W krzywym zwierciadle czasu (Mefisto)  3.52/5 (18)

16 min. czytania

Poniższe opowiadanie jest publikowane powtórnie w ramach cyklu Retrospektywy. Pierwszy raz pojawiło się na portalu Najlepsza Erotyka 19 lipca 2012 roku.

14 godzin i 58 minut do odwrócenia spirali czasograwitacyjnej

– Ach… tak, tak… mmmm… aaa… fuck, fuck, fuuuck…
Gdzieś z oddali, jakby spoza świadomości, coraz wyraźniej docierały do niego znajome, charakterystyczne dźwięki.

Powoli powracała jasność umysłu. „A więc to już. Nareszcie. Chyba coraz gorzej znoszę przeciążenia czasograwitacyjne” – pierwsza trzeźwa myśl przemknęła mu przez głowę. Udając, że wciąż jeszcze śpi, spod przymkniętych powiek lustrował wnętrze dużej, wytwornie urządzonej sypialni.

Z drugiej strony szerokiego łoża młoda kobieta o niebanalnej urodzie przeżywała właśnie głośne chwile błogiego uniesienia, zabawiając się wibratorem. Wyglądała przy tym niezwykle kusząco w efektownym, przezroczystym dezabilu.

– Taaak… uhmmm… aaaaa… uaaa…
Przyglądał się, jak przyjemnie brzęczący wibrator powoli zanurza się w jej rozchylonej szparce, podczas gdy druga dłoń kobiety stymuluje łechtaczkę.

„Całkiem niezła dupa jeszcze, taka szczupła czarnulka. Czarująca i z klasą, nawet z tą zabaweczką między nogami” – pomyślał, zajmując trochę wygodniejszą pozycję. – „To chyba jego żona… eee… to znaczy moja żona” – skonstatował tę wydawałoby się oczywistą myśl dla doświadczonego czasonauty. Poczuł, że jego członek robi się coraz twardszy i zapragnął włączyć się do gry.

– Hej, kochanie, dlaczego zabawiasz się sama? – zamruczał zalotnie, odgrywając scenę nagłego przebudzenia.

– A z kim mam się zabawiać? Z kierowcą? Z portierem? Z ogrodnikiem? – odparowała z wyrzutem. – Odbiło ci, Jack? Brukowce tylko na to czekają. Ktoś musi dbać o twoją reputację, jeśli sam nie potrafisz sobie z tym poradzić – dodała z wyraźną irytacją.

„O czym ona gada?” – pomyślał, ale głośno powiedział:

– Hmmm… nooo… a ja, hę?
Kobieta przerwała swoje pieszczoty i spojrzała na niego ze szczerym bezgranicznym zdumieniem.

– Ty? Przecież nie przeleciałeś mnie od urodzenia małego Johna prawie dwa lata temu. Ciągle tylko jakieś nowe dziwki, lafiryndy, aktoreczki i ta… wywłoka! Happy birthday Mr. President! – Krzywiąc się komicznie, parodiowała pamiętne wykonanie Marilyn z Madison Square Garden. – Niech to szlag, Jack! Skoro muszę to wszystko znosić, nie każ mi przynajmniej o tym rozmawiać! – Najwyraźniej wpadała w histerię.

Zorientował się, że ta rozmowa przybrała zły obrót i może tylko skomplikować sytuację. Zamiast więc wejść w ryzykowną polemikę, szybko znalazł się po drugiej stronie łóżka. Bez słowa przysunął się do niej i wargami zaczął pieścić brodawki drobnych, ale kształtnych piersi, doskonale widocznych pod rozchylonym peniuarem. Dłoń natychmiast odnalazła jej szparkę i dwa zwinne palce zastąpiły brzęczący wibrator. Jackie była już po rozgrzewce, więc przywitało go wilgotne ciepło jej rozpalonej kobiecości. Lizał te dziewczęce piersi, kąsał sutki, palce kreśliły jakieś tajemnicze esy floresy wokół nabrzmiałej łechtaczki.

– Taaak, Jack, weź mnie, Jaaack… – Jej dłoń błądziła w poszukiwaniu stojącego penisa.

– Chodź, Jack… już, teraz! – Poruszała płynnie w górę i w dół skórką twardego już członka, niecierpliwie kierując go w stronę swego krocza.

