Perska Odyseja: Prolog (Megas Alexandros) – Opowiadanie nr 500!  4.23/5 (81)

35 min. czytania
Paul Avril, „Les Sonetts Luxurieux de Pietro Arentini, 2″

Paul Avril, „Les Sonetts Luxurieux de Pietro Arentini, 2″

Miłe Czytelniczki, Drodzy Czytelnicy,

Najlepsza Erotyka istnieje już od ponad 3 lat. W tym czasie zgromadziła niemal 50 Autorów, na jej zasoby składają się dziś opowiadania, powieści, teksty eksperckie, recenzje, wywiady. Tysiące stron lektury. A także godziny oglądania i słuchania, bo tworzymy również audio- i videobooki.

Dziś mam przyjemność opublikować jubileuszowy, 500 tekst prozatorski na NE. Z tej okazji prezentuję Wam pierwszą część nowego, z dawien dawna zapowiadanego cyklu, stanowiącego bezpośrednią kontynuację „Opowieści helleńskiej”.

Znów więc zachęcam Was do odwiedzenia antycznego świata, pełnego zmysłowości, piękna, a także żądzy wolnej od poczucia wstydu. Ale też okrucieństwa i przemocy. Zapraszam do poznania „Perskiej Odysei”.

Megas Alexandros

* * *

„Mieszkanki Podziemia, boskie Erynie, wysłuchajcie mnie! Wy, które karzecie niegodziwe czyny i ścigacie zbrodniarzy, wysłuchajcie mnie! Niestrudzona Alekto, mściwa Tyzyfone, nienawistna Megajro, wysłuchajcie mnie! Pokornie błagam was o zemstę za wyrządzone mi krzywdy! Wzywam was, byście ukarały Kassandra z Ajgaj, macedońskiego żołnierza.

Niech jadło w jego ustach ma smak popiołu! Niech wino, które będzie pić, okaże się skwaśniałe! Niech najciemniejsza noc nie przynosi mu wytchnienia! Niech ci, których nazywa przyjaciółmi, zginą na jego oczach! Niech kobiety, które miłuje, skonają mu w ramionach! Niech umrze osamotniony i w pogardzie, daleko od ojczyzny. I niech nikt nie zapamięta jego imienia!

Uczyńcie to wszystko, boskie Erynie, ja zaś ofiaruję wam w zamian moje życie. Niech ma królewska krew doda wam sił w zemście, którą wywrzecie!”

Klątwa rzucona przez królową Sparty, Andromedę, na kilka chwil przed samobójczą śmiercią.

Opowieść helleńska: Kassander VIII

* * *

Świt nad pustynią leniwie budził się do życia. Najpierw zaróżowiły się szczyty położonych na wschodzie wzgórz. Jasność spełzała po ich stokach w dół, ku pogrążonym nadal w mroku piaszczystym dolinom. W końcu pomiędzy wzniesieniami zapłonął oślepiający blask. Pierwszy skrawek wznoszącego się coraz wyżej słońca. Kassander zmrużył oczy, westchnął i uniósł do ust bukłak wina. Pociągnąwszy solidny łyk, skrzywił się z niesmakiem. Trunek był równie podły i wart splunięcia jak pustkowie, które miał przed oczami. Jak osiedle, do którego rzuciła go ludzka podłość i twarda żołnierska służba. Jak jego obecne życie.

Stał w oknie wzniesionego z wypalanych cegieł domu i spoglądał ku wschodowi. Choć nie miał na sobie nawet skrawka odzienia – niedawno bowiem podniósł się z posłania – nie czynił nic, by zasłonić swe mocarne ciało. O tej porze i tak niewielu mogłoby go zobaczyć, o pozostałych zaś zwyczajnie nie dbał. W przeciwieństwie do zamieszkujących okolicę ludów, kochających się w długich i skrywających kształty szatach, Macedończyk nie wstydził się nagości. W jego ojczyźnie wiedziano, że wolnemu i cywilizowanemu mężczyźnie nie przynosi ona ujmy. Wszak nawet zawodnicy biorący udział w igrzyskach stawali do konkurencji tak, jak stworzyli ich bogowie. Nie zamierzał jednak tłumaczyć owych oczywistych prawd tubylcom. Byli zbyt głupi i prymitywni, by je pojąć. Nadawali się wyłącznie na poddanych, a i wówczas nie sposób było zbyt wiele po nich oczekiwać.

Kassander miał serdecznie dosyć tego miejsca. Nie cierpiał ani rozciągającej się wokół, wysuszonej na wiór krainy, zamieszkałej przez wędrownych dzikusów, z rzadka tylko wysławiających się po grecku, ani nędznego osiedla, w którym stacjonował. Dawniej Gaza była kwitnącą metropolią, ważnym punktem na szlakach handlowych wiodących z Babilonii przez Palestynę do Egiptu. Wszystko to dobiegło kresu, gdy jej mieszkańcy zdecydowali się zamknąć bramy przed nadciągającym Aleksandrem. Oblężenie trwało kilka długich miesięcy, podczas których furia młodego króla rosła i płonęła coraz jaśniejszym ogniem. Gdy w końcu twierdza padła, zdobywca nie miał litości, ani dla jej wodza, którego kazał wlec za swym rydwanem, aż zostały z niego nędzne strzępy ciała, ani dla obywateli Gazy. Mężczyzn kazał bez wyjątku wymordować, kobiety zaś i dzieci – sprzedać w niewolę. Opustoszałe w ten sposób miasto zapełnił znowu, osiedlając w nim Beduinów i niewielki, macedoński garnizon. Następnie zaś ruszył dalej, ku nowym podbojom. I wzorem bogów, od których wiódł swe pochodzenie, całkiem zapomniał o tym przeklętym miejscu.

Ktoś jednak o nim nie zapomniał. Kiedy Kassander znalazł się w niełasce, dobrze wiedziano, gdzie go zesłać. Z dala od wielkich zwycięstw i hojnych łupów, którymi napychali sobie sakwy nawet szeregowi żołnierze w królewskiej armii. Z dala od bitewnej sławy i od wszelkich cudów, z których słynął legendarny Orient. Z dala nawet od już podbitych zamożnych krajów, skąd można czerpać sute profity, jak Persja, Media czy Elam. Wylądował właśnie tutaj, na ostatnich peryferiach. Nawet nie jako samodzielny gubernator, a jedynie skromny dowódca, sprawujący pieczę nad paroma setkami rozprężonych bezczynnością weteranów. Podległy ustanowionemu przez króla satrapie Syrii. Dla dawnego namiestnika Koryntu i generała wielotysięcznej armii była to bolesna degradacja.

A przecież nie miałem wyboru, myślał gorzko, spoglądając ku wschodowi, na tonące już w słonecznym blasku wzgórza. Gdyby nie usunął się sprzed oczu władcy i jego faworytów, straciłby dużo więcej niż tylko pozycję w sztabie. Kto wie, może nawet głowę. Zresztą, wcale nie było pewne, czy zachowa ją dzięki dobrowolnemu zesłaniu. Aleksander miał długą pamięć i niczego nie wybaczał. Jego zemsta dosięgała czasem ludzi przebywających tysiące stadiów dalej.

Tak czy inaczej, wyglądało na to, że Macedończyk utknął w Gazie na dobre. Jego zadaniem było dbanie o porządek w mieście i okolicach, a także ochrona szlaku handlowego, obecnie z rzadka uczęszczanego z powodu istnej epidemii nabatejskich rabusiów. Korzystając z wojennego chaosu, całe ich chmary wychynęły z głębi pustyni, by napadać na podróżnych, grabić karawany, uprowadzać zarówno majątek, jak i ludzi. Poprzednik Kassandra nie podołał zadaniu i w niesławie odszedł z urzędu. On zaś wiedział, że musi odnieść sukces. Była to dlań ostatnia szansa na odzyskanie królewskiej przychylności i odbudowę dawnej pozycji. Jeśli nie poradzi sobie na tej peryferyjnej placówce, nie będzie już zupełnie nikomu potrzebny.

Odniósł już zresztą pierwsze sukcesy. Westchnienie, które dobiegło zza jego pleców, przypomniało mu o najwspanialszym z nich. Odwrócił się od okna, spojrzał na stojące w rogu pokoju łoże, na które padały właśnie pierwsze promienie słońca. Ich blask wydobył z mroku kobiecą sylwetkę. Choć częściowo przykryte jego żołnierskim płaszczem, ciało pogrążonej we śnie oferowało dość pokus, by przez lędźwie Macedończyka przeszedł rozkoszny dreszcz. Jego członek ożył i zaczął momentalnie twardnieć. Mężczyzna pociągnął kolejny łyk z bukłaka, ani na chwilę nie odrywając oczu od ponętnych kształtów. Kolejne westchnienie, a potem niespieszny ruch. Leżąca dotąd na boku, smagła piękność obróciła się na plecy. Przedtem mógł podziwiać doskonałą linię jej bioder i grzbietu, a także burzę lśniących czernią loków. Teraz patrzył na unoszące się w oddechu, idealnie krągłe piersi. Na wspomnienie ich jędrności aż mrowiły go palce. Twarz dziewczyny skryta była w głębszym cieniu. Nie musiał jednak widzieć, by móc przywołać jej obraz w najdrobniejszych szczegółach. Duże, podkreślone henną oczy, o tęczówkach tak ciemnych, że niemal czarnych. Starannie wyskubane brwi i długie rzęsy. Pełne wargi, pokryte zawsze egipską szminką. Wydatne kości policzkowe, oliwkowa cera, skóra gładka jak najdelikatniejszy jedwab. Szlachetna linia nosa, może tylko nieco zbyt długiego. Był to zresztą jedyny mankament w tym idealnym obliczu, samotny dowód, że należy ono do śmiertelniczki, nie do którejś z arabskich boginek.

W myśli powtórzył jej obco brzmiące imię: Dalijah. Wyjaśniła mu kiedyś, że oznacza ono tyle, co „pęd winorośli”. Ten, kto je nadał, okazał się mądrym człowiekiem. Pocałunki Dalijah były niczym najprzedniejsze wino: słodkie i pikantne zarazem, przynoszące euforię i uderzające do głowy. A przecież stanowiły one ledwie wstęp do dalszych rozkoszy. Dziewczyna uwielbiała się kochać, nie bała się eksperymentować, temperamentem zaś w pełni dorównywała Macedończykowi. Czasami nocą nie udawało im się nawet zmrużyć oka. Gdy tylko łapali oddech po kolejnym szczytowaniu, ponownie rzucali się na siebie, powodowani pragnieniem, którego nigdy nie udawało się w pełni ugasić. Gdy o poranku opuszczał sypialnię kochanki, by udać się do garnizonu, natychmiast zaczynało mu brakować dotyku jej rąk, ust, piersi… a także objęć wilgotnej, wąskiej pochwy, która otulała go ciasno i nigdy nie chciała wypuścić. Gdy pod wieczór wracał w jej ramiona, wprost płonął pożądaniem. I w ciemnych oczach Arabki znajdował ten sam, nienasycony głód.

Dalijah… Prawdziwie królewska nagroda za trudy. Najcenniejsze trofeum, jakie zdobył na pustyni. Jeszcze parę miesięcy temu była jedną z żon szejka Sayyida, zuchwałego grabieżcy, który siał grozę w całej okolicy. To między innymi z jego powodu karawany przestały krążyć między Fenicją i Egiptem, a cały handel przeniósł się na morze, gdzie statkom groziły sztormy, mielizny, piraci i zdradliwe, podwodne skały. Kassander przysiągł sobie, że wymierzy rabusiowi sprawiedliwość. Świadom, że jego macedońska piechota nie przyda się w pościgu za dosiadającymi wielbłądów łupieżcami, najął kilkuset Beduinów. Przez wiele tygodni musztrował ich, by walczyli jak jedna formacja, a nie jak pozbawiona przywództwa horda. Dbał o dyscyplinę, tępił jakiekolwiek wykroczenia. Nie żałował srebra tym, co przodowali w posłuszeństwie. Kiedy uznał, że ma już pod rozkazami zgrany i waleczny oddział, ruszył w ślad za Sayyidem. Dopadł szejka pod wieczór, w jego kryjówce, w labiryncie jaskiń położonych na wschód od Gazy. Bitwa była zacięta, ale krótka. Nabatejczycy, choć waleczni, nie stanowili wyzwania dla solidnie przeszkolonych Beduinów.

Sayyid walczył najdłużej. Stawiał opór nawet wtedy, gdy ziemię wokół niego zasłali już martwi towarzysze. Zdołał położyć trupem pół tuzina napastników, zanim dotarł doń Macedończyk. Natychmiast kazał swym żołnierzom cofnąć się o parę kroków. Czuł, że pojedynek z nieprzyjacielskim wodzem jest jego prawem i powinnością. Wtedy właśnie szejk poczynił mu niespodziewaną ofertę:

– Jeśli puścisz mnie wolno – rzekł zachęcającym tonem, w którym jednak pobrzmiewała desperacja – otrzymasz w darze moją ulubioną żonę, Dalijah… albo dowolną inną, którą wybierzesz sobie z haremu. Zapewniam, że każda jest warta swojej wagi w złocie! Pozwól mi odejść, a twe łoże nigdy nie będzie już puste, a noce samotne…

– Dobrze mówisz po grecku – odparł nieco zaskoczony Kassander.

– Przedtem równie biegle mówiłem po persku. Jesteście nowymi panami świata. Tacy jak ja muszą się dostosować.

– Obawiam się, że w niczym ci to nie pomoże. Twe życie skończy się dzisiaj.

– Poczekaj! Harem mieści się w jaskini obok. Pozwól sprowadzić moje żony… kiedy je ujrzysz, nie będziesz potrafił wybrać!

– A po co mam wybierać? Kiedy zginiesz, wszystkie wpadną w moje ręce…

Nie dokończył, bo w tej właśnie chwili szejk rzucił się na niego. Był szybki jak pustynna żmija. Rozwścieczony niczym wygłodniały lew. Ale to nie wystarczyło. Jego szabla ześlizgnęła się po macedońskim mieczu. Kassander pchnął go drugą ręką na skałę. Nabatejczyk uderzył w nią z takim impetem, że wypuścił z dłoni oręż. Próbował po niego zanurkować, lecz sztych xiphosa wbił mu się w brzuch i rozpruł aż po pachwinę. Rabuś otworzył usta do krzyku, lecz popłynęła z nich tylko krew.

