Srebrne gody (Miss.Swiss)  3.51/5 (42)

26 min. czytania
Terri Lynn Cleveland (TeddiTerri), "It calms me", CC BY-NC-ND 3.0

Terri Lynn Cleveland (TeddiTerri),
„It calms me”, CC BY-NC-ND 3.0

Poniższe opowiadanie jest publikowane powtórnie w ramach cyklu Retrospektywy. Pierwszy raz pojawiło się na portalu Najlepsza Erotyka 3 maja 2013 r.

Tak jak się spodziewał, dopilnowała wszystkich szczegółów. Szczegółów? Gdzież tam, szczególików, niuansików, drobiażdżków. Ach, jak to uwielbiała.  Przecież całe życie nie robiła nic innego, tylko  zajmowała się sprawami nieistotnymi. Wybór hotelu – oczywiście Bristol, wybór menu – najdroższe potrawy, lista gości i te wszystkie kretyńskie pierdoły. Niech widzą i niech zazdroszczą. Albo, jak mawiała jej głupawa matka, a jego teściowa niech zazdroszczom. Truła mu o tej imprezie od kilku miesięcy, a może nawet już od dwóch lat, nie pamiętał. Na szczęście dawno przestał zauważać, a jeszcze dawniej – słuchać. Nie zdzierżył jednak, gdy chciała opłacić uroczystą mszę u Wizytek.

– Po cholerę to?

– Przestań się tak wyrażać. Msza dziękczynna za dwadzieścia pięć lat szczęśliwego małżeństwa.

Zawiesił wzrok na jej szyi. Przywiędłej, rozszerzającej się w kierunku ramion. Nigdy nie miała ładnej szyi, w ogóle zawsze była przeciętna. Głupia, gderliwa krowa. Nie, gdyby była zwierzęciem, byłaby kurą. Dorodną, tłustą kwoką. Nienawidził jej.

– Nie chcę tego.

– Oj, Roman… przestań. Zawsze na nie i na nie.

– Nie przyjdę.

– Jaki ty jesteś, no! Nigdy nic konstruktywnego. Żebyś choć raz się tak nie stawiał. Żebyś ty choć raz docenił… – Dalej nie słuchał, zapatrzył się w okno. Listopadowy, deszczowy wieczór  spowił ulicę w popielatą pajęczyną kropel. Który to już listopad w tej bajce?

Jadźka perorowała dalej, pewnie o gościach, tych ważnych i tych mniej ważnych, których na pewno należało i trzeba by zaprosić. Czy mówiła do niego? Nie, teraz nadawała przez telefon do Generałowej, czyli do swojej mamuśki. Roman jak zwykle się opiera, jak zwykle negatywnie nastawiony, jak zawsze nietowarzyski. Czy on nie ma depresji? Nie, to pewnie andropauza. Bo przecież nie ma na co narzekać, ten niewdzięcznik. Wszystko w domu jest: pięknie podane, uprane, uprasowane i podetknięte pod nos. A ten nie ma dobrego słowa, tylko zawsze ironiczną uwagę. Taki to już niewyparzony pysk ma. Używała sobie na nim, wcale nie przejmując się tym, że ze swojego fotela słyszał dosłownie wszystko. Nie, żeby go to jakoś szczególnie uraziło.  Odgrodził się płachtą gazety, demonstracyjnie rozpościerając Urbanowe “Nie”, tak żeby widziała najbardziej sprośne rysunki. Wiedział, że ją to wkurwia, że przed wizytą gości przeszukuje wszystkie kąty i wywala “te szmaty”. Nie gustował w tygodniku, ale lubił patrzeć, jak krzywi się z obrzydzeniem, a żyłka na skroni, tuż pod blond lokami pęcznieje z oburzenia. Może kiedyś… trrrach i trzaśnie? Byłoby po krzyku.

Tym razem jednak była pochłonięta ważnymi sprawami, o których on przecież, jako istota niższego gatunku, nie miał pojęcia.

– Wychodzę! Jadę z mamą wybierać torty. A ty nie zapomnij o żwirze. Słyszałeś? Żwir do wysypania alejki przed domem! Skaranie boskie z tym chłopem. – Trzask drzwi i stukot obcasików po schodach był znakiem, że wyszła. Odetchnął głęboko i odłożył gazetę. Wstał, przeciągnął się i poczłapał do lodówki. Nie ma piwa. Kurwa. Piwa nie miało prawa być w tym domu, bo synalek zaczął sobie pociągać. Rozpieszczony gówniarz. Jeszcze jako maluch dał się lubić, ale potem, gdy rozmiłował się w hamburgerach, grach komputerowych, a oczy przybrały bezmyślny wyraz podobny do tego, jaki miewały często wyłupiaste oczy matki, zaczęli obchodzić się szerokim łukiem. Już dawno powinien był interweniować, zmusić nieroba, by zrobił coś ze swoim życiem, ale Jadźka nie dawała.

Westchnął i zszedł do piwnicy. W skrytce za rowerem i nartami przechowywał żelazny zapas na czarną godzinę. Jadźka jeszcze nie odkryła schowka . Pewnie kwestia czasu. Miała instynkt psa myśliwskiego, tropiąc kryjówki, w których trzymał swoje skarby. Alkohol, paczkę papierosów, czasem świerszczyki. Za każdym razem urządzała awanturę, ale martwiło go jedynie, że znów musiał się trochę nakombinować nad znalezieniem odpowiedniego ukrycia. Ten ostatni był znakomity i służył mu dobrze już od pół roku. Odsunął dwie luźniejsze cegły, potem małą płytę z kartongipsu wyglądającą na pierwszy rzut oka jak otynkowana, kamienna ściana i sięgnął w głąb. Piwo było doskonale schłodzone. Otworzył je o framugę i powtórnie zagłębił ramię w schowku. Wyciągnął reklamówkę, a z niej płaską, jasnozieloną teczkę zapinaną na gumkę. Była już lekko wystrzępiona na brzegach, wypłowiała, ale jak na socjalistyczny produkt kryzysowych lat osiemdziesiątych trzymała się doskonałe. Nie ryzykował zabrania jej na górę, więc zapalił światło i przysiadł na skrzynkach wody mineralnej. Nie było tego dużo. Dwa nieostre zdjęcia ciemnowłosej dziewczyny, wykonane Zenitem, amatorski ołówkowy szkic czystego profilu i drugi, większy, kobiecy akt. Pamiętał, że do tego drugiego użył kawałka białej tektury z opakowania po koszuli “Wólczanki”. Jakie nic nieznaczące drobiazgi potrafi przechować ludzka pamięć! A, na przykład wielu, zdawałoby się istotnych, wydarzeń z ostatnich dwudziestu pięciu lat, w ogóle sobie nie przypominał. Fotografie przedstawiały drobną, ciemnowłosą, nieśmiało uśmiechniętą kobietę. Nawet ktoś obcy, przy uważnym porównaniu wszystkich obrazków uznałby zapewne, że jest na nich ta sama osoba. Wpatrywał się przez chwilę w fotki, spojrzał na szkic, po czym jeszcze raz sięgnął do teczki i wyjął złożony na pół wycinek prasowy. Rozłożył go pieczołowicie, delikatnie wygładzając ręką. Czytał artykuł niemal codziennie od trzech miesięcy, od trzech miesięcy wpatrywał się w zdjęcie urodziwej kobiety otoczonej młodymi ludźmi, której pewnie bliżej było do pięćdziesiątki niż do czterdziestki. Znał ją. Niewiele się zmieniła, mimo upływu lat. Miała w sobie pewien wdzięk, wyczuwalną klasę, nawet przyodziana w roboczy strój. Krótka notka informowała o sukcesie grupy polskich archeologów w Turkmenistanie. Znów spojrzał na podpis pod zdjęciem, znane mu nazwisko. Niezmienione, udekorowane jedynie dwoma tytułami naukowymi. Minęło dwadzieścia sześć lat od tamtych krótkich wakacji pod namiotem, w Krzyżach, od na wpół dzikiego biwaku na zasłoniętej polance (na wpół, bo znajomy leśniczy łaskawie przymknął oko, kiedy obiecali, że wszystko zostawią w najlepszym porządku). A potem… potem już nic nie było takie samo. Wszystko runęło i nie było czego zbierać.

