Białe (Miss.Swiss)  3.71/5 (623)

13 min. czytania
Franciszek Żmurko, "Śpiąca kobieta w półakcie"

Franciszek Żmurko, „Śpiąca kobieta w półakcie”

Poniższe opowiadanie jest publikowane powtórnie w ramach cyklu Retrospektywy. Pierwszy raz pojawiło się na portalu Najlepsza Erotyka 29 lipca 2012 roku.

Patrzę w ciemny kwadrat okna. Nie, właściwie wcale nie jest ciemno. Blask czerwcowego księżyca w pełni miesza się z bardzo jaskrawym pomarańczowym światłem latarni. Nasza mała ulica jest pusta i cicha, nic dziwnego, wybiła trzecia. To dla mnie najgorsza pora. Gdy nie zasnę do trzeciej, mogę spisać noc na straty.

A nie mogę zasnąć. Nie sypiam dobrze od pięciu lat, choć bliźniaki już od dawna nie budzą się w nocy. Niekłopotliwe, kochane dzieci.Leżę w naszej sypialni na wygodnym szerokim łóżku, w drogiej pościeli z kremowej egipskiej bawełny, którą kilka lat temu z wielką starannością i przyjemnością wybierałam w ekskluzywnym, specjalistycznym sklepie.

Lubię piękne rzeczy. Urządzałam nasz pierwszy dom. Miało być tak wspaniale jak w marzeniach i dobrych magazynach poświęconych architekturze wnętrz. Całą powierzchnią skóry czuję chłód materiału. W sam raz na gorące, letnie noce, gdy nie można wytrzymać fal dusznego powietrza wtaczającego się do pokoju.

Leżę, a łzy same lecą mi po policzkach, wsiąkając w świeżo powleczoną poduszkę.

Nauczyłam się już bezgłośnie płakać, choć to bardzo nierozsądne. Jutro rano będę mieć spuchnięte oczy i spore trudności, by nałożyć szkła kontaktowe. Mąż uda, że niczego nie widzi. Moim mężem jest mój najlepszy przyjaciel. Niezawodny, solidny, wspaniały człowiek. Mój mąż i mój przyjaciel, który nie chce być moim kochankiem. Czasem się zmusza, gdy go bardzo, bardzo poproszę, albo już nie może się ode mnie opędzić. Tym razem przetrzymał mnie całe osiem miesięcy.

Piękna jest ta noc. A mi się znowu chce. Nosi mnie. Wcześniej chodziłam po ścianach tylko koło owulacji, potem także przed okresem. Ale mój organizm lubi sprawiać mi nieprzyjemne niespodzianki. A to nabawi się ostrej infekcji krtani, pozbawiając mnie głosu przed ważną konferencją, a to rzuci do krwi ilość hormonów, z którą nie wiem, co począć. Ostatnio właśnie tak się ze mną bawi. Chodzę głodna miłości i seksu, a moje myśli koncentrują się często wokół jednego. Chce mi się spełnienia. Dotyku, objęcia, szeptu. I szaleństwa w tej drogiej pościeli, albo obok niej, gdziekolwiek. Staram się spychać te myśli gdzieś w odmęty podświadomości, ale uparcie wypływają na powierzchnię, nie dają się zatopić jak dobrze napompowane baloniki. Straciłam kontrolę nad własnym ciałem.

Czekam już osiem miesięcy, żeby się zlitował. Ale on nie chce. Wystarczy mu kreatywność w innych dziedzinach życia: fotografia, rzeźba i sport. W gazecie z zeszłego miesiąca zamieszczono zdjęcie z okazji otrzymania Bardzo Ważnej i Bardzo Międzynarodowej Nagrody. Nieźle na nim wyszłam. Mąż obejmuje mnie i uśmiecha się do kamery. Robimy świetne wrażenie.

Gdy go proszę o chwilę dla mnie, podnosi zazwyczaj zdziwiony wzrok. Kiedy się do niego uśmiecham, przytulam albo staram uwieść, jest skrępowany, sztywnieje, odsuwa się. Kiedyś mi się to lepiej udawało. Proszę coraz mniej pewnie i coraz rzadziej, przestając powoli liczyć na pozytywne rozpatrzenie mojej prośby.
– Chyba już trochę za starzy jesteśmy na takie zabawy – mawia wtedy zdecydowanie. Nienawidzę go w takich chwilach.

