Błąd systemu (Seelenverkoper) 3.67/5 (3)

Bądź biegunem mojego pomylonego serca

Rakiem, który mózg jedząc pozwoli poczuć mózg

Bądź wodą tlenu dla spalonych płuc

(…)

Bądź – i nie pytaj, jak Ci się wypłacę

A wtedy darmo weźmiesz najpiękniejszą zdradę:

Miłość, która obudzi śpiącą w Tobie śmierć

R.Wojaczek

To miasto ze smogiem, brudem, hałasem i całą resztą świństwa, ten bar w trzewiach starej kamienicy, zagrzybiony, śmierdzący i pełen tytoniowego dymu jest jakimś poschirzonym na maksa schematem płyty głównej, w którym znalazło się miejsce nawet dla takich popieprzeńców jak my.

Jeszcze ona. Błąd systemu. Wadliwa, nieskończona pętla mojego życia, powtarzająca cały czas te same zgrane ruchy i odpały.

Obejmuje mnie od tyłu i wtula mi głowę między łopatki. Jej oddech, włosy, usta łaskoczą przyjemnie przez cienki materiał koszulki. Wyciągam papierosy, niebieskie Gauloises i odpalam zapałkę. Zdmuchuje ją. Tak samo kolejną. W końcu sięgam po benzynówkę. Kiedy zaciągam się dymem gryzie moje ramię. Podaję jej papierosa. Ma niebieskie oczy. Nie w kolorze stali, nie jest to błękit morski, wymieszany z zielenią. Niezabudka. Do tego lśnią w półmroku.

Ciągnie mnie za kudły i odchyla głowę do tyłu. Wbija się w wargi. Agresywnie. Pewnie. Wdmuchuje dym w moje płuca. Całuję ją coraz zachłanniej, coraz szybciej i w końcu czuję, jak się odsuwa. Siada na swojej części barowej kanapy, podciąga nogi pod siebie i kładzie głowę na kolanach. Jest ubrana jak kurwa, jak oboje lubimy. Smoliste pończochy-kabaretki, sznurowane, ażurowe kozaki na wysokiej szpilce, biała mini i koszulka z nadrukiem zdjęcia stokrotek z Fukushimy. Twarz zakrywają gęste i długie, czarne włosy. Jak była mała zawsze udawała dziewczynkę z „ The Ring”, by mnie wystraszyć.

Panikowałem i wybierałem losowy kierunek ucieczki.

Próbuję siąść obok i ją przytulić, ale zaliczam kopniaka. O mało co i wycięłaby mi obcasem wyrostek robaczkowy. Odpalam kolejnego Gauloisesa i czekam, aż się uspokoi. Widzę jak gapią się na nią inni faceci, nawet ci siedzący ze swoimi dziewczynami. Jest niesamowita. Skwierczenie tytoniu. Czasem widzisz taką na ulicy i mówisz sobie: „jaka ślicznotka, te nogi, te piersi i buźka są idealne.”. Pytasz też siebie, ile mógłbyś za nią dać światu i wtedy ona się śmieje. Wskazuje cię palcem koleżance i robi dziwną minę i wiesz, że co najwyżej możesz sobie zwalić.

Nie masz bladego pojęcia, kto posiada prawo, by ją przytulić, pocałować, zerżnąć na parkingu lub stole, ale gnębią cię złe przeczucia, że taki gość nigdy na nią nie zasługiwał. Tłucze ją, pomiata albo po prostu jest neandertalem, który książki nie widział od skończenia szkoły podstawowej.

W ramach wyjaśnienia: tej siedzącej obok wcale nie miałem i nikt nie powinien posiadać względem mnie wątów. To skomplikowane – jak twierdził słynny status na fejsie. Nawet, kurwa, bardzo. Trochę nielegalne. Przynajmniej tu. Od trzech do pięciu lat.

W końcu podczołguje się do mnie. Siada na moich kolanach. Znów całuje. Mocno przytula się, obejmuje mnie i zaczyna ocierać się o wybrzuszenie w spodniach. Byłem strasznie twardy, a ona napalona. Po chwili jęknęła i zaczęła szybciej poruszać biodrami. Rżnęła się na mnie. Masturbowała. Wsadziłem dłonie pod bluzkę i gładziłem ją delikatnie wzdłuż linii kręgosłupa, szarpiąc za sznurki gorsetu. Potem zsunąłem rękę na drobny pośladek.

– ­ Pieść –­ wymruczała ledwie przytomna.

Wiem, że wszyscy patrzą i że ją to teraz gówno obchodzi. Wsadziłem dłoń w majtki i dotknąłem gorącej, pulsującej kobiecości. Była wilgotna. Właściwie, to prawie z niej ciekło. Miała tam taką delikatną skórę. Wsunąłem w nią palec. Wtedy zacisnęła mi dłonie na barkach, wbiła w nie pomalowane na czerwono paznokcie i przyśpieszyła. Nabijała się na palec wskazujący i regularnie popiskiwała.

–„I widział Bóg, że to było dobre. Potem rzekł Bóg”… – mruknąłem sam do siebie.

