwało się z jej zaskoczonych ust. – Ja jeszcze nigdy…!

Nie zdążyła dokończyć. Nie sądziła, że ten gruby, masywny kutas, którego jeszcze przed chwilą z taką trudnością mieściła w swoich ustach, teraz wepchnie się tak bezpardonowo w jej tyłek. Chciała protestować, ale Mnich chwycił za doskonale ułożoną fryzurę i, burząc misterne sploty, brutalnie pociągnął głowę Lidii w tył. Krzyk protestu zamarł w ustach dziewczyny, przekształcając się w długi jęk zaskoczenia, bólu i przerażenia. A po chwili jęknęła raz jeszcze, ale już ciszej.

Wbił się w nią dwoma penisami naraz. Jeden wepchnął w ciasną, rozdziewiczaną właśnie dziurkę odbytu, drugi – ten grubszy na całe szczęście – sam wślizgnął się w wilgotną, zaróżowioną szparkę Lidii. Mnich zaczął rytmicznie wchodzić w jej gorące ciało, najpierw powoli, przy każdym kolejnym pchnięciu wciskając się coraz głębiej. A potem zaczął przyspieszać.

I wtedy Lidia zrozumiała sens posiadania przez tę istotę dwu kutasów naraz. Wślizgiwały się w nią jednocześnie, coraz mocniej i szybciej penetrując jej ciało, które uległo temu agresywnemu, narzuconemu siłą rytmowi. Ale dziewczyna poczuła coś jeszcze oprócz bólu – bólu rżniętego ciała, który mimo wszystko coraz mocniej ją podniecał, bólu upokorzenia, który jeszcze bardziej rozkręcał tę ukrytą głęboko w jej psychice nić ekshibicjonizmu. Coraz mocniej odzywał się, narastający niepohamowanie, żar zbliżającego się orgazmu.

Dyszący za jej plecami Mnich przyspieszył tempo, co w mniemaniu Lidii również oznaczało nadchodzące spełnienie jej nieludzkiego kochanka. Wbijał się w nią z taką szybkością, że odgłosy obijania się obu ciał zlewały się niemal w jedno, ultraszybkie crescendo. Biust Lidii falował w rytmie, w jakim wnikały w nią obydwa penisy Mnicha. Kobieta złapała jedną z podrygujących piersi, ściskając między palcami nabrzmiały sutek. I wtedy zaczęła szczytować. Wielki, wstrząsający orgazm zawładnął dziewczyną i nie puszczał ze swoich rozkosznych objęć przez kilkadziesiąt długich sekund.

Mnich, który ani na sekundę nie zwolnił tempa, mocniej objął kochankę w talii, drugą dłonią szarpnął włosy dziewczyny, gwałtownie ciągnąc za misterną fryzurę i odginając jej głowę w tył. Przytrzymał wijące się w ekstazie ciało, nieświadomie potęgując doznania kobiety. Łapczywie łapała powietrze, dysząc głośno w ekstazie i wbijając się paznokciami we własną pierś. Mięśnie Lidii drżały, jej ciało wyzwoliło się spod kontroli umysłu i dawało upust przeżywanej rozkoszy. Po dłuższej chwili dziewczyna z długim jękiem wróciła do rzeczywistości. Stwór za jej plecami ponownie zaczął poruszać biodrami, penetrując ciało kochanki mocnymi pchnięciami.

– Otwórz oczy! – nakazał chrapliwym głosem.

Lidia wykonała polecenie i otworzyła usta ze zdziwienia. Mimo że podskakiwała w rytm gwałtownych pchnięć kochanka, dziewczyna zastygła na ułamek sekundy. Nie wyczuła tego wcześniej, ale Mnich przy każdym szybkim ruchu bioder popychał ją lekko w przód, aż ostatecznie znaleźli się u stóp siedzącego na fotelu grubego ambasadora. Gdy, zgodnie z poleceniem Mnicha, otworzyła oczy, odkryła, że nie tylko znajduje się pomiędzy pulchnymi kolanami emisariusza, ale że tuż przed jej twarzą sterczą dwa nabrzmiałe, czerwone penisy.

– Skoro udało ci się podniecić mojego ojca – syknął nad uchem Mnich – to teraz go zaspokoisz. Rozumiesz?

Znów pchnął biodrami, wciskając Lidię głębiej między potężne nogi siedzącego olbrzyma. Szarpnął za włosy przerażoną dziewczynę i nakierował jej twarz wprost na nabrzmiałe członki.

– Rozumiesz? – powtórzył zza jej pleców Mnich.

– Tak, panie – odpowiedziała drżącym głosem. Nie mogła się sprzeciwić, nie miała już sił, a poza tym pamiętała groźbę dowódcy wojsk Kosmatego. Podniosła się nieco wyżej, podparła łokciami na udach siedzącego potwora i złapała dłońmi za jego nabrzmiałe członki. Nie musiała czekać na dalsze instrukcje Mnicha – wiedziała, czego od niej żądają. Otworzyła usta i wessała główkę najbliższej lancy.

Mnich puścił włosy Lidii i złapał obiema dłońmi za jej szczupłą talię, powracając do szaleńczego tempa, z jakim wbijał się w jej ciało swoimi gorącymi drągami. Dziewczyna czuła jego kutasy, wciskające się niczym rozżarzone tłoki. Znów poddała się temu szaleńczemu rytmowi. Mocniej zacisnęła dłonie na twardych już i napęczniałych członkach sapiącego ambasadora i zaczęła językiem pieścić trzymaną w ustach żołądź. Poczuła, jak olbrzymie ciało przed nią drgnęło, poruszyło się delikatnie w rytm ruchów jej dłoni i znów powróciło podniecenie. Może i jest przymuszana do tego, co właśnie robi, może nie robi tego z własnej woli, ale widząc efekt swoich pieszczot zrozumiała, że to ona kontroluje emocje i pożądanie całej trójki. I to właśnie zaczęło podkręcać jej rozkosz, na nowo rozpalając namiętność w ciele dziewczyny. Namiętność, o istnieniu której do niedawna nie miała pojęcia.