Wciąż postanawiam, że to już ostatni raz proszę o cokolwiek, a potem i tak jestem wdzięczna nawet za kilka pozbawionych namiętności, nudnych minut, które chyba bardziej mnie upokarzają niż zaspokajają. Czasem zastanawiam się, kiedy przestaliśmy być małżeństwem, a zaczęliśmy funkcjonować jako perfekcyjnie zarządzana firma pod nazwą „Rodzina B.“, na zewnątrz jako udana para interesujących i kreatywnych ludzi sukcesu.

Rozchylam nogi, bo nie mogę już wytrzymać, tak jest mi gorąco. Mam trzydzieści osiem lat, ale nigdy tego wcześniej nie robiłam. Czuję krople wilgoci zbierające się szybko przy wejściu na brzegu warg. Pobawię się sama. Tylko spróbuję. Zanurzam opuszkę w wejście do pochwy. Jest miękka, gorąca i ciasna, naprawdę zaskakująco gładka. Elastycznie dopasowuje się do kształtu mojego palca. Gdybym była mężczyzną, chciałabym w nią wejść. To chyba jest przyjemne? Ale jemu się nie podoba. Albo nie podoba mu się już, albo nigdy jej nie lubił, albo się boi. Nie wiem, bo nie potrafimy już o tym rozmawiać. Ani na serio, ani żartem.

Nic nie mogę na to poradzić, że coraz bardziej, coraz rozpaczliwiej tęsknię za dotykiem. Wstydziłam się długo przed samą sobą, aż zrozumiałam, że moje myśli i uczucia należą jedynie do mnie i nie muszę się czuć nie w porządku. Jednak trudno przełamać wyssane z mlekiem matki i wtłoczone pasem ojca wzorce zachowań i myśli.

Gdy znów napotykam na mur niechętnego milczenia, ramię oganiające się od mojej ręki jak od natrętnego komara, albo wręcz szturchnięcie łokciem w bok i syk „daj mi spokój!“, otwieram drzwi do innego świata, którego dawno już nie ma.

Obóz studencki bratnich krajów socjalistycznych w samym centrum Pragi pod koniec lat osiemdziesiątych. Polacy, Węgrzy, Czesi, Niemcy z tej słusznej strony, oczywiście Rosjanie i nieco bardziej egzotyczna brać studencka z Wietnamu i Kuby. Wszyscy zaintrygowani wzajemną odmiennością, kuchnią. Tańcem. Czuliśmy, że spotyka nas coś niezwykłego, niektórzy wariowali wręcz, chcąc przeżyć w ciągu tygodnia jak najwięcej, zachłystując się namiastką kolorowego, beztroskiego życia i pragnąc choć na chwilę zapomnieć  o pszenno-buraczanej codzienności w chylącej się ku upadkowi Polsce Ludowej.

Do dziś pamiętam tamten wieczór, który zakończył się dla mnie zupełnie nieoczekiwanie w ramionach Guillermo, kubańskiego studenta medycyny.
Nie wiem, jak do tego doszło, ale ja, porządna dziewczyna „z zasadami“, której zaszumiało w głowie po kilku kieliszkach węgierskiego wina, całowałam się z nim na Moście Karola, a potem wszystko nabrało tempa i nie można już było powstrzymać biegu wydarzeń. Ja dwudziestodwuletnia. Z dobrego, inteligenckiego i katolickiego domu, wychowana surowo, niemal aseksualnie, leżałam na lichym kocu  na dachu schroniska młodzieżowego w Pradze w objęciach Kubańczyka. Klisza na zawsze zapisana w pamięci. Kicz, ale piękny. Bałam się, bardzo bałam się pójść na całość. Nawet z moim chłopakiem nigdy „tego“ nie robiliśmy. Z moim porządnym chłopakiem z katolickiego, porządnego domu, który został w Polsce i odjechał z gitarą na spotkanie oazowe, machając mi na pożegnanie z okna pociągu.

