Aleja 69 III (Areia Athene & Foxm) 4.67/5 (3)

AlejaIIIwer23

Lies Thru a Lens, “Frankie”, CC BY 2.0

Przeczytaj pierwszą część cyklu

Wszystkie występujące w tej historii postacie są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo osób, zdarzeń i miejsc – czysto przypadkowe.

– I hate Valentine’s! – zadeklarował dobitnie Leo.

Jego głos poniósł się głuchym echem po piwnicy pod Redakcją Najlepszego Bloga.

– Może zamiast marudzić pomógłbyś mi szukać – zasugerowała Minerwa, z głową i ramionami zanurzonymi w dużej drewnianej skrzyni. Leo przez chwilę przyglądał się jej opiętym dopasowanymi dżinsami pośladkom.

– A czego właściwie szukamy? – zapytał w końcu.

– Och, już ci mówiłam. Szukamy wystroju Sali Relaksu z poprzedniego roku. Wiesz, różowe i czerwone baloniki, puchate króliczki, serduszka w różnych rozmiarach – wymieniała, powoli wynurzając się na powierzchnię. – Gdzie to może być?

– Pomógłbym ci, ale… chyba nie rozróżniam kolorów.

– To chociaż nie przeszkadzaj – powiedziała przyjaciółka i zepchnęła go z kartonu, na którym siedział.

Lion podniósł się z ziemi, otrzepał spodnie i zamruczał gniewnie. Jego demonstracja nie zrobiła najmniejszego wrażenia na Minerwie, która z głośnym „hurra!” wydobyła z kartonu naręcze różnokolorowych pluszowych zabawek, baloników i wstążeczek.

– Bierzemy to pudło! – poleciła, wrzucając ozdoby z powrotem do kartonu, a widząc ślady gniewu na twarzy przyjaciela, zamrugała zalotnie rzęsami. Leo pokręcił głową, głośno westchnął i chwycił ogromne pudło. Na szczęście, wypełniające je ozdoby i zabawki nie były tak ciężkie, jak wskazywałaby na to ich objętość.

– A ty co weźmiesz? – zadudnił zza pakunku, który zasłonił go od pasa w górę.

– Ja wezmę tego przystojniaka – odpowiedziała Minerwa, chwytając w objęcia dwumetrowego pluszowego misia i raźnym krokiem kierując się w stronę windy.

* * *

Naczelny siedział w swoim gabinecie, jak zwykle pochylony nad biurkiem, a konkretnie nad Harmonogramem. Nie podniósł głowy, nawet słysząc ciche pukanie i odgłos otwierania drzwi. Do gabinetu zajrzała Lady France.

– Julianku… – zaczęła przymilnie.

– Taaak – odpowiedział, nie kryjąc zniecierpliwienia.

– Przepraszam, że ci przeszkadzam, ale mam ogromną prośbę.

– Taaak… – Naczelny wciąż nie odrywał spojrzenia od terminarza, chociaż dłoń trzymająca długopis zamarła w połowie słowa.

– Chciałabym… To znaczy chciałybyśmy z Marylin wyskoczyć na godzinkę.

– W celu?

– W celu dokonania zakupów. W sklepie z bielizną są dziś rewelacyjne promocje…

Naczelny powoli uniósł głowę, poprawił zsuwające się okulary i zmierzył swoją zastępczynię zimnym spojrzeniem.

– Czy wyście wszyscy powariowali? – zapytał spokojnym, ale drżącym z emocji głosem. – Nie dość, że Minerwa zamierza cały dzień zmarnotrawić na zmianę redakcji w różowego króliczka…

– Ale jutro są Walentynki. Święto zakochanych.

– I co z tego?

Lady France otworzyła szeroko oczy i zamrugała ze zdziwienia.

– Jak to co z tego? Walentynki, sklep z bielizną, romantyczny wieczór… Nic ci to nie mówi?

Naczelny odpowiedział spojrzeniem. Najwyraźniej przeczącym.

– Chcemy kupić sobie piękną koronkową bieliznę, aby jutro wieczorem zauroczyć naszych panów – powiedziała Lady głosem, którego nie używała, odkąd jej dzieci wyrosły z pieluch. Julian westchnął.

– Ale tylko na godzinę? – upewnił się.

– No, może bardziej dwie… – przyznała szczerze, a widząc zmarszczkę tworzącą się na czole Naczelnego, dodała pojednawczo: – Tobie też możemy coś kupić.

– Co takiego?

– Jakieś seksowne bokserki…

– Dobrze, możecie iść.

– Albo skórzane stringi…

– Idźcie już!

– Albo obrożę i kaganiec – powiedziała szeptem Lady, zamykając za sobą drzwi, i uśmiechnęła się radośnie. To będzie cudowny dzień, pomyślała i żwawym krokiem ruszyła w stronę czekającej na nią przy windzie Marylin.

* * *

Było już sporo po dziewiątej, gdy Patryk Szalka wybiegł z modnego gdańskiego apartamentowca. Przez chwilę mocował się z marynarką, ściskając pod pachą teczkę, a w zębach – suchą bułkę. Zaczerwienione spojówki, szara cera i potargane włosy nie wystawiały najlepszego świadectwa ostatniej nocy młodzieńca.

Uporał się w końcu z ubraniem, dojadł bułkę i przygładził włosy. Z kieszeni marynarki wyjął kluczyki i odblokował drzwi kilkuletniego Mercedesa. Otworzył drzwi, wrzucił teczkę na siedzenie pasażera i już miał wsiąść, gdy usłyszał:

– Chyba ktoś pana bardzo nie lubi, sąsiedzie.

Patryk podniósł się i spojrzał ponad samochodem. Jego wzrok napotkał zmartwione spojrzenie mężczyzny, którego – jak mu się wydawało – widział pierwszy raz w życiu.

– O co chodzi? – zapytał zmęczonym głosem.

– Cały bok zarysowany. Od błotnika do błotnika – odpowiedział sąsiad, spoglądając we wskazane miejsce.

Twarz Patryka zrobiła się bledsza o kilka odcieni. Zatrzasnął drzwi i szybkim krokiem obszedł samochód. Spojrzał na drzwi z odległości jednego kroku, potem podszedł bliżej, w końcu pochylił się, niemal dotykając nosem karoserii.

– Jaka rysa? Ja tu nic nie widzę… – oznajmił, prostując plecy.

Nie usłyszał odpowiedzi. Poczuł natomiast lekkie ukłucie w szyję i cały świat zawirował mu przed oczami. A potem zapadła ciemność.

* * *

Marita siedziała przy swoim komputerze i wpatrywała się w otwarte okienko komunikatora. Od kilkunastu minut zastanawiała się, jak powinna rozpocząć tę rozmowę. Wpisała nawet kilka propozycji powitań, ale żadne z nich jej nie przekonało. W końcu zdecydowała się na najzwyklejsze cześć.

„cześć”

Odpowiedź pojawiła się niemal natychmiast. Marita odetchnęła z ulgą. Pierwsze lody przełamane, pomyślała.

„mam problem z obsługą naszego bloga”, napisała.

„sprecyzuj”.

No tak, informatyk, umysł ścisły. Nie ma sensu owijać w bawełnę, pouczyła samą siebie.

„wkleiłam swój nowy tekst do szablonu, sformatowany zgodnie z naszymi standardami publikacyjnymi, ale na podglądzie wyświetla mi się za duża czcionka”.

„wejdź w zakładkę rozmiar czcionki i ustaw normalny”.

„już to robiłam”.

„zrób jeszcze raz”.

Marita bez przekonania wykonała polecenie Rozumnego. Odświeżyła pogląd i zmarszczyła brwi ze zdziwienia.