Zaczęła poruszać biodrami, nabijając się na pochylonego nad nią kochanka i nie przestawała pieścić sterczących przed jej twarzą członków szybkimi, mocnymi ruchami dłoni. Język dziewczyny pracował intensywnie, drażniąc tkwiącą w jej ustach męskość ambasadora, który zaczął głośno jęczeć gdzieś w górze, nad głową Lidii. To ona dawała, to ona panowała nad nimi, to ona dyktowała warunki.

Słysząc przeciągłe jęki za plecami, dziewczyna wiedziała, że już niedługo kochanek nie będzie mógł zapanować nad swoim ciałem, i pragnęła jego orgazmu. Swojego też, zreflektowała się po chwili, czując własne, narastające podniecenie.

Z głośnym mlaśnięciem wyjęła kutasa ambasadora i natychmiast połknęła drugą żołądź. Ale tylko na chwilę. Znów wyciągnęła penisa spomiędzy warg i teraz, szybko i na zmianę, zaczęła wkładać do ust obydwie główki. Odgłosy zasysania, jakie dołączyły do miękkich, mlaszczących dźwięków towarzyszących każdemu pchnięciu Mnicha, wypełniły echem wnękę zajmowaną przez olbrzymiego, grubego stwora. Całe ciało Lidii pulsowało, rytmicznie obijając się o biodra pieprzącego ją kochanka, a jej misternie układana fryzura rozsypała się w nieładzie, czarnymi lokami zakrywając twarz dziewczyny.

Jeszcze chwila, myślała Lidia, jeszcze chwila a znów zacznę szczytować… Jak to możliwe, przecież wcześniej, z mężczyznami, tak rzadko dochodziła, o kilku orgazmach podczas jednego seksu nie mówiąc. A teraz niemal bez najmniejszego trudu, co prawda z mokrym z wysiłku ciałem i obolałym tyłkiem, przeżywała ekstazę po raz drugi. I to jak!!!

Wyprężyła mocno plecy, czując falę rozkoszy. Zastygła w bezruchu, z dłońmi tak mocno zaciśniętymi na członkach ambasadora, że zbielały jej knykcie, wgryziona zębami w jego twarde mięso, z Mnichem wbijającym się w jej opuchniętą, zaczerwienioną pupę. Wszystkie mięśnie napięły się pod gładką, błyszczącą od potu skórą, a potem Lidia zadrżała z rozkoszy. Mnich  widział drżenie jej pleców i ramion, słyszał zduszony jęk kobiety. Wtedy eksplodował ze swoich obydwu armat w jej wnętrze, wtłaczając gorącą spermę w każdy zakamarek ciała Lidii, do jakiego nie dotarł wcześniej. Dziewczyna czuła gorące nasienie we wnętrzu własnej pupy i wiedziała, co się dzieje z jej kochankiem. Sama, będąc jeszcze w objęciach orgazmu, pchnęła biodra w tył, głębiej nabijając się na obydwa członki Mnicha. Wtedy wystrzelił ambasador, z głośnym jękiem zalewając jej ciało i gardło swoją wydzieliną. Lidia z trudem przełykała napływającą do ust spermę, czuła jak gorąca, gęsta maź przykleja się do jej piersi.

Jej orgazm mijał, ale dziewczyna nadal mocno trzymała w swoich objęciach wszystkie cztery penisy, chcąc do końca utrzymać tę wyjątkową kontrolę, jaką w takich momentach kobieta sprawuje nad swoim kochankiem.

Czuła pulsowanie gorących trzonów. Jeszcze chwila, jeszcze moment, a ambasador z głośnym westchnieniem opadł na siedzisko swojego fotela, wysuwając się z ust Lidii. Dziewczyna powoli przełknęła resztkę słonawego nasienia i puściła trzymane w rękach penisy. Lekko obróciła się do tyłu, zerkając na Mnicha, który w przyklęku, wciąż przyklejony do niej biodrami, sapał niczym lokomotywa. Powolnym, prowokacyjnym ruchem dziewczyna wytarła czubkami palców wargi, rozmazując zastygłą na ustach kroplę nasienia. Nieludzki kochanek jęknął, patrząc na Lidię pobłyskującymi oczyma. Wydawało jej się, że w półmroku kaptura dostrzega zarysy jakiejś potwornie zniekształconej twarzy, ale nie zdążyła się jej przyjrzeć dokładnie.

Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, rozpętało się piekło.

***

Rozległ się pojedynczy krzyk kobiety, po którym na krótką chwilę zaległa całkowita cisza. Jękliwy wrzask zawisł w powietrzu, gęstym od intensywnych zapachów, po czym wybuchła nawałnica krzyków, wypełniając wielką komnatę przerażającymi lamentami, nawoływaniami bitewnymi i jękami umierających.