Nigdy nie udało mi się zapomnieć, jak na mnie patrzył Guillermo. Z zachwytem, pożądaniem, jakbym była jedyna na świecie. Spojrzenie, które samo w sobie wystarczyło, by rozpalić mnie do białości. Nie wytrzymywałam go, spuszczałam wzrok. Zapytał, czy może mnie pocałować. Zamknęłam oczy i wbrew sobie pozwoliłam mu na to i na wiele więcej. Całował mnie namiętnie i mocno, dotykał delikatnie, ale każde muśnięcie opuszkami palców i każdy pocałunek wywoływał we mnie przyjemny dreszcz, nieznane i niepokojące uczucia, miękkość kolan. Gdzieś z tyłu głowy przycupnęły moje niewzruszone zasady i przekonania, szepcząc coraz słabszym głosem, że grzeszę, że robię coś bardzo nieprzyzwoitego i niewybaczalnego, naruszając wszelkie dozwolone normy.

Jednym ruchem zsunął mi z ramion cienką bluzkę, patrząc mi w oczy rozpiął stanik. Pieścił moje piersi, przesuwając językiem wokół niewielkich, różowych aureolek. Byłam przerażona i zafascynowana, nie panowałam nad wilgocią napływającej szeroką, gorącą falą w dole mojej…no tak, nie wiedziałam przecież, jak ją nazwać. W domu mówiło się po prostu „umyj się tam, na dole“. Wiele rzeczy na świecie nie miało jeszcze dla mnie nazw.

Położył mnie troskliwie na kocu, nie przestając pieścić i całować, bawić się moimi długimi włosami.

– Rozchyl nogi, chcę pocałować concha.
– Nie, proszę nie! – mimo kompletnej nieznajomości hiszpańskiego zrozumiałam, o co mu chodzi.
– Będzie ci dobrze, obiecuję.
– Ale ja się wstydzę!
– Będę bardzo delikatny, amor…

Dziś nikogo to nie szokuje, ale wtedy taka forma pieszczot graniczyła z perwersją. Czytałam „o  czymś takim“ w książce zabranej z zamykanej na klucz biblioteczki ojca, do końca nie rozumiejąc i nie potrafiąc wyobrazić sobie, jak to jest możliwe. Potem książka zniknęła z szuflady mojego biurka, a ja wstydziłam się zapytać, gdzie została schowana.
Z poczuciem upadku, ale i ciekawości, rozchyliłam kolana.
– Będzie ci dobrze.
I było. Było mi bardzo, bardzo dobrze, jak nigdy później.
Pamiętam jego delikatność, czułość w przełamywaniu dziewczęcego lęku.
Nie miałam wtedy porównania. Dziś wiem, że zadbał tylko o moje przeżycia, o mój komfort i moją rozkosz. Nie wymagał nic w zamian.

Wygrzebuję tę scenę z pudełeczka pamięci, które zachowuję jedynie dla siebie. Odtwarzam ją wielokrotnie jak film z krążka DVD, dbając, by za każdym razem zatrzymać się na każdym szczególe i nie zapomnieć o nim przy następnej projekcji. Przywołuję najpierw kolor i zapach tego wieczoru, fakturę naszych ubrań oraz tego nieszczęsnego cienkiego, szorstkiego koca radzieckiej produkcji. Nawet zapach dachu stygnącego po upalnym dniu, pokrytego zapewne jakąś podejrzaną mieszanką azbestu. Na deser zostawiam sobie nas dwoje, przyglądam się szczupłym palcom i pięknie wykrojonym ustom mojego Kubańczyka i robię zbliżenie na każdy zmysłowy gest i pocałunek, które mi dał tamtej nocy. Widzę moje ciało młodsze o całe szesnaście lat, płaski, opalony brzuch bez białej kreski blizny po cesarskim cięciu i aksamit młodej skóry.

Gdy dochodzę do momentu, w którym patrzy mi w oczy, a później zanurza twarz między moimi udami, czuję zwielokrotnione podniecenie i ogień w podbrzuszu. Rozchylił mnie dłońmi. A potem dotknął językiem, zaczynając powoli od dolnej części, zagłębiając się powoli w różowy rowek i coraz bardziej śliskie, wilgotne płatki, docierając do nabrzmiałego i coraz twardszego pączka łechtaczki, a nawet wyżej, gdzie mieścił się jedynie czubek języka. Wtedy nie umiałam nawet opisać jego pieszczot, mimo matury i wzorowych wyników na trzech latach studiów filologicznych. Nie spieszył się. Kończył i zaczynał od nowa, powoli badając wszystkie zakątki i wyraźnie mnie smakując.