„udało się!”, potwierdziła.

„cieszę się, że pomogłem”.

„ale jak…”

„to tajemnica zawodowa”, odpowiedział. „coś jeszcze?”

„to wszystko – na razie, dzięki”.

„nie ma sprawy”.

Problem zniknął, rozmowa się zakończyła. Nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego, a jednak Marita wyraźnie czuła, że tętno jej przyspieszyło, a na policzkach wykwitły rumieńce. Tajemniczy informatyk rozbudził w autorce „Jasnego dnia” w pełni zrozumiałe zainteresowanie. Powachlowała się notesem i uśmiechnęła do własnych myśli. Chwilę później wróciła do pracy.

* * *

Witryna wystawowa „Świata Misseczki” prezentowała się nadzwyczajnie. Lady France i Marylin przez kilka minut stały na chodniku, podziwiając przez szybę te wszystkie dzieła sztuki bieliźniarskiej. Każdy z manekinów prezentował nieco inny styl, ale wszystkie miały jedną wspólną cechę – natychmiast chciało się mieć dany komplet. W tym sezonie wyjątkowo modne zdawały się być zwiewne, jedwabne halki. Projektanci, kształtując swoje nowe kolekcje, wyraźnie kierowali się prostą dewizą: im bardziej seksowne, tym lepsze.

Równie widoczny był też trend w stronę odważnych krojów i ciekawych połączeń kolorystycznych. Do lamusa odchodziły jakiekolwiek marszczenia, zastąpione przez dominującą koronkę. Do łask triumfalnie powracały drobne motywy kwiatowe, fenomenalnie sprawdzające się jako wysmakowane ozdobniki. Świat mody lansował w bieżącym sezonie egzotyczne połączenia, jak choćby zabudowane, eleganckie biustonosze zakładane do niepozostawiających wielkiego pola dla wyobraźni stringów. Bądź zgoła odwrotnie – ścięty stanik do klasycznych majtek.

Przyjaciółki nie miały wątpliwości, że zakupowe łowy będą obfite. Obie wpadły na pomysł nabycia nowych fatałaszków mniej więcej w tym samym czasie. Zamierzały zaopatrzyć się w taką bieliznę, która nie tylko będzie cieszyć oczy szacownych małżonków, ale również im samym pozwoli poczuć się kobieco i ponętnie. Przed wyjściem przedyskutowały na ten temat godzinę, popijając tradycyjną poranną kawę w gabinecie wicenaczelnej.

Marylin i Lady France bywały w ekskluzywnym butiku wielokrotnie, dysponowały też kartami stałych klientek. Wiedziały doskonale, gdzie znaleźć najbardziej pożądane towary. Niestety, pomysł walentynkowych zakupów nie był specjalnie nowatorski. Pisarki zaczęły żałować, że nie skorzystały z opcji zakupów online, kiedy przyszło do lawirowania wśród tłumu oglądających i kupujących.

Lady France życzliwe pomachała do właścicielki butku. Kobieta zawsze robiła wszystko, by wynaleźć dla niej coś wyjątkowego. Po godzinach była również wierną fanką opowiadań autorki „Brooklynu”. Lady zdjęła z półki dwie najpiękniejsze pary czerwonych szpilek na niebotycznie wysokich obcasach. Marylin sięgnęła po kilka wieszaków z najbardziej seksownymi kompletami bielizny. Wicenaczelna uśmiechnęła się z aprobatą. Jej przyjaciółka zawsze miała dobry gust.

– Ooo, kochana, to jest świetne – powiedziała. – Teraz musimy tylko znaleźć wolną przymierzalnię…

– Wydaje mi się, że nie będzie to takie proste. – Marylin skrzywiła się, obserwując długą kolejkę kobiet chcących sprawdzić, jak prezentują się w nowej bieliźnie czy dodatkach.

Autorkom dopisało jednak szczęście – jedna z siedmiu dostępnych przymierzalni właśnie się zwolniła, co umknęło uwadze większości cierpliwie oczekujących pań. Nie była to sytuacja idealna. Musiały się zadowolić we dwie jedną kabiną, jeśli chciały zdążyć z zakupami przed obiadem.

* * *

– Zabijcie mnie – jęknął Leo, widząc jak Minerwa z coraz większym entuzjazmem dekoruje największą salę w redakcyjnym budynku kolejną różową serpentyną. Zdruzgotany pisarz siedział na jednym z biurek, które dwa kwadranse wcześniej ustawili pod ścianą. A właściwie on ustawił. Minerwa całkowicie owładnięta walentynkowym obłędem spełniała funkcje kierownicze. Rozstawiała go po kątach! Dzięki ich „wspólnym” wysiłkom udało się wygospodarować coś na kształt tanecznego parkietu. Na polecenie Minerwy przytargał też ze stołówki kilka mniejszych, okrągłych stolików. Mniejsze stoliki, zdaniem przyjaciółki, miały sprzyjać integracji towarzystwa.

Na jego nieszczęście meble okazały się na tyle duże, iż niemożliwym było używanie windy do transportu. Musiał korzystać ze schodów. Na nieskazitelnie białej koszuli Leo już po siódmym kursie pojawiły się ślady potu.

Kiedy zwolniono Lwa z funkcji wielbłąda, przycupnął wyczerpany w najdalszym zakątku sali i udawał, że go nie ma. Objął rękami głowę i zamknął oczy. Nie pomogło. Pod powiekami wciąż miał obraz ascetycznej Sali Relaksu przystrojonej tyloma różnymi odcieniami, że na przemian robiło mu się słabo i zbierało na wymioty. Jego sytuacji emocjonalnej ani trochę nie polepszał fakt, że związek młodego pisarza z piękną Mietek okazał się być niczym więcej jak tylko przygodą. Kilkanaście wieczorów – czasem w jego mieszkaniu, czasem u niej – i nagle wszystko ustało. Oboje doszli do wniosku, że powrót do redakcyjnej rutyny nie jest złym pomysłem. Wszystko wskazywało na to, że kolejne święto zakochanych spędzi, zajadając lody z kubka w rozmiarze XXL, wsłuchany w kolejną romantyczną balladę Barry’ego White’a sączącą się z głośników. Byłoby idealnie. Byłoby… Gdyby nie służbowe polecenie uczestnictwa w balu walentynkowym.

Przybywało im autorów – to prawda. Trzeba było jakoś zintegrować kadrę – też prawda. Ale która szanująca się firma pozwala sobie na torturowanie pracowników po godzinach? Słodką tajemnicą obu zastępczyń Naczelnego pozostawał sposób, w jaki wymogły na Julianie zezwolenie na organizację tej błazenady.

* * *

– Szefie, mamy problem – oznajmił ochroniarz, wchodząc bez pukania do gabinetu Naczelnego.

Julian niechętnie oderwał wzrok od ekranu komputera, na którym powstawał najnowszy rozdział „Opowieści Rzymskich”.

– Nie lubię, gdy ktoś używa w moim towarzystwie słowa „problem”. To raz. A dwa, chyba płacę wam właśnie za rozwiązywanie problemów.

– Tym razem to coś więcej niż bezpański pies czy natrętna psychofanka Liona – stwierdził ochroniarz. – Jacyś ludzie organizują demonstrację przed naszą bramą. Dopóki tam stoją, nikt nie wyjedzie z Redakcji.

– Demonstrację? – zdziwił się Naczelny. – Co to za ludzie? I czego oni chcą?

– Podejrzewam, że to niezadowoleni czytelnicy.

– Niezadowoleni? Z czego?

