Audrey (Miss.Swiss) 4.61/5 (6)

Poniższe opowiadanie jest publikowane powtórnie w ramach cyklu Retrospektywy. Pierwszy raz pojawiło się na portalu Najlepsza Erotyka 20 sierpnia 2012 r.

Dziwki, powiedziałbyś, na całym świecie są podobne. Mało się napracować, wyciągnąć z frajera jak najwięcej. Ta nie była inna. Zauważyła mnie już z daleka, gdy tylko przystanąłem na rogu. Otworzyłem piwo, zapaliłem papierosa. Lubię takie wieczory po pracowitym dniu. Ciepło, ale już nie gorąco, wiatr od rzeki chłodzi przyjemnie.

Turyści siedzą w knajpach, najemni dotarli już metrem lub tramwajem do domu, jedzą kolację, niepracujące żony zakończyły swoje rundki po sklepach. Ulice powoli przechodzą pod panowanie innego rodzaju ludzi. Wypełzają ze wszystkich zakamarków miasta. Kurwy wszystkich lig, drobni handlarze narkotyków, kieszonkowcy. Aż dziwne, że jest ich tak dużo. Lubię sobie tak stanąć i obserwować. Bardzo to jest interesujące, bardzo.

Ciekawe, czy to ja mam tak coś w sobie, że przyciągam te szemrane elementy. Już trzeci dealer proponuje mi kokę. Odprawiam go ruchem dłoni. Obrigado, nie skorzystam.

Tymczasem dziwka zbliża się szerokimi zakolami, niby przypadkiem.

– Olá – rzuca, przechodząc. Aha, znaczy, jestem dla niej interesujący, choć chyba widać, że groszem nie śmierdzę.

– Olá! – Unoszę butelkę z piwem. Specjalnie na nią nie patrzę, żeby nie zachęcać.

Polazła dalej. Bidula. Wiek nieokreślony, no, powiedzmy, w swych najlepszych latach, czyli cosik między czterdziestką a sześćdziesiątką. Ten na ławce, gruby w okularach, to pewnie jej mąż. Może alfons. Figurę ma nawet niezłą (znaczy dziwka, nie facet), nawet dobre nogi, choć jak na mój gust, trochę za chude. Zero biustu.

O, znowu przy mnie. Zaraz zapyta o ogień.

– You want sex? Good sex, good fucking!  –  Teraz usiłuje złapać moje spojrzenie.

– Eeee, não… obrigado – rzucam znudzonym tonem. A co, jestem uprzejmy. Dla wszystkich. Nie jej wina, po prostu nie mam dziś weny. Kasy zresztą też nie. Nawet, jeśli reklamowane usługi faktycznie są dobre.

Prostuje się i oddala, chwiejąc na swoich dziesięciocentymetrowach obcasach. Nie zazdroszczę. Bruki tu stare, nierówne i śliskie, a buty ma chyba niewygodne. Wyglądają dość tanio. W każdym razie nie umie w nich chodzić.

– Best sex! Best fucking in Lisbon! Really! – Cholera, znów tu jest. Ale zdeterminowana. Trochę mi jej żal. Kryzys rąbie równo, w wolne zawody przede wszystkim. Coś o tym wiem, widać to zresztą po moich klientach.

– Oral, anal, what you want! – Kurde, I don’t want anything, kobieto… Jeszcze te wąskie usta, kościste palce… jednak chyba bliżej jej do sześćdziesiątki, uuuchh, nie, nie chciałbym, żeby dotykała wrażliwych części mojego boskiego ciała.

– Yyyy, não… não… obrigado. Really not. Not today. – Jest trochę wkurzona, ale nie odpuszcza. Na jej usprawiedliwienie muszę dodać, że za bardzo nie ma się na kim uwiesić. Na placach albo nad rzeką miałaby więcej szans, ale tam konkurencja jest zbyt duża.

– Ok., ok., no fucking, mister. No fucking. But give me five euro, do you mind?  –  Chyba się od niej nie odczepię. Wyjmuję z kieszeni dwa euro i wciskam jej w dłoń. Jasne, wiem, każdy chce żyć. Mój dzień był z pewnością lepszy, niż jej wieczór.