Chyba nie potrzebował nawet tych magicznych czterech minut, by wynieść mnie na orbitę, której istnienia nigdy nie podejrzewałam. Przeraziłam się swojej reakcji, krzyku i łez, bo nie udało mi się ich powstrzymać. Jeszcze kilka dni i znałam wszystkie nazwy po hiszpańsku „na to, co tam na dole“. Seta, concha, raja, mejillὁn. I jeszcze kilka innych, wymyślonych specjalnie dla mnie.

Te odtwarzane z pamięci obrazy sprawiają, że szesnaście lat później, leżąc w łóżku obok zupełnie innego mężczyzny pogrążonego w głębokim, spokojnym śnie, udaje mi się dojść, ściskając między nogami jedynie niewielką poduszkę. Tłumię okrzyk, zadowalając się jeszcze przez kilka wspaniałych chwil intensywnym pulsowaniem krwi między udami i ciepłem sięgającym do samego centrum rozkoszy. Sięgam dłonią „tam, w dół“ i z zadowoleniem zbieram śliski, pachnący śluz. Wcale nie mam ochoty wstać, żeby się umyć. Napięcie opada i wreszcie udaje mi się zasnąć.

Tamto nie mogło przetrwać. Jasne, że nie mogło, z powodów, które dla każdego były oczywiste. W każdym razie dla każdego, kto kieruje się w życiu wszechobecnie panującym zdrowym rozsądkiem. Popełniłam błąd, mówiąc o wszystkim w domu i chcąc zerwać z porządnym chłopakiem z dobrej rodziny.

Rozpętało się piekło, zwarto szeregi, by nawrócić „tę, która puściła się z jakimś południowym prymitywem“. Przecież zawsze byłam taka rozsądna. Do pomocy wezwano znajomego księdza. Uwierzyłam, że to nie może się udać, mimo, że południowy prymityw nauczył się polskiego i chciał do mnie przyjechać.

Zerwałam jednym listem. „Czasy były inne“ – tłumaczę sobie często własne tchórzostwo – „tak widocznie musiało być.“ I przypominam sobie, jak przerażona, uległa, z podkulonym ogonem, prosiłam o wybaczenie rodzinę oraz narzeczonego. Wstyd mi za siebie. Wtedy i teraz, tylko za każdym razem za coś zupełnie innego. A czasem bardzo żal mi tamtej przerażonej, niepewnej dziewczyny, chcącej jedynie postąpić właściwie.

Tak więc, nosi mnie, a mój mąż, który też jest oczywiście porządny i z dobrego domu, usiłuje tego nie widzieć. Czasem żartuje sobie z napalonej żony nimfomanki.

Niekiedy mówi, klepiąc mnie po przyjacielsku w ramię, że jeszcze kilka lat i się uspokoję. A tymczasem wypracował sobie strategię przetrwania.

– Mam już pomysł na prezent pod choinkę – mruga do mnie porozumiewawczo i stuka palcem w ogłoszenie sex shopu reklamujące elektryczne wibratory. – Obie mamy padną z wrażenia. Tak, poczucia humoru mu nie brakuje. Wesoły człowiek.
– A ty się mi wreszcie uspokoisz.

Wcale nie chcę się uspokoić. Inne samce to wyczuwają. Widzę, jak zaczynają krążyć. Przysuwają się czasem nieświadomie bliżej, przekraczając nienazwaną granicę intymności – te nigdzie nie zapisane, ale wszystkim znane czterdzieści centymetrów otaczające każdą osobę w naszym kręgu kulturowym, w które wpuszczamy przecież tylko wybranych. Niektórzy mrużą oczy, zatrzymując na mnie wzrok o kilka chwil dłużej, niż wypada. Ich nozdrza rozszerzają się, jakby próbowali określić unoszący się nade mną zapach, przebić przez otaczającą mnie mgiełkę dobrych perfum i dotrzeć do prawdziwej esencji. Jestem spragniona czy obojętna? Zdeterminowana, zrozpaczona czy po prostu chętna? Czasem staram się od razu zejść im z drogi, czasem miałabym ochotę podjąć grę i zobaczyć, dokąd mnie zaprowadzi.