Z czułością pogłaskał lekko chropowaty papier.  Na zdjęciu miała przejętą, zaaferowaną minę, jak wtedy, gdy odbierał ją spod akademika na Kickiego. Skupiony wyraz twarzy, lekko zmarszczone, szerokie  brwi i wygięte do góry jedynie kąciki warg. Poznałby ją wszędzie. Pamiętał doskonale słoneczny, lipcowy piątek. Na drogach pustawo, a stary opel kapitan, rocznik 1962, pruł łatanymi, kiepskimi szosami na północ. Beżową limuzyną zadawał szyku wśród studentek. Niejedną wyrwał, używając auta jako przynęty, czym wzbudzał zawiść u kolegów. Leciały na to. Ale nie Irenka. Ona zawsze była poważniejsza, skupiona na studiach i musiał się nieźle namęczyć, żeby zwróciła na niego uwagę. Wpadła mu w oko  niedługo po rozpoczęciu roku akademickiego, w Hybrydach. A może zwrócił na nią uwagę w Stodole… trudno powiedzieć. Nie potrafił jej poderwać. Nie przychodziło mu do głowy nic, co wydało się wystarczająco inteligentne. Szukał dojścia do dziewczyny przez przyjaciół, ale jakoś nic nie wychodziło. Widywał Irenkę w klubach, czasem na prywatkach (nim jednak ośmielił się podejść i poprosić do tańca, już wirowała z innym chłopakiem, choć chyba żaden nie przypadł jej na dłużej do serca). Po pewnym czasie odważył się w końcu i zagadał. Nadarzyła się okazja, by ją podrzucić do akademika. Niech błogosławiony będzie świętej pamięci wuj Herman, którego swego czasu pognało za lepszym życiem na drugi brzeg Odry. To od niego właśnie dostali tego opla, gdy dorobił się u Niemca i postanowił zmienić wóz na bardziej elegancki. I jemu, a potem młodszemu bratu, limuzyna wyświadczyła  duże przysługi w rozwoju życia erotycznego. Szerokie, wygodne kanapy zachęciły niejedną, lekko wstawioną owocowym winem dziewczynę do zadarcia sukienki i zdjęcia majtek. Już o to bracia umieli się postarać. Troskliwie pilnowali jedynie, by nie przesadzić z winem. Zabrudzenie jasnej tapicerki byłoby niewybaczalne.

A więc podwiózł Irenkę, to chyba było pod koniec maja. Siedziała wyprostowana, z rękami zaciśniętymi na torebce, ale uśmiechnęła się do niego, podziękowała serdecznie za troskę i chyba śnił, ale ślicznie zarysowane czerwone usta dotknęły na chwilę męskiego policzka. Nie, nie śnił, bo znalazłszy się w swoim pokoju, od razu podskoczył do lustra. Szminka pozostawiła ślad złożony z dwóch szerokich łuków. Taki był początek ich znajomości, namiętnej, intensywnej, zakończonej w gorzki, brzydki sposób, który kładł się cieniem na następne lata, i czego nie były w stanie przysłonić żadne późniejsze dramaty, uniesienia, czy monotonne serie dawno zapomnianych, zwykłych dni.

Westchnął i schował teczkę do schowka, zabrał niedopitą butelkę piwa na górę i ociężałe opadł na fotel. Miał pięćdziesiąt dwa lata, był więc, według współczesnych standardów, niestarym człowiekiem… Czuł się jednak tak, jakby dźwigał na plecach znacznie więcej. Znudzony, zmieniał pilotem programy. Tak naprawdę, nic go nie interesowało.

Daleko za nim został lipcowy dzień pod koniec siermiężnych lat osiemdziesiątych. Coraz lepiej mu szło z Irenką. Wiedzieli oboje, że ten następny krok jest blisko, tylko warunki lokalowe były trudne. Nie mieli się gdzie podziać, jak wielu w ich wieku. On w akademiku, w pokoju z dwoma kolegami, ona ze współlokatorką spod Olsztyna. W samochodzie nie chciała się do niego zbyt mocno przytulać, a już tym bardziej zaprosić na tylne siedzenie. Gdy tylko zrobiło się cieplej zaproponował wyprawę nad jezioro, pod namiot. Specjalnie podkreślił, że na krótki urlop, na kilka dni oddechu po sesji, żeby nie myślała, że ten namiot i to, do czego dojdzie pod namiotem, to sprawa dla niego najważniejsza. I tak rozumieli, o co chodzi. Spojrzała na niego spod długich, gęstych rzęs i zgodziła się. Innego sposobu, by zapewnić sobie odrobinę intymności, nie było.

Nie tylko oni borykali się z tym problemem. Mieli trudniej od warszawiaków z domowym i finansowym zapleczem na miejscu. Dziś by się powiedziało, że byli słoikami. A wtedy mówiło się neutralnie, nieobraźliwie “Spody”. Ona była spod Stargardu, on zaś ze wsi pod Zieloną Górą. Słoiki, zapełnione przez kochające matki wszelkim, własnoręcznie przygotowanym dobrem, pomagały przetrwać w obcym mieście. Cennych weków i twistów nie wolno było wyrzucać, kursowali więc i on i ona z ciężkimi, szklanymi naczyniami z Warszawy do rodzinnych domów i z powrotem.

Stała przed akademikiem, w pełnym słońcu, ubrana we własnoręcznie uszytą sukienkę w żółte i pomarańczowe kwiaty, w opasce z tego samego materiału na ciemnych, półdługich włosach. Stopy wsunęła w białe sandałki z rzemyków. Kochał ją właśnie taką, piękną w swojej prostocie, bezpretensjonalną, młodą kobietę.

Z fasonem zahamował przy krawężniku, wyskoczył na chodnik i otworzył drzwiczki. Mina mu zrzedła, gdy zauważył sterczącą tuż obok Ireny jej współlokatorkę. Stała przy spakowanym plecaku i zdawała się być w najlepszym humorze.

– Weźmiemy Jadzię, dobrze? Podrzucimy ją kawałek, to i tak w tym samym kierunku.

Skinął głową, choć poczuł niemiłe zaskoczenie. Przygotował kasety z muzyką na drogę, cieszył się na ich wspólną podróż i nie chciał z nikim dzielić Irenki.

Wrzucił torby pasażerek do bagażnika i musiał zaprotestować, bo Jadźka szykowała się do zajęcia miejsca obok kierowcy.

– Przepraszam cię, chciałbym z Irenką omówić kilka rzeczy w podróży. – Gotowało się w nim. Czemu Irka nic nie mówiła? Czemu zawsze się usuwała? Podejrzewał, że Jadźka wykorzystuje swoją współlokatorkę pod każdym względem i nie podobało mu się to. Już ja zrobię z tym porządek, pomyślał.

