Elżbieta I. Początki (Karel Godla)  3.45/5 (26)

24 min. czytania

Poniższe opowiadanie jest publikowane powtórnie w ramach cyklu Retrospektywy. Pierwszy raz pojawiło się na portalu Najlepsza Erotyka 11 lutego 2013 r.

Fragment większej całości.

Spotkanie White Coco spowodowało wstrząs i obniżyło jego samoocenę. Poniechał prób znalezienia towarzystwa na zimowe wieczory. Potrzebował czasu na uporanie się ze wstydem, jaki gnębił go od trwającej raptem trzy kwadranse nieudanej rozmowy, w pewnej kawiarni na skraju centrum handlowego nielubianego miasta. Zminimalizował typowo męską aktywność w Internecie na dobre dwa tygodnie, a żadna spódniczka nie próbowała w tym czasie nawiązać z nim kontaktów via mail. Przez wspomniane dwa tygodnie pochłonęła go bez reszty praca i jak zwykle posłużyła za namiastkę terapii, pomogła wrócić do jako takiej równowagi.

Gdy odchorował fatalną randkę, pewnego dnia włączył komunikator, aby sprawdzić, czy znajome z wirtualnego klubu nie próbowały go łapać tą drogą w czasie nieobecności. Czysty przypadek. Niemal natychmiast po połączeniu z serwerem obca kobieta zaczepiła go, jakby tylko czekała, by się zjawił. Zapewne – tego się domyślał – była akurat w trakcie przeszukiwania spisu użytkowników, filtrowała tych z preferowanego przedziału wieku – dojrzałych facetów. Robiąc to wychwyciła świeżą, niezamaskowaną sesję. Bystre spojrzenie polującej internautki padło na jego nick. Tak zaczęła się historia z Elżbietą.

Początkowo nie był zainteresowany netową łowczynią i nawiązaniem z nią poważniejszego dialogu, który miałby się „urealnić” czyli doprowadzić do spotkań. Hańba incydentu z Izabellą, bo jak inaczej to uczucie zawinionej klęski nazwać, jeszcze bolała, chociaż już odreagował, przełknął wstyd niczym gorzką pigułę.

Uczucie porażki mimo upływu czasu nadal miało posmak piołunu… Pal licho tanią metaforę.

Wiele o pamiętnym spotkaniu z Aniołkiem myślał. Ciągle miał nieodparte wrażenie, że popełnił błąd, ale im głębiej się zastanawiał, tym celniej uzasadniał sam przed sobą własne tchórzostwo, tłumaczył się z niego, racjonalizował decyzję o odmowie kontynuowania znajomości, nim się naprawdę zaczęła, uznając ten wybór za jedynie słuszny.

A że czasem, gdy o niej myślał, miał uczucie utraty czegoś (kogoś) istotnego, ba, nawet tęsknoty, to już łatwiej mu było zrzucić na własny romantyzm i wieczną pogoń za mrzonkami. Jego przyjaciel zawsze mu mówił, że jest nieżyciowym chujem. Używał oczywiście oględniejszych epitetów, ale te dosadne byłyby całkowicie usprawiedliwione.

Nie interesowało go nawiązanie nowej znajomości w realu, bo Elżbieta na dodatek była bardzo młoda. Niecałe dwadzieścia trzy lata. „Pingował” z nią jedynie dla zabicia czasu po powrocie z biura.

„Po czorta mi taka młoda dupa. Nic z tego nie będzie” – myślał trzeźwo.

Choć zaraz przypomniała się podobna rozterka przed spotkaniem z małą, kiedy też miał zdecydowanie negatywne nastawienie, a życie zgotowało siurpryzę.

Elżbieta opowiedziała mu o sobie. Że jest ze wsi; że studiuje; że po trzydziestce, gdy okrzepnie finansowo i będzie ją stać, zrobi sobie dziecko. Ma już nawet ewentualnego kandydata na tatusia, Waldemara, biznesmena z dużej, choć dalekiej metropolii, z którym miała do niedawna romans. Facet starszy nawet od niego, żonaty. Zawiesili schadzki z rozsądku – dzieliło kochanków zbyt wiele kilometrów, by się mogli spotykać z satysfakcjonującą częstotliwością.

Pomyślał, że najwidoczniej odpowiadał dziewczynie dojrzały partner. Szukała podobnych jemu wiekiem mężczyzn. Inaczej by go dzisiaj nie zaczepiła. Jego przypuszczenie potwierdziło się w dalszej rozmowie.

– Zrobię sobie z nim dzieciaka. Jeśli będzie jeszcze zdolny do płodzenia, gdy przekroczę trzydziestkę – żartowała, mając na myśli owego biznesmena.

– Lubisz starszych facetów?

– Tak. Dobrze nam się układało z Waldkiem. Z młodszymi gorzej mi się wiedzie. Byłam żonata z młodym mężczyzną. Szybko się rozwiedliśmy.

– Dlaczego?

– Nie chcę o tym teraz mówić.

„Ciekawa strategia młodej dziewczyny”, pomyślał. „Dość nietypowa. Gadać mi o robieniu dziecka po trzydziestce z jakimś starym gachem.” To było zastanawiające. Na dodatek jej matrymonialny epizod. „Cholera, dwadzieścia trzy lata i już rozwiedziona? Niezwykłe.”

Trochę go te informacje drażniły. Ale Elżbieta nie sprawiała wrażenia takiej, która szuka stałego źródła kasy, poluje na sponsora.

Po kilku dniach późno-popołudniowego netowego gadulstwa (ni to rozmowy ni to flirtu – diabli wiedzą, co to były za sesje – najtrafniej mówiąc: zdalne rozpoznanie przeciwnika przed wysłaniem do boju harcowników pierś w pierś, oko w oko) umówili się na kawę. Nadchodził weekend. Zaczynały się zimne, ponure wieczory, w które coraz bardziej brakować będzie czyjegoś ciepła i posapywania u boku.

Sprawdzi, kto zacz, ta Elżbieta. Nigdy nie wiadomo, kto na drugim końcu drutu rozmawia. Zawstydzała świadomość, że łamie zasady zdrowego rozsądku i płynie z prądem zamiast… No właśnie, zamiast… czego? Miało nie być łatwizny, tanizny, mielizny, ha ha… Miało już nie być dwudziestek. Tak sobie przecież postanowił.

Na szczęście Elżbieta okazała się okej. Żadnych dramatycznych niespodzianek mu nie zgotowała.

„Wy-chudzona, wy-bladzona i nieco wy-piegowacona, trzy razy nie-wypindrzona” – tak mu się pociesznie zrymowały przymiotniki, gdy skanował dziewczynę spokojnym, przyjaznym spojrzeniem.

Zwracały uwagę włosy ufarbowane na wściekle odblaskowy kolor, skądinąd bardzo dobrze dopasowany do jej białej cery. Taka akurat panowała moda wśród lasek – przywykł już tolerować najbardziej nawet szokujące trendy ubioru i wyglądu u młodych, pamiętając z jaką nietolerancją sam się spotykał w czasach młodości.

Ubrała się skromnie, prowincjonalnie. Widać było brak wielkomiejskiego gustu, a także zapewne niedobór kasy. Ale to wszystko drobiazgi. Szczerość, prostota oraz fakt, że koniecznie chciała zapłacić swoją część rachunku za kawę, zrobiły na nim dobre wrażenie.

Opowiedziała, bo z ciekawości wprost zapytał, o swoim małżeństwie, które trwało kilka miesięcy.

– Dużo pił. Uderzył mnie po pijanemu i rozwiodłam się. Proces przebiegł bardzo krótko. Na drugiej rozprawie sąd nas rozdzielił. Bez orzekania winy.

– Szczęście w nieszczęściu. Dobrze, że nie było dzieci. Czasem rozwody potrafią się ciągnąć. Zwłaszcza, jak są dzieci. Ale i bez dzieci potrafią. Wiem coś o tym – skomentował cierpko.

