Cyganka i północny wiatr (Seelenverkoper)  3.62/5 (7)

9 min. czytania

W gęstym deszczu padającym na procesję w święto Niedzieli Palmowej nikt nie miał pewności, czy zima już odeszła, ale większość była przekonana, że wiosna wcale jeszcze nie zawitała do Macondo.

Co znamienitsi mieszkańcy prowadzili świąteczny pochód, niosąc słomiane palmy. Niewielu z nich pochodziło z rodzin założycieli, wyjątek stanowił Eleuterio Hector Orellano, który pomimo ubogiego stroju i poszarpanych spodni trzymał głowę bardzo wysoko i przepychał się bezczelnie wśród sąsiadów. Za wybranymi dwoma tuzinami obywateli na starym i liniejącym mule wypastowanym czarną pomadą jechał ojciec Nicanor pod wielkim, jedwabnym baldachimem trzymanym przez ośmiu Turków w strojnych turbanach. Wiara ich różna była od reszty mieszkańców i dlatego mogli bez szkody dla przykazań kościelnych podjąć tę pracę nawet w dzień świąteczny. Nakrycia głowy wyszywane złotymi nićmi i perłami wcale nie musiały chronić ich od palących promieni słońca, bo to od wielu dni skrywało się za chmurami, za to podobne barwnym ptakom zrywającym się do lotu z pobliskich jabłoni i drzew cyprysowych stanowiły powód do dumy i prawie kobiecą ozdobę.

Głos księdza intonujący pieśń w nieznanym reszcie języku, a przypominającym w brzmieniu ten, którym posługiwał się Jose Arcadio Buendia, był jedynym słyszalnym wśród szurania setek stóp. Cała kolumna przy wtórze dzwonków, drewnianych kołatek i stukotu kopyt muła szła szerokimi ulicami miasta w kierunku niewielkiej, wybielonej starannie bramy miejskiego rynku, która udawać miała otwierające się przed zbawicielem wrota Jerozolimy.

Tu zaskoczył ich i rozbił w pył nabożne skupienie jazgot setek muzycznych instrumentów, beczenie owiec, szczęśliwe ujadanie psów, rżenie i wesołe tupanie koni. Wierni stłoczyli się i poczęli szeptać, zagłuszając coraz bardziej wysilającego gardło ojca Nicanora. Ten zapiał w końcu niczym dorodny, acz lekko podstarzały już kogut i zamilkł ze zdziwieniem, wpatrując się w nowo powstały przed jego oczami rój pszczół. Wiedział już, że na rynku stoiska swe rozłożyli świeżo przybyli Cyganie i że nie ma żadnych szans na przykucie uwagi mieszkańców nawet, jeśliby znów wypił filiżankę gęstej czekolady i ukazał im cud lewitacji. Zrezygnowany, zszedł z biednego muła, poprowadził go bocznymi dróżkami aż pod tylną bramkę kościoła i mocno postanowił sobie, że w niedzielę po odjeździe tych pogan znów urządzi uroczystą procesję z palmami.

Eleuterio Hector Orellano zaklął siarczyście, bo zorientował się, że tabor i nowe cuda przywiezione przez tych wędrownych alchemików zobaczy jako ostatni z przedstawicieli wielkich rodów Macondo, po czym wpadł na rynek, roztrącając mocnymi ciosami kułaków wszystkich, którzy stanęli mu na drodze. Rozglądał się nawet za jakimś leszczynowym kijem, by schwycić go w dłoń i tym groźniejsze ciosy zadawać, ale wówczas dobiegł do agory i dostrzegł wreszcie, że jego złość i tak zaowocuje jedynie zmarnowanymi siłami. Wszyscy zajęci byli oglądaniem kolejnych wynalazków prezentowanych przez ubranych we fraki i cylindry najstarszych i najgrubszych cyganów. Przy pierwszym wozie podziwiano monocykl, będący wspaniała alternatywą dla kolei żelaznej, przy drugim cudowne konstrukcje łatające z płótna i cienkich listewek, które jednak jeszcze do lotu się nie wzbiły, a stanowiły przyszłość dla poczty. Przy trzecim zaś Eleuterio nie widział już, co jest prezentowane. Próbował co prawda przeciskać się przez zwarte kordony gapiów, ale  uzyskał tylko parę siniaków i złorzeczeń od co zażywniejszych i dostojniejszych głów rodów.