Usatysfakcjonowana odchodzi i siada koło grubasa na ławce. Solidarnie dzielą się kanapką.

Obok mnie ktoś wybucha krótkim, serdecznym śmiechem. Ładna ta laska, siedzi w ogródku kawiarnianym, pije wino i patrzy na mnie z rozbawieniem. Dobrze jej się śmiać, jest po drugiej stronie.

– A ciebie co tak rozbawiło? – Cholera, bardzo ładna jest, ładnie jej w białej, krótkiej sukience, do opalonych, zgrabnych nóg.

– Zastanawiałam się, kiedy pękniesz.

– Z zasady nie pękam.

– Miło, że dałeś jej zarobić. Dosiądziesz się?

Właściwie, czemu nie? Wrzucam pustą butelkę do pojemnika na śmieci, gaszę papierosa i siadam przy stoliku. Ładnie pachnie dziewczyna. Delikatnie.

Ciemne, gładkie włosy, duże, czarne oczy, dobra figura. Na opalizującej skórze dekoltu cienki, złoty naszyjnik zakończony rubinową, podwójną wisienką. Najnowsza kolekcja Swarovskiego, widziałem już zdjęcia. Pasuje jej to. Szczególnie, gdy przesuwa po nim długimi palcami. Całość jest świeża, jędrna, apetyczna i zachęca do konsumpcji bardziej, niż entuzjastyczne slogany reklamowe profesjonalistek. Domyślam się słodkiego środka. Może nawet tak przyjemnie słodkiego, jak nadzienie typowego tutejszego ciasteczka zwanego pastel de nata. Tyle, że mniej kaloryczne. Pewnie podobnego nawet w konsystencji… uch, przepraszam bardzo, wróć, zagalopowałem się chyba.

– Co robisz w Lizbonie? Urlop? – Jakoś trzeba zagadać.

– Jestem służbowo. Kongres.

No tak, organizatorzy kongresów odkryli miasto już jakiś czas temu. Teraz też, kongres jubilerów, kongres sejsmologów, kongres Interpolu i, zdaje się, międzynarodowy kongres feministek. Mam nadzieję, że moja nowa, urocza znajoma nie bierze udziału w tym ostatnim, ale na wszelki wypadek nie pytam.

– A ty?

– Ja… też służbowo właściwie. W podróży służbowej, można powiedzieć.

– Sam?

– Tak. Ja zawsze sam pracuję. Tak jest najlepiej. – To akurat święta prawda.

– Artysta?

– Mhm. Można tak powiedzieć.

– Fotografia? – Fakt, zapomniałem, że fotografowie też tu obradują.

– Coś w tym rodzaju. – No, bo to prawda. Sporo się zdjęć naoglądam, trzeba być na bieżąco z najnowszymi trendami.

Zamawiamy białe wino. Nigdzie nie smakuje tak, jak w ciepły wieczór w tym mieście. Dziewczyna ma na imię Audrey i jest Francuzką. Wino z piękną, francuską dziewczyną, w jednym z piękniejszych miast świata. Czegóż chcieć więcej? No, owszem, możnaby pomyśleć o deserze. Im dłużej tu siedzimy, tym bardziej podoba mi się ta myśl.

– Brałam cię raczej za socjologa.

– Bo nieogolony jestem?

– Nie, bo tak uważnie przyglądałeś się temu, co się dzieje na ulicy.

– Lubię obserwować. Poza tym w moim zawodzie to bardzo ważne.

– W moim też. Bardzo, bardzo ważne.

No to fajno. Nie będziemy chyba gadać o pracy? Jest tyle przyjemniejszych tematów.

Ładne, pełne usta. Koloru wisiorka. Szczególnie podobają mi się lekko rozchylone, gdy mogę zobaczyć równe, białe zęby. Jakby ją tu ugryźć? Czuję, że wraca mi zainteresowanie pewną formą ludzkiej aktywności, która jeszcze godzinę temu mało mnie obchodziła. Wiem już, gdzie chciałbym widzieć te usta… Dobra, dobra, powoli. Tylko spokojnie. Tu trzeba delikatnie, z pomysłem. Szybki refleks i inwencja też są ważne w mojej profesji, tyle, że akurat nic nie przychodzi mi do głowy.