Lidia została jednym gwałtownym ruchem odrzucona o kilka metrów od miejsca, w którym klęczała. Nie wiedziała, kto cisnął nią w powietrze tak, że boleśnie uderzyła plecami o ścianę i osunęła się bezwładnie na posadzkę. Gdy tańczące przed oczyma kolorowe plamki znikły, dziewczyna jęknęła głośno i tyłem, szybko, przeczołgała się w najgłębszy kąt pomieszczenia, jaki instynktownie odnalazła. Sala balowa wypełniła się tłumem walczących istot, które teraz, odarte z kolorowych, eleganckich szat przywdzianych specjalnie na przyjęcie hrabiego, wyglądały tysiąckroć bardziej przerażająco niż wcześniej. Olbrzymi, gruby ambasador wciąż tkwił w fotelu, unieruchomiony swoją tuszą niczym kotwicą i niezdolny ruszyć się z miejsca, ale wokół niego, tworząc regularny półokrąg, stanęło szpalerem kilkanaście postaci, wciąż mimo potwornego zamieszania ubranych w szare tuniki. Każdy z nich trzymał w trójpalczastej dłoni długi, połyskujący miecz, i Lidia, choć nie miała najmniejszego pojęcia o zasadach walki wręcz, widziała ich wielką sprawność, z jaką posługiwali się swoim orężem. Wywijając smukłymi, prostymi ostrzami, rząd walczących utrzymywał napierającą ciżbę w bezpiecznej odległości od emisariusza, przynajmniej na chwilę zapewniając mu bezpieczeństwo. Lidia ostrożnie wstała i spojrzała na tłum walczących, chcąc zorientować się, kto z kim walczy. A przede wszystkim, znaleźć drogę ucieczki.

Po przeciwległej stronie komnaty, niemal dokładnie na wprost rozdygotanej dziewczyny, utworzyła się niewielka grupka walczących, skupiona wokół Kosmatego. Na jego widok zawartość śniadania podeszła Lidii do gardła. Hrabia zrzucił z siebie płaszcz i stał ubrany tylko w srebrzystą kolczugę, opiętą na jego potężnym ciele. W lewej ręce trzymał długi, masywnie wyglądający oręż, zakończony niczym kilof dwoma ostrzami a w prawicy dzierżył swą olbrzymią buławę. Widać było, że rozmiary broni nie stanowią dla hrabiego żadnego problemu, bo wywijał nimi z wielką łatwością. Olbrzym bez problemu odbijał ciosy atakujących i sam zadawał potężne razy, których odparować nie był w stanie żaden przeciwnik. Lidia zobaczyła, jak szybkim ruchem buławy odbił cios zakrzywionej szabli, wymierzony w masywną głowę, po czym uderzył drugą ręką. Ostrze kilofa trafiło nieszczęsną ofiarę w ramię. Hrabia, z widocznym nawet spod przeciwległej ściany spokojem, przyciągnął nabitego niczym na hak przeciwnika bliżej siebie i mocnym uderzeniem buławy zamienił jego twarz w mokrą miazgę, która ochlapała najbliżej walczących. Dziewczyna dostrzegła tuż przy Kosmatym drugą wielką postać – jego dowódcę wojsk – oraz kamerdynera, który mimo szczupłej sylwetki doskonale sobie radził, raz po raz zadając szybkie ciosy szerokim, krótkim mieczem.

Lidia powoli zaczęła rozróżniać walczących. Jedną grupą było poselstwo, skupione wokół ambasadora a dowodzone przez jego wysokiego, barczystego syna, który, wykrzykując gardłowe komendy, stał na szpicy linii obrony otaczającej jego otyłego ojca. Drugi oddział, utrzymujący szyk mimo zamieszania panującego w komnacie balowej, był skupiony wokół hrabiego. Na nich napierał tłum niskich, potężnie zbudowanych osobników, ubranych w jednakowe czarne uniformy, przepasane szerokimi, czerwonymi szarfami. Atakujący wciąż napływali przez drzwi wejściowe. Przerażające było, że czarnych kubraków przybywało.

Wtem napastnicy dostrzegli przyczajoną Lidię – przynajmniej dwu najbliżej stojących. Zaczęła głośno krzyczeć, widząc ich straszne, nieludzko zniekształcone twarze. Ruszyli na nią i dziewczyna pomyślała, że te kilka sekund, jakie jeszcze jej pozostały, będzie bardzo bolesnych.

Napastnicy kilkoma susami doskoczyli do niej, w biegu wznosząc w górę długie, czarne, zakrzywione szable. Ale ciosy nie zdążyły opaść. Jednego z nich potężne uderzenie buławy cisnęło na kamienną ścianę z taką mocą, że ciało niczym przyklejone zastygło na jasnych płytach, jakimi wyłożona były ściany wnęki. Drugi z napastników nie zdążył się obrócić, aby stawić czoła nowemu niebezpieczeństwo, bo jego krępą pierś przebiła, długa stalowa lanca, trzymana w dłoniach przez łysego dowódcę hrabiowskiego garnizonu.

Łysy olbrzym, wyrwawszy z drgającego ciała swoją broń, obrócił się twarzą do tłumu, szerokimi plecami zasłaniając niemal całe wejście do wnęki. Nad dziewczyną pochylił się przerażający, zjeżony hrabia. Z widocznej na policzku rany powoli sączyła się krew, skapując gęstymi kroplami na podłogę, ale poza tym Kosmaty wydawał się być w swoim żywiole.

Lidia głośno załkała, do jej oczu napłynęły łzy. Była w takim szoku, że z najwyższym trudem wydobyła z siebie głos.

– To nie ja… – wyszeptała bez sensu. – To nie moja wina!

– Wiem, człowiekobieto – warknął krótko hrabia, ucinając jej jęki. – Posłuchaj. Ci tutaj, to sługusy mojego największego rywala w radzie arystokratycznej. Nie wiem, skąd się dowiedział o tym spotkaniu, ani jak się dostał tutaj tak szybko i niepostrzeżenie. Poradzimy sobie z nimi, a jeśli nie – cóż, wtedy wszystko stanie się nieważne.