Z nastaniem wiosny otwiera się u nas gelateria italiana, mała włoska lodziarnia, biznes rodziny Mauro. Mają przewagę nad konkurencją – lody robione nadal ręcznie według starych sycylijskich receptur i piękny, skąpany w słońcu taras. Już od rana, jeszcze przed otwarciem, unosi się wokół kawiarni zapach świeżo obieranych pomarańczy i prawdziwej wanilii. Pozwalam sobie czasem na małą niesubordynację i, nie czekając na oficjalną przerwę w biurze, tuż po zajęciach ze studentami, wymykam się na czekoladowe cappuccino. Co roku właściciel sprowadza na lato młodych krewnych z południa, braci i kuzynki żony. Nie rozróżniam ich, bo zmieniają się zbyt często. Zarabiają przez lato, uwijając się wśród spragnionych lodowych przysmaków gości. Mam u nich zazwyczaj specjalne względy, jestem italianistką, a oni cenią sobie kilka minut rozmowy w rodzimym języku.

Tego lata jest jeden szczególnie przystojny, zawsze wyrywa się, żeby mnie obsłużyć. Ma pewnie ze 23 lata, nie więcej chyba. Ładny, szczupły chłopak. Wysoki jak na Włocha, przystojny brunet. Moje studentki powiedziałyby na niego – ciacho. Ja wolę myśleć, że jest po prostu seksownym, przystojnym mężczyzną. Nie od razu zauważyłam, ja w ogóle takie rzeczy rzadko zauważam, jak łakomie czasem na mnie spogląda. Zawsze dostaję cappuccino z wzorkiem przebitego serca, wyrysowanym czekoladowym proszkiem na mlecznej piance. Albo z amorkiem, albo z dwoma serduszkami. Ostatnio nawet z literkami układającymi się w napis bella. Co za kicz! Dopiero moja starsza przyjaciółka zwróciła mi na to uwagę. No i zauważyła z lekko złośliwą nutą, że młodzian lubi spoglądać mi w dekolt, przypadkiem dotknąć nadgarstka wierzchem dłoni lub otrzeć się o kolano, zawsze z uprzejmym scusi.

Nawet oburzyć się nie ma na co. Zresztą – ja się przecież nie oburzam. Niech sobie patrzy. Akurat piersi mam wyjątkowo ładne i sprężyste, mimo zjednoczonych sił bliźniaków, by uczynić z nich swego czasu dwa puste worki zwisające smętnie jak stare sprane skarpety. Zregenerowały się nadzwyczaj szybko, ku mojemu zdumieniu. A więc, nie tylko nie gniewam się na młodego Sycylijczyka, ale nawet wybieram bardziej obcisłe i wydekoltowane bluzki. Wkładam eleganckie sandałki na słupku albo szpilki i zakładam nogę na nogę. Posyłam mu też zachęcające spojrzenia, takie z niedopowiedzeniem i szczyptą flirtu, nie przekraczając oczywiście granic dobrego smaku. Pan Mauro, zwracając się do mnie, zawsze poprzedza nazwisko wypowiedzianym z szacunkiem słowem dottoressa. I strofuje członków klanu, gdy o tym zapomną. A więc nie przekraczam niewidzialnych granic, w końcu chcę tu jeszcze móc przychodzić na dobrą kawę.