– Tak. Dobrze, że nie było.

O reakcję jej wsiowej rodziny na rozwód nie pytał. O to, czy bardzo przeżywała sądową procedurę. Na to może przyjdzie czas później. Jeśli jeszcze się spotkają. Miał wątpliwości, ale chyba do kolejnej schadzki dojdzie, bo Elżbieta jako człowiek zaczęła budzić jego zainteresowanie. Jako kobieta słabiej.

No, patrzcie, patrzcie – myślał. Cóż za dzielne z niej stworzenie. Żaden tchórzliwy kurczaczek. Zdecydowanie wiedziała, czego nie chce. I o swoje szczęście walczy. Z pazurami, jak to wiejska dziewczyna. Rozwód jej nie był straszny, choć to przecież bardzo poważne złamanie norm panujących w środowisku religijnych ludzi na wsi.

W rewanżu opowiedział o swoich niegdysiejszych i aktualnych problemach związanych z ucinaniem małżeńskich węzłów, wobec których historia jej rozstania to gładziutki epizodzik. Była wstrząśnięta. Nie rozumiała. Wypytywała. Aż jej uszy poczerwieniały – taką miała uroczą cechę.

Na pierwszym spotkaniu gadali w sumie dużo, ale rozmowa, poza sporą dozą zaciekawienia wykazywanego przez obie strony, nie wzbudziła emocji. Mimo to nastąpiła seria codziennych wieczornych randek – tak się powoli przekonywał do niej, bo z początku spotkania były trochę na siłę – zmuszał się do nich, ale za każdym razem z coraz większą wiarą, że czasu nie marnuje.

Kolejnego wieczoru pozwoliła pocałować się w usta. Tylko raz, bo potem z wargami uciekła, całkiem sprawnie żmijka się wykręcała, aż ją w zmaganiach złapał popędliwie za tyłek. Połączyli usta pocałunkiem głównie po to, aby uzgodnić, że ich znajomość wchodzi w nową fazę. Aby wzajemnie to potwierdzić.

Przegadali wtedy caluśki wieczór. Rozmowa, w odróżnieniu do tych poprzednich, była bardzo bezpośrednia i odważnie wybiegała w przyszłość, dotykając czasem równie śmiało ich przeszłych grzeszków. Rzadko rozmawiał z kobietą otwarcie na samym początku znajomości. Coś ich do tego skłaniało. Jego otwierało zmęczenie dotychczasowymi porażkami i przeświadczenie, że tylko szczerością można coś osiągnąć. Może się dobrze, intuicyjnie wyczuli?… Że oboje nie należą do ubarwiających rzeczywistość i mijających się z prawdą osób, jakich świat jest pełen.

Opowiedział jej trochę o małej, przez wzgląd na analogiczny wiek dziewczyn. Minimalistycznie, bo nie lubił nikomu o Ewie opowiadać. Temat małej był tabu.

– Byliśmy razem niecałe dwa lata, wspaniały czas… Ale w końcu się spieprzyło i mnie zostawiła – podsumował, przemilczając tragedię, bo nie chciał prowokować słów współczucia.

Bardzo źle znosił przejawy empatii w związku ze śmiercią małej.

Stwierdził głośno, że różnica wieku daje im nikłe szanse na trwały związek, bo nawet z małą się nie udało mimo oczarowania, zaangażowania i nieustającej intymności. Na co Elżbieta odpowiedziała, że zdaje sobie sprawę z ryzyka, ale warto przynajmniej poznać się bliżej i perspektywy ocenić. Że to zajmie trochę czasu i że ona sama też nie jest przekonana. Całkiem mądrze i dojrzale to ujęła jak na dwudziestotrzylatkę. W przeciwieństwie do naiwnych albo ignoranckich wypowiedzi w każdym innym temacie, o który zaczepili w rozmowie. Sam by tego lepiej nie ujął.

Pod koniec spotkania zgodziła się przyjechać do niego na weekend.

Nie rozmawiali o seksie. To się jednak rozumiało samo przez się. Jeżeli wyraziła zgodę na przyjazd, akceptowała, że ją wyrucha – tak to sobie wyobrażał.

Jego plan był jak zwykle prosty. Ewentualne przytulanki, baraszkowania – okej. Ale żadnego seksu do niedzielnego wieczora. Bardzo często próbował trzymać się wstrzemięźliwego scenariusza w pierwszy weekend. Prawie z każdą kobietą (choć były wyjątki). Jego prawo trzeciej nocy. Dać sobie wzajemnie czas na oswojenie w łóżku. I poza nim. Chciał ją poznać jeszcze lepiej. Nie sprawiała wrażenia agresywnej, wrzeszczącej i popadającej w histerię kobiety – takich nie cierpiał i omijał z daleka. A że był sceptyczny? No, cóż począć. Był.

Podjechał po Elżbietę w piątek po pracy. Spakowała się w wielką torbę, taką dość tandetną, ze sztucznej skóry niegdyś polakierowanej na jaskrawo, a dziś wyblakłej i pokancerowanej.

– Chyba pół szafy tu zapakowałaś – zażartował.

– Nie mam mniejszej torby. Jest prawie pusta. Trochę ciuchów, kosmetyki, szczoteczka do zębów.

Po drodze przepytała go fachowo z parametrów technicznych samochodu. Oczy jej świeciły z podniecenia jak małemu dziecku na widok zabawki. Znała się na samochodach. Jako, że on zupełnie się nie orientował, być może znała się na nich lepiej od niego.

– Dasz mi poprowadzić kawałek? – poprosiła, gdy już wyjechali za miasto.

– A masz prawo jazdy? – zapytał zaskoczony.

– Nie mam, ale umiem prowadzić. Dużo jeździłam. Samochodem, ciężarówką, traktorem. Mama też do miasta często jeździ, a prawka nie ma.

– Kurde, dziewczyno! Takie rzeczy mi mówisz! – zdenerwował się, bo wyobraził sobie jak ona beztrosko szaleje po drodze.

Mała przecież też łamała prawo na motorze.

Zaraz ochłonął.

– Dobrze, kiedyś ci dam, ale nie na szosie, bo to nielegalne.

– Dzisiaj mi dasz? Proszę – zachowywała się niemal jak debilka.

Trzęsła ją ekscytacja na samą myśl o kierowaniu. Najchętniej potężnym, wysokim pojazdem, z którego mogłaby patrzeć na wszystkich z góry. Jego terenowy olbrzym był zbliżony do dziewczęcego ideału, aczkolwiek tir albo wielka wywrotka jeszcze bardziej by ją podnieciła.

„Bosz, co za dzieciak uparty.”

– Zobaczymy. Jak będzie okazja to może ci pozwolę.

Tego dnia ich zachowanie przybierało chwilami dziwne formy. Ktoś, obserwując z boku, uznałby ich za parę świrów. W perspektywie pierwsza wspólna noc, a oni zachowywali się niczym maluchy walczące o pozycję w przedszkolnej gromadzie.

Wydarzyły się drobne sprzeczki. Po dotarciu do celu Elżbieta była lekko urażona, że nie dał jej tego dnia usiąść za kierownicą. Naburmuszona jak dziecko. To zadąsanie było przeplatane żartami i uśmiechami, ale wracało (potem doszedł do wniosku, że tak się przejawiało jej zdenerwowanie).

Sprzeczali się o byle głupotę. Nawet o sposób krajania ogórków kiszonych.

Jako, że dotarli na wieś dopiero wieczorem, Elżbieta zdeklarowała się, że pomoże w kuchni i zaczęła przygotowywać na kolację sałatkę z pomidorów i ogórków. Chciała początkowo robić zwykłe kanapki, do czego była przyzwyczajona. Sałatki robiło się u niej w domu tylko na duże rodzinne przyjęcia, do wielkiego dzwonu, ale skoro gospodarz prosił… On kanapek na anglosaską modłę, zostawiających w ustach posmak papieru, miał dość w pracy, w domu ich nie jadał prawie nigdy.