Audrey dostrzega mój, pełen uznania, łakomy wzrok. Uśmiecha się lekko, bawi swoim wisienkowym naszyjnikiem.

– Masz ochotę się przejść?

– Pewnie.

Małe zamieszanie i certolenie się przy płaceniu rachunku, w końcu wygrywam. Kelner nie może się doliczyć jednego kieliszka, ale w końcu daje spokój, gdy widzi napiwek. Kiedy trzeba, jestem hojny. Audrey zamyka białą torebkę, całkiem naturalnie bierze mnie pod ramię. Z małego placyku przed dość skromnym pensjonatem, gdzie się zatrzymałem, wychodzimy na Praça da Figueira, potem na Rossio. Szeroką rua Augusta idziemy w stronę rzeki. Życie tętni tu o każdej porze dnia i nocy.

– Uważaj na torebkę, pełno tu kieszonkowców – przestrzegam ją i wykorzystuję to, by troskliwie otoczyć ją ramieniem. Śmieje się cicho, ale nie protestuje. Przesuwa torebkę na przód i przyciska ją dłonią do brzucha.

– Mieszkasz w Alcobii?

– Nie, prywatnie – kłamię. Sam nie wiem, dlaczego. Pensjonat jest skromny, ale czysty. Może trochę wstyd mi, że aż tak skromny. Muszę wrzucić na luz.

Dochodzimy do Praça do Comércio i siadamy na szerokich schodach prowadzących do rzeki. Pięknie tu. Przyciskam ją mocniej do siebie i czuję łaskotanie włosów na policzku. Zaciągam się jej zapachem. Teraz już naprawdę mam ochotę na coś więcej.

Trochę czuję, że to o klasę za wysoko dla mnie, ale raz się żyje. Przyciągam ją do siebie, wcale się nie opiera. I wreszcie mam te wiśniowe, pełne usta dla siebie. Oblizuję je.

Spogląda zaskoczona, ale po chwili odwzajemnia pocałunek. Hmm, niezła jest, z tym swoim zwinnym, wąskim języczkiem… wcale nie zamyka oczu, jak większość panienek w takiej sytuacji, patrzy na mnie wręcz zaczepnie, prowokująco. Chyba chce więcej. Seks z piękną nieznajomą nie jest mi obcy. Zdarzało się, nie powiem. Jestem z przekonania i konieczności zawodowej singlem. Ma to swoje minusy, miewa i plusy. Takie jak ten duży, łaszący się teraz do mnie, zgrabny plus. A Audrey jest akurat w sam raz na tyle znajoma, by ją lubić, i na tyle seksowna i nieznajoma, by chcieć ją przelecieć i zrobić z jej słodką cipką i tyłeczkiem kilka rzeczy, na które zwykłe, porządne dziewczyny nie zawsze się godzą. Zdaje się, że nie będzie miała nic przeciwko.

Ostro zabiera się do rzeczy. Jej drobna, wypielęgnowana dłoń błądzi w materiale moich szerokich bojówek. Te słodkie Francuzice! Tymczasem chodzi jej o moją rękę. Przyciąga ją zdecydowanie do swoich kolan i ściska między nimi. Aha, dobrze trafiła. Zdziwi się. Tak sprawnych palców jeszcze nie spotkała, założę się.

Toruję sobie drogę między jej jasnymi udami, drażni się ze mną zaciskając je i rozchylając na ułamek sekundy. Gdzieś w półmroku migdalą się inne parki, ale ja jestem bardzo zajęty. Czuję pod palcami śliski materiał majtek. Nie, wcale nie jest śliski, jest po prostu mokry od śluzu. Drażnię przez chwilę jej wzgórek, potem odchylam majtki w kroku. I tak są zbędne. Unosi się lekko na schodach jednocześnie przytrzymując sukienkę i pozwala mi wniknąć w nią palcami. Poruszam nimi najpierw powoli, potem coraz szybciej. Jednocześnie dalej się całujemy, ech, dobra jest. Dochodzi szybko, czuję jej gwałtowne, szybkie skurcze na ręku. Przywiera do mnie całym ciałem, wygina się i ociera o mnie. Przez cienki podkoszulek czuję jej twarde sutki. A to wcale nie deser, tylko przystawka. Wreszcie pulsowanie ustaje i pozwala mi uwolnić rękę.