Pochylił się nad nią jeszcze niżej.

– Jeśli wyjdę z tego cało – wycharczał Lidii prosto w zapłakaną twarz – to pozostanę ci wdzięczny do końca mojego życia. Twoje zaangażowanie… to było widać, że ambasador docenił mój dar. Jeśli uda nam się mimo wszystko przeżyć to myślę, że zapamięta ten dzień i to nie ze względu na ten… – głos hrabiego zamarł na chwilę – …rozgardiasz, o nie. Zapamięta ciebie, tego jestem pewien.

– Dlatego też czuję, że jestem ci coś winien. Poza tym, może jednak nie uda mi się powybijać wszystkich tych szmaciarzy, którzy odważyli się niezaproszeni zawitać na moje przyjęcie. W takim przypadku twój los będzie opłakany. Z tych właśnie powodów postanowiłem cię uratować.

Lidia spojrzała na niego, wycierając dłońmi twarz. Zaczynała rozumieć.

– Doskonale widziałem twoją reakcję na teleport, jaki dostrzegłaś wtedy, w sypialni – syczał hrabia. – Mój kamerdyner zaprowadzi cię tam i razem uaktywnicie teleport, żebyś mogła opuścić mój świat. Nie jestem w stanie powiedzieć ci, gdzie trafisz. Szansa, że wrócisz do domu jest znikoma, musisz o tym wiedzieć. Ale jest raczej pewne, że  będziesz bezpieczniejsza, niż tutaj.

Hrabia cofnął się nieco i Lidia dostrzegła za jego plecami Patyczaka, w spokoju wpatrującego się w nią bladymi oczami.

-Żegnaj człowiekobieto, żywi raczej się już nie spotkamy – warknął Kosmaty, po czym odwrócił się i, nie czekając na jej odpowiedź, skoczył w tłum walczących.

– Witaj, pani – odezwał się cicho kamerdyner, a Lidia aż drgnęła, zaskoczona spokojnym, łagodnym tonem jego głosu. Spojrzała na Patyczaka, który lekko pochylił głowę w pozdrowieniu. – Nie mamy za dużo czasu. Poprowadzę cię tajemnym przejściem, ale musisz bezwzględnie słuchać moich rozkazów. Idź za mną, nie panikuj i nie krzycz, a może się uda – powiedział, znów skłonił głowę i odwrócił się twarzą w kierunku walczących. Dziewczyna stanęła tuż za nim i odezwała się:

– Jestem gotowa, ruszajmy – chociaż wcale gotowa nie była. Ale pomyślała, że coś powinna powiedzieć, a nic mądrzejszego nie przyszło jej do głowy.

Kamerdyner uniósł miecz i ruszył, posuwając się wzdłuż kamiennej ściany. Lidia szła pół kroku za nim, z przerażeniem patrząc na rzeź rozgrywającą się przed jej oczyma.

Nieludzko wyglądające stworzenia umierały w bardzo ludzki sposób – z krzykiem, czasem z płaczem czy błaganiem, w fontannie krwi, strzelającej z przerażających ran zadawanych przez mordujących ich przeciwników. Starała się nie patrzeć, nie widzieć, nie słyszeć, ale nie potrafiła.

W tłumie walczących widziała swoją niedawną kochankę, Rogatą, która w zwinnym, morderczym tańcu rozdawała śmierć, używając potężnych pazurów jako broni. Widziała Iglastego, który zrzucił z siebie czarny habit i ukazał się w pełni swojej potwornej postaci – wysoki, chudy, z krwistoczerwonym ciałem, wyglądającym tak, jakby wszystkie jego drgające mięśnie, ścięgna i żyły znalazły się na wierzchu, zamiast pod skórą. Widziała, jak jeden z zabijanych przez Iglastego żołdaków, tryskając krwią z przeciętego niemal na pół korpusu, w przyklęku zdążył strzelić z trzymanej w dłoniach broni wprost w swego zabójcę dziwnym, obłym pociskiem, który przy uderzeniu pękł z głośnym hukiem. Cała sylwetka Iglastego w jednej chwili stanęła w ogniu. Potwór zaryczał straszliwie, ale jeszcze głośniej zawyła Rogata, widząc co się stało. Jednym susem znalazła się przy płonącym ciele Iglastego, który krzycząc przerażająco wciąż stał na nogach. Potężnym ciosem brązowoskóra istota pozbawiła głowy najbliższego żołnierza, kolejnym odcięła naszpikowaną igłami czaszkę wrzeszczącego stwora. Jego ryk zamilkł, jej krzyk tylko spotężniał.

Lidia, szarpnięta za ramię, ocknęła się z chwilowego odrętwienia i ruszyła za kamerdynerem, przyciskając plecy do ściany. Poruszali się dziwnym, rwanym rytmem, ale po chwili dziewczyna zrozumiała, że kroki Patyczaka dopasowują się do walczącego tłumu. Jej przewodnik spokojnie, niemal metodycznie zadawał ciosy, sprawiedliwie rozdzielając je pomiędzy napastników i broniących się, za każdym razem jednak trafiał tak, że padająca postać torowała im drogę naprzód.

– Tam! – krzyknął do dziewczynie ucha, wskazując małą wnękę w ścianie. – Korytarz!

