Wielka Gra IV (Foxm)  3.52/5 (25)

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 37 minut/-y    

Przeczytaj pierwszy odcinek cyklu

Mężczyzna w czarnym mundurze z dystynkcjami Sturmbannführera z wolna szedł ulicą. Każdy krok stawiał ostrożnie, jakby oceniał potencjalne niebezpieczeństwo. Czujnie rozglądał się wokół. Nie dostrzegł niczego niepokojącego. Przystawał kilka razy, przypatrując się dziurom po kulach, szpecących fasady starych pruskich kamienic.

Walki o Bydgoszcz nie były zbyt zacięte. Polacy najwyraźniej nie byli zdolni właściwie reagować na rozlokowanych wewnątrz miasta dywersantów. Dobrzy Niemcy – wierni członkowie aktywu partyjnego – znacząco ułatwili sprawę regularnej armii.

Bydgoszcz znów była niemiecka.

Oficer wsunął dłoń do kieszeni i wymacał papierośnicę. Rozmyślił się jednak, gdy do jego uszu dotarł miarowy stukot podkutych butów uderzających o bruk. Zbliżali się jego ludzie. Odwrócił się na pięcie i czekał. Po karku spłynęła mu duża kropla potu. Powietrze wciąż było ciężkie, mimo że słońce chyliło się ku zachodowi. Tegoroczny wrzesień okazał się wyjątkowo ciepły.

Grupę żołnierzy prowadził kapral. Zatrzymał się przed dowódcą i zasalutował regulaminowo. Oficer uniósł prawą dłoń i bez dalszych wstępów wydał rozkaz:

– Budynek na końcu ulicy. Wyważyć drzwi i przeszukać, od piwnicy aż po strych.

– Tak jest.

Interesowała ich niewielka kamienica przy ulicy Poniatowskiego 2. Nowe władze oddały ten przestronny, acz nierzucający się w oczy budynek do dyspozycji tajnej policji. Przed przeniesieniem tam organów bezpieczeństwa należało gruntownie przeszukać lokal.

Polacy nie czynili wielkiej tajemnicy z faktu, że w budynku mieściły się biura Ekspozytury III Oddziału II. Wszystko, co było związane w sposób pośredni lub bezpośredni z działalnością polskiego wywiadu w Niemczech, miało dla Berlina najwyższy priorytet.

SS-Sturmbannführer Helmuth Bischoff ponownie sięgnął po papierosa. Zaciągając się dymem, ze spokojem obserwował, jak jego ludzie usiłują wyważyć drzwi frontowe. Odgłos głuchego uderzenia poniósł się po wyludnionej ulicy. Drzwi nie chciały ustąpić. Po czwartej nieudanej próbie kapral warknął:

– Dawać drabinę. Spróbujemy górą.

– Kapralu, po wejściu niczego nie ruszać. Osobiście będę dowodził przeszukaniem.

Papieros Bischoffa zdążył się wypalić prawie do połowy.

Żołnierze wspinający się po podstawionej drabinie na drugie piętro budynku mieli więcej szczęścia niż ci na dole. Zdołali przedostać się na balkon i sforsować okno. Gęsty mrok zawisł już nad miastem, gdy SS-Sturmbannführer wkroczył do budynku frontowymi drzwiami. Przeszukanie wszystkich pomieszczeń zajęło cały wieczór. Na piętrach nie znaleźli nic poza sfatygowanymi meblami i sprzętami biurowymi. W piwnicach stały szafy pancerne – na ich otwarcie potrzeba było dwóch godzin. Kiedy zamki w końcu ustąpiły, oczom Bischoffa ukazały się puste półki. Nie było śladu po składowanych tu z całą pewnością dokumentach zawierających informacje o prowadzonych operacjach oraz nazwiska i charakterystyki agentów.

***

Drzwi do niewielkiej służbówki poddały się jako ostatnie. Pokój był umeblowany skromnie, ale sprawiał przytulne wrażenie. Miękki dywan w kolorze burgundzkim tłumił kroki, posłane łóżko najwyraźniej od dawna nie było używane. Dwa fotele, komoda, szafa – nigdzie nie znaleźli żadnych rzeczy należących do lokatora. Na blacie prostego drewnianego biurka stała butelka luksusowej polskiej wódki Baczewskiego i dwa kieliszki, obok których leżał bilet wizytowy. Bischoff sięgnął po niego. Nazwisko na awersie było mu znane – major Jan Żychoń, szef Ekspozytury. Na rewersie widniały dwa zapisane starannym pismem zdania:

Pijcie moje zdrowie, skurwysyny. Policzymy się po wojnie.

 

SS-Sturmbannführer poczuł, jak na policzki wypełza mu rumieniec. Zacisnął zęby. Wiedział, że nic tutaj nie znajdzie.

***

Nöll ignorował krew spływającą po lewym policzku. Moment, w którym drasnęła go zabłąkana kula, pamiętał dość mgliście. Adrenalina krążąca w krwiobiegu wypierała ze świadomości wszystko inne. Przed oczyma miał tylko swój kolejny cel.

Wioska wyglądała cicho i spokojnie – kilka chałup rozrzuconych w niewielkiej odległości od ledwie widocznej polnej drogi. Gdzieś wśród zabudowań bystre oczy Untersturmführera wypatrzyły kilka mizernie wyglądających stodół i stajni. Wytężył słuch, starając się łowić odgłosy płynące z otoczenia. Na próżno. Cisza.

Zawahał się. Przed nimi rozciągał się długi na jakieś pięćdziesiąt metrów pas zieleni. Nie było sposobu, by zwiad, którym dowodził, podszedł do wsi niepostrzeżenie. Zgięty w pół próbował przeanalizować sytuację. Podniósł rękę, by przywołać jednego z trzydziestu podległych mu żołnierzy.

Huknęło. Od strony wioski jednocześnie zagrało kilka stanowisk.

Nöll poczuł, jak nogi się pod nim uginają. Bezwiednie przykląkł na jedno kolano. Lufa schmeissera spojrzała w niebo. Niespodziewany upadek prawdopodobnie uratował mu życie. Fontanna kory, oderwanej z pobliskiego drzewa, boleśnie kłuła w plecy i kark. Gdyby nie łut szczęścia, kule trafiłyby niechybnie. Opanował naturalny odruch nakazujący dotknięcie policzka i przypadł do ziemi. Wszyscy wokół strzelali.

Oparł kolbę pistoletu na ramieniu i zaczął prowadzić metodyczny ostrzał pozycji wroga. Doświadczenia minionych czterech dni pozwoliły na niemal natychmiastowe oswojenie się z koniecznością prowadzenia walki na śmierć i życie. Znał już emocje, które towarzyszą człowiekowi w środku bitewnej zawieruchy. Obył się ze świstem kul nad głową, chaosem prawdziwej walki. Nijak nie można było tego porównać z najbardziej morderczymi manewrami na poligonie.

Hartowała go pierwsza linia w szturmie pod Mławą, później nocny odskok od dobrze bronionych umocnień. Dowództwo 3. Armii zdecydowało się na obejście silnie ufortyfikowanego odcinka frontu. Dwa dni maksymalnego napięcia i minimalnej ilości snu. W końcu atak. Znów wysłano go w pole, powierzając dowództwo nad oddziałem rozpoznania.

***

Rozpoznanie przerodziło się jednak w regularną walkę. Untersturmführer strzelał krótkimi seriami, starając się wyeliminować choć jedno ze stanowisk przeciwnika. Bez powodzenia. Nie usłyszał metalicznego stukotu pustego magazynka. W chwili, gdy sięgał po następny, metr od jego lewej dłoni kule zryły ziemię.

– Kurwa mać!

Przekleństwo utonęło w piekielnym jazgocie bezładnej walki. Nöll przetoczył się kilka metrów po trawie, usiłując zmienić położenie na bardziej dogodne. Kiedy w końcu mu się udało, ponownie nacisnął język pistoletowego spustu. Skutek był zbliżony do poprzedniej próby. Ani oni, ani Polacy nie potrafili celnie razić przeciwnika.

Działając instynktownie, dowódca rozpoznania podniósł się najpierw na czworaki, później na klęczki. Serią gestów wydał rozkazy, przywołując do siebie dwóch ludzi. Ruszyli pod osłoną skoordynowanego ognia. Skuleni biegli zakosami z bronią gotową do strzału.

– Głowa nisko, głowa nisko – warczał, przebierając nogami tak szybko jak potrafił.

Zmuszał własne ciało do bezwzględnego posłuszeństwa. Straceńczy wypad trójki śmiałków musiał przełamać impas potyczki.

Nie podejdziemy bliżej, uzmysłowił sobie Nöll – tuż przed tym, nim gwizd przelatującej niebezpiecznie blisko kuli zmusił całą trójkę do ponownego przytulenia się do ziemi. Krok dalej, a próba oflankowania tej wiochy zmieni się w heroiczne i bezsensowne samobójstwo.

– Wycofać się! – ryknął na całe gardło. – Wycofujemy się!

Jego słowa zagłuszył basowy pomruk, przemieszany z charakterystycznym klekotem gąsienic. Ziemia raptownie zadrżała im pod stopami. Pokochał ten dźwięk przez ostatnich kilkanaście godzin. Czołgi.

Obserwował działanie tych morderczych maszyn już pierwszego września. Ogarnął go wtedy jakiś ponury zachwyt nad oglądanym widowiskiem. Potęga stali tłamsiła nawet największy zapał bojowy polskiej piechoty. Przez pas zieleni toczyły się tylko dwa pojazdy typu Panzerkampfwagen I. To jednak wystarczyło, by dać osłonę Untersturmführerowi i jego ludziom. Tony stali zapewniały poczucie bezpieczeństwa i wlewały otuchę w serca Niemców, pchając ich do boju. Dowódca oddziału zwiadowczego przykładnie, jako pierwszy zerwał się do biegu za maszyną.

Ludzie w mig pojęli niewerbalny rozkaz. Pas zieleni, poprzednio zdobywany z takim mozołem, został przebyty w biegu w niespełna minutę. Szli we w miarę składnym szyku. Jak na manewrach. Powietrzem wstrząsnął wystrzał czołgowej armaty. Trzewia atakujących wypełniło poczucie triumfu.

***

Nöll jako jeden z pierwszych dopadł do narożnika skrajnej chaty. Teraz mógł wyraźnie dostrzec zielonkawe mundury broniących się żołnierzy. Widział ich jak na dłoni, szykujących się, by odeprzeć nadciągający atak.

– Ognia! – krzyknął Nöll i posłał długą serię w stronę gorączkowo krzątających się ludzi.

Efekt zaskoczenia należało maksymalnie wykorzystać. Wiedział, że drugiej szansy nie dostanie.

Salwa czołgu dała zamierzony efekt – zachwiała pewnością obrońców. Pocisk przeleciał kilka metrów nad strzechami zabudowań. Eksplozja nastąpiła daleko poza granicami wioski. Nöllowi zdawało się, że dostrzegł języki ognia wyrywające się ku górze na granicy horyzontu. Wrażenie było porównywalne z uderzeniem w pobliżu pioruna. Złowrogi pomruk narastał, przybierając coraz to niższą tonację.

Mamy ich! Mamy ich, pomyślał. Rozgrzana krew w szalonym tempie buzowała w żyłach. Biegł w kierunku następnej chaty, ostrzeliwując się przy tym gęsto. Kolejna chata i następna. Metr po metrze zdobywany teren. Ponownie zmienił magazynek.

Polacy chcieli za wszelką przetrzymać nawałę. Rozpaczliwie szukali osłony za prowizorycznymi barykadami złożonymi z trzech przewróconych na bok wozów.

***

Skulona postać w polskim mundurze chyłkiem prześlizgnęła się w kierunku pierwszej linii. Człowiek krzyczał coś w tym ich szeleszczącym języku. Nöll spróbował zneutralizować śmiałka, prując długą serią.

Spudłował.

Na domiar złego, krzyki podoficera najwyraźniej przywróciły wojskową dyscyplinę. Polacy, otrząsnąwszy się z krótkotrwałego zaskoczenia, nie zamierzali dać za wygraną. Podkomendni Nölla, bez przeszkód prący w stronę centralnego placu wioski, nagle się zatrzymali. Wróg zwarł szyki.

Zaraz się zorientują, że walczą tylko z odziałem zwiadowczym. Kątem oka dostrzegł, jak jeden z jego żołnierzy pada na ziemię, trzymając się za ramię.