Macedończyk otarł klingę o dżalabiję martwego. Potem ruszył ku następnej jaskini. Uniósł zasłonę skrywającą wejście. W bogato urządzonej, skalnej komnacie czekały nań żony szejka. Niektóre przycupnęły na wyłożonej perskimi dywanami podłodze, inne stały, dumne i wyprostowane, czekając na swój los. Miały na sobie suknie z pysznego jedwabiu i biżuterię ze złota, szmaragdów i rubinów. Twarze skrywały za woalkami, Kassander widział więc tylko ich oczy. Niektóre zalęknione, inne pogodzone z tym, co miało nadejść. Jedna niewiasta patrzyła nań z zuchwałym wyzwaniem. Nie opuściła głowy jak inne, gdy zatrzymał na niej wzrok.

– Odsłońcie oblicza – rozkazał. – Sayyid nie żyje. Jestem waszym nowym panem.

Był ciekaw, która z nich zrozumie helleńską mowę. Ta, co wytrzymała jego spojrzenie, usłuchała pierwsza. Z pewnym wahaniem, w jej ślady poszły pozostałe. Po chwili Macedończyk mógł się przekonać, że szejk mówił prawdę, zachwalając swój harem. Każda z wdów mogła konkurować urodą z najpiękniejszymi heterami Hellady. Patrząc na nie po kolei, w pełni zrozumiał dylemat Parysa, zmuszonego do wyboru między Herą, Afrodytą i Ateną. Gdyby on sam miał wybrać tylko jedną, zajęłoby mu to długie godziny. Tymczasem jego Beduini zasługiwali na nagrodę po krwawej rozprawie.

Na szczęście pamiętał słowa Sayyida. Szejk znał je wszak dłużej…

– Która z was nosi imię Dalijah? – spytał surowym tonem. Nie zdziwiło go, gdy naprzód wystąpiła ta najodważniejsza, rozumiejąca po grecku dziewczyna. Uśmiechnął się do niej, a raczej do własnych myśli. Podświadomie liczył na taki właśnie obrót sprawy.

– Pójdziesz ze mną – rzekł, chwytając ją za nadgarstek. Nie stawiała najmniejszego oporu. Razem opuścili harem i przeszli do jaskini, gdzie czekali żołnierze Kassandra. Dalijah zadrżała na widok martwych Nabatejczyków, zaraz się jednak opanowała. Potem ujrzała męża, leżącego w kałuży stygnącej krwi… zacisnęła wargi i nie wypowiedziała ani słowa. Macedończyk był pod wrażeniem jej samokontroli.

– Zaprowadź mnie do alkowy Sayyida – polecił. Skinęła i swobodną ręką wskazała drogę. Nim opuścili makabryczną komnatę, dowódca obejrzał się jeszcze na Beduinów: – Swoją nagrodę znajdziecie za tamtą zasłoną.

Nie trzeba im było powtarzać dwa razy. Wojownicy pustyni wpadli do haremu. Po chwili rozległy się krzyki przerażonych kobiet. Dalijah instynktownie przywarła do boku Kassandra. Chyba dopiero teraz w pełni zrozumiała, jakiego oszczędził jej losu.

Tamta noc upłynęła im na miłosnych igraszkach w łożu nieszczęsnego Sayyida. Arabska branka czyniła wszystko, by nowy pan był z niej zadowolony. Oddawała mu się na tuzin sposobów, a kiedy ssała jego męskość, dłońmi masując jednocześnie uda, Macedończyk czuł, że oto znalazł się na skraju Elizejskich Pól. Ani na chwilę nie wątpił, że jej uległość wywołana była strachem. Była gotowa na wiele, by uniknąć tego, co spotkało inne wdowy. A jednak potrafiła tak dobrze udawać pożądanie, umiała dać mu tyle rozkoszy, że mężczyzna nie znajdował najmniejszych powodów do narzekań. Ani do tego, by żałować raz powziętej decyzji.

Potem przyszło wiele kolejnych nocy. Kassander zabrał Dalijah do Gazy. Nie traktował jej wszakże jak niewolnicy, przeciwnie: zapewnił dziewczynie dom, nieliczną służbę, pozwolił zachować suknie oraz klejnoty, które otrzymała od byłego już męża. Sam również nie szczędził jej prezentów. Odwiedzał ją niemal co wieczór, nie tylko dlatego, że trudno mu się było przed tym powstrzymać, również po to, by była pewna, że jest jedyną nałożnicą, którą utrzymuje. Z przyjemnością obserwował, jak pierwotny lęk stopniowo wypierało zaciekawienie, a wreszcie – autentyczne pożądanie, równe temu, które paliło jego lędźwie.

Jeśli kiedykolwiek żywiła wobec Sayyida jakieś ciepłe uczucia, po przybyciu do miasta całkiem o nim zapomniała. Kilka tygodni później była już w pełni oddana Kassandrowi. Widział to w jej oczach, kiedy witała go po ciężkim dniu, spędzonym na planowaniu posterunków i patroli. Wyczuwał w dotyku, gdy ściągała z niego tunikę i przesuwała dłonie po naznaczonych bliznami ramionach. Smakował w łapczywych pocałunkach, jakimi go obsypywała, gdy po wspólnej kąpieli, wciąż jeszcze mokrzy, padali na łoże. Słyszał w przeciągłym jęku, którym oznajmiała swą ekstazę. Tym razem całkiem szczerą i nieudawaną.

Romans z Arabką był jedynym dobrym aspektem zesłania, na które go skazano. Ich wspólne noce pozwalały mu się oderwać od nużących obowiązków, zapomnieć o przeklętym miejscu, w jakim się znalazł. O podłym winie i cuchnącym wielbłądzim łajnem tłumie, zapełniającym ulice Gazy. O wiszącej nad nim, niczym naostrzony miecz, królewskiej niełasce.

Dalijah. Pęd winorośli wyrosły na spalonej słońcem pustyni.

A teraz musiał ją opuścić. Wrócić ze świata nocy, pełnego wilgotnej rozkoszy i upojnego smaku pocałunków, do świata dnia, tętniącego żarem, drapiącego w gardle ziarnami piasku, doprowadzającego do obłędu suchością. Kassander zaklął pod nosem. Nie lubił się nad sobą użalać. Duszkiem wypił resztę wina z bukłaka, po czym cisnął go za siebie. Zdecydowanym krokiem ruszył w stronę łoża. Garnizon może trochę jeszcze poczekać.

Usiadł na posłaniu. W milczeniu patrzył na Dalijah. Wciąż była pogrążona we śnie. Trudno jej się dziwić, wszak zeszłej nocy zaznali niewiele wytchnienia. Właściwie, powinien dać dziewczynie odpocząć, lecz rosnące w nim pożądanie okazało się silniejsze. Prawą ręką sięgnął ku jej piersi. Ujął ją stwardniałymi od miecza palcami. Uścisnął lekko, a potem rozluźnił uchwyt. I znowu. Któraż z jego kobiet miała równie jędrny biust? Chyba tylko Fryne… Czym prędzej uciekł od tej myśli. Była niebezpieczna. Budziła bowiem tęsknotę, z którą nie potrafił się zmierzyć. Z początku sądził, że czas i odległość ją ugasi. Że zapomnienie przyniesie mu ulgę. Tak się nie stało. Choć już trzy lata minęły od ich rozstania w Pireusie, wciąż uparcie nawiedzała jego sny. Zazwyczaj jako niezrównana kochanka, mistrzyni pieszczot i igraszek. Niekiedy zaś jako samotna sylwetka, stojąca na nieznanym mu brzegu. Oczekująca na niego. Zastygła w bezruchu. Zapatrzona we wschodni, morski horyzont.

Uciekać, uciekać! Potrząsnął głową, by oczyścić umysł. Wspomnienie Fryne sprawiło, że wypuścił spomiędzy palców pierś Arabki. Dłoń Kassandra zsunęła się z kształtnego wzgórza i opadła na pościel.

– Czemu przerwałeś? – zamruczała, obracając się na lewy bok, ku niemu. – To było takie przyjemne…

Niby przypadkiem otarła się biustem o jego nadgarstek. Dreszcz przeszedł całe ramię Macedończyka. To było jak zaklęcie odpędzające duchy z przeszłości. Cień pierwszej hetery Aten rozpłynął się w niebycie.

– Nie chciałem cię budzić – skłamał.

– Za późno…

Powieki Dalijah uniosły się. Spojrzała mu prosto w oczy.

– Chciałeś wymknąć się niepostrzeżenie? Bez właściwego pożegnania?

– A jakie pożegnanie byłoby właściwe?

Posłała mu wyjątkowo kuszący uśmiech.

– Takie, bym do wieczora czuła cię w sobie.

Stanowczym ruchem ściągnął płaszcz, którym była przykryta. Smagłe ciało Dalijah ukazało mu się w pełnej krasie. Czym prędzej wsunął się na posłanie i znalazł nad nią. Otoczyła mu szyję ramieniem. Otarła się udem o biodro. Znów chwycił ją za pierś, tym razem mocniej, wręcz brutalnie. Zacisnął palce, tak że aż jęknęła. Brodawka była twarda jak pestka oliwki. Ich usta złączyły się w łapczywym pocałunku. Nabrzmiały członek napierał na gładkie łono.

– Śniłam… śniłam o tobie – szeptała w rzadkich chwilach, gdy ich wargi odrywały się od siebie.

Wypuścił z dłoni jędrną półkulę, sięgnął niżej, między uda Arabki. Wtargnął w nią dwoma palcami, wyrywając z jej ust westchnienie. Zaskoczyła go tym, jak bardzo była już wilgotna. To musiał być bardzo przyjemny sen.

– Co robiłem? – zapytał, uginając palce. Długi jęk. Wyprężyła się, wypinając ku niemu bujny biust.

– To samo co teraz… – dyszała. – Błagam, nie torturuj mnie dłużej…

Cofnął rękę i opuścił jej ciasne wnętrze. Uklęknął na łóżku, między udami Dalijah. Szybkim ruchem uniosła nogi. Prawą łydkę oparła mu na barku, lewą stopą przesunęła w górę i w dół torsu. Rozkoszna pieszczota. Chwycił ją za biodra, przysunął bliżej, ku sobie. Dłonią poprowadził twardego penisa między wargi jej sromu. Rozchyliła usta, zwilżyła je językiem, spragniona i drżąca z niecierpliwości. Wchodził w nią powoli, jednocześnie pochylając się do przodu, dociskając uda kochanki do jej brzucha. W tej pozycji dosięgał szczególnie głęboko. Tak jak oboje lubili.

Arabka wyciągnęła ku niemu rękę. Dotykała palcami szyi, w końcu zacisnęła je na karku Macedończyka. Drugą ręką otoczyła swe złączone kolana. Uprawiając miłość z Dalijah, Kassander spoglądał w jej ciemne oczy. Zamknęła je dopiero, gdy zanurzył się aż po jądra. Kolejne westchnienie, wyrażające ulgę. Jakby każda chwila, w której nie wypełniał jej po brzegi, okupiona była niewysłowionym bólem. Cofnął biodra i pchnął znowu, mocniej niż poprzednio. Jęk i – niemal natychmiast – silny skurcz pochwy, ciasno otulającej jego męskość. Następny sztych, głęboki i stanowczy. Dziewczyna drżała, przyjmując go w sobie.

Wraz z nastaniem dnia robiło się coraz cieplej. Do miasta dotarło właśnie gorące tchnienie pustyni. Na piersiach i nogach Dalijah zalśniły krople potu. Kassander pochylił głowę i zlizał kilka z jej łydki. Smak kochanki, przyprawiony solą, wypełnił mu usta. Cofnął biodra, niemal całkiem opuszczając jej gościnne wnętrze. A potem wbił się w nią, docierając najdalej, jak było to możliwe. Ochryple krzyknęła. Mięśnie zacisnęły się wokół żołędzi.

Posłanie trzeszczało w rytm ich coraz gwałtowniejszej miłości. Dalijah oddychała prędko i łapczywie. Kassander zdobywał jej ciało, wciąż nie mogąc się nim nasycić. Gdy otworzyła usta do jęku, wsunął w nie palce, te same, które przedtem nurzały się w jej pochwie. Objęła je wargami, łapczywie zlizała własne soki. Ten widok jeszcze mocniej rozpalił pożądanie Macedończyka. W odpowiedzi przyspieszył swoje pchnięcia. Wdzierał się w kochankę z impetem tarana szturmującego miejskie bramy. I, co oczywiste, ich podwoje musiały ustąpić. Nie było innej możliwości.

Szczytując wykrzyczała jego imię. Ekstaza przeszyła ją na wskroś, wywołując silne skurcze. Kassander nie zdołał się im oprzeć. Nie zdążył nawet opuścić ciasnego wnętrza Dalijah. Ich głosy splotły się ze sobą, w urywanym hymnie na cześć Afrodyty.

Później na długo zastygli w bezruchu, wpatrzeni nawzajem w siebie, czekając, aż w ich ciałach wypalą się ostatnie iskry rozkoszy. Dopiero wtedy Macedończyk wysunął się z kochanki i opadł na skotłowaną pościel u jej boku. Dalijah powoli opuściła nogi na łóżko. Przez jakiś czas leżała na wznak. Odpoczywała, pot stygł na jej biuście, brzuchu i udach. Leniwie sięgnęła między nie dłonią. Palcami rozchyliła wargi sromowe, jeden wsunął się głębiej. Poczuła, jak wiele nasienia zostawił w niej Kassander.