Dziewczyna drżała na całym ciele, nie z zimna, ale ze strachu, w przerażeniu oczekując jakiegoś zaskakującego ciosu, przynoszącego ból i śmierć. Ale szła za Patyczakiem, potykając się o własne stopy, ślizgając w kałużach krwi. Kamredyner wepchnął dziewczynę w wykusz, po czym sam do niego wskoczył. Sięgnął chudym ramieniem ponad głową Lidii i wcisnął niewidoczny przycisk. Po chwili byli już w ciemnym korytarzu, a zamykające się za nimi kamienne drzwi odcięły ich od zgiełku walki. Wyrwali się z obłędu.

***

Po kilku krokach w ciemnym korytarzu zwinęła się wpół i zwymiotowała wszystko, co wcześniej zjadła. Zbyt dużo wrażeń, nawet jak dla mnie, nawet jak na ten dziwny świat, pomyślała wycierając wargi i wypluwając gorycz z ust. O dziwo, Patyczak nie poganiał Lidii, tylko cierpliwie czekał za jej plecami. Po chwili dziewczyna odzyskała kontrolę nad własnym żołądkiem i podniosła się z kolan.

Dopiero teraz, stojąc w mroku, poczuła chłód i otuliła się ramionami. Kamerdyner wyciągnął w jej stronę zdjęty z pleców płaszcz.

– Załóż to – powiedział. – Nie mam nic, czym mogłabyś się wytrzeć, toteż będziesz musiała z tym poczekać jeszcze trochę.

Jego słowa uświadomiły Lidii, że cała aż się lepi – była mokra od potu, umazana krwią, nasieniem swoich niedawnych kochanków i Bóg wie, czym jeszcze. Ale Patyczak miał rację – kwestię higieny będzie musiała odłożyć w nieokreśloną przyszłość. Nałożyła płaszcz na ramiona i otuliła się nim mocno.

– Dziękuję – powiedziała słabym głosem. – Bardzo… dziękuję za pomoc.

– Podziękujesz później, jak uda nam się wymknąć z tej pułapki. Chwilowo jesteśmy bezpieczni, ale nie możemy zostać tutaj długo. Zamieszanie jest dla nas największym zagrożeniem, ale i jedyną szansą na wydostanie się z tej kabały. Ruszaj.

Lidia odruchowo kiwnęła głową i posłusznie zaczęła iść przed siebie, ostrożnie odnajdując drogę w otaczającym ich mroku. Po chwili jej oczy przyzwyczaiły się do ciemności i dziewczyna dostrzegła delikatny blady poblask, którego źródłem były drobiny błyszczącej materii, wtopione w kamienne ściany tunelu.

– Dokąd dojdziemy tym korytarzem? – spytała.

– Prawie do celu. Wyjście znajduje się w głównym korytarzu, tuż obok komnat hrabiego. Jeśli będziemy mieli szczęście, korytarz będzie pusty i reszta pójdzie gładko. Jeśli zaś szczęście nas opuści… – stwór za jej plecami zawiesił głos na chwilę – cóż, lepiej nie zastanawiać się, co nas czeka w takim przypadku.

Przez chwilę szli w milczeniu, pokonując lekki łuk tunelu.

– A moja babcia? Znałeś ją? – spytała z wahaniem Lidia.

– Tak – odrzekł po chwili Patyczak. – Znałem.

Dziewczyna czekała na dalsze wyjaśnienia, lecz stwór milczał.

Wobec tego zagaiła jeszcze raz:

– Podobno pomogłeś jej w ucieczce?

– Pomogłem – potwierdził kamerdyner, a dziewczyna wyczuła drżenie jego głosu: – Pomogłem, bo mimo wszelkich różnic jakie nas dzieliły, była mi… bliska.

– Bliska? – Lidia nie potrafiła ukryć zdziwienia.

– Bliska. A teraz skończmy ten temat, bo dotarliśmy do wyjścia. Może kiedyś opowiem ci resztę – burknął Patyczak.

Dziewczyna dostrzegła plamę drzwi, o ton ciemniejszych od otaczających ją mroków. Po dwu krokach oparła się dłońmi o kamienną płytę.

– No, to jak myślisz, mamy szczęście? – spytał Patyczak. Przepchnął się obok dziewczyny i uniósł miecz. Delikatnie nacisnął przegrodę, która bez najmniejszego dźwięku odsunęła się w bok. Lidię zaatakowało jasne, rażące światło i przynosząca ulgę cisza pustego korytarza.

Wyszli z ciemnego tunelu, ostrożnie rozglądając się na boki. Od drzwi, prowadzących do komnat hrabiego, dzieliło ich kilkadziesiąt kroków – byli w połowie długości korytarza.

– Szybko, póki nikogo nie ma – warknął Patyczak i szarpnięciem zmusił Lidię do biegu.

Ze zdziwieniem spostrzegła, z jakim wdziękiem zasuszona, pokraczna istota się porusza. Dziewczyna musiała mocno przebierać nogami, aby nie zostać za daleko z tyłu. Szybko zbliżali się do czarnych drzwi i wydawało się, że nie spotkają nikogo w opustoszałym pasażu. Raptem Patyczak stanął i uniósł w górę szerokie ostrze miecza. Lidia zerknęła ponad jego ramieniem i zadrżała. A jednak nie mieli szczęścia.

Drogę zagrodzili im czterej czarno odziani wojownicy. Pojawili się nagle, wyskakując przez uchylone drzwi z jednego z bocznych pomieszczeń. Byli inni, niż chmara napastników atakujących w sali balowej – wyżsi, bardziej barczyści, nie mieli na głowach hełmów i dziewczyna mogła podziwiać ich pociągłe, niemal kobiece twarze o ciemnej karnacji i kontrastujących z kolorem skóry, pomarańczowych oczach. Uzbrojeni byli w długie szable, o rozszerzających się, czarnych ostrzach.