– Jesteś dobry w łóżku?

No, teraz to mnie zastrzeliła.

– Nie podobało ci się?

– Podobało. Pytam, bo ja… Ja jestem bardzo dobra.

– Ughh…

– Nie wierzysz?

– Ależ wierzę… ale chyba nie tu… nie na oczach króla, co? – silę się na dowcip, ale muszę przyznać, że zaschło mi w gardle. Zdaje się, że ktoś na górze mnie lubi. Dostanę ciasteczko i to podane na różne sposoby.

Zrywa się, obciągając sukienkę. Nie zauważyłem wcześniej, jaka jest przezroczysta. A może te piękne zwieńczenia ślicznych piersi nie były tak ciemne i twarde, jak teraz. Że śliczne, tylko się domyślam. Jeszcze ich nie widziałem, ale obietnica pewnych widoków, zabiera mi miejsce w wyobraźni i w spodniach.

– Zbieraj się, idziemy do mojego hotelu.

Nie pozostaje mi nic innego, jak zastosować się do polecenia. Kto by się zresztą chciał sprzeciwiać? Niemal ciągnie mnie przez puste ulice. Hotel Eden. Nieźle, ciągle zapominam zapytać, która grupa zawodowa jest tak hojna wobec swych członków.

Korytarz wyłożony grubym dywanem i te szepty do ucha, co mi zrobi… Zaraz, chyba ja mam tu też coś do powiedzenia. Tak mi się przynajmniej zdawało, do momentu, gdy drzwi pokoju zamknęły się z cichym trzaskiem, popchnięte biodrem Audrey, a ona sama odwróciła się do mnie tyłem.

– Rozepnij suwak.

Już się robi.

Ależ ma dziewczyna chcicę. Nie wyglądała na taką żyletę. A jest nienasycona. Ledwo nadążam z palcami, językiem i moim, niezwykle zadowolonym z niespodziewanych atrakcji wieczoru, kutasem. On też przeżywa swoje pięć minut (dość długie pięć minut), gdy kapryśne, wiśniowe usteczka decydują się poświęcić mu nieco uwagi. Klęczy, ociera się cyckami o moje uda i ssie go. Żeby tylko jego. W bonusie dostaję taki masaż jajek, że widzę wszystkie gwiazdy. Niech to! Jak sobie na to zasłużyłem?

Potem wolno mi położyć się na plecach i zrelaksować, a francuska piękność pokazuje mi, jak umie się sama dotykać. A kiedy wszystko jest już wilgotne (hmm, raczej bardziej wilgotne, bo nie widziałem jej w innym stanie) – że umie zadowolić nas oboje ujeżdżając mnie i pieszcząc się jednocześnie.

Niedużo potrzeba, by człowiek był zadowolony. O siódmej rano, po bardzo udanej nocy z piękną dziewczyną na przykład, przyda się mocna, gorąca kawa. W tym hotelu (no, w końcu jesteśmy w Edenie, tak?) serwują nawet niepytani. Kelner dyskretnie puka do drzwi i oznajmia, że kawa czeka. Faktycznie, pachnie niesamowicie. Z rozkoszą wypijam pierwszy łyk. A do kawy mam ciastko z dziurką. A propos dziurki… ta konkretna interesuje mnie szczególnie, nie dość, że jest wąska i sprężysta, to jeszcze smakuje wyśmienicie.