W końcu obróciła się ku niemu. Miał zamknięte oczy, jego klatka piersiowa unosiła się w miarowym oddechu. Zapadł w sen. Delikatnie, by go nie zbudzić, pogładziła mu dłonią tors. Pomyślała, że nie jest tak pięknym mężczyzną, jak Sayyid. Jego ciało pozbawione było doskonałych proporcji dawnego męża Dalijah. A mimo to, silnie ją pociągał. Wystarczyło, że stawał w progu jej domu, by szybko wilgotniała, zaś pragnienie spółkowania wypierało wszelkie inne myśli. Czy rzucił na nią miłosne zaklęcie?

Jeśli tak, miała nadzieję, że moc uroku długo się nie wyczerpie.

* * *

Obudziły go pocałunki. Delikatne jak muśnięcia skrzydeł motyla, czasem jednak podkreślone szybkim liźnięciem. Składane po wewnętrznej stronie jego ud, w pachwinach, na podbrzuszu. Nie otwierał oczu, ciekaw, co dalej uczyni jego pomysłowa kochanka. Nie zawiodła go. Najpierw poczuł jej oddech na jądrach. Ucałowała jedno, następnie drugie. Liźnięciem nawilżyła ich złączenie. Potem po kolei brała je do ust i ssała powoli, nie szczędząc pieszczot językiem. Kassander poczuł, że starania te przynoszą zamierzony skutek: dopiero co zaspokojony członek zaczął znów nabrzmiewać i unosić się w erekcji. Udawanie, że wciąż jest pogrążony we śnie straciło sens. Uniósł powieki, wsparł się na łokciach i popatrzył na Arabkę.

– Dziewczyno, jesteś nienasycona! Jak radziłaś sobie w haremie, będąc jedną z wielu żon?

Wypuściła jego jądro spomiędzy wargi i uśmiechnęła się.

– Pieściłyśmy się nawzajem… czasami wiele razy w ciągu nocy.

Oddech mężczyzny przyspieszył. Wyobraził sobie Dalijah w ramionach innej kobiety. Albo i dwóch… to była bardzo pociągająca fantazja. Chętnie przyłożyłby rękę do jej urzeczywistnienia. Dziewczyna ujęła trzon jego penisa w dłoń i zaczęła go powoli masować. Musiała dostrzec błysk w oku Kassandra, bo mówiła dalej:

– Każdego wieczoru Sayyid brał sobie jedną z nas do łoża. Inne musiały czekać na swą kolej. Czas dłużył się, nuda odbierała chęć do życia. Cóż nam pozostawało? Zaczęłyśmy łączyć się w pary…

Ręka przesuwała się w górę i w dół członka. Napletek zsuwał się z coraz ciemniejszej żołędzi. Arabka z pewnością czuła rosnące podniecenie Macedończyka. Uwodzicielsko spoglądała mu w oczy, to znów skupiała swą uwagę na penisie. Oblizała usta, jak człowiek zasiadający do wybornej uczty.

– Kim była twoja kochanka? – zapytał z wysiłkiem.

– Jasnooka Ammar… – odpowiedziała po chwili, spoglądając gdzieś w bok. Dłoń zatrzymała się, uchwyt palców rozluźnił. – Była mi towarzyszką, przyjaciółką i pociechą. Za nikim nie tęskniłam tak bardzo, jak za nią…

Chciał spytać, co się z nią stało, lecz w ostatniej chwili powstrzymał się przed tym. Przecież dobrze wiedział. Kiedy jego Beduini zabawili się już z żonami Sayyida, zostały sprowadzone do Gazy jako wojenne branki. A potem sprzedane do jednego z licznych domów rozkoszy, które pojawiły się w mieście wraz z nastaniem macedońskiego garnizonu. Czy zdołałby odnaleźć jedną z nich? Pewnie tak… Był gotów na wiele, by tylko skłonić Dalijah do wznowienia pieszczot. Poza tym znów wyobraził ją sobie, splecioną w miłosnych objęciach z drugą dziewczyną…

– Jeśli chcesz, poszukam twojej Ammar – zaproponował, może nieco zbyt skwapliwie. – Sprowadzę ją całą i zdrową.

Arabka spojrzała nań z nadzieją. Palce zacisnęły się tuż poniżej żołędzi.

– Uczyniłbyś to dla mnie? – spytała, wznawiając posuwiste ruchy. – To byłby dar wspanialszy niż wszystkie klejnoty, jakie mi dałeś.

– Skoro za nią tęsknisz…

– Przekonasz się, nie pożałujesz swej decyzji. Pokochasz ją, tak jak i ja – wypowiedziawszy owe słowa, pochyliła się nad jego przyrodzeniem. Zaczęła bawić się nim z nowym entuzjazmem. Kassander patrzył, jak całuje mu jądra, a potem liźnięciem przesuwa się w górę trzonu. Łapczywie wciągnął powietrze w płuca. Jeszcze dziś zajmie się poszukiwaniami… trzeba kuć żelazo, póki gorące.

Tymczasem wargi Dalijah dotarły do żołędzi i otuliły ją swoją miękkością. Poczuł, jak czubek języka przesuwa się po najwrażliwszych punktach jego ciała. Zadrżał z przyjemności. Kochanka ani na chwilę nie przerywała kontaktu wzrokowego. Teraz pieściła go naraz ustami i dłonią. Drugą przesuwała mu po wewnętrznej stronie uda. Przyjemność rosła z każdą chwilą. Zaciskał dłonie na pościeli, oddychał prędko, świadom, że jeśli nic nie zrobi, zaraz osiągnie szczyt…

Ona jednak nie pozwoliła mu na to. Jeszcze nie. Gdy był już naprawdę blisko, wypuściła go spomiędzy warg. Strużka śliny spłynęła po nabrzmiałym penisie. Arabka posłała Kassandrowi olśniewający uśmiech i podniosła się z łoża. Obróciwszy się, stanęła nad nim w rozkroku. Jego oczom ukazały się krągłe i smagłe pośladki. Nie zwlekając złapał za nie i jął się bawić, na przemian łącząc je i rozchylając. Westchnienia Dalijah były dowodem, że sprawia jej to sporą przyjemność. W końcu zaczęła zniżać się ku niemu, na coraz bardziej ugiętych nogach. Po chwili kucała tuż nad biodrami Macedończyka, śliskim podbrzuszem ocierając się o jego męskość.

Obejrzała się przez ramię.

– Kiedy zobaczę Ammar? – spytała, napierając pupą na jego uda.

– Najdalej za parę dni – uniósł ręce do jej piersi, zacisnął na nich palce. Głośno zaczerpnęła powietrza. – Nie możesz się doczekać, co?

– Taaak – odpowiedzią był przeciągły jęk.

– Ja też na coś czekam… i jest mi coraz trudniej.

Objęła penisa i nakierowała go na siebie. Potem zaczęła osuwać się w dół. Czyniła to bez pośpiechu, krótkimi ruchami. Kassander czuł, jak stopniowo zagłębia się w jej pochwie. Wciąż miętosząc piersi dziewczyny, pochylił się do przodu i obsypał pocałunkami jej kark. Znieruchomiała na moment, rozkoszując się pieszczotą.

W końcu wniknął w nią tak daleko, jak to możliwe. Dalijah kołysała biodrami w przód i w tył, powoli, jakby chciała się przyzwyczaić do tkwiącego w niej, słusznych rozmiarów przyrodzenia. Ręce Macedończyka zsunęły się po jej brzuchu, aż na biodra. Chwycił za nie i jął nadawać tempo ruchom, które wykonywała. Arabka ujęła w dłonie własny biust. Głowę odchyliła do tyłu, miarowo pojękując. Jej lśniąco czarne włosy rozsypały się po grzbiecie.

Kassander położył się na wznak. Spoglądał z dołu na ujeżdżającą go dziewczynę. Widok zapierał dech w piersiach. Wciąż jednak nie oddawał jej pełnej inicjatywy. Co rusz przyciągał ku sobie, wyrywając z ust kochanki ciche krzyki. Członek raz po raz zanurzał się w wąskiej i ociekającej sokami pochwie, twardniejąc jeszcze pod wpływem jej skurczów. Macedończyk znowu zbliżał się do orgazmu.

Dalijah zaś raz jeszcze zdołała odsunąć ten nieunikniony moment. Uniosła nieco biodra, sprawiając, że penetracja stała się płytsza i mniej intensywna. Kucała teraz nad Kassandrem w szerokim rozkroku, prezentując w całej okazałości swe kształtne pośladki. Przesunął na nie dłonie, ponownie rozchylił. Opuszką kciuka potarł między nimi. Zamruczała jak kotka. Posłała mu szybkie, na wpół przytomne spojrzenie.

– Chcesz? – spytała drżącym głosem. Skinął głową. Chciał, i to bardzo. Ona zaś była już tak rozpalona, że również miała na to ochotę.

Członek opuścił pochwę z głośnym mlaśnięciem. Cały lśnił od obfitych soków, świadectwa przyjemności, którą jej dał. Arabka zsunęła się z mężczyzny i ułożyła na boku, zwrócona do niego tyłem. Nie tracąc czasu, zajął miejsce tuż za jej plecami. Splunął obficie na palce, sięgnął między pośladki dziewczyny. Długo rozcierał ślinę na jej tylnych podwojach, oliwiąc je, by łatwiej się rozstąpiły. Kiedy uznał, że jest już gotowa, wziął swoją męskość w dłoń i naprowadził na właściwe miejsce. Przy pierwszych pchnięciach starał się być delikatny, by nie sprawić Dalijah nadmiernego bólu. Choć próbowała się rozluźnić, syknęła parę razy. Bogowie hojnie obdarzyli Macedończyka, a jej odbyt, choć nie kochali się tak pierwszy raz, wciąż był niezwykle ciasny.

To, co dla niej było źródłem cierpień, przysparzało Kassandrowi coraz większej rozkoszy. Położył dłoń na jej piersi i kontynuował krótkie, lecz stanowcze sztychy. Wreszcie cała żołądź pokonała wąskie podwoje. Dalej było już łatwiej. Gdy wniknął w nią aż po jądra, z ust arabskiej branki popłynęło kilka urywanych słów w języku pustyni. Nie próbował domyślić się, co mogły znaczyć. Był zbyt skupiony na miłości, jaką uprawiali. Nadał swoim ruchom szybszy rytm, śmiało zdążając ku spełnieniu. Dziewczyna zacisnęła ręce na pościeli. Ulegała mu w pełni, niczego nie odmawiając.

W końcu sama zaczęła wychodzić mu na spotkanie, jeszcze wzmagając siłę oraz impet penetracji. Zrozumiał, że oto przekroczyła próg, za którym ekstaza sprawia, iż zapomina się o bólu. Wbijał się nadal między jej pośladki, czując, że teraz nie tylko Dalijah jest mokra od potu. Słone krople spływały też po plecach i torsie Macedończyka. Było jasne, że oboje nie wytrzymają takiego tempa.

Na szczęście Afrodyta nie kazała im dłużej czekać. Zesłała swe błogosławieństwo z hojnością, na jaką stać tylko bogów. Kassander zadał ostatnie pchnięcie i doszedł z chrapliwym krzykiem, który stłumił, przywierając ustami do barku kochanki. Ona nie miała nawet siły krzyczeć. Naprężyła się tylko i wtuliła twarz w poduszkę. Jej ciało wszakże mówiło więcej, niż głos. Sutki twardością przypominały drobne kamyki. Podbrzusze było mokre, uda kleiły się od miłosnego nektaru. Biodra drżały, a odbyt zaciskał się gorączkowo wokół tkwiącego w nim penisa. Dobywając z niego kolejnych strug nasienia.

Długo odpoczywali, wtuleni w siebie i milczący. Zmęczeni wprawdzie, lecz przecież był to najprzyjemniejszy z rodzajów wyczerpania. W końcu Kassander chwiejnie podniósł się z łoża. Po chwili poszukiwań odnalazł swe odzienie, które zeszłego wieczoru cisnął niedbale w kąt i zaczął się ubierać. Dalijah, wciąż naga i nie zadająca sobie najmniejszego trudu, by przykryć własne wdzięki, przyglądała mu się spod przymkniętych powiek.

– Jeśli chcesz, każę przygotować kąpiel – zaproponowała.

– Jeśli to uczynisz, nie wyjdę stąd do jutrzejszego ranka.

– To nie byłaby taka zła perspektywa.

– Dla ciebie z pewnością – Macedończyk uśmiechnął się. Zapinał właśnie wokół bioder pas z mieczem. – Już zapomniałaś o Ammar? Dla niej liczy się każdy dzień.

Zrobiła niezadowoloną minę.

– Więc mam się kąpać sama? A kto umyje mi plecy?

– Niewolnica albo eunuch, których ci kupiłem. Oboje świetnie sobie z tym poradzą.

– Nikt nie dotyka mnie tak, jak ty.

– Mam taką nadzieję.

– Będę szlochać z tęsknoty! – podjęła ostateczną próbę.

– Wrócę wieczorem. Wtedy chętnie zanurzę się z tobą w balii… i może będę już coś wiedział o twej przyjaciółce.

– W takim razie idź, Kassandrze – skapitulowała, lecz jak zwykle, nie bez walki. – Im szybciej pójdziesz, tym prędzej będziesz tu z powrotem.

* * *

Kiedy opuścił dom Dalijah, słońce płonęło wysoko na niebie. Na wąskich ulicach oraz placach toczyło się już bujne, codzienne życie miasta. Handlarze zachwalali swe towary lub targowali się z kupującymi. Pasterze prowadzili zwierzęta na rzeź. Żebracy wyciągali ręce po kawałek chleba lub miedzianego obola. Zamężne kobiety przemykały pod ścianami domów, skrywając twarze przed pożądliwymi spojrzeniami obcych mężczyzn. Ladacznice w kuszących pozach stały w progach burdeli i rozglądały się, czekając na klientów. Co jakiś czas przez tłum przedzierał się patrol macedońskich żołnierzy. Salutowali Kassandrowi i ruszali dalej w obchód.