– …Włóż we mnie drugi palec, proszę – dokończyła za mnie. Więc wsadziłem jej w cipę jeszcze środkowy. Zajęczała.

– Ale nie tu, ty głuptasie – rzuciła przytomniej, patrząc mi w oczy.

Przystawiam wyprostowany kciuk do jej dupy, a ona, gdy go czuje, mruczy:

– Noooo, tak lepiej.

Potem się na niego nadziewa.

Barman sprząta nasz stolik bardzo wolno i dokładnie. Nie odzywa się ani słowem. Widzę, jak się ślini. Rozumiem go doskonale. Para, prawie pieprząca się w barze to rarytas. Jeśli jeszcze wziąć pod uwagę, jak wyglądała dziewczyna.

– Spierdalaj – krzyczy na niego. Facet tak szybko spieprza, że o mało nie pogubił całego szkła, które wsadził sobie na tacę. Zresztą cała męska populacja na sali wzdryga się. Jakiegoś biedaka, stawiającego bierny opór, wyciąga partnerka. Znikają w drzwiach okrytych nikotynową chmurą.

– Patrz na mnie – rozkazuje. – Patrz, kurwa, co ze mną zrobiłeś!

– Co niby zrobiłem? – warczę.

Dostaję w twarz. Raz. Drugi. Przy trzecim porysowała mi policzek pazurami. Oczywiście wcale nie przerywa masturbowania się o moją dłoń. Próbuję ją pocałować, niezręcznie zbliżając się do jej ust, ale robi unik i gryzie mnie w szyję. Nie wytrzymuję. Naprawdę dziabnęła mnie do krwi. Odpycham ją gwałtownie tak, że ląduje na ziemi. Prawie od razu wstaje i zanim zdążę ustalić swój następny krok zaczyna się bujać do dudniących dźwięków płynących z głośników. Otacza rękoma głowę, wczepia palce w rozwichrzone włosy i rozchyla usta. Czerwone. Grubo wysmarowane pomadką. Jedno ramiączko jej koszulki opadło i odsłoniła duży fragment, czarnego gorsetu.

She reminds me of the one in school

When I was cutting she was dressed in white

And I couldn’t take my eyes off her

But that’s not what I took off that night

Ryczy zdzierając gardło Manson. Ona ugina powoli nogi I wypina brzuch w rytm muzyki. Chyba nikogo nie zauważa na sali. Powoli, metodycznie kręci biodrami, przenosi ciężar z jednej stopy na drugą. Taniec minimalistyczny, ale czuję wzrost napięcia seksualnego, które dosłownie unosi się w powietrzu.

Zanim się zorientowałem jeden z bysiów, chłop pod dwa metry, z szeroką klatą, brodą nordyckiego boga i tanią kurtką z podrabianej skóry już chwiał się u jej boku. Ja tu jestem stałym bywalcem. Znam ten bar i jego gości, uciekam tu, czasem prawie mieszkam. To moje miejsce. Moja kobieta. Wstaję i powoli, zgarbiony ruszam w ich stronę. Dziewczyna odwraca się w jego kierunku, teraz tańczy dla niego. Albo tylko przy nim, chuj wie.

Nie, nie jestem jakimś byczkiem. Raczej wysokim półsuchoklatesem, tyle, że w przeciwieństwie do tego synnersa, trzeźwym.

Last Man standing, jak pisał Kurosawa ­– mruczę. Potem daję mu w pysk. Bez większych rezultatów. Odwraca się jedynie w moją stronę. Przyciągnąłem jego uwagę. No, to dosyć ograniczony sukces. Utrzymanie się na nogach po tym jak mi oddał było większym. Szamotaliśmy się jeszcze parę chwil, do momentu w którym podciąłem go, a on straciwszy równowagę już parę kolejek temu, wygrzał się jak długi i grzmotnął czaszką o podłogę.

Płakała.

Siedziała na posadzce i zalewała się łzami.

Wziąłem ją na ręce. Była leciutka, jakby ktoś zaprojektował dziewczynę na ptasią modłę – z pustymi w środku kośćmi. Może we mnie buzowały resztki adrenaliny. Wtuliła się, wczepiła paznokcie w resztki koszulki z Lucky Lukiem.

– Zabierz mnie stąd, braciszku –­ szepnęła.

Don’t break, don’t break my heart

And I won’t break your

Heart-shaped glasses

Little girl, little girl

You should close your eyes

That blue is getting me high

Dalej darł się Manson. Spojrzałem w jej twarz. Miała tak niesamowicie niebieskie oczy. Moja starsza o dwie wiosny siostra. Trzy do pięciu lat za ten związek to zagrożenie z kodeksu karnego. Nielegalna miłość. Popieprzone życie, prokurator i czołówki szmatławców.

Przez okno taksówki rozświetlone miasto wygląda jak pokaz slajdów z wakacji. Tu chodzimy na piwo, tam dalej na kawę. Na tym skwerze razem czytamy książki, a za rogiem jest dom kultury, do którego łazimy na slamy literackie.