Włócząc się wśród niewielkich i mniej barwnych wozów zwykłych Cyganów, widział pierwsze pary, nie przejmujące się wczesną jeszcze godziną i umykające do słodko pachnących wnętrz domów na kołach, starych mężczyzn zadumanych i grających w dziwną grę kamieniami z wymalowanymi na nich znakami magicznymi i półnagie dzieci ścigające się wśród kurzu. Zobaczył także dziewczynę siedzącą na drewnianych schodkach i pykającą spokojnie fajkę z odwróconą w dół główką. Wtedy spojrzała na niego i Eleuterio wiedział już, że do końca życia zapamięta jej oczy przypominające barwą żar papierosów, wbijające się w niego i zagłębiające w odmęty duszy. Czuł się jak sum na haczyku zręcznego rybaka i choć buntując się długo, prawie do godzin popołudniowych, zataczał wokół niej koła, w końcu stanął przed schodkami na których siedziała i jak niegrzeczne dziecko zwiesił głowę.

– Czego tutaj chcesz? – spytała go cyganka. – Przecież widzę, że włóczysz się cały dzień, jak nieszczęście nad głowami żołnierzy.

– Nie wiem – odparł w końcu szczerze, dalej nie podnosząc ani głowy, ani nawet oczu.

– Po pierwsze, muszę spytać, czy masz żonę. Bo z żonatymi nie sypiam – zastrzegła się.

Eleuterio Hector Orellano zaklął cicho w myślach. Miał małżonkę, ale razem z synem przebywała teraz w bardzo oddalonej miejscowości słynącej z wód leczniczych. Nie pamiętał nawet do końca, jak zawarł z nią związek małżeński, ani jak spłodził chłopca. Nie przypominał sobie, kiedy ostatni raz wzięła go w objęcia i pozwoliła się pieścić. Leniwie, w samo południe, kiedy nawet pracowite mrówki skrywają się we wnętrzu swych kopców. To był zazwyczaj stan, z którym godził się mimowolnie. Tak jak akceptował fakt, że jest pusty w środku. Jak wydmuszka, czy owoc pożerany od wewnątrz. Jak lampion.

Cyganka nie wyglądała jak ktokolwiek inny z plemienia, które w tę niedzielę palmową zawitało do Macondo. Ukucnęła w pyle drogi i końcem fajki pisała coś w kurzu, tuż pod bosymi stopami gościa. Jej długie, miodowe włosy łaskotały go w palce. Zaczynała przypominać mu jakąś postać z bajek, które czytał mu dziadek. Starca czy młodzieńca, który żył bardzo daleko stąd i Eleuterio na pewno przypomniałby sobie więcej szczegółów, gdyby dziewczyna nagle nie podniosła głowy i nie spojrzała mu prosto w oczy.

– Mam żonę – przyznał wreszcie, będąc przeświadczony o tym, że i tak o tym wszystkim wie.

– Nie sypiam z żonatymi, ale przede wszystkim nie robię tego z kłamcami – odparła.

– Chciałbym cię teraz dotknąć – mruknął jakby odważniej i zobaczył w jej oczach błysk.
– Zmarnujesz wszystko co masz – ostrzegła go.

– To już nie ma znaczenia – odparł, po czym pogładził ją po brodzie i opuszczonych powiekach.
– Tylko słowa nie mają znaczenia – burknęła – jeszcze tego nie zauważyłeś? Naprawdę jesteś taki tępy? – dopytywała go, ciągnąc do swojego wozu.

