Opowieść helleńska: Demetriusz – Epilog (Megas Alexandros)  4.16/5 (104)

75 min. czytania

Edouard-Henri Avril, „De figuris veneris 18”

Walki na ulicach ciągnęły się przez całą noc i następny dzień.

Pomimo ujęcia Dionizjusza z Faleronu znaczna część wojsk tyrana nie zgodziła się skapitulować. Czując, że grunt pali im się pod nogami, najemnicy rozpoczęli systematyczną grabież. Scytowie z miejskiej straży okazali się zbyt słabi, by ich powstrzymać. Kiedy do Aten wkroczyła obywatelska armia pod wodzą strategów, wybuchły chaotyczne starcia, toczone zarówno na głównych traktach, jak i w wąskich zaułkach. Wypierani z kolejnych dzielnic, cudzoziemscy żołnierze podpalali rezydencje i magazyny, których nie zdołali ogołocić. Gaszenie pożarów stało się równie ważne, jak walka z wrogiem. Tylko ofiarności tysięcy obywateli należało zawdzięczać fakt, że ogień nie rozprzestrzenił się na całą metropolię.

W końcu pozbawieni swego wodza najemnicy zostali rozbici lub złożyli broń. Najsilniejszy oddział zajął jednak Akropol. Wprawdzie brakowało tam żywności, by przetrwać długie oblężenie, lecz tracki oficer, który objął dowództwo na wzgórzu, zagroził, że każe wymordować więźniów przebywających w tamtejszych lochach. Byli to szanowani obywatele Aten, aresztowani przez Dionizjusza w ramach dwóch czystek, które przeprowadził za swoich rządów. W tej sytuacji Fokion podjął się negocjacji z Trakiem. Ustalono, że najemnicy będą mogli opuścić Miasto z bronią i wszystkimi łupami, z wyjątkiem tego, co zrabowali w świątyniach.

Umowa ta dotyczyła tylko zbrojnych z akropolskiego wzgórza. Pozostali, którzy woleli poddać się niż zginąć, zostali obróceni w niewolników. Zysk z ich sprzedaży miał sfinansować odbudowę Aten ze zniszczeń.

W trudnym okresie przejściowym, jaki nastąpił po obaleniu jedynowładztwa, władzę przejęła tymczasowa rada składająca się z Fokiona, Demadesa i Hiperejdesa. Po kilku dniach przybrała swą ostateczną postać, gdy w jej skład wszedł również Demostenes. Powrót demokratycznego polityka z Eginy, gdzie schronił się przed siepaczami tyrana, stał się okazją do masowych patriotycznych wystąpień. Tysiące ludzi witały go w Pireusie, skandowały jego imię, rzucały mu kwiaty pod nogi, gdy po zejściu na ląd kroczył pośród tłumów. Wielu Ateńczyków wierzyło, że wraz z przymierzem dawnych wrogów nastąpi ogólne i trwałe pojednanie. Że demokraci i oligarchowie nie będą już musieli wzajemnie przelewać swojej krwi, a pod ich wspólnymi rządami Ateny wejdą w nowy, złoty wiek. Były to naiwne nadzieje, jednak w tych podniosłych dniach nikt nie zamierzał ich rozwiewać. Rany były wciąż zbyt świeże, a groby poległych nie zarosły jeszcze trawą.

Mało kto zdawał sobie sprawę, że pomysłodawcą rady tymczasowej był macedoński ambasador, który zresztą brał udział w jej posiedzeniach i pełnił rolę nieformalnego doradcy. Sytuację tę musieli zaakceptować nawet Hiperejdes i Demostenes – twardzi zwolennicy ateńskiej suwerenności. Rozumieli bowiem, że lekceważenie kogoś takiego jak Meleager mogło przynieść tragiczne konsekwencje. W ciągu ostatnich miesięcy ów mąż o prostackich manierach i żywej inteligencji dwukrotnie już spowodował zmianę reżimu. Nikomu nie zależało na tym, by spróbował tej sztuki po raz trzeci.

Zamknięty w lochach pod strategejonem Dionizjusz czekał na proces przed trybunałem Areopagu. Oskarżony o uzurpację władzy, tyranię, morderstwa i nielegalne aresztowania obywateli, mógł spodziewać się najwyższego wymiaru kary. Dowody na jego winę były rozliczne, a świadkowie gotowi zeznawać przeciw niemu – wprost nieprzeliczeni. Arcystrateg nie mógł natomiast liczyć na honorową śmierć. Nie czekał na niego katowski miecz, którym zwykle odbierano życie arystokratom, lecz hańbiąca trucizna – cykuta.