Zdziwiło go, wydało się wręcz niewłaściwe, krajanie ogórków w plasterki. „No, kurwa, co ta dziunia robi?” Mała zawsze inaczej zabierała się do tej roboty, tak jak zresztą wszyscy. Obrazy dziewczynki krzątającej się niegdyś w jego kuchni stanęły przed oczyma. Ona zawsze albo krajała małosolne wzdłuż, na ćwiartki – do kotleta, albo takiego rozćwiartowanego dzieliła na drobniejsze kawałki – do sałatki. Krajanie w plasterki odruchowo wydało mu się błędem kulinarnym. Taką zmasakrowaną postać warzywa widział tylko w studenckich stołówkach. Typowa tandetna surówka: konserwowy ogór plus cebula. A fe! Mała chyba też kręciłaby głową z niesmakiem.

– Co ty robisz, Ela? Ogórki to się w paski kraje, nie na plasterki – wypalił bez zastanowienia.

– U nas zawsze kroimy na plasterki. – Dziewczyna zdenerwowała się krytyką i przybrała nadąsaną minę.

U nas – znaczy na wsi – wydedukował.

Jako grzeczny gospodarz zaraz zmienił temat, odpuścił. Niepotrzebnie się czepiał. Dziewczyna w nerwach, pierwszy raz z wizytą u obcego faceta. Po co ją dodatkowo stresować, niech będą plasterki.

„Luz, luz, chłopie.”

W sumie miała rację. Jaka to różnica dla żołądka: plasterek czy pasek. Jedynie wizualnie razi, jeśli ktoś nie jest przyzwyczajony.

„Kurczę, chyba zaczynam świrować przez samotność. Jak można się czepiać o takie estetyczne czy geometryczne bzdety?”

– No dobrze, okej. Niech będą plasterki. Dodaj oliwek.

– Co to są oliwki? – pyta.

Wstydzi się, że nie wie. Zakłopotanie słychać w głosie, ale jednak twardo je przełamuje i pyta. Ciekawe, czy zdaje sobie sprawę, że wychodzi tym pytaniem na kretynkę.

– Naprawdę nie wiesz? To takie owoce z południa. Wyciska się z nich bardzo zdrową oliwę, albo dodaje w całości do sałatek i tak dalej. Sam lubię czasem zjeść garść oliwek na zakąskę. Aa aa… Do drinków alkoholowych też się je czasem dodaje. Są takie drinki z oliwką. Choćby martini.

Wyciąga z lodówki słoik. Wyjmuje jeden owoc i podaje dziewczynie do ust. Ta cofa się odruchowo. Jeszcze nie jest oswojona, aby jeść mu z ręki.

– No otwórz buźkę! Spróbuj, to pyszne. – Przypiera ją w kącie, aż Elżbieta czerwienieje, bo jego bliskość i natarczywość rodzi albo seksualne obawy albo chętki – co z dwojga, tego jeszcze nie wie, ale erotyczny kontekst rumieńca dziewczyny jest oczywisty.

Otwartą dłonią stanowczo wciska owoc do ust, jak to się robi, karmiąc konia, z ostrożności by nie ugryzł. To miłe uczucie, próbować dominacji i sprawdzać, na ile gość jest w stanie ustąpić.

– Tfuuu, okropność! – Dwudziestotrzylatka krzywi się, ale na szczęście nie przejawia odruchu wypluwania.

Można się uśmiać z jej miny.

– Mnie też dawno temu we Włoszech, gdy pierwszy raz spróbowałem, oliwki wydały się okropne jak tobie teraz. Długo je potem omijałem. Aż pewnego dnia spróbowałem ponownie i od tamtej pory nie mogę bez nich żyć.

– Ja się nigdy nie przyzwyczaję – stwierdza z przekonaniem Elżbieta.

– Będę zjadał je od ciebie z talerza. Dzisiaj zrobimy sałatkę z oliwkami, jutro bez. Tak będzie sprawiedliwie, okej? Możesz je wrzucić do miski całe albo przekroić każdą na dwie cząstki.

– Okej. – Uśmiecha się zgodnie.

– Jak ty możesz jeść te okropności? – Nie może się nadziwić.

– Nauczysz się powoli i polubisz.

Tu miał rację. Faktycznie po pewnym czasie polubiła zielone, a potem także trudniejsze w smaku do akceptacji czarne owoce.

Wyciągnął z szafki zioła prowansalskie.

– A co to? – Zajrzała nieufnie do torebki i powąchała.

– To jest fajna przyprawa do smaku – tłumaczył – nie znasz takich ziół?

– Nie, ja dodaję sól i pieprz. Tego nigdy nie używałam.

– Zaryzykuj. Zioła są zdrowe i poprawiają smak potraw. Wsyp symbolicznie. Jeśli ci będzie smakować, jutro dodamy więcej. Jeśli nie posmakuje, ograniczymy się do soli i pieprzu. Okej?

Kolejny problem rodzi kwestia dodania czosnku.

– No co ty? Czosnek na kolację? Rzadko jem czosnek, nie przepadam. Zębów nie można domyć i oddech niemiły. – Broniła się.

„Chyba całowanie jej w głowie” – stwierdził domyślnie.

Ogarnęło go zniecierpliwienie. Głupia sałatka, a tyle problemów przy przygotowaniu. Dyskutują już dłuższą chwilę, a on robi się głodny Polak. Co to za sałatka bez czosnku? Pół wartości traci bez niego.

– No, dobrze, Elu, jesteś gościem, twoje życzenie gospodarz spełni. Nie chcesz czosnku, nie będzie czosnku. Obejdę się bez.

– Może jutro rano spróbuję trochę dodać – mówi ona.

Jest zadowolona, że ustąpił.

„Patrzcie, jak się uczy ode mnie negocjacji, spryciara”, zauważa w duchu. Myśli przelotnie, że jej skłonność do kompromisu dobrze rokuje. On ustąpił w jednym, ona się rewanżuje.

Zjedli kolację, Elżbieta jedzenie zaledwie skubnęła, wina nie chciała pić. Wysączył kieliszek sam.

– Nic nie zjadłaś, nie smakowało? Tyle przygotowań na marne. Ty, chudziaku.

– Jakoś nie mam apetytu. Nie zmarnuje się w lodówce. Jutro zjemy.

– Ile ty ważysz w ogóle?

– Tyle ważę, ile ważę. Tajemnica – mówi to z przekorną, żartobliwą miną.

Widocznie tematu wagi ciała nie uznaje za stresujący. I ma rację. Wystarczy ją przeskanować wzrokiem. Zrobił to już podczas pierwszego spotkania. Do nadwagi jej daleko.

– Wiesz, zaraz obmacam te chude żebra i ci wyliczę co do deka – grozi z uśmieszkiem, przekomarzając się.

Są w coraz lepszym humorze, dziewczyna rozluźnia się.

Gdy szykowała kolację, napalił w kominku. Teraz siedzą przy ogniu obok siebie, ale bez przytulania.

Aby dogodzić gościowi, wycisnął sok z kilku pomarańczy. Elżbiecie smakuje świeży, naturalny napój. Potem obrał jabłko i próbował ją karmić niedużymi kawałkami miąższu podawanymi do ust, jak robił to niegdyś w sielankowych chwilach ojciec, wkładając kawałki pozbawionego skórki owocu matce i jemu, a on potem, gdy dorósł, powielał ten poufały rytuał wobec swoich kobiet, lecz Elżbieta nadal wykazuje krnąbrność, wykręca głowę.