Patrzę na Alicję drzemiącą spokojnie i wtuloną we mnie. Jest starsza o dwa lata. Nawet zbyt dobrze nie pamiętam, jak zaczęło się to wszystko między nami. Ta miłość. Zawsze byliśmy blisko. Chyba dlatego, że oboje uciekaliśmy trochę od ludzi. Pewnie to wina tych niekończących się awantur między naszymi staruszkami. Krzyczeli, tłukli się, rzucali kurwami. Wtedy tuliliśmy się do siebie w naszym pokoju. Nie wiem, czy częściej ja właziłem do jej, czy ona do mojego łóżka. Nawet jak byliśmy już nastolatkami.

Spokój w domu panował tylko wtedy, gdy pracowali do późna. Często to robili. Wtedy też byliśmy razem. Jest starsza o dwa lata, ale to ja zawsze byłem tym bardziej odpowiedzialnym i dorosłym. Wypchajcie się tymi mądrościami o późniejszym dojrzewaniu chłopców. Robiłem obiad, potem przytulaliśmy się podczas oglądania filmu. Już wtedy była niesamowicie piękna. Po domu łaziła w samych koszulkach i rajstopach. Nie do końca rozumiałem, dlaczego tak bardzo to lubię. Dlaczego długie minuty spędzałem głaszcząc ją po nogach, smyrając plecy czy pomagając zapleść warkocz. Czasem szarpaliśmy się o byle głupstwo. Byliśmy wtedy po prostu blisko siebie. Nie mieliśmy powodów uważać tego za niewłaściwe. Graliśmy w izometryczne erpegi na LANie i czytaliśmy książki, wyrywając je sobie lub wspólnie ukrywając co bardziej obrazoburcze lub wyzwolone. Lubiliśmy Le Guin i jej światy, w których seksualność wcale nie była taka prosta.

Potem odkryliśmy stronę z opowiadaniami erotycznymi. Te również czytaliśmy razem i było nam dziwnie przyjemnie, szczególnie przy tych snutych wokół tematu incestu. Po polsku: kazirodztwa. Teraz już jej nie ma. Umarła. Nawet nie wiem czemu. Ktoś znudził się prowadzeniem lub czasy stały się zbyt prawomyślne. Nawet nie pamiętam tego tekstu, po którym zaczęliśmy wspólnie eksperymentować.

Nie ma dla nas różnicy, czy jakiś napompowany ego sędzia uznałby to za czyn pedofilny czy nie. I tak podlegaliśmy karze. Byliśmy przestępcami. Trzy do pięciu lat. Przyszła do mnie tej nocy. Buzowała nam w głowach jeszcze historia o miłości pomiędzy bratem a siostrą, czytana niedawno, normalna, z happy endem.

– Musimy być cicho – wyszeptała mi do ucha. – Bardzo cicho. Trochę się boję. – Pachniała mydłem, świeżością i wodą kolońską naszego ojca. Ogoliła wtedy cipkę po raz pierwszy. Dla mnie. Pamiętam szelest pościeli, dotyk jej ciała, gładkość rajstop i to, że doszedłem w niej. Całe szczęście, że nic złego nigdy z tego pierwszego razu nie wyniknęło, choć często przeklinałem swoją głupotę. Nie minęły nawet dwie, trzy godziny i położyła się tak bardzo daleko ode mnie. Dwa metry. Nawet nie mogliśmy usnąć w jednym łóżku.

Podczas rodzinnych wigilii czy innych uroczystych spędów, gdzie udawaliśmy normalność, zwykłe życie i ciepłe uczucia względem rodziców, zawsze wybierała miejsce naprzeciw mnie. Zdejmowała szpilki i kładła mi na kroczu stopę w rajstopach. Pieściła mnie tak długo, aż dochodziłem, zaciskając zęby i czerwieniejąc jak burak. Uważała to za świetny dowcip. Ja musiałem kombinować, kłaść serwetki na podbrzuszu, przeczekiwać resztę gości, nim wstałem od stołu. Kochaliśmy się przed wyjściem na pasterkę, czy po powrocie ze mszy rezurekcyjnej, prawie na oczach staruszków.

Często ustalaliśmy, że to złe i nigdy więcej nie powinno się powtórzyć. Nie mijało nawet kilka dni i znów lądowaliśmy w swoich ramionach, parząc się prawie oddechami i wyznając wieczną miłość. Zaprosiła mnie jako partnera na studniówkę. Nigdy nie zapomnę jej atłasowej, błękitnej sukienki i tego, jak ją podwijałem w szkolnej ubikacji. Siedzieliśmy potem wtuleni w siebie i zadowoleni. Z tajemnicą tak niesamowitą, że nawet wódka nie rozwiązywała nam języków. Na swoją studniówkę poszedłem już sam. Przestraszyła się. Zawsze tak cholernie się bała. Uciekła przede mną… przed nami, na studia. Nie pozwoliłem na to. Wybrałem to samo miasto, ten sam uniwerek: Katolicki Uniwersytet Lubelski i sąsiedni wydział. Pozwoliła mi z sobą zamieszkać. Nie, to nie do końca było tak. Stanąłem w jej drzwiach przemoczony do suchej nitki, z psim wyrazem twarzy i umiałem tylko wykrztusić:

­– Tak bardzo tęskniłem.

Na stole kochaliśmy się w ramach powitania. Na podłodze na „przepraszam”. W łóżku już tylko z miłości.