Wślizgnął się w nią nadspodziewanie gładko. Rozchyliła szeroko nogi, wygięła ciało w łuk i wysoko unosząc biodra, objęła go zachłannie udami. Ramiona oplatały szyję, ruchliwe dłonie buszowały we włosach, sięgały karku i pleców. Przyciągnęła jego lędźwie ku sobie, chcąc poczuć go głębiej, mocniej, szybciej. Jej oczy elektryzowały, iskrzyły namiętnością, emanowały zwierzęcym magnetyzmem. Spragnionymi wargami przywarła do jego twarzy i czubkiem języka wkradła się w pożądliwe usta kochanka. A on płynnie, miarowo wbijał się w nią z coraz większą siłą. Nabrzmiały członek penetrował najgłębsze zakamarki pochwy. Jednocześnie gładził rękoma jej talię i płaski brzuch, by w końcu przesunąć się w górę, zamykając w dłoniach drobne piersi. Z ust Jackie wydobywały się pomruki, westchnienia i jęki. Reagowała coraz gwałtowniej, balansując na granicy utraty świadomości.

Obrócił ją. Położyła głowę na poduszce i opierając się łokciami o łóżko, wysoko ku górze wypięła zgrabną dupkę. Rozwarł pośladki i wniknął w nią jednym mocnym ruchem aż do nasady członka. Wsuwał się i cofał w zmiennym rytmie, wyzwalając coraz głośniejsze jęki rozkoszy. Daremnie próbowała zgrać ruch swojej pupy z tym nieregularnym metrum uderzeń jego bioder. Głośny, nierówny oddech mężczyzny zdradzał bliski kres tej powtarzającej się wciąż podróży w głąb najbardziej intymnej strefy jej ciała. Wessany pulsującym skurczem mięśni rozgrzanej szparki wystrzelił silnym strumieniem spermy. Ona, uwięziona w szponach ekstazy, z szaleńczym okrzykiem dochodziła razem z nim.

Leżeli, oddychając ciężko, nasyceni owocem miłosnych zapasów. Krople potu niczym łzy spływały po skroniach i policzkach. Jackie wtulona w jego ramię wsłuchiwała się w przyspieszony rytm serca swojego mężczyzny.

– Jack, było cudownie, kochany. Ostatnio pieprzyliśmy się tak chyba jeszcze przed nadejściem ery Elvisa Presleya. Jesteś taki męski, przystojny, seksowny… – Głaskała namiętnie jego tors.

Spojrzał z zainteresowaniem na swoje nowe ciało. „Co te baby widzą w tym JFK? Władza, wpływy, pieniądze, to jasne, ale…” – zastanawiał się, kontynuując oględziny. Dotknął ręką brzucha i skrzywił się z niesmakiem – „Kaloryfer to to nie jest, fałdy tłuszczu, flakowate mięśnie, kaman, jakaś siłownia byłaby tu nie od czapy”. Do tego zbyt krótkie nogi, no i sprzęt w spodniach też nie największego kalibru. Szału nie ma. Zresztą nie jego problem, w końcu wypożyczył to ciało tylko na kilka godzin, więc niech się martwi oryginalny właściciel.

– Kochanie, ja pierwszy wezmę prysznic – szepnął, składając pocałunek na czole wciąż rozpromienionej Jacqueline.

12 godzin i 5 minut do odwrócenia spirali czasograwitacyjnej

Jackie poszła się kąpać, a on już ubrany, wygodnie rozparty w fotelu, relaksował się w dziennej części apartamentu, który zajmowali w domu jego siostry Pat i jej męża Petera w Los Angeles. Patricia spędzała lato w Hyannis Port w Massachusetts, na wschodnim wybrzeżu, z dala od Kalifornii, męża i całego tego hollywoodzkiego bagienka, więc tym razem Peter samodzielnie pełnił honory domu. Nieobecność Pat oznaczała, że przez resztę dnia będzie mieć Jackie na karku.