– Ej, kto tu, kurczę, rządzi? Chcę cię nakarmić. Lubię to robić. Jabłkiem się nie utuczysz, do diabła. Pozwól mi, proszę – tłumaczy ciepło, przekonuje.

Gdy namowy nie odnoszą skutku, odkłada talerz na bok i rozpoczyna żartobliwe zmagania. Elżbieta nie broni się mocno. Szybko i bez trudu przygniata gościa swoim ciałem. Trenował tę zabawę z dziewczynkami już jako dzieciak.

W łagodnych zapasach odpada guzik w jej bluzce, przez co pokazuje się górny skraj biustonosza. Mężczyzna maca na oślep za guzikiem po podłodze – ma pretekst, żeby na niej leżeć, przytulać policzek do cycków schowanych w sztywny materiał stanika.

– O, mam guzik, znalazł się, patrz. – Pokazuje i z uśmiechem próbuje dziewczynę łachotać.

– Oj nie, nie łaskocz – prosi przygnieciona.

Ale to taka na wyrost prośba, bo chyba nie ma łaskotek, choć gospodarz próbuje różnych sposobów dotykania. Od bardzo delikatnych do bliskich torturom. Można namacać bez trudu każde żebro. Mogłaby być trochę tłuściejsza, a tak skóra i kości. Ciała jędrnego jednak także trochę ma, bo i pod bluzkę, która wylazła z dżinsów, już dotarł i wykonał rozpoznanie szlakiem gołej skóry.

Zmagania powodują erekcję, której ani nie stara się ukryć, ani przesadnie okazywać – nie przyciska nachalnie podbrzusza do dziewczyny. Nabrzmiały kutas sprawia dyskomfort w ciasnym ubraniu.

To stosowny moment, aby omówić kwestię wspólnego spania.

– Ela, ty się boisz nocy, prawda? Chciałem ci powiedzieć, że nie musisz. Dam ci dzisiaj spokój. Przytulimy się tylko. Okej?

Nie odpowiada. Serca im się tłuką, jej chyba szybciej. Nie skarży się pod jego ciężarem. Na wszystkie dotychczasowe karesy i dominujące zachowania biernie przyzwala.

– Będziesz teraz jadła? Lubię cię karmić, zrób mi tą przyjemność i jedz.

Sięga po talerz z cząstkami jabłka.

– Tak.

– A buziaka dostanę na zgodę?

Teraz jaskrawogłowa nie odpowiada, ale za to pozwala się pocałować, przewrócić na plecy. Ma zamknięte oczy i rumieniec na twarzy.

Kładzie się obok, żeby swojego gościa nie przygniatać, ale nadal przyciska brzuch do boku dziewczyny, twardość członka przywiera poniżej biodra, gdzie czuje jędrne ciało.

– Dawno się nie przytulałem. Brakowało mi tego. Jest fajnie – mężczyzna zwierza się pod wpływem chwili.

– Acha.

Kominek grzeje oboje swoim ciepłem.

– Chyba cię trzeba podkarmić, trochę tłuszczyku by nie zaszkodziło.

– Nie chcę być gruba.

– Ja też nie chcę. Chcę żebyś była w sam raz.

W zasadzie to nawet trudno określić, czy rzeczywiście jest chuda. Nogi zdają się być pełne, pośladki takoż. Chudy jest tylko tułów: jakby cherlawe barki, nikły biust. Zupełna z niej odwrotność małej, której szczupłe kobiece ramiona, mimo swojej drobności nie sprawiały wrażenia cherlawych, a już cycki to zupełnie inna klasa niszczyciela torpedującego skutecznie obojętność facetów. Biodra i tyłek małej były za to dziecięce w porównaniu z dostatnią dojrzałością kształtów poniżej pasa jego dzisiejszej przytulanki.

Postanawia powstrzymać na chwilę ciekawość, chęć dokładnego rozpoznania ciała dziewczyny, co może zaprowadzić dalej niż na dzisiaj zaplanował, i słucha Elżbiety. Kiedy indziej ją obmaca. Ma czas.

Jego gość opowiada o swojej rodzinie, która przemigrowała tuż po wojnie w pomorskie. Zamieszkali w wyludnionej kolonii, potem rozpierzchli się wkoło po okolicy. Ojciec jest sołtysem. Wybieranym już na nie wiadomo którą kadencję. Sąsiedzi go lubią, bo uczynny i towarzyski. Ziemi mają sporo, kilkadziesiąt hektarów. Ojciec bardzo dba o matkę. Kobieta zajmuje się tylko i wyłącznie domem, w polu nie pomaga. Ma się zgodnie z wolą ojca ładnie ubierać. Ma być zadbana. Co jakiś czas ojciec wozi żonę do miasta do fryzjera, każe ładnie farbować włosy.

– Matka czasem jęczy, że nie chce do fryzjera jechać – opowiada Elżbieta. – Ale kto by się tacie sprzeciwiał. Jak przychodzi pora, wsiada z nim do auta i jedzie. A potem jojczy przez dwa dni za jego plecami, że musiała jechać.

– To twój tata taki tyran domowy?

– Tyran? – Elżbieta nie zna tego słowa.

– No despota.

– Nie rozumiem.

– No. Taki facet, który zastrasza cały dom i wszystko musi być po jego myśli.

– Nie. Tata jest uparty niczym… osioł. – To porównanie przychodzi jej jakby z trudem.

– Rzeczywiście wszystko musi być po jego myśli. A matka go słucha. Bardzo się kochają i dbają o siebie.

– Zupełnie prawidłowe domowe stado, z hierarchią – mruczy pod nosem do siebie, bo nie chce mu się tłumaczyć, co ma na myśli.

Leżą na boku, przytuleni „w łyżeczkę”. Gospodarz rozpina stanik pod bluzką. Elżbieta zaczyna się wiercić i gotować, bo mężczyzna obejmuje jej pierś. Mimo, że dotykanie małego cycka jest zupełnie pasywne – nie stosuje żadnych sztuczek, pieszczot – najwyraźniej jest to jej mocno uwrażliwiona strefa.

– Ej, powiedziałem, że żadnego seksu dzisiaj. Co się tak wiercisz? Mam zdjąć rękę? – pyta retorycznie.

Brak odpowiedzi. Elżbieta uspokaja się, przestaje prowokacyjnie wiercić biodrami.

– No, opowiedz mi jeszcze coś o sobie. Coś o szkole… i tak dalej.

– A co tu opowiadać? – Nie uważa, aby jej życie było ciekawe i warte zwierzeń, skromność bije ze słów dziewczyny.

Ale rozgaduje się o szkole. O chodzeniu na wagary. O tym, że parę razy dostała za ucieczkowe ekscesy lub za słabe stopnie lanie na kolanie od ojca. Że od wiosny do jesieni jeździła do szkoły rowerem. Dzień w dzień. Musiała wcześnie wstawać. Że w liceum miała chłopaka i przeżyła z nim swój pierwszy raz. Pozbyła się dziewictwa pośpiesznie jak większość jej koleżanek. Że była w ciągłym konflikcie z rodzicami. Taka niepokorna z niej córka. O przygodach studniówkowych – nie wróciła na noc i wynikła koszmarna awantura.

– Czerwone podwiązki jeszcze się nosi na studniówkę? – pyta mężczyzna, chcąc odwieść ją od tych najbardziej traumatycznych wspomnień.

– No. Wszyscy koledzy chcieli sprawdzać, czy nie zapomniałyśmy – parska rozbawiona.

– A to prosiaki – śmieje się i on.

„No pewnie, że chcieli ci zajrzeć pod kieckę. Ja też bym ci chętnie zdarł portki.”