Jeszcze kilka lat temu pomyślałabym o sobie z pogardą, jako o napalonej, niewyżytej i znudzonej żonie w średnim wieku, której z dobrobytu przewróciło się w głowie. Ukrywającej swój prawdziwy charakter podstarzałej dziwki łaknącej okruchów zainteresowania żigolaka pod maską porządnej żony i matki. Kiedy w mojej obecności plotkuje się o Ilonie, „tej, która ma młodego kochanka, bo jej odwaliło“, milczę, nie wdaję się w dyskusję. Ale też nie mam odwagi jej bronić. Ktoś przecież mógłby pomyśleć, że…

Dużo zmieniło się w moim patrzeniu na świat. Już nie śmieję się z syndromu niedopchnięcia, z chcicy i ryczących czterdziestek. Wstyd mi, że mnie to kiedyś też bawiło. Nie oceniam już, a doceniam komplementy, zwykłe, miłe chwile, nawet, jeśli nie trwają dłużej niż wypicie filiżanki wybornej kawy. Zostawiam mu dwa euro napiwku. Nie za kawę, ale za danie mi do zrozumienia, że widzi we mnie atrakcyjną kobietę. Pewnie dziś wieczorem umówi się z jakąś miłą i śliczną dziewczyną w letniej, kwiecistej sukience. Zauważam, że korzystając z przerwy, pali mocnego papierosa i wystukuje szybko SMS-y.

Pewnego dnia stanę się przezroczysta i jakiekolwiek zainteresowanie nie będzie mi grozić. Ani klasyczne gwizdy robotników na budowie, ani muśnięcia gorącokrwistych potomków Rzymian. Nawet, jeśli dociągnę do dziewięćdziesiątki i moi synowie umieszczą mnie w jakimś ekskluzywnym Domu Swawolnej Starości, raczej nie liczę na zainteresowanie rówieśników. Konkurencja będzie ostra, może nawet ostrzejsza niż wtedy, gdy mieliśmy po dwadzieścia lat. A panowie i tak będą nadskakiwać młodszym pielęgniarkom.

Oczywiście nie chcę, by ktoś zauważył, jaki wstydliwy problem jest moim udziałem. Znam okrucieństwo rówieśniczek z satysfakcją osądzających inne kobiety. Nigdy nie chciałabym mieć śmiertelnego wroga wśród przedstawicielek własnej płci. Andrea, moja koleżanka z pracy, od paru tygodni przygląda mi się uważniej, niż bym chciała.

Kilka dni temu przedstawiła mi Neila, swojego nowego faceta. Niski, czarnoskóry uchodźca z Ghany. Zawsze mi ich przedstawia, tych niskich i tych wysokich, zamęczając bez końca opowieściami o łóżkowych wyczynach egzotycznych kochanków. Jest wyspecjalizowana w afrykańskich uchodźcach. Zawsze są wspaniali i najlepsi, dopóki epoka aktualnego absztyfikanta nie dobiegnie końca, a Andrea nie zajmie się nową fascynacją.

– A wiesz? – zagaduje. – Rozmawialiśmy o tobie z Neilem!
– Tak? – rzucam obojętnie. Facet nie zrobił na mnie specjalnie wrażenia. Poza tym, że objął mnie na powitanie i przytrzymał kilka chwil dłużej, niż by wypadało w naszej kulturze. A ja automatycznie pomyślałam, że szuka nowej zwierzyny. Czułam jego ostry zapach i mocne mięśnie potężnych ramion.
– Spodobałaś mu się – przyznaje Andrea z nutką zazdrości w głosie, taksując moje równo opalone nogi. – Spokojnie dałby ci dziesięć lat mniej.
– Miło mi – mówię, chcąc zejść jak najszybciej z linii frontu. Czuję, że zaraz dźgnie mnie jakąś niemiłą uwagą.
– Taak – przeciąga sylaby i zawiesza głos. Znów czuję na sobie jej wzrok. – I jeszcze powiedział, że masz bardzo smutne oczy.

Zmieszałam się wyraźnie. Cholera. Nie lubię, gdy ktoś tak mówi. Obcy facet z Ghany, który podobno myśli tylko o seksie z Andreą pięć razy na dzień, zauważył coś takiego. Nie jest pierwszy. Już moja kuzynka wspomniała o tym z serdeczną troską podczas niedawnej wizyty. Muszę coś wymyśleć, zanim zaczną krążyć na mój temat wyssane z palca teorie. Serdeczna troska i życzliwe wścibstwo nie są mi potrzebne. Jednak nic nie przychodzi mi do głowy poza banalną wymówką o zdrowiu bliźniaków.

