Elżbieta II. Spokojne życie (Karel Godla)  3.02/5 (15)

29 min. czytania

Poniższe opowiadanie jest publikowane powtórnie w ramach cyklu Retrospektywy. Pierwszy raz pojawiło się na portalu Najlepsza Erotyka 22 lutego 2013 r.

Pierwsza część cyklu o Elżbiecie

Jako, że zimnych nocy należało się spodziewać non-stop do wiosny, postanowił kupić Elżbiecie ciepłą koszulę do snu. Nie zamierzał jej rozpieszczać prezentami, zwłaszcza, że jeszcze się nie wykaraskał z koszmarnych długów i nadmiarem gotówki nie dysponował, ale zaczynał ją lubić i chciał okazać dowód troski. W zasadzie powinien dziewczynie kupić co najmniej pięć koszul, bo domyślał się dużych niedoborów na jej półkach z bielizną, ale uznał, że to byłaby przesada. Lepiej dozować przejawy opiekuńczości.

Jak postanowił, tak przy najbliższej okazji zrobił.

Sposobność nadarzyła się tydzień później. Gdy wyjeżdżali na kolejny weekend, zawadzili w drodze na wieś o zagłębie handlowe i zrobili rundę po sklepach. Względnie mało czasu zajęła im wizyta w markecie spożywczym, żeby zaopatrzyć się w to i owo na trzydniowy wyraj. Znacznie dłużej przeczesywali zagłębie, szukając stoisk i pawilonów z damską bielizną, aby wybrać wzmiankowany praktyczny prezent dla niej.

W ostatnim sklepie przydarzyła się nietypowa historia. Zaskakujący urok incydentu zatarł wszelkie wspomnienia zniecierpliwienia i znudzenia, jakich doświadczał, gdy towarzyszył przy robieniu sprawunków dziewczynie, która miała trudności z podjęciem ostatecznych decyzji. Łatwość i szybkość dokonywania wyboru
podczas polowania na ciuchy jest cechą występującą u płci pięknej rzadko i Elżbieta do tej – zdecydowanej – mniejszości kobiet na pewno nie należała. Gdyby było inaczej, już w pierwszym sklepie kupiliby to, czego szukali.

W dziewczynie odezwała się strojnisia, jaka drzemie w każdej spódniczce. Miała dobry powód do przymierzania różnych sypialnianych ciuchów, czego z powodu kompleksów i chudego portfela nie robiła często. Pretekst dużo lepszy niż miewa każda śmielsza i bezczelniejsza młoda laska bez grosza przy duszy (jakich wiele przewija się przez sklepy stanowiąc znaczący procent klienteli), która choć przez chwilę chce poczuć się jak księżniczka buduaru, ale wie, że przygoda skończy się wyłącznie na krótkotrwałym obcowaniu z pożądanymi łaszkami przed lustrem, bo niczego nie będzie w stanie kupić, tylko zawraca głowę i przysparza kłopotu subiektkom. Zapomnijmy tu o galeriankach, postaciach z innej bajki.

W ostatnim sklepie, po raz nie wiadomo który, można było dokonać banalnej obserwacji, że fascynacje kobiet i mężczyzn w magazynie z bielizną są zupełnie inne. Ona pogrążona w transie poszukiwań. On znudzony, jak większość facetów reaguje na marnotrawstwo czasu w trakcie zakupów, tylko od niechcenia przyglądał się przemykającej między wieszakami Elżbiecie, oszołomionej bogactwem sklepowej ekspozycji i perspektywą, że coś z tego, co wybierze, wzbogaci jej skromny stan posiadania, kiedy fundator zapłaci przy kasie. Bardziej interesowały go młode wystrojone sprzedawczynie, fajne dupcie, które dojrzawszy w swoim specyficznym królestwie, czyli w magazynie z damską bielizną, heteroseksualną parę z dużą różnicą wieku, wymieniały szeptem uwagi – musiały oceniać relację duetu klientów całkiem jednoznacznie, bo z pewnością za ojca i córkę ich nie brały.

Tak więc rzeczywiście banał. Rzekomy sponsor pożerał wzrokiem wystawione na pokaz dupcie, a jego domniemana utrzymanka lustrowała artykuły kobiecego pożądania na półkach i wieszakach.

Ale kiedy jaskrawo-czerwono-włosa dziewczyna skierowała się z naręczem nocnych koszul w stronę kabin, nagle pojął, że nie warto biernie czekać na sklepowym krzesełku, aż dwudziestotrzylatka skończy przymierzanie, bo oto nadarza się okazja, aby już teraz rozpocząć godowe rytuały, które jeśli dobrze zainaugurowane, tym skuteczniej będzie kontynuował w domu przez trzy nadchodzące wieczory. Założył, że szepnie jej kilka niewymuszonych komplementów, bo już ją nagą oglądał i wie, że jest całkiem zgrabna, godna szczerej pochwały. Trochę się pogapi na goliznę, pośmieje z jej zażenowania albo – jeśli będzie się dzielnie powstrzymywać od rumieńców, gdyż już ją poznał na tyle, że wie, iż nie jest nadmiernie wstydliwa – spróbuje swoimi męskimi sposobami spowodować by poróżowiała z zakłopotania, bo gierki z subtelną, psychiczną dominacją go kręcą. Ambaras wywołany nagością w miejscu publicznym czasem podnieca obie strony: animatora rozbierania i jego zawstydzoną ofiarę. Czy może, precyzyjniej mówiąc, boginkę.

Trzy kabiny przebieralni były umiejscowione na tyłach sali sprzedażnej w wąskim korytarzu, gdzie pachniało zadziwiającą kompozycją woni starego kurzu i chemią płynu do ścierania tegoż – następstwo niedbałej pracy personelu, który sprzątał sklep.

Tu w przejściu do kabin objął ją delikatnie od tyłu i przytulił na moment, oddychając w kark, testując, czy jego prawa do poufałości nabyte tydzień temu nadal są w mocy. Impulsywnie rzucił sugestię.

– Wybierz jeszcze jakieś ładne komplety bielizny, Eluś. Wiesz, majtki, staniki. Jeśli coś się nam spodoba, to się zastanowię… Coś takiego praktycznego, co na co dzień mogłabyś używać. Żadnych figlarnych ciuszków, męczących ciało. Okej?

Dziewczyna bez słowa złożyła naręcze nocnych koszul w kabinie. Brała po jednej sztuce i wieszała wolno, z zamyśleniem na haczykach tkwiących w ściance działowej, po czym ruszyła z powrotem do sklepu. Miała podekscytowaną minę i cień wdzięczności na twarzy, że taki dla niej dobry. Kiedy go mijała, nie wytrzymał, objął ją, pocałował, korzystając z tego, że w przymierzalni byli sami. Czuł się głodny pocałunków, bo brakowało mu ich przez całe pięć dni, kiedy się nie widzieli.

– Żadnych stringów – ostrzegł ze znaczącym uśmieszkiem, patrząc jej prosto w oczy i łatwo powodując pierwszy rumieniec, a może precyzyjnie mówiąc delikatny rumieńczyk.

Mało subtelnie, nawet chamsko nawiązywał do rozmowy, którą przeprowadzili w łóżku tydzień temu, kiedy pomiędzy kopulacjami przyznała, że podoba się jej wyzywająca bielizna, choć takowej nie posiada. Upodobanie stało w wyraźnej sprzeczności z poprawnością zakładanych codziennie na miasto kiecek, spódniczek, bluzeczek – publicznie Elżbieta preferowała stroje nie za krótkie i bez śmiałych dekoltów. Ot, babski fetysz ładnych koronkowych lub przejrzystych intymnych fatałaszków, który tkwi schowany przed oczyma innych ludzi, dosłownie i w przenośni.

– Oj, przestań. Wiem – szepnęła skrywając oburzenie, że ją podejrzewa o zamiar wybrania skrajnie skąpej, nieskromnej bielizny.

Strasznie guzdrała się w sklepie wybierając majtki i staniki, a nawet słyszał dochodzącą z sali nieśmiałą prośbę o konsultacje. Czekał przed kabiną, która była obszerna, wyposażona w stołeczek dla krasnoludków, haczyki – wieszaki, wąski stolik-półkę pod ścianką, na którym zostawiła torebkę, i ogromne lustro przymocowane między poziomem wykładziny podłogi i wysokością głowy. Na wieszakach jaśniały starannie rozwieszone przez dziewczynę nocne koszule do przymiarki.

Wróciła z dwoma, jak mu się początkowo wydawało, kompletami bielizny, z których jeden, czarny rzucił mu się w oczy, jakby emitował ostrzegawczą poświatę, i który w myślach od razu krytycznie odrzucił.