W niewielkim wnętrzu wypełnionym sporych rozmiarów łóżkiem i starodawną, hiszpańską szafą z ciemnego drewna, Eleuterio czuł się nie swój. Zapalił papierosa i wpatrywał w puszczane kółka z dymu. Jakoś niezręcznie wtuliła się w niego, obejmując ramionami jego klatkę piersiową tuż pod pachami. Zastanawiał się, czy czuje tę pustkę, jaką miał w sobie. Pulsowanie krwi dudniącej w poprzek jego wydrążonego ciała. Kołatanie serca błąkającego się nieustannie od miednicy po przełyk, jak żelazna kulka wrzucona do stalowego walca. Znów zaciągnął się, opierając brodę na głowie cyganki. Potem odepchnęła go energicznie tak, że  poleciał na łóżko i zapadł w materace, odwróciła do niego plecami i zaczęła się rozbierać.

Najpierw związała rozpuszczone do tej pory włosy i ściągnęła przez głowę lekką i delikatną, błękitną bluzkę. Przez jej nagie plecy i odsłonięty kark przebiegł dreszcz i przez chwilę ogarnął go lęk, że może się przeziębić. Dopiero potem dotarło do niego, że tej gęsiej skórki nie wywołał żaden chłodny podmuch, a męski wzrok, gęsty niczym olej, przesuwający się powoli po zapięciu biustonosza i wystających łopatkach. Następnie, nie wstając, ściągnęła wielobarwną spódnicę i odrzuciła ją w najciemniejszy kąt wozu. Przez chwilę wpatrywała się we własny stanik.
– Należę do plemienia Melquiadesa – zaczęła cicho, gdy już upewniła się, że jej słucha. – Jestem jedyną, która uciekła z zagłady całego klanu, jaka dokonała się na wodach koło Jawy, kiedy wódz nasz szukał drabiny sięgającej aż do księżyca, by przewieźć wam pył z jego powierzchni. Widziałam jak walczy dzielnie, stąpając po grzbietach najwyższych fal i jak ostatecznie ginie w splotach węży oceanicznych. Jednakże fatum wisi i nade mną. Także nad każdym, kto poważy się do mnie zbliżyć. Czasami widzę je, gdy próbuje wejść do moich snów pod progiem drzwi. Dostrzegam jego żądzę śmierci w oczach mijanych ludzi. Boję się – skończyła i rozpięła biustonosz, pozwalając na krótki taniec niewielkim piersiom. Potem odwróciła głowę i spojrzała jeszcze raz na Eleuerio. Miała trójkątną twarzyczkę, przypominającą trochę  oblicza lalek z porcelany, jakie widział kiedyś na wystawach najlepszych sklepów w dzielnicy handlowej, usta wąskie jak pokrojone w plastry truskawki i oczy niczym żar papierosów. Znów odczuł hak rozrywający gdzieś od środka jego pusty korpus.

Podeszła do niego i siadając na skraju łóżka ponownie zaczęła przekonywać:

– Jestem jak zaraza bezsenności, zapomnisz przeze mnie o całym świecie, o bliskich i rodzinie. W końcu nie będziesz pewien, jak trzymać widelec czy właściwie sznurować koszulę.

– Gówno mnie to obchodzi – rzekł drżącym głosem mężczyzna i położył ogromną, spracowana dłoń na jej lewej piersi. – Powiem ci więcej. Jeślibyś była w dodatku moją siostrą, też chciałbym cię mieć na tym oto łóżku – dodał i mocno przytulił cygankę – i wychowywałbym dzieci, nawet jeśliby urodziły się nie tylko ze świńskimi ogonkami, ale nawet racicami i ryjkami.

Potem mężczyzna ściągnął jej majtki i bawił się włosami w kolorze miodu. Całował na zmianę obie pary warg i głaskał piersi, płaski brzuch i pokryte drobnymi piegami, wątłe jak trzciny ramiona. Kiedy wreszcie w nią wszedł, usłyszał przeciągły jęk wydobywający się z płuc wątłej dziewczyny i skrzypienie łóżka.