Czołg, który wysforował się naprzód, obrócił wieżyczkę, szykując się do ponownego strzału. Pocisk nadlatujący od strony wrogich stanowisk trafił w lewą burtę. Wyrwał tam spora dziurę. Szczęśliwie nie wybuchł pożar. Maszyna rozpoczęła odwrót z pola walki

Broń przeciwpancerna, pojął Untersturmführer obserwujący całą scenę z bliska. Wiedział z porannej odprawy, że oddziały dysponujące na tyle nowoczesnym sprzętem, by stanowić zagrożenie dla czołgów, były wyjątkiem w skali frontu. Przeklinając własnego pecha, podniósł rękę i wydał rozkaz odwrotu. Możliwie szybko wycofali się poza zasięg skutecznego ognia.

Dowódca rozpoznania spojrzał po raz ostatni w stronę niezdobytego przyczółka. Ogarnęła go frustracja. By okiełznać chęć natychmiastowego powrotu do walki, musiał zacisnąć pięści tak mocno, aż zbielały mu knykcie.

– Niech to szlag! – rzucił z wściekłością.

***

– Panie majorze, wypad napotkał siły wroga obsadzające tę wieś. – Nöll wskazał przełożonemu miejsce na sztabowej mapie. – Wdaliśmy się w walkę. Podjąłem próbę wzięcia wioski z marszu, jednak wobec przewagi liczebnej wroga musiałem odstąpić. Uszkodzeniu uległ też czołg.

– I pan, Untersturmführer – obojętnym tonem zauważył major Hans Ebber.

Dowódca zwiadu machnął dłonią lekceważąco, chcąc podkreślić, że świeży opatrunek na twarzy uważa za nieistotny drobiazg.

Wargi Ebbera rozciągnęły się w grymasie, którego nijak nie można było uznać za uśmiech. Nöll próbował nie patrzeć z góry na niższego o głowę majora. Starał się skoncentrować wzrok na palcach, bębniących w papier mapy. Mimowolnie odnotował żółtawe ślady po nikotynie i krzywo przycięte paznokcie. Cisza przeciągała się, więc dodał:

– To tylko draśnięcie. Lekarz twierdzi, że miałem sporo szczęścia. Powinna mi zostać niewielka blizna. Na pamiątkę.

– Prawdziwy Aryjczyk z dumą obnosi pamiątki wojenne.

W głosie majora zabrzmiało pełne przekonanie. Świńskie oczka błysnęły.

– Racja, panie majorze – odpowiedział Nöll, próbując przezwyciężyć ogarniające go zmęczenie. Spojrzał na mapę terenu, starając się zmusić do wytężonej pracy. Przekraczając uprawnienia, wskazał rejon nieopodal miasteczka oznaczonego jako Różan.

– Skoro obsadzili tę wieś, główne siły muszą znajdować się gdzieś tutaj. – Zakreślił niewielki okrąg na papierze.

Major świdrował Untersturmführera wzrokiem. Wszystko w jego postawie zdradzało nieufność. Wydął wargi, najwyraźniej zastanawiając się nad czymś intensywnie.

– Musimy jak najszybciej przekroczyć rzekę. Dowództwo naciska. Mamy bez względu na koszty maszerować na Warszawę. Most jest osiem kilometrów przed nami. Nie dysponujemy już elementem zaskoczenia… – mruczał. I nagle, jakby przypomniał sobie o obecności podwładnego, rzucił głośno i zdecydowanie: – Pański raport jest znakomity, Untersturmführer. Razem z uwagami zostanie przedstawiony generałowi majorowi Kempfowi. Możecie odejść.

– Heil Hitler!

***

Kilka godzin później oficer SD nie mógł się nie uśmiechnąć. Czuł, jak wojskowa ciężarówka podskakuje na wybojach starego mostu przerzuconego nad wartkimi wodami Narwi. Dywizja „Kempf” runęła na Polaków z całą mocą. Zażarte walki trwały pół dnia. Zmusili nieprzyjaciela do wycofania się. Zwycięstwo w tym niewielkim miasteczku miało strategiczne znaczenie dla szybkości marszu na Warszawę.

Widział dymiące wraki pojazdów, gdzieniegdzie porzucone czy wysadzone umocnienia i pozabijane dechami okiennice domów. Okolicę spowiła upiorna cisza, przynosząc ukojenie po przejściu hałaśliwych demonów wojny. Niemal żałował, że major Ebber odesłał go na tyły. Coś w jego piersi rwało się do walki. Odkrywał nieznaną wcześniej namiętność. Zupełnie jakby coś we mnie łaknęło wojny, uzmysłowił sobie, zanim pozwolił powiekom opaść. Ignorując ciężar pistoletu maszynowego na ramieniu, odpłynął w niespokojny sen.

***

Polska stanęła w ogniu. Czarne słupy dymu wznosiły się ku niebu na północy, zachodzie i południu. Odór śmierci zmącił powietrze. Rozpaczliwe krzyki rannych i konających, wespół z hukiem niepodzielnie panujących na niebie samolotów myśliwskich z czarnym krzyżem na skrzydłach, składały się na upiorną kakofonię. Ludzie ewakuowali się z domów w coraz większej panice, postępy nieprzyjacielskich armii były nadspodziewanie szybkie.

Na drogi wyległy setki tysięcy cywilów, zmierzających ku wschodnim rubieżom kraju. Cywilne masy, przemieszane z regularnymi oddziałami wojsk, blokowały drogi. Były też wymarzonym celem ćwiczebnym dla wrogich lotników. Wojna rozgorzała na całego. Niemieckie zagony pancerne – niczym ogary, które zwąchały krew – rozpierzchły się we wszystkich kierunkach. Niezwyciężony Wehrmacht rozwinął się do natarcia.

Rzeczpospolita stanęła do walki. Wojsko Polskie usiłowało bronić długiej, zachodniej granicy państwa. Uderzenie sił wroga było jednak zbyt potężne. W ciągu pierwszych ośmiu dni walk przestały istnieć dwie z ośmiu polskich armii. Tempo działań ofensywnych było nadzwyczajne. Polski żołnierz zmuszony był do odwrotu pod osłoną nocy, by o świcie przyjąć walkę. Niemcom udało się dokonać wielu wyłomów w coraz bardziej rozpaczliwie cofającym się froncie. Na sztabowych mapach teatr działań z każdym dniem zdawał się kurczyć – linie obrony przypominały teraz pierścień, w którego centralnym punkcie znalazła się oblężona Warszawa

Polskie dowództwo z trudem zdołało się otrząsnąć z pierwszego zaskoczenia. W pośpiechu zaczęto mobilizować rekrutów we wschodnich województwach kraju. Dzięki energicznym działaniom ministra spraw wojskowych, Tadeusza Kasprzyckiego, udało się uzupełnić straty w piechocie.

***

– Drugi rzut, nowy dopływ sił na froncie, powinien kupić czas Francji i Wielkiej Brytanii na zmobilizowanie sił i wyprowadzenie natarcia, które odciążyłoby nas tutaj. – Generał brygady Wacław Stachiewicz, szef Sztabu Naczelnego Wodza, zawiesił głos na pełne trzy sekundy.

Palce sprawnie pracującego adiutanta zastygły w powietrzu. Generał najwyraźniej nie miał zamiaru dodawać nic więcej do najnowszego raportu dla Naczelnego Wodza. Westchnął tylko ciężko, jak człowiek znużony wykonywaniem zadania znacznie przekraczającego jego siły, i nakazał:

– Prosić, prosić.

Drzwi gabinetu otworzyły się natychmiast i do środka wszedł młody kapitan ubrany w kombinezon lotniczy. Sprężysty krok pilota i zaciętość odmalowana na twarzy młodzieńca dodały mocy głosowi generała.

– Do kwatery Naczelnego Wodza. Bardzo pilne. Macie to dostarczyć za wszelką cenę, kapitanie. Czy wyraziłem się jasno?

– Tak jest, panie generale!

Pilot zasalutował i wyszedł. Chwilę później jego śladem podążył protokolant. Stachiewicz oparł się plecami o ścianę i zamknął oczy. Pożałował, że nie utrzymał nerwów na wodzy w obecności pilota. Lotni kurierzy byli najpewniejszą metodą przesyłania wiadomości. Czy ten meldunek za godzinę będzie jeszcze coś wart, zastanawiał się generał.

Ani z Warszawy, ani z Brześcia – dokąd w towarzystwie współpracowników i najważniejszych polityków udał się Marszałek Śmigły – nie sposób było ogarnąć całej panoramy wydarzeń wojennych. Miał bolesną świadomość, że meldunki spływające na jego biurko w Sztabie Generalnym są w najlepszym razie fragmentaryczne. Desperacko potrzebował pełnej, sprawdzonej informacji. Cywilne środki łączności, dalekopisy i szyfrogramy okazywały się dalece niewystarczające przy takiej skali potrzeb.

– Kompletny zanik łączności – mruknął Stachiewicz, z wolna przegrywając nierówną walkę ze zmęczeniem. Wdzięczny był za to, że zostawiono go samego. Przed niższymi stopniem nie wolno było okazywać słabości!

Otworzył oczy i podszedł do stojącej w kącie gabinetu metalowej miednicy wypełnionej lodowatą wodą. Nachylił się i ujrzał własne odbicie w tafli. Twarz wciąż miał pociągłą i szczupłą. Naturalna bladość pogłębiła się jeszcze w ostatnich dniach.

Policzki, mimo pokrywającego je kilkudniowego zarostu, były zapadłe, a okulary zsunęły się na czubek nosa.

Zimna woda podziałała otrzeźwiająco. Senność zniknęła.

Wrócił do biurka zasłanego stosem świeżych meldunków i sięgnął po jeden z nich. Zaraz musiał jednak cofnąć rękę. Nadszedł kolejny napad kaszlu. Wydobył z kieszeni złożoną na czworo chustkę i zasłonił usta. Gdy kaszel w końcu ustał, zabrał się za lekturę raportu generała Kutrzeby – dowódcy połączonych sił Armii „Poznań” i „Pomorze”. Generał raportował o możliwości wyprowadzenia kontrnatarcia. Prąca bezpośrednio na Warszawę Niemiecka 8. Armia nie spodziewała się na własnych tyłach poważniejszych sił polskich.

Kutrzeba miał przewagę, po jego stronie był element zaskoczenia. Stachiewicz udzielił pełnej aprobaty dla tego planu, a nawet chciał go rozszerzyć, tak by Armie „Poznań” i „Pomorze” połączyły się z sąsiadującą z nimi Armią „Łódź”. Los tej ostatniej szczególnie bulwersował szefa Sztabu Naczelnego Wodza. Wyglądało na to, że dowodzący nią generał Rómmel gdzieś przepadł wraz ze swoim sztabem, zostawiając prostego żołnierza na pastwę losu. Generał Thommée informował, że wziął Armię „Łódź” pod swoje dowództwo, najwyższym wysiłkiem zmuszając spanikowanych i bitych przez Niemca żołnierzy do utrzymania dyscypliny.

W sprawie postawy Rómmla przeprowadzimy drobiazgowe śledztwo po wojnie, obiecał sobie w myślach Stachiewicz. Teraz całą energię trzeba skoncentrować na wyprowadzeniu kontrnatarcia. Pomyślne rozstrzygnięcie może nam bardzo pomóc. A my tak bardzo potrzebujemy pomocy, uzmysłowił sobie po raz kolejny generał. Ta złowróżbna myśl, którą bał się formułować nawet sam przed sobą, dręczyła go od pierwszych godzin września.

***

Napięcie między kobietą a mężczyzną rosło z każdą chwilą. Nawet przestronne wnętrze Citroena 11 nie pozwalało na odepchnięcie od siebie nieprzyjemnego wrażenia, że znaleźli się w pułapce bez wyjścia. Kanapa obita najwyższej jakości skórą wydała się generałowi Maurice’owi Gamelinowi szczególnie niewygodna. Po raz kolejny spróbował zmienić ułożenie ciała.

Nie pomogło. Wciąż czuł na sobie jej wzrok. Jasne niebieskie oczy onieśmielały. Szef sztabu i główny inspektor francuskich sił zbrojnych unikał kontaktu wzrokowego z Victorią Galand. Diabli by to wzięli, pomyślał. Citroen podskoczył na jakiejś dziurze w nawierzchni. Wojskowy skrzywił się, choć szofer kilkoma wprawnymi ruchami kierownicy opanował auto.