Za plecami czterech napastników stanął piąty, również ubrany na czarno, ale dla odmiany ukrywający twarz pod prostokątną, delikatnie rzeźbioną przyłbicą srebrnego hełmu.

– Witaj – zagrzmiało spod przyłbicy. – Tak przypuszczałem, że zdrajca wyśle ciebie do swoich komnat. Miałeś wezwać pomoc? Otworzyć przejście dla sojuszników twego pana? Teraz to już nieważne, bo za chwilę będziesz martwy.

Kamerdyner nic nie odpowiedział. Czujnie wpatrywał się w przeciwników. Lidii wydawał się śmieszny – chudy, karykaturalny, sam jeden przeciwko piątce zabijaków.

Lekkim ruchem ramienia Patyczak przesunął dziewczynę głębiej za swoje plecy.

Przywódca napastników zauważył jednak gest kamerdynera i, jakby dopiero teraz dostrzegając Lidię, zerknął na nią z zaciekawieniem.

– A cóż to za skarb chowasz tam za plecami, sługusie? – spytał. – Może jednak myliłem się co do tego, po co tu przyszedłeś. To człowiekobieta, która była prezentem dla… tamtych?

Patyczak nadal milczał.

– Rozumiem, że tak – wydobywający się spod przyłbicy głos wypełniła drwina. – To nawet i lepiej. Mój pan będzie bardzo zadowolony, gdy przyprowadzę mu taki rzadki prezent.

Dowódca lekko potrząsnął trzymaną w dłoni szablą.

– Dalej. Zabijcie go – powiedział.

Czterej napastnicy ruszyli. Ale o włos szybszy był Patyczak. Mocnym pchnięciem przewrócił Lidię na kamienną podłogę, a sam w tym samym momencie skoczył na nacierających.

Zaskoczył ich zupełnie tym, że nie rzucił się wprost na nich, ale skoczył pięknym susem w prawo, na ścianę. Dziewczyna nie zauważyła, kiedy w trakcie paplaniny dowódcy zabijaków kamerdyner ściągnął buty. To, że ich nie miał, dostrzegła dopiero, gdy Patyczak zawisł na gładkiej ścianie. Wczepił się długimi pazurami w skałę i uderzył. A potem skoczył na przeciwległą stronę, w locie zadając kolejny cios. Ledwie dotknął ściany, znów machnął swoim mieczem, ale ten cios w przeciwieństwie do poprzednich nie dotarł do celu, a miecz z dźwięcznym odgłosem ześlizgnął się po krzywym ostrzu szabli. Patyczak zastygł w nieruchomej pozie, wczepiony w kamienne płyty wysoko nad nogami i lewą dłonią. Wyszczerzył długie, pożółkłe kły w kierunku przeciwników i dopiero wtedy Lidia uwierzyła, że być może mają szansę wyjść z tej opresji cało.

Dziewczyna spojrzała na napastników. Dwóch z nich, tryskając krwią z przerażających, głębokich ran dogorywało na podłodze. Pozostali przezornie cofnęli się ku swojemu dowódcy, formując mały trójkąt, wyszczerzony czarnym ostrzami w kierunku przyklejonego do ściany stwora.

Kamerdyner powoli rozluźnił mięśnie i, dziwacznie wykrzywiając nogi, zlazł na podłogę, , nie spuszczając oczu z trójki ocalałych przeciwników.

– Wiem, kim TY jesteś – zasyczał Patyczak. – Znam twoją gębę, mimo że chowasz ją w srebrnym garnku. Wiem, co robiłeś w przeszłości i dlatego zabiję cię na ostatku. Dla przyjemności – dodał zimnym tonem. Tamten nie odpowiedział, ale cała trójka, jakby pchnięta jednoczesnym impulsem, raptownie ruszyła na Patyczaka.

Lidia, widząc ruszającą na chudzielca grupę, cofnęla się pod ścianę, opierając się o nią plecami. Jak najdalej od nich. Niech się nawzajem pozabijają, byle tylko jej udało się z tego wykaraskać.

Po chwili zreflektowała się, że przecież Patyczak wyrwał ją z sali balowej i teraz też walczył poniekąd w jej obronie. Powinna mu pomóc. Ale, po pierwsze, nie miała pojęcia jak miałaby to zrobić. A po drugie, nie wyglądało na to, by była mu potrzebna.

Trzej wojownicy napierali na Patyczaka, raz po raz zadając ciosy. Dziewczyna widziała, mimo swojej totalnej ignorancji, że ich uderzenia były bardzo niebezpieczne – zadawane płasko, niespodziewanie, raz mierzone wysoko, w głowę kamerdynera, a raz nisko, w łydki. Zawsze uderzał tylko jeden z nich, podczas gdy pozostała dwójka osłaniała się przed kontrami chudego kamerdynera. Widać było duże doświadczenie i zgranie trójki walczących i Lidia znów poczuła rozpacz, przewidując porażkę i śmierć dla Patyczaka, a los o wiele gorszy dla siebie.