Audrey jeszcze śpi. Z ramionami zarzuconymi za głowę, zwrócona do mnie profilem. Pasemko włosów przykleiło jej się do lekko spoconego policzka. Delikatnie odsuwam cienkie prześcieradło i napawam się widokiem. Jako jedyny na świecie mam dziś rano tę możliwość i korzystam w pełni. Jest naga, jeśli nie liczyć naszyjnika. Doskonała. Wiodę palcem tych kuszących wargach, po łuku długiej szyi, łaskoczę delikatnie za uchem. Mój język też potrafi niejedno, więc pozwalam mu się wykazać. Biorę do ust płatek jej ucha, ale co tam ucho, są tu lepsze kąski. Zjeżdżam językiem wzdłuż mostka, zahaczam o obojczyki, pamiętając, że ma łaskotki, biorę w zęby ten cieniutki łańcuszek pocierając chłodnymi kamieniami o wystający sutek. Aha, chyba jej się spodobało. W każdym razie te dwa stożki zbudziły się do życia.

Teraz niżej, do tej naprawdę interesującej wisienki. Droga nie jest daleka, ale nie spieszę się. Z nosem tuż przy pachnącej, gładkiej skórze sunę w dół po różnych interesujących wklęsłościach i wypukłościach. Od czasu do czasu odrywam się, by popatrzeć na całokształt z innej perspektywy. Hej, a jest na co popatrzeć. Już same idealnie krągłe piersi, tak wspaniale układające się w dłoni. Zmysł dotyku mam wyostrzony. Audrey ma idealne cycki. Nie za duże, nie za małe, piękne, kształtne, stworzone do tego, by je pieścić. Gdyby nie nasza zakłamana kultura, powinna obnosić je z dumą i pokazywać światu. Panowie z kongresu fotograficznego zapewne jeszcze pochrapują, gdyby wiedzieli, co ja tu mam, zlecieliby się tłumnie. Ugięła nogę w kolanie, przeciągnęła się. Blisko, jestem coraz bliżej, jeszcze tylko ten wzgórek rozdzielony niżej na pół. Zaciska uda? Nie bawię się tak.

Chwytam ją za szczupłą kostkę i ciągnę lekko do siebie. Niby się opiera, ale kiedy nagle, jednym gwałtownym ruchem rozchyla kolana, ląduję z nosem w miękkiej dolinie rozkoszy. To, o co mi od początku chodziło mam na wyciągnięcie języka. O tak, wiem od wczoraj, jak jest wymagająca. Delikatnie rozchylam dość szerokie, gładkie wargi. Są napęczniałe, pulsujące, reagują na każde liźnięcie. A udawała, że śpi.

Kłamczucha, zdążyła się tymczasem mocno podniecić. Wygina się ku mnie, podsuwając mi bezwstydnie cały swój środek. W środku, no tak, nie myliłem się, jest mokra i pełna śluzu. Jak moje ulubione kruche ciasteczko. Liżę ją powoli, całuję i podgryzam wszędzie, omijając łechtaczkę, a ona mruczy zmysłowo z zadowolenia. Przeciąga się, zaraz zacznie domagać się silniejszych pieszczot. Proszę bardzo. Jest i moja wisienka na torcie, czy tam raczej na ciasteczku. Naciskam ją kilkakrotnie językiem, chwytam między wargi, czuję, jak się powiększa i sztywnieje. Audrey rozkłada nogi, bardzo szeroko je rozkłada i prosi o więcej. Szarpie mnie za włosy, jęczy i drapie mnie po plecach.

–  Wsadź mi teraz – szepcze. – Ale twardy! Lubię takie. – Dopiero teraz zamknęła oczy i objęła mnie mocno udami.

Pieprzę ją. Znowu. Nie ma dosyć, odwraca tyłem i każe się tak brać. Sięga po moją dłoń i przyciska do łechtaczki, która znowu jest sztywna i pulsująca. Docieramy do śliskiego i mokrego finału, spoceni lądujemy w skotłowanych, zaplamionych prześcieradłach. Co na to panie sprzątaczki?

–   Zostawię im porządny napiwek.

Patrzę w jej ciemne oczy i nie wydaje mi się już wcale taka krucha, jak poprzedniego wieczoru. Machinalnie pieszczę jej pierś i zastanawiam się, gdzie się tego wszystkiego nauczyła. Ilu miała mężczyzn? Nie powinno mnie to interesować.