Rozprostował nogi i wpatrzony w rozgrzany słońcem ogród, oddawał się rozmyślaniom. To nie była jego pierwsza podróż w czasie. Odkąd Światowa Agencja Czasonautyki utraciła monopol, każdą większą sumę jednostek, jaką udało mu się zdobyć, wykorzystywał na takie podróże. A nie była to tania rozrywka. Mimo pozornej komercjalizacji tej branży, Agencja nikomu dotąd nie udzieliła licencji na obsługę ruchu turystycznego. Wciąż nierozstrzygnięte pozostawały kwestie etyczne. Istotą czasonautki było bowiem pozamaterialne przenoszenie w czasie za pomocą czasograwitacji spiralnej.* Mówiąc w uproszczeniu, podróż w czasie odbywał wyłącznie byt niematerialny, który u celu podróży wcielano w skórę wybranej wcześniej osoby. Byt rzeczywisty wybrańca przez cały ten czas, niczego nieświadomy, znajdował się w stanie uśpienia, natomiast ciało czasonauty pozostawało w kapsule grawitacyjnej pod kontrolą operatora czasodromu. Uznawano, że okres bezpiecznej hibernacji oryginalnego bytu wynosi około 15 godzin i z tego właśnie względu maksymalny czas wcielenia nigdy nie powinien trwać dłużej. Wobec braku możliwości uzyskania licencji biura podróży, które oferowały ten rodzaj usług, działały nielegalnie, co dodatkowo windowało koszty. Prawdziwie ekskluzywna rozrywka. Tylko dla wybranych.

Z zamyślenia wyrwały go jęki i jednoznaczne odgłosy ekstazy dobiegające z łazienki. „Ta znowu się masturbuje” – pokiwał głową z dezaprobatą i podniósł się z fotela z zamiarem przejścia na taras z drugiej strony domu. W obszernym hallu natknął się na krzątającą się służącą. „Ta latynoska pokojówka Pat ma tyłek jak Jennifer Lopez” – zauważył z satysfakcją. Bzykał JLO podczas poprzedniej podróży, wcielony w Bena Afflecka. Sprośny uśmiech wykwitł na jego twarzy na samo wspomnienie tamtej gorącej przygody i na to konto zafundował pokojówce solidnego klapsa w wypięty zadek. Wyprostowała się zaskoczona, ale kiedy tylko zdołała ustalić tożsamość zalotnika, zachęcający uśmiech natychmiast zmiótł marsowe oblicze.

– Ależ sir, czy to ładnie tak traktować służbę? – wyszeptała, słodko trzepocząc rzęsami z uroczym, gardłowym hiszpańskim akcentem.

Przebiegły go iskry podniecenia i natychmiast poczuł spore zamieszanie w spodniach. „A może by skasować od razu i tę małą?” Postąpił dwa kroki w jej kierunku. Patrząc jej prosto w oczy, zaczął zachłannie ugniatać apetyczne cycki przez uniform. Zawahał się. Czy podobne zachowanie licuje z urzędem prezydenta Stanów Zjednoczonych, który bądź co bądź on teraz reprezentował? Natychmiast odrzucił te idiotyczne skrupuły. To przecież, zdaje się, któryś z lokatorów Białego Domu penetrował cygarem stażystkę w swoim gabinecie.

– Nie pytaj, co twój kraj może zrobić dla ciebie, zapytaj, co ty możesz zrobić dla swojego kraju – rzekł nieco patetycznie, mocno naciskając jej głowę i zmuszając do klęknięcia. – No, obciągnij swojemu prezydentowi, maleńka – wycedził lubieżnie, rozpinając rozporek.
Nie musiał dwa razy powtarzać. Oparł się o ścianę, a meksykańska piękność z ochotą dobrała się do prezydenckich klejnotów, realizując obywatelską misję z gorliwością godną najwyższej racji stanu. Chwycił ją za włosy i sam regulował rytm obciągania.

– Taaak, głęboko, jeszcze głębiej!
Ta dziewczyna umiała ssać. Oblizywała go z dziką fantazją, jednocześnie drażniąc dłonią woreczek okrywający jądra. Wolną ręką niezgrabnie próbował rozpiąć jej uniform i dobrać się do obfitych piersi. Pokojówka ochoczo go wyręczyła, szybko rozpinając bluzkę, ani przez moment nie gubiąc tempa swych oralnych popisów. Jej mięsiste wargi ciasno obejmowały członek, a ruchliwy język dokonywał cudów, pieszcząc główkę penisa. Łapczywie ugniatał jędrne półkule o dużych brodawkach. Wielkie, brązowe oczy dziewczyny wpatrywały się w niego z takim oddaniem, że w pośpiechu zaczął się rozglądać za jakimś wygodnym kątem, w którym mógłby uczynić jej jeszcze większy honor, nadziewając na swój sztywny pal.