W powszechnym entuzjazmie, jaki wybuchł po oswobodzeniu, nikt nie zauważył, że na statku, który przywiózł z Eginy Demostenesa, znajdował się jeszcze jeden pasażer. Demetriusz, syn obalonego tyrana, również powrócił do Miasta. Nie zamierzał wcale długo tu zostawać. Miał jednak do zakończenia kilka ostatnich spraw. Czuł, że dopóki ich nie załatwi, nie będzie w stanie zamknąć pewnego etapu życia. I ruszyć dalej, w stronę jaśniejszych dni.

* * *

W porcie Eginy znajdowały się raptem dwie tawerny. Gorsza z nich pełniła zarazem rolę burdelu dla marynarzy oraz szemranej jaskini hazardu. Można tam było szybko się wzbogacić i równie szybko otrzymać pchnięcie nożem w bebechy. Lepsza oferowała przyzwoite posiłki oraz nieprzesadnie rozwodnione wino, a z jej okien rozciągał się widok na całą przystań. Przez okna te wpadał również przyjemny powiew znad zatoki, który rozpraszał nieco panującą duchotę. Dzięki nim było tu też na tyle jasno, by móc spokojnie pisać.

Karty egipskiego papirusu piętrzyły się na stole. Poeta sięgnął po kolejną i bez chwili zwłoki zaczął pokrywać ją wersami. Pisał szybko, zamaszyście i niezbyt równo. W Likejonie często był za to ganiony przez nauczycieli. Najważniejsze jednak, że sam był w stanie się odczytać. A tekst, który właśnie powstawał, przeznaczony był do recytacji. Menander pracował nad nim od dawna. Parokrotnie już niszczył na wpół ukończone dzieło, ciskając papirus do ognia lub rozbijając gliniane tabliczki na drobne okruchy. Tym razem czuł pewność, że wreszcie mu się uda. Wielki poemat o upadku Troi nabierał ostatecznych kształtów.

Po raz pierwszy pisał, czerpiąc z własnego doświadczenia, a nie tylko z fantazji oraz imaginacji. Odwiedził ruiny zburzonych Teb, wziął udział w wojnie z Dardanami, oglądał finalny szturm na ich obozowisko. Potrafił wyobrazić sobie lśniące brązem szeregi Achajów ścierających się z wojownikami Priama, chaotyczne walki o miasto, pojedynki herosów, desperacką obronę cytadeli. Był pewien, że nikt nie wykpi go za brak znajomości rzeczy. Ta świadomość dodawała mu skrzydeł. Słowa przelewały się z jego myśli na papirus, liczne jak zastępy Agamemnona.

Na pewno zdążę przez igrzyskami pytyjskimi, pomyślał. Zwycięstwo w konkursie poetyckim pozwoliłoby mu odzyskać pozycję, utraconą podczas Wielkich Dionizjów. Klęska jego ostatniej komedii, „Dziewczyny z Leukady”, wciąż bolała, niczym cierń tkwiący głęboko w ciele. Tym bardziej, że wcale nie była to zła sztuka. Gdyby tylko jej wystawienia nie sponsorował znienawidzony Dionizjusz z Faleronu…

Skup się na tym, co ważne, upomniał się poeta. Nie było sensu rozpamiętywać dawnych porażek. Triumfator w konkursie komediowym Wielkich Dionizjów, Eubulos z Soli, od dawna już spoczywał w zimnym grobie. Niedługo podobny los spotka samego Dionizjusza. Czas płynął naprzód, niczym wartka rzeka. Przyszłość należała do ludzi takich jak Menander. Nie mógł zmarnować swojej szansy. Jeszcze pilniej pochylił się nad papirusem. Służąca zbliżyła się do niego i widząc, że jest zajęty, bez pytania dolała wina do pustego w połowie kubka. Sama niepiśmienna, czuła głęboki respekt wobec młodego, acz wielce uczonego męża, który szybkimi ruchami pióra zapisywał właśnie kolejną kartę. Dyskretnie wycofała się, by mu nie przeszkadzać.

Drzwi tawerny otworzyły się na oścież, wpuszczając do środka mocniejszy podmuch. Wszedł przez nie niewysoki, szczupły mężczyzna w szarej tunice. Mógł być niewolnikiem zamożnego pana, bo choć prosto odziany, był zarazem schludny i najwyraźniej nie cierpiał niedostatku. Rozejrzał się po głównej sali, dostrzegł młodzieńca siedzącego nad papirusem i ruszył w jego kierunku. Menander uświadomił sobie jego istnienie dopiero wtedy, gdy tamten stanął mu nad głową. Przerwał pracę i posłał nieznajomemu pytające spojrzenie.

– Wybacz, że cię niepokoję, panie – rzekł z szacunkiem mężczyzna. – Szukam poety Menandra. Czy może ty nim jesteś?

– Owszem. Z kim mam przyjemność?