W końcu trzeba wstać. Umawiamy się na lunch w hotelu. Przedpołudnie mija, spotykamy się w restauracji. Wydaje się bez humoru, grzebie widelcem w rybie.

–  Coś się stało?

– Nniee… nic ważnego.

Wiem, jak ją rozweselić.

–  Mam coś dla ciebie.

–  Co takiego, pokaż!

Ożywia się. Jest podniecona jak mała dziewczynka, prawie podskakuje.

Wyciągam z kieszeni bransoletkę. Jest lekka, prosta zrobiona ze złotej siatki przetykanej małymi rubinami. Cacko. Będzie pasować do wisiorka.

Audrey bierze ją niepewnie do ręki, marszczy czoło.

– Skąd ją masz?

– Kupiłem. Na Feira da ladra. – Ech, znowu kłamstwo. No, ale prawdy nie mogę jej przecież powiedzieć.

– Dla mnie?

Zamiast odpowiedzi zapinam jej bransoletkę na nadgarstku. Dziwne uczucie. Jakbym miał znowu dziewczynę, a przecież to tylko na chwilę. Jutro i tak wyjeżdżam. Historia z nią, choć wspaniała, jak krótkie, niespodziewane wakacje, pokrzyżowała mi poważnie moje zawodowe zamierzenia. Czas zejść na ziemię.

Kiedyś może dowie się o jej prawdziwej wartości, na razie niech sobie myśli, że to prezent od przelotnej fascynacji. Serce trochę kurczy mi się na tę myśl. Wiadomo, nie będzie nic więcej. Takie mam zasady. I tak w jej przypadku nagiąłem je maksymalnie. Jutro nasze drogi rozejdą się, prawdopodobnie na zawsze. Mam nadzieję, że nie złamię jej serca. W każdym razie lepiej skończyć to teraz, zanim zaczną się te różne głupie gadki z zaangażowaniem, łzy, rozczarowanie.

W końcu się rozchmurza, potrząsa ręką. Kamienie błyszczą w słońcu, jak świeżo umyte wiśnie. Miałem co do tej błyskotki inne zamiary, ale niech tam. Dziewczyna jest tego warta.

Musi pędzić na kolejną kongresową nasiadówkę. Żegnamy się długim pocałunkiem. Dostaje jeszcze klapsa w swój apetyczny tyłek i może iść. Spotkamy się wieczorem. Co zrobić z tak pięknie rozpoczętym popołudniem? Postanawiam sprawdzić, co fajnego prezentują na kongresie jubilerów. Nabrałem ochoty na obdarowywanie pięknych, seksownych dziewczyn. Wychodzę przed hotel i zapalam papierosa. Najpierw kawa w Café Suica, potem się zobaczy. Ale niestety, moje plany zostają w oburzający sposób pokrzyżowane.

Ktoś ujmuje mnie za łokieć i słyszę znane mi już zdanie. Ok., dobra, znowu areszt? Znam. Przeżyje się. Jedziemy, panie oficerze. Jestem pewny, że to pomyłka.

Po kilku godzinach gnicia w wąskiej i gorącej celi, moja pewność co do błędów aparatu sprawiedliwości jest lekko zachwiana. Zostaję wezwany na przesłuchanie. W sprawie kradzieży rubinowej bransoletki. Wzruszam ramionami.

–  Nicea, hotel Negresco, klejnoty, nic to panu nie mówi?

–  „Złodziej w hotelu“ z Cary Grantem i Grace Kelly – rzucam bezczelnie.

Starszy oficer kiwa z politowaniem głową, młodsi spoglądają po sobie z uniesionymi brwiami. Ignorancja kulturalna młodzieży jest doprawdy porażająca.

– Moje pytanie dotyczy lipca tego roku – mówi policjant bez złości.

– A, to nic nie wiem.

– A, to szkoda – ripostuje. – Pozostawił pan bardzo ładny odcisk palca. I trochę śliny.

– Cholera, gdzie?! – wyrywa mi się mimo woli. Rutyna rutyną, ale takich błędów na pewno nie popełniam.