– To ja może pokażę – powiedział mężczyzna i podał Julianowi tablet, na którego ekranie wyświetlał się widok z kamery przy bramie.

Naczelny przyjrzał się z uwagą napisom na transparentach. Tablet niemal wysunął mu się z dłoni.

– Ilu… Ilu ich jest? – spytał łamiącym się głosem.

– Na razie około stu, ale ciągle ich przybywa.

Julian zdjął okulary i ukrył twarz w dłoniach. Po chwili namysłu podjął decyzję.

– Dobrze, wyjdę do nich. Może uda mi się przemówić im do rozsądku.

Wątpię, pomyślał ochroniarz, ale nie miał lepszego pomysłu, więc ochoczo pokiwał głową i ruszył w kierunku windy. Naczelny ze zwieszoną głową szedł krok za nim. Nagle jakby sobie o czymś przypomniał – cofnął się i rozejrzał po twarzach pilnie pracujących autorów.

– Niedźwiedź i Bazyliszek – zwrócił się do największych z nich. – Pójdziecie ze mną.

– Chętnie – zadeklarował ten pierwszy.

– Ale po co? – zainteresował się ten drugi.

– Opowiem wam po drodze. Idziemy – polecił Julian i ruszył w stronę czekającego ochroniarza.

* * *

Marita zdążyła tylko wybrać etykiety i ustawić termin publikacji, gdy na ekranie ponownie wyświetliło się pulsujące okienko komunikatora.

„nie wiedziałem, że mam do czynienia z autorką moich ulubionych opowiadań”, przeczytała otrzymaną wiadomość.

„cieszę się, że podoba Ci się moja pisanina”, odpowiedziała.

„niezbyt często zdarza mi się czytać opowiadanie erotyczne, którego bohaterem jest informatyk”.

„bo Wasz zawód nie kojarzy się z erotyką”, zażartowała.

„dlaczego?”, spytał po dłuższej chwili.

Marita przestraszyła się, że go uraziła.

„no wiesz, siedzicie cały dzień zamknięci w ciemnych serwerowniach”, odpisała pospiesznie, „nie macie chyba zbyt wielu okazji do ekscytujących przygód”.

„zdziwiłabyś się, gdybym Ci powiedział, że nie narzekam na brak wrażeń?”

„pewnie tak”, potwierdziła szczerze.

Rozumny milczał przez dłuższą chwilę. Marita zastanawiała się, czy przypadkiem nie powinna go przeprosić, ale nie zdążyła.

„postaram się to udowodnić…”, przeczytała i poczuła, że znowu się rumieni.

* * *

Pomieszczenie okazało się przestronne. Miejsca dla dwóch osób było dosyć. Marylin przeglądała się w lustrze, strojąc głupie miny.

– Tak jest dobrze – zapewniła swoje obicie w szklanej tafli.

Jest więcej niż dobrze, przemknęło przez głowę Lady. Blondynka o długich, sięgających ramion włosach mogłaby zawstydzić niejedną modelkę. Talia osy, długie nogi i obfite piersi, przyciągające zarówno męskie, jak i kobiece spojrzenia. Lady dyskretnie taksowała wypukłości pod szarym, obcisłym golfem autorki „Profesora”. Nie potrafiła właściwie określić, dlaczego ilekroć spoczywają na niej duże, czarne oczy koleżanki, gdzieś w dole rodzi się znajome ciepło. Uczucie, którego od piętnastu lat doświadczała tylko w obecności Monsieur France.

Niepokojące… W swej burzliwej młodości wicenaczelna miewała płomienne związki z kobietami. Okres buntu przeżywała, podróżując autostopem po wielu krajach świata. W tych szalonych czasach w jej łóżku częściej gościły panie aniżeli panowie. A często nawet obie płcie jednocześnie. Stateczność spłynęła na pisarkę tuż przed trzydziestką. Na horyzoncie pojawił się ten jedyny, potem dwoje dzieci – tworzyli razem szczęśliwą rodzinę. Ale Marylin? Z wielkim trudem oderwała wzrok od koleżanki, by przejrzeć się w lustrze sobie samej. Ujrzała dojrzałą kobietę o bladej cerze i kontrastujących z nią, ognistorudych lokach. Lady France nie tylko po mistrzowsku władała piórem, potrafiła też w pełni korzystać z atutów, jakimi obdarzyła ją Matka Natura. Gdyby Francisco Goya mógł ją teraz zobaczyć, zapewne oszalałby z miłości i pożądania.

Plisowana kremowa spódnica tylko podkreślała pełne kształty jej bioder i krągłość pupy. Zapinana na guziki biała bluzka była napięta do granic wytrzymałości. Wydawało się być tylko kwestią czasu, aż któryś z guzików nie wytrzyma, pozwalając dużym piersiom na zakosztowanie kilku chwil słodkiej wolności. W wypadku autorki „Chatki w górach” w grę wchodziły wyłącznie miseczki rozmiaru D.

– Aua! – Jęk bólu blondynki był zupełnie niespodziewany.

Lady France ponownie odwróciła się w jej stronę. Marylin próbowała wsunąć na stopę krwisto czerwoną szpilkę, najwyraźniej bezskutecznie.

– Będziemy musiały znaleźć inny rozmiar – poskarżyła się, ze smutkiem zerkając na buty.

– Znajdziemy – odparła ze spokojem Lady France.

– Sprawdźmy, co z resztą rzeczy – zaproponowała Marylin i nie czekając na odpowiedź przyjaciółki, zaczęła się rozbierać.

Szary golf wylądował na podłodze, czarne dżinsowe spodnie zjechały aż do kostek. Marylin zwinnie z nich wyszła, pozostając w samej bieliźnie. Lady już nie potrafiła powściągnąć ciekawości, wodziła spojrzeniem po całym ciele przyjaciółki. Czasem ciężko powściągnąć wodze wyobraźni, kiedy człowiek zawodowo zajmuje się płodzeniem pornograficznych opowiastek. Lady złapała się na tym, że zastanawia się nad wyglądem i sprężystością apetycznych piersi przyjaciółki. Owo zainteresowanie nie było jednak czysto profesjonalne. Każdy kolejny obraz pojawiający się w głowie wicenaczelnej był ostrzejszy od poprzedniego. Ciepło nieco poniżej podbrzusza stawało się coraz intensywniejsze. Falami obejmowało ją w swe władanie.

Nie pamiętała, kiedy ostatnimi czasy podnieciła się tak prędko. Zwykle odbywało się to zgodnie ze scenariuszem opisanym przez nią samą w „Panu Jorgensen”. Do osiągnięcia pełnej gotowości, a co za tym idzie satysfakcji, niezbędna była wysublimowana gra półsłówkami, pełen wachlarz erotycznych smaków. A to? To była przymierzalnia najmodniejszego butiku w mieście! Za drzwiami niecierpliwie przebierały nogami ze dwa tuziny kobiet. Kosmate myśli powracały do niej z coraz większą siłą. Marylin, zupełnie nieświadoma wewnętrznych rozterek przyjaciółki, zaczęła się rozbierać. Nie odwróciła się – po prostu sięgnęła do zapięcia stanika i rzuciła z roztargnieniem:

– Założę się, że te przymierzalnie mogłyby nam dostarczyć mnóstwa inspiracji. Wyobraź sobie te wszystkie pikantne scenki, które muszą się tutaj rozgrywać…

Dla biednej Lady było tego wszystkiego za wiele. Nie pamiętała, jak znalazła się tuż przy swojej najlepszej przyjaciółce.

* * *

– A więc… – zagaił Bazyliszek, gdy szli przez parking. – O co chodzi?

– Jacyś ludzie okupują naszą bramę wjazdową – powiedział Julian.