* * *

– Dzięki! – krzyczy taksiarz, kiedy wciskam mu dychę napiwku. – Normalnie bym was nie zabrał, bo bym się bał, że ta mała może mi tapicerkę zarzygać, ale tak sobie pomyślałem, że szkoda mi was…

– Że co słucham? – te słowa do końca otrząsają mnie z marzeń i sprawiają, że cały się jeżę.

– No tam na ulicy szkoda mi was było zostawić. Następny nocny mielibyście za czterdzieści minut, a to nie jest bezpieczne miasto w piątek wieczorem.

– Złego diabli nie wezmą – odpowiadam mu z nagła ulgą.

– Jeszcze dzieciaki z was. Ciężko mi uwierzyć, byście tacy źli byli. – sarka i uśmiecha się ciepło.

Jesteśmy. Naprawdę. Jakbyś wiedział, co robimy, to szybciutko wmieszałbyś się w tłum goniący nas z kamieniami. Prawdopodobnie. Może źle go oceniam. Zastanawiam się i wychodzę z siostrą na parking. Patrzę, jak odjeżdża. Może ten biedny skurwiel też skrywa jakiś stygmat, jakąś fiksację i boi się na równi z nami. Nie wiem.

– Zimno mi – mówi Alicja. – Pośpiesz się wreszcie, chcę wejść do mieszkania. Rzeczywiście. Zaczęła tupać i pocierać dłońmi nagie ramiona. Jest druga połowa października, późna noc. Obejmuję ją i spokojnie wchodzimy na klatkę. Po ciemku, potykając się, chichocząc i wzajemnie uciszając, docieramy na szóste piętro. Kiedy szuka kluczy w torebce, przyświecam jej benzynową zapalniczką. Trzymam rękę na nagim pośladku okrytym tylko gęsią skórką.

Kiedy wchodzimy do naszej kawalerki, od razy otulam ją paroma kocami i gonię do kuchni, by wstawić wodę na herbatę. Wyjmuję też z portfela znaczki z Kudłatym i Scoobim. Oddzieram jeden i wkładam pod język. Po namyśle dzielę kolejny na dwie połówki i jedną naklejam na wewnętrznej stronie policzka. LSD. Bardzo czyste. Żaden syf w pakiecikach mieszany z metą, czy gówno którym nasączają kostki cukru. Nie daje takiego kopa jak w bajeczkach o widzeniu nieistniejących kolorów czy narkotycznych tripach. Ludzie, którzy wymyślają smoki przy lodówkach są zdrowo rąbnięci, lub cierpią na psychozę maniakalną. LSD podkręca zmysły, masz wrażenie jakby twoje neurony zwiększyły wydajność dziesięcio- czy piętnastokrotnie.

Pieprzyć własną siostrę na podkręconym do maksimum mózgu.

Alicja tego nie lubi. Nie, nie ma nic przeciwko narkotykom, choć zazwyczaj pali tylko trawkę, ale twierdzi, że po LSD za szybko dochodzę i nie zawsze potrafię stanąć po raz trzeci czy czwarty.

Bzdura.

Zalewam herbatę i gonię do pokoju sycząc, gdy oblewam sobie palce na zakręcie. Spod koców wystaje tylko jej głowa i dłoń, w której trzyma skręta. Z laptopa na stoliku cicho leci jakiś punk rock. Odstawiam ładunek i wciskam się na łóżko tuż za nią, obejmując ją i wtulając głowę w gęste, czarne włosy. Puściła Defekt Muzgó. Antyczny zespół punkowy drze się i fałszuje wykrzykując bunt przeciw Kościołowi, polityce i bandyckiemu kapitalizmowi. Znajdują się na liście zakazanych od siedmiu lat. Łatwiej kupić działkę amfetaminy, niż zdobyć pełną dyskografię.

– Powiedz mi proszę, że się boisz. Może wtedy wreszcie uwierzę, że jesteś – prosi cicho wtulając się. – Obiecaj mi, że będziemy szczęśliwi, a przynajmniej napaleni.

– Moja cudzoziemko na planecie morderców – szepcę cicho – obiecuję. Naprawdę obiecuję. Boję się. Boję się, że wreszcie mi uciekniesz na zawsze. Mogę się zgubić i nie odnaleźć cię ponownie.

– Chciałabym być zawsze twoja, jak szaleństwo. – Ledwo ją słyszę. Nie wiem, czy to obietnica. – Mam wrażenie, że zawsze istniałeś w każdej komórce mojego ciała, w każdej myśli i nawet nie umiem wyobrazić sobie tych zamierzchłych czasów, gdy tam nie byłeś. Zrób coś. Otwórz mnie jeszcze bardziej. Rozbierz.