I tak z Irenką nie porozmawiał, ani nawet nie pomilczał, bo Jadźka nadawała całą drogę, a do każdego, z trudem wtrąconego przez Romana zdania, miała swój, czasem złośliwy, komentarz albo wścibskie pytanie.

Wszystkiego chciała się o nim dowiedzieć. Gdzie mieszka, skąd jest.

Zarżała, gdy przyznał się do akademika na Jelonkach.

– Jeśli nie chcesz stracić błonki, nie jedź dziewczę na Jelonki! – roześmiała się, trochę zbyt wulgarnie, jak na jego gust.

Irena zarumieniła się i rzuciła mu przepraszające spojrzenie.

Oczywiście Jadźka uznała, że jezioro jest boskie i nic się nie stanie, jeśli do domu dotrze jutro, a wieczór spędzi z przyjaciółmi. Dobrze, że udało mu się pożyczyć namiot, jedynkę, od leśniczego. Pewnie gotowa była wleźć im do śpiwora.

Rozstawianie namiotów szło mu opieszale. Był zły, że Jadźka, wygrzewająca się w różowym, skąpym opalaczu nad brzegiem jeziora uniemożliwiała mu rozpoczęcie igraszek z Ireną. Ukochana spoglądała na niego przepraszająco.

– Postaw mój namiot bliżej waszego – poprosiła Jadźka przymilnie, stając nagle tuż za nim. Niby przypadkiem otarła się pełnym udem o jego ramię, pochyliła tak, że poczuł zapach słodkich perfum i mógłby, gdyby chciał, zapuścić żurawia w pełny dekolt. Ale zignorował zaczepkę. Jej niespodziewane towarzystwo działało mu na nerwy.

 Chciał być wreszcie sam z Ireną.

– Będę się bać w nocy – zaszczebiotała Jadźka.

Bez słowa przesunął niemal gotową już konstrukcję o kilka centymetrów w stronę ich pomarańczowego namiotu.

– Bliżej się nie da – burknął.

Irena przygotowała skromną kolację z chleba, radzieckich sardynek z puszki oraz pomidorów, które kupili na targu po drodze. Zjedli ją w milczeniu, na brzegu jeziora. Nie tak wyobrażał sobie romantyczny biwak. Cały tydzień marzył, głupi, o wspólnej kąpieli z dziewczyną w świetle księżyca, najlepiej oczywiście bez kostiumów… Może Irenka dałaby się namówić. Potem dobre wino przy ognisku, dla rozluźnienia.

Jadźka odstawiła na bok talerzyk i posłała mu słodkie spojrzenie. Leci na mnie, przeszło mu przez myśl. Ale niedoczekanie… Demonstracyjnie objął Irenę za ramiona i przyciągnął do siebie. Jej ciało niemal naturalnie poddało się temu zaborczemu gestowi.

– Chcę już iść spać – powiedział głośno, tonem nieznoszącym sprzeciwu. Ziewnął hałaśliwie i przeciągnął się.

– Dobranoc Jadziu, śpij dobrze. Żadni wilcy cię nie porwą, nie ma obawy. – Nie zważając na niepyszną minę koleżanki, ujął Irenę za rękę i poprowadził w stronę namiotu.

Gdy tylko wślizgnęli się do środka, mimo gorąca, zasunął zamek wejścia. Noc była jasna, w namiocie panował półmrok. Na poprzecznej belce stelażu podwiesił latarkę, żeby rozświetlić wnętrze. Uczynił to z premedytacją, bo przecież w końcu będzie chciał poznać całe ciało dziewczyny, gdy ją rozbierze. Więcej światła nie zaszkodzi. Obrócił się i ujął śliczne, opalone ramiona, które zawsze go wzruszały pozorną kruchością.

– Mam cię i już nie puszczę, wiesz? Ty moja śliczna, dzika koteczko. Ciągle mi się wymykałaś. Dziś ci nie pozwolę – powiedział. Celowo nie ściszał głosu.

Irena protestowała wstydliwie, uciszała go dla przyzwoitości (bo Jadzia będzie słyszeć i poczuje się skrępowana), ale nic sobie nie robił z jej nieśmiałych sprzeciwów.

– Jak ty z nią wytrzymujesz na co dzień? – mruknął już nie tak głośno, niezadowolony, gdy do ich uszu doleciały piski Jadźki. Znalazła w namiocie żabę.

Wzruszyła ramionami, uśmiechnęła się.

– To dobra koleżanka. Dobry człowiek.

– Ciii, starczy już o niej.

Wreszcie mógł zamknąć Irenkę w ramionach i zmusić ją, żeby skupiła się wyłącznie na nim. Dotknął czołem do czoła dziewczyny, jak zawsze, gdy zamierzał ją pocałować. Ich mały intymny rytuał. Ściągnęła szeroką opaskę z włosów, uwolnione spadły mu na twarz i łaskotały, zasłaniały jej usta, musiał gęstwinę odgarnąć, udawał niezadowolonego, że tak mu bronią dostępu do dziewczyny. Miała wilgotne wargi, może tego dnia nawet bardziej nabrzmiałe od czekania na pocałunki.

Ta cholerna Jadźka. Gdyby byli sami, rozsunąłby wejście do namiotu, zaniósł ją do wody. Lato było gorące i suche, nawet komary nie dokuczały. Przy otwartym namiocie nie byłoby tak duszno.

– Rozbierzesz się, Iruś?

Zawahała się przez moment.

– A może poczekamy do jutra? Odwieziesz Jadzię na PKS, będziemy sami.

– Mowy nie ma, moja ty piękna! Za długo już czekam, chodź tu.

Znowu ją chwycił, tym razem w talii. Trochę szamotali się dla zabawy, ale ona to wreszcie przerwała, zarzuciwszy mu ręce na szyję. Musiał pomóc dziewczynie wyswobodzić się z sukienki, opuścił najpierw szerokie ramiączka i po raz pierwszy odsłonił drobne, sprężyste, okrągłe piersi. Bardzo mu przypadły do gustu, już od pierwszej chwili. Także niewielkie, nietypowe sutki. Wydały mu się zbyt ciemne, wręcz ciemnowiśniowe. Pochylił się od razu, aby wziąć jeden z nich do ust, zacząć od tej pieszczoty znajomość z miejscami ciała Ireny, które wcześniej pozostawały dla niego niedostępne.

Drgnęła, jakby ją uraził, wciągnęła powietrze i zarumieniła się mocno. Nawet w skąpym świetle latarki było to widać.

– Czemu są takie czerwone? – szepnął.

– Otarłam je trochę o materiał. Nie włożyłam stanika, tak gorąco… – przyznała z lekkim zawstydzeniem. Rzeczywiście, sukienka była z taniej, szorstkiej tkaniny, choć wesoły, duży deseń nadawał kreacji wrażenie lekkości i miękkości. Materiał mógł podrażnić delikatne koniuszki piersi.

– To zaraz coś na to zaradzimy. Wiesz, że w ślinie są lecznicze substancje? Psy się wylizują…

– Oj, Romek. – Jej rumieniec pogłębił się. – Ale rzeczy opowiadasz. Zwierzęta to nie ludzie.

– Zaraz się nimi zajmę, mówię ci. Jestem najlepszym, bardzo doświadczonym lekarzem od podrażnionych sutków.