– Inez – szeptała, kiedy raz po raz się w nią wsuwał i wpijał zęby w szyję. – Mów mi Inez. Tylko, że nie nazwali mnie tak inni cyganie. My nie powinniśmy mieć imion, aby nikt nie mógł się przejmować, gdy znikniemy. Kiedy nas w końcu nie będzie. Tylko, że ja ­– jęknęła gardłowo, kiedy zadarł jej nogi do góry – ja chcę być dla ciebie Inez, już na zawsze.

Kochali się tego dnia jeszcze wielokrotnie. Nie odpoczywając prawie i sycąc się swoimi ciałami, nie pili i nie jedli aż do zmroku. Potem, zaspokoiwszy pierwsze pragnienie cielesności, pogryzali słodkie ziarna dyni i sączyli cierpkie, miejscowe wino.

Podczas następnych dni ich szalonej miłości roznieśli w drzazgi łóżko, poważnie nadszarpnęli zdrowie szafy i wystraszyli nieustającymi jękami oraz hurgotem wszystkie dzieci, psy i koty w okolicy. Resztki połamanych i zepsutych mebli usypali w wielki stos przed wozem, by którejś nocy podłożyć pod niego ogień i kotłować się w kurzu drogi, nie zważając na spojrzenia starców ani na osiadający na nich pył.

Lubił  patrzeć na jej szczupłe nogi o zgrabnych kostkach i napiętych łydkach. Często, gdy leżała na plecach opierała je na ścianie i odmierzała długość desek drobnymi i ruchliwymi stopami. Światło igrało z podniesionymi kończynami, kreśląc w rogach wozu dodatkowe kształty i kąty, zmieniające się jakby w magiczny sposób.  Nigdy nie pamiętała wyniku, więc ku uciesze obserwatora ponawiała tę zabawę, dopóki nie ogarnęło jej znudzenie. Potem łaskawie wkładała mu swoje stopy w dłonie i pozwalała na to, by pieścił je, całkowicie skryte w ogromnych, męskich łapach. Czasem, gdy zdawało się, że nikt nie patrzy, Eleuterio całował je tak szybko i lekko, by na twarzy Inez nie zdołał pojawić się żaden grymas.

W chwilach w których miał ją w ramionach, wydawała się na tyle lekką, ze święcie wierzył, znacznie mocniej niż w Boga, że możliwym jest porwanie jej przez wiatr.

– Nigdy nie wychodź sama w dni podczas których dmie z północy – pouczał ją cierpliwie. Wicher weźmie cię wtedy z sobą nad bezkres morza, a ja nie zdołam przyjść ci z pomocą.

Śmiała się wtedy i nazywała go głuptasem. Zdarzało się jednak, że wypłakiwała w jego porwaną koszulę jakąś nieznaną mu gorycz i żal. Z każdym dniem zbliżało się lato, ale Eleuterio nie odczuwał tego, bo jego odzienie było coraz bardziej wilgotne. Doszło nawet do tego, że przed wyjściem z domu, w którym teraz mieszkali, musiał wyżymać po kryjomu płaszcz i spodnie, inaczej nosiłby na grzbiecie wiele dodatkowych kilogramów. Czuł jednak, że jego ciężar z dnia na dzień i tak jedynie rośnie. Na początku nie wiedział, czym jest to spowodowane, ale w końcu odkrył, że serce nie tłucze się już po całych wnętrznościach, ale tkwi nieruchomo w jednym miejscu. Jego uderzenia nie były już tak dudniące, a stały się dziwnie głuche. Krew pulsująca w ciele odnalazła stałe ścieżki i przestała wrzeć niezrozumiale.

W dniu w którym dął silny wiatr z północy, a Inez wyszła sama na szerokie ulice Macondo, by nigdy nie powrócić, te odczucia jedynie przybrały na sile. Eleuterio włóczył się długimi miesiącami po mieście, szukając jej i zrywając okrzykami płuca aż do kości. Stan ten trwał nieprzerwanie latami, a biedny potomek jednej z najznamienitszych rodzin założycielskich stale przybierał na wadze, lub raczej gęstości. Doszło nawet do tego, że stopy jego odciskały coraz głębsze ślady, nawet w utwardzonych drogach prowadzących do rynku. Każde łóżko, jakie przyciągał do swojego domu najwyżej po tygodniu zapadało się i nie nadawało do użytku.