– Panie generale, z całą stanowczością sugeruję, by pan to jeszcze raz przemyślał. – odezwała się Victoria Galand. – Konkluzje z mojego raportu są w kilku co najmniej punktach rozbieżne z tezami pańskiego wystąpienia.

– Zdaję sobie z tego sprawę – odparł, prawie nie poruszając przy tym ustami.

Minęli rogatki Abbeville, by po kilku minutach wjechać na główną ulicę, przecinającą w poprzek niewielkie miasteczko. Słońce odbijało się od ścian domków pobudowanych z cegieł o rozmaitych kolorach i odcieniach. Dominowała wyrazista ceglasta czerwień i nieco przybrudzony przez mijające lata, ale wciąż pełen uroku piaskowiec.

Galand próbowała wypatrzyć jakiś ruch. W bramach i zaułkach nie było śladu obecności człowieka. Na schodach mijanych domów zauważyła butelki mleka, a gdzieniegdzie wetkniętą do skrzynki na listy gazetę. Urzekała ją małomiasteczkowa aura powolności. Wrażenie, jakie wywierały puste ulice, było tak osobliwe, że aż zaparło jej dech. Miejscowa restauracja dopiero otwierała swe podwoje. Delikatny jesienny wietrzyk podwiewał brzegi kraciastych obrusów w ogródku przed wejściem. Nawet największy kościół w mieście zdawał się być zamknięty na głucho.

Szofer pewnie wszedł w kolejny zakręt. Jechali jakiś czas alejką wysadzaną topolami, by zatrzymać się na żwirowym podjeździe przed eleganckim piętrowym budynkiem miejscowej podprefektury. Citroen zajął ostatnie miejsce w szeregu samochodów – wszyscy uczestnicy narady byli już na miejscu.

Miasto dopiero budzi się do życia, pomyślała Galand, wysiadając. Ciekawe, jakie nagłówki mieszkańcy znajdą w prasie? Ona sama od kilku dobrych tygodni tonęła w chaosie informacji, każdego dnia wpadając na mielizny niewiedzy.

Generał Gamelin odwrócił się na pięcie. Przez kilka uderzeń serca mierzyli się spojrzeniami. Napięcie osiągnęło punkt kulminacyjny. Nie odwróciła wzroku, nie spodobało mu się to.

– Pani zostanie tutaj, moja droga – zakomunikował w końcu wojskowy, wyraźnie dając do zrozumienia, iż uważa rozmowę za skończoną.

– Z całym szacunkiem, panie generale, pan nie słucha. Zabrał mnie pan ze sobą na to spotkanie… Miałam omówić bieżącą sytuację z wywiadowczego punktu widzenia. Zadanie wykonałam… Ale przestrzegam pana przed wybiórczym czytaniem tego, co trafia na biurko w Sztabie Generalnym.

Generał odwrócił się ponownie w jej kierunku. Miał minę człowieka, który z najwyższą niechęcią robi to, co robi.

– Takie sprawiam wrażenie? Człowieka, który akceptuje tylko wygodne fakty?

– Nie pan… Niektórzy pańscy podwładni reprezentują taką postawę – wypaliła Galand, ze świadomością, że właśnie położyła swoją reputację na szali.

– Pani fachowość jako wywiadowcy nie pozostawia nic do życzenia. Pozwolę sobie jednak zauważyć, że bezczelność w zachowaniu staje się zanadto widoczna.

Kobieta otworzyła usta, ale powstrzymała się od odpowiedzi. Zapatrzyła się tylko na powiewającą na wietrzę flagę Francji. Gamelin zręcznie wykorzystał tę pauzę.

– Już rozumiem, dlaczego pułkownik Gauché ma tak wielką zgryzotę – westchnął. – Skłonność do ryzyka i wybitna inteligencja są cechami niezwykle pożądanymi, ale tylko wówczas, gdy nie towarzyszy im bezczelność… Zadufanie, właściwe dla kompletnego dyletanta w sprawach wojskowych.

Nie podobał jej się wyraźny akcent położony na słowie „dyletant”. Spróbowała raz jeszcze:

– To nie są jakieś moje interpretacje. Cały czas operujemy faktami. Ogrom żmudnej pracy wywiadu jest niewłaściwie wykorzystywany, marnotrawiony. Nasza ofensywa na froncie zachodnim powinna rozwijać się szybciej, mamy niepowtarzalną szansę. Teraz… Hitler według naszych danych zaangażował w działania na froncie wschodnim lwią część doborowych sił Wehrmachtu. Jeszcze możemy odwrócić sytuację.

Uniesione wysoko brwi głównodowodzącego wojsk francuskich były wyraźną oznaką sceptycyzmu.

– Już przelewamy naszą krew za Polskę – odparł z pozornym spokojem. Z każdym kolejnym słowem delikatny odcień różu na gładko ogolonych policzkach stawał się wyraźniejszy. – Znany musi być pani raport o wtargnięciu przez część naszych sił na osiem kilometrów w głąb Rzeszy. Ponieśliśmy pierwsze straty w tej wojnie, około stu młodych chłopców nie wróci już do domu

– Rozumiem, to straszna tragedia. – stwierdziła bezbarwnym głosem. – Ale uważam, że pełne rozwinięcie ofensywy jest naszą jedyną szansą na przetrwanie. Polska już przegrała i do cholery z nią, ale musimy uderzyć pierwsi, jeśli nie chcemy przyjąć wojny na warunkach wroga.

Generał Gamelin uśmiechnął się niespodziewanie, ale bez sympatii.

– Pani koncepcja jest utopią. Moim najwyższym obowiązkiem jest ochrona interesów tego kraju. Z militarnego punktu widzenia Polska jest skończona. W podobnej sytuacji dowódca, który nakazuje uderzenie na wroga wszystkimi środkami, jest kimś na kształt głupca. Zrobiłem wszystko, co mogłem, by dopomóc sojusznikowi. Po dwunastu dniach walk ten ledwo stoi na nogach.

Galand wiedziała, że naprawdę udało jej się rozłościć swojego rozmówcę. Odgarnęła włosy opadające jej na czoło, ale wobec furii generała wstrzymała się z repliką.

– Choćby jedna więcej śmierć w pasie ziemi niczyjej, na granicy z Niemcami, to zbędna lekkomyślność. Odebrałem i zapamiętałem tę lekcję dwadzieścia lat temu pod Verdun. Z całą życzliwością rekomenduję udanie się na urlop. Rozumiem, że przemawia przez panią zmęczenie ostatnimi ponurymi wydarzeniami. Raporty waszych agentów tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że lada moment Sowieci wejdą do gry. To bardzo ważna przesłanka, której nie mogę zignorować.

Kobieta bez przekonania kiwnęła głową, dając tym samym do zrozumienia, że uznaje się za pokonaną.

– Tak jest, panie generale. Być może potrzeba mi odpoczynku.

Wypowiadając te słowa, czuła suchość w ustach. Jej bunt przeciwko tak wysokiemu rangą oficerowi nie mógł ujść bezkarnie. Walczyła przez moment z przemożną ochotą, by wsiąść do samochodu i kazać się wieźć z powrotem do Paryża. Nie miała pewności, czy ma jeszcze do czego wracać.

– A teraz, proszę wybaczyć, jestem spóźniony na spotkanie.

***

Najwyższa Rada Wojenna zgromadziła się w dużym salonie na dole. Generał wszedł jako ostatni. Natychmiast w jego stronę powędrowało pytające spojrzenie premiera Daladiera. Skinął z szacunkiem głową przed tym niskim mężczyzną. Mięsiste usta premiera wykrzywiły się w grymasie niezadowolenia. Ów grymas szybko jednak został skryty za maską obojętności.

Generał rozumiał. Rozparty w fotelu przy kominku Neville Chamberlain raczył się jeszcze parującą filiżanką herbaty. Bystre oczy Anglika czujnie śledziły jednak każdy ruch po stronie gospodarzy. Gamelin na moment zatrzymał na nim wzrok i ocenił jego szczupłą sylwetkę w dopasowanym garniturze. Nie wyglądał na swoje siedemdziesiąt lat, trzymał się prosto. Z jego postury emanowała jakaś odchodząca w zapomnienie elegancja rodem z poprzedniego stulecia. Uśmiechał się pod niewielkim wąsem, demonstrując, iż doskonale wie, że jest oceniany.

Szef francuskiego sztabu przemierzył pokój, podchodząc do ustawionej w centralnym punkcie mapy. Rada Wojenna w takim składzie spotkała się po raz pierwszy, on nie rozglądał się jednak specjalnie na boki. Na uderzenie serca wzrok generała padł na jedynego z członków delegacji angielskiej, którego spotkał wcześniej – generała Edmunda Ironside’a. Widzieli się po raz pierwszy czwartego września, w ciasnym gabinecie Gamelina w podparyskim zamku Vinncenes. Dwaj wojskowi metodycznie, punkt po punkcie omówili sytuację swoich armii, snując rozmaite scenariusze rozwoju wydarzeń na dopiero co otwartym froncie.

Teraz konkluzje dwuosobowej narady sprzed ośmiu dni miały zostać przedstawione dziewiątce najważniejszych polityków w obu krajach. Francuz podszedł do mapy i ogarnął jej całość wzrokiem.

– Przepraszam za spóźnienie. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że to zwołane w trybie nagłym posiedzenie wywróciło do góry nogami cały mój terminarz. Niemniej rozumiem potrzebę spotkania i daleko idącej współpracy. Sprawa jest bardzo poważna. – Uniósł dłoń, wskazując odpowiedni kierunek na mapie. – Na północnym wschodzie Niemcy i Polacy utworzyli wielki front. Sytuacja przedstawia się następująco z wojskowego punktu widzenia…

Przez niemal godzinę prowadził rzeczową i składną prelekcję, referując położenie polskiego sojusznika i wszystkich zaangażowanych w bitwę armii. Pozostali mężczyźni przerywali mu z rzadka, czyniąc mało znaczące wtręty. Dopiero wówczas, gdy stało się oczywiste, że głównodowodzący skończył swój wywód, głos zabrał premier Daladier.

– Pogmatwana sytuacja – zaczął ostrożnie. – Nie umniejszałbym jednak znaczenia polskiego oporu. Jeśli właściwie zrozumiałem treść pańskiego wystąpienia, wojska Śmigłego zwolniły tempo odwrotu. To pozwala mieć nadzieję, że przynajmniej częściowo zdołają powstrzymać niemiecki napór.

Generał pokręcił wymownie głową, zanim odparł:

– Nie ma większych złudzeń co do tego, że zmotoryzowane siły germańskie bez żadnych trudności wyprzedzą pieszą armię. Spowolnienie odwrotu nie potrwa w nieskończoność.

Po tej diagnozie zapadła głucha cisza, której żaden z obecnych w salonie nie miał ochoty przerwać. W końcu głos zabrał Chamberlain, przemawiając tonem człowieka, który snuje prostą, acz genialną refleksję:

– Panowie, zgadzamy się chyba wszyscy co do tego, że nijak nie możemy przeciwdziałać zbrojnej napaści na terytorium naszego alianta. Możemy mu natomiast udzielić via Rumunia wszelkiej pomocy materiałowej koniecznej dla podtrzymania heroicznego oporu. Naszym obowiązkiem jako Europejczyków jest nałożyć odium najwyższego moralnego potępienia na Niemcy. To jest akt barbarzyństwa, stanowiący pogwałcenie prawa międzynarodowego.

– Polacy życzyliby sobie, by Francuzi robili więcej, my zaś czujemy, że uczyniliśmy wszystko, co mogliśmy. Każdy dzień ich oporu jest bezcenny dla naszych przygotowań wojennych.

– Jedyna prawdziwa pomoc Polsce leży w wygraniu tej wojny – skonkludował Chamberlain, kosztując pierwszy łyk herbaty. – Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że z upływem czasu w Niemczech zaczną przybierać na sile nastroje antywojenne. Musimy rozdmuchać ten efekt przy pomocy intensywnej akcji propagandowej.

– Nie możemy zostawić sojusznika na pastwę losu – bąknął słabo Daladier, sprawiający wrażenie człowieka, któremu stanie o własnych siłach sprawia trudność. – Gdyby rozwinąć operację militarną na pełną skalę, na dalekim przedpolu niemieckich fortyfikacji…

Gamelin westchnął, doznając osobliwego uczucia deja vu.