Troskliwie ułożył dziewczynę  na śpiworze. Jeszcze potrafił kontrolować podniecenie, choć już uwierała erekcja. Napawając się chwilą, odchylił głowę, aby z perspektywy podziwiać lekko opalone, zgrabne ciało Ireny. Nie była modelową pięknością. Biodra miała nieco zbyt szerokie, ale za to piękne wcięcie w talii, płaski brzuch, i małe, krągłe piersi. No i ramiona. Tym mógł przyglądać się bez końca. Okrągłe, delikatnie umięśnione, jakby stworzone, utoczone i wygładzone przez wprawne palce dobrego rzeźbiarza. Doskonałe. Zmarszczył brwi. Białe, bawełniane majtki wciąż skrywały przed jego wzrokiem tajemnice dziewczęcego ciała. Wybrzuszały się na wzgórku, skrywając przygniecione ciemne włoski. Chwycił figi z obu stron i odciągnął gumkę. Zaprotestowała cicho, odruchowo krzyżując uda i powstrzymując niecierpliwe dłonie mężczyzny.

– Nie wstydź się, głupia – powiedział z czułością i, drocząc się, bo przecież tak naprawdę też tego chciała. Przekomarzanki z Ireną polegały na tym, że wielokrotnie nieco zsuwał a potem podciągał do oporu bawełniany łaszek, aż w końcu pojęła, że jakikolwiek opór jest nie na miejscu i ulegle uniosła biodra. Wtedy jednym ruchem ściągnął bieliznę i odrzucił za siebie. Dziewczyna wyciągnęła się jak struna, oddychała szybko. Męskie spojrzenie zsunęło się na podbrzusze. Krawędzie warg przylegały ściśle do siebie, ukryte pod kręconą, czarną gęstwiną. Tylko u samej góry ich brzegi tworzyły maleńką zatoczkę w kształcie łezki. Dotknął delikatnie palcem tych odkrytych cudów, ostrożnie zanurzył w lepką, gorącą kotlinkę, aż zadrżała, rozchyliła uda i pozwoliła mu pieścić się całą dłonią. Czuł na ręku śliską, ciągnącą się wilgoć, którą przeniósł na palcach na zaczerwienione brodawki.

– I co, nie boli? – spytał czule. Pokręciła głową. Masował delikatnie sutki, najpierw jeden, potem drugi. Pluł na palce i kontynuował kurację. Potem uznał, że uzdrawiającej substancji nigdy nie za wiele. Pochylił się nad dziewczyną i zaczął ją obśliniać, pokrywać pianą, rozsmarowywać językiem i wargami po całej powierzchni podrażnionych aureoli, cały czas kontrolując siłę bodźców, aby nie sprawić bólu. Sutki skurczyły się i stwardniały z podniecenia. Ich stymulacja powodowała westchnienia i przyśpieszony oddech. Irena powoli rozluźniała się, poprawiała pozycję. Trzymała kochanka za szyję, przyciągała go do siebie, a on był rozdarty między chęcią obsypania jej długimi, wręcz łapczywymi pocałunkami, a zajęciem się nowo odkrytym lądem.

Wreszcie wpadł na pomysł, jak pogodzić ze sobą te dwie, sprzeczne chęci.

Przylgnął ustami do wklęsłego brzucha, do wrażliwego, miękkiego miejsca tuż pod pępkiem.. Odruchowo wstrzymała oddech w oczekiwaniu na następny ruch. Usiłowała odgadnąć, co ją zaraz czeka, zauważył lekkie napięcie ciała. Nie chciał dopuścić do tego, by się spięła albo przestraszyła, nie wiedział przecież, jakie były jej wcześniejsze doświadczenia. Pragnął pełnego zaufania, otwarcia i oddania. Musiał więc cofnąć się o krok. Przerwał zatem na chwilę pocałunki,  wsunął ręce pod jej pośladki, i pogładził je bardzo delikatnie, z czułością. Przyniosło to oczekiwany efekt, bo znów rozluźniła mięśnie, a nawet przyciągnęła jego głowę do swojego brzucha. Wrócił ustami do swojego odkrycia, miejsca, na którym jego bardzo zaangażowany pocałunek odcisnął ciemniejszy ślad. Bardzo, bardzo powoli, milimetr po milimetrze rozpoczął drogę w dół, w stronę kosmatego wzgórka, znacząc swoją trasę krótszymi i dłuższymi dotknięciami języka. Dłonie przesunął spod pośladków, na uda, ujął je mocniej, chcąc szerzej rozchylić. Wtedy pojęła, co zamierza.

– Nie… – powiedziała, z cieniem paniki w głosie. – Tam nie…

– Dlaczego? – Wiedział, że niektóre dziewczyny nie znały minetki, niektóre były otwarte na naukę, zachwycone udzieloną im lekcją, niektóre (często te poczęstowane wcześniej winem) chichotały głupio, biły go po głowie i oskarżały o łaskotanie, w innych ta intymna pieszczota czy też już sama propozycja wywoływały skrajnie negatywne emocje. Wiedział, że mogą zaistnieć takie reakcje, czytywał regularnie rubrykę doktora Lwa–Starowicza w ITD, próbował wprowadzać w życie zawarte tam opisy wstępnych gierek i inne “ techniczne” porady – czasem z lepszym, czasem z gorszym skutkiem. Nie zdziwiła go zatem zachowawcza reakcja Ireny, choć żałował, że się tak opiera, nie chce spróbować, dać mu szansy wykazania się delikatnością w pieszczotach kobiecej norki. Bo i od tego uważał się za eksperta. Mieszanina zapachów w ciasnym namiocie, delikatny pot osadzający się na jej skórze i mocna, słodka woń podniecenia sprawiała, że miał ogromną ochotę posmakować swoją dziewczynę. Był zresztą pewien, że umiałby ją zadowolić. Pewnie byłaby zachwycona. Nie chciał jednak robić nic wbrew jej woli.

– Nie wiem – odpowiedziała bezradnie. Instynkt podpowiedział mu, by nie okazać jej swojego rozczarowania.

Podciągnął się wyżej i znów rozpoczął swój maraton pocałunków, rozmaitych, jakie tylko znał. Krótkich muśnięć czubkiem języka, liźnięć, namiętnych całusów, a nawet lekkich ukąszeń.

W końcu, powoli, doszli do tego, co im się najbardziej podobało. Wiedział, że nie miała zbyt dużego doświadczenia, ale nie pytał o nie. Wyszło całkiem naturalnie, że kochali się tej nocy i klasycznie, kiedy już podniecona oraz bardzo gorąca w środku, przyjęła go głęboko w sobie, cały czas upominając, by zachowywał się dyskretnie, i jeszcze raz nad ranem – od tyłu, po przebudzeniu się w wilgotnym i dusznym namiocie. Leżała na brzuchu, bardzo blisko niego, tak że mógł podziwiać skotłowane od snu gęste włosy, linię lekko spoconego karku i plecy miękko przechodzące w krągłe pośladki, które natychmiast doczekały się od niego wielu, nawet bardzo wielu pocałunków. Nie obudziła się, machnęła ręką i przekręciła się na drugą stronę. Wtedy wyciągnął z plecaka ten karton po koszuli. Znalazł ołówek i natchnionymi kreskami utrwalił jej obraz tak, jak chciał go zapamiętać. Cud, że nie wyrzucił tego naprędce stworzonego szkicu, a przecież miał taki zamiar za każdym razem, gdy kawałek tektury wpadał mu w ręce.