Ściągam jej koszulkę i całuję kark. Lubi mój dotyk i oddech na szyi. Czuję, jak jej ciało momentalnie robi się gorące. Powoli rozsznurowuję gorset. Zazwyczaj rzucamy się na siebie i zdzieramy ubrania, ale dziś jest trochę inaczej. Jesteśmy delikatni. Czuli. Może nam tego ostatnio brakowało. Potem ściągam jej spódniczkę razem z majtkami, a ona męczy się przy skórzanym pasku spodni. W końcu przychodzę z pomocą. Przez parę chwil patrzymy się na siebie. Podziwiam szczupłe, dziewczęce ciało. Ma śmiesznie małe piersi o różowych brodawkach, spiczastych jak naboje. Obejmuję ją i układam pod sobą. Delikatnie całuję. Smakuje intensywnie. Właściwe stanowi wybuch odczuć na moich wargach. Papierosowy dym, słony posmak łez, słodki śliny.

Nie chce mi się poddać. Momentalnie wyślizguje się, przerzuca nogę nad moim brzuchem i dosiada krocza. Próbuję sięgnąć dłońmi do jej piersi, ale ze złością wbija we mnie paznokcie i kłapie ostrzegawczo zębami. Wiem, że mogłaby mnie dziabnąć. Usadawia się. Nakierowuje mojego kutasa na ciasną cipę i nabija się. Otwiera z zadowoleniem usta, a mój osobisty raj znów eksploduje rewią barw. Nawet nie pamiętam, jak długo miała mnie w tej pozycji. LSD zrobiło swoje. Mokre odgłosy, jej stękanie i krzyki, błogi uścisk wokół główki penisa nie ma końca. Nie ma rejestrowalnego zapisu.

W końcu zwalnia, zamiera, a ja ściskając łydki okryte siatkowanymi pończochami wyrzucam jeszcze parę razy biodrami, aż nadchodzi wytrysk. O mało co nie tracę całkowicie oddechu i nie kulę się w pozycji embrionalnej. Czuje jakbym wystrzelił w nią połowę duszy.

Dawniej bała się, że zajdzie w ciążę. Martwiło ja, że nasze dziecko urodzi się niepełnosprawne. Skażone nami bezpowrotnie, w sposób stały. Teoria genetyczna nigdy nie została udowodniona. Równie dobrze mogłaby urodzić drugiego Einsteina lub Derridę. Taka sama opcja z kumulacja genów. Zresztą, Żydom aszkenazyjskim nie zaszkodził chów wsobny i pieprzenie się z bliskimi krewnymi.

Potem zaczęła brać tabletki i przestaliśmy o tym rozmawiać. Kochałbym nasze dziecko, nawet jeśli wyglądałoby jak chomik syryjski. Wiedziałem, że nigdy by go nie urodziła. Gdyby dowiedziała się, że jest w ciąży, uczyniłaby wszystko by je wyskrobać. Łącznie z wsadzeniem mnie do pierdla na trzy do pięciu lat.

Szarpie mnie za rękę.

– Wstawaj, ofiaro– rozkazuje – teraz masz mnie zerżnąć w dupę.

Jestem już twardy. Kręci mi się w głowę, a dudnienie krwi w uszach i kutasie tworzy rapsodię w stylu arytmicznego bebopu. Wypina się do mnie, poszturchując kształtnymi pośladkami raz po raz, aż w końcu przykładam ociekającego nią członka do odbytu. Wchodzę głęboko, pomimo tego, że z krzykiem ucieka do przodu. Przyciągam jej biodra i znów napieram, do oporu. Wiem, że lubi właśnie tak, że oboje jesteśmy na tyle pierwotni, na tyle brudni i brutalni. Taki seks sprawia nam największą frajdę. Stale ranimy się i pierdolimy.

Próbuję dłonią pieścić łechtaczkę, ale napotykam na jej palce. Sama się już sobą zajęła. Owijam długie, czarne włosy wokół nadgarstka i szarpię do góry. Całuję wyszminkowane, czerwone usta ze zwykłą zaciekłością. Podnoszę tempo. Alicja tego nie wytrzymuje, prawie krzyczy i mocniej zapiera się na obu rękach, bym nie obalił jej na łóżko. Utrzymuje się wypięta w moja stronę. Dochodzę.

Jeszcze przez chwilę poruszam się zapamiętale, starając się przedłużyć rozkosz w nieskończoność. Przynajmniej o parę chwil dłużej.

Zwalam się na nią bez sił. Usypia mnie jej spokojny, regularny oddech. Gdy jestem naćpany, brzmi jak szum morza.

Rano długo płakała w toalecie. To wszystko między nami chyba dalej ją boli. Nic w tym z bajek Disneya i happy forever after. Więcej z ponowoczesnego obłędu. Może na nas donieść gadający sprzęt AGD, wyposażony w nowoczesne procesory i bieżące aktualizacje oprogramowania kontrolującego obywateli, koleżanka ze studiów czy własna rodzina, jeśli kiedyś się wsypiemy. Nie mówię nawet o stałej inwigilacji kolejnych generacji smartfonów. Taka widmologia wszechwiedzącej inkwizycji i stosów za naruszenie tabu. Naprawdę podejrzewam, że znaleźliby się też tacy, którzy w zgodzie z własnymi sumieniami ukamienowaliby nas na samym środku placu Litewskiego.

Ta hołota nie wie nawet o tym, że Rorty obalił uniwersalność metafizyki i jej wartości, że Foucault wytłumaczył powiązania władzy i seksualności. Łamiemy zasady i dlatego jesteśmy wrogami publicznymi, a nie przez to, że robimy coś złego. Bo nie robimy. Tylko się kochamy. Nad życie. Nad jakąś abstrakcyjną ideę absolutu.