– Na papierosku, na balkonie pani de Cagny-Valee, czy jak jej tam. Chyba za wcześnie się pan zrelaksował. Ale chapeau bas. Pięć lat bez żadnej wpadki to sporo. Nieźle zajmował pan policje kilku krajów.

Sięga do szuflady i wyjmuje z niej przezroczystą, foliową torebkę. Jest w niej butelka po piwie i zwykły, prosty kieliszek do wina.

–   Lepiej nie mogliśmy trafić – uśmiecha się oficer z satysfakcją. – Rzadko zdarza nam się tak znakomity komplet dowodów. Paluszki i DNA.

Do pokoju wchodzi Audrey. Ma na sobie białą, prostą sukienkę. Tym razem włosy spięła z tyłu w gładki, surowy kucyk, szyję zdobi zwykły łańcuszek z krzyżykiem. Plastikowy identyfikator informuje, że jest to pani Ferré, oficer francuskiej komórki Interpolu.

Patrzy na mnie smutno, prawie tak rozdzierająco, jak jej wielka, ekranowa imienniczka. Śliczne, pełne usta formują bezgłośne „sorry“. Chyba jednak zdążyła mnie choć trochę polubić.

–   Dziękuję, pani porucznik, znakomita robota – to grubas od dziwki. Nie doceniłem go. A to się okazuje, że to sam pan kapitan. Jak tu jeszcze chwilkę zabawię, może objawi się i dziwka jako sam komendant posterunku.

Audrey skromnie spuszcza oczy. Młodsi koledzy gratulują jej serdecznie, jeden nawet pozwala sobie na buziaka w policzek. Ale cham. No cóż.

Mam na głowie Interpol, portugalską policję i, jak znam życie, zaraz zwalą się inni. Jakiś służbista w Nicei skrobie już zapewne pilnie europejski nakaz aresztowania w mojej sprawie. Małe mają tam zrozumienie dla mojej profesji, a i mi daleko do Cary’ego Granta.

Audrey odwraca się.

–   A tak w ogóle – rzuca w przestrzeń – Feira da ladra jest we wtorki i soboty. Dziś mamy czwartek.
I wychodzi z pokoju, cicho zamykając za sobą drzwi. Powinienem być wkurzony, a jednak widok jej jędrnego tyłeczka opiętego białym materiałem poprawia mi humor. Być pokonanym przez taki tyłek to niemal zaszczyt.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Ferie lekkości, subtelnego dowcipu i błyskotliwych fraz. Ten wypad do Lizbony był niezwykle inspirujący:) Imaginacja pewnych widoków zabrała mi miejsce w wyobraźni i w spodniach:)

Sądząc po tytule i ilustracji spodziewałem się jakichś aluzji do „Śniadania u Tiffany’ego”, ale i bez tego świetne. Duży, łaszący się do mnie, zgrabny plus;)

Ja chcę taki wisiorek!
Masz lekkie pióro. Podobało mi się.

Marta

Muito obrigada 🙂 Do momentu dzielenia się kanapką włącznie scenka osobiście podejrzana i podsłuchana kilka dni temu . Niestety, bohater rozpłynął się w lizbońskim wieczorze i nie wiem, co było dalej… Musiałam wymyśleć.
A do wisiorka zaispirował mnie nudny w sumie katalog Lufthansyś Gustuję w prostszych ozdobach, ale ten miał coś w sobie.

Chapeau-bas, droga Miss!

Po raz kolejny udowadniasz, że połączenie erotyki z humorem to Twoja specjalność! Opowiadanie bardzo mi się podobało – w prawdzie nie grzeszy długością (musi takie być – wymóg konstrukcyjny) – ale poza tym ma same zalety! Jest przede wszystkim lekkie i bardzo rozkoszne. Jak francuskie śniadanie na dobry początek dnia.

A wszystko to możliwe było dzięki ofiarności pani Ferré z francuskiego interpolu. No i romantycznemu usposobieniu naszego złodzieja klejnotów.

Pozdrawiam dobrze ubawiony
M.A.