Po osiągnięciu pełnoletności i zakończeniu liceum Elżbieta niedługo wytrzymała w domu. Gdy tylko pojawiła się możliwość, czmychnęła na wolność. Najpierw zagościła na chwilę w Trójmieście, potem trafiła do metropolii, gdzie i on pracował, bo to fascynujące dla prostej wieśniaczki miejsce i więcej w nim możliwości zatrudnienia. U niej w regionie panuje bieda, trudno o dobrą pracę, a i tę gorszą można tylko po znajomości uzyskać. Mieszka w „jego” mieście już od kilku lat. Pracuje. Po okrzepnięciu rozpoczęła studia i za pół roku uzyska licencjat.

Elżbieta rozgadała się. Może to kominek i poczucie bezpieczeństwa tak działa, albo ręka, która spoczywa na piersi, opiekuńcza i bierna. On w sumie lubi słuchać, nacieszył się ciszą przez wiele lat, rad jest trochę od ciszy odpocząć.

Kiedy ona opowiada, wdycha zapach jej ciała. To znaczy, wdychał już od dłuższego czasu, gdy tylko znalazł się wystarczająco blisko, ale teraz na chwilę zapomina o tym, co można by z nią zrobić, gdzie można by jej wsadzić kutasa. Wdycha i analizuje spokojnie własne doznania. Co jakiś czas tylko coś mruknie, albo monosylabowo potwierdzi, lakonicznie zapyta, aby dać znać, że słucha.

Czysta, wymyta, młoda kobieta – zapach jest dobry i podniecający, choć w jego głębi kryje się coś, co psuje ideał. Nie wiadomo co to jest. Może ma tak czuły węch, że potrafi wykryć w jej woni podatność na chorobę, która ujawni się w Elżbiecie za lat kilkadziesiąt. Albo skaza w zapachu stanowi ostrzeżenie, że kiepsko do siebie pasują jako płciowi partnerzy. Może to być także efekt wynikający z diety, ze złego odżywiania zaszczepionego wsiowymi nawykami lub wymuszonego biedą. A za jeszcze inną przyczyną utraty doskonałości żeńskiego aromatu przemawia fakt powszechnej skłonności kobiet do łykania medykamentów, na przykład tych kurewskich pigułek antykoncepcyjnych. Prochy na pewno zmieniają woń samiczki, co można nieświadomie rozpoznać w ich pocie, jeśli ktoś ma tak czuły węch jak on. Dopiero później dowiedział się, że Elżbieta nie bierze hormonów, zaczęła przyjmować piguły dopiero jak się ich znajomość rozkręciła i antykoncepcja stała się niezbędnym warunkiem komfortu w łóżku.

Jedyne, co go naprawdę rozczarowuje w Elżbiecie, to jej niemiłe w dotyku włosy. Pal licho kolor. W nocy nie widać. Lubi włosy miękkie, naturalne, uwielbia je głaskać. To już Zośka tak go od prawiczka uwarunkowała. Mogą być rzadziej myte, nie muszą pachnieć chemią szamponu. Nie uważa zapachu kosmetyków za atrakcyjny, woli delikatny zapach łoju, którym pokrywa się w sposób naturalny włos. Ten zwierzęcy aromat, owszem, na drugi, trzeci niuch, nie mówiąc o pierwszym, to nie jest najpiękniejsza woń. Ale jak się wczujesz w smrodek swojej kobiety, rozpoznasz ją po nim zawsze – i to jest zapach emocjonalnie wspaniały. Zdecydowanie – miękki, naturalny włos ze swoją przypisaną, banalną i atrakcyjną zarazem wonią – to było to, co w kobiecie lubił.

– Ojej, jakie sztywne.

Głaszcze ją przez chwilę po drucianej gęstwinie, dociera opuszkami palców do skóry głowy i ucieka.

– Używam lakieru, żeby się trzymały, bo inaczej kłopot. – Gość tłumaczy się niepotrzebnie.

– A ja tak lubię głaskać miękkie, naturalne włosy – narzeka gospodarz, ale ciepłym głosem bez wyrazistego żalu, żeby nie było jej przykro.

– Skoro nie masz na głowie, będę musiał poszukać jakiejś czuprynki do głaskania w innym miejscu – żartuje.

– Akurat. Teraz dziewczyny się golą – Elka wypala odruchowo.

– O. Jesteś ogolona? – mruczy znacząco, dając znać, że ewentualna depilacja mu odpowiada.

Jest ciekawy, co i jakimi słowami mu odpowie. Sam fakt: goła czy zarośnięta cipa, mniej go interesuje. Prawdę powiedziawszy, rozwój wypadków podoba mu się coraz bardziej, cierpi tylko kutas krępowany przez bieliznę i spodnie. Mógł się przebrać w jakieś luźniejsze portki. Błąd.

Elżbieta ma problem z jego pytaniem, bo nie bardzo jej wypada zareagować w stylu „ a co cię to obchodzi.”

– Chciałbyś wiedzieć – zbywa.

– No, przyznaj się, bo będę musiał sprawdzić – mężczyzna grozi żartobliwie.

Elżbieta znowu chwilę zastanawia się nad odpowiedzią. Gdyby odpaliła zaczepnie „tylko spróbuj”, mogłaby sprowokować go do rękoczynów. Gospodarz wygląda na takiego, kto się odważy, nie pytając o zgodę. Lepiej nie zaczynać nawet w żartach konfliktowego wątku rozmowy.

– Musisz o to pytać? – zbywa go, co tłumacząc na męski język znaczy: „powiem ci, ale musisz jeszcze ładnie poprosić”.

– Nie wstydź się. Ludzka sprawa – szepce, dmuchając jej w kark.

Zapada chwila ciszy. Trzaska tylko brzoza w kominku.

– Golisz się? – ponawia pytanie.

Fajnie jest zmuszać zawstydzoną kobietę do mówienia o intymnych sekretach. Nie jest w stanie i nie chce powstrzymać tego przesłuchania – zabawy. Droczy się z nim, czy naprawdę jej wstyd odpowiedzieć? Oto jest pytanie. Pewności nie ma, bo w dzisiejszych czasach granica bezwstydu prawie nie istnieje.

– Oj, przestań. – W głosie dziewczyny brzmi jakby skarga.

Tak się uparł i męczy ją kłopotliwym pytaniem.

Trzeba zastosować szantaż. Ręka dotychczas obejmująca pierś przemyka powoli po skórze pod bluzką i coraz wolniej sunie w dół ciała. Wyraźnie czuje jak Elżbieta wciąga brzuch, by mógł wpełznąć dłonią pod jej ciasno opięte dżinsy.

„Ale z ciebie numer” – myśli gospodarz.

Łatwiej jej pozwolić na dotyk, niż odpowiedzieć.

– No powiedz, Ela – szepce.

– Jak cię tu dotknę, to będą nici z mojej obietnicy. Mam na ciebie ochotę, chyba to czujesz? – Przytula się mocniej do tego z pośladków, który jest wyżej.

Czubek kutasa zwilgotniał. Ma ochotę wbić się w dziewczynę i zajeździć piczkę do wytrysku. Powstrzymuje się, aby nie zacząć rytmicznego pocierania. Chciałby chociaż tyle… trzeć kutasem o jej tyłek przez ubranie.

– Golę się, ale nie całkiem – odszeptuje przytulanka.

Znowu czerwienieją jej uszy, twarzy nie widać.

– Jak to nie całkiem, nie rozumiem – znęca się, nie chcąc Elżbiecie pofolgować.

Ręka mężczyzny przesuwa się wzdłuż krawędzi majtek, muska brzuch, powoduje dreszcz, ale nie wślizguje się głębiej, bo to już byłby ruch bez możliwości odwrotu, a dzisiaj tego nie chce.

– Zostawiam sobie trochę włosów powyżej.

– Powyżej czego, Eluś?

– Oj. – Oburzony szept, że ją tak męczy.

– Powyżej cipki.

– Co powiedziałaś? Powtórz.

– Świnia.

– Skurwysyńska świnia nawet. – W szepcie gospodarza słychać uśmiech.