– Co to za ludzie? I czego oni chcą?

Naczelny zastanawiał się przez chwilę.

– Na pewno czytaliście najnowszy rozdział moich Opowieści, który opublikowałem wczoraj wieczorem…

Spojrzał na towarzyszy. Bazyliszek i Niedźwiedź zgodnie pokiwali głowami, a gdy Julian się odwrócił, mrugnęli do siebie porozumiewawczo za plecami Naczelnego.

– Wiecie zatem – kontynuował niestrudzenie pisarz – że uśmierciłem Liwię, ukochaną głównego bohatera, Oktawiusza. I teraz moi czytelnicy domagają się, abym ją ożywił.

– Co ty nie powiesz? – zdziwił się autor mrocznej sagi rodu Gawronów. – A moimi bohaterami nikt się nie przejmuje…

– Bo wampiry i wilkołaki są nieśmiertelne – zauważył Niedźwiedź.

– No tak, to pewnie dlatego – pocieszył się smętnie Bazyliszek.

Ochroniarz otworzył bramę parkingową i wypuścił przez nią trzech śmiałków. Sam został w środku, gdyż – jak stwierdził – płacą mu za narażanie życia, a nie godności osobistej. Naczelny i jego obstawa zatrzymali się w pewnej odległości od bramy wjazdowej, za którą kłębił się dziki tłum demonstrantów uzbrojonych w transparenty. Autorzy wyraźnie zbladli na ich widok.

– Co zamierzasz zrobić? – spytał cicho Niedźwiedź.

– Na początek spróbuję przemówić im do rozsądku.

– A jeśli nie zechcą zachować się rozsądnie? – spytał Bazyliszek. – Mamy jakiś plan B?

– Nie mamy, bo nie musimy mieć – odparł uspokajającym tonem Julian. – Wierzę w swoją siłę perswazji.

To mówiąc, przysunął sobie skrzynkę i stanął na niej, aby być lepiej widocznym. Dwaj autorzy stanęli po jego bokach. Naczelny chrząknął i rozpoczął przemowę:

– Drodzy czytelnicy! Raduje się me serce…

– Boga w sercu nie masz! – ryknął ktoś z tłumu.

– Gdy widzę twarze tak wielu czytelników… – kontynuował niestrudzenie.

– Oddaj nam Liwię! – wrzasnęła jedna z kobiet

– Zaniepokojonych losem bohaterów moich opowieści…

– Morderca! – krzyknął ktoś tuż przy bramie i rzucił w mówcę niewielkim, czerwonym przedmiotem.

Bazyliszek chwycił pomidora centymetr przed nosem Naczelnego. Julian spojrzał na niego z podziwem i wdzięcznością. Bazyliszek krótko kiwnął głową i dłonią wielkości łopaty brutalnie zgniótł pomidora. W tym samym momencie kolejny pomidor roztrzaskał się na lewym ramieniu Naczelnego.             Julian z oburzeniem spojrzał w kierunku Niedźwiedzia, który miał go chronić, a tymczasem stał obok zgięty w pół i głośno oddychał.

– Czemużeś się schylił?! – spytał Julian, nieco bardziej piskliwie niż zamierzał.

– Bo mnie coś w krzyżu łupnęło.

– Dasz radę się podnieść?

– Oczywiście. Przecież mam sześćdziesiąt lat, a nie sześćset – odparł z oburzeniem Niedźwiedź i wyprostował się gwałtownie. – Aua – zajęczał.

– Co tym razem?

– Kolano…

– Może chcesz wrócić do biura?

– Nie, nic mi nie jest, zostaję – zacisnął zęby i stanął na baczność.

Dzięki temu zauważył lecący w ich stronę przedmiot w kształcie dużej szyszki.

– Padnij! – krzyknął Niedźwiedź.

Powalił Naczelnego na ziemię i przykrył go własnym ciałem. Bazyliszek zareagował instynktownie i rzucił się na nich obu. Tłum zamarł w oczekiwaniu.

* * *

Rozumny odezwał się ponownie w chwili, gdy Marita powoli traciła nadzieję na kontakt z jego strony.

„co masz dziś na sobie?”, zaatakował bez zbędnych jego zdaniem wstępów.

Marita bez namysłu podjęła wyzwanie.

„granatową sukienkę”.

„a pod nią?”

„koronkową bieliznę i pończochy”.

„samonośne?”

„a skąd!”, zaprotestowała gwałtownie, nie zawracając sobie głowy pytaniem, jakim cudem informatyk rozróżnia takie rzeczy.

„stringi?”

„figi, ale wysoko wycięte”.

„a pod nimi?”

Zrobiło się bardzo wilgotno, pomyślała.

„jaskinia rozkoszy”, odpisała.

„skryta w gęstych zaroślach?”

„powiedzmy, że prowadzi do niej mięciutki dywanik z mchu”.

„hmm… chętnie zanurzyłbym swój korzeń w jakiejś przyjaznej jaskini”.

Autorka „Jasnego dnia” poczuła lekkie pulsowanie w rzeczonej jaskini. Założyła nogę na nogę, aby osłabić to wrażenie i móc skoncentrować się na pisaniu.

„przyjaznej?”, zapytała.

„no wiesz… ciasnej, gorącej, wilgotnej…”

„myślę, że moja jaskinia spełnia te wymogi”, napisała, dziwiąc się swojej odwadze.

„mógłbym wsuwać do niej korzeń pod różnymi kątami…

Marita rozchyliła nogi…

„nieznośnie powoli celebrując każdy ruch…”

Wsunęła pomiędzy nie prawą dłoń…

„tak by korzeń znalazł odpowiednie miejsce…”

Palcem wskazującym dotknęła wilgotnego materiału stringów…

„i mógł puścić życiodajne soki…”

Potarła delikatnie znajdujący się w pobliżu wejścia do jaskini mały kamyczek i jęknęła przeciągle. Rozejrzała się wokół siebie z przestrachem. Na szczęście, żaden z autorów nie zwracał na nią uwagi. Skarciła się w myślach, starannie poprawiła sukienkę i wróciła do komunikatora.         Po zastanawiająco długiej przerwie wyświetliła się na nim wiadomość:

„może wpadniesz do mnie na kwaterę? poczęstuję cię zieloną herbatą…”

„i korzeniem?”, spytała przewrotnie.

„tylko jeśli sama o to poprosisz”, odpisał szybko. Potrzebowała chwili do namysłu.

„to jak będzie?”.

Rozumny wyraźnie się niecierpliwił.
„muszę to przemyśleć…”, odpowiedziała.
„wiesz, gdzie mnie szukać”, oznajmił i zakończył rozmowę.

* * *

Ciało Marylin pachniało cynamonem. Wabiło z magnetyczną siłą. Dwa kobiece spojrzenia spotkały się na jedno uderzenie serca. Teraz albo nigdy! Ułamek sekundy później Lady France przypomniała sobie zapomnianą przez te wszystkie lata prawdę. Kobiety całowały zupełnie inaczej niż mężczyźni. Z większym wyczuciem, mniej natarczywie.

Marylin niby się opierała, w jej pocałunkach dało się wyczuć wahanie, ale to zdawało się topnieć z każdą chwilą. Zniknęło zaś zupełnie, kiedy starannie wypielęgnowana dłoń wicenaczelnej ścisnęła sprężysty pośladek blondynki. Materiał klasycznych majtek został gwałtownie pociągnięty ku dołowi. Kolano rudowłosej nagle znalazło się pomiędzy nogami przyjaciółki. Pospiesznie, niesione chwilą, poznawały własne ciała.