Kapitalne, nic nie wiem o Twoim bohaterze, a bardzo polubiłem gościa.
Najbardziej podobała mi się jego reakcja na aresztowanie, no miód !
5, to oczywista oczywistość:)
Foxm

Miss, czytam już kolejne Twoje opowiadanie i jestem zauroczona łatwością z jaką przeskakujesz pomiędzy nastrojami. W każdym z Twoich opowiadań, można wyczuć Twój charakterystyczny styl, ale ta różnorodność klimatów – i autentyczność z jaką kreujesz swoich bohaterów jest godna podziwu. Jestem Twoją wierną fanką 😀
A tak na marginesie – szalenie przyjemna lektura przed snem…
Pozdrawiam!
5/5

Rito, bardzo dziękuję… ależ miły mam początek tygodnia 😀

Na DE po przeczytaniu z całą przyjemnością wystawił bym 6/6. Tutaj co najwyżej mogę kliknąć na bardzo dobre i też tak uczyniłem. Cierpliwe czekałem na restart DE nie podejmując próby znalezienia innego portalu z tak znakomitą literatura erotyczną do teraz bo ileż można czekać. Choć mam nadzieje, że projekt DE 2.0 jeszcze nie jest stracony.

Cieszę się że znów mogłem przeczytać Twoje opowiadanie po tak długiej przerwie. Jak zwykle świetny jakże lekki i przyjemny tekst.

Autobot

Autobot!
Witamy Cię! Super, że do nas trafiłeś… Odezwij się na forum, albo na naszego maila, bo poszukujemy wszystkich przyjaciół i znajomych z DE. Też czekaliśmy na DE, a skoro nic się od jakiegoś czasu nie dzieje, cóż… musieliśmy wziąć sprawy w swoje ręce 🙂

Napisz na nasz adres mailowy, kilku zagubionych wędrowców już się znalazło!

Pozdrawiam, seaman.

Autobot, a ja cieszę się, że do nas trafiłeś! W zeszłym tygodniu zastanawialiśmy się wspólnie, jak dotrzeć do dawnych kometatorów, a tu w jednym tygodniu objawili się Xenomorph, Obieżyświat i Ty!

Mam wielką słabość do tego opowiadania, Miss 🙂
Bałam się, że gdzieś przepadnie, gdy z DE zaczęły się problemy. Dlaczego? Co tam się stało? 🙁
Eli

Witaj Eli,

dziękuję za miłe słowo, ale spieszę sprostować, że Audrey nie opublikowałam na DE, to "powakacyjne" opowiadanie z zeszłego roku. A DE upadła technicznie, z tego, co nam wiadomo. Pozdrawiam serdecznie i cieszę się, że zyskaliśmy kolejną komentatorkę:-)

Rzadko kiedy daję piąteczki, a tutaj bym dała bez zastanowienia. Gdybym tylko mogła. 😉
Przyjemne i lekkie rozpoczęcie dnia, a opowiadanie jest. urocze.

Siostra.

Zaiste, dobra rzecz. Dzięki za zwrócenie mojej uwagi na ten tekst Twoim komentarzem.

Absent absynt

Cała przyjemność po mojej stronie. 😉

Siostra.

Ojej, odgrzebaliście to:-)) Dziękuję za dobre słowo.

Cacuszko!
Lekkie, łatwe, przyjemne.
Ukłony dla autorki.

Piękne, czytałem z przyjemnością. Kłaniam się nisko 🙂

Bardzo miłe w odbiorze opowiadanie. Trudno nie docenić poświęcenia i zaangażowania pani Ferré, dzięki niej ta historia nabiera smaku 🙂 A wszystko to dzięki Twórczyni opowiadania.

Niestety zakończenie opowiadania potwierdza powiedzenie, że jeśli chce się mieć miękkie serce to trzeba mieć twardą ….

Pozdrawiam

Zilath

Bardzo to się miło czyta. Podoba mi się balans między sprawnie wymyśloną intrygą, a erotyką.

O jakości języka nie wspomnę – jest bez zarzutu.

Czyta się świetnie. Może tylko trochę by mi się przydał słowniczek, ale co tam 😀

Widzę, że tu zjazd przyjaciół nam się zrobił;] dobrze że nie orgia!

Napisz komentarz