W trakcie przygotowywania śniadania łazimy nago, całując się, pieszcząc i śmiejąc. Widzę na naszych ciałach ślady zeszłej nocy. Także wielu poprzednich. Zadrapania, siniaki, ugryzienia.

Władza jest wszędzie nie dlatego, że wszystko obejmuje, tylko dlatego, że ze wszystkiego się wyłania. Z każdego głupiego rytuału rodzinnego, korporacyjnego czy łóżkowego. Władza nie jest instytucją czy przymiotem jakiejś bliżej nieokreślonej grupy skurwieli, a złożoną sytuacją strategiczną w ramach społeczeństwa. Dlatego każdy jest wrogiem moim i Alicji. Pani z Żabki, ten byczek w barze i miły taksiarz.

Seks jest wart śmierci. To faustowski pakt, który stał się ważniejszy od duszy i dlatego wszystkie zagadki świata stają się nieistotne w porównaniu z tkwiącym w nas niepozornym sekretem.

Kochamy się i jest to przestępstwo, za które grozi trzy do pięciu lat.

*

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Czekam na wyrazy oburzenia. Kto będzie pierwszy? 😀

A o co tu się oburzać? Bardzo dobry tekst o kazirodczym związku 🙂 Lady In Red waliła bardziej dosadnie, a Ty filozoficznie i poetycko. Nie widzę tu wielkiej przestrzeni do obrazy. No ale ja jestem tolerancjonistyczna, libertyńska świnia 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Ja krótko – podobało mi się.

To i ja krótko: cieszę się niezmiernie. =]

Może to błąd mojej wizualizacji…ale nie za dużo tych palców wskazujących? 🙂
“Nabijała się na palec wskazujący i regularnie popiskiwała. (…)
– …Włóż we mnie drugi palec, proszę – dokończyła za mnie. Więc wsadziłem jej w cipę jeszcze wskazujący.”

Racja. Drugi miał być środkowy!

Oj tam. Gęsty dym papierosowy, alkohol, narkotyki, to nic w tym dziwnego, że gość ma dwa palce wskazujące…

Wartość dodana?

Świetnie oddane emocje i otoczka wydarzeń aż rozkaszlałem się od tego dymu papierosowego 😉

Ale:

„…jest jakimś poschirzonym na maksa schematem płyty głównej…”
Poschirzonym czy raczej poschizowanym?

„Kręci mi się w głowę, a dudnienie…”.
Hę???

Poschirzonym- odsyłam do tłumaczenia Synnersów Pat Cadigan. Choć muszę zauważyć, że mój korektor zwrócił też na to uwagę.

Drugiego zarzutu nie rozumiem….
Co do dymu papierosowego…przyznaję się, że chyba rzeczywiście to taki mój fetysz.

@Seelenverkoper
„Poschirzonym- odsyłam do tłumaczenia Synnersów Pat Cadigan”.
Nie wiem, czy tłumaczenie / tłumacza można uznać za eksperta językowego. Trudno mi tak z głowy coś rzucić, ale błędy w tłumaczeniach się zdarzają, prawda? Osobiście nie jestem zwolennikiem neologizmów i „niestandardowych” odmian, jeżeli nie zachodzi ku temu absolutnie niezbędna potrzeba, a moim zdaniem tu nie zachodzi. Nie jestem jednak autorem tego opowiadania więc nie do mnie należy ocena czy coś było niezbędne, czy nie. Mogę tylko zwrócić uwagę na coś, co mnie razi. Tak czy inaczej, przyjmuję Twoje wyjaśnienie do wiadomości.

„Drugiego zarzutu nie rozumiem….”
To dokładniej. Napisałeś:
„Jestem już twardy. , a dudnienie krwi w uszach i kutasie tworzy rapsodię w stylu arytmicznego bebopu”.
Słyszałem powiedzenie „kręci mi się w głowie”, „zakręciło mi się w głowie”, „wkręca mi się w głowę”, „wwierca mi się w głowę”, ale KRĘCI MI SIĘ W GŁOWĘ? Jeśli nie jest to błąd, to proszę o wyjaśnienie znaczenia.

Coś zjadło część mojej wypowiedzi. Jeszcze nie wiem dokładnie jak tu się poruszać, więc ponownie raz druga część:

„Drugiego zarzutu nie rozumiem….”
To dokładniej. Napisałeś:
„Jestem już twardy. Kręci mi się w głowę, a dudnienie krwi w uszach i kutasie tworzy rapsodię w stylu arytmicznego bebopu”.
Słyszałem powiedzenie „kręci mi się w głowie”, „zakręciło mi się w głowie”, „wkręca mi się w głowę”, „wwierca mi się w głowę”, ale KRĘCI MI SIĘ W GŁOWĘ? Jeśli nie jest to błąd, to proszę o wyjaśnienie znaczenia.

Seelenverkoper

Masz rację to błąd. Postaramy się go jak najszybciej naprawić i dzięki za wychwycenie!