Kiedy język Lady na moment opuścił usta blondynki, ta miała na tyle powietrza w płucach, by wycharczeć najtrudniejsze z prostych pytań:

– Jesteś pewna?

Niczego nie była pewna. Była mężatką… Ale magia i siła wzajemnego pożądania była tak wielka, że wypierała wszystkie racjonalne wątpliwości.

Blondynka zresztą więcej wątpliwości nie zgłaszała. Gdy sterczący sutek lewej piersi znalazł się w ustach najlepszej przyjaciółki, zakrztusiła się powietrzem. Lady France na przemian ssała i delikatnie podgryzała wrażliwą na każdy bodziec brodawkę. Marylin obserwowała w lustrze poczynania przyjaciółki, przynajmniej do chwili, gdy przyjemność stała się tak wielka, że musiała zacisnąć powieki, by nie krzyknąć. Dwa przeciwstawne pragnienia walczyły ze sobą o lepsze. Z jednej strony chciała zamanifestować światu, jak jej dobrze, z drugiej – miała świadomość, że znajdowały się chyba w najmniej stosownym ku temu miejscu.

Otworzyła oczy w samą porę, by zobaczyć w znajdującym się naprzeciw lustrze klękającą u jej stóp kobietę. Było coś niesamowitego w takim patrzeniu w szklaną taflę – zupełnie jakby oglądała filmową projekcję, odbierając wszystkie rozkoszne doznania na żywo.     Usta starszej z pisarek powoli, metodycznie całowały wyrzeźbiony dzięki godzinom joggingu brzuch. Prawa dłoń spoczęła na idealnie gładkim wzgórku łonowym w momencie, w którym Marylin była gotowa na wszystko. Twórczyni „Tysięcznego dnia” instynktownie szerzej rozstawiła nogi. Jej kobiecość ociekała wilgocią, rozwarta zapraszająco.

Opuszek kciuka Lady France potarł niewielkie, kuliste zgrubienie łechtaczki, tuż nad wejściem do pochwy. Zawsze wprawiało ją w niejakie zdumienie, jak niewiele potrzeba, by podarować kobiecie ogrom rozkoszy. Wystarczyło podążyć za podszeptem instynktu, a później wypadki zaczynały toczyć się błyskawicznie. Lady France wiedziała, jak sprawiać przyjemność obojgu płciom. Jej talent w tej dziedzinie był wprost niezmierzony. Marylin straciła wszelkie zahamowania w momencie, gdy do jej oczekującego wnętrza wniknęły dwa długie palce rudowłosej. Jęcząc głośno, wprawiła biodra w ruch, byle tylko poczuć je jeszcze głębiej. Wicenaczelna nie na darmo trawiła długie godziny na stukaniu w klawiaturę. Miała niesamowicie sprawne palce. Penetracja połączona z jednoczesną stymulacją łechtaczki zamieniła mozolną wspinaczkę na szczyty erotycznych doznań w sprint godny mistrza z Jamajki.

Ścianki waginy zacisnęły się wokół palców, niemal je gruchocząc. Orgazm jednak nie nadszedł. Lady France pośpiesznie się wycofała, zaprzestając pieszczot. Zostawiła zarumienioną z emocji blondynkę na krawędzi spełnienia.

– Co…? – jęknęła na wpół przytomnie Marylin

– Posłuchaj – szepnęła Lady France.

Ktoś natarczywie dobijał się do drzwi przymierzalni.

– No ile można się guzdrać?! – Damski głos był wyraźnie zniecierpliwiony.

Jeśli kobieta pogania inne kobiety na zakupach, stanowi to nieomylny znak, że naprawdę trzeba się spieszyć. Autorki Najlepszego Bloga opuściły przymierzalnię w wielkim pośpiechu, ignorując zarówno zaciekawione, jak i zirytowane spojrzenia klientek. Nawet obsługująca ich właścicielka „Świata Misseczki” uśmiechała się szerzej niż zazwyczaj. Zupełnie jakby wiedziała, że nie przymierzyły nawet jednego z właśnie zakupionych kompletów.

* * *

Patryk obudził się obolały i odrętwiały. Spróbował się podnieść, ale doznał zawrotu głowy i ciężko opadł na twarde podłoże. Ostrożnie przekręcił się na lewy bok i otworzył oczy. Rozejrzał się uważnie. Twarde podłoże okazało się być starym materacem. Oprócz niego w pokoju znajdowało się tylko krzesło, stojące pod przeciwległą ścianą. Obok niego widać było masywne, metalowe drzwi, które dokładnie w tym momencie otworzyły się na oścież, wpuszczając do środka eleganckiego starszego pana oraz dwóch znacznie młodszych i zdecydowanie lepiej zbudowanych mężczyzn. Najstarszy z przybyłych usiadł na krześle, dwaj pozostali stanęli po jego bokach.

– Witaj… Szakalu – zagaił siedzący. – Mogę tak do ciebie mówić, prawda?

Patryk nie zareagował. Podpierając się na wyprostowanych ramionach, dźwignął swoje zesztywniałe ciało i usiadł, opierając się plecami o ścianę.

– Która godzina? – zapytał. Blade światło, które przesączało się przez brudne okno, nie pozwalało tego dokładnie ocenić.

– Minęła dwunasta.

– Co ja tu robię?

– Na razie próbujesz odzyskać panowanie nad własnym ciałem. Ale już za kilka minut, jak mniemam, weźmiesz się intensywnie do roboty.

– Roboty? Jakiej roboty?

– Do pisania nowego rozdziału „Podbojów Huberta”.

– Pisania czego?

– Rozdziału, którego powstanie obiecałeś swoim czytelnikom ponad pół roku temu. Swoją drogą, niegrzecznie jest tak naobiecywać, a potem zniknąć, nie uważasz?

– Nie wiem, o czym pan mówi…

– Posłuchaj mnie, młody człowieku – powiedział starszy mężczyzna, nie kryjąc irytacji. – Dobrze wiem, kim jesteś, więc nie zwiedzie mnie twoje udawane zdziwienie.

– Ale ja…

– Jesteś pisarzem erotycznym znanym pod pseudonimem Szakal. Publikujesz swoje opowiadania na łamach Najlepszego Bloga, jesteś też członkiem jego Redakcji. Wiem o tobie wszystko, więc nawet nie próbuj zaprzeczać.

Patryk spojrzał mężczyźnie prosto w oczy i oznajmił:

– To jest jakieś potworne nieporozumienie. Nazywam się Patryk Szalka i jestem Szefem Regionu Sprzedaży sieci Stonóżka. Moje dokumenty… zostały w samochodzie.

– Nie twierdzę, że tak nie jest. Ale mam dobrych informatorów i wiem, że jesteś też pisarzem. Przynajmniej wieczorami. Więc przestań w końcu nadużywać mojej cierpliwości i bierz się do pisania.

– Ale ja naprawdę nie wiem, o czym pan…

Przywódca porywaczy westchnął i zwrócił się do jednego z ochroniarzy:

– Cegła, pokaż panu.

Określony tym mianem osobnik kiwnął głową i wyszedł z pokoju. Po chwili pojawił się ponownie, niosąc pokaźnych rozmiarów cegłę. Postawił ją na ziemi, przyklęknął i jednym, zabójczo precyzyjnym ciosem pięści rozbił ją na malutkie kawałeczki. Wstał, otrzepał kolana i z nieprzeniknionym wyrazem twarzy wrócił na poprzednie miejsce. Patryk mimowolnie skulił się pod ścianą.

– Chcesz, żeby pan Cegła sprawdził wytrzymałość twojej szczęki? – spytał inicjator pokazu.