W końcu, po wielu latach bez Inez, wyruszył wraz z pułkownikiem Aurelliano Buendią i kilkunastoma innymi mężczyznami z Macondo, by walczyć z reżimem konserwatystów i być może odnaleźć tajemniczą cygankę z dawna zapomnianego plemienia Melquiadesa, jeśli cyklon nie zabrał jej nad ocean. Kiedy Eleuterio Hector Orellano leżał na nikomu nieznanych bagnach i krwawił z ogromnej rany w klatce piersiowej, zdał sobie wreszcie sprawę z tego, że nie jest już pusty w środku jak cylinder. Uzmysłowił sobie także, ku coraz większej uldze, że wraz z każdym, coraz wolniejszym uderzeniem serca słabiej pamięta dziewczynę porwaną przez północny wiatr i coraz mniej ciążą związane z nią wspomnienia.

P.S. Po pierwsze: opowiadanie dla pewnej Inez i przez nią. Po drugie: może wybaczycie mi pokaleczenie Marqueza.

*

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Pokaleczenie Maqueza wybaczam tylko ze względu na czynny żal…

Lubię takie zabawy konwencją, Przerabianie znanych motywów, albo opowiadanie historii z zupełnie innego punktu widzenia.

Natomiast co do zwłaszcza końcówki, to – wiem, zaraz przyczepią mi łatkę starego marudy – ale wycyzelowany wstęp zapowiadał, że zatroszczysz się o detal, a tym czasem im bliżej końca, tym bardziej wszystko szło "po łebkach". Takie jest przynajmniej moje wrażenie. Ale jak ktoś ma inne – jego wola.

Konstrukcja uproszczonego zakończenia jest uproszczona. Marquez w sposób niedościgniony buduje odczucia czytelnika względem bohatera zaledwie paroma zdaniami w dodatku przy całkowicie biernym emocjonalnie narratorze. Widać mi się nie udało;]

Warto byłoby na początku opowiadania napisać, czyje to fanfiction, kogo dzieło tu rozwijasz. Mniej oczytani odbiorcy mogą nie pojąć, że to magiczny realizm 🙂

Samo opowiadanie niezłe ale za krótkie, zwłaszcza pod koniec, który jest wręcz pospieszny.

Absent absynt

Okey- następnym razem walnę notkę. Choć przyznasz Absentcie, że jakaś podstawowa znajomość literatury iberoamerykańskiej powinna w społeczeństwie istnieć;]

Za mało, nie sposób się rozsmakować. A szkoda, bo byłoby w czym.

Okey 😀 następnym razem postaram się napisać dłuższą podróbkę Marqueza;]

Interesujące ćwiczenie z Marqueza. Ale chyba nawet w "Stu latach samotności" było więcej erotyzmu niż tutaj. Przydałoby się jednak więcej pieprzu i papryki.

Krytykancki_raptor

Opierałem się bardziej na opowiadaniach muszę przyznać. Sto lat samotności cóż…opowieść o miłości kazirodczej i wszystkich innych, grzesznych odmianach tego uczucia jest niesamowita. Delikatności, erotyzmem i wieloma innymi. Nie dorównuję nobliście i taka jest prawda.

Autor dobrze chwyta klimat pierwowzoru, choć tempo opowieści mogłoby być bardziej leniwe. Końcówka zbyt krótka, zwłaszcza w porównaniu z rozbudowanym wstępem.

Jarek

Cóż, jak już wspominałem wcześniej, liczyłem na to, że spodoba się taka jego lakoniczna wersja. Następnym razem postaram się skończyć inaczej. Obiecuję:D

Śliczne, surrealne, poetyckie. Lubiki dla Autora.

Napisz komentarz