Następnego ranka budzę się z tępym bólem w dole brzucha. Mam spuchnięte nogi i dziś nie będę się ważyć, pewnie przybyło mi ze dwa kilo. Do tego suchość w ustach i pulsujący ból głowy. On jest jak barometr. Jedno spojrzenie na mnie w niezbyt atrakcyjnym porannym wydaniu i już wie.

– Źle się czujesz? – pyta z troską mój Najlepszy Przyjaciel.
– To, co zwykle. To znaczy, chyba w tym miesiącu będzie znów dość boleśnie.
– Przynieść ci wody z imbirem? Dolormin dla kobiet?
– Tak. I termofor.
Zrywa się pełen świeżych sił i obsługuje mnie z nieudawaną czułością. Tabletki, termofor, dzbanek z imbirowym naparem na podgrzewaczu, dodatkowa poduszka, powieść Musso, skarpetki, bo nie wiadomo czemu, ale zawsze pierwszego dnia okresu marzną mi stopy. Zaciąga rolety, aby słońce, które za pół godziny będzie świeciło prosto w okna naszej, wciąż wspólnej sypialni, nie przeszkadzało mi. Myśli o wszystkim. Jak go nie kochać? Jak w ogóle można by go zdradzić?

Wie, że zjem dopiero około południa, gdy pierwsza fala ostrego bólu ustąpi. Mogę liczyć na dobry obiad podany do łóżka.

– Odwiozłem chłopców do przedszkola. Po obiedzie pójdę z nimi do kina, będziesz miała spokój.
– To dobrze.
– Zadzwoniłem do pracy, że dziś nie przyjdziesz.
– Dziękuję.

Całuje mnie w czoło i wychodzi, cicho zamykając drzwi. Ostatnie, co widzę, to ulga na jego twarzy. Przez kilka dni nie będę problemem.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Gorzkie, dojrzałe, subtelne, eteryczne. Pełne drobiazgów i słownej biżuterii, którą jak nikt inny potrafisz udekorować treść. Choć to bardzo kobiece opowiadanie, chyba moje ulubione Twojego autorstwa.

Wiesz, Miss, że to jedno z moich ulubionych opowiadań Twojego autorstwa. 6 to za mało. 10 to za mało. Bardzo dobre.

Dziękuję Ci za to opowiadanie.

Marta

@Marta – dziękuję za komentarz. Miałam spore obawy publikując ten tekst swego czasu na portalu Dobra Erotyka, ale reakcje mile mnie zaskoczyły.

Pięknie napisane! Jesteś bardzo subtelna w pisaniu na ten temat.Słusznie 10 to za mało. I napisze jeszcze coś nie jesteś w tym odosobniona, ile jest takich kobiet, które mają to samo, ja też.

Świetnie napisane, mocno kobiece, autentyczne. Nie można nie zapytać – co dalej?…
Żadne wyjście nie jest dobre, każde daje nadzieję.

Dorota

Czy to wnętrze kobiety współczesnej czy tej może sprzed dziesięciu, dwudziestu lat? To jedyna wątpliwość. Choć kogoś wychowanego pod tak silną presją przykazań można sobie i dzisiaj wyobrazić, jednak przyznam, z trudem potrafię przedstawić sobie w głowie taką bohaterkę.
Tekst jest miniaturą dobrej nie tyle erotyki, co literatury.
Możnaby rzec, pisz większe formy i publikuj, ale pewnie autorka już to robi i nie trzeba jej namawiać.

Przyjaciel czy egoista czy pozbawiony wiedzy o fizjologii głupiec? A może tchórz? Tytuł przyjaciela najmniej wydaje się być utrafiony. Prawdziwy przyjaciel odesłałby ją raz na tydzień w całonocne objęcia kochanka.