– Nieee…

– To pisz! Za chwilę dostaniesz laptopa i coś do jedzenia…

– Ale…

– Koniec dyskusji! Masz osiem godzin na napisanie nowego rozdziału Huberta. Nie musi być długi, ale musi zadowolić mojego syna, który jest twoim wielkim fanem. Jeśli ci się uda, o dwudziestej drugiej będziesz w domu.

– A jeśli mi się nie uda? – wyszeptał przez ściśnięte strachem gardło.

– Wierz mi, nie chcesz się tego dowiedzieć – oznajmił mężczyzna, wstając z krzesła, i wraz z ochroniarzami wyszedł z pokoju.

* * *

– Kurwa jego jebana mać! – Bluzg sprawił, że Lion uniósł głowę z zainteresowaniem.             Wyglądało na to, że nie on jeden miał nie najlepszy dzień.

Przystojna twarz Szczypiora była pobladła z gniewu. Autor „Pierwszego ujęcia” wyraźnie się z czymś nie zgadzał. Leo przez moment niepokoił się, czy tak gwałtowne ruchy głową nie zaszkodzą zanadto misternie zaplatanym dredom, ale rozjuszony mężczyzna kompletnie nie zwracał na to uwagi.

– Jak ona mogła? Pinda jedna! Babsztyl przebrzydły!

Poczerwieniała na twarzy Minerwa z trudem zdołała wykrztusić pytanie:

– Co…?

– Nasz zdominowany przez nacjonalistyczne świnie system edukacji to totalne dno. Zaorać, zmasakrować i zapomnieć. Ot co!

– Ale… Dlaczego?

– Polonistka wstawiła dwóję mojemu bratankowi za wypracowanie. Dwóję, wyobrażacie sobie?

Żadne z nich nic z tego nie rozumiało. Wściekły Szczypior rozpostarł przed Minerwą zmiętą kartkę, gęsto pomazaną czerwienią nauczycielskiego długopisu.

– Pani magister Kowalska uznała styl tej pracy za grafomański, a przedstawioną koncepcję patriotyzmu za obrazoburczą. Ja napisałem ten tekst! Ja! To mój styl i moja koncepcja…

– I twoja dwója – wtrącił Lion, który zaczął pojmować przyczyny nastroju kolegi.

Wzrok Szczypiora zdradzał, że zdeklarowany przeciwnik przemocy chwilowo zapragnął zapolować na safari.

– To oznacza wojnę – oznajmił.

– Nie może być, żeby mający tysiące czytelników literat zarobił dwóję w liceum – poparł kolegę Leo i niepewny reakcji, udał wielkie zainteresowanie napisem na koszulce tamtego. Litery układały się w slogan „Wszyscy artyści to prostytutki.”

– Na pewno dasz radę to poprawić – pocieszyła autora Minerwa. – Tylko proszę cię, nie bądź taki wulgarny…

– Ależ najmocniej przepraszam, moja piękna. Gdzie też podziały się moje maniery? – Zmiana, jaka zaszła w zachowaniu jednego z największych oryginałów w firmie była natychmiastowa. – Zapomniałem, że nie lubisz wyrazów na „k” i „ch”.

– Kocioł i chochla. – Ociekający drwiną głos Gawrona zaskoczył całą trójkę.

– To nie są brzydkie słowa – zaprotestowała wyraźnie odzyskująca rezon wicenaczelna.

– Popękany kocioł i połamana chochla – uzupełnił Gawron. – Z całą pewnością są brzydkie.

Mężczyźni zachichotali. Wiedziano powszechnie, że szefowa Działu Korekty nie znosi wulgaryzmów w tekstach erotycznych. Pierwszy opanował się Lion. Pamiętał doskonale, jak kiedyś przewrotny Szczypior postanowił sobie zakpić z tej oczywistej słabości Minerwy. Nadał swojemu opowiadaniu tytuł składający się wyłącznie z niecenzuralnych wyrazów. Afera, jaka się po tym rozpętała, trwała przez okrągły miesiąc. Zastępczyni Naczelnego blokowała publikację tekstu tak długo, aż Julian zezwolił na przeprowadzenie rozmowy dyscyplinującej z twórcą dzieła.

Legendy, które narosły wokół przebiegu spotkania, były niezwykle barwne i oczywiście wzajemnie się wykluczały. Szczypior opuścił gabinet Minerwy po dwóch godzinach, oznajmiając, że w zasadzie nie widzi problemu ze zmianą tytułu. W oczy rzucała się długa szrama na policzku mężczyzny. Zwykle gadatliwy i skory do żartów pisarz nie chciał wyjawić, w jaki dokładnie sposób się jej nabawił. Spokorniał na kilka tygodni. Nie pojawiał się w pracy, plotkowano, że zapija smutki i łamie niewieście serca w swym ulubionym Barze Desperatów. Kiedy w końcu wrócił do pisania, tworzył jeden świetny tekst za drugim. Czytelnicy i krytycy byli zachwyceni. Szczypior w takiej formie twórczej miał wielkie szansę na zgarnięcie Błyszczącego Wacka, prestiżowej nagrody branżowej przyznawanej za najlepszy erotyczny tekst roku. Tymczasem dwója od jakiejś polonistki stanowiła plamę na jego honorze.

Kiedy śmiech ucichł, Leo zdecydował się na zmianę tematu:

– Gawronie… Będziesz na balu?

Odpowiedziało mu pełne pogardy prychnięcie.

– Oj, młody, młody. Ja nie mam czasu na zabawy w kręgu powszechnej adoracji. Chcecie sobie nawzajem włazić w tyłek po godzinach pracy? Nie moja broszka, ja spadam do domu. Marzy mi się spokojny wieczór. Na razie, zboczeńcy, Minerwo… – Zniknął równie szybko, jak się pojawił.

Szczypior uderzył się dłonią w czoło.

– Mam! Już wiem, jak zmienię tezę tego tekstu dla kuzyna! Muszę tylko jeszcze raz zajrzeć do dzieł Camusa, Heidegger też może dostarczyć mi odpowiedzi… Ach, Wielki Absolucie! Ja jej jeszcze pokażę!

I wybiegł z sali wygrażając pięścią niewidzialnemu przeciwnikowi, niczym wilk z kultowej radzieckiej bajki. Lion dostrzegł, że właśnie teraz ma jedyną i najlepszą szansę na czmychnięcie z tego różowego piekła. Podniósł się ze swojego miejsca, gotów biec w kierunku drzwi.

– Ani mi się waż – Minerwa nawet nie odwróciła głowy, by zerknąć w jego stronę. – Ty będziesz na balu. A teraz wracamy do roboty. Musimy zawiesić jeszcze to, to i tamto…

Julian ostatnio jest mniej aktywny, ale jakie ma godne zastępstwo, pomyślał Leo z rezygnacją.

* * *

W drodze na parking Lady France szepnęła do ucha Marylin.

– Spokojnie, moja droga… U mnie dokończymy to, czego nie zrobiłyśmy w przymierzalni. Na początek proponuje długą, relaksującą kąpiel. Co ty na to?

– Mrrr, jestem jak najbardziej za – odpowiedziała blondynka swym najbardziej zmysłowym głosem. Na miękkich nogach doszły do BMW wicenaczelnej. Kiedy Lady France usadowiła się za kierownicą, nie mogła nie uśmiechnąć się z satysfakcją. Niespodziewany wybuch namiętności w przymierzalni sprawił, że oprócz bielizny miała jeszcze jeden prezent dla męża. Tej nocy spełni się jedna z największych fantazji Monsieur France – do jego alkowy, oprócz żony, zawita jeszcze jedna kobieta.