– Panie premierze, nasze działania mają charakter zbrojnej demonstracji. Zapewniam pana, że czynimy wysiłki, by rozproszyć uwagę Niemców. Aprobuję wzmożoną akcję zrzucania demaskatorskich ulotek na miasta Rzeszy. Jednocześnie nie mam zamiaru rzucać armii do wielkiej ofensywy. W bój ze schowanymi za umocnieniami Linii Zygfryda Niemcami. Nasze działania będą miały charakter zaczepny i stosunkowo niewielki, jeśli chodzi o skalę.

Ostanie słowa generał wypowiadał powoli, jakby nużyło go brzmienie własnego głosu.

– Czy przewidział pan jakieś zmiany w swym planie postępowania na zachodzie, gdyby Polska zdołała utrzymać się dłużej, niż zakładamy? – Nieśmiałe pytanie zadał brytyjski minister koordynacji obrony, lord Chatfield.

– Nie – odparł Francuz i demonstracyjnie spojrzał na przegub lewej ręki. – Panowie, zbliża się pora obiadowa.

***

Późnym popołudniem w publicznej jadłodajni przy Rue Chanaleilles obsługa uwijała się jak w ukropie. Heroiczne wysiłki nielicznego personelu na niewiele się zdawały. Kolejka do okienka, przy którym wydawano posiłki, nie tylko wydawała się nie zmniejszać, ale wręcz rosła. Do budynku co rusz wchodzili nowi robotnicy napływający z pobliskich fabryk, wraz z końcem zmiany szukający szybkiego i taniego posiłku.

Była też całkiem spora grupa kloszardów. Tych pracownicy jadłodajni starali się selekcjonować. Dbano o to, by ci najbardziej cuchnący nie kręcili się między stołami w porze największego ruchu. Wszyscy tutejsi bywalcy mieli jedną wspólną cechę – odciśnięte na twarzach zmęczenie kolejnym dniem, który szczęśliwie zostawili za sobą.

Prędzej czy później blaszaną miskę napełniano gęstą breją silnie zalatującą zapachem cebuli. Można było zacząć szukać dla siebie miejsca na długich ławach, ustawionych po dwie przy każdym z dziesięciu stołów. Nierzadko zdarzało się, że zadowolony klient z pełnym brzuchem robił nawrót. Porozumiewawcza wymiana spojrzeń z jednym z pracowników i na niektórych stołach pojawiało się wino podłej jakości, a czasem i coś mocniejszego.

***

Pasuje tu jak kurwa do Wersalu, pomyślał z goryczą kapitan Paul Paillole. Starał się sprawiać wrażenie obytego z tym miejscem, przyjmując odpowiednią postawę. Garbił się i tępo wpatrywał w blat stolika, jak człowiek intensywnie zastanawiający się nad trudnym do rozwiązania problemem. Wychylił nawet kilka kieliszków wódki, by lepiej wpasować się w otoczenie. Wiedział jednak, że zamysł nie do końca się powiódł. Co jakiś czas czuł na sobie badawcze spojrzenie kogoś z tłumu. Jego płaszcz był prawie nowy, kapelusz niesfatygowany.

Nie mógł przewidzieć, że Marat Tokaryev zawędruje do jadłodajni. Obserwował tego człowieka od blisko dwóch tygodni. Po porwaniu Borisa Markova i aresztowaniu agenta Canarisa, Delongchamps’a, Galand powierzyła kontuzjowanemu kapitanowi bardziej rutynowe zadania.

Od momentu wejścia Francji do wojny Deuxieme Bureau podwoiło personel obserwacyjny niemieckich i sowieckich przedstawicielstw dyplomatycznych. Paillole inwigilował niskiego rangą urzędnika działu kulturalnego. Od pięciu lat przebywający na terenie Francji, nie wzbudził nigdy większego zainteresowania kontrwywiadu. I pewnie pozostałoby tak nadal, gdyby sekcja wschodnia nie wykorzystała całości dostępnej kadry. Upór szefowej sprawił, że w teren zostali posłani nawet niezbyt doświadczeni pracownicy biurowi. Kapitan w ciągu kilku tygodni przekonał się, że warto ufać tej hardej babie. Miała coś rzadko spotykanego w tej robocie – instynkt.

A on miał gdzieś z tyłu głowy przeświadczenie, że w Tokaryevie kryje się fałsz. Styl życia tego człowieka zdawał się ostentacyjnie uporządkowany. Przez kilkanaście dni regularnie pokonywał drogę między ambasadą a służbowym mieszkaniem. Żadnej podejrzanej aktywności, z nikim się nie spotykał. Wśród sąsiadów cieszył się opinią mruka.

Wizyta w jadłodajni była jedynym jaskrawym odstępstwem od rutyny. Agent francuskiego wywiadu wlókł się za urzędnikiem przez pół miasta. Ten nie zrobił choćby jednego kroku, by zgubić ewentualny „ogon”. Kilkakrotnie zmienił linie tramwajowe, ale taki manewr nie mógł stanowić skutecznej ochrony przed doświadczonym wywiadowcą. Jeśli ma się odbyć jakieś spotkanie, dlaczego doprowadził mnie tutaj tak łatwo. Żółtodziób jaki czy co, dumał szpieg.

Szczupła, pociągła twarz sowieckiego dyplomaty nie rzucała się w oczy w tłumie głodnych robotników. Na wątłe ramiona narzucił znoszoną kufajkę. Czarny kaszkiet nasunął głębiej na oczy. Był jednym z niewielu szczęśliwców mających niewielki stolik do własnej dyspozycji. Zrezygnował też z porcji zupy. Raczył się za to butelką wódki. Urżnie się na smutno? Mężczyzna siedzący tuż obok szpiega wybuchnął pijackim śmiechem, zawtórowało mu kilka innych głosów. Gdzieś po lewej pstryknęła zapalniczka, w powietrzu rozeszła się smrodliwa woń taniego tytoniu.

Kuchenny pomagier szybkim krokiem minął stolik pijącego na umór dyplomaty. Paroksyzm bólu szarpnął prawym nadgarstkiem kapitana. Kilka dni wcześniej właśnie tam trafił go nóż jednego z ochroniarzy Markova.

Trzasnęły drzwi.

W tym samym momencie, w którym spostrzegł zamykające się drzwi do jedynej toalety w lokalu, w głębi dojrzał wąski korytarz, a na jego końcu ledwie widoczne drzwi. Twarz człowieka, którego widział przez jedno uderzenie serca, była jakby znajoma… Wyłoniła się gdzieś z obrzeży niepamięci. Z miejsca, gdzie zwykle lądują wizerunki ludzi, których widuje się w prasie. Tak! Znał tego człowieka z licznych, widywanych wielokrotnie fotografii.

Zerwał się na równe nogi i rzucił w stronę toalety. Szarpnął klamkę, otwierając drzwi na oścież. Nie przejmował się ani gniewnymi pomrukami gości jadłodajni, ani błyskiem triumfu w oczach Tokaryeva. Gość, który zwrócił jego uwagę, tak się spieszył, by opuścić lokal, że nie zdążył nawet zamknąć za sobą drzwi. Sapiąc ze złości, Paillole wypadł na podwórze. W samą porę, by zobaczyć tuman kurzu za odjeżdżającą taksówką.

– Kurwa mać! – krzyknął w bezsilnej złości i czym prędzej wrócił do lokalu.

Tokaryeva i jego pomagiera w białym fartuchu obsługi nigdzie nie było widać. Wiedział, co przed chwilą zobaczył.

Przekazanie. Człowiek o znajomej twarzy dał coś fałszywemu pomagierowi, ten z kolei swojemu oficerowi prowadzącemu. Dobrzy są! Skurwysyny są cholernie dobre, myślał kapitan, gotując się ze złości. Kutas wystawił mi się celowo. Musiało zdarzyć się coś niezwykłego, jakieś spotkanie z cennym agentem. Ta maskarada, którą dla mnie urządzili, była improwizowana.

– Nie daruję – warknął i rzucił pieniądze na stół.

Nieco chwiejnym krokiem wyszedł na ulicę. Gniew pozwolił mu zachować jasność umysłu. Zapamiętał tablice wozu i część numeru bocznego taksówki.

Czekało go mnóstwo roboty. Nie było czasu do stracenia.

***

– Co pan, panie?! Co pan robisz, do cholery?!

– Morda w kubeł!

– Policja! Na pomoc! Policja!

– Ja jestem policja – skłamał kapitan Paillole i złapał za frak grubego mężczyznę o pobladłej ze strachu twarzy.

Wparował do siedziby małego przedsiębiorstwa taksówkowego ledwie przed kwadransem. Po wyjściu z jadłodajni skierował swoje kroki na pobliski postój dla automobili. Uważnie przyglądał się wracającym z miasta pojazdom. Po mniej więcej godzinie na parking zajechał ten, którego szukał. Numer boczny sześćset dziewięć. Rozmowa z kierowcą była krótka:

– Tak jest, kochanieńki, ostatniego klienta wysadziłem na postoju przy Rue des Rosiers – stwierdził z pewnością w głosie kierowca, dyskretnie przeliczając spory zwitek banknotów, który wręczył mu ciekawski rudy jegomość. – Pamiętam, że ledwie wysiadł z mojej taryfy, przesiadł się do jednego z aut przedsiębiorstwa Boudet.

Kapitan poczuł rodzące się w trzewiach podniecenie, niczym pies myśliwski, który pochwycił trop.

– Coś jeszcze? – Sapnął

– Właściwie tak… Tak, pamiętam godzinę.

***

– Słuchaj mnie uważnie, Boudet… Chcę zobaczyć rejestr wszystkich kursów, jakie twoje samochody wykonały tego dnia.

– Nie ma pan prawa żądać tego ode mnie… Bandyta! – darł się Hubert Boudet, a jego stopy z każdym wypowiadanym słowem coraz bardziej traciły kontakt z podłożem.

– Próbowałem gadać jak człowiek z człowiekiem – warknął groźnie przesłuchujący. – Mała łapóweczka i zapominamy o sprawie. Było gęgać o jakiejś poufności, gamoniu?!

By podkreślić wagę swoich słów, huknął przewoźnika otwartą dłonią w bezwłosą czaszkę. W zagraconym papierami pokoju rozległ się przeciągły jęk.

– Gdzie rejestr? Pytam po raz ostatni…

– Niech pan mnie nie bije. W sekretarzyku biurka.

– Klucze.

– Dobrze… Dobrze…

Kapitan Paillole cisnął cielsko otyłego mężczyzny na ścianę i odwrócił się w stronę biurka. Znalezienie interesującego go kursu zajęło mniej niż dziesięć minut. Dokładny adres, zapisany wąskim pismem u samego dołu strony, sprawił, że w głowie człowieka z DB rozdzwoniły się wszystkie dzwonki alarmowe. Paryska dzielnica rządowa.

– Wniosę na pana skargę – wybełkotał Boudet, ocknąwszy się z omdlenia.

– Wniesiesz, a ciebie wyniosą – odparł spokojnie kapitan.

Wychodząc, nie omieszkał nadepnąć serdelkowatych palców przedsiębiorcy. Wiedział, że obcas będzie dużo bardziej wymowny niż słowna groźba.

***

Wazon ozdobiony kwiatowym wzorem z brzękiem spadł na podłogę. Szkło rozprysło się na tysiąc kawałków. Obszerny salon pogrążony był w półmroku. Nie zapalono światła, co nieco ukrywało stopień zniszczeń. Powywracano półki, fotele, przetrząśnięto zawartość szaf w każdym pomieszczeniu. Stos pośpiesznie wertowanych książek zasłał całą podłogę.

Kapitan Paillole ściskał w prawicy gruby zwitek banknotów. Suma właściwie rekompensowała wszystkie wydatki poniesione tego dnia. Ostatnie własne środki wydał na odświeżenie pamięci niechętnego do współpracy stróża wystawnej kamienicy przy Boulevard Flandrin. Na jego szczęście tym razem obeszło się bez rękoczynów. Nie miał siły na kolejną szarpaninę. Stróż, odpowiednio zachęcony, ograniczył liczbę podejrzanych kapitana do ledwie trzech osób. Paillole, korzystając z aparatu w służbówce, zatelefonował do dwójki swych ludzi.