– No, powtórz, nie słyszałem. – Dalej ją męczy, już wie, że wygrał.

Że wygrali. Bo idzie o wspólne zwycięstewko.

– Słyszałeś. Dobrze słyszałeś.

– Ela, słyszałem, ale lubię, jak to mówisz…No, co sobie golisz, Eluś?

– Golę sobie cipkę.

– Dlaczego?

– Widziałam na zdjęciach, dziewczyny to robią. Znajome.

– Nie kłam. Przyznaj się, dlaczego to robisz?

– Oj, dlatego!

– No powiedz. Co lubisz, żeby ci robić?

– Jestem normalna. Robię to, co inne dziewczyny.

– Moda na gołe cipki?

– No.

– I na co jeszcze?

– Tylko na to. To jest seksi.

– Lubisz pokazywać swoją seksi cipkę?

– Nie każdemu.

A potem się reflektuje i zaprzecza.

– Nie lubię.

– Akurat. A mnie pokażesz?

– Może kiedyś.

– Dzisiaj nie?

– Nie.

– Jutro?

– Świnia – mruczy Elżbieta, ale nie brzmi to przekonywująco.

Raczej „mów mi tak jeszcze”.

– Słuchaj, Eluś, a co jest nienormalne? Co robią nienormalne dziewczyny?

– Nie wiem, jestem normalna.

– Eluś, jesteś bardzo normalna. Ale dlaczego tamte to robią, dlaczego się golą?

Elżbieta ma czerwone uszy. Wystarczy unieść głowę i widać, że również cała jej twarz jest w rumieńcu. To świetna sprawa znaleźć dziewczynę, która potrafi się z tobą przekomarzać. Trochę poddawać, a trochę się bronić w rozmowie, nie ulegając zbyt łatwo i trzymając na wodzy zwykłe podporządkowanie, potrzebę uległości, a w końcu własne pożądanie. Mała już dawno by mu powiedziała, że może z nią zrobić, co mu się żywnie podoba. Albo wyskoczyłaby szybko z ubrania, żeby to udowodnić. A Elka intuicyjnie rozumie, że to jest gra – fajny wstęp do seksu, który przecież kiedyś nastąpi, ale jeszcze nie teraz. I podejmuje tę grę.

– Dlaczego się golą te nienormalne dziewczyny, Eluś?

Może trzeba trochę motywacji? Wysuwa rękę z dżinsów i sunie nią na zewnątrz wzdłuż rozporka dziewczyny, aż cała dłoń obejmuje jej wzgórek. Puka lekko, rytmicznie w materiał, aby uderzenia jak krople deszczu odebrała w najczulszym miejscu. Pewnie jest mokra, ale przez grubą powłokę spodni czuć tylko ciepło ciała.

– Nooo! – Elżbieta udaje pretensję „jak śmiesz mnie tu dotykać”, choć nic nie robi, żeby mu przeszkodzić.

– Dlaczego się golą te nienormalne dziewczyny, El?

Elżbieta obraca się na plecy. Nieznacznie rozchyla nogi, wstydzi się zrobić to bardziej ostentacyjnie. Chyba chce, żeby ją gospodarz pocałował, bo zanurza rękę w jego włosy.

Robią to powoli, zgodnie z jej wolą, smakują wzajemnie jędrność warg i smak śliny. Elżbieta zapomina się, kładzie swoją rękę na jego dłoni, przyciska, prosi o szybszy rytm i dochodzi niemal natychmiast, z niepohamowanym jękiem, do orgazmu.

– O Jezu!

Gospodarz zmienia pozycję i pochyla się nad nią z uśmiechem, czekając, aż dziewczyna powoli dojdzie do siebie.

Gdy jest już przytomna – choć po otwarciu na moment oczu, zamyka je zawstydzona – mówi do gościa z uśmiechem:

– Ogień się dopala, chyba chodźmy już spać na górę. Tu nam będzie niewygodnie. Ciasno.

– Dobrze, chodźmy. – Przyjmuje jego zaproszenie.

Nagi mężczyzna cierpliwie czeka w łóżku na dziewczynę. Długo. Elżbieta starannie przygotowuje się w łazience. W końcu przychodzi w prościutkiej koszuli nocnej do kolan, na materiale sprane niebieskie kwiatki, żadnych koronek, falbanek. Strasznie sfatygowany ten ciuszek, widocznie nie ma nic lepszego. Pod koszulą prześwitują majtki. Waha się, nie wiedząc, co ma z sobą począć.

– No chodź. Nie bój się. Coś ci już chyba powiedziałem, że nie masz powodu się bać.

Dziewczyna wchodzi do łóżka, układa się daleko od niego, na swojej połowie.

– Ej, bliżej, połóż mi głowę na ramieniu. Tak jak lubię.

Gość bez słowa przysuwa się i kładzie mu głowę na piersi.

Głaszcze ją dłuższą chwilę po sztywnych od lakieru włosach, po policzku.

– Wygodnie ci?

– Tak. Wielkie to łoże. Fajne.

– Zawsze śpisz w majtkach, czy to przeze mnie?

– Przez ciebie.

– To niezdrowo spać w majtkach. Cipka powinna sobie oddychać swobodnie.

Dziewczyna prycha.

– Nie masz innych tematów?

– To dziecinada z tymi majtkami, Ela. Przecież ci mówiłem. – Przemyca trochę pretensji w głosie.

– Mam zdjąć? – Jest znowu zachrypnięta, jakby ją dopadła nowa fala zdenerwowania.

– Zdejmij.

Elżbieta chwilę wierci się pod kołdrą, odrzuca majtki od łóżka.

– Już. Zdjęłam.

– Dobrze, cipka będzie ci wdzięczna.

Elżbieta nie komentuje. Kładzie mu z powrotem głowę na ramieniu, przytula się całym ciałem.

– Gasić już światło? – zapytał.

– Jak chcesz.

Wyłączył nocną lampkę i znowu ją głaszcze. Potem opowiada jej o tym, dlaczego zamieszkał na wsi, jak szukał domu, jak go kupił, jak wyglądały pierwsze lata. Długo trwa ten monolog.

Elżbieta powoli oswaja się z sypialnią. Jego wstrzemięźliwość i ciepły głos napełniają ją poczuciem bezpieczeństwa. Jest z powrotem podniecona. Trochę się znowu wierci, a potem powoli, ostrzegawczo dotyka jego brzucha, żeby nie był zaskoczony, i powoli zsuwa rękę na podbrzusze, szuka penisa. Obejmuje małe, skurczone prącie i zaczyna je pieścić, początkowo przesuwając w górę i w dół napletek tylko dwoma opuszkami przytulonych do kutasa palców.

– Ej – mówi zaskoczony mężczyzna, ale z uśmiechem.

Pozwala się dotykać.

– Ładnie to tak?

– Ładnie – odpowiada dziewczyna.

Doprowadza go w sposób zupełnie niefinezyjny, acz pewny siebie, do erekcji.

– Chcę się z tobą kochać. Ale musisz albo założyć gumkę albo skończyć na zewnątrz… bo mogą być kłopoty.

I tak plan platonicznego weekendu bierze w łeb. Jego prawo trzeciej nocy jest pogwałcone przez wiejską, krewką dziewczynę. Oczywiście zakłada prezerwatywę, z tych, które kiedyś kupił i które przy zakładaniu są okej, a w trakcie stosunku czasem okazują się trochę za luźne, przez co seks jest do dupy, zresztą seks w prezerwatywie jest zawsze kiepski.

Swoją drogą, myśli, zadziwiające, ile kobiet wierzy w antykoncepcyjną skuteczność stosunku przerywanego. Poziom edukacji seksualnej w kraju jest nadal na żenującym poziomie.