Chciałeś wyrazów oburzenia to masz: oburzam się. Koniec oburzania.

Jak napisał ? dym przepełnia tekst. Fajki, tytoń, kłęby dymu to Koprowy fetysz – widać (nie tylko w tym tekście), że pasjami uwielbia palenie.
Nie wiem, dlaczego założyłeś, że spadnie na Ciebie fala krytyki. Toż to “tylko” tekst. Weszłam w powyższą historię bez problemu. Bardzo trafnie oddałeś emocje i stan ducha postaci. Rozumiem złożoność relacji. Potrafię sobie takową wyobrazić. I rozumiem rozterki bohatera. Żyjemy w czasach, kiedy ciągle mówi się o tolerancji, a darmo jej szukać wokół siebie. Żyjemy w świecie, w którym nieustannie mówi się o otwartości, akceptacji. Wciąż szukam, ale takowych nie znajduję. I w końcu – żyjemy w świecie, gdzie bunt przeciw schematom podnoszony jest przy każdej okazji. Tyle, że w efekcie końcowym okazuje się, że rewolty dotyczą spraw miałkich.

Mówiłam już, że lubię Twoje pisanie?

Pozdrawiam,
kenaarf

To prawda Kenaarf – całe szczęście wolność porno w internecie została ocalona! Co do papierosów…przyznaje, że uwielbiam palić, ale pasjami kocham też kobiety, które potrafią palić. To jak płeć piękna trzyma papierosa ( jeśli potrafi) niesamowicie mnie nakręca.
Nie lubię tylko smaku i zapachu fajek od naszych wschodnich sąsiadów;]

Moi Drodzy,

co taki spokój? Cisza wyborcza nie oznacza, że nie możemy komentować tego wybornego tekstu 🙂 Zaprawdę powiadam Wam, takim właśnie jest. Inteligentny, nonkonformistyczny, brawurowy. Nie silący się na tani skandal, ale też nie unikający kontrowersji. Gorąco polecam, i jako lekturę, i jako przyczynek do dyskusji!

No dobrze, może zacznę. W dzisiejszych czasach nie widzę powodów dla dalszej penalizacji stosunków między zbyt bliskimi krewnymi. Pomijam naturalnie przypadek, gdy istnieje różnica wieku, jak między rodzicami i dziećmi – tu trzeba poczynić daleko idące zastrzeżenia, by chronić słabszą, czyli młodszą stronę. Chodzi mi raczej o relacje brat-siostra i analogiczne.

Kiedyś karalność tego typu stosunków miała inspirację religijną, podbudowaną lękiem o spłodzenie niepełnosprawnych dzieci. Dziś jednak (przynajmniej w Europie) prawo formułowane jest w warunkach względnie świeckich i nie musi się inspirować świętymi księgami wiary sprzed dwóch czy trzech tysięcy lat. W dodatku nowoczesne metody antykoncepcji pozwalają uniknąć poczęcia, a jeszcze nowocześniejsze techniki testów prenatalnych umożliwiają wykrycie w odpowiednim czasie wad rozwojowych dziecka. Więc niebezpieczeństwo zostaje znacznie zredukowane.

Ochroną przed kazirodztwem jest mechanizm (biologiczny? wrodzony? ewolucyjnie wypracowany?) zgodnie z którym ludzie, którzy wychowywali się razem, czują wobec siebie znacznie obniżony pociąg seksualny. Są jednak osoby, u których ten mechanizm nie działa. Dopuszczają się więc czynów społecznie i prawnie niedozwolonych, narażając się na poważne konsekwencje. Dzisiejsze liberalne społeczeństwo powinno podejść do nich z większą pobłażliwością. Jeśli nie zachodzi przypadek wykorzystania nieletniego i zostanie zachowana elementarna ostrożność, to relacje kazirodcze są klasycznym przestępstwem bez ofiary. A w takim wypadku nie ma co wsadzać ludzi do więzienia na okres “od trzech do pięciu lat”.

Pozdrawiam
M.A.

Cóż Polska pozostała jednym z niewielu krajów cywilizacji zachodniej ( nie tylko Europy), która takie stosunki dalej penalizuje. Oczywiście, jest to wypadkowa paru kwestii. Żaden z naszych wielkich wieszczów narodowych ( np w przeciwieństwie do Byrona) epoki romantyzmu nie podjął tej kwestii, nasz współczesna literatura też unika kwestii kazirodztwa jak ognia ( no bo jak episkopat cenzurę nakaże, to z głodu przyjcie zdechnąć) zajmując sie przy tym alkoholowymi eskapadami kafkowskich bohaterów.
Korzystając ze względnej anonimowości dodać muszę, że do tej pory spotkałem się z silniejszym od fizycznego czy rodzinnego mechanizmem cywilizacyjnym. Jeśli rozmawiamy z ludźmi pochodzą z dość dużą rezerwą do tematu i błyskawicznie padają deklaracje o charakterze ostatecznym. Jednak jeśli spojrzymy jak wielką popularnością cieszą się opowiadania o inceście czy filmy pornograficzne uwzględniające stosunki rodzinne dociera do nas, że kwestia ta nie jest ani tak prosta, ani oczywista. Po prostu boimy się kłapać szczęką, bo ktoś nas weźmie za nienormalnych, a to może spowodować stygmatyzację.
Wiem, że trochę doczepiam ideologię, ale tak poza tym każdy kiedyś myślał o przeleceniu siostry/brata. Do tego to się sprowadza.