Te sympatyczne pieszczoty przerwał jakiś hałas dobiegający z parteru. To Peter wspinał się po schodach. Jack z najwyższym trudem upchnął w spodniach sztywny członek, a dziewczyna, nerwowo poprawiając garderobę, wybiegła na taras.

– Jak się masz, Jack? Co macie w planie na dzisiaj? – Peter z promiennym uśmiechem zadał kolejne pytanie, nie czekając na pierwszą odpowiedź.

– Mogłoby być lepiej – odparł szorstko, zły, że tak brutalnie przerwano mu bezpośrednie spotkanie z elektoratem. – Jackie jeszcze bierze prysznic. Po śniadaniu wybieramy się na plażę – dodał, tym razem siląc się na nieco bardziej przyjazny ton.

8 godzin i 52 minuty do odwrócenie spirali czasograwitacyjnej

Spacerując brzegiem oceanu, ukrywał swoją twarz za ciemnymi szkłami dużych okularów przeciwsłonecznych. Z prawdziwą przyjemnością przyglądał się zgrabnym, opalonym ciałom młodych kobiet w skąpych strojach kąpielowych. Uwielbiał ten XX wiek. To był jego konik. Wiek nieograniczonych możliwości, przewidywalny, bezpieczny, stosunkowo bliski, więc podróż nie była jeszcze aż tak kosztowna. Przede wszystkim to pierwsza tak dokładnie udokumentowana epoka w dziejach ludzkości. A dobre rozpoznanie terenu przed podróżą to podstawa, pozwala umiejętnie wstrzelić się w kalendarz. No i nie kupuje się kota w worku. Holograficzne biblioteki pełne są fotografii i filmów z tego okresu. Wcześniej urodę niewieścią opiewali artyści, poeci, sławili malarze, rzeźbiarze. Jak mało wiarygodne są to świadectwa przekonał się jego kumpel. Zapragnął skosztować wdzięków metresy króla Francji Ludwika XV, madame Pompadour, ale na miejscu rura mu zmiękła. Kilogramy pudru kryjące zniszczoną skórę, zepsute zęby, jakieś insekty w skomplikowanej, bardzo rzadko rozczesywanej fryzurze, brrrr… Albo inny gość. Napalił się chłop na Tais, piękną nałożnicę Kassandra, macedońskiego namiestnika Koryntu w czasach Aleksandra Wielkiego. Jej zjawiskową urodę rozsławił po wsze czasy znany badacz Antyku, Megas Alexandros. Ów kolega wcielił się w rzeczonego Kassandra, ale zemścił się brak precyzyjnego datowania zdarzeń. Klops. Zamiast w Koryncie wylądował na jakimś peloponeskim zadupiu, w otoczeniu ponurych żołnierzy w czasie krwawej wojny ze Spartą. Musiał zadowolić się pospolitą dziwką w podrzędnym burdelu dla żołdaków, Tais nawet nie zobaczył a 500.000 jednostek poooszło. Nie ma głupich, po cholerę takie ryzyko? Późniejsze czasy to już też nie to. Od kiedy ciało człowieka przestało być autorskim dziełem stwórcy, chirurgia plastyczna wyprodukowała ten nieznośny ideał urody, cukierkowo niestrawny do mdłości. Eeech, nie ma to jak wiek dwudziesty.

Kiedy wracali z plaży na błękitnym niebie wciąż nie było widać ani jednej chmurki. Popołudniowe słońce kładło długie cienie na ukwiecone klomby pyszniące się feerią ciepłych barw na tle soczystej zieleni.

– Kochanie – spojrzał na zegarek – na wieczór jestem umówiony z tutejszym kongresmanem, więc nie będzie mnie na kolacji – powiedział, robiąc jednocześnie oko do Petera.

– Niech tylko tym razem pan kongresman nie podrapie ci pleców. Jak ostatnio – rzuciła z wściekłością Jacquline i obrażona oddaliła się w stronę domu.

Z rezygnacją machnął ręką.

– Podrzucisz mnie, Peter? – zapytał kładąc dłoń na ramieniu szwagra.

– No jasne, Jack. O której?

– Powiedzmy, piętnaście po dziewiątej.

3 godziny i 17 minut do odwrócenia spirali czasograwitacyjnej

Marilyn śmiała się głośno, śpiewała, tańczyła, zachowywała jak pijana, choć nie czuł od niej alkoholu. Zakorkowana butelka Dom Perignon z 1953 roku, jej ulubionego szampana, chłodziła się jeszcze opatulona kostkami lodu. Na szafce dostrzegł pustą fiolkę po jakichś lekach.

Wyglądała zachwycająco w sięgającej prawie do kostek beżowej, obcisłej sukni z długim finezyjnym rozcięciem dobiegającym połowy uda, która doskonale podkreślała seksapil. Z głębokiego dekoltu niemal wylewały się kształtne piersi. To była sylwetka godna dłuta Fidiasza lub Canovy, a już na pewno sita Andy’ego Warhola. Karminowo uszminkowane usta złożone jak do pocałunku, naiwne dziecięce oczy i słynny pieprzyk na lewym policzku idealnie wkomponowywały się w słodką minkę małej dziewczynki.

– No chodź, Jack – szczebiotała. – Twoja mała ladacznica zrobi ci loda. Chooodź… – Przylgnęła do niego całym ciałem, muskając wargami policzek i wkładając jednocześnie rękę w rozporek.

Zagarnął jej głowę, zanurzył palce w platynowych włosach i wciągnął głęboko w nozdrza delikatny, kwiatowy zapach Chanel N° 5 zmieszany z aromatem wilgotnej skóry. Marilyn, trzymając wreszcie w dłoni jego penisa, seksownie drobiąc kroki w wąskie,j przylegającej niby druga skóra sukni, jak na smyczy zaczęła ciągnąć go do sypialni. A kiedy już się tam znaleźli, zmysłowo kołysząc biodrami, mrucząc i przewracając oczami powoli opadła przed nim na kolana. Zakręciło mu się w głowie, w końcu 150 milionów mężczyzn na całym świecie marzyło, by ją przelecieć. „Pręży się jak kotka ale tyłek ma jak rasowa klacz” – niosła go fala podniecenia. „Ciut może za puszysta jak na dzisiejsze standardy, ale w tej kreacji wygląda obłędnie” – nakręcał się coraz mocniej. Jej usta znalazły się na wysokości nabrzmiałej męskości.

– Mrrrau… – Z błyskiem w oku wpatrywała się w obnażoną główkę penisa, tak jakby to sterczące przyrodzenie stanowiło jakiś samoistny byt niezależny od całej jego prezydenckiej osoby.

Miękko chwyciła go dłonią u samej nasady, a zachłanne usta rzuciły wyzwanie kamiennej twardości członka. Obciągała z wielką wprawą. Szybko, dziko, namiętnie. Całe jej zainteresowanie skupiło się na penisie. Dysząc, mrucząc, oblizując, wkładając go do ust i wyjmując, erotycznym szeptem powtarzała słowa urodzinowej piosenki, której wykonaniem, nie tak dawno przecież, zachwyciła widownię gali w Nowym Yorku. I tylko tekst wydał mu się dziwnie zmieniony na co, rozkoszując się słodką chwałą zwycięzcy, nie zwrócił jednak większej uwagi.

– Happy birthday to you ach… mmm,

Happy birthday chu–ju… iii… aaa,

Happy birthday Mr. Magic Dick… mmm,

Happy birthday chu–ju…

Popchnął ją na łóżko. Uklęknął nad jej twarzą i energicznym ruchem bioder wdarł się głęboko w jej gardło. Zaczęła się krztusić, ale nie przerywała pieszczot. Sycił wzrok widokiem swojego penisa ginącego w uścisku pełnych warg bogini seksu. Jeszcze przez kilka chwil penetrował jej chętne usta. Wreszcie wycofał członek, dynamicznym szarpnięciem zsunął cieniutkie ramiączka sukni i wsunął go pomiędzy obnażone półkule obfitych piersi. Ścisnął mocno jej biust i uwięziony w okowach jędrnych krągłości, wahadłowym ruchem zaczął poruszać się w przód i w tył. Kiedy wydłużył ruchy, główka penisa wysuwała się spomiędzy ściśniętych piersi, wślizgując w rozchylone usta kobiety. Ten widok rozpalił w nim taki żar, że nie był w stanie powstrzymać pędzącej fali orgazmu. Eksplodował prosto na jej jasną twarz. Patrzył, jak gorące nasienie opada na czoło, nos i powieki, spływa po policzkach, oblepia jej platynowe włosy.

Marilyn leżała z przymkniętymi oczami i opuszkami palców drażniła łechtaczkę. Była śliska, gorąca i niesamowicie mokra. Pięknie wygolona i pachnąca. Rozchylił wargi jej szparki i zanurzył twarz w tę rozkoszną wilgoć. Masował, wodził językiem, po kolei wsuwał palce do jej wnętrza. Potem sięgnął dłonią do ust kobiety i włożył w nie zwilżony jej własnym śluzem kciuk. Oblizywała go zachłannie, wijąc się w ekstazie. Nachylił się wtedy do jej ucha, lubieżnie szepcząc obsceniczne, wyuzdane zaklęcia. Ale tylko na chwilę jego zwinny język opuścił to niezwykłe centrum soczystej kobiecości. Teraz znowu całował i ssał łechtaczkę, a Marilyn wierciła się na wygniecionej pościeli. Wepchnął dłonie pod jej pupę, chciwie obmacując apetyczne pośladki. Głośno jęcząc z podniecenia, kurczowo chwyciła materiał prześcieradła i w nagłym spazmie rozkoszy mocno ścisnęła jego głowę pomiędzy udami.

Położył się na niej, przygniatając całym swoim ciężarem. Spleceni w uścisku przez dłuższą chwilę przewracali się po powierzchni szerokiego łóżka. Teraz to on leżał na wznak, a Marilyn siedziała na nim okrakiem. Znowu był gotów do szaleńczej jazdy. Sterczący członek bez najmniejszego oporu wślizgnął się w jej krocze. Kusząco poruszała pupą i biodrami, chcąc poczuć go w każdym zakamarku pulsującej pożądaniem szparki. Duże, swobodne piersi falowały tuż nad jego twarzą. Łapał wargami nabrzmiałe brodawki i drażnił je z pasją koniuszkiem języka. Zachłanne dłonie przez materiał sukni chwyciły napięte pośladki. Zręczne palce wsunęły się pod delikatną tkaninę i wzdłuż klasycznej linii ud dotarły do krągłej pupy, pieszcząc jej aksamitną skórę. Raz, drugi, trzeci – otwartą dłonią uderzał tę zachwycającą dupkę. Syknęła z bólu, znacząc paznokciami czerwone pręgi na jego ramionach. Jęczała, unosząc się na cokole penisa. Ujeżdżała go jak w transie, z głośnym mlaskaniem uderzając pupą o jego uda, dyktując tempo i rytm tej morderczej szarży. Pod wciąż innym kątem wyrzucał w górę podbrzusze, tak by opadający ciężar jej ciała nabijał się na niego w nowy sposób. Mocno chwycił ją w talii, napawając się każdą chwilą tego dzikiego seksu. Marilyn, gwiazda filmowa wszech czasów, w tej długiej, wspaniałej, obcisłej sukni, teraz podwiniętej w górę aż do wysokości bioder, nadziana na jego sztywny członek wije się i szaleje z rozkoszy. Ten obraz nasycił już jego zmysły więc gwałtownym ruchem ściągnął jej suknię przez głowę. Teraz z lubością patrzył, jak piękna, naga amazonka, kręcąc zmysłowo biodrami, zmierza do granicy orgazmu. Obcesowo chwycił jej rozkołysane piersi i na chwilę przyciągnął jej twarz do swoich warg, świdrując językiem usta kobiety. Ten widok wart był każdej ceny. „To przecież Marilyn, królowa seksu, symbol Ameryki! Jej ciało jest dziełem sztuki!” – wciąż nie mógł uwierzyć, że dzieje się to naprawdę. „To tak jakbym pieprzył statuę wolności” – podniecał się, wyszukując coraz bardziej wymyślne porównania. Wciąż zwiększali tempo. To było jak szaleńczy wyścig cadillakiem na 1/4 mili, w którym meta znajduje się kilkanaście jardów przed przepaścią. Marilyn szczytowała. Jęczała i wyła, drapiąc paznokciami jego tors i ramiona, całe jej ciało przeszywały gwałtowne konwulsje ekstazy. Opętańczo poruszała biodrami, nadziewając się wciąż na rozgrzany do czerwoności członek. Wtedy wystrzelił. Dygocząc, przyciskając kurczowo jej biodra wbił się w nią po same jądra, wpompowując gorącą porcję lepkiej spermy. To był orgazm stulecia, a raczej biorąc pod uwagę czas, z którego przybył, orgazm dwóch stuleci. Wyczerpany osunął się na poduszką. Ciężkie powieki opadły i po chwili zanurzył się w słodki błogostan.

Kiedy się ocknął, nie był w stanie ustalić, jak długo trwała ta drzemka. Spojrzał na jasne oblicze Marilyn, jej zamknięte oczy, lekko rozchylone usta. Posągowa piękność leżała naga, a jej platynowe włosy rozlewały się na poduszce. Wyglądała, jakby wciąż nie uwolniła się z objęć Morfeusza, ale coś go zastanowiło. Pogłaskał jej biust. Wydał mu się jakiś chłodny, obcy, martwy. Nachylił się nad nią i znieruchomiał. Nie poczuł oddechu, nie usłyszał bicia jej serca. Nerwowo złapał nadgarstek, by zbadać puls i zamarł.

– Kurwa, co ja zrobiłem, co ja…? – Zaczęło go ogarniać uczucie paniki.

Resztką przytomności umysłu chwycił słuchawkę telefonu i wykręcił numer Petera.

35 minut do odwrócenia spirali czasograwitacyjnej

– Ciebie tam w ogóle nie było, rozumiesz? – roztrzęsiony Peter powtarzał to zdanie jak mantrę, z piskiem opon hamując przed swoją rezydencją. – Nie było cię nawet w Los Angeles! Jeżeli zostaniesz w to wplątany, skandal, który wybuchnie, będzie miał siłę rażenia bomby atomowej! Ty i Jackie natychmiast musicie stąd zniknąć. – Układał gorączkowo plan awaryjny.

Jack jak zahipnotyzowany wysiadał z samochodu, ale to nie słowa Petera tak go paraliżowały. Martwił się zupełnie czym innym. „Fuck, że też właśnie mnie musiało się to przydarzyć! Po powrocie z pewnością czeka mnie dochodzenie w sprawie naruszenia równowagi czasograwitacyjnej. W dodatku jestem tu nielegalnie! Fuck!” Z największym trudem próbował pozbierać myśli. W chwili kiedy wpadł zdenerwowany do sypialni, Jackie z rozwartymi udami znowu czule konwersowała ze swoim brzęczącym przyjacielem.

– Dżiiizas… znowu? Ty się powinnaś nazywać Onanism albo jakoś podobnie – wycedził przez zęby, łapiąc się za głowę.

– Jack, kowboju – wyszeptała z zamglonym spojrzeniem – dosiądź swojej ognistej klaczy.

– Nie cierpię kowbojów, westernów, Teksasu, całego tego klimatu country – krzyczał histerycznie, – Gdybym wybierał się kiedyś do Dallas, wybij mi to głowy! – wrzeszczał, z nerwową irytacją luzując kołnierzyk koszuli.

Ocknął się. Był już w swoim ciele, wciąż jeszcze spoczywającym w kapsule czasograwitacyjnej.

– Co się stało? Kurwa, co się stało? Nie rozumiem. Ja nic nie zrobiłem – zadawał pytania i płaczliwym głosem próbował się usprawiedliwiać.

– Spokojnie, zaraz wszystko panu wyjaśnimy – usłyszał uspokajający głos operatora. – Jeszcze chwila, musimy tylko sprawdzić prawidłowość reakcji psychofizycznych.

– Okej, wszystko w porządku – potwierdził operator.

– Przykro nam za tę dodatkową atrakcję, ale czasem nie da się tego uniknąć – beznamiętnym głosem oznajmił człowiek w białym kitlu.

– Ale co ja takiego zrobiłem? Nie chciałem… – Wciąż się usprawiedliwiał.

– Pan nie ma z tym nic wspólnego. Niestety w ciele Marilyn nastąpiło spiętrzenie wtórnych wcieleń. – Brzmiało krótkie, szokujące wyjaśnienie.

– Co? – Dalej niczego nie rozumiał.

– Nie jesteśmy jedynym biurem podróży, które oferuje możliwość pozamaterialnych podróży w czasie. – Operator rozłożył ręce w geście bezradności. – Jak pan wie ten rynek nie jest uregulowany – użył tego eufemizmu zamiast powiedzieć, że jest to po prostu nielegalny proceder – nie mamy więc możliwości koordynowania i kontroli ruchu turystycznego. W pewnym momencie nastąpiło spiętrzenie wcieleń wtórnych w ciele Marilyn i jej oryginalny byt nie wytrzymał takiego obciążenia – wyjaśnił nieco dokładniej. – Ale oni tam będą uważać, że po prostu przedawkowała środki nasenne. – Zdawał się bagatelizować całą sprawę.

„A więc to nie ja”. Poczuł ogromną ulgę, lecz za chwilę kolejna myśl zburzyła świeżo odzyskane dobre samopoczucie.

– Spiętrzenie wtórnych wcieleń? – powtórzył w formie pytającej usłyszaną przed chwilą informację – Czyli że… ktoś tam już był wcześniej i… potem… musiał pojawić się ktoś jeszcze. Fuck, wiedziałem! Panie! To kogo ja w końcu bzykałem? – wyrzucił z siebie wreszcie to nurtujące pytanie.

Operator wzruszył ramionami robiąc kwaśną minę.

– Nie wiem, jakąś czasonautkę z przyszłości… to znaczy z teraźniejszości – poprawił się. – Zdaje się, że z Polski – dodał.

– Nie no, fuck! – Uderzył ręką w blat stołu – 300.000 jednostek za bzyknięcie czasonautki z Polski? – rzucił rozpaczliwie z nową irytacją. – Należy mi się chyba jakiś rabat? – zapytał po chwili z nadzieją w głosie.

Operator przecząco pokręcił głową, posyłając mu kpiące spojrzenie.

***

* Moją inspiracją była lektura dwóch opowiadań Waldemara Łysiaka: „Odwet Wielkiego Muga” i „Operacja Waterloo”.

.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

A to jest zdecydowanie moje ulubione opowiadanie. Oprócz doskonałego pomysłu zachwycają mnie te wszystkie ukryte smaczki, aluzje i humorystyczne akcenty. Opowiadanko do zapamiętania, zawsze chętnie do niego wracam.

Z dystansu, zwykle bardziej krytycznie patrzy się na własne teksty, ale w tym przypadku niczego bym nie zmienił. To z pewnością oryginalne opowiadanie. Bardzo je lubię.

Świetne opowiadanie! Doskonały dowcip, dużo bardzo przyjemnej erotyki no i plus za inspiracje 😉 Lubię te Łysiakowe opowiadania w klimacie s-f.

Opowiadania, które mnie zainspirowały znajdują się zarówno w zbiorku „Łysiak Fiction” jak i w „Perfidii”. Ten drugi zbiór polecam szczególnie jako źródło dalszych inspiracji:)

A jestem szczęśliwą posiadaczką obu książek 🙂 Dawno nie odświeżałam, ale zainspirowałeś mnie i chyba wrócę do lektury.

Ja lubię posłuchać od czasu do czasu w wybornej interpretacji Henryka Talara.

Opowiadanie świetne: dowcipne, pomysłowe, z błyskotliwą puentą. Oczywiście jestem zobowiązany za nawiązanie do mojej skromnej twórczości! Oby tak dalej, Mefisto! Musisz znów zacząć publikować!

Pozdrawiam
M.A.

Odkąd zostałem Tagmodem na DE przeczytałem taką masę opowiadań erotycznych, że wszystkie pomysły wydają mi się teraz mniej lub bardziej wtórne.

Uwielbiam ten tekst. Czytam go chyba po raz 10, ale nie szkodzi – zawsze zachwyca tak samo 🙂
Eileen

Opowiadania Mefisto zawsze smaczne i zdrowe! A to szczególnie.

Absent absynt

Napisz komentarz