„Nie, tego nie. Żadnych czarnych fatałaszków. Naoglądała się pornoli i chce się wcielić w bohaterkę, czy co?”

Potem dostrzegł, że kompletów było więcej, co najmniej trzy.

Dziewczyna poróżowiała na twarzy, jakby przeczuwała, że sesja przymiarek nie będzie grzecznym pokazem mody, przeprowadzonym przez modelkę sam na sam z lustrem, bo jej facetowi iskrzyło w oczach i z dziwnym uśmieszkiem na nią patrzył. A może była po prostu tylko podniecona perspektywą, że coś spośród tych ładnych rzeczy ma szansę stać się jej własnością.

Zasłoniła starannie pluszową, purpurową w kolorze kotarę, nie komentując, że on wsunął się za nią do środka i poświstuje pod nosem dawny szlagier oparty o ściankę. Pomyślał, że łatwo pogodziła się z sytuacją, iż będzie miała widza. Zaraz się okazało, że jest w błędzie.

– Muszę się rozebrać. Będziesz się tak gapił? – zapytała nerwowo, a rumieniec jakby się wzmógł.

– No, chciałbym ci pomóc w wyborze, ocenić. Pozwól.

– Ale ja tak nie potrafię. Będę się krępować. – Zaczerwieniona twarz niedoszłej naguski zaczęła nabierać takiego samego spiętego wyrazu, jak wtedy, gdy odmówił jej zgody na prowadzenie samochodu, albo kiedy skrytykował nawyki kulinarne w kuchni.

Jest czytelna jak małe dziecko, można wszystko z twarzy odgadnąć. Próbuje negocjować, choć chyba wie, że to bez szans, bo jak on by mógł zrezygnować z oglądania fajnego nagiego tyłka dziewczyny.

– Eluś, chodź tu, proszę. – Skinął na nią, nie odrywając pleców od ścianki.

Trzeba ją będzie przekonać. Już wiedział, że łatwo nie zrezygnuje z własnej fanaberii, bo bardzo mu się chciało obejrzeć scenkę z Elżbietą przymierzającą stroje. Odosobnienie sklepowej garderoby to typowa sceneria porno noweli albo wojerystycznego filmu, a on nigdy w takim prostym do zaaranżowania skeczu nie uczestniczył. Przymiarka w domu to nie byłoby to samo. Jednak zapewne i w sypialni taką rozbieraną sesję u Elżbiety wyprosi, bo czemu nie.

Chciał być w sklepowej kabinie aktywnym widzem, amantem z pornosa. Sukces teatrzyku zależeć będzie od zapału i umiejętności aktorki. Tego jak dobrze wczuje się w rolę. Namówi dziewczynę do odegrania scenki – jednego, krótkiego ujęcia. Pytanie tylko, czy będzie potrzebowała dłuższych perswazji, czy krótka i czuła prośba wystarczy.

– Co chcesz? – Elżbiecie nie spodobało się, że tak na nią, jak na byle kogo kiwa, ale zrobiła niechętny krok w jego stronę.

– Spójrz na mnie. – Wziął ją pod brodę.

– No. – Odpycha męską rękę w proteście i sprzeczka wisi w powietrzu.

– Eluś – mówi ciepło, chwyta nadgarstek i całuje zewnętrzną część dłoni, nie wypuszcza jej, drugą ręką sięga pod brodę dziewczyny, znowu zmusza by skierowała ku niemu twarz, choć ta ucieka ze wzrokiem nadąsana.

Mężczyzna pochyla się by czerwonogłową pocałować, co udaje się, ale po krótkiej utarczce, gdyż ona stara się delikatnie od buziaków wymigać. Całuje Pomorzankę i mocno przytula, muskając palcami po skroniach, po włosach, które już nie są takie sztywne jak tydzień temu. Elżbieta widocznie dobrze zapamiętała jego wyznanie o przyzwyczajeniu do miękkości i puszystości kobiecej ozdoby (w jej przypadku jaskrawo czerwonej dumy) na głowie.

– O. Miękkie włosy? Lubię. Dzięki, że rozumiesz – mruczy jej do ucha, akcentując pozytywne zdziwienie.

Dziewczyna jest sztywna, ale nie broni się. Słowa pochwały sprawiają jej satysfakcję.

– Już nie będę lakierować – przyrzeka.

– Dzięki, dziunia. Daj jeszcze buziaka. Jest słodki – szepce mężczyzna.

To najszczersza prawda, bo jej ślina i smak warg odpowiadają mu całkiem-całkiem. Szepce jej przez dłuższą chwilę miłe głupoty i serdeczności właściwe dla nowo poznanych kochanków, tak jak mu spływają szczerze spod języka. Przytula, poklepuje pieszczotliwie Pomorzankę po pupie, co sprawia, że ona niechętnie spina tam mięśnie, „ach, ty, nieoswojona cipo”, wraca więc na włosy. Głaskanie głowy jest najpewniejszym sposobem, by ją ponownie oswoić i by podporządkowała się jego pragnieniom.

– No, rozbierz się dla mnie. Chcę patrzeć – prosi, czując jej skrywaną niechęć.

– Już cię przecież widziałem, masz ładne ciało, chcę cię oglądać. Wieczorem i tak się rozbierzesz, będziesz nagutka. Po co te ceregiele, Eluś?

Dziewczyna mamrocze niewyraźny epitet pod nosem, coś w rodzaju: świnia albo świntuch, nie słychać dokładnie co, ale już bez złości, raczej z rezygnacją.

Pierwszy krok. Sweterek ściągnięty z trudem przez głowę, włosy wichrzą się i zasłaniają jej twarz.

– Chodź tu! – Znowu kiwa na nią palcem, aż młoda rozwódka pyta spojrzeniem, o co ci znowu chodzi, i bez zachwytu wykonuje polecenie.

Mężczyzna przytula ją znowu, głaszcząc po dziewczęcym łebku. Porządkuje włosy, patrząc ciepło w oczy. W końcu ich wzrok się spotyka na dłużej, po raz pierwszy odkąd weszli do sklepu i mężczyzna uśmiecha się. Oczy mają większą moc i czasem bardziej potrafią przekonać niż słowa.

– Jesteś fajna i słodka. Daj jeszcze buziaka – mówi tonem, jakby prosił.

Ale nie czeka, by sprawdzić, czy jego nowa przytulanka usłucha. Bierze jej usta sam, zatapia się w pocałunkach – to lizanie jest o pół tonu gorętsze niż te poprzednie – w pocałunkach, które mają na nowo odbudować ich zapomnianą przez tydzień bliskość i przypomnieć o namiętności pierwszego weekendu. Bo ona jakby pamiętała o prawach, które mężczyzna sobie do niej rości, ale wolałaby ponowienia rytuałów uwodzenia, zdobywania, aby się upewnić, że to wtedy nie była pomyłka, sen, gra pozorów.

Elżbieta dopiero teraz zaczyna mięknąć. Jakby chętniej bierze udział we wzajemnym smakowaniu, krótkich zaczepkach języków, wojnie podjazdowej toczonej pośród zębów, na naskórkach, jeszcze czas na atak frontalny i wtargnięcie głęboko na terytorium przeciwnika, niekoniecznie do gardła, ale prawie. Tak, tak. Jej język wcale nie jest bierny i pokorny.

Przytulanka stoi w cienkiej podkoszulce z długim rękawem i mężczyzna odkrywa z niedowierzaniem, że dziewczyna nie założyła stanika. Długie sutki rysują się pod materiałem wyraźnie jakby miała tam dwa kiełkujące z ciała pędy. Twarde koniuszki pędów bambusa, który jest podobno wśród roślin rekordzistą szybkości we wzroście. Pod koszulką oczywiście nie widać tak dokładnie kształtu sutków, ale on je przecież dotykał, oglądał, zna i może sobie dokładnie wyobrazić – dużo grubsze niż końcówki ołówka, miękkie a w zasadzie twarde jak gumka przyczepiona do krawędzi drewienek…

Podobno takie są idealne dla niemowlaka. Wiele murzyńskich pięknotek – murzynki mają jego zdaniem najpiękniejsze, najnaturalniejsze piersi – też takie sutki posiada, wygodne do ssania mleka.

– O, ła – mówi głosem z dzieciństwa.

– A to co takiego? Chodź! – Kiwa palcem.

„No, zbliż się, dziunia, po-dotykamy i sprawdzimy, przypomnimy sobie, co tam masz, bo aż się wierzyć nie chce.”

Gapi się na twarde sęczki bez najmniejszego nawet pozoru, że patrzy gdzie indziej niż na cycki. Niech wie, że mu się podobają, mimo, że takie małe, prawie ich nie ma, tylko same brodawki. Jemu to nie przeszkadza. On jest prawie stuprocentowym dupolubem.