– Rzucić wszystko – rozkazał. – I natychmiast na Boulevard Flandrin. Robota jest paląca… – Zakrywając słuchawkę telefonu, rzucił do stróża: – Ten spod dwudziestki ósemki jest w domu?

Informator pokręcił głową.

– Ojczyzna będzie panu wdzięczna – mruknął Paillole i ignorując zdziwione spojrzenie tamtego, zaczął nerwowo krążyć po ulicy. Miał straszną ochotę zapalić. Ściemniało się, z minuty na minutę powietrze robiło się coraz chłodniejsze. Nie czuł tego. Był niczym myśliwski chart – zmęczony, ale szczęśliwy pogonią za zwierzyną.

***

Dwaj ludzie kapitana przybyli na miejsce po pół godzinie.

– Na górę!

Nie było wstępów. Nic nie wyjaśnił, póki nie znaleźli się na progu mieszkania numer dwadzieścia osiem.

– Niech to wygląda na niechlujne włamanie. Im więcej nabałaganicie, tym lepiej. Oczy dookoła głowy. Nic po sobie nie zostawiamy.

Dostrzegł uśmiech na twarzy detektywa Poussina. Nie był zadowolony, że musi korzystać z pomocy tego zapijaczonego lumpa przy takiej robocie. Do tej pory członek siatki, którą agent Canarisa założył w Paryżu, spisywał się bez zarzutu. Ale to była grubsza sprawa… Przeklął braki kadrowe DB i kazał sforsować zamki.

– Do roboty, panowie! Uwijamy się. Przeszukać lokal.

***

– Panie kapitanie – zawołał Kieffer dwadzieścia minut później – Mam coś.
Paillole, brodząc po kostki w zawartości biblioteki gospodarza, udał się do sierżanta stojącego w drzwiach prowadzących z salonu do kuchni. Zanim zdążył o coś spytać, tamten popukał w jedną z desek w parkiecie.

– Pan posłucha – stuknął jeszcze raz, a widząc niezrozumienie przełożonego, wyjaśnił: – Każda klepka w kuchni skrzypi. A te… – Dla demonstracji puknął po raz trzeci.

Kapitan zrozumiał.

– Chcę wiedzieć, co jest pod spodem.

Dalej poszło jak z płatka. Skrytka była sprytnie zamaskowana, ale łatwo sprzedała swe sekrety. Na dnie dość głębokiego schowka znajdowały się pieniądze i papiery. Gruby plik kartek, zapisanych równym maszynowym pismem, był zszyty agrafką. Paillole skierował światło małej latarki na stronę tytułową, przekartkował kilka następnych. Zaparło mu dech.

– A to skurwiel – wyrwało mu się.

Trzymał w ręku stenogramy z posiedzenia Wielkiej Rady Wojennej, które trzy dni wcześniej odbyło się w Abbeville. Nie miał najmniejszych wątpliwości, że właśnie te dokumenty w zmikrofilmowanej postaci zostały przekazane w jadłodajni… Mógł się tylko domyślać, że jeszcze tego samego dnia, najdalej jutro rano stenogramy trafią na biurka najważniejszych ludzi w Moskwie.

Wgląd w największe tajemnice francuskiej polityki umożliwił Sowietom właściciel tego mieszkania – Edouard Pleiffer. Kapitan, oglądając dokumenty, uzmysłowił sobie, jak wielka klęska spadła na wywiad i kontrwywiad. Osobisty sekretarz premiera na usługach obcego wywiadu. Niepojęte! A oni przez cały ten czas byli jak dzieci we mgle. Głupcami są ludzie pozbawieni paranoi, pomyślał, starannie odkładając ściśle tajne dokumenty na miejsce.

– Świetna robota, sierżancie – wygłosił pochwałę zupełnie naturalnym głosem, choć wewnątrz cały dygotał. – Zamaskować skrytkę, wychodzimy.

Ja tu jeszcze wrócę. Niedługo. I wycisnę tego zdrajcę jak cytrynę. Będziesz śpiewał jak kanarek, sprzedawczyku.

Nie mógł się doczekać tej chwili, gdy znajdzie się w biurze i zda raport z akcji, a Galand wyda nowe rozkazy. Sięgnął do kieszeni i w końcu wydobył z jej dna zmiętego papierosa.

Rzucał to cholerstwo. Zaciągnął się mocno, chciwie upajając się poczuciem triumfu.

***

Zapukała zdecydowanie w drzwi celi.

– Strażnik!

Głos Victorii Galand był donośny i mocny. Więzień, którego odwiedziła, taktownie odwrócił się plecami do drzwi, wznosząc oczy ku zakratowanemu otworowi okna. Chwila upłynęła, nim usłyszała ciężkie kroki i niewyraźne pobrzękiwanie kluczy. Była pewna, że człowiek ze służby więziennej podsłuchiwał, starając się wyłowić każde słowo. W murach specjalnego aresztu St. Lonar pod Paryżem nic nie mogło pozostać tajemnicą.

Żelazne drzwi otworzyły się powoli, dawno nieoliwione zawiasy skrzypnęły przeraźliwie. Galand zadarła głowę wysoko, wysuwając nieco podbródek

– Kartkę i coś do pisania – zażądała, będąc jeszcze na progu celi. Postawny mężczyzna w średnim wieku rzucił jej szybkie spojrzenie. Nie odezwał się. Polecenie zostało wykonane. Opuściła celę, nie oglądając się za siebie.

W dyżurce kobieta niedbale nabazgrała kilka linijek na środku kartki. Całość notatki opatrzyła datą sprzed kilku dni. Umieściła pod tekstem zamaszysty podpis. Przyjrzała mu się przez moment, oceniając nieczytelność.

– Do wyłącznej wiadomości naczelnika. – Bez dalszych wyjaśnień podsunęła strażnikowi złożoną na czworo kartkę.

Ruszyła do wyjścia, postukując obcasami. Kroki stawiała lekko. Ogarnął ją dziwny spokój. Wiedziała, że właśnie zasiadła przy stoliku z zamiarem dołączenia do gry.

Wielkiej gry.

***

Klucz bezgłośnie obrócił się w zamku. Promień światła rozproszył mrok przedpokoju. Sierżant Kieffer wszedł szybko do mieszkania, rzucił płaszcz wraz z kapeluszem na wieszak i wkroczył do niewielkiego saloniku.

– Jeśli twój płaszcz i kapelusz znów wylądowały na podłodze, jutro w biurze nie będziesz się niczym różnił od ostatniego łachmyty.

Victoria Galand posłała mu szeroki, choć zmęczony uśmiech. Siedziała wygodnie w jednym z dwóch obciągniętych brązową skórą foteli.

Wyciągnęła nogi przed siebie, leniwie poruszając stopami, osłoniętymi tylko delikatnym materiałem czarnych pończoch. Wyglądała zupełnie jak mała dziewczynka nudząca się na huśtawce. Ten niewinny obraz psuły detale. Szklanka z resztkami koniaku i szminka w intensywnym bordowym kolorze. Dała mu czas na odpowiedź, strząsając nieistniejący pyłek z granatowej sukienki w gustowne białe grochy. Sierżant zdjął buty i wszedł do pokoju. Zajął miejsce w fotelu naprzeciw odważnie ubranej blondynki.

– Nie uwierzysz, co dziś…

– Cii, dziś już nie ma nic. Tylko my – przerwała mu. – Odpręż się… Ja zadbam o to, byś się odprężył.

Gdy wracała z więzienia, naszła ją ochota na wizytę tutaj. Skoro już nadarzyła się tak rzadka okazja, chwila wytchnienia… Musiała zmienić strój na nieco bardziej odpowiadający okolicznościom. Materiał sukienki kończył się wysoko przed kolanem. Gdyby podwładny spojrzał na jej nogi, musiałby zatrzymać wzrok na sporym kawałku odsłoniętego uda.

Na widoku było akurat tyle, by balansować na granicy przyzwoitości. Victoria lubiła obserwować ten błysk w oczach swoich kochanków. Ten moment, gdy do gry wkraczała wyobraźnia, podsuwając niepozostawiające pola domysłom obrazy. Czekając na niego, bawiła się myślą, że zaraz po wejściu do mieszkania zacznie rozbierać ją wzrokiem. Zażąda jej nagości, natychmiast i gwałtownie, chcąc porównać rzeczywistość z imaginacjami.

Chciała, by wyobraził ją sobie nagą. Ta myśl z jakiegoś powodu mile łechtała próżność. Trwoniła czas na rozważaniach, jak odda mu się dzisiejszego wieczoru. Że mu się odda, nie miała najmniejszych wątpliwości. Potrzebowała choć na chwilę zastąpić jedne emocje innymi, rozładować nieznośnie napięcie. Postanowiła, że dokona tego w najprzyjemniejszy ze znanych sobie sposobów.

Gwałtowność – tego właśnie było jej trzeba. Bez kompromisów. Właśnie tak się to odbędzie. Zdecydowała o tym w momencie, gdy usłyszała, jak sierżant cicho wchodzi do mieszkania. Założyła nogę na nogę, udo otarło się o udo. Gdzieś w dole krzyża narodził się dreszcz. Czekała na niego. Żądza prawie namacalnie wisiała w powietrzu, doprawiona szczyptą oczekiwania. W ostatniej chwili zdecydowała się wyprostować nogi, przyjmując bardziej nonszalancką pozę.

Kiedy mężczyzna usiadł w fotelu, nie wytrzymała. Wysunęła lewą nogę, tak by podbicie znalazło się w okolicy krocza. Bez udziału świadomości stopa zaczęła sunąć w górę, jakby ostrożnie badając kształt skrępowany materiałem spodni. Góra, dół, góra. Bez pośpiechu. Nie zaprzestając pieszczot, bezczelnie patrzyła swej ofierze prosto w oczy. Jak śledczy starający się wyczytać emocje przesłuchiwanego. Ona miała jeszcze jeden miernik. Wybrzuszenie w kroczu stawało się nadto wymowne. Triumfowała w ich małej grze na wytrzymałość, choć na twarzy Kieffera nie drgnął ani jeden mięsień. Mężczyzna przegrał z własnym ciałem. Wyczuła, że gwałtownie urósł, dokładnie w momencie, gdy odrobinę zwiększyła nacisk na wrażliwe okolice. Pięta podrażniła nabrzmiewające od nagromadzonego nasienia jądra.

– Rozbierz się – wychrypiała głosem, w którym ledwo rozpoznała własny. – Chcę cię zobaczyć.

Kieffer wstał, posyłając jej leniwy uśmiech:

– To wbrew regulaminowi – mruknął, sięgając do klamry paska.

– Pieprzyć regulamin – wymruczała niskim głosem. Nie była pewna, czy ją usłyszał. Spodnie sierżanta zjechały w dół, zatrzymując się na kostkach. Mężczyzna nie odrywał wzroku od koleżanki.

Niczym zahipnotyzowany wąż śledził każdy gest kobiety. Z fascynacją obserwował, jak opuszka palca wskazującego znika w wymalowanych ustach. Z teatralną powolnością zaczęła go ssać. Był wrażliwy na prowokację, bardzo wrażliwy. Nikt nie potrafił korzystać z tej słabości z taką wprawą jak Victoria Galand.

– Nie potrzebujesz czegoś dużo większego? – wyrzucił z siebie sierżant Kieffer, błyskawicznie radząc sobie z krępującymi jego ruchy spodniami.

– Może… – odpowiedziała, wpatrując się w pokaźny kształt, wybrzuszający biel długich kalesonów.

Jej palec wskazujący błyszczał w półmroku od śliny. Mógł sobie tylko wyobrazić, jak zwinny język owija się wokół niego. Chciała dać mu przedstawienie, którego nie uświadczy nawet w najbardziej rozsławionych paryskich kabaretach. Lewą ręką odciągnęła brzeg ostatniej materialnej przeszkody, zagradzającej swobodny dostęp do tego, czego tak bardzo potrzebowała. Kalesony zjechały w dół.

Znała to uczucie, gdy na ułamek sekundy człowiek zapomina o oddechu. Członek sierżanta prezentował się dumnie, gruby od nabiegłej krwi. Oblizała spierzchnięte wargi. Penis sterczał w niemal idealnym pionie. Jeszcze kilka centymetrów, a sięgnąłby owalu pępka. Lekko wstała z fotela, a potem osunęła się na klęczki. Kolana zaprotestowały bólem przeciwko gwałtownemu zetknięciu z twardymi deskami podłogi.