Dawno już przestali się dziwić, że ich dowódca porusza się po mieście bez obstawy. A także bez hełmu, tarczy czy pancerza. W przewiewnej tunice, dobrej na upały, z samym tylko xiphosem u pasa. On zaś uważał, że nie grozi mu tutaj żadne niebezpieczeństwo. Beduińscy osadnicy, choć barbarzyńscy i nieokrzesani, byli przyjaźnie nastawieni wobec nowego reżimu, Nabatejczycy zaś trzymali się z daleka od murów Gazy. Śmierć Sayyida przeraziła ich i nauczyła respektu. Minie jeszcze trochę czasu, nim ochłoną z wrażenia. Kassander zaś cenił sobie swobodę, jaką dawał mu brak eskorty. Przecież wśród ochroniarzy mógł ukrywać się szpicel, posyłający jadowite raporty jego wrogom na królewskim dworze. O zaniedbywaniu obowiązków. O cudzoziemskiej kochance, której poświęcał zbyt wiele czasu. O łapówkach, jakie niekiedy przyjmował. Po co ryzykować bez potrzeby?

Pokonał już połowę drogi do garnizonu, kiedy poczuł, że jego trzewia skręca dotkliwy głód. Mógł oczywiście zjeść w domu Dalijah, lecz będąc tam myślał o zgoła innych rzeczach, niż napełnianie żołądka. Co robić? Pomysł skorzystania z usług garnizonowych kucharzy budził w nim głęboką niechęć. Z pewnością nie byli to mistrzowie w swoim fachu. A może złożyć niezapowiedzianą wizytę któremuś z najznamienitszych obywateli Gazy? Z pewnością zostałby podjęty po królewsku. Beduini, nawet ci, którzy dawno już opuścili pustynię i przywykli do miejskiego życia, bardzo poważnie traktowali prawo gościnności. Niestety, oprócz nakarmienia, usiłowaliby go również zabawić rozmową, a na to nie miał najmniejszej ochoty. Pozostawały mu więc gospody, jakich wiele można było znaleźć w mieście.

Kassander wytężył pamięć. Jego zastępca, Jazon, wspominał mu niedawno o całkiem przyzwoitej tawernie, w jakiej zatrzymał się, wracając z któregoś z patroli. Przybytek ów znajdował się ponoć w okolicy Bramy Peluzyjskiej. Wedle słów zhellenizowanego Traka, podawano tam wyśmienitą baraninę i całkiem przyzwoite, biorąc pod uwagę tutejsze standardy, wino. Macedończyk uznał, że będzie zadowolony, jeśli okaże się ono choć trochę lepsze od skwaśniałego sikacza, który pił o poranku. Podjąwszy decyzję obrócił się na pięcie i skierował w stronę bramy w południowo-zachodnich murach miasta.

Śledzący go mężczyzna, zaskoczony nagłą zmianą kierunku, w ostatniej chwili odskoczył do tyłu i skrył się w tłumie podobnych mu, zakurzonych przechodniów. Mało brakowało, a Macedończyk wpadłby prosto na niego. Choć z przyjemnością skorzystałby z okazji, by zatopić mu klingę w trzewiach, wiedział, że ryzyko konfrontacji na zatłoczonej ulicy było zbyt duże. Musi poczekać na dogodniejszy moment… a na razie nie stracić swego celu z oczu! Nie zwlekając dłużej, ponownie ruszył w ślady Kassandra. W ukrytej pod obszerną szatą dłoni ściskał rękojeść handżaru o zakrzywionym ostrzu. Spragniony krwi oręż niemal parzył mu palce.

– Już niedługo – szepnął sam do siebie, spoglądając na szerokie plecy Macedończyka.

* * *

Bez trudu odnalazł tawernę, o której opowiadał mu Jazon. Mieściła się w jednopiętrowym gmachu wzniesionym z białego kamienia. Nad szerokimi, dwuskrzydłowymi drzwiami widniał fresk informujący o tym, co znajdzie się wewnątrz: zgrabna kobieta w przylegającej do ciała, białej sukni, w jednej dłoni trzymała tacę z jadłem, w drugiej zaś amforę z winem. Trudno było dokładnie stwierdzić, co konkretnie leżało na tacy, bo artysta skupił się na wiernym oddaniu kruczoczarnych włosów oraz krągłych piersi niewiasty. Pozostałym detalom poświęcił zdecydowanie mniej uwagi. Ogółem jednak dzieło sprawiało bardzo zachęcające wrażenie. Macedończyk zatrzymał się przed nim na chwilę, próbując rozpoznać w rysach i kształtach sportretowanej znane mu osoby.

Przypominała trochę Tais, lecz miała od niej ciemniejszą skórę. Kassander uśmiechnął się na wspomnienie beockiej piękności. Ciekaw był, jak jej się powodzi w odległym Koryncie, gdzie zostawił ją wraz z ukochaną niewolnicą. Czy po jego odejściu związała się z innym mężczyzną, a może pozostała wierna młodej Chloe? Następnie oliwkowa cera namalowanej kobiety poprowadziła jego myśli ku Kleopatrze. Przed opuszczeniem Hellady podarował ją przyjacielowi, Dionizjuszowi z Faleronu. Czy tamten dobrze ją traktuje? Może w wolnej chwili skreśli list do starego towarzysza broni. Na marginesie zapyta go o Fenicjankę. Nie, ona również nie przypominała niewiasty z fresku. Ta była wyraźnie niższa i miała pełniejsze kształty.

Z kolei proste włosy odróżniały ją od Dalijah. Lecz oczy miała podobne: duże, głębokie, mroczne, wyrażające obietnicę, którą trudno było ująć w słowach. Macedończyk potrząsnął głową. Jeden obraz uruchomił tyle skojarzeń! Dopiero teraz uświadomił sobie, że od dłuższej chwili stoi z zadartą głowa przed gmachem, zamiast przekroczyć wreszcie jego progi. Co się ze mną dzieje, pomyślał, nagle, nie wiedzieć czemu, rozzłoszczony. To wina tego przeklętego zadupia. Źle na mnie wpływa.

Pchnął mocno obydwa skrzydła drzwi i z rozpalonej żarem ulicy wkroczył w przyjemny chłód sali ogólnej tawerny. Ku swemu zadowoleniu dostrzegł, że nie było tu zbyt wielu klientów. Późnym przedpołudniem życie miasta rozgrywało się gdzie indziej. Zapewne lokal wypełniał się o tradycyjnej porze posiłków i wieczorem. Obecnie ledwie kilku mężczyzn wyglądających na pasterzy zasiadało wokół długiego stołu ulokowanego pod ścianą. Jedli, praktycznie ze sobą nie rozmawiając. Po drugiej stronie pomieszczenia, przy końcu podobnie długiego stołu, posilał się samotny mąż. Bez wątpienia musiał być starcem, bo blask zawieszonej na ścianie lampy oliwnej tańczył na jego śnieżnobiałych włosach. Poza nimi w sali był jeszcze zażywny gospodarz, obserwujący sytuację zza szynkwasu oraz młoda dziewczyna w białej sukni, donosząca właśnie milkliwej grupie wino. Kassander zmrużył oczy, które nie dostosowały się w jeszcze w pełni do panującego we wnętrzu półmroku. Nie, zdecydowanie nie. Służka w niczym nie przypominała niewiasty z fresku. Była niemal dzieckiem, chudym i niewyrośniętym. Jej kobiece krągłości dopiero pączkowały. Nie przeszkodziło to jednemu z pastuchów obmacać jej pupę, gdy pochylała się, by rozlać napój w kubki. Właściciel przybytku poruszył się niespokojnie, sięgnął po coś skrytego za szynkwasem. Czyżby zaniepokojony o cnotę swojej córy ojciec? Na szczęście arogant nie posunął się dalej i po sprawdzeniu jędrności pośladków dziewczyny, puścił ją wolno.

Macedończyk zbliżył się do uspokojonego już gospodarza. Ten uśmiechnął się do nowego klienta.

– Czego sobie życzysz, mój panie? – rzekł nieco chropawą, lecz całkiem poprawną greką.

– Głodny jestem i spragniony. Podejmij mnie jak należy, a nie pożałujesz – na potwierdzenie swoich słów wydobył z sakiewki przy pasie srebrną tetradrachmę. Oczy karczmarza rozbłysły.

Kassander zajął miejsce w połowie stołu, przy którym ucztował siwowłosy. Twarzą do drzwi wejściowych. Czuł się wprawdzie w Gazie bezpieczny, ale nie należało bez przyczyny kusić losu. Chuda służąca przyniosła mu dzban z winem oraz kubek, a następnie talerze z parującą baraniną, kaszą, kilkoma rodzajami serów i podpłomykami. Kiedy się oddaliła, przysunął się doń starzec. W dłoni trzymał napełnione już naczynie.

– Wybacz przyjacielu, że zakłócam twój spokój. Przypadkiem usłyszałem, jak rozmawiasz z gospodarzem – rzekł, siadając po drugiej stronie blatu. – Po twym akcencie wnoszę, że pochodzisz z Aten lub przynajmniej z Attyki. Przez pewien czas najwspanialsza polis Hellady była i moim domem. Byłem ciekaw, czy przywozisz stamtąd jakieś świeże wieści.

Zarządca Gazy miał już posłać natręta precz, ale najpierw spojrzał mu w twarz. I doznał uczucia zaskoczenia. Ten, którego wziął na starca, mógł być w jego wieku. W błąd wprowadziły go białe włosy. Uniósł kubek do ust, pociągnął długi łyk. Wino serwowane w tym lokalu faktycznie było niezłe. Humor Kassandra poprawił się nieco. Właściwie, mógł zaszczycić nieznajomego chwilą rozmowy.

– Sprawię ci zawód – odparł powoli, sięgając po podpłomyk. – Od ponad trzech lat nie gościłem w Atenach.

– To prawie tyle co ja… Ach, gdzie moje maniery?! Pozwól, że się przedstawię. Jestem Aratos z Hierapytny.

– Kassander z Ajgaj.

– A więc pochodzisz z Macedonii… Wybacz, zmyliły mnie własne uszy.

– Wręcz przeciwnie. Mówię attyckim dialektem. Podobnie jak ty, choć – jak mi się zdaje – Hierapytna leży na Krecie.

– To chyba czyni z nas ludzi światłych i kulturalnych, czyż nie? Pewnie zaraz zaczniemy się przerzucać cytatami z Homera i Safony… Aż dziw, że dwóch podobnie uczonych mężów spotyka się na tym zapomnianym przez bogów zadupiu.

Kassander parsknął śmiechem. Zaczynał lubić tego siwowłosego przybłędę.

– Żołnierz nie wybiera sobie posterunku. Sprawuję tu rządy w imieniu króla Aleksandra.

– Współczuję ci z całego serca – Kreteńczyk bacznie obserwował, czy jego słowa nie urażą rozmówcy. Kiedy nie dostrzegł żadnych oznak irytacji, dorzucił: – Komu musiałeś podpaść, by tu trafić?

– Nie chciałbyś wiedzieć. A ty, Aratosie? Co cię sprowadza w moje skromne mury?

– Również żołnierska służba. Z rozkazu satrapy Egiptu prowadzę karawanę do Babilonu. Za nami długa i męcząca droga przez pustynię. Miałem nie zatrzymywać się w Gazie, ale nie było innego wyboru. Musimy trochę odpocząć, przed udaniem się w dalszą podróż.

Kassander przypomniał sobie, że poprzedniego wieczoru Jazon doniósł mu o przybyciu karawany od strony Peluzjonu. Pierwszej od bardzo dawna. Wtedy uznał to za dowód, iż kraina, nad którą sprawował pieczę, staje się coraz bezpieczniejsza dla kupiectwa. Gdy jednak spojrzał na Aratosa, niewysokiego, lecz szerokiego w barkach męża zbrojnego w przypięty u pasa miecz i sztylet, uświadomił sobie, że ten bynajmniej nie wygląda na kupca.

– Od kiedy to satrapa osobiście zajmuje się handlem? – pochylił się w stronę Kreteńczyka i ściszył głos: – Co przewozicie? Pszenicę, piwo, mirrę i kadzidło? Wszystko to znajdziesz w Mezopotamii. To jak dostarczanie drewna do lasu.

– Widzę, że nic nie ujdzie twej uwadze, przyjacielu. Prawda, źle się wyraziłem. Nie prowadzę karawany, lecz zbrojną eskortę. Ochraniamy dwoje ludzi, którzy muszą niezwłocznie znaleźć się w Babilonie. Kapłankę Demeter i Kory, oraz rzeźbiarza, niezrównanego mistrza w swojej sztuce.

Widząc zdumienie, jakie zarysowało się na twarzy Macedończyka, Aratos kontynuował:

– Możesz nie wierzyć, lecz zapewniam cię, że to sprawa najwyższej wagi państwowej. Nowe imperium, które buduje twój król, potrzebuje godnej stolicy. Zapomnij o Pelli, Ajgaj czy nawet olśniewającej Aleksandrii. Są położone zbyt peryferyjnie, by mogły odegrać tę rolę. Przyszłość leży w Babilonie. To stamtąd Aleksander będzie rządził całym podbitym światem. A skoro Babilon stanie się helleńskim miastem, potrzebuje helleńskich świątyń. Część zostanie wzniesionych od zera. W innym wypadku lokalne sanktuaria otworzą się na greckie kulty. Czyż w świątyni Derketo nie można również oddawać czci Afrodycie? A w gmachu Marduka składać ofiar Zeusowi? Otóż, dom Demeter i Kory będzie jednym z tych, które należy dopiero zbudować. Rzeźbiarz, którego ze sobą wiodę, pięknie go ozdobi. Ale to tylko mury, które trzeba wypełnić treścią. Kapłanka wniesie w nie kult Matki i Córki, nauczy go miejscowych. Za kilka lat będzie mieć tuzin akolitek pochodzących ze wszystkich arystokratycznych rodów miasta!