„Zaraz cię wydoję, krówko.”

– Eluś, ale ci urosły – chwali z podziwem.

– Oj, przestań.

– Muszę ich dotknąć. Tylko chwilę. Nie gniewaj się. Są fascynujące. Nic takiego nigdy nie widziałem – tłumaczy.

Wyciąga dłoń, nieśpiesznie, żeby nie zaskoczyło dziewczyny to, co się stanie. Palec wskazujący niczym owad krąży wokół stożka rysującego się pod bawełną, muska kilka razy, potem puka w czubek, w końcu kilka palców chwyta całą długość brodawki przez materiał, ściska.

– No – mruczy Elżbieta i robi się jeszcze czerwieńsza.

Mężczyzna ma przez mgnienie oka wizję naszyjnika z szeregiem nawleczonych na łańcuszek dorodnych, napiętych w sutkowej erekcji, ołówkowych wymionek. Cóż to by było za trofeum na jego czarnej błyszczącej piersi dzikusa. Czasem chciałby być prostym, w dzikości nieskomplikowanym, ciemnoskórym wojownikiem. Na przykład Masajem, polującym, tańczącym i śpiewającym gardłowo podczas plemiennych rytuałów, nie myślącym zbyt wiele o jutrze, tylko o częstym rypaniu swojego stadka długonogich młódek.

Nosiłby ten naszyjnik z wymionami, żeby żaden inny mężczyzna nie mógł się gruczołkami jego czarnych gazeli bawić. A jakby chciał jedną ze swoich smukłych murzyneczek wyobracać, zdejmowałby jej przynależną parę z łańcuszka i przytwierdzał do piersi, a sutki by zaraz ożywały i zaczynały pulsować krwią, popuszczać mleko. Jego wyobraźnia miewa czasem jazdy jak po ziole.

– Fajne są, dziunia. Pokażesz mi je? Teraz? Proszę. – Mógłby dziewczynie sam podnieść koszulkę, ale woli, żeby ona to zrobiła.

Jakieś głosy blisko, obcy zajmują dalszą kabinę.

– Weź, Gośka, potrzymaj. Muszę znaleźć tą kartkę. Gdzieś, kurwa, na samym dnie muszę ją mieć. – Słychać dziewczęcy głos, a drugi w odpowiedzi coś mruczy.

– Oj, nic ważnego, w domu się sprawdzi… nie zawracaj sobie głowy.

Dwie koleżanki na zakupach. Potem słychać jeszcze inny głos i domyśla się, że koleżanek może być więcej.

Oczy mężczyzny, które uciekły na ściankę kabiny, gdy usłyszał obcych w przymierzalni, wracają na Elżbietę, chcą się spotkać z jej wzrokiem. Dziewczyna speszona pojawieniem się intruzów, szuka w nim potwierdzenia, że ma się dalej rozbierać. Ze spojrzenia przeziera prośba, by jej oszczędził wstydu odgrywania roli golasa.

– Dawaj, dawaj, nie przestawaj! – Mężczyzna deklamuje bez ściszania głosu, podkreśla, że towarzystwo za ścianą wcale mu nie przeszkadza, macha złączonymi w łopatkę palcami znaczącym gestem w górę.

„Ściągaj te giezło, dziunia, ściągaj.”

Elżbieta wzdycha i zadziera koszulkę, z kłopotami wyzwala z niej głowę. Właściwie to nie wiadomo, czy reaguje na rozkazujący ruch, czy to nadal realizacja dawniejszej męskiej prośby. Nadejście intruzów zburzyło nastrój, w który zdążył dwudziestotrzylatkę wprowadzić.

Bidulka kładzie koszulinę na półce-stoliku. Ręce czerwonogłowej niezdecydowanie unoszą się do cycków, by je zasłonić. Kobieta zaraz uznaje bezsensowność gestu i opuszcza ramiona, stoi w nienaturalnie skomponowanej pozycji, niczym obraz tłumionego siłą woli protestu i zakłopotania, bo wie, że tam na górze nie ma się czym pochwalić. Po prostu chudziaczek i mizerota. Sutki prezentują się w pełnej krasie, choć mogłyby być lepiej oświetlone.

Dziewczyna zastygła bokiem do lustra, nad którym są zamontowane punktowe źródła światła, więc długie dziczki brodawek rzucają cień na obłość cycków, z których – jak partner wie, bo mu wcześniej szczerze przyznała – nie jest dumna, bo są niewielkie. Brak wysokiej samooceny wydaje się uzasadniony, ale jej żeńskie gruczołki są fajne i nietypowe. Mężczyzna swoje uznanie komunikuje uśmiechem oraz miną skupionego podziwu na twarzy. Co z tego, skoro ona tylko szybko omiotła go spojrzeniem i patrzy uparcie w podłogę.

„Psiakrew, musiały się te baby napatoczyć akurat teraz” – myśli zdegustowany o przybyszach w sąsiedniej kabinie, ale zakłopotanie dziewczyny i jej niechęć do grania roli, którą przytulance próbuje narzucić, kręci mężczyznę coraz bardziej.

– Wow. Ale śliczne suciorki! Nigdy takich nie widziałem – mówi.

Słowo „suciorki” dawniej już padło. Pamięta.

Do zdarzenia doszło podczas rozmowy z małą, kiedy po seansie w kinie też stali przy lustrze jak teraz, tyle, że w sypialni, i omawiali beznadzieję biustu pewnej aktorki, to znaczy on podkreślał brzydotę ekranowych „suciorów”, przeciwstawioną pięknu cycków małej. Pięknu, co nawet taki zdecydowany dupolub musiał przyznać w duchu, a i głośno, wielokrotnie dawał temu wyraz.

Mała natomiast z kobiecą solidarnością wygląd aktorki i jej kobiece atrybuty doceniała w dyskusji, przypisywała ich zdeformowany kształt prawdopodobnej ciąży owej filmowej heroiny. Uparcie twierdziła, że piersi są okej, nic sobie nie robiąc z tego, że jej zniesmaczony miś (czy ktoś go jeszcze z taką miłością misiem nazwie?) krzywi się, bo jakie to porównanie. Cycki małej to przecież prawdziwe dzieło sztuki. Namacalne. Równie ładne piersiątka, lecz nie do zweryfikowania dotykiem, widział tylko w necie, a tam wiadomo, mistrzów software’owego upiększania nie brakuje.

Określenie „suciorki” urodziło się w obecności małej. Tamtej chwili przed lustrem, czy może jeszcze w kinie, kiedy oglądali ów wyjątkowo marny, według jego oceny, biust na ekranie. Wyrażenie miało wtedy pejoratywny wydźwięk. A dzisiaj słowo znowu do niego wróciło i ma zupełnie inne znaczenie. Dodatnie. Opisuje sutki Elżbiety. Ot, względność semantycznej wartości słowa, dojrzewanie albo umieranie akcentu.

Mężczyzna wyciąga powoli rękę, żeby nie obudzić w dziewczynie chęci do uniku. Ruch jest wolny również dlatego, aby się podroczyć z półnagą ofiarą, nasycić jej zakłopotaniem. Bidulka znowu czerwienieje i gapi się gdzieś w bok. Nie ma tej zawziętości na twarzy, którą pamięta z poprzedniego weekendu. Ciekawe, co sobie myśli.

Obiega palcem wskazującym obwód lewej brodawki na całej długości. No, no, miał rację – sztywna jak nie wiadomo co. Potem obejmuje cały sutek, ściska – jędrne, małe żyjątko zgodnie z określeniem cieszy się życiem w niewoli palców. Właścicielka tych dziwów wzdycha mimowolnie.

Na chwilę wraca przed oczy scena, gdy jako licealista zobaczył piersi kolonijnej wychowawczyni. Swoje pierwsze w naturze, z bliska oglądane cycki. Pamięta z jaką fascynacją obserwował brodawki, które ledwie dotknięte zaraz szybko wstawały w odruchu gotowości do sączenia mleka. To było jego dziewicze doświadczenie z kobietą, bardzo pouczające. Pokazało, wręcz wbiło mu do głowy, jak mocno sprzęgnięte są żeńskie erogenne metropolie, dotkniesz na górze, a na dole niemal natychmiast, niczym ze spray’u wydostaje się zwierzęcy (czasem ukochany) zapach pożądania i dwie solidne warstwy ubrania nie są w stanie tego aromatu zatamować – woń kobiecej chcicy musi potężnie wzywać mężczyznę do czynu.

Międli długą brodawkę w palcach, aż Elżbieta syczy ostrzegawczo, bo te niedelikatne manipulacje powodują ból, i patrzy na niego zaskoczona.