Pamiętał, że kiedy tylko skończył, obudziła się. Stwierdziła, że jest za wcześnie na wstawanie i ułożyła się znów na brzuchu. Wtedy już nie wytrzymał, przygniótł ją całym sobą do śpiwora, szybko znalazł i utorował sobie drogę w głąb jeszcze niegotowego, ale szybko dopasowującego się ciała i najpierw powoli, a potem coraz szybciej kochał od tyłu, Zamarł po ostatnim skurczu, zanurzony twarzą w jej włosy, tuląc brodę do mokrej skroni Ireny. Obok samczej satysfakcji, przepełniało go inne szczęście, bardziej pełne. Do takiego natężenia uczucia nigdy wcześniej, ani nigdy później nawet się nie zbliżył.

Wszelkie głupie aluzje Jadźki i rumieńce Ireny przy śniadaniu konsekwentnie zignorował.

– Spóźnisz się na autobus, pakuj się – polecił sucho, gdy stwierdził, że koleżanka nie kwapi się do zbierania swoich bagaży. Odwiózł ją na przystanek i z ulgą pozbył się uciążliwej towarzyszki. Wracał tak szybko, jak mógł, zarobił mandat po drodze, ale wreszcie miał pełne dwa dni na poznanie wszystkich sekretów Ireny. I wykorzystał je dobrze.

Odłożył pilot i zamknął oczy. Jak mógł być takim idiotą? Chyba coś jest w tym, że, jak mu kiedyś powiedziała pewna pani, którą usiłował poderwać w sanatorium, nie bardzo lubił siebie. Pusty śmiech. Był swoim najgorszym wrogiem.

Paskudny anonim przyszedł w poniedziałek rano, kiedy szykował się do wyjścia. Planował jeszcze jeden wypad nad jezioro, ale Irena odwołała spotkanie. Musi jechać do domu, coś z matką…

– Zawiozę cię. – Zaofiarował się natychmiast z pomocą. Wyczuł w jej głosie wahanie.

– Nie, nie, chciałeś przecież dorobić, taka okazja nie trafia się często. – Rzeczywiście, dostał dobrze płatną fuchę przy budowie.

Otworzył szarą kopertę i przeczytał, że go zdradza. Życzliwa informowała, że Irena jedzie na weekend z Jurkiem W., studentem medycyny, został nawet podany numer autobusu i godzina odjazdu. Nie uwierzył, roześmiał się nawet, co za bzdury chciało się komuś wypisywać. Ale dwa dni później, ukryty za filarem dworca autobusowego przy Centralnym, dostrzegł ją w tłumie pasażerów. I tamtego też. Znał go z imprez. Facet niósł jej torbę, pomagał wsiąść do autobusu.

Trafiło go to. Nie chciał słuchać wyjaśnień, błagań, zaklęć. Widział, co widział. Znienawidził ją, zapił się i usiłował wymazać dziewczynę z pamięci.

Po dwóch miesiącach poszedł nawet pod akademik. Chciał ją spotkać i dać jej w twarz, tak, żeby zabolało, a wszyscy dowiedzieli się, że ta skromnisia to w gruncie rzeczy zwykła puszczalska, cichodajka. Ale już tam nie mieszkała.

– Wiem… Wiem doskonale, jak się czujesz… – Jadźka wpuściła go do środka, złapała za rękę, pogłaskała niezręcznie. – Naprawdę nie wiem, jak mogła ci to zrobić. – Potrząśnięciu głową towarzyszyło głębokie teatralne niemal, westchnienie – Ale na mnie możesz liczyć. Na początek napijemy się herbatki. Przy herbacie lepiej się gada.

Istotnie, trudno było zaprzeczyć.

Zniknęła w małej kuchence i nie pojawiała się dość długo. Rozglądał się po pokoju, zauważył rozklekotany tapczan pokryty zielonym rypsem, dwie ręcznie haftowane poduszki, tanie zasłony z żółtego bistoru. Tu mieszkała Irena. Tu jej wpadło do głowy, żeby zrobić z niego głupka, idiotę, ośmieszyć go… Gdyby jej nie zobaczył z tamtym, nie uwierzyłby… Ale taka była rzeczywistość. Nie ma co, trzeba zacisnąć zęby i iść naprzód. Potrząsnął głową, przymknął powieki.

– Herbatka podana… – Otworzył oczy. Jadźka trzymała aluminiową tacę, na której stały dwie szklanki z grubego szkła i porcelanowa cukiernica. Uśmiechała się. Była całkowicie naga, nie licząc różowych klapek na wysokim słupku przyozdobionych kokardą. Piersi miały przynajmniej rozmiar D, niemal dotykały tacy. Pod spodem, u zbiegu ud,  dostrzegł nierówno, chyba w pośpiechu przycięty gąszcz włosów, o dwa przynajmniej tony ciemniejszych niż te, które miała na głowie.

Zerwał się z miejsca, kompletnie zaskoczony.

– Co ty, Jadźka… – wykrztusił, wciąż nie dowierzając temu, co widzi.

– Herbatka i deser – uściśliła dziewczyna. Odstawiła tacę na chyboczący stół, popchnęła go lekko, a że był na to kompletnie nieprzygotowany, usiadł w fotelu.

Już gramoliła mu się na kolana, a właściwie siadała w rozkroku, pozwalając dojrzeć ciemnoróżowe wnętrze przedsionka pochwy.

A to cipa, przemknęło mu przez głowę. Ta Jadźka, kto by pomyślał. Sytuacja zaczęła Romana bawić. W sumie, czemu nie skorzystać z okazji, która sama wchodzi w ręce.

Miała miękkie, trochę nawet zbyt miękkie, i blade ciało. Przelewało mu się między palcami, gdy zanurzył je w małe, lekko zarysowane wałki tworzące się nad biodrami. Nie była gruba, jej pełne kształty mogły się podobać, wydały mu się nawet całkiem apetyczne. Poczuł, że na spodniach zrobiła mu plamę z wilgoci. Rzeczywiście, nie mylił się, leciała na niego. Nagle poczuł niesamowite podniecenie. Zerżnąć głupią, cycastą blondynę, zwykłe prymitywne męskie marzenie… A czemu nie… Ścisnął jej piersi, duże, obłe, lekko obwisłe, ale wydały mu się w tej chwili niesamowicie pociągające. Podane na tacy razem ze słabą herbatą Madras. Ściskał je zatem i tarmosił, aż zaczęła prosić, żeby wreszcie przestał i przeszedł do rzeczy, bo ona, Jadzia już nie może wytrzymać i bardzo chce mu dać dowód miłości. Tapczan trzeszczał pod ich rytmicznym rżnięciem, na pewno ją boleśnie otarł. Później pomyślał, że to niezaplanowane bzykanie przypominało heblowanie deski. Jadźka piszczała i wychodziła mu na przeciw, ściskała mu biodra tymi pełnymi, miękkimi, lecz zadziwiająco silnymi udami, otwierała się na niego i teatralnie jęczała .

– Zabezpieczasz się jakoś? – spytał, kiedy było już po wszystkim. Siedział na brzegu tapczanu, czując jego szorstki materiał pod pośladkami.

– Chodzę do naszego doktora w przychodni, do Oziębły. Doskonały specjalista. Nie martw się.

No to się i nie martwił. Wracał do domu po raz pierwszy na piechotę, czuł się lekki i uwolniony. Nie tylko z Irką można się dobrze kochać. Uwolnił swój gniew, swoje rozczarowanie i znalazł pocieszenie. Całkiem mu się podobało, więc powtórzyli numer na wycieczce do Świdra. W ciepłe, jesienne popołudnie. Tym razem Opel Kapitan przeszedł test wytrzymałości resorów. A Roman poczuł się jak król życia, wytryskając do środka biuściastej  blondyny, bawiąc się rozsmarowywaniem resztek spermy na jej białych, dużych cycach (tak właśnie określał je w myśli, słowo piersi zupełnie mu do nich  nie pasowało), do których kształtu i miękkości zdołał się już przyzwyczaić i wręcz polubić. Nawet tapicerkę olał, takie to było lekkie, bezmyślne i przez to nadzwyczaj przyjemne rżnięcie.