Przysłuchujący się tej przemowie Kassander skinął głową. To miało sens. Macedońska władza, ufundowana na podboju, zostałaby wsparta na stabilniejszych filarach. Kiedy Aratosowi zabrakło w kubku wina, zarządca Gazy napełnił go z własnego dzbana i dał znać służącej, by przyniosła następny. Kreteńczyk zaś ciągnął dalej:

– Listy z prośbą o przysłanie kapłanów poszły do wszystkich najważniejszych sanktuariów helleńskich. Do świątyni Zeusa w Olimpii, Afrodyty w Koryncie, do Artemizjonu w Efezie, do Delf. Żaden przybytek nie odmówił. Wszyscy chcą być w Babilonie, nowym centrum świata…

Jazon nie kłamał. Baranina była doprawdy wyborna. Macedończyk poczuł, że w pełni zaspokoił głód i odsunął od siebie talerz. W międzyczasie szczupła dziewczyna przyniosła kolejną amforę z trunkiem.

– Cieszę się, że cię spotkałem – zmienił temat Aratos. – Gdyby nie stało się to przypadkiem, pewnie sam pofatygowałbym się do garnizonu. Chciałem wypytać o bezpieczeństwo dalszej drogi. Między Peluzjonem i Gazą kilkakroć napadali na nas pustynni rabusie. Daliśmy im odpór, ale…

– Nabatejczycy. To zaraza tutejszych ziem. Staram się ją wyplenić, ale trochę jeszcze mi to zajmie. Ilu masz ludzi pod sobą?

– Mojego zastępcę i tuzin najemników.

– A zatem dalsza podróż może być groźna. Jeśli chcesz mojej rady, powinniście ją kontynuować morzem. W przystani Gazy znajdzie się parę statków, które za rozsądną opłatą zawiozą was do fenickich portów, Byblos lub Sydonu.

– Niestety, to niemożliwe. Nasza kapłanka… płynęła z Melos do Azji Mniejszej… jej statek dostał się w sztorm, który zagnał go aż do Egiptu. O mały włos nie zginęła. Widziała śmierć zmytych z pokładu marynarzy. Od tego czasu panicznie boi się żeglowania.

Kassander potrafił ją zrozumieć. Kiedy przed trzema laty przeprawiał swą armię z Aten do Efezu, zerwała się nawałnica, jakiej nie pamiętali najstarsi żeglarze. Nigdy nie zapomni potęgi morskiego żywiołu. Stracił wówczas część floty wraz z setkami żołnierzy. Reszta okrętów rozpierzchła się po całym Morzu Egejskim. Długo zajęło ponowne ich zgromadzenie. Mimo to zdziwił go fakt, że Kreteńczyk zamierza słuchać się kapłanki.

– Więc niech lepiej przełamie swój strach – rzekł stanowczym tonem. – Żegluga w lecie jest zdecydowanie lepszym pomysłem, niż podróż przez pustynię, z Nabatejczykami na karku.

Jego rozmówca skrzywił się na te słowa.

– Ta dziewczyna… wiele w życiu przeszła. Nie chcę przysparzać jej kolejnych cierpień. Spróbujemy naszych szans na gościńcu.

Choć jego upór był irytujący, Macedończyk poczuł, że oto nadarza się okazja do poprawy własnej sytuacji. Przysługa wyświadczona Aratosowi była niewielką ceną za wdzięczność satrapy Egiptu… Kassander zaś ostatnimi czasy nie narzekał na nadmiar wysoko postawionych przyjaciół. Nie wahał się ani chwili.

– W takim razie przydzielę wam tuzin moich Beduinów. Odprowadzą was do bram Jerozolimy. Dalej powinno już być bezpiecznie.

– Nie spodziewałem się… będę wielce zobowiązany – Kreteńczyk nie potrafił ukryć miłego zaskoczenia.

I o to właśnie chodzi, pomyślał zarządca Gazy.

* * *

Osuszyli jeszcze dzban wina, nim Kassander poczuł wreszcie, że przyszła na niego pora. Południe z pewnością dawno już minęło, niedługo w garnizonie zaczną się niepokoić o swego dowódcę. Dał znak dziewczynie, a gdy podeszła, wręczył jej dwie srebrne monety. Po krótkim namyśle dodał jeszcze obola napiwku, za co został nagrodzony nieśmiałym, acz radosnym uśmiechem. Obaj mężczyźni podnieśli się z ław.

– Też powinienem ruszać – oznajmił Kreteńczyk. – Mój zastępca zadurzył się w kapłance, którą powierzono naszej opiece. Robi do niej maślane oczy od chwili, gdy opuściliśmy Aleksandrię. Nie powinienem ich zbyt długo zostawiać bez nadzoru…

– Cóż ci do tego? – roześmiał się Kassander. Razem z Aratosem skierowali się ku drzwiom. – Służebnice Demeter i Kory nie muszą być dziewicami… a nawet nie powinny, jeśli chcą naprawdę zrozumieć boską Matkę!

– Rzecz w tym, przyjacielu, że Berenike…

Aratos urwał w pół zdania. W tej bowiem chwili obydwa skrzydła drzwi rozstąpiły się z głośnym trzaskiem. Do sali ogólnej tawerny wkroczyło pięciu mężczyzn w obszernych dżalabijach. Na ich widok pasterze poderwali się od przeciwległego stołu. Cisnęli na blat kilka monet i bez słowa opuścili budynek. Żaden z przybyszów nie próbował ich powstrzymać. Gospodarz przywołał dziewkę służebną i wraz z nią skrył się za szynkwasem. Zapanowała pełna napięcia cisza.

Jeden z intruzów, młodzieniec, którego policzki pokrywał pierwszy zarost, postąpił krok naprzód. Pozostali ustawili się tak, by zablokować Hellenom drogę ucieczki. Na znak swego herszta jednocześnie dobyli zakrzywionych szabel.

– Kassandrze z Ajgaj – rzekł ich przywódca. Spoglądał prosto w oczy tego, do którego się zwracał. – Jestem Malik, brat szejka Sayyida, którego ograbiłeś i zamordowałeś. Przybywam po sprawiedliwą zemstę.

– Znajomy? – zapytał pozornie lekkim tonem Kreteńczyk. Niemal niezauważalnie przeniósł ciężar ciała na prawą nogę.

– Krewny starego znajomego.

– Nie znam cię, białowłosy – herszt Nabatejczyków przesunął spojrzenie na Aratosa. – Wróżda między mną i nim nie jest twoją sprawą. Jeśli teraz wyjdziesz, nie spotka cię żadna krzywda.

– Chyba jednak zostanę.

– Jak wolisz. W takim razie nie gwarantuję ci bezpieczeństwa.

– Sam o nie zadbam – na potwierdzenie tych słów, Kreteńczyk płynnym ruchem wyciągnął miecz z pochwy. Kassander uczynił to jako ostatni. Prędko oszacował ich szanse. Dwóch przeciw pięciu… niedobrze. Nie wiedział, jak sprawnym wojakiem jest jego towarzysz, ale nawet prawdziwy fechmistrz miałby kłopoty przy takiej dysproporcji sił. Musiał sprowokować przeciwnika, by ten popełnił błąd.

– Czy masz coś do powiedzenia nim umrzesz? – spytał go Malik.

– Tylko jedno – Macedończyk wydął usta w pogardliwym uśmiechu. – Twój brat był śmierdzącym tchórzem. Próbował kupczyć własnymi żonami, by ocalić nędzne życie. A kiedy odmówiłem… zesrał się ze strachu.

Smagła twarz Araba jeszcze pociemniała z wściekłości. Uniósł szablę nad głowę, szykując się do natarcia. I wtedy w drzwiach tawerny stanął ktoś jeszcze.

– Co się tutaj dzieje? – rozległ się młodzieńczy, pewny siebie głos. Kassander drgnął. To niemożliwe… przecież to był ledwie chłopiec…

Wszyscy popatrzyli w stronę wejścia. Wpadające przez nie promienie słońca sprawiały, że przybysz był tylko czarną sylwetką otoczoną złocistą aureolą. Dopiero, gdy postąpił kilka kroków naprzód, ujrzeli go wyraźnie. Jego tors ochraniał napierśnik z wygotowanej skóry. Podobnie jak Aratos, u pasa nosił miecz oraz sztylet w prostych, pozbawionych ozdób pochwach. I ponad wszelką wątpliwość, był Demetriuszem z Faleronu. Dojrzał przez te lata i zmężniał, zdawało się nawet, jakby nieco urósł. Gdy jego oczy przyzwyczaiły się do półmroku, uśmiechnął się do Kreteńczyka.

– Podejrzewałem, że cię tu spotkam. Ale nie sądziłem, że w tak licznej kompanii.

– Moim jedynym kompanem jest obecny tu Macedończyk. Pozostali to jakaś podejrzana hałastra.

Jeśli widok dawnego przyjaciela zaskoczył Ateńczyka, ten nie dał po sobie nic poznać. Powoli ruszył w stronę Nabatejczyków.

– Czy ci mężowie się wam naprzykrzają? – spytał z niewinnym uśmiechem. Jeden z ludzi Malika nie wytrzymał. Zastąpił mu drogę i pogroził szablą. Lewica Demetriusza wystrzeliła do przodu. Wykręcił przeciwnikowi rękę, aż chrupnęło w nadgarstku. Oręż wysunął się z porażonej bólem dłoni. Prawica płynnym ruchem wyrwała z pochwy sztylet i zatopiła go w szyi Araba.

Teraz wszystko potoczyło się bardzo szybko. Nim pierwsza kropla krwi dosięgła podłogi, Aratos runął do ataku. Pierwszym cięciem rozbroił kolejnego wroga. Drugim otworzył mu pierś. Trzecim uciął rodzący się krzyk. Dwóch Nabatejczyków spadło na Demetriusza. Ten dobył miecza i bronił się, cofając w stronę drzwi. Malik zaatakował Kassandra. Ich klingi śpiewały przy każdym starciu. Dziewczyna darła się wniebogłosy, jakby ją zarzynano.

Kreteńczyk rzucił się na pomoc młodzieńcowi. We dwóch szybko uporali się z napastnikami. Potem spojrzeli, jak idzie Macedończykowi. A szło mu nieźle. Zatrzymał pełne furii natarcie i przeszedł do kontrataku. Był wyższy i silniejszy od przeciwnika, który z najwyższym trudem parował ciosy. W końcu zapędził go w kąt sali ogólnej. Stamtąd nie było już ucieczki. Zdawał sobie sprawę, że to najniebezpieczniejszy moment starcia. Przyparte do muru zwierzę broni się najzacieklej.

* * *

Malik dyszał z wysiłku. Pot spływał mu po czole, zalewając ciemne oczy. Uświadomił sobie, że został sam. Jego towarzysze zginęli. Dwaj Hellenowie, którzy wmieszali się w rodową zemstę, teraz z obydwu stron flankowali Kassandra. Ten zaś przemówił:

– Rzuć broń, a przysięgam, że daruję ci życie.

Nabatejczyk spojrzał nań z niedowierzaniem.

– Tak jak mojemu bratu?!

– Jemu nie składałem żadnych obietnic. Znalazłem jego jaskinię, wybiłem wszystkich ludzi. Nie miał mi nic do zaoferowania.

– A ja mam?

– I owszem. Zdradzisz mi swe kryjówki na pustyni. Wskażesz oazy, w których czerpiesz wodę. Powiesz, gdzie twoi pobratymcy zasadzają się na karawany. Wydasz ich w moje ręce.

– W zamian puścisz mnie wolno? – nadzieja powoli wkradała się do umysłu Malika. Nagle zapomniał o świętym obowiązku pomszczenia brata. Przestała go obchodzić lojalność wobec pobratymców. Liczyło się już tylko przetrwanie.

A potem nadzieja zgasła, jak pospiesznie zdmuchnięta świeca.

– Tego nie powiedziałem – odparł Kassander. – Zachowasz życie, lecz zostaniesz niewolnikiem.

– Ja? Niewolnikiem?

– Kiedy powiesz wszystko, czego mi potrzeba, daruję cię swemu zastępcy, Jazonowi – Zarządca Gazy wyszczerzył zęby. – Dla mnie będziesz już bezużyteczny, a on… gustuje w arabskich chłopcach. Zwłaszcza tak urodziwych jak ty.

Minęło parę chwil, nim znaczenie owych słów dotarło do Nabatejczyka. Słyszał co nieco o obmierzłych zwyczajach Hellenów, ich skłonnościach do sodomii oraz pięknych młodzieńców… dotychczas jednak nie dowierzał tym plotkom. Teraz poczuł, jak jego policzki płoną. On miałby stać się kochasiem jakiegoś mężczyzny? On, dumny wojownik pustyni?

Nim zdążył pomyśleć, jego klinga już śpiewała, ścierając się z obusiecznym xiphosem. Iskry sypały się na posadzkę. Macedończyk bronił się, lecz nie cofał ani o krok. Malik tańczył wokół niego, próbując przedrzeć się przez błyskawiczne zastawy. Już sądził, że mu się udało, gdy nagle szabla pękła z głośnym jękiem. Kassander skrócił dystans, rąbnął go pięścią w skroń i posłał na kamienie podłogi.

Podniósł się na kolana. Ból rozsadzał mu czaszkę, dwoiło mu się w oczach. Odrzucił bezużyteczny już oręż, sięgnął pod dżalabiję. Dłonią wymacał rękojeść handżaru. Wypruje temu skurwysynowi flaki, choćby była to ostatnia rzecz, jaką zrobi na tym świecie…

– Poddajesz się? – spytał jego pogromca.

– T-tak… – sztywny język z trudem układał słowa. – P-poddaję…

Macedończyk wyciągnął ku niemu dłoń. Lewą. Uchwycił ją i podniósł się na nogi. Jeszcze tylko krok naprzód… wysunął ukryte ostrze z pochwy…

– Uważaj! – krzyknął ktoś zza jego pleców. Chyba ten najmłodszy.

Sztych xiphosa wszedł mu między żebra. Malik sapnął z niedowierzaniem. Handżar wysunął mu się z palców.

* * *

Kassander nachylał się nad twarzą Nabatejczyka. Patrzył, jak gasną jego oczy.

– Bądź… bądź przeklęty… – szept umierającego był ledwie słyszalny.

– Już jestem. Inaczej nigdy nie trafiłbym w tę obmierzłą dzicz – warknął, obracając ostrze w ranie.

– Moi bracia… oni mnie pomszczą…

– Masz ich więcej? Świetnie. Skoro sami do mnie przyjdą, nie będę musiał uganiać się za nimi!