* * *

– Panowie! Panowie! – napominał stłumionym głosem Julian, próbując wygramolić się spod dwuosobowej góry autorów. – Doceniam wasze poświęcenie, ale bez przesady!

Bazyliszek podniósł się z trudem i pomógł wstać Niedźwiedziowi. Naczelny podniósł się bez niczyjej pomocy, ale wciąż wyglądał na przytłoczonego. Bez słowa podszedł do dziwnego przedmiotu. Postukał w niego czubkiem buta, schylił się, podniósł go i obejrzał uważnie.

– To tylko zwykła szyszka – stwierdził z uśmiechem, podnosząc ją do góry. W tym momencie dostał w tył głowy sporych rozmiarów pomidorem. Zachwiał się i z trudem utrzymał równowagę. Odwrócił się gwałtownie i wściekłym wzrokiem powiódł po tłumie.

– To się musi skończyć – wycedził przez zaciśnięte zęby i ruszył w kierunku zebranych. Szedł przed siebie z rozwianym włosem, niczym żywe wcielenie Furii. Na każdy jego zdecydowany krok demonstranci reagowali lekkim cofnięciem. Naczelny dotarł do bramy, otworzył ją i stanął oko w oko z tłumem.

– Czego wy ode mnie chcecie? – spytał szorstko.

– Ożywienia Liwii – powiedziała niepewnym głosem jedna z kobiet.

– To niemożliwe. Piszę powieść historyczną, a nie fantasy. Coś jeszcze?

Popatrzyli po sobie i pokręcili głowami.

– Zatem oświadczam wam, że to ja jestem jedynym autorem „Opowieści Rzymskich” i tylko ja decyduję, kto w nich zginie, a kto przeżyje!

– Ale… – Ktoś nieśmiało próbował zaprotestować.

– Powiem więcej: jeśli w ciągu najbliższego kwadransa nie odblokujecie bramy, wrócę do komputera i uśmiercę także Oktawiusza.

– O nieee… – jęknęło zgodnie sto gardeł.

Kilka nastolatek osunęło się bezwładnie na ziemię.

– O tak – odpowiedział Julian, uśmiechając się z satysfakcją. – Co prawda, nie miałem tego w planach, ale jestem pewien, że znajdę stosowne uzasadnienie.

Tłum zafalował i rozbił się na mniejsze grupki, które zaczęły się cicho naradzać. Autor dał im chwilę do namysłu.

– To jak będzie? Wracacie do domów czy ja mam wrócić do komputera?

– Wracamy, wracamy – zapewnili pospiesznie i zaczęli zwijać transparenty.

– No! – ucieszył się Naczelny i ruszył w kierunku bramy.

Nagle odwrócił się i zlokalizował w tłumie młodego demonstranta, który trzymał przed sobą skrzynkę z pomidorami. Podszedł do niego.

– Daj mi to, chłopcze. Zrobię sobie sałatkę na kolację.

Chłopak oddał skrzynkę bez oporu, za to z wyraźnie rysującą się na twarzy ulgą. Julian podszedł do swoich towarzyszy, podał pomidory Bazyliszkowi i gestem nakazał, aby ruszyli za nim. Gdy spokojnym krokiem doszli do parkingu, po groźnym tłumie zostały jedynie śmieci.

* * *

Marita przez resztę dnia rozważała w myślach propozycję Rozumnego. Ostatecznie postanowiła, że się z nim spotka, ale na wszelki wypadek wieczorem zapytała jeszcze o radę swoje dwie przyjaciółki.

– Rozumny zaproponował ci spotkanie? – zdziwiła się Cytrynka. – Nasz Rozumny?

– Tak, nasz Rozumny. Trochę dziś poczatowaliśmy i zaprosił mnie do siebie.

– Nie boisz się? – spytała Mietek.

– A czego miałabym się bać? Przecież wszyscy go tu znają. Zresztą, Naczelny na pewno nie zatrudniłby jakiegoś psychopaty.

– Czy ja wiem? Gawrona i Serafina zatrudnił… – przypomniała Mietek.

Marita i Cytrynka pokiwały głowami.

– Nawet nie wiesz, jak on wygląda – zauważyła ta druga.

– A jak może wyglądać?

– Nie czytasz Internetów? Nie wiesz, jak wygląda klasyczny informatyk?

Marita przecząco pokręciła głową.

– Sprane, rozciągnięte dżinsy, sweter z tureckim wzorem, grube okulary, tłuste strąki włosów i nieśmiertelny trądzik – wyjaśniła Mietek.

– I wąsy – dodała Cytrynka. – Nie zapominaj o wąsach!

– I oczywiście wąsy noszące na sobie ślady kilku posiłków.

Wszystkie trzy jak na komendę skrzywiły się z niesmakiem.

– Nieważne, jak wygląda – oznajmiła Marita. – W najgorszym wypadku wypiję z nim herbatę, chwilę pogadamy i wrócę do siebie.

– Zrobisz, jak zechcesz – stwierdziła Cytrynka. – Ale jeśli jutro do południa nie dostanę od ciebie znaku życia, zadzwonię po policję.

– A ja po pogotowie psychiatryczne i egzorcystę – zadeklarowała Mietek.

– Jesteście okropne – podsumowała Marita, kończąc dyskusję.

* * *

Pracowali ciężko przez kolejne godziny. Sala redakcyjna zmieniła się nie do poznania. Jedynym promykiem nadziei była krótka wizyta Airmana. Były pilot aż gwizdnął z podziwu na widok dekoracji.

– Ho, ho, ho! Zapowiada się pierwszorzędna balanga. Świetna robota, Minerwo.

– Dziękuję! Ty mnie zawsze doceniasz. Nie to, co niektórzy niewdzięcznicy. – Wymownie spojrzała w stronę młodszego pisarza.

– Pewnie, że tak. Zawsze dobra rzecz, trochę się poruszać.

Jakby na potwierdzenie własnych słów Airman zaczął przemierzać parkiet tanecznym krokiem, naśladując ruchy biodrami samego Elvisa. Minerwa zaczęła klaskać, Leo zdegustowany wlepił wzrok w najbliższą serpentynę.

– Szkoda tylko, że tym razem będę solo. Nie udało się zwerbować chętnej do roli mojej plus jeden. – A znacznie ciszej dodał coś przeznaczonego tylko dla uszu stojącego w pobliżu Leo: – Pst, mój smutny kolego… Przed tą całą hecą zrobimy po maluchu? Kapitalna nalewka z derenia. Tak na rozgrzewkę. Wchodzi bez oporów, a i kopie całkiem srogo…

Leo nieznacznie kiwnął głową.

– Za godzinę, w schowku na szczotki.

* * *

Starszy mężczyzna dotrzymał słowa. Kwadrans przed dwudziestą drugą. eleganckie czarne BMW zatrzymało się przed domem Patryka. Młody pisarz otworzył drzwi i z trudem wygramolił się z tylnego siedzenia.

– Nie było tak najgorzej, co? – spytał przywódca porywaczy, podając mu marynarkę. Patryk smętnie pokiwał głową.

– Pamiętasz, co obiecałeś?

– Co miesiąc mam publikować nowy rozdział „Podbojów Huberta”.

– W przeciwnym razie…

– …odwiedzi mnie pan Cegła – dokończył i zadrżał na wspomnienie umiejętności ochroniarza.

– Cieszę się, że w końcu udało nam się porozumieć. Do zobaczenia, Patryku – powiedział z uśmiechem i zatrzasnął drzwi. Auto ruszyło z impetem.

Oby nie, pomyślał ze znużeniem Szakal i powlókł się w kierunku domu.

* * *

– Airman, ja cię szanuję. Naprawdę bardzo cię szanuję!