– To ty napisałaś do mnie o Irce i… tamtym?

– Ja… – przyznała się po chwili wahania. – Oni już od jakiegoś czasu się spotykali. A ja kurestwa nie toleruję. – Tym razem przyjął słowa blondynki spokojnie. I on nie lubił kurestwa.

Jadźka zaciążyła już od drugiego razu. Podobno zawiodła profilaktyka słynnego doktora Oziębły oraz kalendarzyk, skrupulatnie ponoć prowadzony. Zdenerwował się. Jak to, to już? Pewnie, chciał mieć dzieci. Kiedyś tam. I żonę też, jasne. Ale że to właśnie będzie akurat Jadźka… No, tak wyszło. Przez trzy dni pił z kumplami, od których dowiedział się jednego: olewaj to. Będziesz miał dzieciaka i babę w domu, co za różnica, czy tę czy tamtą? I to była prawda. Nie było rady, wsadził ją do limuzyny i zawiózł pod Zieloną Górę, aby przedstawić rodzicom. Przyjęto ich serdecznie, choć z pewnym zakłopotaniem, bo każdy we wsi od razu widział, że chłopak musi się żenić. Matka bacznie przez cały tydzień obserwowała przyszłą synową . Starała się, obie wydawały się starać, ale prawdziwa więź nigdy się między nimi nie wytworzyła.

– A ty, synku, kochasz tę pannę? – O to zapytała babcia, która zawsze wyrywała się z, wprawiającymi rozmówców w zakłopotanie, komentarzami. Nic nie odpowiedział, a babka pokiwała smutno głową.

Ślubu nie potrafił sobie przypomnieć, prócz tego, że Jadźka, już w piątym miesiącu ciąży, wyglądała jak biała, nadmuchana beza, udekorowana koronkami. On sam robił zaś to, co mu kazali. Matka, Jadźka, teściowa. Następne lata, zajęte zakładaniem firmy i szarpaniną z budową domu, która nijak nie chciała się skończyć, niknęły w mgle czasu, który zlewał się w jedno długie ciągnące się, pasmo szarości. Od Bożego Narodzenia do wakacji, od Wielkiejnocy do Wszystkich świętych, od pierwszej komórki Centertela, z którą obnosił się dumnie jako jeden z pierwszych, przez Motorolę i Nokię, aż do smartfonów i innych wynalazków. Rzadko oglądał zdjęcia, rzadko przyglądał się Jadźce, która pulchniała i rozdymała się od środka proporcjonalnie do wielkości hełmu, jaki tworzyła coraz bardziej nadęta i betonowa fryzura. Upodabniała się do swojej matki. Miał koło siebie babę, nie kobietę, ale sam tak wybrał, sam się w to wpakował. Nie można było nikogo winić. Ani Jadźki, ani doktora Oziębły, już wtedy świętej pamięci. Była babą, szparą, dziurą, którą potrafił zapełnić tylko przy zgaszonym świetle (wraz z upływem czasu wdrapanie się na nią stanowiło coraz większe wyzwanie). Sapała przy tym jak lokomotywa, wydając z siebie ciche jęki. A jemu było coraz bardziej wszystko jedno.

I jakoś szło, z roku na rok, z miesiąca na miesiąc, aż do pierwszego, lekkiego zawału. Przejęła się, choć o mało nie zadusiła go swoją troską. Wyjechali do Kołobrzegu na dwa tygodnie. Był to nawet udany wyjazd. Chodzili na spacery, jak parka emerytów, pod rękę, deptakiem, albo na plażę. Jadźka wyjątkowo trzymała dziób na kłódkę, w przekonaniu, że przez nadmorski, zimny wiatr nabawi się zapalenia gardła. Ale on niestety, nie uniknął dolegliwości. Ćmiący ból zęba nakazał mu udać się do poleconego przez właściciela pensjonatu, gabinetu dentystycznego. I tam spotkał tego, któremu miał kiedyś ochotę wybić zęby. Jak to mówią, w życiu spotykasz się zawsze dwa razy.

Usadowiony na fotelu, w mało wygodnej, leżącej pozycji rozpoznał w renomowanym dentyście Jurka, swojego, jak sądził,  największego rywala i wroga.

– A co cię przywiało aż do Kołobrzegu? – Lustracja uzębienia prowadzona przez lekarza umożliwiała pacjentowi prowadzenie jedynie ograniczonego dialogu, więc coś odmruknął zdawkowo. – Pani Basiu, wielka dziura w ósemce… Muszę cię znieczulić, Roman. – Poczuł ukłucie w okolicach dziąsła chorego zęba. Jurek założył ręce na piersiach i oparł się o parapet, czekając, aż lekarstwo zacznie działać.

– Powiem ci chłopie, że zawsze myślałem, że zostaniesz z Ireną. Fajna z was była para. A dziewczyna z klasą. Co tam się stało między wami, że aż przeniosła się na studia do Gdańska? Tak żeśmy się zastanawiali, wiesz… Moja żona nawet Irusię próbowała podpytać, ale ona nic nigdy nie chciała powiedzieć. Wiesz, jaka Danka jest ciekawska. Swatała potem Irkę ze swoim bratem, ale nic z tego nie wyszło. Ale grunt, że z Jadzią wam się ułożyło. Danusia się ucieszy.

Gdyby ten palant nie miał w ręku wiertła, Roman przywaliłby mu w gębę.

– No, widzę, że cię już nieźle wykrzywiło, zaczynam! – Jurek energicznie założył maskę na twarz i zabrał się do borowania. Trzeba mu było przyznać, znał się na swojej robocie.

Roman miał czas ochłonąć i przemyśleć swoje słowa. Kiedy chciał, umiał się opanować, zagrać na zimno. Wkładając marynarkę, spróbował pociągnąć Jurka za język, unikając jednocześnie odpowiedzi na wcześniejsze pytanie znajomego z dawnych lat:

– Myślałem, że to ty kręciłeś z Irką. Nie byliście razem nad morzem?

Jurek spojrzał na niego z zaskoczeniem.

– My? Z byka spadłeś? Nie znałem jej prawie. Raz jechaliśmy razem autobusem do domu, bo ona też z wybrzeża. Całą drogę opowiadała, jaki z ciebie fantastyczny gość. W Gdańsku pomogłem jej z bagażami, nie wiem, ile tych pustych słoików tachała do domu. A ja, wiesz, typ leniwego monogamisty jestem. Danka mnie sobie już w liceum wybrała, szafa gra od trzydziestu lat z górką. Zresztą, wolę… – Coś tam jeszcze gadał, wypisując rachunek i nie zważając na to, że Roman, pobladły, oparł się o ścianę.

– Romek, co jest? To pewnie znieczulenie odchodzi. Masz alergię? Zapomniałem cię spytać, cholera… Chcesz usiąść?

– Nie, nie. Wszystko w porządku, naprawdę. – Podał mu dwustuzłotowy banknot. – Dzięki, stary…

– Może wpadniecie na kolację? Danusia się ucieszy…

Jurek odprowadził pacjenta i stanął w drzwiach.