Wyszarpnął miecz i cofnął się o krok. Nogi ugięły się pod Malikiem. Był martwy, nim osunął się na posadzkę.

Zarządca Gazy uniósł powoli głowę. Demetriusz i Aratos stali tuż przy nim. Zdążyli już schować broń. On wciąż nie mógł tego uczynić. Wpierw musiał zetrzeć z klingi krew…

– Jestem waszym dłużnikiem – wychrypiał. – Sam nie dałbym im rady…

– Możesz nam odpłacić opowieścią – rzekł młody Ateńczyk. Jego oczy śmiały się do Kassandra. – Bardzo jestem ciekaw, skąd się tutaj wziąłeś.

– To długa historia. I dość ponura.

– Mamy czas – zauważył Aratos. – Dziś już chyba nikt nam nie przeszkodzi.

– Niech tylko spróbuje. W takim razie, panowie, zapraszam do stołu. Dziewko, czym prędzej przynieś nam wina! A ty gospodarzu, sprzątnij ten bałagan! Nie godzi się przyjmować ludzi w takiej jatce.

Właściciel tawerny przywołał kilku młodzieńców z zaplecza. Mogli to być niewolnicy, lecz równie dobrze i synowie. Wspólnymi siłami jęli wynosić zwłoki. Macedończyk pociągnął solidny łyk i zadumał się. Wspomniał ostatnie trzy lata, odtworzył w pamięci ciąg niefortunnych zdarzeń, które sprawiły, że znalazł się w tym miejscu. Rozpoznał miejsce, gdzie powinien rozpocząć swą opowieść.

– Wszystko zaczęło się od tej cholernej przeprawy. Admirałowie ostrzegali mnie przed zimowymi sztormami. Ja jednak nie chciałem ich słuchać i utknąć na attyckim brzegu. Spieszno mi było do Azji. Wtedy właśnie przydarzyło się pierwsze nieszczęście. Spadł na nas gniew Posejdona…

Aratos i Demetriusz pochylili się ku niemu. Obydwaj uwielbiali dobre historie. A ta zapowiadała się naprawdę wyśmienicie.

Przejdź do kolejnej części – Perska Odyseja I: Gniew Posejdona

By poznać wcześniejsze losy Demetriusza i Aratosa, przejdź tutaj – Wepet Renpet

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Witaj

Jak przykazał mistrz Alfred, rozpocząłeś od trzęsienia ziemi. Pozostaje czekać aż napięcie będzie rosło.

Czekalem długo na tę opowieść. Spodziewałem się że będzie bezpośrednią kontynuacją OH. Myślę jednak że przesunięcie akcji o 3 lata pozwoli ci wyboronić się przed wprowadzeniem niepotrzebnych wątków, które pewnie by się pojawiły gdybyś zachował ciągłość akcji z OH. Teraz w retrospekcjach opiszesz tylko najważniejsze zdarzenia które doprowadziły Kassandra tam gdzie obecnie się znajduje i sprawiły że spełniła się klątwa królowej Andromedy. To że Macedończyk spotkał Aratosa i Demetriusza jest logiczne, znając ich perypetie sprzed około trzech lat. Ciekawe jestem jak zareaguje Kassander na wieść o tym czego dopuścił się jego dawny ateński przyjaciel. Zastanawiano się co powie na to że rzeźbiarz, którego ochrania Aratosa jest mężem jego dawnej kochanki, bo domyślać się że tym artystą jest Bryaksis 😉 .

Z akapitów tego prologu można wyczuć inny, bardziej tajemniczy klimat. Zmieniło się właściwie wszystko, począwszy od jedzenia i picia, poprzez zachowanie kobiet, aż do wrogów, którzy kierują się bardziej rodzinnymi pobudkami (zemsta) niż dobrem własnego kraju.

Teraz kilka pytań:

1. Z ilu epizodów składać się będzie Perska Odyseja?
2. Masz napisanych już kilka części czy pozostaje nam uzbroić się w cierpliwość?
3. Myślisz już co będzie dalej?

Witaj, Daeone!

Mistrz Alfred jest dobrym nauczycielem; staram się czerpać z jego mądrości i tuszę, że nie jestem całkiem beznadziejnym uczniem 🙂

To prawda, przesunięcie akcji o trzy lata pozwala mi uniknąć prostej kontynuacji. Pokażę wprawdzie, jak Kassander trafił w miejsce, gdzie znajdujemy go w Prologu, ale pozostałe postacie już tu są i ich przygód w ciągu ostatnich 3 lat można się domyśleć. Cieszę się również, że mogę splątać losy bohaterów wszystkich Opowieści. Tożsamość rzeźbiarza musi na razie pozostać tajemnicą, pozwoliłem sobie natomiast ujawnić imię kapłanki Demeter i Kory. Co może, choć niekoniecznie musi być wskazówką 🙂

Klimat Bliskiego Wschodu powinien się nieco różnić od atmosfery Hellady i cieszę się, że potrafiłem to oddać. W imperium Aleksandra nikt nie ma tak naprawdę swej ojczyzny (nawet Macedończycy czują, że ich kraj pozostał tysiące stadiów za nimi), więc ich działaniem kierują inne motywacje, niż interes własnej polis. Czasem będą to powiązania rodzinne, lecz równie często – prywatny interes.

Odpowiadając na Twoje pytania:
1. Dokładnej liczby rozdziałów nie jestem w stanie podać, tym bardziej, że w przypadku Opowieści Demetriusza całkiem przestrzeliłem (miało być 4-6, powstało 39). Domyślam się, że będzie ich ponad 20.
2. Piszę na bieżąco, więc trzeba cierpliwie czekać – ale na pewno jeszcze jeden rozdział pojawi się w tym roku.
3. Zawsze planuję z dłuższą perspektywą czasową 🙂 Mam dość precyzyjny pomysł odnośnie tego, jak i gdzie skończy się Odyseja, gdzie będzie się rozgrywać, jakie postacie pojawią się na jej stronach. Teraz muszę uważać, by zamierzona koncepcja nie rozsadziła swoich ram 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Moim zdaniem Megas chce zrealizować Perską odyseję właśnie jako retrospektywę do prologu. W końcu jak nasz postmodernistyczny bohater Kassander znalazł się w tak opłakanej sytuacji musi ciekawić. Jego nieumiarkowanie i nieumiejętność opanowania pragnień jest zupełnie niegrecka, a chyba bardzo macedońska.

Ogólnie cieszę się z powrotu tego bohatera. Przypomina mi mix Tytusa Pullo z Lucjuszem Worenusem i tylko jego stanowisko stanowi dla mnie lekki zgrzyt.
Chciałbym poznać armię Macedońską i odyseję trochę z perspektywy helleńskiego everymena., poznać te gorsze zakamarki Babilonu razem z maruderem z wielkiej armii, widzieć przepych i powoli rwać go jak niżsi dowódcy wojskowi czy czuć porażkę jak zwykli żołnierze.

Wiem, wiem- jest to bardzo wiele życzeń, których Megas zrealizować nie może, bo musiałby wydać książkę. Tylko czemu nie?

Cześć, Koprze!

Słusznie przewidujesz, że retrospekcje będą odgrywały istotną rolę w przypadku Kassandra. Co się tyczy pozostałych bohaterów, Czytelnicy będą musieli domyślić się, co się z nimi działo – korzystając z tego, co już o nich wiedzą oraz wskazówek, które zostawię.

Słusznie również identyfikujesz inspiracje, które miałem dla mojego Macedończyka (miałem ich sporo i niekoniecznie tak sympatycznych jak wymieniona przez Ciebie para). Dlaczego jednak stanowisko które piastuje Kassander jest dla Ciebie zgrzytem? Zresztą, będzie się ono jeszcze zmieniać. W w tej serii Fortuna wyraźnie go nie kocha 🙂

Co do Babilonu, na pewno się pojawi – Demetriusz i Aratos tam właśnie zmierzają. Cykl ten nie będzie się skupiał wyłącznie na postaci Kassandra, w pewnym momencie zacznę prowadzić równocześnie kilka wątków narracyjnych.

Co się tyczy książki – gdy tylko pojawią się propozycje od czołowych polskich wydawców, rozważę je z całą powagą 🙂 Na razie będę publikował tutaj kolejne epizody „Perskiej Odysei”. Zobaczymy, jak wiele Twoich życzeń uda się spełnić 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Megasie, gdybyś wydał książkę, kupiłabym ją bez najmniejszego wahania.
Eileen

Dziękuję, Eileen.

Mam nadzieję, że pewnego dnia będziesz miała ku temu okazję 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Gratulacje z okazji jubileuszu! Oby conajmniej do tysiąca!

Łał, Megas. Jestem naprawdę (naprawdę!) pod wrażeniem Twojej płodności literackiej. Że napisałeś tak obszerną „Opowieść helleńską” i jeszcze lecisz z kolejnym tematem. Że masz w ogóle pomysł jak to pociągnąć. I jak zachować spójność. Wielkie łał.
Skojarzyłeś się mi z Sienkiewiczem, nie wiem dlaczego. Może dlatego, że facet również tyle napisał?

(Widzę, że niemało się zmieniło na Najlepszej.)

Judyta (Siostra)

Witaj Siostro!

Dawno do nas nie zaglądałaś (albo zaglądając, nie ujawniałaś się 🙂 Miło Cię znów zobaczyć, mi osobiście tym przyjemniej, że to mój tekst Cię do tego skłonił.
Trochę odczekałem z kontynuacją Opowieści helleńskiej, aż niektóre pomysły poukładały mi się w głowie. Myślę, że będę potrafił pociągnąć temat. A czy będzie tak w istocie? Przekonamy się 🙂
Za porównanie z Sienkiewiczem mogę tylko podziękować, choć pewnie wielki Henryk czytając moje skromne prace dostałby palpitacji serca i ponownie zszedł z tego łez padołu 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Właśnie zorientowałem się, że nie oddałem honoru mojej drogiej Korektorce, bez której Perska Odyseja (tak jak przedtem Opowieść helleńska) roiłaby się od błędów. Za to, że tak nie jest, należą się gorące podziękowania Arei Athene!

Pozdrawiam
M.A.

Mistrzu Aleksandrosie! Jak napisała Siostra – wielkie ŁAŁ!!! Jak zawsze, trzymasz najwyższy poziom. Długo kazałeś czekać na dalszą część losów Demetriusza, Kassandra i Aratosa. Alez to oczekiwanie zostało nagrodzone w sposób najlepszy z możliwych. Kocham opowieści ze Starożytności. Jesteś w tym mistrzem. Mam nieodparte przekonanie, że gdybyś wydał wszystkie części „Opowieści Helleńskiej” w postaci drukowanej, to osiągnęłaby niewyobrażalny sukces. Mam tylko nadzieję, że nie każesz zbyt długo czekać na następne części.

Pozdrawiam
Micra21

Witaj, Micro!

Potrzebowałem czasu, by odpocząć po zakończeniu OH i zregenerować baterie 🙂 A także nabrać nowych pomysłów. Postaram się zamieszczać odcinki Perskiej Odysei z pewną regularnością, ale nie mogę wykluczyć pewnych przestojów. No, ale najważniejsze, że się podoba! Mam nadzieję, że uda się utrzymać ten efekt 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Urlop twórczy nie sprowadził na Twe pióro rozleniwienia. Wartka akcja, świetna erotyka i te smaczki, za które tak lubię Twoje teksty („Brodawka była twarda jak pestka oliwki”), a które tak znakomicie budują atmosferę starożytności. Przeszkadzało mi nieco zadupie i maślane oczy – rozumiem uwspółcześnienie języka, ale wśród uroczych odwołań do greckich bogów („Na szczęście Afrodyta nie kazała im dłużej czekać”) brzmią nieco jak blaszany garnek obok spiżowego dzwonu.

Niemniej dobrze Cię znowu czytać i uzależnić się od kolejnego cyklu. 🙂

Dobry wieczór, Artimar.

Najważniejsze, że nie całkiem zardzewiałem w czasie urlopu 🙂 Co do „zadupia” i „maślanych oczu”, jestem pewien, że w starożytnej grece były ich odpowiedniki. Trudno, by bohaterowie ciągle rozmawiali ze sobą jak postacie z dialogów Platona. A dysonans, jaki powstaje przez zestawienie tego języka z bardziej wzniosłym, ma w sobie nieco postmodernistyczny posmak. Przynajmniej dla mnie 🙂

Pozdrawiam
M.A.

A ja lubię takie smaczki jak chociażby „rzyć” u Sapkowskiego – rzeczownik, który Autor przywrócił do regularnego uzusu z zakurzonych ksiąg i słownictwa pasjonatów. Jasne, że grecki odpowiednik „πυγή” wyglądałby w tekście fatalnie i pozostał całkowicie niezrozumiały, ale może właśnie staropolszczyzna okazałaby się wdzięcznym źródłem pomysłów? Ale to takie moje zboczenie. 🙂

Wiesz Artimar, ja też bardzo lubię staropolskie słowo „rzyć”, ale nie czuję się na tyle kompetentny słowotwórczo, by budować na jego bazie neologizm. „Zarzycie” jako dawna wersja „zadupia”? Dyskusyjne, w najlepszym razie 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Może „okopisko” albo „urzecha”? Brzmią zbyt obco, prawda?
„zadupie” – miejsce za dupą; dupa – (porównaj z lit. „dubus” = 'wklęsły’) miejsce zagłębione, zapadnięte, stąd „zapad” [ros. Zachód] = 'zadupie’ 😉 Ot, manowce intelektualne.
Pozdrawiam serdecznie,
artimar

Megasie,

Bardzo się ciesze, że znów piszesz, publikujesz. Jesteś jednym z głównych filarów NE i jako Autora bardzo Ciebie brakowało.
Mam nadzieję, że tak, jak przewidujesz Perska Odyseja przerodzi się w powieść składającą się z co najmniej kilkudziesięciu odcinków.