To było nieistotne. Liczył się tylko jej mężczyzna.

Pierwszy dotyk był nieśmiały. Zacisnęła palce wokół trzonu, delektując się jego twardością. Przesunęła kilkakrotnie dłonią po całej długości, dokładnie tak, jak wcześniej czyniła to stopą. Sierżant gwałtownie wciągnął powietrze, gdy usta Galand oplotły lśniącą purpurę żołędzi. Przez jakiś czas ssała go delikatnie. Język z wprawą pieścił członek. Na przemian ssała i lizała. Nie ominęła najdrobniejszego fragmentu, na dłużej zatrzymując się na wrażliwym wędzidełku. Rósł jej w ustach.

***

Nie wiedział, kiedy położył jej rękę na głowie. Wplótł palce we włosy. Działał jak zwierzę. Czuł, jak całe jego ciało ogarnia ciepło, którego źródło znajduje się tuż pod podbrzuszem. Chciał możliwie jak najbardziej zintensyfikować to doznanie.

– Jeszcze… – stęknął, czując, że sięgnęła dalej.

Wzięła go niemal do końca. Znalazł się w miejscu bliskim nieba. Instynktownie wypchnął biodra do przodu, jednocześnie kierując delikatnie ruchami jej głowy. A może mu się tylko zdawało, że czyni to delikatnie? W pokoju rozległy się gwałtowne odgłosy towarzyszące krztuszeniu się. Dobił prawie do gardła. Jeszcze jeden ruch, jeszcze dwa i będzie po wszystkim. Czuł, że przestaje panować nad własnymi odruchami, że zaczyna się gonitwa ku spełnieniu.

Zapomniał o całym świecie. Zawzięcie pracował biodrami, starając się osiągnąć upragnioną ekstazę. Widok delikatnych, bladych policzków Victorii Galand uwypuklonych maksymalnie przez jego męskość tylko dodatkowo podniecał. Balansował na granicy wytrzymałości, chciał wystrzelić… Zalać wąskie gardło ciepłą spermą.

***

Ścisnęła jądra, mocno. Palce drugiej ręki oplotła z całą siłą u nasady trzonu. Wypuściła go z ust, szybko cofając głowę. Nie chciała finiszu, nie teraz. Nie tak. Rzucił w dół groźne spojrzenie.

Zignorowała go. Podziwiała własne dzieło, odczuwając dumę, która towarzyszy artyście patrzącemu na dobrze wykonaną pracę.

– A teraz, mój drogi… Złamiesz wszystkie zasady. Dla mnie, na mój rozkaz i dla mojej przyjemności.

– Tak jest – odpowiedział, ulegając podszeptowi żołnierskiej natury.

Chwyciła go za nadgarstek, ciągnąc w stronę sypialni. Bywała tu rzadko, ale znała rozkład mieszkania.

Uśmiechnęła się na myśl o tym, że pierwszy raz zrobią to w łóżku.

Weszli w ciemność, po omacku odnajdując duży, prostokątny kształt łóżka. Po drodze rozpinała w pośpiechu małe guziki sukienki. Nie chciała czekać. Ceregiele były zupełnie zbędne. Czuła, jak materiał spływa z ramion, sunąc przez wypukłość pleców, pośladki… Całą długość osłoniętych delikatną mgiełką pończoch nóg.

Rozbłysło światło. Kieffer zdołał przypadkowo odnaleźć włącznik.

To, co zobaczył, pochłonęło go całkowicie. Szczupłe ciało prezentowało się bardzo pociągająco. Smukłe plecy, wąska talia i szczupłe biodra – to wszystko kusiło z nieprawdopodobną siłą. Zachęcało do zbadania dotykiem. Apetyczne wcięcie między pośladkami niczym magnes przyciągało wzrok sierżanta. Czuł się dumny, upojony szczęściem płynącym z faktu, że tylko chwile dzielą go momentu, gdy ją posiądzie. Ten rodzaj euforii towarzyszył mu za każdym razem, gdy to robili. Żadna inna nie potrafiła go aż tak rozpalić.

***

Galand obróciła się z gracją zawodowej tancerki. Teraz mógł ją podziwiać z profilu, obłapiać wzrokiem falujące w takt oddechu piersi. Mrucząc zachęcająco, usiadła na łóżku.

– Chodź do mnie… Natychmiast – wychrypiała.

Kiefferowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Dopadł do łóżka jednym susem i rzucił się na swoją szefową. Usta odnalazły usta. Całowali się długo i zachłannie, delektując smakiem i bliskością. Chciała włożyć mu język do ust, ale nie zdążyła. Pchnął ją zdecydowanie na łóżko. Padając na plecy, z ochotą rozłożyła nogi. Tak, tego potrzebowała… Czuła, że srom pulsuje od nabiegłej krwi. Gdzieś wewnątrz, w dole brzucha pojawiła się pustka, którą trzeba było wypełnić natychmiast!

***

Wypukłość porośniętego jedynie kępką włosów wzgórka łonowego, delikatny srom, który nęcił i zapraszał delikatnym odcieniem różu. Kontrastująca z tym wszystkim bladość ud. Taka kombinacja pokus to było stanowczo zbyt wiele dla rozgrzanego do białości mężczyzny. Wdrapał się na łóżko, sadowiąc się między rozwartymi na całą szerokość kobiecymi udami. Nakierował członek ręką na wejście do pochwy i pchnął zdecydowanie. Ciasnota kobiecości na jedno uderzenie serca odebrała mu zmysły. Była mokra. Bardzo mokra…

Penis zanurzył się w nią od razu, niemal na połowę długości. Galand sapnęła przeciągle z wyraźnym zadowoleniem. Tak, tego właśnie chciała, męskiego organu, rozkosznego rozdarcia, które towarzyszyło wypełnieniu. Sierżant wyprowadził pierwszy sztych, czując, jak kobieta oplata go nogami. Pięty ocierające się o pośladki stanowiły dla niego dodatkowy, przyjemny bodziec.

Uwięziony między jej nogami, zawzięcie poruszał biodrami. Starał się nadać rytm własnemu ciału, jednocześnie opierając większość ciężaru na wyprostowanych ramionach. Cofał się i wchodził w nią z coraz to większym impetem. Rozkołysane jądra obijały się o wejście pochwy z charakterystycznym odgłosem. W każdy kolejny ruch wkładał całą brutalną siłę wszystkich mięśni. Twarz wykrzywił mu grymas rozkoszy pomieszanej z wysiłkiem. Znów sięgnął ku jej ustom, znów chciał poczuć smak warg. Jednocześnie prawą ręką zaczął bawić się krągłą piersią. Ugniatał, ściskał i wykręcał stwardniały sutek, nie troszcząc się specjalnie o delikatność…

Kochanka w odpowiedzi na tę pieszczotę uniosła biodra ku górze. Kąt, pod którym w nią wchodził, nieco się zmienił. Dobił aż do końca, na całą długość, mniej więcej w momencie, gdy jego palce wykręciły sterczącą brodawkę przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Dał się ponieść instynktom. Na nowo i z fascynacją odkrywał wrażliwość tego fragmentu kobiecego ciała. Galand westchnęła z aprobatą. Ścianki pochwy zacisnęły się wokół członka. Mężczyzna szarpnął biodrami, cofając się gwałtownie. W jednej chwili zapragnął posiąść ją zupełnie inaczej.

Członek na moment znalazł się na zewnątrz. Na całej długości oblepiony był jej śluzem. Żołądź błyszczała, zupełnie jak nasmarowana olejkiem.

– Chcę inaczej. – Podniecenie dodało jego głosowi pewności. – Odwróć się.

Galand ani myślała protestować. Przekręciła się najpierw na brzuch, by po chwili unieść się na czworaki. Wypięła się posłusznie, tak by jej mężczyzna mógł bez skrępowania podziwiać wszystkie kuszące miejsca ciała.

Jego władczość tylko dodatkowo ją rozpaliła. Miała absolutną pewność, że to był dobry pomysł, by tu dziś przyjść. Jeśli on chce, by oddała mu się jak suka… Tak właśnie będzie. Otarł śliską żołędzią o zewnętrzne wargi sromowe. Znów był w niej, znów się w nią wbił. Poczuła, jak ciągnie za włosy. Zdecydowanie, do siebie i dla siebie. Jego siła i brutalność sprawiły ból. Zignorowała to, oddając mu się całą sobą.

Siarczyste klapsy, którymi wolna dłoń kapitana od czasu do czasu obdzielała chude pośladki, uzupełniała odgłosy towarzyszące spółkowaniu. Na delikatnej skórze wyraźnie zaróżowił się ślad po uderzeniach.

– Mocniej, jeszcze…. Już prawie… Nie mogę… O cholera – sapała Galand, napierając biodrami, by dopomóc kochankowi.

Ciała współgrały ze sobą jakiś czas, ciesząc się spotkaniem.

Kieffer raz po raz wchodził w kochankę, sięgając aż po samo dno pochwy. Czuł, jak jej mięśnie z nim współgrają, naginając się do jego woli. Po raz drugi tego wieczoru balansował na krawędzi orgazmu. Potężnego spełnienia. Ponownie wysunął się z pochwy, ulegając kaprysowi. Czuł, że już długo nie wytrzyma… Mordercze tempo spółkowania sprawiło, że ciała kochanków lśniły od potu. Postanowił skończyć inaczej.

Wetknął dwa palce w jej wnętrze, by zaraz je wycofać. Śluzu było tyle, że bez problemu nawilżył zaciśnięty pierścień odbytu. Mimo ogromnego podniecenia, starał się możliwie jak najdelikatniej rozewrzeć palcami pośladki. W końcu uznał poziom nawilżenia za wystarczający i nakierował członek w to miejsce. Naparł na ciaśniejszy otwór ciała. Bez powodzenia. Był jednak rozgorączkowany podnieceniem, zdeterminowany…

Przy drugiej próbie udało mu się zagłębić nieco między pośladkami. Kobieta zmieniła ułożenie ciała, chowając twarz w poduszkę. Uniosła biodra i podporządkowała się, pozwalając mu wniknąć w siebie centymetr po centymetrze. Opór mięśni tylko jeszcze mocniej go podniecał. W końcu zdołał wsunąć w ciasny otwór ledwie trzecią część długości przyrodzenia. Nie przeszkadzało mu to czerpać pełnymi garściami z rozkoszy, jaką dawała penetracja odbytu. Wykonywał krótkie, płytkie sztychy, pewien, że tym razem nie zdoła się zatrzymać.

***

Ból, rozkosz i… Więcej rozkoszy. Członek między jej pośladkami wydawał się monstrualnie wielki. Impresja. Nie wiedziała, kiedy rozbłysła w jej głowie. Znów znalazła się w czterech ścianach odrapanej celi. Przyciskała zaskoczonego bruneta o przystojnej twarzy do ściany. Jej usta były tak blisko jego ucha, że prawie musnęła koniuszkiem języka jego wnętrze.

– Za dwa dni będą cię przenosić – szeptała. – Trzech strażników, tuż przed odejściem ze służby. Musisz im zwiać. Będą strzelać, ale ufam, że sobie poradzisz.

Jej szczupłe palce wcisnęły mu do ręki malutki klucz oraz kulkę papieru.

– Zapamiętaj i zniszcz – szeptała dalej, będąc tak blisko, jak się dało. – Ukryj się na kilka godzin. A później do Niemiec… Do Canarisa. Paszport masz w mieszkaniu… Przekaż mu, że nie wszyscy tutaj uważają go za szaleńca. Może kiedyś znowu się spotkamy, Kurt.

Była blisko, bardzo blisko… Za blisko. Ten tajemniczy Niemiec sprawił, że poczuła, jak jej podbrzusze wypełnia znajome ciepło. Ach, jak żałowała, że język nie znalazł się w uchu, że nie mogła ulec absurdalnej pokusie przyciśnięcia go do ściany i pozbawienia oddechu długim pocałunkiem…

***

Jej mężczyzna z przeciągłym charkotem skończył między pośladkami, głośno wypuszczając z płuc powietrze. Sperma ciekła po udach niespełnionej Galand. Kobieta błyskawicznie odwróciła się na plecy, zanim jeszcze kochanek zdołał przyjść do siebie.