– Innym razem, czuję się dziś trochę zmęczony – Roman składał słowa automatycznie, tak jakby ktoś inny je za niego wypowiadał, jakby obca osoba  kierowała jego krokami dudniącymi głucho na tanim lastryko schodów wiodących do wyjścia na ulicę. Dentysta  patrzył z troską za dawnym kolegą.

Jadźka czekała na ławce, wystawiła twarz do słońca. Spojrzał na jej głupawy pysk i aż go zatrzęsło. Uśmiechnęła się do niego szeroko.

– No, widzę, że po wszystkim. Idziemy na spacer, na skarpę? – Poderwała się dziarsko.

A czemu by nie, pomyślał z nienawiścią, mógłbym stanąć za tobą i dać ci kopa w tłusty zad. Spadłabyś jak szmaciana lalka prosto na glebę i zaryła tym głupim dziobem w piasek. Szkoda tylko, że to lipiec, tyle ludzi. Jeszcze byś kogo uszkodziła, jakiego niewinnego dzieciaka, nie daj Bóg.

Rozciągnął usta w gumowym uśmiechu.

– Wracajmy lepiej do pensjonatu, chciałbym się położyć – aż sam się zdziwił, w  jak opanowany i naturalny sposób to zabrzmiało. Lata treningu, by nie odgadła jego najskrytszych myśli.

Dał się wtłoczyć w garnitur. Stój, podnieś rękę, obróć się! Ten guzik trzeba przyszyć, dynda się od wesela młodej Janiakówny. Jak ty wyglądasz? Żebyś mi wstydu nie przyniósł!

Obracał się, podnosił rękę, był gotów nawet klęknąć i wpełznąć pod szafę, byle już było po wszystkim.

– Zamówiłam limuzynę z muzeum w Otrębusach. Różowego cadillaca. Czemu się krzywisz?

– Nie w moim guście…

– Ale w moim. Nie będę już z tobą dyskutować, to nie ma sensu. Załóż ciemny krawat! Że tobie wszystko trzeba powiedzieć…

– Jaki ciemny? Ten w kropki czy ten w paseczki? – sapnął zrezygnowany, wyciągając z szafy dwa ponure “zwisy męskie eleganckie”.

– Nie masz nic lepszego? A ten śliczny, z chińskiego jedwabiu, co mama dała ci na imieniny? – przepchnęła się do szafy, krytycznym spojrzeniem objęła jego skromne zbiory krawatów (nie cierpiał ich i dyskretnie pozbywał się najbardziej nielubianych egzemplarzy).

Boże, spraw, by już było po wszystkim!

– Wiem! – tryumfalny okrzyk żony wzbudził w nim czujność. – Jedziemy zaraz na zakupy! Krawat dla ciebie, a ja sobie przy okazji sprawię bieliznę modelującą! Ta ździra, Barańska, kupiła sobie taką, wygląda wystrzałowo.

Poddał się.

– O, teraz Roman!

– Ro–mek, Ro–mek! Mo–wa, mo–wa!

Podszedł do mikrofonu. Już dawno to sobie dobrze obmyślił. Nie tylko Jadźka potrafiła planować.

– Szanowni goście, drodzy przyjaciele! – szum na sali ucichł szybko, rozbawieni i już lekko podochoceni goście uciszali się nawzajem.

– Dziękuję wam, podobnie jak i moja droga małżonka, za tak liczne przybycie. Dwadzieścia pięć lat to zaledwie mgnienie historii, lecz w życiu pojedynczego człowieka to, średnio licząc, około trzydzieści procent czasu, jaki dany jest nam na tym padole. – Słyszał aprobujące, pojedyncze pomruki. Idioci.

– I dlatego mówię wam… – Zawiesił na chwilę głos. Jeszcze mógł się wycofać. Wszystko zależało od niego.

– Dlatego mówię dziś, że… – Czuł, jak tętno przyspieszyło. – …dwadzieścia pięć lat… zwyczajnie i po prostu… to kawał życia. Spełniłem swój obowiązek. Chcę powiedzieć, jak ważny jest dla mnie dzisiejszy dzień. Ważny, kto wie, czy nie najważniejszy w ciągu ostatnich dekad. – Spojrzał w stronę Jadźki. Karminowe wargi ułożyły się do uśmiechu, położyła pulchną dłoń na biuście i potoczyła tryumfującym wzrokiem po gościach. Niech widzą. Mąż nawet po dwudziestu pięciu latach małżeństwa za chwilę publicznie złoży jej deklarację miłości.

– Jadziu… cóż, myślę po prostu, że … wystarczy. Odchodzę. Dla siebie. I dla twojego własnego dobra. Gdybym został… wiesz, to mogłoby się skończyć gwałtownie i nieciekawie. Bardzo nieciekawie. – Adrenalina odpłynęła. Był spokojny i nawet nie bardzo ciekaw reakcji słuchaczy. Te ostatnie zdania wypluł z głębi trzewi, zalegały tam już stanowczo za długo i ciążyły mu niemiłosiernie. Gdzie jest wyjście?

W ciszy, która zaległa w Sali Malinowej, brzęk srebrnej łyżeczki, która, strącona nieuważną ręką,  uderzyła o kamienną podłogę, zabrzmiał niemal jak salwa armatnia. Chyba nikt nie oddychał. Jednak łyżeczka poderwała wszystkich na równe nogi. W ciszy przerywanej jedynie zakłopotanymi chrząknięciami i cicho, wręcz lękliwie szeptanymi przeprosinami i uwagami (przepraszam pana, chciałbym sięgnąć po marynarkę, tak, przepraszam, masz numerek do szatni, kluczyki do samochodu, daj, zawołam taksówkę, na pewno nie będziesz prowadzić w tym stanie, Super Taxi może? Gdzie mój telefon, a to ci dopiero, zabierzecie się z nami, Romek odwalił numer, ma chłop jaja, cicho, ciiiiszej, biedna Jadzia, to musiało się tak skończyć, nie komentuj, Janek, nie teraz! NIE KOMENTUJ!)

Zszedł ze sceny, nie oglądając się na nikogo, ani na Jadźkę, której może wreszcie pękła ta cholerna żyłka, ani na obfity gors Generałowej zapewne zastygły teraz jak marmur na popiersiach zasłużonych. Ci, którzy jeszcze nie zdążyli opuścić sali, niby odwracali wzrok, przyglądając mu się jednak ukradkiem, rozstępowali się przed nim. Niechby ktoś spróbował wejść mu w drogę!

Portier przytrzymał mu drzwi i skłonił się lekko. Wcisnął  facetowi pięćdziesiąt złotych. To i tak niewiele za otwarcie drzwi do nowego życia.

– Thank you, sir.

Wyszedł na Krakowskie Przedmieście spowite lekką, wieczorną mgłą. Listopad nie był wcale taki zły. Pomyślał o wzburzonym, granatowym Bałtyku, przejmującym wietrze i pustych plażach. Odremontowane latarnie mrugały do niego życzliwie. Poklepał się po kieszeniach.  Portfel, dokumenty. Brak planu. Roześmiał się. Brak planu, to właśnie było w tym wszystkim najlepsze. Pogwizdując, skierował się na postój taksówek.

– Dokąd?

– Powiedzmy, że na Centralny!

.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Miss.Swiss w czystej postaci.