– Jestem tylko sługą, panie. Nikim znaczącym. Ale list, który przynoszę, może cię zainteresować. – To mówiąc, sięgnął do sakiewki przy pasie. Wydobył z niej glinianą tabliczkę i położył ją na stole. – Skreśliła go dłoń kierowana odruchem stęsknionego serca. A także wyrzutami sumienia.

– Wygląda na to, że nie tylko ja jestem tu poetą – stwierdził zaintrygowany młodzieniec. – Zdradzisz mi coś więcej?

– Przeczytaj, a zrozumiesz. Moja pani kazała również przekazać ci od niej serdeczne pozdrowienia. Oraz przeprosiny za to, jak niegodziwie cię potraktowała. Wiedz, że mimo tego, co się stało, z niecierpliwością czeka na twój powrót do Aten. I ośmiela się liczyć na przebaczenie.

– Zaczynam się domyślać, kto cię tu przysłał…

– Resztę powie ci list. Na mnie już pora.

To powiedziawszy, mężczyzna ukłonił się i nie czekając na pożegnanie, szybkim krokiem opuścił tawernę.

Menander przyglądał się tabliczce z bezpiecznej odległości. Wahał się, czy w ogóle po nią sięgnąć. Dwukrotnie już uwierzył w szczerość tej niewiasty. Lgnął ku niej ze straceńczym uporem, niczym ćma mknąca do płomienia. I podobnie jak ćma, dwukrotnie się sparzył. Czy zaryzykuje trzecią próbę? Tylko głupiec wierzy w lojalność hetery, pomyślał, nagle poirytowany. Tylko głupiec może liczyć na jej stałość. Czy tym właśnie jestem? Głupcem?

Potem zaś przypomniał sobie upojne chwile spędzone ze Szmaragdowooką. Noce pełne ekstazy, podczas których po wielokroć wykrzykiwał jej imię. Elektryzujący dotyk rąk o zgrabnych, długich palcach. Słodycz pocałunków, składanych na całym ciele, nie omijających żadnego zakamarka. Wilgoć jej sromu, zawsze chętnego, by przyjąć go w sobie… Oddech Menandra przyspieszył. Uświadomił sobie, że jego męskość pręży się w erekcji, mocno wybrzuszając tunikę. Dobrze, że siedział za stołem, inaczej byłoby to widoczne dla wszystkich, z dyskretną służką na czele… Niecierpliwym ruchem odsunął na wpół zapisany papirus. Nie miał teraz do tego głowy. Leżąca na blacie tabliczka kusiła go, przyciągała ku sobie, domagała się uwagi… W końcu poeta uległ. Sięgnął po nią i przyjrzał się z bliska. Od brzegu po brzeg pokryta była równym, bardzo eleganckim pismem. Zupełnie innym niż jego własne bazgroły.

Pogrążył się w lekturze. Z pewnym zaskoczeniem stwierdził, że Fojbiane potrafi układać piękne i potoczyste frazy, mające w dodatku sporą moc przekonywania. Choć jego umysł bronił się przed jej argumentami, próbami wyjaśnienia i usprawiedliwienia postępków, które z pewnością nie zasługiwały na przebaczenie, to jednak serce zaczęło mocniej bić mu w piersi. Czy dać tej znajomości jeszcze jedną szansę? Głupiec, głupiec, głupiec, powtarzał sobie w myślach, coraz bardziej zagubiony i bezradny. A jednak list odniósł swój skutek. Gdy odłożył go po trzecim przeczytaniu, miał w głowie tylko zamęt.

Znów zalała go fala wspomnień. Hetera dyszy pod nim, wstrząsana każdym jego pchnięciem, więzi mu biodra w uścisku silnych ud… Uszminkowane usta oplatają członek, język przesuwa się po żołędzi, dłonie bawią się jądrami… Fojbiane leży na plecach, z szeroko rozchylonymi nogami, masturbuje się na jego życzenie… Wzwód stał się niemal bolesny. Widok jej krągłego tyłka, gdy nabija się nim na penisa… Menander otarł pot z czoła. Mimo bryzy znad morza duchota stawała się nie do zniesienia. Kilkoma haustami wypił całe wino. Nic już dzisiaj nie napiszę, stwierdził, nie mam do tego głowy. Jedyne, na co miał ochotę, to…

 Ze swego miejsca przy szynkwasie służąca dostrzegła, że poeta opróżnił swój kubek. Od kilku dni stołował się w tawernie razem ze starszym, łysawym towarzyszem. Byli dobrymi klientami, płacili srebrem. Czym prędzej więc zbliżyła się do młodzieńca z dzbanem. Kiedy nalewała mu wina, podniósł na nią spojrzenie. Jest całkiem przystojny, pomyślała. Przystojny, zamożny i uczony. Z pewnością to jakaś ważna persona.