Prolog trochę mnie zaskoczył. Przyzwyczaiłam się do innego Kassandra, bardziej, hmm, brutalnego. Jednak jestem pewna, że jeszcze nie raz dane nam będzie podziwiać jego mroczną stronę; zwłaszcza w stosunku do kobiet 🙂

Wiesz, muszę się przyznać, że w podstawówce notorycznie wagarowałam zarówno na polskim jak i na historii, w sumie na wszystkich przedmiotach. Liceum profilowane skupiało się na przedmiotach ścisłych, więc i tym razem nie miałam okazji aby zaznajomić się z epokami, o których piszesz. Dzięki Tobie mam okazję je poznać. Jestem pod ogromnym wrażeniem Twojej wiedzy. Nie gniewaj się, ale wolę momenty, kiedy opisujesz wszelkie walki, podróże, zwyczaje ludzi żyjących w tamtych czasach niż pikantne sceny.

Swoją drogą, zwróć uwagę właśnie na te sceny. Skoro w alkowie mamy parę – kobietę i mężczyznę – niepotrzebnie co chwilę podkreślasz czyj jest penis, a czyja pochwa 🙂
Pamiętasz, jak rozmawialiśmy o nawiasach? Teraz moglibyśmy pogadać na temat wielokropków.
I jeszcze jedna sprawa, nie znam się, więc mnie wyprostuj, ale wydaje mi się, że Dalijah jest utrzymanką Kassandra, zatem to on odpowiada za wyposażenie jej domu, jak również za pożywienie i napitek. Tak? Dwa lub trzy razy przewija się utyskiwanie bohatera na marnej jakości sikacza, który spożywa przebywając u kochanki.

Nie mnie jednak, z wielką przyjemnością przeczytałam powyższy Prolog. Mam nadzieję, że nie będziesz kazał nam czekać zbyt długo na kontynuację.

Pozdrawiam,
kenaarf

P.S. Przy okazji chciałabym pogratulować całemu Zespołowi NE – 500 opowiadań to już coś 🙂

Witaj, Kenaarf!

Dziękuję za miłe słowa! Jeśli o mnie chodzi, mam nadzieję, że Perska Odyseja nie wypączkuje aż tak bardzo, jak Opowieść Helleńska. Chcę oprócz jej pisania mieć jeszcze jakieś życie 🙂

Jeśli chodzi o nieco odmiennego Kassandra, cóż, widocznie monogamia mu służy, a Dalijah łagodzi obyczaje 🙂 Dodam, że przez te 3 lata bardzo wiele przeszedł i mało z tego było przyjemnym doświadczeniem. Spieszę jednak zapewnić, że aż tak bardzo się nie zmienił, o czym będziesz się mogła przekonać w następnych rozdziałach. No i pamiętajmy, że jego „mroczna strona”, zwłaszcza w stosunku do kobiet, to było nic w porównaniu z mrokiem Alkajosa czy Kritiasa.

Cieszę się, że dzięki mnie masz możliwość poznać niektóre fragmenty historii 🙂 Okazuje się, że nawet opowieść historyczno-erotyczna potrafi uczyć bawiąc! Krytykę odnośnie scen miłosnych przyjmuję – zdarza mi się nadużywać zaimków dzierżawczych. Ale co Ci się nie podoba w moich wielokropkach? Używam ich głównie w dialogach lub po to, by opisać czyjś chaotyczny tok myślenia. Uważam, że spełniają swe zadanie, ale chętnie zapoznam się ze zdaniem przeciwnym.

Odnośnie paskudnego wina, które pije Kassander. Owszem, Dalijah jest jego utrzymanką. Ale czy myślisz, że zarządca Gazy naprawdę zajmuje się tak trywialnymi sprawami, jak zakup trunku do jej domu? To zadanie wykonuje najpewniej jej sługa, eunuch. Ponadto w Gazie dobre wino może być trudno dostępne. Piszę o tym, że karawany przestały docierać przez pustynię. Z kolei pobliski Egipt nie słynął z wina, lecz z piwa. Najbliższy region, gdzie produkowano wino, to Liban (ówczesna Fenicja), ale naprawdę wyśmienite były napoje greckie i małoazjatyckie. A do tych krain daleko. No i niesmak Kassandra dobrze pasował mi do klątwy spartańskiej królowej: „Niech jadło w jego ustach ma smak popiołu! Niech wino, które będzie pić, okaże się skwaśniałe!”

W końcu jednak Kassandrowi, po wielu miesiącach pobytu w Gazie, udaje się znaleźć niezłej jakości trunek w tawernie. Możliwe więc, że poinstruuje eunucha, że ma się zaopatrywać właśnie tam 🙂

Następna część pojawi się na NE w grudniu.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Megasie, nie rób ze mnie aż takiej ciućmy. Zdaję sobie sprawę, że Kassander nie będzie hasał po targu w poszukiwaniu dobrej jakości wina. Po prostu przydałoby się zdanie, chociażby jako myśl bohatera.
„Wybebeszę tego parszywego eunucha, jak jeszcze raz kupi (…)”
Coś na kształt powyższego zdania wygładziłoby zgrzyt, o którym wspominam. Przecież wojownik nie był u branki po raz pierwszy; spędza u niej każdą noc.
Nie upieram się przy powyższym. Wszak to Twój tekst.

Co do wielokropków – weźmy jako przykład najnowszy tekst Artimar. Tam również w pewnych momentach jest mnogość owego znaku interpunkcyjnego. Jednak każdy jest w punkt. Nie mówię: „Wyciep wszystko”. Niektóre są zasadne, niektóre zbyteczne, a kilka można zastąpić didaskaliami.
I znowu, jak wyżej, nie upieram się. To Twój tekst.

Pozdrawiam,
kenaarf

No to jeszcze jedna sprawa do zastanowienia: Kassander pije wino w bukłaku, a nie z kubka napełnianego z dzbana, w którym zwykle przechowywano w domach trunek. Może więc kupił je po drodze z garnizonu do domu nałożnicy i przyniósł ze sobą? Pozostawiam tu niedopowiedzenie, więc mogę do woli robić uniki 🙂

Po co zresztą miałby bebeszyć eunucha, skoro zdaje sobie sprawę, jak słabe są wina w Gazie? Dopiero owego dnia znajduje miejsce, gdzie można kupić trochę lepsze. Dotychczas był przekonany o marności lokalnego rynku.

Pozdrawiam
M.A.

Megasie, nie mam zamiaru uskuteczniać z Tobą sporu. Opinię swą wyraziłam jako czytelniczka. Chyba mam do tego prawo?
A swoją drogą – gdyby babcia miała kutasa to by była dziadkiem. Nie opieram się na kwestiach „gdyby”, biorę Twą historię taką, jaką mi ją przedstawiłeś. Tylko tyle.

Pozdrawiam,
kenaarf

Kenaarf,

ależ jak najbardziej masz prawo wyrażać swą opinię lub nawet zarzut jako Czytelniczka. A ja mam prawo z nim polemizować lub nawet się bronić 🙂 Przedstawiam Ci możliwy rozwój sytuacji, który doprowadził do tego, że Kassandrowi nie smakowało wino, ale nie miał z tego powodu żalu do nikogo konkretnego (co najwyżej do siebie, że własnym zachowaniem doprowadził do tego, że wylądował w Gazie, krainie gdzie o dobry trunek ciężko).

Skoro bierzesz historię taką, jaką przedstawiłem, to weź pod uwagę wskazówkę, jaką jest bukłak. To były skórzane zbiorniki służące do transportu napojów z miejsca na miejsce. Nikt nie trzymał wina w domu w bukłakach. Natomiast całkiem możliwe, że sprzedawano w nich wino na straganie, do natychmiastowej konsumpcji 😀

Pozdrawiam
M.A.

Powodzenia mam nadzieję, że może także pociągniesz cykl dalej aż do podboju Grecji i Macedonii przez Rzym. Z drugiej strony wydaje mi się, że Aratos miał chyba więcej niż 20 lat. Wydaje mi się również dziwne, że Kassander dopiero teraz zetknął się z Aratosem skoro ten służył Dionizjuszowi z którym Macedończycy w tym Kassander utrzymywali stosunki. Szczerze mówiąc sądzę, że raczej Aratos był znany wcześniej Kassandrowi w końcu w Grecji toczyło się tyle konfliktów, że taki wyróżniający się specjalisty od posługiwania się mieczem jak Aratos nie mógł umknąć przed zainteresowaniem wywiadu Macedończyków.

Dobry wieczór, sauromie!

64 odcinki „Opowieści helleńskich” obejmują czas między 331 r. i 330 r.p.n.e. a więc zaledwie trochę ponad 1 rok. W prologu „Perskiej Odysei” przesunąłem akcję o 3 lata naprzód, czyli do 327 r.p.n.e. Podbój Macedonii i Grecji przez Rzym to mniej więcej 170 lat później, więc jak się domyślasz, byłoby mi trudno doprowadzić akcję do tego momentu 🙂

Gdzie napisałem, że Aratos ma 20 lat? Jeśli tak uczyniłem, muszę to czym prędzej zmienić! Demetriusz ma w Prologu Perskiej Odysei jakieś 21 lat. Aratos jest już dobrze po 30-tce. Być może nawet bliżej 40-tki. Choć wygląda na jeszcze starszego z powodu zniszczeń, jakie w jego organizmie poczyniła trucizna Filony.

Co do tego, czy Kassander i Aratos spotkali się w Atenach. Przed napisaniem sceny ich spotkania dobrze się nad tym zastanowiłem. Zapewne faktycznie mijali się i Aratos z pewnością zapamiętał macedońskiego wodza, który narobił tyle zamieszania. Możliwe więc, że jego decyzja, by rozpocząć konwersację z Kassandrem w tawernie w Gazie podyktowana była czymś więcej, niż jego nienagannym, attyckim akcentem. Natomiast Kassander nie miał żadnego powodu, by pamiętać Aratosa. To był tylko jeden z ludzi Dionizjusza, nawet jeszcze wtedy nie miał szczególnie bliskich relacji z Demetriuszem (został jego nauczycielem szermierki dopiero potem, jak Kassander opuścił Ateny). Nasz Macedończyk raczej nie zapamiętuje cudzych sług i podwładnych. Poza tym, nawet jeśli zapamiętałby go z widzenia, to przecież Aratos bardzo zmienił się fizycznie po otruciu przez Filonę. Posiwiał, zbladł, postarzał się o wiele lat. To dodatkowo utrudniało identyfikację.

Przyznam, że bardzo lubię takie komentarze jak Twój. Wgryzające się mocno w fabułę, szukające błędów, które mogłem zrobić i rozpatrujące różne aspekty fabularne. Jest tu z czym dyskutować! Życzyłbym sobie więcej podobnych 🙂

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Kawał dobrego opowiadania erotycznego!!! (taka odpowiedź na apel o komentowanie też dobrych ;D)
Bardzo lubię Twoją twórczość Megasie, choć nie byłam najlepsza z historii. A może właśnie dlatego…
Podejrzewam jednak, że nigdy nie próbowałeś uprawiać seksu analnego „na ślinę” z hojnie obdarzonym mężczyzną ;D Tak w skrócie: nie zachęcam. Lubrykacja, lubrykacja i jeszcze raz lubrykacja!!! 😉
Pamiętam, że kiedyś powaliła mnie scena jak jedna z bohaterek w jakiejś jaskini, przy świecy, uciekając przed zagrożeniem depilowała miejsca intymne… to też jak dla mnie swojego rodzaju realizm magiczny, podobnie jak wiecznie młode, piękne kobiety (choć trzeba przyznać, ze u Ciebie mimo wszystko piękno jest różnorodne) i niezmordowani mężczyźni 🙂
Erotyka nie zawsze musi być wiarygodna… i nie będąc wiarygodną, może być autentyczna 🙂

Dobry wieczór, Aniu!

Dziękuję za pozytywne ustosunkowanie się do mojego apelu 🙂 Mam nadzieję ,że moja skromna twórczość sprawi, że znów zainteresujesz się historią (niestety, wtedy z pewnością zidentyfikujesz liczne błędy faktograficzne, które popełniłem 🙂 ).

Słusznie podejrzewasz 😀 Seks analny bez lukrykacji jest zapewne mało przyjemny dla osoby „przyjmującej”. Z drugiej jednak strony, w starożytnej Helladzie jedynym dostępnym lubrykantem była oliwa, a przecież mimo to namiętnie uprawiano tam sodomię (zarówno w układach męsko-męskich jak i damsko-męskich), czego świadectwo można spotkać choćby na antycznych wazach:
https://en.wikipedia.org/wiki/File:Wiki_anal_sex.jpg
http://media.tumblr.com/6e3113e67a634eef2541add3322a9de3/tumblr_inline_mwfyn5dCtH1qfq6ih.jpg
http://i41.tinypic.com/2en2oo9.jpg

Zresztą, w pierwszej scenie Kassandra i Mnesarete również opisuję zabawy przy użyciu oliwy 🙂 https://najlepszaerotyka.com.pl/?p=5408

Zgadzam się jednak, że nie zawsze trzeba niewolniczo trzymać się realiów. Bohaterowie Opowieści Helleńskiej i Perskiej Odysei są niekiedy „bigger than life”. I nie dotyczy to tylko ich przyrodzeń 🙂

Pozdrawiam
M.A.

P.S. Co do wiecznie młodych, pięknych kobiet, to akurat jest o tyle realistyczne, że bohaterowie OH i PO mają styczność przede wszystkim z prostytutkami (luksusowymi heterami i bardziej pospolitymi pornai), a te dość szybko „wypadały” z rynku. Dodajmy do tego fakt, że jakaś połowa kobiet w starożytności umierała w wyniku komplikacji związanych z ciążą, średnia długość życia była w ogóle niska, u kobiet zaś jeszcze niższa (mimo spustoszeń w wyniku działań wojennych wśród męskiej populacji). Tak więc tych bardziej dojrzałych kobiet wcale nie było dużo, a jeśli były mężatkami, to rzadko wychodziły z domów.