Smukłe palce odnalazły wypukłość łechtaczki. Zaczęła mocno pocierać twardy punkt. Przyjemność rosła, ale jej własna ekstaza nie nadchodziła. Przystojna twarz Niemca odpływała w dal, chowając się za mgłą niepamięci.

Sierżant Kieffer ocknął się z błogiego rozleniwienia po ekstazie. Spojrzała na niego, posyłając mu słaby uśmiech. Lubił ten uśmiech, tajemniczy i prowokujący zarazem.

– To było… – zaczęła.

– Niesamowite – dokończył i objął ją ramieniem.

Pozwoliła mu na to.

***

Nieprzebrane morze ludzkich postaci ciągnęło się aż po horyzont. Morze nędzy, rozpaczy i strachu. Bezładna kolumna ludzi wędrowała po wysłużonych deskach mostu granicznego w Kutach. Większość twarzy przypominała martwe maski. Groza i rozpacz zawładnęły wszystkim. Trudno było nawet oddychać. Nikt z nadzieją nie patrzył w jasne niebo, upstrzone pojedynczymi tylko białymi chmurkami.

Był młody mężczyzna ze spaloną twarzą, której połowę zasłaniał świeży, prowizoryczny opatrunek. Był siwowłosy dżentelmen o elegancko przyciętym wąsiku, ze smutkiem wypisanym na twarzy. Niósł małą walizkę, do której zdążył wsadzić jakieś strzępy ocalałego dobytku. Była pulchna kobieta, której wrześniowy wiatr rozwichrzył włosy. Błędnym spojrzeniem człowieka, który nie wierzy w to, co się stało, obserwowała otaczający ją tłum obcych ludzi. Ludzi, których przygniotła groza chwili.

Po drugiej stronie mostu stał dłuży słup, pomalowany w biało-czerwone pasy. Oznaczał kres terenów Rzeczpospolitej. Rumuńska ziemia. Nikt nie cieszył się z wolności. Każdy krok był jak bezgłośne przyznanie się do klęski.

– Ja chcę do domu… Do babci – pisnęła mała dziewczynka o mysich włosach

– Spokojnie, Hanuś, wrócimy do domu – obiecała matka, jeszcze mocniej ściskając drobne paluszki córki.

Zbliżały się do biało-czerwonego słupa jak setki innych przed nimi.

Młody oficer lotnictwa zatrzymał się o krok przed granicą Rumunii. Podszedł z wolna do słupa, czując, jak serce przepełnia mu wzruszenie na widok barw kraju, za który walczył z pełnym poświęceniem. Biel i czerwień. Honor i krew.

Objął słup – ostatni kawałek umiłowanej Ojczyzny. Przyłożył usta do zimnego metalu i pocałował delikatnie, tak jak dziewczynę. Jak najdroższą istotę na całym świecie. Odwrócił się w stronę kraju. Przeżegnał tak, jak dawno temu uczyła go najpierw babka, potem matka w domu rodzinnym.

Jednym płynnym ruchem sięgnął do kabury. Zimna stal broni na sekundę zalśniła w promieniach wrześniowego słońca. Przyłożył lufę do skroni i zamknął oczy…

Dając upust całej tłamszonej beznadziei i rozpaczy, jaką w sobie nosił, krzyknął:

– Niech żyje Polska!

Huk wystrzału wdarł się w niemy tłum, wstrząsając powietrzem.

Świat się skończył.

.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Ha! Niech będę pierwszy!

Skoro miałem – jako konsultant – przyjemność czytać tekst przed premierą, mogę już teraz go zrecenzować. Przede wszystkim – cieszę się, że znowu piszesz, Foxie, i że wróciłeś do nieco przykurzonego już cyklu! Aż trudno uwierzyć, że jego ostatnia część pojawiła się na łamach NE we wrześniu 2014 r…

Po drugie, bardzo podobają mi się sceny batalistyczne. Umiesz je pisać i dobrze Ci to idzie. Jeśli mogę coś zasugerować – krótsze zdania, mniej oficjalnej mowy, zwłaszcza w narracji. To się dobrze sprawdza podczas rozmów oficerów sztabowych, ale nie w odnarratorskich opisach sytuacji.

Świetna jest scena kończąca tekst. Dramatyczna, zapadająca w pamięć, wstrząsająca. Pozostaje w wyobraźni na długo.

Co jest najsłabsze? Paradoksalnie – sama scena seksu. Nawet nie chodzi o to, że jest źle opisana. Po prostu czuje się, że pełni tu rolę dodatku, wprowadzonego, by dodać opowiadaniu atrybut “erotyczne”. Myślę, że zamiast wplatać w igraszki pani Galand i sierżanta, lepiej było po prostu opisać więzienną schadzkę agentki i Kurta. Myślę, że byłaby równie gorąca, a przynajmniej odwiedzilibyśmy na dłużej Niemca, który jest, jak mi się zdaje, jednym z głównych bohaterów tej szpiegowskiej sagi.

Ogólnie jest dobrze i mam nadzieję, że będzie tylko lepiej. Winszuję!

Pozdrawiam
M.A.

Nie chciałbym, żeby autor tego opowiadania wziął mi to za złe ale jak wyjaśni prosty fakt umieszczenia w wieży czołgu panzerwagen 1 armaty skoro ta dopiero pojawiła się w 1942 roku. Do tego czasu czołgi panzerwagen 1 były uzbrojone w karabiny maszynowe co prawda po doświadczeniach wojny domowej w Hiszpanii zaczęto ich przezbrajanie dodatkowo w armaty ale wątpię, żeby w 1939 roku była ich wystarczająca ilość.

http://www.achtungpanzer.com/panzerkampfwagen-i.htm#panzer1

Dobry wieczór!
Czytelnicy NE nigdy nie przestaną mnie zaskakiwać swoją spostrzegawczością. 🙂 Mój mały “szwindel konstrukcyjny” wytrzymał ledwie dwadzieścia cztery godziny. Chciałem nadać potyczce opisanej w tekście nieco hollywoodzki charakter. Majestatycznie obracająca się armata, w fabularnym opowiadaniu wygląda znacznie lepiej niż karabiny maszynowe. Gdyby na moje teksty, publikowane na łamach NE, spojrzał zawodowy historyk, zapewne zacząłby mocno kontestować rozmaite moje pociągnięcia. W tym tekście takich ryzykownych hipotez czy półprawd jest najmniej kilka.

Bliskie jest mi powiedzenie Alexandra Dumasa, który mawiał, że on w swoich książkach gwałci historię, ale tylko po to, by mieć z nią dzieci. Starałem się na kartach każdej części “Wielkiej gry” zachować realizm historyczny. Mając jednak na uwadze komercyjny charakter opowieści tu i ówdzie zdarzyło mi się pofolgować wyobraźni.

Saurom, cieszę z Twojego komentarza ani myślę mieć Ci cokolwiek za złe. Mam nadzieję, że lektura sprawiła Ci przyjemność i jeszcze nie raz przeczytasz/skomentujesz coś mojego. 🙂
Pozdrawiam,
Foxm

Dobry wieczór, Megasie!
Owszem, miałeś jako konsultant, wgląd w ten tekst. Wymiana uwag za kulisami była niezwykle cenna i pouczająca. Dziękuję, za poświęcony czas. Teraz jednak chciałbym naszym czytelnikom zwrócić uwagę na kogoś, kto zwykle na własne, wyraźne życzenie pozostaje nieco w cieniu.

Dziękuję Arei Athene, za korektę tej opowieści. Bez jej nieocenionego wkładu ten tekst wyglądałby zupełnie inaczej.

A teraz do sedna. Tak, to prawda. że wróciłem do pisania, na Najlepszą Erotykę, po dłuższej przerwie. Pisanie opowiadań znów zaczęło dawać mi twórczą satysfakcję. Nie jest tak, że nie obawiałem się powrotu. A nuż wyszedłem z wprawy? Powyższe zostawiam do oceny czytelnikowi.

Druga z moich obaw dotyczyła kolejnego powrotu do “Wielkiej gry”. Wiem, że cykl, którego korzenie sięgają schyłku DE, narodzin NE, przez wielu został po prostu zapomniany. Ja jednak od czasu do czasu na nowo ulegam fascynacji meandrami historii najnowszej. Zaczynam szkicowanie pomysłu nowego odcinka, studia rozmaitych materiałów, literatury. Czasem zabiera to długie miesiące.

Nie ukrywam jednak, że ta powieść historyczno – szpiegowska, daje mi najwięcej twórczej satysfakcji. Lubię pisać o historii. Zawsze wracam z dużym sentymentem do moich pierwszych fikcyjnych bohaterów. Przyjemność sprawia mi splątywanie ich życiorysów z wielkimi tamtych czasów. Zresztą, komu jak komu, ale Tobie uroków obcowania z przeszłością reklamować nie trzeba. 🙂

Co do oficjalnej mowy i długich zdań: Większość bohaterów tego odcinka ma silne związki z armią. Część opisywanych wydarzeń ma charakter tajny, ale jednak mocno oficjalny. Jeśli zaś chodzi o mój styl pisania, tak mam skrzywienie rodem z barku. Długie, bardzo długie, wydumane zdania. Nie wypieram się. Po tym, jak człowiek popełni naste opowiadanie w życiu i występuje pewna prawidłowość, można już chyba mówić o stylu? Mój styl z pewnością nie należy do najlżejszych:)
Pozostaje mi tylko pamiętać o Twoich wskazówkach przy pisaniu czegoś nowego.

Scena erotyczna najsłabszym elementem? Ze względu na charakter i nazwę portalu, mam nadzieję, że komuś się jednak spodoba. 🙂 Myślę , że jest warta przeczytania. Ocena jej potencjału to zadanie każdego z odbiorców.

Fakt, udało mi się stworzyć opowiadanie erotycznie, gdzie dwójka głównych bohaterów nie jest zbyt aktywna seksualnie. 🙂 Tego chyba na NE jeszcze nie było. Mam swoje plany, co do Kurta, ale oczywiście nie zamierzam nic zdradzać.

Ostatnia scena, która Ci się tak podobała… Chciałbym, żeby była wyłącznie produktem mojej wyobraźni. Niestety, ja tylko fabularyzowałem pewne wydarzenia, o których wspominają źródła. Takich desperackich kroków, w końcowej fazie Września 39′ odnotowano kilkadziesiąt. Jedna z przeczytanych relacji ujęła mnie szczególnie. Żołnierz pocałował słup i strzelił. Moje źródła milczą na temat tożsamości biedaka. Nic mi nie wiadomo o jakimkolwiek liście.

Polaków przez lata karmiono propagandą o mocarstwowych możliwościach i aspiracjach Rzeczypospolitej. Utrata niepodległości była niczym najgorszy koszmar, z którego nie można się wybudzić.
Cieszę się, że tekst zyskał Twoje uznanie.
Pozdrawiam,
Foxm

Wiecie co? Jestem dumna! Należę do grona ludzi, których, owszem, łączy erotyka, ale z drugiej strony jesteśmy tak różni. Tak różne mamy zainteresowania, jednak potrafimy znaleźć wspólny mianownik.
Lisie, brawo!
Opowiadanie przemyślane. Dbałość o szczegóły. Kłaniam się przed Tobą i Twoją wiedzą.
Erotyka również na wysokim poziomie, aczkolwiek bardziej skupiłam się na samej fabule niż na “momentach”.
Ostatnie akapity… Nie mogę napisać, że rewelacyjnie to ująłeś, opisałeś. To przecież nasza, Polaków, historia. Smutna, zwalająca z nóg całe rodziny, a tego nie można nazwać “rewelacyjnym”.

Świetna robota, Kolego!
Pozdrawiam,
kenaarf

Dzień dobry!
Dziękuję za komentarz.Tak jest. Różnorodność jest jedną z najmocniejszych stron Najlepszej Erotyki. Wiele tekstów jest w pewnym sensie odbiciem osobowości autora. W innych z kolei odbijają się jego zainteresowania. “Wielka gra” z całą pewnością jest tym drugim wypadkiem.

Nie warto się kłaniać, gdyż coś może strzyknąć w kręgosłupie. Ja wciąż się uczę zarówno na polu historii jak i pisarstwa. Czasem łączę ze sobą dwa żywioły z nieukrywaną przyjemnością.