„Sycz sobie, sycz, krówko. I tak będziemy doić do białego rana, niech tylko zaciągnę cię do sypialni. No mercy.

– Ciii, Eluś. Taki fajny ten suteczek, dobrze by go było wydoić. Spróbujmy. Delikatnie. Przepraszam. Będę ostrożniejszy.

Pochyla się do niej i bierze wymęczony sutek do ust, obślinia, łaskocze językiem. Krótko.

– No, przepraszam, przepraszam. Już nie będzie bolało – kłamie, bo jak tu nie nacisnąć zębami, nie wypróbować ich konsystencji, nie zassać, nie rozciągnąć tak mocno, jak tylko się da.

Czyni swoje eksperymenty pośpiesznie, by pięści dziewczyny nie zdążyły się zacisnąć i zebrać do obrony.

Teraz drugi sutek. Ślini demonstracyjnie palce, ściska opuszkami nasadę brodawki, potem rozsmarowuje ślinę po całej długości żywego, drobnego wymienia. Robi to bardzo szybko, jakby bał się kontrakcji. Ciągnie ku sobie sutek, przeciąga go między palcami, próbuje ją wydoić. Nie umie, bo nic nie leci.

– Dobrze to robię, Eluś? Pokaż, co robię źle. Przecież ty umiesz, pokaż jak to się doi. Chcę choć kroplę mleka.

Oboje rozumieją się bez słowa, że mleka nie ma i nie będzie, bo dziewczyna jest jałowa, niezapłodniona, ale instruktaż i na jałówce można przeprowadzić.

Głosy zza ścianki ucichły. Widocznie towarzystwo podsłuchało jego prośbę i młode babska są ciekawe, czy jeszcze czegoś pikantnego uchem nie wyłapią. „Tak się rodzi w człowieku agreksofilia, wy głupie, ciekawskie piczki.”

– Oj, nie jestem krową. Uspokój się. Puść – szepce Elżbieta tak, aby tylko on usłyszał.

Gapi się na jego wybrzuszone od erekcji spodnie. Ma świadomość obecności tuż obok ucichłych podsłuchiwaczy. Działanie nieustających w męczeniu brodawki palców, które molestujący partner znowu nawilża śliną, bo wyschły, dezorganizuje jej próby przeciwstawienia się mężczyźnie.

– Mam mocniej ciągnąć? Szybciej? Jak, Eluś? Powiedz. Zawsze chciałem się nauczyć, jak doić mleko, a ty przecież na wsi tyle lat…. doskonale potrafisz. Dobrze?

– Przestań już. W domu ci wszystko pokażę. Teraz nie, bo nie jesteśmy sami. Słuchają. – Mężczyzna ledwo ją rozumie, tak cicho szumi powietrze poruszone strunami w gardle przytulanki.

Dziewczyna macha ręką, pokazuje znacząco za plecy, w stronę kabiny, gdzie panuje cisza.

– Dobrze, cichutko – on przykłada palec wolnej ręki do ust, gestem nakazującym ciszę i milczenie.

Patrzy w jej ogłupiałe oczy. Sięga w stronę koszulek i zdejmuje najbliższą z wieszaka, wciska Elżbiecie w garść. Druga ręka nadal zaciska się na brodawce. Trzyma ją stanowczo, żeby krówka mu przypadkiem nie zwiała.

– No, przymierzaj. Najpierw buziak! – szepce głośniej.

Całują się. Mężczyzna głośno, prawie cmoka. Dziewczyna biernie, swoim brakiem entuzjazmu sugerując niechęć.

Dopiero teraz uwalnia sutek i rozpina górny guzik jej spodni, klepie dupę pieszczotliwie.

– Ściągaj spodnie, Ela – mówi głośniej, łamie wcześniejsze ustalenia o ciszy, robi to najzupełniej celowo.

„Ale zakłopotana bidulka” – zastanawia się, jak daleko można poprowadzić ujęcie tego jeszcze nie pornosa w sklepowej pakamerze. Na razie soft-pornosa. Podoba mu się sytuacja.

****

Z każdą przymierzoną koszulą Elżbieta jest zalotniejsza. Okazywany przez mężczyznę podziw, prawione co chwila dusery sprawiają, że czuje się coraz swobodniej. On się także dobrze bawi, a erekcja mniej męczy, bo ostentacyjnie poprawił kutasa w spodniach.

W chwili refleksji szuka poetyckich metafor, wszak każdy ma chęć być czasem poetą.

Ciało dwudziestotrzylatki wynurza się na zakończenie każdej kolejnej próby przymiarki niczym spośród piany i fal. Różna jest barwa metaforycznych wód, bo różna jest kolorystyka bielizny. W tym dziewczęcym, spokojnym i rozluźnionym ruchu, (bo już tyloma komplementami ją obdarzył, wiele ciepłych męskich słów padło, wiele spojrzeń – dlatego czerwonogłowa niemal z radością się obnaża, oczekuje dalszych czułych słówek, jest pewna akceptacji jedynego widza)… Więc w tym dziewczęcym, zalotnym ruchu jest wdzięk i harmonia, dlatego mu piana i fale przychodzą na myśl, ale potem krzywi się w duchu z samokrytyką. Mógłby się lepiej postarać.

„Wierszokleta się znalazł za dychę, co nawet jednej linijki porządnie nie umie sklecić.”

Mężczyzna waha się między błękitem i seledynem koszulki, bo te o barwie majteczkowej różowości kompletnie mu nie odpowiadają. Ta seledynowa zdaje się być cieplejsza, ma grubszy materiał – prawdziwa ciepła koszulka i tę chce dla niej wybrać, a Elżbieta stojąc przy lustrze w samych figach akceptuje sugestię.

Potem się trochę szamocą jak małe dzieci, bo on próbuje swojej partnerce zerwać majtki.

„Kurwa, podrę ci te gacie, Elka. Co ty sobie myślisz, że mnie, znanego łobuza, na to nie stać?”

Ich chichoty i przekomarzania są głośne, więc w tamtej, zajętej przez klientki, kabinie zapada znowu napięta cisza.

– Przestań. Nie przymierza się bez potrzeby bielizny na gołe ciało, a już majtek to w ogóle… – Protestuje z uśmieszkiem jego wy-bladzona i wy-piegowacona dziewczyna.

Mężczyzna obejmuje od tyłu Pomorzankę w pasie. Robi to jedną ręką, unosi, aż ona wierzga przed lustrem stopami w samych skarpetkach, chichoce. Nieco zaskoczony gapi się na odbicie przemoczonego od soków krocza figlarki, krocza, które co chwila się otwiera – tak swobodnie wywijają jej kolana przy beztroskim, rozbawionym tańcu nóg. W kabinie pachnie cipą, może też pachnie kutasem, ale tego przecież faceci w takiej chwili nie czują.

„No, patrzcie, patrzcie, moja słodka dziunia już kapie. Kap, kap ze źródełka.”

Ona coś w sobie ma, gdy się wyzwoli ze sztywności, gdy zapomni o kompleksach, gdy się ociera o uszczęśliwienie. A tak niewiele jej potrzeba, dziewczynie z trudnym życiorysem, bo opowiedziała mu to i owo. Elżbieta życia usłanego różami na pewno nie miała.

To uszczęśliwienie i radość partnerki podnieca mężczyznę nagle jeszcze bardziej, dużo bardziej niż dotychczasowe sukcesy w emocjonalnym szantażu. Strasznie przytulanki zapragnął, od wieków tak mu się nie chciało. Zaraźliwie działają pozytywne emocje najmłodszej ze znanych mu rozwódek.

Wolną ręką znienacka nakrywa pagórek sromu, wita się z cipą. Kutas w tej samej chwili wbija się w jej przyciskany do brzucha pośladek. Oj, zerżnąłby ją teraz, nie ma dwóch zdań.

– Piotruś, uspokój się. Kończmy te zakupy i jedźmy już. Ja też… – odwraca głowę i szuka jego ust, słowo „chcę” nie pada.

Uda kobiety się zaciskają, jakby pragnęły uwięzić wszędobylskie palce napastnika, każdego ze swawolników, i nie chciały pozwolić im odejść, albo inaczej – jakby usiłowały całą piątkę łącznie z kciukiem unieruchomić, bo boi się sama siebie i swojej reakcji na orgazm, który będzie nieunikniony, jeśli ten bezwstydnik będzie ją dalej tak obcesowo molestował.

– Całe majty mokre, Eluś. Chyba trzeba cię zerżnąć, natychmiast. Szkoda czekać – szepce głośno, żeby te pizdy z kabiny słyszały.

Kompletnie mu odwaliło. Umrze jeśli jej nie wsadzi, nie wytrzyma, musi ją zerżnąć.