Pamiętam scenę z oliwą 🙂
Obecnie nie stosuje się lubrykantów na bazie oleju, bo niszczą prezerwatywy – przynajmniej te lateksowe – ale sądzę że wszelkie tłuszcze (w „Trzynastej księdze Pana Tadeusza” był chyba łój… choć raczej nie chodziło o seks analny), w tym zwierzęce, świetnie się do tego nadają. Oliwka do masażu na bazie oleju z pestek z winogron na pewno 😉

Przyznam, że te wazy zawsze mnie frapowały. W przypadku seksu między dwoma mężczyznami nie ma raczej wątpliwości, ale w przypadku relacji heteroseksualnych nie byłabym taka pewna czy zawsze chodzi o seks analny, w końcu pozycja od tyłu jest bardzo przyjemna dla obu stron – nawet „klasycznie” 😉

Ania

Dobry wieczór, Aniu!

Cóż, przynajmniej Kassander nie musi się martwić o pękające prezerwatywy 🙂 Choć w sumie pierwsze zostały wymyślone właśnie w starożytności (z pęcherzy zwierzęcych). Co do waz – naukowcy też mają czasem kłopot z rozpoznaniem, jaki rodzaj miłości uprawiają na nich pary heteroseksualne, ale przyjęło się, że przynajmniej niektóre z ilustracji odwzorowują stosunki analne.

Pozdrawiam
M.A.

No właśnie – przyjęło się 😉
A co do pęcherzy zwierzęcych, to chyba były bardziej odporne na tłuszcz… i ponoć wielorazowego użytku. Już sobie wyobrażam mycie ich i suszenie po zabawie. Jeszcze lepiej: zlecanie tego służbie 😉

Wracając do „bigger than life”, to też zawsze mnie zastanawiało. Po co – to ukłon w stronę pań oczarowanych rozmiarem, czy też mężczyźni lubią siebie nawzajem wpędzać w bezsensowne kompleksy? Nie lepiej, żeby bohaterki wiły się i prosiły o jeszcze faceta o standardowym wyposażeniu, takiego z którym łatwiej byłoby się utożsamiać większości czytelników? A może właśnie panowie do czegoś potrzebują fantazji o posiadaniu ogromnego członka, którego potencjalne kochanki będą się bać? 😉

Dobry wieczór, Aniu!

Tak, prezerwatywy wielokrotnego użytku to dość niepokojąca koncepcja. Z drugiej strony, może tylko dla nas, ludzi żyjących w kulturze przedmiotów łatwo i prędko wymienialnych. Nawet sprzętu elektronicznego się coraz mniej serwisuje, bo łatwo i niedrogo można go wymienić na nowy. W dawnych czasach radzono sobie z tym, co było. Bo w ogóle było mniej rzeczy…

Odnośnie „bigger than life” – pisałem przecież, że moi bohaterowie są tacy nie tylko pod względem przyrodzenia 🙂 Zresztą, akurat z tym jest u nich różnie. Kassander faktycznie jest hojnie obdarzony, ale to w ogóle człowiek o dość imponującej budowie ciała. Z kolei Demetriusz, bohater, któremu jak dotąd poświęciłem najwięcej czasu, był raczej średnich rozmiarów. Podobnie Aratos (który w dodatku mógł mieć poważne kompleksy z powodu wzrostu).

Kassander nigdy nie był pomyślany jako ktoś, z kim łatwo byłoby się utożsamiać większości Czytelników. Zbudowałem go jako antybohatera, często pozostającego na bakier z moralnością. Spójrz na niego w Opowieści helleńskiej. To postać, której można nie lubić. Egoista, tyran, notorycznie niewierny seksoholik, wielokrotny gwałciciel. Dopiero pod koniec tamtego cyklu, po wojnie ze Spartą, odrobinę szlachetnieje i natychmiast, wpada w kłopoty, bo nie chce wykonywać rzeźnickiej roboty Alkajosa. Ale wciąż jego motywem działań pozostaje własny interes. Nawet Fryne ratuje po to, by ją posiąść, a nie dlatego, iż wie, że została nieuczciwie oskarżona. To zaprzysięgły oportunista z tendencjami do wybuchów przemocy. Czy moi Czytelnicy się z nim utożsamiali? Paradoksalnie, zawsze budził większą sympatię Czytelniczek. To też przyczynek do rozmyślań o tym, że wiele kobiet, na własną zgubę, po prostu uwielbia „złych chłopców” 🙂

Pozdrawiam
M.A.

No cóż, niegrzeczni chłopcy są pociągający właśnie dlatego, że są niegrzeczni ;D
Ale bez obaw, większości pań w zupełności wystarczy fantazjowanie o nich, w prawdziwym życiu nie bardzo chcą mieć z nimi do czynienia.
W sumie ciekawe zestawienie: niegrzeczny chłopiec z dużym sprzętem, pozostali im grzeczniejsi, tym z mniejszym. Może by tak kiedyś na odwrót? ;D
To mogłoby być nawet zabawne: młody, kulturalny chłopak bojący się, że zrobi dziewczynie krzywdę. Takie pełne przejęcia: Boli cię? Mam przestać? ;D
(wiem, wiem, byli dbający od komfort kochanek… na przykład Aratos)

Tyle, że w zasadzie nie odpowiedziałeś na pytanie jakie dla Ciebie, jako autora i czytelnika, ma znaczenie oprzyrządowanie…

Ponownie, dobry wieczór 😉

„młody, kulturalny chłopak, bojący się, że zrobi dziewczynie krzywdę”, to raczej nie typ bohatera, który pojawi się na kartach Perskiej Odysei 🙂 Byłby trochę mało przystający do tamtych twardych czasów. Najbliższy jest pewnie Demetriusz, ale i on pod wpływem przeżyć stanie się twardszy i bardziej bezwzględny.

Hmmm… czuję się jak na kozetce u psychoanalityka 🙂 No dobrze, doktorze Freud. Po krótkiej introspekcji i pobieżnej samodiagnozie dochodzę do wniosku, że nie mam jakiegoś szczególnego kompleksu na punkcie wielkości. Przynajmniej silniejszego niż reszta naszego społeczeństwa, wystawionego na mainstreamową pornografię 🙂

Ale podejrzewam, że bez profesjonalnej diagnozy i tak nigdy się tego nie dowiem. A wtedy mógłbym dowiedzieć się zbyt wiele!

Pozdrawiam
M.A.

Drogi Megasie zapomniałeś jednak o ty, że duże penisy w Grecji (helladzie) były poczytywane jako będące w złym guście. Wcale nie zartuję. Wtedy raczej hołubiono niewielkie, o „ładnej ” budowie. Zaliczano to w sztukę umiarkowania, opanowania swoich pragnień.

Może też to tłumaczyć czemu anal był bardziej powszechny.

Żebyś wiedział, Koprze, że zapomniałem 🙂

Naprawdę miałem napisać o tym Ani w dalszej części mojej odpowiedzi. Prawdą jest, że w Grecji szczególnie duże przyrodzenia budziły raczej estetyczną niechęć. Ideałem był raczej nieduży członek, co widać na zachowanych posągach antycznych (tych, które przez lata nie straciły genitaliów w wyniku uszkodzeń).

W Rzymie podchodzono do tego zupełnie inaczej. Czytałem nawet w jednej książce poświęconej obyczajowości Rzymian, że pewien szczególnie hojnie obdarzony centurion był witany rubaszną pieśnią na swą cześć, ilekroć udał się do łaźni 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Ależ nie zamierzam nikogo skłaniać do psychoanalizy ;D
Generalnie w naszej kulturze zadziwiające wydaje mi się skupienie na rozmiarze. Nawet hojnie wyposażeni faceci potrafią mieć jakieś chore kompleksy. Szkoda życia!
Większość zdaje się marzyć o kochance, która z przerażeniem w oczach będzie mówić: Och, jaki wielki! Chyba się we mnie nie zmieści! Boję się… ;D
Dziwnym trafem zapominają, że kobieta kocha się z mężczyzną a nie z jego penisem.
Ja po prostu obawiam się, że nader często, być może nawet podświadomie, pisząc o seksie powielamy krzywdzące przekonania, pozwalając im jeszcze głębiej się zakorzeniać.

Cześć Aniu,

widzę, że problem kompleksów wokół tematu wielkości ewidentnie Cię nurtuje 🙂 Jeśli chcesz powalczyć ze stereotypami i przy okazji wyleczyć parę osób z poczucia bycia gorszym, nie ma nic prostszego – dołącz do nas i pisz takie opowiadania, które pozwolą facetom pozbyć się kompleksów i obalą utarte przekonania! Maila na który można wysyłać nam teksty z propozycją publikacji zamieszczamy na końcu każdego opowiadania.

Dodatkowy bonus jest taki, że dołączyłabyś do całkiem sympatycznej wspólnoty Autorów NE 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Prawdę powiedziawszy nurtuje mnie wiele tematów wokół seksualności, ale leczenie z kompleksów to ciężka sprawa… obawiam się, że nie udało mi się z nich wyleczyć wszystkich moich facetów, a co tu dopiero mówić o czytelnikach ;D

Dobry wieczór!
Znakomicie Cię znów czytać Megasie. Czytelnicy, w tym i ja, czekali na Twój powrót na łamy Najlepszej. Lubię ten schemat literacki, który zastosowałeś. Cieszący się sympatią bohater, nieco nadgryziony przez czas, zgorzkniały. Zapowiada się naprawdę interesujący cykl.

Prolog, zgodnie ze swym przeznaczeniem tylko pobudził moją ciekawość. Jest wiele pytań, a mało odpowiedzi. Wybornie. Nie sposób nie poświęcić dwóch zdań jubileuszowi Najlepszej Erotyki, pół tysiąca opowiadań to naprawdę wielkie osiągnięcie. I po lekturze Twojego tekstu, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nasz mały jubileusz miał godną oprawę.

Na książkę namawiać Cię nie zamierzam. Swego czasu się nad tym zastanawiałem i doszedłem do wniosku, że gdybyś chciał to byś wydał. Widocznie nie chcesz. 🙂
Kłaniam się,
Foxm

Witaj, Foxie!

Mam nadzieję, że „Perska Odyseja” nie zawiedzie. Na część pytań postaram się odpowiedzieć, inne pozostawię w sferze domysłów. No i cieszę się, że moim tekstem mogłem uczcić jubileusz Najlepszej Erotyki 🙂

Pozdrawiam
M.A.

No! W końcu! Byłem przekonany że pierwej zczeznę niż doczekam się nowej opowieści.
A tak na marginesie to z tą książką to bardzo dobry pomysł. Właściwie z kilkoma książkami.

„Podbój Macedonii i Grecji przez Rzym to mniej więcej 170 lat później, więc jak się domyślasz, byłoby mi trudno doprowadzić akcję do tego momentu :-)”

Czemu? „Opowieści Helleńskie – następne pokolenia” 😉

Pozdrawiam serdecznie

Witaj, westerze!

To Twój pierwszy komentarz pod moimi tekstami? Wybacz, ale nie przypominam sobie Twego nicka. Co do „Opowieści helleńskich – następne pokolenie”, właściwie można by temat pociągnąć – np. koncentrując się na synach i córkach Kassandra i… ooo, tego nie zdradzę 😀

Pozdrawiam
M.A.

Wspaniale przeczytać coś nowego od Ciebie Megasie 😉 Czy uraczysz Nas kolejną częścią przygód Kassandra przed gwiazdką?

PS. Gratulacje z okazji pięćsetnego opowiadania! 🙂

Witaj, Tomie!

Dziękuję uprzejmie, w imieniu swoim i naszej Najlepszej Jubilatki 🙂 Odpowiadając na Twoje pytanie: tak, już 11 grudnia na łamach naszego portalu zostanie opublikowany kolejny rozdział Perskiej Odysei!

Pozdrawiam
M.A.

Witam!

Mała errata. I Rozdział Perskiej Odysei pojawi się na Najlepszej Erotyce 18 grudnia. Jutro, 11 będzie natomiast debiut nowego Autora.

Pozdrawiam
M.A.

Tak się złożyło, że teraz dopiero sięgnąłem po prolog, przeczytawszy już kilka kolejnych rozdziałów tej opowieści. Przyznam, że pobudza ciekawość. W jaki sposób z generała prowadzącego tysiące żołnierzy bohater zamieni się w zgorzkniałego dowódcę lokalnego garnizonu. Nie zgodziłbym się tylko z tym, że Gaza to zadupie bez znaczenia. Miała strategiczne położenie oraz pełniła rolę istotnego centrum handlowego – zwłaszcza w handlu kadzidłem, o czym przypomina znana anegdota dotycząca króla Aleksandra i jego dawnego wychowacy, Leonidasa. Może faktycznie rabusie rozplenili się za bardzo w ostatnich, niespokojnych czasach? Jeśli nawet tak, to teraz trafili na godnego przeciwnika, w dodatku silnie zmotywaowanego. Nie wątpię, że Kassandrowi nie jest pisane zmarnieć na prowincji. Pięknie oddany klimat, czyta się z przyjemnością. Pozdrawiam.

Witaj Neferze!

Zwykle zachęcam do lektury moich tekstów w kolejności ich publikowania, ale akurat Prolog Perskiej Odysei łamie ciągłość chronologiczną fabuły, więc faktycznie może być czytany oddzielnie (np. po pierwszych 10 rozdziałach PO). Cieszę się, że Ci się spodobał i zachęcił do lektury kolejnych części.

Zgadzam się, że Gaza była ważnym miastem na trasie miedzy Palestyną i Egiptem. Zwróć jednak uwagę, że po zdobyciu miasta Aleksander wymordował całą ludność tego miasta. Z pewnością w wyniku tych wydarzeń nastąpiło tąpnięcie w ruchu handlowym. Nowi mieszkańcy musieli nawiązać nowe kontakty gospodarcze. Okres przejściowy przy ówczesnych możliwościach komunikacyjnych mógł trwać nawet kilka lat. W tym właśnie czasie przyszło Kassandrowi rządzić w tym mieście.

Możesz być pewien, że pustynni rabusie nie będą mieli z Macedończykiem łatwo i jeszcze niejeden z nich pójdzie w ślady Sayyida i Malika. Ale o tym za pewien czas 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz