Miniatury MRT_Grega Brak ocen

15 min. czytania
gregMRT

gregMRT

Bursztynowa Komnata

– Karola, może dosiądziesz się do nas?

Tono siadł jednym półdupkiem na krześle barowym. Oparł łokieć o ladę i spojrzał na pogrążoną we własnych myślach dziewczynę. Otrząsnęła się, przeturlała między palcami niewielką szklaneczkę i kiwnęła nią w kierunku stojącego nieopodal barmana. Rozumieli się bez słów. Po chwil stał przed nią kolejny mocny shot o bursztynowym kolorze i zniewalającym zapachu. Produkowany w niewielkich ilościach przez manufakturę należącą do tego samego człowieka, w którego zajeździe spędzali wrześniowy weekend, likier sosnowy doprowadzał ją do ekstazy. Mocny, słodki trunek nie miał sobie równych. Pozwalał zapomnieć o całym bożym świecie i oddać się błogości.

Nie miała specjalnej ochoty tu przyjeżdżać. Namowy chłopaków nie robiły na niej specjalnego wrażenia. Była już przyzwyczajona do co weekendowych wyjazdów za miasto do szemranych, dusznych knajp, w których tłuste grubasy wlepiają swoje sprośne oczy w nagie ciała powiązanych dziewcząt. Może kiedyś ją to podniecało. Szorstkie sznurki wrzynające się w delikatne ciało, doprowadzające przez cały nieznośnie długi wieczór do ekstazy, podczas której gubiła wszystkie myśli. Kiedyś było fajnie. Zmieniło się, gdy z grupy odszedł Patryk.

Niemłody już, lecz nadal zgrabny i wysportowany mężczyzna miał głowę pełną pomysłów. Każdy jego utwór miał delikatny początek, skomplikowany, ale piękny w swym geniuszu środek i crescendo niczym karambol na autostradzie. Po wieczorach z Patrykiem, choć doszczętnie zmaltretowana, zmiętoszona i wyssana do cna, czuła się wolna niczym ptak. Patryk był niczym marihuana. Był nałogiem, od którego nie dało się uwolnić. Gdy zniknął, jej kolorowy świat nagle stał się szary i ponury. Rysowany jedną kreską, wypełniony takimi samymi bladymi, bezdusznymi twarzami.

– Karola! – Maciek miał już nieźle w czubie – Cho do nas. Nie daj się prosić.

Wstał i usiłując ominąć związaną jak prosiak Ankę, potknął się i wywalił na dziewczynę. Karola usłyszała jej zduszone westchnięcie. Pewnie też już żałowała przyjazdu. Widok nawalonych kolegów przepełnił czarę goryczy. Jednym haustem przełknęła piekący płyn, odstawiła szklaneczkę i podniosła się z hokera.

– Idę spać – mruknęła.

Tono westchnął ciężko i schylił głowę. Zaraz jednak podniósł ją szybko, czując, jak przelatuje przez nią eskadra myśliwców. Był zły na siebie. Alkohol zrobił swoje, a przecież obiecywał sobie, że tym razem da Karoli to, czego dziewczyna potrzebuje. Jak zwykle zawalił. Złapał kieliszek i szybko przełknął zawartość. Wstał od lady i ruszył w kierunku kolegów. Chwilę potem zapomniał o całej sytuacji. Wraz z pozostałymi przenieśli się z twardych stołków na podłogę. Ich dłonie zaczęły krążyć po ciele związanej dziewczyny.

Światło za barem zgasło. Środek sali jarzył się, delikatnie podświetlony niewielkimi ledami. Barman stał chwilę w cieniu, przyglądając się grupie na podłodze. Wytarł do suchą szklaneczkę po drinku i odstawił na półkę obok zestawu. Przeznaczona wyłącznie do Bursztynowej Komnaty posiadała charakterystyczny grawer na szkle. Cicho zasunął zasłonkę i udał się do swojego pokoju. Szybko przebrał się, po czym wyszedł z zajazdu drugą stroną. Rozejrzał się dookoła i nie dostrzegając nikogo, wyciągnął z kieszeni spodni paczkę papierosów. Błysnął słaby płomyk, a po chwili ledwie widoczny żar cieniutkiego papierosa.

– Poczęstujesz fajką? – melodyjny kobiecy głos z boku sprawił, że nieomal zszedł na zawał. Nie dał jednak po sobie poznać jak bardzo go zaskoczyła. Wyciągnął paczkę w kierunku z którego dobiegał głos. Przypalając, ujrzał jej twarz. Karola, mimo wypitego alkoholu, zupełnie nie wyglądała na nietrzeźwą.

– Uważaj. Jest mocny – mruknął, patrząc, jak zaciąga się głęboko.

– Spokojnie. Nie takie paliłam.

– Takiego nie paliłaś.

– Tak? A co w nim takiego jest? Trawka? – zaśmiała się. Nieco chrapliwie.

– Prawie – szepnął.

Paliła szybko, zaciągając się raz po raz, aż w końcu i to ją znudziło. Gdy tylko zwolniła, poczuła prawdziwe bogactwo mieszanki. Zaciągnęła się głęboko i zostawiła na dłużej gorący dym w płucach. Zerknęła w kierunku barmana. Zniknął gdzieś. Wzruszyła ramionami, po czym wydmuchała dym. Obserwowała, jak unosi się leniwie w powietrzu, układając się w skomplikowany wzór. Na chwilę niczym w bajce stanął przed nią stworzony z papierosowego oparu Patryk. Uśmiechnął się. Odwzajemniła uśmiech. Wyciągnęła rękę. Przeniknęła dłonią przez mężczyznę. Obserwowała, jak dym podąża za jej ręką, by po chwili zawirować i z impetem wrócić wprost do jej ust. Zachłysnęła się.

– Cooo dooo? – Jej własny głos brzmiał jak dobiegający z dna studni. Zwolniony niczym stara taśma magnetofonowa wciągnięta przez mechanizm odtwarzający. Tuż obok niej pojawił się wysoki mężczyzna. Poczuła, jak jest unoszona. Świat wirował jej przed oczami. Ciemność nocy zlała się z jasnością dnia, słońce i księżyc tańczyły w pląsach samby, słyszała mrówki pracujące w kopcu, koniki polne niczym kwartet smyczkowy na Titanicu, muchę trzepoczącą w pajęczynie. A potem wszystko zgasło.

– O kurwa!

Znane skądinąd słowo zbudziło ją momentalnie. Otworzyła najpierw jedno oko, zaraz potem drugie. Bezwiednie wciągnęła orzeźwiający płyn przez słomkę tkwiącą w jej ustach. Od razu znikła suchość w gardle. Przełknęła sok, po czym spojrzała już znaczniej przytomniej przed siebie.

Mężczyzna wyglądał na miejscowego. W drelichowej kurtce, spranych dżinsach, zielonych kaloszach i szarym berecie przekrzywionym na głowie. Nieco zarośnięty, wpatrujący się w nią jak żaba w piorun. Jego język raz po raz zwilżał zaschnięte z wrażenia usta.

Zmarszczyła brwi. Po chwili zorientowała się, że oprócz słomki ma w ustach knebel, który całkowicie blokuje jakiekolwiek dźwięki. Na dodatek czuła chłód na całym ciele. Gdy spojrzała po sobie, dostrzegła, że jest zupełnie naga, jeśli nie liczyć stóp obutych w białe, dziewczęce trampki i koronkowe podkolanówki. Sprytny system lin i kołków sprawiał, że ledwo stała na czubkach palców, podtrzymywana przez gruby sznur, przeciągnięty pod pachami. Inny układ wypychał jej pośladki do tyłu, równocześnie wciskając gruby pal między łopatkami. Dzięki temu zabiegowi jej piersi prężyły się dumnie przed pełnym zaskoczenia grzybiarzem, który w ten niedzielny poranek znalazł okaz, o jakim nawet nie marzył.

Westchnęła przez nos, po czym wbiła spojrzenie w mężczyznę. Była ciekawa jego reakcji. Zazwyczaj tacy bogobojni prości ludzie, widząc zabawy jej grupy, odwracali szybko wzrok, żegnając się raz po raz. Ten zapewne należał do tej samej kasty, jednakże fakt przebywania sam na sam w lesie z młodą, nagą i – co najważniejsze – zupełnie bezbronną dziewczyną sprawiał, że wahał się między paniczną ucieczką a… Przełknął ślinę, po czym schylił się, odkładając koszyk z grzybami. Wielki niczym talerz kapelusz dojrzałej kani wypadł na ścieżkę, wprost pod nogi chłopa. Nie zauważył tego jednak i rozdeptawszy okazałe znalezisko, przystąpił do dziewczyny. Przechylił głowę i spojrzał na jej ucho. Mając unieruchomioną głowę, zezowała jednym okiem w jego kierunku.

Poczuła ciepły oddech na szyi, a następnie twarde zęby na płatkach uszu. Język mężczyzny przemknął po małżowinie, co skwitowała głębszym niż zazwyczaj westchnięciem. Zadrżała, gdy zupełnie nie dotykając jej ciała, zjeżdżał coraz niżej w kierunku szyi. Była całkowicie zaskoczona reakcją mężczyzny. Prędzej mogła się spodziewać, że zrzuci ubranie i po prostu zerżnie ją szybko, a potem umknie w popłochu. Tymczasem on zupełnie się nie spieszył. Miękkie pocałunki, jakie składał na jej ciele, sprawiały, że brodawki jej piersi stwardniały na długo, nim dotarł do nich ustami. Gdy to nastąpiło, gdy przyssał się do niej niczym niemowlę, zaciskając lekko zęby, drgnęła w spazmie. Czuła, jak pierwsza nikła strużka cieknie jej po udach. Podniecenie, którego dawno nie czuła, wróciło po latach z niewiarygodną mocą. Niesamowitości całej sytuacji dopełniał fakt, że zupełnie niedaleko, poprzez zasłonę liści krzaków, widziała zajazd, w którym gościli. Ba! Widziała nawet drobne postacie kolegów, rozbiegające się po terenie. Anka uciekała z piskiem. Chwila dekoncentracji znikła jednak jak ręką odjął w momencie, gdy silne szorstkie łapska mężczyzny zacisnęły się na jej pośladkach i rozwarły je lekko. Lekki wiatr, który śmignął przez jej krocze, sprawił, że zalała się jeszcze bardziej. Czuła, jak puchną jej wargi – nieodmienny dowód jej ogromnego podniecenia. Mężczyzna tymczasem jak gdyby nigdy nic nadal powoli zmierzał w dół. Drżała już niepohamowanie, chcąc, by jego język zawibrował w końcu w jej wnętrzu. On tymczasem tylko przesunął dłonią po jej sromie. Podkurczyła palce u stóp i uniosła je na milimetry w górę, tracąc kontakt z podłożem. Sznury wrzynały się jej coraz mocniej w ciało. Och, zerżnij mnie wreszcie! – krzyczała w myślach, wyobrażając sobie, jak wbija się swym grubym członem w jej rozpalone wnętrze.

Gdy usta mężczyzny ponownie zaczęły wędrówkę ku górze, była już na skraju orgazmu. Podczas gdy jego ciepłe pocałunki nadal chłodziły jej gorące ciało, dłońmi zataczał niewielkie kręgi wokół jej pośladków, od czasu do czasu delikatnie muskając rowek między nimi. Drżała, zupełnie nie panując już nad swym ciałem.

Po chwili odsunął się od niej. Ciężko oddychając spoglądał na spoconą i drżącą dziewczynę. Ciemny rumieniec pokrywał całą jej twarz i klatkę piersiową, rozprzestrzeniając się na podbrzusze, sięgając aż do ciemnych warg sromowych. Rozejrzał się na boki i najwyraźniej nie dostrzegając niczego podejrzanego, nabrał odwagi i rozpiął spodnie. Dźwięk zamka błyskawicznego sprawił, że szybko otworzyła oczy. Gdy tylko organ mężczyzny ujrzał światło dzienne, głośno przełknęła ślinę. Zakrzywiony i długi z odsuniętym już napletkiem celował w jej podbrzusze, kiwając się na boki. Mężczyzna przesunął po nim dłonią, chrapliwie oddychając. Spojrzała przelotnie na znikający między palcami organ, po czym wbiła błagalne spojrzenie w twarz mężczyzny. Ciężko oddychała przez nos. Obserwowała, jak powoli obchodzi ją dookoła. Mimo spinających ją więzów usiłowała jeszcze bardziej wypiąć pośladki.

Uderzenie było tak nagłe, że nieomal udławiła się tkwiącą w ustach słomką. Cienki bacik, zapewne wiotki pęd jakiego krzaka, raz po raz spadał na jej pośladki. Zakończony kilkoma listkami drażnił nabrzmiały srom. Powtarzające się uderzenia połączone z delikatnymi muśnięciami szybko doprowadziły ją do finału. Skurcz, jaki odczuła, mógłby wstrzymać Ziemię. Zastygła sztywna, a wybuch między jej nogami rozprzestrzeniał się szybko po całym ciele, uderzając w zmysły niczym tsunami w filipińskie nadbrzeże. Zaciskała i rozprostowywała w powietrzu palce. Chciała wyrwać knebel z ust i wyć z rozkoszy, zacisnąć uda na jego członku albo turlać się po miękkiej ściółce, przeżywając od nowa każdą falę ekstazy. Miast tego gęsta ciecz spływała po jej nogach, mocząc zaciągnięte na nich sznury. Szarpała się, usiłując uwolnić, lecz każdy nagły ruch sprawiał, że więzy zaciskały się coraz mocniej. Postać za nią najwyraźniej zaskoczona reakcją, stała nie wykonując żadnego ruchu.

Gdy słabnący orgazm ostatnimi strugami zalewał krępujące ją więzy, po jej plecach przesunęła się męska dłoń. Jeszcze nie zastygnięty wulkan wybuchł z nową mocą, lecz zaraz sztywny pal ujarzmił zbierające się potoki lawy. Była tak mokra, że członek mężczyzny bez najmniejszego oporu znalazł się w niej cały. Ich ciała zetknęły się. Poczuła na gładkiej pupie jego twarde owłosienie. Drażniąc ją nim, równocześnie posuwał ją rytmicznie, zaciskając dłonie na jej pośladkach. Nieco odchylony do tyłu, penetrował ją metodycznie, aż w końcu – najwyraźniej zadowolony z oględzin – zaczął rżnąć. Zacisnęła powieki, czując, jak łzy cisną się jej do oczu. Mocne szybkie pchnięcia nie były jednak w stanie wysuszyć jej wnętrza. Dobijał za każdym razem, a miękkie mlaśnięcie rozchodziło się wokół szerokim echem. Jego chrapliwy oddech po chwili zmienił się w pomrukiwanie, a w momencie gdy przeżywając ponowny orgazm, zacisnęła na nim mięśnie pochwy i poczuła gorącą strugę spermy, zalewającą całe wnętrze, ryknął niczym ugodzony lew.

Chyba zemdlała. Czuła, jak unosi się w przestworzach, jej ciało pieszczone przez chmury drży lekko, a źródło rozkoszy rozlewa się coraz szerszym kręgiem, poczynając od gorącego ujścia między nogami, aż po zakończenia nerwowe na opuszkach palców. Pojawiające się w pewnym momencie uczucie zasysania, ściągające ją brutalnie w dół, kazało jej otworzyć oczy.

Zamrugała powiekami. Papieros sparzył jej palce. Pstryknęła nim w ciemność nocy. Wrażenie zacierało się szybko w pamięci. Otworzyła drzwi i ruszyła w kierunku baru. Dziwne mrowienie między nogami, które czuła tylko po nocnych orgiach z Patrykiem, sprawiało, że poruszała się z trudem. Weszła do kawiarni. Chwilę szukała wzrokiem przyjaciół, żadnego jednak nie znalazłszy, wzruszyła ramionami, po czym poczłapała do swojego pokoju. Otworzywszy je, stanęła oko w oko ze sprzątaczką. Spojrzała ponad jej ramieniem, po czym zaskoczona zmarszczyła brwi.

– Przepraszam, ale ten pokój zajmuję z kolegami. Co się…

– No przecież wyjechali wczoraj – usłyszała głos nieznoszący sprzeciwu.

Wypchnięta przez otyłą kobietę spojrzała na wiszący w korytarzu kalendarz. Zachłysnęła się, ujrzawszy datę. Kurwa! – mruknęła zła na siebie. W poniedziałek rano miała być u ojca, tymczasem nie wiadomo kiedy minął cały dzień. Jakby zniknął w oparach dymu…

.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

.

gregMRT

gregMRT

Mała księżniczka

– Moja mała księżniczka.

Słowa tatusia – ciepłe, wypowiedziane tuż do mojego ucha – sprawiły, że poczułam się niezwykle dumna. Przecież tak do tej pory nazywał Kaśkę, moją starszą siostrę. Tymczasem… Dłonie taty, zazwyczaj twarde i szorstkie, spracowane jak u hutnika, podczas kąpieli były miękkie i śliskie, nasączone dziecinnymi olejkami do kąpieli. Zapach migdałów był wręcz zniewalający. Z półprzymkniętymi oczami oddawałam się tatusinym poczynaniom. Czułam bliskość jego ciała i gorący oddech na mojej szyi. Pachniał wodą kolońską, którą jak co wieczór obficie się spryskiwał. Woda była przyjemna, pełna piany skrywającej to, co się działo w jej błękitnej toni. Czasem woda miała kolor zielony, a innym razem różowy – zależnie od soli, jaką tato wsypywał do wanny przed kąpielą.

W pewnym momencie tato odchylał głowę do tyłu, wyprężał się jak struna i pojękując coś pod nosem, zaciskał dłonie na moich udach. A potem uśmiechał się, patrząc mi prosto w oczy i uznając, że już każdy zakamarek mojego ciała jest dokładnie wymyty, wychodził chwiejnie z wanny. Piana ściekała po jego ciele od łysiejącego czubka głowy po wielkie paluchy u stóp. Unosił mnie do góry, stawiał na podłodze i owijał wielkim niczym prześcieradło ręcznikiem. Tarł nim mocno moje plecy i nogi. W innych partiach był znacznie delikatniejszy. A potem zanosił do pokoju, przebierał w perłową halkę na cienkich ramiączkach i układał do łóżka, przykrywając ciepłą kołdrą. Powtarzający się na poszewce wzór małej dziewczynki w złotej koronie przypominał mi za każdym razem, kim jestem dla tatusia.

– Dobranoc, moja mała księżniczko. – Nachylał się i całował mnie w czoło.

– Dobranoc, tatusiu – odpowiadałam sennie i odwracałam się na bok.

Ten cosobotni rytuał stał się tak oczywisty, że nie wyobrażałam sobie już innego zakończenia tygodnia. Ten element higieny i tatusiowych pieszczot był równie nieodzowny, jak coraz częstsze jego kłótnie z mamusią. Któregoś razu, a było to w rok niezwykle gorącego suchego lata, gdy trawa przed naszym domem przybrała odcień żółtobrązowy, a każdego dnia około południa wielka cysterna przejeżdżała koło naszego domu, pryskając chłodną mgiełką po krzewach i ogrodowych rabatkach sąsiadów, nastąpił koniec. Pojawił się nagle, niespodziewanie i zburzył dotychczasową sielankę. Był niczym trąba powietrzna na bezchmurnym niebie. Wtargnął w moje życie i odmienił je na zawsze. Tego wieczoru nie było kąpieli z tatusiem. Stojąc nago przed łazienkowym lustrem, czekałam, aż przyjdzie, napełni wannę kolorową solą i napuści gorącej wody. Spojrzałam w swoje odbicie i zobaczyłam chudą, piegowatą nastolatkę ze sterczącymi żebrami. Moje piersi, niczym dwie dojrzewające gruszki z ledwo odznaczającymi się bladymi sutkami, pokryła gęsia skórka. Przekrzywiłam głowę i ujrzałam, jak drobna dłoń przesuwa się po moim brzuchu i sięga poniżej pasa, zagłębiając się w kotłowaninę kręconych loczków. Miejsce, do którego dążyły moje palce, odkryłam już jakiś czas temu i przypominając sobie poczynania ojca, próbowałam odtworzyć jego ruchy. Tego wieczoru, głośno sapiąc, osunęłam się na podłogę, a twarz przyłożyłam do chłodnej glazury, gdy litościwy skurcz między udami sfinalizował efekt moich pieszczot. Zlizując z podłogi krople wody, oddychałam ciężko, a moje ciało powoli się rozluźniało. Wypięta pupa chłonęła delikatny powiew przeciągu.

Tego wieczoru nie było kąpieli. Moja pieszczota zaś była ostatnim miłym akcentem w moim życiu. Leżąc w łóżku, nasłuchiwałam awantury na parterze. Ojciec i matka krzyczeli na siebie jak co tydzień, tym razem doszedł mnie także dźwięk tłuczonych talerzy i trzask szafek. Ostry dźwięk metalu uderzający o blat drewnianego stołu, pobrzękiwanie, jakie wydają druty sterczące z betonowych słupów na niedalekiej budowie. Chwila ciszy, a potem jeszcze jeden krzyk matki. Nasłuchiwałam, starając się jak najlżej oddychać, lecz do moich uszu nie dobiegł nawet najmniejszy szmer. Drgnęłam, gdy skrzypnęły drzwi mojej sypialni. Spod przymrużonych powiek rzuciłam spojrzenie w tamtym kierunku. Wyraźna sylwetka ojca, która do tej pory kojarzyła mi się z silnym, kochającym mężczyzną, tego wieczoru jawiła się niczym posępny stwór. Zbyt straszny, by na niego patrzeć. Zamknęłam szybko powieki. Lecz potwór nie zniknął. Usłyszałam, jak szura stopami, a potem nachyla się nad moim łóżkiem. Sprężyny ugięły się pod naporem jego ciała. Kołdra zsunęła się ze mnie, odsłaniając półnagie ciało. Stwór za moimi plecami wiercił się jakiś czas, po czym przytulił się do mnie.

– Moja mała księżniczka.

Chropowaty głos może kiedyś należał do mojego ojca. Dziś, śmierdzący hektolitrami wody kolońskiej, tej z butelki, na której czarna postać mężczyzny w meloniku zdawała się dokądś zmierzać, był zupełnie kimś innym. W jego dłoni, którą wsunął mi pod halkę, rozrywając delikatny materiał ramiączka, nie było dawnej miłości. Ścisnął moją pierś jak w imadle. Syknęłam z bólu. Najwyraźniej jednak nie robiło to na nim żadnego wrażenia, gdyż dalej miętosił moją małą półkulę, sprawiając, że miękki sutek nagle stał się sztywny i sterczący. Również za moim plecami coś drgnęło i rozpoczęło wędrówkę wzdłuż moich ud, by po chwili oprzeć się na moich pośladkach. Stwór jęknął, po czym przewrócił mnie na brzuch i uwalił się na mnie. Ręką rozsunął pośladki. Myślałam, że dłoń tato-podobnej istoty wtargnie jak ostatnio pomiędzy moje napuchnięte fałdki, on jednak najwyraźniej miał inny zamiar. Nie zrozumiałam, gdy przyłożył palec do mojego anusa. Nadal nie rozumiałam, gdy wepchnął go tam całego, a następnie rozwarł mocnymi dłońmi moje pośladki. Zrozumienie przyszło chwilę potem. A wraz z nim zawalił się cały mój świat. Runęły mury mojego królestwa, złota korona zmieniła się kolczasty krzew, a niewinne źródełko między moimi nogami wyschło, stając się jałową pustynią. Wrzasnęłam z bólu, jednak gwałcący mnie mężczyzna nie zwrócił na to uwagi. Usiłowałam zrzucić go z siebie, był jednak za silny. W pewnym momencie uniósł się nade mną, rozłożył szeroko moje nogi i ponownie wbił się z impetem. Zawyłam, przykładając twarz do poduszki. Chwilę potem jego ciężka dłoń docisnęła mnie do pościeli. Nie zdążyłam zaczerpnąć oddechu. Wijąc się pod nim, usiłowałam choć na chwilę wydobyć się spod niego. Czułam, jak powoli tracę siły, jak moje ciało wiotczeje, a posuwiste ruchy, które paliły moją pupę, oddalały się coraz bardziej. Gdy przed zamkniętymi oczami zawirowały mi gwiazdy, przestałam czuć cokolwiek. Miałam wrażenie, jakbym uniosła się ponad łóżko i obserwowała rozgrywający się poniżej dramat. Szczupły mężczyzna o czerwonej z przepicia twarzy niczym troglodyta miażdży niewielkie blado ciało spoczywające pod nim. Byłam zaskoczona, widząc, jaka jestem chuda, a równocześnie dostrzegłam piękną linię mojego ciała, zgrabną mięsistą pupę, gładkie plecy ze sterczącymi łopatkami, fragment rozpłaszczonej na łóżku piersi i burzę jasnych loków otaczających poduszkę. Pod nimi zaś drobniutka twarz walczyła o ostatni haust powietrza.

Troll nade mną stężał. Nagle otworzył usta i usiłował złapać oddech. Tymczasem ja wróciłam do swojego ciała, zerwałam się z łóżka i wydobywając się spod przechylającego ciała, odsunęłam na bok. Ujrzałam, jak stwór, który na powrót był moim ojcem, przewraca się na łóżko, trzymając za pierś. Rozwarte szeroko oczy wyrażały nieme zdziwienie. Niczym wyciągnięta z wody ryba usiłował łapać powietrze. Leżał i drżał przez kilka chwil, kopiąc nogą stojący w pobliżu regał z bielizną. Nagle wyprężył się jak struna, a potem rozluźnił. I umarł. Tak po prostu. Jakiś czas stałam i patrzyłam na niego, podobnie jak na leżącą na podłodze kuchni matkę. Rubinowa kałuża krwi rozlewała się pod jej ciałem. Rączka wielkiego noża sterczała z jej piersi. Oczy tępo wpatrzone w sufit. Jedna noga podwinięta.

Wyszłam na ganek i zostałam tam do rana. Siedziałam tam nawet wtedy, gdy mężczyźni w uniformach wynosili na noszach ciała moich rodziców, a potem kolejne – moich sióstr i braci. Łącznie dwanaście. Siedziałam na schodkach, patrząc tępo na przewijające się wokół mnie postacie. Wysoki mężczyzna w okularach stał nad ciałami mojego rodzeństwa, zakrywając dłonią usta. Gdy odwrócił się w moim kierunku, ujrzałam łzy cieknące mu po policzkach. Westchnęłam ciężko i odwróciłam wzrok. Nie rozumiałam po co płakać? Przecież życia im to nie zwróci. Koło południa pojawiły się dwie kobiety. Na ich widok parsknęłam wariackim śmiechem. Gruba niska, w wielkich jak talerze okularach szła raźno przodem, trzymając w rękach ciemną aktówkę. Za nią niczym wysoki i wiotki pęd topoli przesuwała się chuda – najwyraźniej jej asystentka. Stanęły nade mną i zaczęły coś gadać. Uniosłam głowę, lecz nie docierały do mnie żadne słowa. Jakby ktoś mi wcisnął watę do uszu. Po chwili zbliżył się sanitariusz. Nie zauważyłam, jak stanął obok mnie. Zdążyłam tylko poczuć ukłucie, a potem świat zawirował i znów byłam w swoim domu.

Leżałam w swoim łóżku, a dom trzeszczał cicho w porywach nocnego wiatru. Usłyszałam tąpnięcia na schodach. Początkowo ciche człap, człap zmieniło się w głuche dudnienie. Gdy drzwi rozwarły się z hukiem, ujrzałam wielkiego stwora z łapskami, którymi sięgał w moim kierunku. Światło księżyca przedarło się przez chmury. Potwór miał twarz ojca, napuchniętą, pokrytą bąblami. W jego ciele wiły się robaki, a spomiędzy nóg sterczał wielki niczym maczuga, pokryty ciemnymi żyłami i pękającymi krostami penis. Na jego końcu niczym czepek spoczywała moja pochwa. Zerknęłam po sobie i ujrzałam wielką dziurę ziejącą między moimi nogami. Wrzasnęłam.

– Już dobrze.

Twarz nade mną nie należy do ojca. Gładko ogolona, pachnąca jaśminem. Zielone, opalizujące oczy, w których wyraźnie widać troskę.

– Już dobrze. Nie masz się czego bać. Jesteś bezpieczna.

Te słowa brzmią jeszcze w mojej głowie, gdy ponownie zasypiam. Ale nic już mi się nie śni.

.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

.

Utwory chronione prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Hm…

No no no… O ile ta pierwsza miniatura jest, powiedzmy, przewidywalna – choć bardzo sympatycznie napisana, o tyle w przypadku drugiej całe moje plugawe jestestwo podskoczyło z radości. Brutalnie, bez najmniejszego ostrzeżenia walisz Panie Kolego, przez łeb, najpierw ubierając się w różowe tutu i przypinając sobie do łepetyny uszka Myszki Marcjanny…

Szybko, treściwie napisane, bez bawienia się w zbędne ozdobniki. Me gusta (w tym miejscu znajduje się znana z netu czarno-biała morda)

Witaj Booberku
Nie wiem kim jest wspomniana Myszka – wujek google podpowiada różne scenariusze – każdy bardziej wariacki od poprzedniego. Niemniej… zastanawiałem się do jakiego momentu mogę się posunąć. Granice nakreślone przez Ferrarę (Dom Rossów) czy Barmana (Ilse…) nie są sztywne ale wyznaczają pewien rejon, którego przekroczenie wydaje się być niesmaczne. Tylko czy dla każdego…? W którym momencie opowiadanie staje się nieetyczne/niemoralne zaś autor zaczyna jawić się jako szurnięty zboczeniec. A w którym momencie zacznie być z tego dumny. Różowe tutu… bardzo ładnie poddałeś mi kolejną inspirację "Panie Kolego" 😀

Pierwsze opko jest próbą w temacie. Niosąc w sobie coś z e-fraszki, jest wymysłem, którego istnienie trudno zarówno potwierdzić jak i zaprzeczyć…

Dziękuję Boobrze za wizytę 😉

Pozdrówko, MRT

Nie wiem co to za Myszka i nie wiem co to różowe tutu, a nie chce mi się sprawdzać 🙂
Opowiadania czytało się dosyć szybko. Akcja wartka, fabuła prosta (nie prostacka). Nie było kłopotu z zanurzeniem się w tekstach.
Pierwszy to co prawda nie moja bajka, więc czytałem trochę jak sci-fi. Niech się wypowiedzą znawcy tematu. Ciekaw jestem jedynie co kobitka z pierwszego opowiadania paliła :-).

Drugie opowiadanie pomimo tematyki sprawiło mi dużo więcej przyjemności. Bardzo ciekawie zaznaczyłeś linię pomiędzy niewinnością "małej księżniczki", a brutalnością jej oprawcy. Jak powiedział kolega wyżej – Me gusta. Pomijając całą tą zwyrolową otoczkę to muszę przyznać, że opowiadanie poprowadzone naprawdę ciekawie.

Gregu,
w komentarzu powyżej powielasz częste przekłamanie, które niestety jest mocno zakorzenione w naszej kulturze. Pamiętaj, to nie autor jawić się powinien jako szurnięty zboczeniec, on tylko kreuje świat i historię. Zboczeńcem jest bohater, którego stworzył.

Pozdrawiam i czekam na kolejne opowiadania.
Smok

Hej Smoku

Też jestem opinii znawców 😉
"Mała księżniczka", również jest zdecydowanie moim klimatem (piśmiennym), więc zajęła mi tyle co sam potrzebujesz – reklama na polszmacie 😉

W każdym człowieku tkwi pierwiastek dobra i zła. Od otoczenia zależy, który z nich ujrzy światło dzienne. Niezależnie jednak który będzie dominował, drugi zawsze będzie w nas się tlił… głęboko, a swoim plugastwem lub dobrocią zarażał skryte w mroku umysłu myśli…

Tutu ==> to krótka, sztywno stercząca spódniczka, która narodziła się poprzez stopniowe skracanie kostiumu. Ułatwia wykonywanie piruetów, skoków i skomplikowanych ewolucji, ponieważ odsłania całą długość nóg baletnicy. Taki rodzaj paczki można zobaczyć w wielu klasycznych baletach, np. Jezioro łabędzie, Śpiąca królewna (Wróżka Bzu, królewna Aurora), Dziadek do orzechów (śnieżynki, Cukrowa Wieszczka, kwiaty) czy Coppelia. (http://pl.wikipedia.org/wiki/Tutu).

A co do stwierdzenia Smoka – dokładnie tak samo podchodzę do tematu. Autor tylko pokazuje to, co jest (albo mniej lub bardziej może być). A co czytelnik potem z tym zrobi, to rzecz całkiem odmienna.

"Po chwili zorientowała się, że oprócz słomki ma w ustach knebel, który całkowicie blokuje jakiekolwiek dźwięki." – budzi wątpliwości. Albo słomka albo knebel.
"Sprytny system lin i kołków sprawiał, że ledwo stała na czubkach palców, podtrzymywana przez gruby sznur, przeciągnięty pod pachami. Inny układ wypychał jej pośladki do tyłu, równocześnie wciskając gruby pal między łopatkami. Dzięki temu zabiegowi jej piersi prężyły się…" moja wyobraźnia poległa, ale widziałem już takie cuda tworzone ze zwykłej liny i kobiecego ciała, że to z kołkami też może być.
" rozbiegające się po terenie. Anka uciekała z piskiem." – wyszło niezgrabnie, choć wiem (chyba) o co chodziło.
"biczowanie" z kutasem na wierzchu jest … niewygodne ;] poza tym załatwiłeś to bardzo lajtowo, gałązka? dla wprawionej w bojach dziewoi?
Ale całość udana. No i opis squirtu – rzadko pojawiający się na NE, a tak przecież miły.

zastygnięty – zastąpiłbym wyrazem zastygły (w dwóch następujących po sobie akapitach używasz tego określenia)
"tsunami w filipińskie nadbrzeże" i "ugodzony lew" wywołały uśmiech na twarzy
Przyjemna miniatura, choć wygibasy językowe w scenie konsumpcji trąciły sztucznością.

Co do drugiego tekstu…
Móchowe brudy podane w Disney'owskim anturażu – brrr… sugestywne okropieństwo.
Nie cierpię tej kategorii – incest – ale w Twoim wydaniu chcę więcej.
Jak mawia Karel – lubiki dla autora za taką wizję.

"Albo słomka albo knebel" – spróbowałem. Faktycznie trudna sprawa :p
"System lin i kołków…" – jak już udało mi się mniej więcej przybrać pozycję, to dorysowanie do tego pozostałych elementów, było zabawą 😉
To prawda – gałązka jest lajtowa. Ale czego można się spodziewać po zaskoczonym niedzielnym grzybiarzu? Dobra – następnym razem użyję solidnego konara :p
Tak czy siak – jak na kogoś kto nie siedzi w temacie, wychodzi że nie było tak tragicznie 🙂

Co do drugiego tekstu – kusisz… 😀

Zabrałeś Karelowi lubiki. To pewnie od niego dostanę wpierdul…

Jestem wyjątkowo ukontentowany temi (temi, temi a nie tymi) miniaturkami.
Naprawdę się udały, choć ta druga rozwścieczy bądź zniesmaczy niejednego konserwatywnego czytelnika.
Dla mnie – laika – i słomka z kneblem (wykonalne i możliwe), i gałązka są ok.
A jeśli chodzi o lubiki..
Nie cierpię makaronizmów. Miedzy innym popularnego słowa "lajki". Stąd "lubiki", które ktoś wymyślił jako nasz polski odpowiednik lajków, a pewna lubiana przeze mnie dziennikarka radiowa (słucham jednego radio i jednej jedynej dziennikarki, jakby się kto pytał, tylko i wyłącznie w dni robocze, gdy zmierzam do pracy) zaproponowała słuchaczom do wykorzystania.
Tedy, wytłumaczywszy – mam nadzieję – w czym rzecz z lubikami, rzucam autorowi ich – lubików – naręcze, bo godzien wielkiej nagrody.
Karel

Będę chyba pierwszą kobietą, która skomentuje te dwa opowiadania. W dodatku kompletnym laikiem. Może to spojrzenie nie będzie jednak takie złe..
Pierwsze opowiadanie, owszem, proste i trochę przewidywalne. Ale.. Gałązka. Chyba trzeba być kobietą, by wiedzieć, ile taka prosta rzecz może dać satysfakcji. Zwłaszcza kobiecie już znudzonej i która doświadczyła niejednego.. Jak również dla takiej, która niewiele zdołała przeżyć. Dla każdej coś, czego się kompletnie nie spodziewa będzie wyjątkową rozkoszą.
Drugie..
Mocne. Mroczne. Świetne. Uważaj, czego pragniesz, bo marzenia mogą się spełnić.
Czekam na więcej.

Witaj
Skoro przeczytałaś tekst, znaczy podczas wyboru pełnoletności potwierdziłaś 18+. Co oznacza, że nieobce Ci są stosunki damsko męskie, zapewne też w układach innych niż te pielęgnowane przez głoszących imię jadalnego boga. Może i fantazje też Ci nieobce. Zatem spojrzenie już chyba raczej nie masz laickie – może pod względem technicznym ale od tego są korektorzy i szydercy najlepszej, którzy w mig wyłapią lapsusy.
Tak więc… podobała Ci się gałązka. Wiesz… Polska w lasy bogata (jeszcze nie wszystkie kornik zaatakował) a Bursztynowa Komnata naprawdę istnieje. Kto wie gdzie, niczym wilk, czai się podejrzany barman.
Nie bardzo jednak rozumiem kwestię pragnień i marzeń odnośnie drugiego opo. Jeśli bowiem tak, to… no cóż – “Bernie” się kłania 😀
Pozdrówko
MRT

Drugie opowiadanie..
Ona, nim to wszystko,co złe się stało lubiła to, co robił ojciec.. Mało tego, pragnęła więcej.
Marzymy czasem nie zdając sobie sprawy,czym jest to “więcej”.
Jej nie przyniosło nic dobrego.
Dlatego też uważajmy o czym marzymy..

Ale bez marzeń z kolei nie osiągniemy niczego. Marzenia są siłą napędzająca nas do działania. Pragnienie zaś poznania jest silniejsze od czegokolwiek. Jak kot, który wsadzi łeb do słoika, tak człowiek musi podejść do krateru czynnego wulkanu, choć wie, że odprysk w jego stronę może go w oka mgnieniu spopielić, tak musi wyjść na 8-tysięcznik choć wie, że może nie wrócić. Dziewczyna pragnęła więcej, biorąc wszystko za dobrą kartę. No bo wszak mama i tata są to ostoją, od której dziecko nie spodziewa się niczego złego. A że jest jeszcze za małe, to nie wie czym jest dobro a czym zło.

Napisz komentarz