Skazany już przez dziewczynę na śmierć potwór nie dawał jednak za wygraną. Zręcznie odbijał każdy cios wymierzony w jego kierunku i sam po ułamku sekundy uderzał, szukając luki w obronie napierających przeciwników. Ci powoli spychali kamerdynera na prawo, oddalając się od Lidii, i zdawali się przynajmniej chwilowo nie zwracać na nią uwagi. Dziewczyna postanowiła to wykorzystać i powolutku zaczęła się przesuwać wzdłuż ściany, w kierunku leżących na podłodze zakrwawionych ciał. I ich szabel, spoczywających tuż obok. Jej mozolna wędrówka wydawała się olbrzymim wysiłkiem, Lidia pociła się ze strachu pod czarnym płaszczem, mimo tego nieprzerwanie sunąc ku ciałom wojowników. Kątem oka zerkała na walczących, ale widząc Patyczaka wciąż stojącego na swoich krzywych nogach, cały czas pełzła wzdłuż ściany. Jeszcze chwila, jeszcze jeden ruch bioder i dziewczyna dotknęła stopą jednego z zabitych. Spojrzała w górę, po czym skoczyła ku dłoni trupa, zaciśniętej na rękojeści szabli. Szarpnęła raz, potem drugi i z tryumfem uniosła ciężkie ostrze, podnosząc się z kolan.

Nie zrobiła tego ani o sekundę za późno. Gdy z błyskiem zadowolenia w oczach uniosła czarną szablę, trzej napastnicy zdołali zapędzić broniącego się coraz rozpaczliwiej Patyczaka pod ścianę. Kamerdyner oparł się plecami o kamienne płyty i widać było w jego zmęczonym spojrzeniu, że nie miał już gdzie uciekać. Dostrzegli to także jego przeciwnicy.

– Teraz! – krzyknął ich dowódca. – Słabnie, teraz!

W tym momencie Lidia machnęła potężnie szablą, celując w okutą srebrem głowę  dowódcy wojowników.

Jej atak wybił napastników z rytmu walki. Oczywiście cios dziewczyny nie zdał się na nic – źle oceniła odległość i ciężar szabli i, zamiast trafić w cel, walnęła ostrzem w podłogę, krzesząc efektownie iskry. Ale zrobiła to w samą porę. Przywódca wojowników i jeden z jego żołnierzy obrócili się w jej stronę, podczas gdy trzeci z nich właśnie napierał na Patyczaka. Ten, widząc swoją szansę, błyskawicznym ruchem odbił wymierzony w jego szyję cios, po czym skoczył do przodu, trafiając napierającego na niego żołnierza. A potem, jeszcze mocno wychylony w przód, wyrwał miecz z rany i machnął w dół, zagłębiając ostrze w boku drugiego z wojowników.

Dowódca napastników dostrzegł cios Patyczaka i obrócił się w kierunku kamerdynera. Krewpierw szego z trafionych oślepiła go na moment, ale gdy odzyskał ostrość widzenia, dostrzegł wychylonego kamerdynera, odsłoniętego i bezbronnego. Błyskawicznie machnął z biodra, nawet nie starając się technicznie uderzać. Chciał tylko trafić, i trafił.

Lidia jęknęła rozdzierająco widząc, jak Patyczak powoli osuwa się na kolana. Jego przeciwnik popatrzył na klęczącego. Ten podparł się rękoma, patrząc na własną krew, kapiącą powoli na kamienie posadzki. Nie miał siły już się bronić, nawet nie mógł podnieść głowy, żeby spojrzeć na swojego zabójcę. Powoli kiwał głową, oczekując na łaskawy cios, kończący ból.

– I co mówiłeś? – warknął tamten. Lekko rozsunął stopy dla uzyskania lepszej równowagi i uniósł szablę. Kilka kropel zielonkawej krwi sfrunęło z zakrzywionej głowni i poszybowało w powietrzu, kreśląc łagodne łuki. – Zabijesz mnie na końcu? – drwił dowódca żołnierzy. – Cóż, chyba będę musiał cię rozczarować.

Z cichym plaśnięciem kropla krwi wylądowała na czole Lidii. Dziewczyna drgnęła, jakby budząc się z letargu. Oderwała wzrok od klęczącego Patyczaka i spojrzała na stojącego przed nią wojownika. A potem, wkładając w atak cały strach i resztki wściekłości, poderwała ostrze wciąż trzymanej w dłoniach szabli i rzuciła się do przodu.

Trafiła napastnika w plecy, tuż nad pośladkami. Ostrze bezgłośnie zagłębiło się w ciało stojącego żołnierza. Ten obrócił się w miejscu, wyrywając z rąk dziewczyny rękojeść szabli. Wojownik, wciąż nie rozumiejąc co się stało, jeszcze przez chwilę stał bez ruchu, wpatrując się w pobladłą z przerażenia Lidię, po czym z cichym jękiem osunął się na ziemię. Opuścił głowę na szeroką pierą i umarł.

Dziewczyna cofnęła się o krok, szlochając w przerażeniu. Ręce przycisnęła do twarzy, jakby broniąc się przed tym, co właśnie zrobiła. Stała tak kilka sekund i dopiero cichy głos Patyczaka wyrwał ją z odrętwienia.

– Hej – sapnął kamerdyner. – Chodź tu!

Lidia spojrzała na niego nieprzytomnie, ale po sekundzie była już przy nim.

– Jak mogę ci pomóc? – spytała, delikatnie przykładając dłoń do kościstego, twardego policzka stwora. Zerknęła w dół, na jego brzuch. Żołądek podszedł jej do gardła.

– Nie możesz – sapnął ponownie Patyczak. Nieznacznie uniósł głowę i zerknął na nią. Lidia jęknęła, bo w jego oczach dostrzegła coś, co odczytała jako spokojną rezygnację. – Już nie możesz. Ale posłuchaj…

Zamilkł na chwilę i dziewczyna przestraszyła się, że już się nie odezwie.

– Weźmiesz moją dłoń – podjął po chwili – i otworzysz drzwi do komnat hrabiego. Tak samo otworzysz jego skrzynię w sypialni. Wiesz, którą? – spytał, a gdy kiwnęła głową, łykając łzy, kontynuował: – Tam jest teleport. Nie wiem jak go aktywować, ale skoro tobie raz się udało, to pewnie uda się ponownie.