Lion mówił dużo głośniej niż zwykle i emerytowany pilot zaczął się obawiać, że ktoś zacznie się interesować krzykami dochodzącymi zza drzwi składziku ze środkami czystości. Obaj siedzieli na odwróconych do góry dnem plastikowych wiadrach. Trzecie wiadro służyło za stół dla dwóch kieliszków i prawie pustej butelki. Nalewka faktycznie smakowała słodko i kopała mocno.

– Nienawidzę tego dnia – pożalił się trochę bełkotliwie młodszy z mężczyzn.

– A kto go lubi? – To filozoficzne pytanie okraszone zostało kolejną dezynfekcją gardeł obu pisarzy.

– Zdrówko! – Airman uśmiechnął się szeroko, widząc coraz bardziej mętny wzrok Liona.

Młodszy kolega oparł się plecami o ścianę, zamknął oczy i zapadł w sen sprawiedliwego. Twórca „Zielonookiej” upewnił się, że jego kompanowi od butelki nie stanie się żadna krzywda i zostawił go w krainie niepodzielnie rządzonej przez Morfeusza. Jutro młody trafi do świata rządzonego przez dużo bardziej upierdliwe bóstwo. Niejakiego kaca.

Z korytarza dochodziło coraz więcej gwarnych głosów. Bal czas zaczynać, pomyślał Airman. Ruszył do głównej sali roztańczonym, lekko tylko chwiejnym krokiem. Zapowiadała się wspaniała noc.

* * *

Impreza dopiero zaczynała się rozkręcać, gdy Marita dyskretnie wymknęła się z Sali Relaksu. Zjechała windą na znajdujący się nad piwnicą poziom oznaczony hasłem „serwerownia”. Gdy wysiadła, usłyszała monotonny szum wentylatorów i zobaczyła przed sobą troje drzwi. Z wyraźnym wahaniem podeszła do tych, na których wisiała tabliczka z napisem: „Kwatera Rozumnego. Nie zawracać głowy bez powodu!” Zapukała nieśmiało. Nic się nie wydarzyło. Zapukała ponownie – tym razem znacznie głośniej. Usłyszała dziwne dźwięki dochodzące z pomieszczenia.

Nagle przypomniała sobie wszystkie horrory, które przeczytała i obejrzała. W żadnym z nich nie występował informatyk – chyba że w roli ofiary – ale to nie miało większego znaczenia. Strach zmroził Maritę od stóp do głów. Już miała rzucić się do ucieczki, gdy drzwi się otworzyły i stanął w nich młody mężczyzna. Na jego widok dziewczynie zaparło dech w piersiach.

– Tak? – spytał.

Marita uważnie zmierzyła go wzrokiem. Zaczęła od ciemnych, zaczesanych do tyłu i ułożonych żelem włosów oraz pokrytej dwudniowym zarostem twarzy, bez śladu wąsów i trądziku, za to z obezwładniającym, hollywoodzkim uśmiechem. Pod dopasowaną koszulką w kolorze khaki zarysowywały się rzeźbione latami mięśnie. Widniejący na koszulce napis U.S. Army usprawiedliwiał kołyszące się na szyi nieśmiertelniki, spodnie bojówki oraz ciężkie buty.

– Rozumny… – wyszeptała.

– Marita – domyślił się i uśmiechnął jeszcze szerzej.

A chwilę później zrobił krok do przodu, chwycił zaskoczoną autorkę w pasie i przyciągnął do siebie. Drugą rękę zanurzył w jej gęstych, długich włosach i przysunął jej usta do swoich. Marita odwzajemniła pocałunek z pasją, o jaką się nie podejrzewała. Rozumny zrobił krok do tyłu, pociągając za sobą dziewczynę. Nogą popchnął drzwi, które zatrzasnęły się z głuchym kliknięciem.

c.d.n.

.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobry wieczór!

Trzeba powiedzieć: trzecia część "Alei 69" trzyma poziom. Jest zabawnie, wielowątkowo, interesująco, chwilami nawet gorąco. Wbrew początkowemu zastrzeżeniu łatwo można dojść do tego, kto konkretnie został sparodiowany w osobach kolejnych bohaterów. Gag następuje za gagiem, szkoda tylko, że scena erotyczna jest ledwie naszkicowana i dobiega kresu, nim zdążyła się na poważnie rozpocząć.

No i szkoda, że następne części pojawiają się w tak długich odstępach czasu – seria rozpoczęła się w lipcu 2014, jak dotąd opublikowane zostały trzy części. Mam wielką nadzieję, że na rozdział czwarty nie trzeba będzie czekać kolejnych paru miesięcy! Poza tym – nie ma na co narzekać. Smakowite opowiadanko. Z pewnym poślizgiem, ale idealnie primaaprilisowe.

Pozdrawiam
M.A.

Dzień dobry!
Megasie, Twoje obszerne komentarze zawsze sprawiają nam radość.Nigdy nie zamierzaliśmy szczególnie kamuflować parodiowanych postaci. Kreowanie kolejnych zabawnych sytuacji sprawia nam olbrzymią radość i pozwala podnosić poprzeczkę przy okazji każdej części.

Scena erotyczna nie należy do specjalnie rozbudowanych, ale dzięki temu udało zachować się pewien balans fabularny. Zgadzam się, że ta para ma duży potencjał. Czy powróci? Tego nawet ja nie wiem:)

Regularność publikacji zawsze była moją zmorą. Na opóźnienia związane z tą konkretną częścią złożyło się wiele różnych czynników. Najważniejsze, że udało nam się ją oddać w ręce Czytelników.
Na koniec tradycyjnie głęboki ukłon dla Ciebie, za Twoją korektorską pracę.
Pozdrawiam,
Foxm

Uważam,że należy poprosić o pomoc Cegłę..

@Anonimie
Jestem dziwnie spokojny, że kolejne rozdziały "Podbojów Huberta" będą ukazywać się regularnie.
Pozdrawiam,
Foxm

Jak widać w powyższym komentarzu, opowiadanie nawołuje do przemocy i gwałtu przy pomocy materiałów budowlanych lub w wykonaniu brutali posiadających kojarzący się z materiałami budowlanymi pseudonim 🙂 To może być karalne, a jeden z autorów ma wszelkie podstawy, by wytoczyć proces o…

Witaj, Karelu!
Nie nawołujemy do przemocy w żadnym razie. 🙂 Co najwyżej do wybuchów śmiechu, uśmiechu i radości wszelakiej.
Mam nadzieję, że ta część przypadła Ci do gustu.
Kłaniam się,
Foxm

Żeby nie uszy, mordka śmiałaby mi się dookoła głowy 😀 Każda scenka jest śliczna. Do tego urocze dialogi.
Oj, warto było poczekać 🙂

Witaj!
Cieszymy się bardzo, że osiągnęliśmy zamierzony cel i dobrze bawiłaś się w czasie lektury. Do dialogów znacznie większą smykałkę ma Areia, ja starałem się jedynie nie przeszkadzać. Cieszymy się, że jesteś naszą fanką. 🙂
Kłaniam się,
Foxm

No kto uwierzy, że Lady prosi Juliana o pozwolenie na małe wyjście, hihi… no to w następnym odcinku będzie się działo na balu i w schowku na szczotki, jak mniemam. Oraz w serwerowni:-))

Droga Miss!
Artyści artystami, ale hierarchia służbowa musi być. Mamy już zarys konspektu kolejnej części. Schowek na miotły raczej odpada, jako miejsce schadzek, przecież tam leży aktualnie ululany Leo.:D
Pozdrawiam,
Foxm

Napisz komentarz