Doceniam i bardzo się cieszę z głosów, które mówią o emocjach powiązanych z niektórymi fragmentami odcinka. Znaczy, że swoje zadanie wykonałem przyzwoicie, nawet, jeśli byłem tylko reporterem, a nie kreatorem fikcji.
Kłaniam się,
Foxm

Przepraszam że bez logowanie Lisie, mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone.

Po pierwsze moim skromnym zdaniem akurat część erotyczna jest tu najlepsza! Pomimo tego, ze opisujesz wszystko z zacięciem doktora medycyny przekonałeś mnie do niej. Sprawdza się tu szarpana narracja z obu perspektyw.

Po drugie scena walki o wioskę…no bardzo hollywódzka. I tylko to da się powiedzieć na jej obronę.
Po pierwsze bladego pojęcia nie mam jak Polacy uszkodzili czołg. Po drugie byłby on wyłączony z walki, bo zapewne rykoszety i odłamki wykończyłyby załogę. Po trzecie osobistą broń maszynową używa się jedynie na krótki dystans ( strzelając seriami). Po ostatnie padanie na ziemię gdy wróg strzela z poziomu okien chat jest szczytem głupoty.

Co do zarzutów to nie rozumiem po co wsadziłeś scenę z Brytolami?

Dobry wieczór!
Seeleverkoprze, oczywiście, że zostanie Ci wybaczone. 🙂 Dziękuję za komentarz. Co do sceny batalistycznej, wyznam szczerze, że byłem o krok od jej całkowitego usunięcia na etapie korekty. “Jeden rabin powie nie, drugi rabin powie tak”, to zdanie idealnie podsumowuje odbiór sceny batalistycznej.

Ja, jako Autor mogę sobie wybrać, które stanowisko odpowiada mi bardziej. Niezbyt komfortowa sprawa. Masz słuszność nie ustrzegłem się błędów w tym fragmencie tekstu. Zniszczenie czołgu było jednak możliwe, jeśli oddział piechoty dysponował karabinem przeciwpancernym “UR”.

Ten samopowtarzalny karabin był ogromnym zagrożeniem dla niemieckich sił pancernych. Problem z tą rewelacyjną bronią był taki, że było jej zbyt mało. W skali całego frontu zaledwie 3000 sztuk. Urzędnicza opieszałość sprawiła, że produkcja ruszyła zbyt późno, w efekcie “UR” odegrał marginalną rolę w całej kampanii. Podarowałem tę broń oddziałowi, który bronił wioski.

Narada w Abbeville była wedle zamysłu najważniejszą częścią tego odcinka. W Polsce lubimy sobie upraszczać życie i zrzucać całą winę za nieszczęścia, które nas spotykają na zachodnich sojuszników. Cóż, moim zdaniem prawda była nieco bardziej złożona.
1. Nasi alianci, wbrew popularnej legendzie, podjęli pewne działania na froncie zachodnim i nawet ponieśli przy tym spore straty.
2. W Polsce po 17 września nie było czego zbierać. Nasi sojusznicy prowadzili, więc niezwykle racjonalną z ich punktu widzenia politykę. Życzyłbym sobie, by nasi przywódcy zarówno wtedy jak i dziś rozumowali nieco mniej romantycznymi kategoriami.
3. Inna rzecz, że ani Francja, ani Anglia nie spożytkowały właściwie czasu, który kupiło im spektakularne samobójstwo Polski.
Podsumowując ten wątek w mojej ocenie nie było żadnej zdrady w Abbeville, oba mocarstwa uprawiały po prostu politykę. A ta jak wiadomo jest sztuką wielce pragmatyczną. Starałem się walczyć z mitem bezdusznych sojuszników na kartach tego opowiadania. Zanim zaczniemy kogokolwiek obwiniać i oskarżać o zdradę warto chłodno przeanalizować przesłanki stojące za konkretnymi decyzjami.

Cieszę się niezmiernie, że scena erotyczna przypadła Ci do gustu. Przyznam szczerze, że to opowiadanie pokazało mi, że nieco wyszedłem z wprawy, jeśli chodzi o czynne pisanie. Potrzebuję nieco czasu na powrót do wysokiej formy. 🙂
Znam chyba wszystkie Twoje opowiadania, ale wyznam, że bez podpowiedzi nie jestem w stanie doszukać się podobieństw między naszymi bohaterami. Niemniej wątek mnie naprawdę zaintrygował.
Kłaniam się,
Foxm

Problemem URa nie była jego niedostępność w oddziałach, ani brak wyszkolonych żołnierzy. Chodziło o to, że dowódcy niechętnie zezwalali na jego użycie i do każdego karabinu przydzielone było zaledwie 12 naboi. Do momentu rozpoczęcia bitwy o Buzrę ( mniej więcej opis starcia) nie sądzę, aby miano choć parę.

Po drugie te karabiny tak nie działały jak opisałeś. Nie wyrywał dziur. Ani troche. Często przechodził na wylot pozostawiając otwór wlotowy nie większy niż na dwa palce. Co więc szkodziło pojazdowi? Mógł przejść przez silnik, zrykoszetować w środku….ale najczęściej powodował to, że wewnętrzna część kadłuba o ile nie była zabezpieczona przez załogantów dosłownie eksplodowała odłamkami stali na skutek uderzenia ( jak przy tzw betoniaku radzieckim) działającymi jak szrapnele i raniącymi załogę czy wykańczającymi sprzęt pokładowy.

Nasi Alianci nie byli bierni- masz rację. Nie mylisz się także w tym, że źle wykorzystali ten czas. Ale! Pamiętaj co obiecało im polskie dowództwo! Trzy miesiące mieliśmy się bronić! Nie kilka dni a trzy miesiące. Zakładając nawet brak ataku 17 IX uważam to za niemożliwe.
Jest jeszcze jeden mit ( tak na szybko) liczyć obronę Polski razem z Westerplatte to jak liczyć obronę Francji do daty poddania się bunkrów na linii Maginota.

Jeszcze raz ja. Zauważyłem Lisie, że niektórzy nasi bohaterowie są zadziwiająco do siebie podobni. Może dlatego pomimo tego “medycznego” stylu narracji tak bardzo podobała mi się scena seksu.

“Okazało się, że przebicie pancerza wcale nie jest konieczne! Zwykły ołowiany pocisk wystrzelony z bardzo duża prędkością trafiał w płytę pancerną, “przyklejał” się do niej i oddawał jej cała swoją energię. Po drugiej stronie pancerza naprężenia były tak wielkie, że pancerz pękał i tworzył rój odłamków, które raziły załogę czołgu. Sam pocisk po uderzeniu w pancerz dosłownie rozpływał się w powietrzu – to znaczy sublimował i zamieniał się w gaz.

W 1932 roku zaczęto pracę nad ostateczną wersją broni działającej wedle opisanej zasady. Skonstruował ją młody inżynier Józef Maroszek. Wyglądem zewnętrznym i zasadą działania przypominała stosowany w Wojsku Polskim karabin Mauzera wzór 1898. W 1935 roku nową broń przyjęto do służby i pod nazwą “karabin przeciwpancerny wzór 1935″ skierowano… wprost do tajnych magazynów.

Gdyby bowiem przeciwnik był uprzedzony o posiadaniu takiej broni przez Polaków, mógłby się bardzo łatwo – i tanio – przed nią zabezpieczyć. Wystarczyłoby przed zasadniczym pancerzem wozu bojowego umieścić cienki metalowy ekran, który przyjmowałby na siebie energię kinetyczną pocisku. Takie ekrany pojawiły się zresztą na czołgach w czasie II wojny światowej. ”
Oczywiście to uproszczenie bo z odległości do 300m URy prawdopodobnie penetrowały T-35 i Pz IV nawet.

Naprawdę lubię Twoje komentarze pod moim tekstami.:) Nawet jeśli w niektórych wypadkach mogę tylko głowę popiołem. Mój opis owej bitwy i niektórych jej efektów został podporządkowany mojemu zamysłowi hollywodzkości. Niektóre rzeczy mi zwyczajnie umknęły. W tym kontekście, mój pierwotny zamysł obcięcia owej sceny był trafny. Skoro jednak została, jest krytykowana, ja jako Autor muszę to “wziąć na klatę”.

Mogę westchnąć z ulgą, gdyż moje następne opowiadanie utrzymane jest w kompletnie innym stylu. 🙂 Ktoś mi kiedyś powiedział, że wyjątkowość naszych Czytelników opiera się na wnikliwości. Zgadzam się w całej rozciągłości, nie przeprowadzilibyśmy podobnej dyskusji na żadnym innym portalu z opowiadaniami erotycznymi.
Kłaniam się nisko.

Tak jest, pamiętam o absurdalnym poczuciu mocarstwowości sanacyjnej elity. Stawiam hipotezę, że te trzy miesiące, o których piszesz delikatnie mówiąc nie miały żadnego oparcia w rzeczywistości. I sanacja o tym wiedziała, nawet publicznie deklarując co innego. Rydz na plakatach propagandowych z tamtego okresu dumnie zapewniał o pełnej gotowości wierze w zwycięstwo. Tymczasem podczas tajnej narady na Zamku Królewskim tuż przed wybuchem wojny stwierdzał bez ogródek, że pierwszą fazę tej wojny przegramy.

Trzy miesiące? Żadna armia świata nie spodziewała się, że Niemcy przemodelują myślenie o wojnie. Może dlatego, że prace opisujące podstawowe założenia wojny błyskawicznej miały niszowy nakład. Może dlatego, że wojskowi swoim zwyczajem szykowali się do wygrania poprzedniej wojny? Ciężko rozsądzić. O czynnikach, które przesądziły o takim, a nie innym przebiegu kampanii, można rozprawiać długo. 🙂

I nie wskazałeś podobieństw między naszymi fikcyjnymi bohaterami. A to mnie naprawdę intryguje.

Na początek napiszę, że czytało się bardzo dobrze, potoczyście. Tekst potrafił przyciągnąć uwagę, wzbudzić emocje. I to nie tylko we wstrząsającej scenie samobójstwa polskiego żołnierza. W wielu innych fragmentach także. Widać dużą różnicę choćby w porównaniu z częścią pierwszą, gdzie zdarzały się fragmenty w lekturze niełatwe. Trudno oceniać fabułę, okazuje się wielopłaszczyznowa, zapewne różne wątki może z czasem się połączą, bo liczę jednak na kontynuację. Tymczasem utwór pzostaje niedokończony. I teraz dyskusja nad scenami batalistycznymi oraz erotycznymi. Mnie osobiście batalistyka przypadła do gustu. Wskazano w komentarzach na pewne nieścisłości, te jednak dałoby się zapewne usunąć, nie zmieniając ogólnego wrażenia przedstawianych scen. A to jest pozytywne, opisy dynamiczne, budzące emocje. Mniej przypadła mi do gustu erotyka. I to z powodów podobnych do zaznaczonych już przez MA. Cały ten fragment wydaje się dołączony trochę sztucznie, bo takie są wymogi i specyfika portalu. Nie przyjmij tego źle, ale z niecierpliwością czekałem na koniec igraszek pani Galand z sierżantem, by jak najszybciej powrócić do głównego nurtu wydarzeń. To zarazem komplement jak i krytyka. 😀 Mam wrażenie, że po prostu leży Ci tematyka historyczna, zwłaszzca związana z grą wywiadów w okresie II wojny światowej. I wychodzi to bardzo dobrze. Dodana bez wyraźnej potrzeby scena erotyczna (bo jako powieść historyczna tekst obyłby się śmiało bez niej) sprawia wrażenie pochodzącej trochę z innej bajki. A jeśli spojrzeć na “Wielką grę” jako na opowieść szpiegowską, to znajdą się chyba inne okazje do wplecenia wątku erotycznego niż romans szefowej z podwładnym, który tymczasem niczego do fabuły nie wnosi.
Na koniec, wyrażam najszczerszą nadzieję, że wrócisz do tej powieści. Przecież to dopiero wrzesień 1939 r. Przed nami jeszcze tyle wydarzeń. I z przyjemnością ujrzę jednak utarcie nosa gen. Gamelinowi oraz jemu podobnym, którzy kilka miesięcy później zapłacą za swoją racjonalną, a jednak krótkowzroczną politykę. Inna sprawa, że za popełnione błędy generał zapłacił też osobiście, klęską, dymisją, więzieniem i pobytem w Buchenwaldzie.

Napisz komentarz