Po krótkim połączeniu – przynoszącym mu ulgę, a jej zapewne rozczarowanie, czym się gospodarz nie przejmuje, bo wie, że postara się lepiej następnym razem – Elżbieta zeszła na dół, aby się podmyć. Podobno te kobiety, które się myją po, robią to z poczucia winy. Tak słyszał. Mała też, jeśli jej oczywiście pozwolił, prawie zawsze po bzykaniu chodziła się umyć. Czy to znaczy, że te, które tego nie robią są luzackie? – zastanawiał się i czekał na powrót dziewczyny, ale chyba nie dotrwał i zasnął, nim wróciła.

Jak dla niego było już bardzo późno. Zazwyczaj chodził spać z kurami. Wiejskim rytmem.

Przejdź do kolejnej części – Elżbieta II. Spokojne życie

——————

Tekst chroniony prawem autorskim. Opublikowany w witrynie najlepszaerotyka.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i publikacja w innej witrynie bądź przedruk tylko za zgodą autora.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Przede wszystkim powitania serdeczne dla nowego Autora Najlepszej! Cieszę się bardzo, że nasz aktywny komentator znalazł się po drugiej stronie.

Bardzo mi się podobała inność tego opowiadania, oryginalny styl i ta, jak na razie się wydaje, nierówna para, której jednak nie brak chęci, by coś z tego wyszło. Do mnie przemówiło – wierzę, że ta Elka gdzieś jest, właśnie taka, jak w opowiadaniu, i ten przez życie trochę przeczołgany bohater też.

Gratuluję udanego debiutu 🙂

Również gratuluję udanego debiutu. Pamiętam utrzymane w podobnej konwencji (dziewczyna ze wsi kontra wykształcony prawnik) opowiadanie z DE. Ciekawe jak się rozwinie.

daeone

Baaaardzo ciekawe. Wspaniały opis zmyślnej gry wstępnej.
JimmyG

Przede wszystkim, winszuję debiutu na NE naszemu dwunastemu już Autorowi!

Jakiś czas temu narzekaliśmy trochę w komentarzach, że na naszym portalu brakuje historii "zwyczajnych", o normalnych ludziach, jakich spotyka się na co dzień. Owszem, wśród bohaterów naszych opowiadań nie brakuje rudowłosych fechmistrzyń, greckich najemników, szybkostrzelnych kowbojek czy brytyjskich arystokratów odbywających swoje voyage d'Europe. Przewijają się tu również szpiedzy III Rzeszy, męsko-żeńskie stworzenia z dalekowschodniej mitologii, a także pewna omnipotentna i wszechobecna sztuczna inteligencja z lubościa posługująca się nanotechnologią. Niewiele jest natomiast postaci do bólu typowych. Z jakiegoś powodu rzadko sięgamy po szarą, polską rzeczywistość, by utkać z niej nowe fabuły.

Tym cenniejsza wydaje się rozpoczęta właśnie seria Karela. Dwoje głównych bohaterów to ludzie, jakich sami możemy z łatwością poznać (a może i nimi jesteśmy). Dojrzały mężczyzna z przeszłością i młodziutka dziewczyna ze wsi, która zapragnęła lepszego życia w wielkiej metropolii. Znajomość zawarta w coraz bardziej popularny w naszych zatomizowanych czasach sposób: za pośrednictwem internetu, a ściśle portalu randkowego, owej przystani dla dusz samotnych, które samotnymi już być nie chcą, lecz z jakiegoś powodu z trudem pokonują barierę międzyludzką w "realu". W tle nieudane związki, realna tragedia, echa przemocy domowej. Biologiczne życie w całym swoim smutnym bogactwie.

Ich romans też nie jest piękny ani idealny, jak z romantycznej komedii made in USA. Flirt bywa nieporadny, czy nawet niezamierzenie komiczny, charaktery są grubo ciosane i nie od razu budzą sympatię. Nawet seks – nieplanowany, właściwie niechciany, wymuszony w tym samym stopniu okolicznościami, co obopólną chęcią, okazuje się pewnym zawodem. Nic nie jest proste, nic nie przychodzi z łatwością i za darmo.

Z drugiej strony, nie ma tu również mrocznego brutalizmu "Tamtej nocy" Marva. To nie jest moralitet ani opowieść o zgubnych skutkach wyzwolenia seksualnego, które zaszło o jeden most daleko. Po prostu – ludzka historia, jakich wiele. Lecz przez to niemniej godna uwagi i lektury.

Co do stylu pisarskiego, właściwie nie mam zastrzeżeń. Natomiast brakuje mi trochę kontekstu dla opisywanych wydarzeń – pewnie dlatego, że to fragment większej, nieudostępnionej nam opowieści. Wiele mogę się domyślić, ale wciąż pozostają luki. No, ale może to element zamysłu Autora.

Pozdrawiam
M.A.

Dziękuję za komentarze. Uprawiam naiwną wersję pisania, w malarstwie naiwnym nazywano styl Nikifora. Bliżej mi do naturalistów niż do piszących w stylu Harlequina. I tej deklaracji pozostanę wierny w historii Elżbiety i Piotra. Natomiast brutalizm, hmmm. Megasie (Tobie dziękuję za rozbudowaną recenzję), akcja kolejnego odcinka nie jest taka "grzeczna", o czym się Czytelnicy przekonają, gdy przyjdzie czas na publikację.

Zapomniałem dodać, że ilustracja jest bardzo ładna! Artystyczna, delikatna, bardzo przykuwa uwagę.

M.A.

Ilustracja swoją bezpretensjonalnością trafia w klimat opowiadania. Jestem bardzo zadowolony z tego mariażu: dziewczęcej buźki i tekstu.

No i przyszło mi również powitać kolejnego autora NE. Z początku planowałem zająć się rano czymś innym, rzucając jedynie okiem na komentarze i koniec tekstu. Jednak zaintrygowany resztą, wróciłem na początek i wczytałem się w opowiadanie.

Faktycznie, jest nieco inne od dotychczas tu publikowanych. Można powiedzieć, że niezwykłe w swej zwykłości. Proste, może czasem prostackie, ale o dziwo w pozytywnym znaczeniu. Zaskakuje mnie niska ocena sumaryczna. Czyżbyśmy tak przyzwyczaili naszych czytelników do rozbudowanych scen wielopozycyjnego seksu, że powyższa, perwersyjnie wyrafinowana, zabawa, nie zaspokoiła ich doznań? Czy to dlatego, że bohaterowie miast pieprzyć się już od czwartej linijki, prezentując sztywne "pale", "drągi", "szparki", "różyczki", prowadzą pełną niuansów grę wstępną? Nie mam pojęcia.

Co do obrazka; nie będę się wypowiadać. Nauczyłem się nie cenzorować uznanej, publikowanej szerzej, twórczości.

Tak jak podobają mi się zmysłowe opowiadania Rity, pełne soczystej kobiecości, tak ten pierwszy odcinek kolejnej na naszym blogu serii, uważam za całkiem smaczny i, z niecierpliwością, czekam na kolejne dania 😉

Pozdrawiam
MRT

Dzięki za miłe słowo. Nie jestem ograniczony krótką formą, akcja w moim kilkusetstronnicowym tekście toczy się bez pośpiechu. Trochę kłopotliwie jest wtłoczenie jego(tekstu) wybranych fragmentów w rozsądne ramy publikacji na portalu, więc szybki, żądny wartkiej akcji czytelnik ma prawo być zawiedziony. Na szczęście pojawi się tylko kilka odcinków, nie będę katował publiki zbyt długo.

Ciekawie się to zapowiada, faktycznie, takie „swojskie”. Użyłbym nawet określenia „sielankowe”. Ot, taki sobie rozkręcający się niespiesznie romansik potłuczonego nieco faceta i młodej, może troszkę jeszcze naiwnej, ale na pewno poczciwej dziewczyny. Bez pośpiechu, bez perwersji (jeszcze – zobaczymy, co będzie dalej)…

Jedyne, czego bym się obawiał w tym po Nikiforowemu „naiwnym” pisarstwie – jak sam je nazwałeś – to tylko, by przypadkiem nie popadło w banał. Na razie ta sztuka udaje Ci się wyśmienicie, i oby tak pozostało.