– To grzech nie wyruchać takiej napalonej cipki – mruczy.

– Piotruś, nie teraz, proszę – opór ciała słabnie, ale mózg dziewczyny jeszcze się nie poddaje, błaga o rozsądek.

Ale on już chce ją nadziać. Dawno nie był taki napalony. Może wtedy z tą jedyną kochanką, jaką miał i na której mu zupełnie nie zależało.

Jeden, jedyny raz (a może w sumie dwa razy, choć ten drugi raz nie był aż tak godny zapamiętania), zabrał niekochaną kochankę do siebie na wieś na pół weekendu i za pierwszym razem wyruchał jak sukę, jedną nogą klęcząc na materacu, a drugą stojąc na podłodze, chujem przewiercając ją na wylot, przybijając do materaca. Jak nigdy w życiu ją wyruchał, aż niemal płakała, że traktuje ją niczym deskę w tartaku – no tylko sens żalów był taki, bo innych słów używała w skargach. Potem drugi raz przed kominkiem od niechcenia pieścił ją godzinę bez litości. Wreszcie, usatysfakcjonowany niemal nieprzytomną gotowością i przychylając się do konsekwentnych niemych zachęt kochanki, bez pośpiechu pławił kutasa w jej cipie, ocierał kobiece wnętrze bezboleśnie lub uderzał w sklepienie pochwy gwałtownie, co musiało ofiarze sprawiać dobry ból, jego kutas pracował regularnie jak tłok silnika na pustym highway’u, orgazm czekał cierpliwie, aż jego niekochaną partnerkę chwycą spazmy. Skurcze przeszywały ją wielokrotnie, chyba wpadła w totalną trzęsionkę wszystkich kobiecych organów i mięśni, i długo nie potrafiła się z tego wyzwolić, a wszystko to sprawiły oczy – wyjątkowo długo rozmawiały ze sobą ich oczy, czy raczej to był monolog, bo on ją oczami przepraszał, że ja cię, kurwa, nie kocham, i to pierdolenie jest jedną z niewielu rzeczy, które jestem ci w stanie, kurwa, dać. To drugie ciupcianie było bardziej niezwykłe niż pierwsze. Właśnie z powodu oczu. Bo oczy zwykle po wstępnych igraszkach schodzą na dalszy plan, oddając pierwszeństwo innym zmysłom, głównie dotykowi, zapachowi i smakowi. Tamtym razem było inaczej. Oczy dłużej, bardzo długo ze sobą gawędziły, i ta pogawędka bez słów tę kobietę, jedyną w życiu kochankę, zmyliła, wycisnęła z niej wszystkie kobiece soki i obdarowała wieloorgazmiczną symfonią, jeśli takiego taniego porównania można użyć. On z kolei też przeżył coś niezwykłego, o czym czytał tylko w publikacjach o ars amandi i seksuologii, i wcale w to przed rżnięciem kochanki nie wierzył.

– Eluś, nie broń mi. Tylko chwileczkę, tylko ci wsadzę i zaraz idziemy do kasy. Nie będę kończył, tylko wsadzę na chwileczkę, zobaczę jak to jest i już pędzimy na wieś. – Głos mu się aż zmienił z pożądania.

To taki naiwny bajer. Która by uwierzyła, że wsadzi i nie skończy, skoro widać, jaki jest napalony. No ale co taka bidulka może zrobić w podobnej sytuacji? Najczęściej przyjmuje los jakim jest, nie ma innego wyjścia.

Opuszcza czerwonogłową na wykładzinę i dość stanowczo pochyla jej tułów do przodu.

„No, oprzyj się, dziunia, o stoliczek.”

Wszystkie komplety bielizny, ten czarny też, spadają na podłogę strącone w niekontrolowanym pośpiechu. Naga dziewczyna opiera się o półkę-stolik, ale nie, nie jest wystarczająco wypięta, więc Piotr zmusza ją by się obróciła i wsparła rękoma o stołeczek dla krasnoludków, co ją eksponuje bardziej. Ciasne, skromne w kroju figi wpijają się w srom, który wypina się ku niemu bezwstydnie, obscenicznie.

Elżbieta odwraca głowę, ten niekontrolowany wyraz przestrachu na twarzy, „nie skrzywdź mnie.” Mimo ekscytacji, widzi jej cichą prośbę. To jest taki ewolucyjny odruch, nie wiadomo po co wykształcony przez tę mądrą w ogólności ewolucję, lecz jednak czasem w szczegółach omylną, bo co może taka niema prośba samiczki wyrażona wystraszoną buzią? Czy ogarnięty pasją do rżnięcia samiec zwraca na takie minki bez sensu uwagę? Może to gest dla samców gamma, niepewnych siebie, przewrażliwionych, z trudem poddających się prądowi chwili. On nie jest samcem alfa, ale nim się w tej chwili czuje i ją bezlitośnie przerżnie.

Nie zdejmuje ręki z napiętych, kościstych żeber przytulanki. Na wszelki wypadek, odruchowo kontroluje, aby mu się nie poruszyła, nie przeszkodziła w tym, co chce młodej rozwódce zrobić.

Męskie palce wsuwają się między nasadę ud, chwytają wydęte pod majtkami fałdy sromu. Ściskają. Kontrola, czy fałdki cipy są tłuściutkie. Jego dawna zabawa w intymne obmacywanki z małą, która, jak wiele lasek, miała swoje aberracje związane z odchudzaniem. Mówił jej często: „Możesz się, kurwa, wszędzie odchudzać, ale nie tu. Jak odchudzisz cipę i fałdki nie będą takie jak lubię, to wiesz.” Na co mała zawsze z chichotem: „Wiem. Wpierdol.” To był jeden z niewielu ich standardowych, często powtarzanych rytualnych dialogów, w którym używał wulgaryzmów. Bo mała to oczywiście na każdym kroku bluzgała łaciną. Nawet ostre lanie by nie pomogło. A on w ogóle nie potrafił jej uderzyć, choć się dopominała w poczuciu winy. Chciała być grzecznie mówiącą przyszłą mamą i wychować ich dzieci tak, aby nie nadużywały przekleństw.

Cipa Elżbiety jest jędrna, wydatna, zdrowa, Piotr ma dużo ciała do wymacania i syci się jego wilgotną, żywą sprężystością.

Można podszczypać i sprawić trochę bólu, gdyby się chciało, a mężczyzna ma na odrobinę sadystycznej zabawy ochotę, ale woli w tej sytuacji nie ryzykować.

– Fajna, tłuściutka cipka – mruczy jej zadowolony.

– Nie ruszaj się, proszę. Teraz nie wolno.

Kieruje obie ręce w stronę bielizny dziewczyny. Podważa z obu stron palcami krawędzie majtek w kroku, odciąga od ciała, materiał krocza skąpych dessous zgniata, rozciąga, próbuje upodobnić do cienkiej nitki stringów, taki z niego lubieżnik przez chwilę, chce tę tłusta cipę oglądać z bliska w całej okazałości jak onanista przed ekranem.

Oczekiwany, zniesmaczający i podniecający zarazem efekt przemiany bielizny w stringi pojawia się przed oczyma, aż musi odsunąć głowę, by go podziwiać. Rąk przezornie nie odrywa od ciała rudogłowej. Jedna powraca na grzbiet, a raczej w okolice krzyża dziewczyny, a druga osiada na biodrze i na tyłku, na tej najbardziej mięsistej ćwiartce pośladka, którą siostrzyczki wybierają zwykle do iniekcji. To taki na wszelki wypadek odruch, aby zapobiec ucieczce krówki przed pokryciem.

Krocze Elżbiety wygląda przedziwnie. Przytulanka ma nietypowe wargi sromowe, widział je tydzień temu i już wtedy wzbudziły szok. Kiedy zobaczył cipę, musiał ukryć niesmak, żeby młodej nie sprawić przykrości.

Wargi sromu są ciemne i mocno pomarszczone, bardzo grube, jakby zlepiono je ze złożonych na pół skrawków wytrzebionej moszny. Podobieństwo jest niezwykłe, porażające.

„A, fe, ale brzydactwo” – myśli równie zniesmaczony jak tydzień temu.