Bardzo mi się podobało. Ciekawa historia opowiedziana zdawałoby się zaledwie kilkoma słowami, a przecież poznaliśmy ponad 25 lat z życia bohatera. Aż dziw bierze, że w tak ciekawy sposób można opisać historię zwykłego szarego człowieka, bo przecież ile takich historii wydarzyło się naprawdę. Może z innym zakończeniem/początkiem, ale to jest właśnie najlepsze, że każdy w jakiś sposób istnieje w tym opowiadaniu jako jedna z postaci.

Miłej lektury wszystkim życzę 🙂

WW.

Mistrzowskie!

tomamor: Rewelacyjne opowiadanie 🙂 Niby historia znana, oklepana na tysiąc sposobów, ale tu i w tym wydaniu świeża, ładna i powabna 😉

Szkoda, że nie ma możliwości edycji komentarza. Jedna literówka raniąca oko powoduje perturbacje.

To wielki dramat. Wszak życie ma się jedno i podejmować w jego połowie decyzję drastycznie zmieniającą przyszłość – nikomu nie życzę. Jest i morał, co lubię, odkąd zaczęto mi bajki opowiadać. Tekst bez morału, tekstem mniej wartym – tak mnie uwarunkowano w dzieciństwie.
Cieszy, że autorka-kosmopolitka zechciała wrócić z fabułą opowiadania do naszej dawnej rzeczywistości, odkurzyć starą fotkę. Nie tylko ona zresztą. Może to będzie trwalszy trend, a może chwilowa tendencja – zobaczymy.
W pochwałach łączę się z poprzednikami. Brawo, autorko!

Bardzo ciekawe i trzymające w napięciu opowiadanie.
jimmyg

Droga Miss!

To opowiadanie jest jak cudownie trafiony prezent, tym bardziej fortunny, że przecież nieoczekiwany. Dowiedziałem się o tym, że jest w przygotowaniu dosłownie na kilka dni przed premierą, przeczytałem dopiero na Najlepszej Erotyce. Zaskoczenie jest więc całkowite, podobnie jak i moja czytelnicza satysfakcja.

Tekst jest niezbyt długi, ale zawiera wszystkie niezbędne elementy (i żadnego ponad potrzebę!). Przyzwyczaiłaś już nas do swych umiejętności pisania syntetycznego, bez nadmiaru słów, wątków i postaci. Dowiadujemy się o bohaterach dokładnie tyle, ile potrzebujemy. Każda scena ma swoje uzasadnienie i ściśle określone miejsce. Najważniejsze jednak, że cała ta precyzyjna maszyneria działa!

Opowiadanie jest po prostu wyśmienite.

Prosta historia, jakby z życia wzięta. Bohaterowie dalecy od heroizmu czy chociaż niezwykłości (może z wyjątkiem pani archeolog). W retrospekcjach siermiężne realia PRL. A jednak i tutaj jest miejsce na dramat, a nawet tragedię. No i szczypta nadziei na sam koniec. Jak pisał klasyk, "Coś się kończy, coś się zaczyna". Kompozycja zamknięta, dzieło ziszczone.

Czegóż Ci życzyć, Miss? Chyba tylko jak najczęstszych przypływów natchnienia, które dają początek takim opowiadaniom!

Pozdrawiam serdecznie i zabieram się do rereadingu, choć już późno i noc za oknami
M.A.

Jedno z najlepszych opowiadan jakie czytalem! Gratuluje talentu autorce:) Swietnie sie czyta:) Wszystko spojne i ciekawe:) Oby wiecej takich tresci:) Pozdrawiam i zycze szczescia:)

Wprawdzie z dużym opóźnieniem, za to bardzo serdecznie dziękuję wszystkim, którzy zechcieli skomentować opowiadanie.

Cieszę się, że ta historia poskładana z trzech różnych, zasłyszanych opowieści i uzupełniona kilkoma dodatkowymi postaciami spodobała się czytelnikom.
I wielkie podziękowania dla naszego Autora, Karela za bardzo wnikliwą analizę tego tekstu (na co poświęcił swój wolny dzień) i krytyczne uwagi przed publikacją. Tekst ogromnie na tym zyskał, co stwierdziłam, porównując ostatnio obie wersje.

@M.A. – mam oczy i uszy otwarte. jak wiadomo, najciekawsze historie rozgrywają się często tuż obok nas, mam nadzieję, że Twoje życzenia się spełnią i natchnienie podpowie mi jeszcze niejeden pomysł na opowiadanie.

@White Wolf – tak, takich i podobnych historii jest mnóstwo, poplątane są czasem ludzkie ścieżki…

Miss,
Cała przyjemność po mojej stronie. Masz teamwork we krwi i świetnie się z tobą pracuje tudzież dyskutuje.

Napisze tylko, że uwielbiam Twoje opowiadania.
Za humor, wdzięk, finezje i klasę 🙂

Miss.Swiss
Jestem wzruszony. Mogło być w Riwierze a nie na Jelonkach…
Pozdrawiam
2andreas

Przejmujące.
Początkowo, czytając pierwsze akapity, buntowałam się przeciwko schematyzmowi poglądu, że dwudziestokilkuletnie pożycie ludzi, doprowadza do wzajemnego zobojętnienia na siebie, czy nawet rozwoju niechęci i obrzydzenia partnerem.
Taki pogląd jest tak szeroko rozpowszechniony, że doprowadził mnie nawet, w czasach mojej młodości, do zanegowania wartości małżeństwa. Postrzegałam je jako oficjalne przyzwolenie na uśmiercenie miłości i obiecałam sobie, że nigdy sobie na nie nie pozwolę.
Dalsza lektura opowiadania wróciła mi jednak wiarę w głębokie zrozumienie mechanizmów społecznych i ludzkich charakterów, prezentowane rzetelnie i uczciwie, z wielką klasą i talentem, przez Autorkę.
Dziękuję Miss Swiss za pouczające i wzruszające chwile, spędzone w wykreowanym przez Ciebie świecie.

No cała Miss…. Po prostu życie, złapane w kadrze, z całym jego pokręceniem. Lubię takie klimaty.

Dlatego właśnie wyszukujemy te nieco starsze już opowiadania, odkurzamy je i ponownie publikujemy, by żadnemu z naszych Czytelników i Czytelniczek nie umknęło nic naprawdę dobrego!

Pozdrawiam
M.A.

Tekstów Miss nie sposób przeczytać raz, wzruszyć ramionami i zapomnieć. Każdy zapada w pamięć, wraca w najmniej oczekiwanym momencie. W każdym brzęku łyżeczki na mniej lub bardziej prawdziwym kamieniu będę od dziś słyszeć echo „Srebrnych godów”.
Szczególnie ujęły mnie doskonale namalowane kontrasty – Irena: skromna, wrażliwa, subtelna; Romek wydawał się dla niej stworzony: nie mniej wrażliwy, doświadczony romantyk, wyczulony na potrzeby ukochanej kobiety; i w całkowitej opozycji do obojga Jadźka:pusty, wrzaskliwy prymityw. Wykopaliska w Turkmenistanie i różowy cadillac, a między nimi szkic aktu.
Ilu jest takich mężczyzn, którzy nie potrafią wyrwać się z zaklętego kręgu piekielnego? Takich Dulskich, zdolnych tylko do rozpaczliwego „A dajcie wy mnie wszyscy święty spokój” (cytuję z zakamarków pamięci, więc mogę odbiegać dalece od oryginału)? Przyznam, że drżałam o Romana – o jego słabe serducho, bo i tak (dramat się przecież sprzedaje) mógł skończyć się ten mikroświat. Bardzo się cieszę z podarowanej nadziei, że nigdy nie jest za późno…
I skłaniam głowę z pokorą przed talentem.

Napisz komentarz