A, i jak pozostali – Witam kolejnego autora.

Booberze, spójrz proszę na daty postów. Karela witaliśmy w 2013 r. A już wtedy był niektórym z nas nieźle znany 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Booberze,
Patrząc z dystansu, podtrzymałbym stare określenie o naiwnej narracji. Może kiedyś będzie mi dane, aby w słowie wstępnym rozwieść się nieco na temat swojego podejścia do losów ludzkich. A jeśli chodzi o „sielankowość”, to wiele romansów a nawet związków zaczyna się w pogodnym klimacie. Potem przychodzą wichury, wojny, zimy. Idę utartą ścieżką doświadczenia.
Uśmiechy dla Czytelników
Karel

Przez bałagan panujący na portalu zacząłem czytać ten tekst jako nowość.
Połapałem się wkrótce, ale mimo to i z przyjemnością dokończyłem lekturę.
Moje dawne odczucia znalazły potwierdzenie i nadal uważam ten „fragment większej całości”
za bardzo dobry kawałek.
Dziś, z perspektywy czasu zastanawiam się jednak co stało się z tą większą całością, której elementem jest ów epizodzik?
Czy ona istnieje już na „papierze” i czy będzie dane czytelnikom kiedykolwiek ją przeczytać?

pozdrawiam

AS

Drogi starski,
Przede wszystkim dzięki, że zaglądasz i komentujesz.
Na Portalu nie ma bałaganu. Jeśli ktoś się dobrze rozejrzy, zauważy ład i porządek.
„Epizodzik” jak i cała reszta historii została już nieco przerobiona i może ją kiedyś skończę – kilka scen do napisania, poważna zaduma nad konstrukcją, która może nieco wywrócić układ tekstu.
Przyjaciołom roześlę kiedyś do recenzji, więc masz szansę przeczytać całość, ale trudno powiedzieć, kiedy będzie to możliwe.
Odgrażam się, że skończę, już od dawna.
Ukłony,
Karel Godla

Jakże ja zazdroszczę Karelowi Jego niepowtarzalnego stylu – wbrew temu, co pisze powyżej, wcale nie naiwnej narracji, wręcz przeciwnie – wyważonej, szczególnego szyku zdań, innego słownika. Sam sposób snucia opowieści, nie mówiąc o historii.
Bohaterowie prawdziwi, z krwi i kości, tacy swoi, tu jeszcze poznają się w atmosferze wzajemnej fascynacji, uczą się siebie, urzeczeni aurą świeżości. Różnica wieku wydaje się nie do pokonania, a jednak ciągnie ich ku sobie. Czyżby dlatego, że oboje życie nieźle przeciągnęło? Bo pod każdym innym względem są tak od siebie odmienni.
Ale czuć, że to tylko preludium. Niemniej preludium historii, którą bardzo chce się poznać.

Dzięki, Atrimar,
Piszę dalej, może całość zasłuży na pochwały, których udzielasz awansem.
Różnice wieku są zazwyczaj nie do pokonania. Znane małżeństwo, które zainspirowało mnie do napisania całej, bardzo długiej historii właśnie się rozwodzi. Szkoda. Odmienności ludzkie także mogą stać na przeszkodzie trwałości związku. Trzeba mieć wyrobione w dzieciństwie, w rodzinie i na podwórku, umiejętności zawierania kompromisów, tolerancji, itp. Kogo nie nauczono, ten będzie miał problemy zawsze, bo jest kaleki społecznie.
Miło, że skomentowałaś. Jeszcze raz dziękuję,
Uśmiechy,
Karel

Czas nas uczy pogody, ale też pokory i dystansu.
Może związek mocniej cementuje przyjaźń niż miłość. Zakochujemy się wszak w momencie, a z czasem każde z nas się zmienia nie tylko fizycznie. A jeśli nie zmieniamy się razem, jedna droga rozszczepia się na dwie. Przyjaźń pozwala im biec obok siebie. Koniec miłości sprawia, że rozchodzą się w przeciwnych kierunkach. Ale to też wnioski tylko w tym momencie.

Nie tracę wiary w Twój talent, który z czasem tylko dojrzewa.
Uściski,
a.

Droga Artimar,
Dyskusja nad miłością i przyjaźnią, która z nich lepsza i wartościowsza, może trwać wieki. Osobiście stawiam na przyjaźń, drugie pojęcia uznając za nieistniejące, ale w tekstach idę popularnym nurtem, nie wdając się w filozofię. Masz dużo racji.
Uśmiechy,
Karel

Bohatera klasyfikuję jako kryptopsychopatę, czerwoną lampkę w głowie zapalił i czujność na baczność postawił mi fragment o analizie zapachu. Brrr. Ciary po plecach przegalopowały a z tyłu głowy słyszałam „uciekaj”. Brr raz jeszcze. Miła zwykłość fabuły podszyta jest zbrodnią, nie mogę się uwolnić od takiego wrażenia. Podoba mi się prawo trzeciej nocy 🙂

pozdrawiam,
zooza

OMG, zooza!
Czego to ja się nie dowiaduję o swoim bohaterze. Psychopatia jako ułomność Piotra nie przyszła mi nigdy do głowy, ale – fakt – nie mam wykształcenia, które pozwalałoby mi polemizować z Tobą lub choćby odnieść się do Twojej teorii.
Prawo trzeciej nocy, jak widać w tekście, nie zawsze działa. Trzeba na to zgody dwóch stron 🙂
Dziękuję za to, że przeczytałaś i podzieliłaś się swoimi uwagami.
Ukłony,
Karel Godla

Witam. Dokopałem się w końcu i do tego opowiadania (nie mogę zasnąć). Już kiedyś próbowałem czytać coś Twojego: „o tych do których Masz słabość” ale nie kleiło mi się to czytanie. Jednakże tutaj znalazłem trochę dla siebie.

Widać że Piszesz o tym co Lubisz. Te przekomarzanki przy kominku to fantazja powtarzająca się w pewnym wieku u wszystkich, zapewne, mężczyzn. Dojrzały mężczyzna z młodą kobietą, naiwną ale nie kompletną kretynką, tak by nie odrzucało to konesera piękna. Mężczyzna prowadzi grę według swoich zasad, na swoim podwórku.

Trochę mnie zastanawiają liczne „wsiowe” określenia. Czy to słowo nie jest jednak bardziej epitetem ?

Pozdrawiam i zapewne jutro przeczytam drugą część.

Mick,
Życzę, abyś i sypiał lepiej, i czytał tu więcej 🙂
Nie wiem, o co Ci chodzi, mówiąc/pisząc o „wsiowych” określeniach, więc nie mogę odpowiedzieć.
Nie wiem też, czy piszę o tym, co lubię. To fragment większej całości. Na NE opublikowałem 5 fragmentów , czyli jeden wątek.
Uśmiechy,
Karel

Wybacz, nieprecyzyjnie się wyraziłem. Chodzi mi o samo to określenie „wsiowy”, chyba oznacza coś nieco innego niż „wiejski” ? Nieprawdaż ? A za życzenia, dziękuję.

Mick,
Może te określenie ma nieco pejoratywny wydźwięk, ale nie w ustach mojego bohatera. On ma przeszłość wiejską, choć krótką i ceni kobiety ze wsi oraz wiele aspektów wiejskiego życia.
Uśmiechy,
Karel

W porządku. Po prostu kilka razy to określenie zostało użyte i się troszkę zastanowiłem bo ja również pochodzę ze wsi, tzn. moje wychowanie stamtąd pochodzi.

Napisz komentarz