Zamilkł. Dzikewczyna spytała drżącym głosem:

– Jak mam wziąć twoją dłoń, przecież ty nie dasz rady wstać?

Kamerdyner spojrzał na nią i delikatnie się uśmiechnął.

– Głupiutka jesteś. Tak jak moja Hel. Ja zaraz umrę, a wtedy weźmiesz tę szabelkę, którą całkiem sprawnie przed chwilą machałaś, i odetniesz moją dłoń. Rozumiesz? – zakończył, oddychając z wysiłkiem.

Lidia poderwała się na równe nogi.

– Nie! – krzyknęła. – Ja nie mogę! Ty nie umrzesz, a ja nie dam rady…!

Patyczak podniósł głowę i spojrzał na nią, znów się uśmiechając.

– Dasz radę, dziecko. Tak jak ona.

Dziewczyna przyklękła obok niego, głośno szlochając.

***

Otworzyła skrzynię i ostrożnie odłożyła trzymany w ręku przedmiot, owinięty w kawałek przybrudzonego zielonkawą cieczą materiału. Wyjęła z wnętrza kufra piramidalny teleport, teraz czarny i matowy, i przez chwilę trzymała go w dłoniach, jakby oceniała jego ciężar. Rozejrzała się wokoło, dziwiąc się otaczającej ją ciszy i panującemu w pokoju ładowi. Cała sypialnia hrabiego zalana była czerwonym światłem, wpadającym do pokoju przez olbrzymie okno. Krwawy kolor ścian i mebli przypomniał Lidii niedawne przeżycia i jej ciałem wstrząsnął dreszcz.

Dziewczyna po chwili wahania wyjęła ze skrzyni jeden z  wielkich kryształów i, trzymając w dłoniach obydwa przedmioty, przeszła kilka kroków do szerokiego łoża hrabiego. Przysiadła na jego brzegu i mocniej owinęła się płaszczem, który wciąż miała na sobie. Teraz albo nigdy, pomyślała. Ostrożnie przyłożyła ostro zakończony szczyt teleportu do opuszka kciuka i nacięła nim skórę. Ze spokojem patrzyła, jak jej ludzka, czerwona krew spływa po krawędzi przedmiotu. Po chwili karmazynowa ciecz znikła z powierzchni bryły, która zaczęła jarzyć się znajomym, błękitnawym blaskiem.

Lidia spojrzała raz jeszcze na bezkresny krajobraz, pięknie oświetlony blaskiem zachodzącego słońca, i przycisnęła teleport do piersi.

Ruszała w podróż. Była gotowa.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Każda kolejna część podoba mi się coraz bardziej. W moim prywatnym rankingu Twoich opowiadań, ta seria nie pobiła jeszcze "Zabaw…", które są dla mnie na samym szczycie, ale jest ciekawie, intrygująco i (mimo inspiracji) oryginalnie. Poza tym lubię Twój styl – piszesz lekko, ze swadą – po prostu czytanie Twoich opowiadań daje dużą przyjemność.
A ile "Wymiarów" zaplanowałeś? Bo zakończeniem mnie zaciekawiłeś 🙂

A tak na marginesie – uroczy obrazek. Twórczość Borisa Vallejo ociera się o kicz, ale ma w sobie dużo wdzięku i mnóstwo "fantastycznej" erotyki.

Rita, dziekuje Ci bardzo za komentarze. Vallejo jest czasem kiczowaty, ale ladnie rysuje kobiety :-)))

Niestety jest to ostatni ze znanych mi wymiarow (zaden z fizykow nie udowodnil istnienia kolejnych, choc sa hipotezy :-)))
Open end mial byc open, wiec niech tak zostanie. Mam inne, rozrastajace sie projekty, wiec wole sie skupic na tychze.

Pozdrawiam Cie cieplutko, seaman.

Zgadzam się z Ritą! Uwielbiam Twoje opowiadania i nie mogę się doczekać kolejnych. Zawsze pozostawiasz mnie w takim zawieszeniu: "co będzie dalej!!" Bardzo podoba mi się Twój styl i wyobraźnia. Pozdrawiam serdecznie i życzę dalszych inspiracji!

my-all-love-story@blogspot.com

Zakończenie otwiera ogromne możliwości. Seaman – nie kusi Cię by kontynuować? A może inny autor pokusiłby się o dopisanie kolejnego wymiaru? Widzę tu pole do popisu.
Madź

seaman przez trzy części czaił się z opisem skonstruowanego świata, żeby w czwartej wyłożyć od razu wszystkie karty na stół i natychmiast skończyć. A szkoda, ponieważ kreacja całkiem udana, otwierająca ogromne możliwości – bo i swoboda seksualna, i niezwykła fizjonomia bohaterów, i intryga polityczna, i wątek romantyczny (nawet nie jeden)… Tyle do zagospodarowania!

Karkołomne zwroty w psychicznym nastawieniu Lidii do spotykających ją przygód Autor sprytnie tłumaczy niezwykłą strawą. Z wytłumaczeniem mechanizmów wykreowanego świata Autor poradził sobie według mnie już nieco gorzej – prosty jak drut wykład dla obcej, choć tego może wymagała konwencja opowiadania, nie rozbudowanej powieści, w której nieświadomy bohater mógłby odkrywać stopniowo kolejne elementy fantastycznego konstruktu.

Kolejny raz dostrzegam, że napisać dobrą fantastykę wcale nie jest łatwo.

Napisz komentarz