Jednocześnie jest zafascynowany, napalony do utraty kontroli. Dziewczyna wygląda z paseczkiem zwiniętych na kroczu majtek jak shemale – fałdy moszny nie-moszny wystają po obu stronach tasiemki, w którą zmienił się materiał, szpara pochwy nie-pochwy jest przez nią zasłonięta. Zdjęcie z typowego pornograficznego pictorial’a. Z samego środka cyklu niegrzecznych obrazków. Bo na początkowych fotkach serii ubrana seksownie shemale wygląda ślicznie, czasem ładniej od pięknej dziewczyny. Potem stopniowo rozbiera się. Gdy ciuchów coraz mniej, pojawia się u widza zastanowienie i wątpliwość – amator wdzięków dotarł do środka pictorial’owej historii, kiedy coś już wiadomo, ale jeszcze nie ma pewności, czy bohater serii to kobieta czy facet. Dopiero końcowe zdjęcia pozbawiają złudzeń, okropne samcze genitalia wyłażą całkiem na wierzch, stają w gardle. A fe, taka śliczna buzia, takie urocze (czasem) cycuszki… a tu obrzydliwy chuj, który burzy cały zbudowany podczas przeglądania fotek efekt, choć równocześnie dreszczyk fascynacji przelatuje po plecach.

„Mój mały, wstrętny chłopczyk do zerżnięcia” – myśli o Elżbiecie.

„Fajnie, kobieco pachną jaja tego rudowłosego pazia, zaraz mu rozerwę dupę.”

Jeszcze nie uprawiał z Elżbietą seksu analnego. Mówiła tylko w łóżku, bo pytał, że już to robiła i nie ma z analem ani mentalnych ani cielesnych problemów. W zasadzie była chyba skłonna dać mu dupy już podczas pierwszego weekendu, ale nie był zainteresowany. Teraz jest inaczej.

Pomarszczony pierścień wokół zasłoniętego wyjścia odbytu jest obszerny i ciemny. Jego pigmentacja jest identyczna jak na udających mosznę wargach sromowych. Przez chwilę pierścień kojarzy mu się z czarnym centrum tarczy strzelniczej. No, właśnie tarczy. Zaraz wyciągnie lufę i wymierzy w ciemne centrum, rozerwie je od pierwszego wystrzału jak prawdziwy, bezlitosny snajper.

Piotr rozpina suwak, uwalnia kutasa. Wsłuchuje się w szum otoczenia. Tamte baby z kabiny chyba już poszły, bo w hałasie zagłębia handlowego żadnych bliskich dźwięków nie daje się wyłapać.

Ela po raz kolejny odwraca głowę. Ten błagalny, niekontrolowany grymas, „nie krzywdź mnie”, znowu pojawia się na czerwonej jak burak twarzy. Jego wy-bladzona dziewczyna jest czerwona nie tylko na piegowatej buźce, kolorowa jest też szyja, a uszy to w ogóle purpura albo już niemal fiolet. Młoda rozwódka przeżywa rozdwojenie jaźni: bardzo chce i jednocześnie się wstydzi.

– Co ty robisz? – Przytulanka jeszcze nie wierzy, że Piotr chce ją spenetrować.

Kobiety są jakieś inne. Wypięła się, aby mu dać, cała jest dostępna, bo ten paseczek materiału to żadna przeszkoda, cipa ocieka wilgocią, podniecona i spragniona, a ona się pyta, co jej robi. Cholera, one są naprawdę inne.

– Nic, nic, Eluś. Tylko ci wsadzę na chwileczkę. Przecież tutaj nie możemy się kochać. Ale na chwileczkę wsadzę, żeby sprawdzić jak bardzo jesteś w cipce mokra – okłamuje.

Bo to nieprawda. Chce jej wjechać w odbyt. Prawie na sucho. Nie ma ze sobą żelu, ani czegokolwiek, co by mogło ją nawilżyć. Zostaje tylko ślina i ta strużka, co mu się ciągnie z kutasa. Tak mu się chce, że nic go nie powstrzyma. Będzie bolało i będzie awantura. Już wie, że będzie. Ale jej kupi te wszystkie fatałaszki w darze, ułagodzi, przeprosi. Powie, że jest wspaniała i nie chce żadnej innej samiczki, ale czasem musi przyjąć od niego ból.

Odciąga materiał bielizny na bok. Wielki pomarszczony pierścień wokół ciaśniejszego otworu widać w całej okazałości, szpara cipy nagle go czaruje swoim polakierowanym blaskiem gęstej wilgoci, wrażenie moszny znika jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki, którą to, pełną krwi, własną różdżkę trzyma teraz w ręku, na jej czubek nawija tę nitkę śluzu, który mu się ciągnie z ujścia cewki.

W ciszy wypuszcza strużkę ślinę na dłoń, naciera twardy, jędrny czub. Potem oczywiście dochodzi do praktycznego racjonalizatorskiego wniosku, by wykorzystać trochę jej kobiecej wilgoci.

Ręce już nie są potrzebne do nawilżania, ręce są teraz niezbędne, aby ją trzymać. Bo krówka gotowa uciec, gdy ją boleśnie dźgnie.

– Nie ruszaj się, Eluś – to już nie prośba, ale groźne warknięcie: „tylko mi rusz dupą, a zobaczysz”.

Przejeżdża kutasem po ciemnej linii kobiecego sromu, dostaje się między wargi, maści głowicę kopulacyjnej pięści śluzami z przedsionka pochwy.

– Oj – syczy jego krówka z akcentem, który trudno zinterpretować, ale ponieważ biodra dziewczyny lekko wychodzą naprzeciw i omal go nie wchłania do środka cipy, już wie, że dziunia tak dotąd niewinnie odgrywająca rezerwę, nabrała nagle ochoty. Albo chce jak najszybciej zakończyć zawstydzającą scenę i uciec z tego sklepu.

Biodra blisko bioder. Mężczyzna maca na oślep, prawie się na niej kładzie, szuka piersi, łapie długie, łatwe do kontroli wymię, ściska na próbę.

– Boli, przestań – przykre doznanie musi być silne, skoro Elka mimo podniecenia protestuje.

W gorączce chwili przesadził, słabo się kontroluje.

– Nie ruszaj się, bo ścisnę – ostrzega już bez ogródek.

Dobrze by było złapać dziewczynę także za drugą brodawkę, byłaby kompletnie na jego łasce, ale potrzebuje przewodnika, który ślepca przeprowadzi przez ucho igielne. To może przesadna metafora, lecz trochę prawdy zawiera. Ciemne centrum tarczy strzeleckiej wydaje się ogromne, a kółeczka dziesiątki, które powinno być w jego środku, nie widać, trzeba się domyślać, gdzie jest, trzeba uderzyć na wyczucie. Tyle razy to robił, da radę.

Cały kutas zastygł w jedności z nabrzmiałą obiecująco prostatą, to nabrzmienie czuje rozkosznie w środku, chce tylko jednego. Piotr pewnie przymierza wilgotny, znowu śliniący się czub do właściwego miejsca.

– No, co ty? Piotruś, oszalałeś. Nieeeee – jęczy Elżbieta, przechodzi w cichy syk rozsierdzonej żmiji, ale jej biodra ani drgną, bo czuje ostrzegawczy uścisk na brodawce.

Piotr naciska. „Jak cudownie” myśli.

Napiera i czeka cierpliwie, aż pod naciskiem brama się otworzy. To sekundę albo dwie potrwa, lecz muszą ulec mięśnie stremowanej rudogłowej. Będzie ustępowało jej ciało pod naciskiem, jak śnieg by zgęstniał i stopniał pod gorącem kutasa.

– Boli – skarży się dziewczyna, choć jeszcze jej nie boli – to tylko wiedza albo przeczucie, że będzie nielicho cierpieć, jak jej wsadzi.

– Eluś, rozluźnij się… Nie… Zaciśnij brzuch tak jakbyś chciała zrobić kupę, wtedy nie będzie bolało i wejdę bez problemu – doradza i rozkazuje bez cienia współczucia, żeby przypadkiem nie liczyła na litość, bo okazanie teraz zmiłowania tylko by jej cierpienie powiększyło.

– No, rób kupę – warczy i ściska mocno jedyną brodawkę, którą może kontrolować, wykorzystuje ją zgodnie z planem.

Wszystko dzieje się w jednej chwili. Słychać bliski hałas, głosy ludzkie, kutas zdobywa pierwszą fortecę, która go powstrzymuje w środku jak dłoń w suchej rękawiczce, i prze w głąb. Przewodnik już niepotrzebny, więc można wziąć w jasyr drugie wymionko, mężczyzna maca ręką i molestuje wolną, choć wcale nie ospałą pierś, nieprzytomnej z nadmiaru wrażeń dziewczyny.

Elżbieta wpada nagle w dziwny, niespodziewany zwierzęcy cykl skurczy, mężczyzna czuje je poprzez odbyt na kutasie, który ugrzązł i nie może się posunąć dalej ani o milimetr. Jego chęć wytrysku nie ma żadnych szans na realizację.

– Tu mamusiu, tu. W tym czerwonym domku będziemy się bawić – woła dziecięcy głos.