Karelgodla

Hmm… Karelgodla, chyba jesteś trochę młodszy ode mnie. Przed 30-ką, prawda?;)

Mefisto,
Portal zamieszcza niezłe utwory, więc tu wpadam z przyjemnością.
Twoje teksty czytałem i podobają mi się, natomiast Twój komentarz jest co najmniej dziwny. Coś sugeruje i przepełniony miłością do bliźnich próbuję się nie domyślać intencji.
Co ma piernik do wiatraka, czyli jaki jest związek między moją uwagą do tekstu Panienki i moim wiekiem?
Zwłaszcza, że wpis poczyniłem nieostry i szeroko uchyliłem furtkę dla wątpliwości.
Pozdrawiam Ciebie i resztę zdolnej załogi portalu,
Karelgodla

Za to ja jestem zdziwiony Twoją reakcją. Co ma piernik do wiatraka? Moim zdaniem sporo. Nie ma w tym jednak nic złego. Tekst Miss.Swiss opowiada o problemie, który dotyka wiele dojrzałych związków i ocena postaw partnerów jest naprawdę dalece bardziej skomplikowana niż można by wnioskować na podstawie Twojego komentarza. Seksualność człowieka wciąż ewoluuje, rośnie bagaż doświadczeń, zmieniają się oczekiwania i percepcja związku. Po prostu trudno, żeby rozumiał to ktoś kto etap, o którym pisze Miss ma jeszcze daleko przed sobą. Stąd moja supozycja na temat Twojego wieku.

W każdym bądź razie takie są moje doświadczenia, więc wybacz, że zmierzyłem Cie swoją miarę. Mam jedynie nadzieję, że doszukując się jakichś strasznych intencji w moim komentarzu, Ty nie zmierzyłeś mnie swoją.

Bardzo dobre opowiadanie.
LA

Nastrojowo i smutnie. Zachwycałem się tym tekstem na DE, zachwycam się po raz kolejny na NE.
Minęło kilka lat – zmieniłem się a wraz z tym przyszło jeszcze głębsze wczucie w tekst. Dobrze, że potrafisz tak nazywać sytuacje i emocje. Cieszę się, że napisałaś to opowiadanie. I że mogłem je ponownie przeczytać.

Bardzo dobrze napisane, bardzo prawdziwe, chociaż okrutnie smutne. Kiedy dotarłam do końca opowiadania, poczułam się zawiedziona, że to już koniec. Cały czas miałam wrażenie, że to, co dotychczas przeczytałam, to wstęp, usprawiedliwienie czegoś, co ma się dopiero wydarzyć.

Też byłam wychowana w bardzo purytański sposób z całą masą zakazów i nakazów związanych głównie z religią, więc rozumiem, co czuła bohaterka.

Karel: "Prawdziwy przyjaciel odesłałby ją raz na tydzień w całonocne objęcia kochanka" – dokładnie tak, tyle że ja bym dodała: co najmniej dwa razy w tygodniu;) Rozumiem, że można tak strasznie i beznadziejnie kochać kogoś, kto na to nie zasługuje, ale uważam, że siebie trzeba kochać bardziej.

Wiki, Przeczytaj "Gdy przegrywam z własnym ciałem". Jeśli to jest Białe, tamto jest Czarne.
"raz na tydzień" – symboliczne określenie, a Ty zaraz przechodzisz do konkretów 🙂

Czytałam – doskonałe:)

Just give me a reason,
Just a little bit’s enough,
Just a second, we’re not broken just bent
And we can learn to love again.
It’s in the stars,
It’s been written in the scars on our hearts
We’re not broken, just bent
And we can learn to love again.
P!nk.
Głupio szukać inspiracji w popowych piosenkach ale…"Why so serious?"
Poruszyło mnie.

Pięknie napisane. I okrutnie prawdziwe. To moje życie, mój smutek, moje emocje. Gdyby nie kilka niezgodności w scenariuszu byłby to mój życiorys…
Czterdziestolatka

Miss, masz nieprawdopodobną zdolność pisania prosto, lecz nie wprost, o bardzo skomplikowanych relacjach. Spokojny ton narracji częściej w życiu milczącej (przynajmniej w moim odczuciu) bohaterki aż krzyczy. Żywe, prawdziwe.
Zazdroszczę Talentu.

Bardzo ładne 🙂

Prawdziwe. Bardzo.
Mąż i przyjaciel w jednym to szczęście i przekleństwo. Utrata tego drugiego jest chyba bardziej bolesna.
Wychowanie, przekonania, dziwna lojalność, wierność (wobec którego z nich?) coraz bardziej skraca smycz, którą sami skutecznie sobie wiążemy zapominając o sobie i własnych potrzebach jednocześnie coraz dotkliwiej odczuwając Brak.

Napisz komentarz