No kurwa, jak można? Jak można do kurwy nędzy pisać tak… dobrze(rzucam mięsem wyrażając wyrazy oburzenia, których domagał się Autor). 🙂

To jest świetnie napisany kawałek prozy. Podziwiam zręczność we władaniu różnym kulturowymi odniesieniami, wdzięczny jestem, że mogłem dotykać emocji bohaterów. Po tekście naszła mnie ochota na papierosa, chociaż moje flirty z tym nałogiem można liczyć na sztuki. Jest jedno zdanie, które spodobało mi się tak bardzo, że aż je sobie zapisałem.

“Na stole kochaliśmy się w ramach powitania. Na podłodze na „przepraszam”. W łóżku już tylko z miłości.” Przeczytałem, zjechałem w dół, dałem pięć i wróciłem do lektury.
Kłaniam się,
Foxm

@Foxm – dołączam się do wyrazów uznania z końcówki komentarza. Trzy zdania tworzące jakby jedno. Przeczytałam je kilka razy zanim kontynuowałam czytanie.
NNN

Foxsie, zawsze czuje się trochę zażenowany, gdy chwalisz mnie za kulturowe odniesienia, bo to Ty napisałeś opowiadanie o Bondzie zaakceptowane przez fanów agenta 007, a to dopiero niesamowity sukces. Musiałeś kluczyć pomiędzy dysonansami kolejnych części i dodatkowo nie stracić Jamesa. Ja odnoszę się zazwyczaj do dzieł mniej znanych i drobne fałszerstwa uchodzą mi płazem.
Co do tego fragmentu…chodził za mną od miesiąca i cieszę się, że ostatecznie znalazł się właśnie w tym opowiadaniu.

Seelenverkoper,
Zazroszczę stylu, łatwości erudycyjnego przepływania z wątku na wątek. Ta filozofia jest u Ciebie tak naturalna, że prawie niezauważalna. A w dodatku wymieszana z pop-symbolami naszego zachodniego świata. I to jest mistrzostwo świata w krótkiej formie jaką jest opowiadanie.
Gdybyś napisał książkę o Zonie tonącej w chmurach papierosowego dymu – czekałbym od piątej rano przed księgarnią, żeby dostać pierwszy egzemplarz.
W tym opowiadaniu jest tak wiele smaczków , że podkreślę tylko te najbliższe mojemu czytaniu; niebieskie Gauloises, niezabudka (!), KUL, Kudłaty i Derrida, aszkenasi i wałbrzyski punk a na deser Foucault i faustowski pakt.
To jest uczta! I za nią Ci dziękuję.

Ale to nie wszystko.
Malujesz klimat erotyczny, który jest jak narkotyk, od którego nie sposób się nie uzależnić. I robisz to po mistrzowsku.
Zakazany owoc, po który się sięga z pełną świadomością.

Postrzegam to jako kontynuację/rozwinięcie klimatu z opowiadania “Smak spalnej płyty…”. Chcę więcej.

Tak się zastanawiałem czy ktoś zwróci uwagę na ten KUL i dzięki temu domyśli się w którym mieście dzieje się akcja. Ot ja sam lubię wychwytywać takie smaczki.

Niestety ze względu na bardzo radiową urodę zmuszony byłem nauczenia się odpowiedniego wyrażania swoich myśli. Głębokim, basowym i ochrypniętym głosem, bo dziewczyny na to lecą;]. Do tego, skoro nie mogą się zapatrzyć w moją kwadratową szczęka i błękitne oczy to musiałem opowiadać ciekawie i z sensem.Zostało mi to w pisaniu.

Tak bardziej na serio to dzięki. Wiesz, że zawsze cenię twoje opinie.

W każdym Twoim tekście czuję melancholię. Tu też – mimo dudniących liczebników “trzy do pięciu lat”. Brak tylko uderzenia młotka sędziowskiego “WINNI”.
Piszesz nieprawdopodobnie lekko; wielkie nazwiska, erudycyjne smaczki, o których pisał już Kruk, wplecione jakby przypadkiem, niedbale, od niechcenia. Kto zrozumie, temu polać.
I ten liryzm z pogranicza prozy poetyckiej.
Znakomity tekst.

Seelenverkoper,
piszesz w taki sposób, że z niecierpliwością przeczesuję przepaście Internetu w poszukiwaniu kolejnych furtek do zaczarowanego świata Twoich bohaterów. Każde, powtarzam każde opowiadanie jest językowo genialne, proza poetycka jaką uprawiasz jednocześnie swobodnie żonglując kontekstami kulturowymi czy literackimi jest dla mnie obłędnie dobra.
Mamy bardzo podobne gusta literackie czy kulturowe, ale chętnie bym się poprzerzucał jakimiś inspirującymi tytułami.
Jeśli możesz i chcesz napisz do mnie maila: paweljossa@gmail.com

Napisz komentarz