Szarpnięta gwałtownie pluszowa kotara koloru burdelowej purpury otwiera widok korytarza i ukazuje się sylwetka chłopca, który wykonał owe bezceremonialne pociągnięcie.

– Co ty, wujku tutaj robisz? – pyta dziecko zaskoczone, że obcy ludzie są w środku jego czerwonego domku.

Z korytarza wyłania się matka, przystojna twarz kobiety przed czterdziestką, która zastyga w geście zaskoczenia i zażenowania, wręcz przestrachu.

– Och, Karol! Idziemy!

Matka łapie chłopca za kaptur ocieplacza jak suka szczenię, odciąga. Nie patrzy na nich. Wzrok ma z zakłopotania, wręcz przerażenia, wbity w podłogę. Oboje znikają z pola widzenia.

„Och, kurwa!”

****

Mężczyzna płacił za wszystkie ciuchy, nawet ten czarny kurewski komplet, u młodziutkiej, zgrabnej subiektki. Cztery nocne koszule, trzy zestawy bielizny. Spory wydatek, ale nie czuł wyrzutów sumienia z powodu rozrzutności.

Spoglądał na sprzedawczynię wyniośle i ponuro, a kasjerka unikała jego wzroku jak mogła. Matka Karolka najwidoczniej zdążyła młodej kobiecie wykrzyczeć szeptem swoje oburzenie. Czy szept się nadaje do wrzasku? Ej, chyba się nadaje do pełnych emocji skarg, bo nagłe spotkanie w kabinie niemal nie przyprawiło tej nieznanej matki o apopleksję.

Dobrze, że nie wezwano ochrony.

Druga pracownica sklepu patrzyła na nich z oddali i na dodatek żuła gumę, co nie pozwalało stwierdzić, czy jej IQ przybiera równie znaczącą wartość jak jej wystudiowana uroda.

Elżbieta chowała się mężczyźnie za plecami i nie podniosła głowy nawet na moment, gdy szli w kierunku sklepowych bramek i ku wyjściu na parking. Cała czerwona, jak kwiaty zapamiętane z dzieciństwa – piwonie.

Tuż za śluzą, w mroku przemieszanym ze światłem latarni handlowego zagłębia, przytulił dziewczynę do piersi.

– Przepraszam cię, Eluś. W domu ci wyjaśnię. Jesteś wspaniałą kobietą. Przepraszam.

Szczerze przepraszał i naprawdę myślał, że jest cudowną kobietą.

– Boże, myślałam, że się zapadnę pod ziemię ze wstydu – odpowiedziała cicho jesienno-zimowa przytulanka i nie próbowała go odepchnąć.

W domu, gdy już bez pośpiechu poszli do łóżka, rozmawiali.

– Bosz, nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. Tak mnie wzięło – przyznała się.

– Podjarałaś się? Jedna na sto byłaby do tego zdolna. Dobrze. To dowód twojej kobiecości. Czegoś się o tobie dowiedziałem. Cieszę się. Daj buziaka. Przepraszam.

Kobieta osiągająca orgazm podczas analu to rzadkość. Chyba prędzej facet, bo facet ma prostatę, a więc dupa faceta jest jakby portalem do jego rozkoszy. Jeśli już przezwycięży różne tabu i męski wstyd, że dawać dupy to niemęska igraszka. Niech się geje w to bawią, myśli każdy konserwatywny facet.

Wyciągnął K-Y i pokazał Elżbiecie małą tubkę, powiedział do czego jej użyje. Powoli wzbudził w niej pożądanie i gotowość, kazał się położyć wygodnie na brzuchu.

Misterium przygotowań odbyło się ze wszelkimi szykanami. Obwąchał i obcałował jej tyłek, wyjął nawilżone chusteczki dla niemowląt z witaminą E i mył jej całe krocze, ale oczywiście najdokładniej ciemne centrum tarczy strzelniczej. Wstydziła się i narzekała. Musiał ją zapewniać, że nie robi tego z chusteczkami dlatego, że wątpi w jej higienę i umiejętność dokładnego mycia w łazience; tylko że to taki rytuał intymny, któremu poddaje drogą mu kobietę. Okolice odbytu są erogenne, można też otrzeć się o łechtaczkę, cząstkę ciała, tak pięknie nazwaną w polskim języku, odwiedzić wargi jedne i drugie, zdobyć zaufanie. Taki rytuał jest słodki i zbliżający kochanków.

Wrócił jeszcze do obmacania jej fałdek, co łatwiej było zrobić od tyłu, ale co czynił często małej niezależnie od pozycji, bo to była ich uzgodniona i wypracowana sztuczka ars amandi, bardzo przez małą lubiana.

Wytłumaczył Elżbiecie, o co chodzi z tymi macankami. Niech się przypadkiem nie odchudza za bardzo, bo on chudych cip nie lubi, muszą być tłuściutkie i już. A jak nie, to albo kary cielesne albo adieu. Pożartowali sobie trochę, poprzytulali się, ale tylko troszeczkę, bo musiał ją przecież w końcu przerżnąć. Kutas się tego stanowczo domagał.

Delikatnie spenetrował odbyt dziewczyny nawilżonym przez żel palcem, tak głęboko jak się dało i tak dokładnie jak się dało, całą tarczę nasmarował, aby sprawić przyjemność właścicielce strzelnicy, bo to czułe miejsce. Potem były dwa palce. Trzech już nie zaakceptowała, choć niektóre kobiety i na to się godziły. „Nie, nie, dwa w zupełności, Piotrze, wystarczą, możesz próbować.”

A gdy się z nią droczył i jeszcze ją palcami posuwał dla rozgrzewki, zamruczała.

– No, chodź już, Piotruś, bo zwariuję. Chodź, proszę.

Przerżnął ją w tyłek bezproblemowo. Materac odbijał pomocnie ich złączone, drgające biodra. Czuł, że Elżbieta analne igraszki lubi, potem radował się, kiedy jego młodziutka nimfetka ponownie odpalała, już nie tak mocno jak w sklepowej kabinie, ale całkiem-całkiem przyzwoicie ją wstrząsnęło i jękiem rozśpiewało.

Skoro lubiła ruchanie w dupę, robili to od czasu do czasu. Dziesięć bzykanek naturalną drogą, jedno w tyłek i tak od nowa. Kiedyś samiczki pra-pra-przodków miały tylko jedną, wspólną dziurę do ciupciania i do innych czynności fizjologicznych, więc tak naprawdę tylko tych pra-pra-przodków naśladowali.

W sumie szybko zaprzyjaźnił się z Elżbietą. Wszystko zapowiadało udaną relację i powoli zaczęli planować przyszłe posunięcia.

To wtedy, drugiego weekendu, metaforycznie odzyskał swoje imię i ugasił wstyd, jaki w nim pełgał skrycie od haniebnego spotkania z White Coco. Czy sprawił to upływ czasu, czy co innego, nad tym się nie zastanawiał.

Przejdź do kolejnej części – Elżbieta III. Terapeutka amatorka

——————

Tekst chroniony prawem autorskim. Opublikowany w witrynie najlepszaerotyka.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i publikacja w innej witrynie bądź przedruk tylko za zgodą autora.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobry wieczór!

Druga część "Elżbiety" to wciąż podróż w znajome klimaty, eksplorowanie codzienności, z niewielką tylko domieszką transgresji. Sytuacja wyjściowa jest właściwie banalna (przebieralnia w sklepie odzieżowym – w iluż to już tekstach było…) jej rozwój – przewidywalny, może z wyjątkiem ostatniego zwrotu akcji. Ale sposób, w jaki to wszystko zostało opisane, zasługuje na pochwałę.

Jak zwykle dla Autora ważniejsze od samego aktu seksualnego jest to, co do niego prowadzi, stopniowe czarowanie/osaczanie "ofiary", zdobywanie psychologicznej przewagi, "dominacja". Niektórym się to spodoba, innych znudzi – w moim wypadku początkowe zainteresowanie stopniowo było coraz mocniej zabarwione zniecierpliwieniem.

Jeśli jest coś, co przeszkadza mi w odbiorze "Elżbiety" to jest tą sprawą główny bohater. W pierwszym rozdziale miałem dopiero nieokreślone przeczucie, teraz osiągnąłem pewność: ja zwyczajnie nie lubię tego apodyktycznego typa. Nie podoba mi się jego poczucie wyższości wobec "dziewczyny ze wsi", i sposób w jaki stara się ją "tresować", a w istocie – uprzedmiotawia. Drażni mnie jego rozwichrzona i zabarwiona hipokryzją lubieżność – z jednej strony nie podoba mu się seksowna bielizna, którą chce wybrać Elżbieta, z drugiej – nie ma problemu, by wykorzystać ją analnie w szatni, w dodatku bez jej zgody.

Zazwyczaj nie mam nic przeciwko antybohaterom. Sam takich tworzę. Ale akurat "Piotruś" wkurza mnie wyjątkowo. Oczywiście nie zniechęci mnie do kolejnych "Elżbiet", bo to bardzo dobrze napisana seria – ale jednak jego perspektywa wyraźnie psuje moje wrażenie. No i doprawdy nie rozumiem, co tytułowa bohaterka widzi w tym nadętym facecie.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Zgadzam się z Megasem.

Miss ostatnio napisała, że "Piotruś" to przeczołgany przez życie bohater. Dla mnie on nie jest przeczołgany przez życie – to wyrażenie odbiera mu wolę i aktywny udział w "czołganiu". To jest typ faceta, który, wiedząc wszystko najlepiej, nie znajduje własnej winy w swoich życiowych niepowodzeniach, obciążając odpowiedzialnością wszystkich (głównie napotykane kobiety) naokoło. Szorstka narracja z pozycji starego satyra może się niektórym podobać, mnie nie zachwyca.

Ruda Ela też do mnie nie przemawia – mimo odczuwania pewnej solidarności w związku z jej pochodzeniem.

Natomiast to co mi się podoba, to ta wspominana już przez wielu "zwyczajność". Zwykłe scenerie, zwykły wygląd bohaterów – odbiegający od lansowanego ideału piękna, zwykłe problemy, pozwalają dostrzec niezwykłość codzienności.

A tak na marginesie – "dziunia od AM" pasuje mi do Twojej dziewczyny. Siedzi sobie taka lekko zażenowana, wstydliwie przechyla rudą główkę, ma piękne rumieńce na policzkach, rękami zasłania – nie zasłania łona. Taka "chcę i boję się". 🙂

Pozdrawiam
Rita

Odbiór postaci głównego bohatera jest zastanawiający. Żadne fragmenty – a są takowe – nie zostały uwzględnione na korzyść Piotrusia, można by dodać przymiotnik Czarnego zresztą. Postać miała być "gnojem", gorycz go takim uczyniła poniekąd, ale aż tak negatywnie nie starałem się go kreować. Hmmm. Dziękuję za pogłębione analityczne uwagi. Chyba macie rację, drodzy Czytelnicy.

Rito, chyba muszę ulec i wybrać zgodnie z Twoją sugestią. Coż, życzenie czytelniczki jest… niemal rozkazem.
Pozdrawiam Wszystkich, Czytelników i Autorów

Cóż, najwyraźniej wyszło Ci lepiej niż myślałeś 🙂 A może po prostu przez brak kontekstu (nie znamy wcześniejszych losów Piotra) wyciągamy na jego temat błędne wnioski.

Tak czy inaczej, gość jest na tyle antypatyczny, że aż zapragnąłem poznać tą historię z perspektywy tytułowej bohaterki. Bo bardzo mnie ciekawi, co też ona w nim widzi.

Pozdrawiam
M.A.

Całą odpowiedź diabli wzięli, więc jeszcze raz…
Oczekiwania Elki są standardowe: opieka, trwały związek, macierzyństwo. Ma doświadczenia (niewielkie ale ma) ze związku ze starszym. Obserwuje takie związki w otoczeniu. Umówili się przecież na próbę: wyjdzie albo nie wyjdzie. Piotr był sceptyczny(pierwsza część). Póki co wywiera dobre wrażenie. Nie ciągnął jej do łóżka, kupuje praktyczne prezenty. Nawet scenę w przebieralni można odebrać jako komplement albo dowód chemii między nimi.

Trudno jest się nie zgodzić z przedmówcami. Bardzo bardzo paskudny typ. Panna w zasadzie budzi niewiele lepsze odczucia. Samym faktem, że się zgadza na taki układ. Oboje tacy gnuśni. A jednak chce się czytać. Z niesmakiem, lekkim obrzydzeniem, coś ni to ślimak ni robal. A taki swojski.

Drugi odcinek, czyli starcie z ogranym motywem przebieralni, ale w oryginalnym wydaniu. Przyznam, że bardzo mi się podoba, choć Piotr rzeczywiście nie wzbudza sympatii mimo moich szczerych wysiłków. Ten, który wie wszystko najlepiej, jak zauważyli już moi przedmówcy; lecz jednocześnie też egoista pod względem erotycznym – chce teraz i natychmiast, wbrew oporom partnerki. Oczywiście, można rzec, że przecież jej też było przyjemnie (do pewnego momentu…), ale to powolne łamanie jej oporów, omotywanie jak pajęczyną… Może tym gorzej reaguję na postać męską, że „słyszę” jego myśli. Niemniej styl i sposób prowadzenia narracji znakomity, nie tylko pod względem językowym, ale i w sposobie budowania scenerii, w dbałości o drobiazgi, jak choćby stołeczek dla krasnoludków.

Tym, co zwróciło jednak najmocniej moją uwagę, było wspomnienie niekochanej kochanki – co za niezwykłe zestawienie słów swoją drogą. Mam trudności z interpretacją tej sceny i poczucie, że w obrazie zimnego skurwiela, który urządził sobie laboratorium z przedmiotu „Orgazm kobiety a orgazm mężczyzny”, coś mi umyka, jakaś skrajna emocja, która czai się na progu zrozumienia.
Za ten niepokój wielkie dzięki, Autorze.
a.

Cóż, przyjmuję zasadę, że czytelnik ma zawsze racje. A że autor miał inny zamysł i w duchu nie zgadza się z interpretacją odbiorcy jego tekstu to już zupełnie inna sprawa. Komentarzem sprawy nie załatwię. Fragment opublikowany, zupa się wylała i albo smakuje albo nie.
Faktem jest, że chciałem napisać scenę z przebieralni po swojemu. I jeszcze później kilka innych scen także inaczej. Ktoś stwierdził, że dziwaczę pisząc. Ano, to prawda. Nie lubię banału.
Artimar, dzięki za komentarz, jesteś uważną czytelniczką.
Uśmiechy, Karel

To, co nazywasz dziwaczeniem jest de facto Twoim indywidualnym środkiem wyrazu. Mnie się podoba. Choć nadal będę obstawać przy tym, że bohater jest psychopatą, a najmarniej sadystą. Nie przepadam za wszelkie rodzaju porównaniami do 'byłych’ ale sposób w jaki o tym piszesz sprawia, że wychodzisz obronna ręką z takich retrospekcji.
zooza

Czym skorupka za młodu… tyle mogę powiedzieć na temat mojego „stylu”. O bohaterze nie dyskutuję. Wszyscy, którzy komentują, postrzegają go w negatywnych barwach, a on jest – wydaje mi się – pokazany i z dobrej i z tej gorszej strony, tyle że mało kto widzi tę dobrą. Mea culpa, widocznie źle rozłożyłem akcenty.

Uśmiechy ponowne dla Ciebie, zoozo
Karel

Tutaj troszkę więcej hardcore. Ale również pogłębiają się pewne dysonanse.

Nie postrzegał bym Piotrusia jako negatywnego bohatera, ale jest to facet który ma problemy ze sobą i z przeszłością którą powinien był zamknąć przed następną próbą zawarcia związku. Może leczenie jednej partnerki, drugą, jest popularnym chwytem ale jest on charakterystyczny dla nastolatków, tudzież ludzi niedojrzałych. Częste powroty do „młodej”, rozumiem że to trauma bohatera, ale są niepotrzebne w kontekście nowej znajomości.

Częste dygresje, gra słówek, może zabawna miejscami i dowcipna ale nadużywana i męcząca (to pewnie jedno z pierwszych opowiadań, wiem, ale z sercem komentuję) no i w końcu podejście do: Eluś, El, Pomorzanki, przytulanki itp. Zdrobnienia obłędne, częste operowanie synonimami z nieznacznym tylko poszerzaniem ich zbioru. Czytający (ja) może mieć kłopoty z rozpoznaniem, czy stosowane podejście bohatera do przytulanki ma na celu subtelne wodzenie na pokuszenie, czy prowadzenie krowy przez pole (czasem całun subtelności opada). Na przykład jak dojechałem do tych „suciorków” to odpadłem, miałem wizję że oto, troskliwy bohater zarzuci ciepłą koszulę na swoją krówkę, zaprowadzi do obory i wydoi a następnie zerżnie. Albo odwrotnie: zerżnie i wydoi …

Pozdrawiam,
Mick

Mick,
Wiele słuszności w komentarzach. Bohater człowiekiem niedojrzałym? Z pewnością. Niemniej związek z młodą jest na próbę i oboje partnerzy mają tego świadomość. A słownictwo? Po prostu zrobiłem sobie frajdę i poszalałem.
Uśmiechy,
Karel

Napisz komentarz