Jest całkiem ładna, pomyślał Menander. Długie włosy w kolorze słomy, okrągła, miła twarz, jasna cera, delikatne rumieńce na policzkach. Oczy w barwie przypominającej spokojne morze. I peplos sugerujący ukryte pod spodem apetyczne krągłości. Bez wątpienia pochodziła z plemienia Dorów, których wielu wciąż żyło na Eginie, mimo długotrwałej jońskiej dominacji. Poeta wahał się chwilę przed zadaniem pytania. Ponieważ jednak nadal stała nad nim, przyglądając mu się z jawnym zainteresowaniem, wreszcie zdobył się na śmiałość.

– Jak ci na imię, moja droga?

– Galatea, panie.

– „Biała niczym mleko”. Ładnie, pasuje do ciebie.

Służka zarumieniła się znacznie mocniej.

– Powiedz mi, Galateo – pochylił się ku niej konfidencjonalnie i zniżył głos do szeptu. – Wynajmujecie może pokoje na piętrze? Jestem dziś wyjątkowo strudzony. Upał, pisanie i wino to wyczerpująca mieszanka. Chętnie położyłbym się na parę klepsydr…

– Mamy komnaty dla gości – skinęła głową. – Jedna jest akurat wolna…

– Zaprowadzisz mnie do niej?

– Bardzo chętnie, panie… lecz nie mogę pozostawić sali. Klienci…

– Nie ma ich tak znowu wielu. – Menander nie odrywał wzroku od dziewczyny. – Zresztą, niedługo będziesz tu z powrotem. Chyba że zmienisz zdanie.

– Nie wiem, czy to się godzi… Mój ojciec będzie zły…

– Wtedy będziemy się tym martwić – odparł, podnosząc się od stołu. Zgarnął z blatu kartki papirusu i wsunął je pod pachę. – Na razie zaś korzystajmy z życia!

Gdy udawali się na piętro, na stole wciąż leżała zapisana drobnym pismem tabliczka.

* * *

Granica między Akarnanią i Epirem nie była zaznaczona w żaden wyraźny sposób, więc nie od razu zorientował się, że przebywa już w królestwie rządzonym twardą ręką Olimpias. Od trzech dni mozolnie parł na północ, powłócząc nogami i często przystając, by złapać oddech. Spał gdzie popadło, zwykle w przydrożnych rowach lub w kępach krzaków, których suche liście chroniły go przed palącym słońcem. Pił wodę ze strumieni, ale doskwierał mu coraz dotkliwszy głód. Nie miał przy sobie ani obola, więc ciepły posiłek czy miękkie łoże w gospodzie pozostawały w sferze marzeń. Polować nie potrafił, zresztą i tak nie miał łuku ani włóczni. Objadał z owoców napotkane drzewa, wykopywał spod ziemi nadające się do spożycia korzenie. To było jednak zbyt mało, by przywrócić mu nadwątlone siły.

 Był brudny, zakrwawiony, w poszarpanej tunice, coraz bardziej przypominającej łachmany. Wyglądał jak żebrak, który w dodatku padł ofiarą brutalnego napadu. Cuchnęło od niego. Zauważał to jedynie wtedy, gdy inni wędrowcy, których spotykał na trakcie, omijali go z odrazą, ostentacyjnie szerokim łukiem. Gdybyście wiedzieli, myślał wtedy z gniewem, gdybyście byli świadomi, kim tak pogardzacie… Gdybyście ujrzeli mnie przed kilkoma raptem tygodniami, w pyszniącej się bielą i złotem szacie… Jestem synem Apollina, głupcy. A wy jesteście nędznymi robakami, niewartymi nawet tego, bym zdeptał was podeszwą sandała.

Jego gniewowi brakowało wszakże dawnej intensywności i czystości. Owa emocja osłabła, tliła się tylko niczym płomień w niepodsycanym długo ognisku. Coraz trudniej było mu też myśleć o sobie jako o synu Apolla. Czy półbóg dałby się potraktować tak, jak uczynił to kupiec Jobates i jego przyboczni najemnicy? Zbiorowy gwałt był czymś więcej niż krzywdą zadaną ciału. Był ciosem wymierzonym w dumę Kritiasa, w samo sedno jego osobowości. Co noc w snach przeżywał tamten koszmar na nowo. Unieruchomiony w silnym uścisku, zmuszony do pochylenia się i wypięcia pośladków, z zapaskudzoną szmatą wciśniętą w usta, by stłumić krzyki i błagania o litość, czuł, jak gruby i twardy penis Jobatesa zagłębiał się w jego trzewiach. Jak rozdzierał je i patroszył go od wewnątrz. Budził się z pełnym cierpienia jękiem, poniżony i obolały. Do samego rana nie mógł zmrużyć oka.

Z bezsilnym uporem przeklinał kupca, ciskał w niego najgorsze zaklęcia, życząc mu wszelkich klęsk i niepowodzeń. Kiedyś uczyniłby wszystko, by zemścić się na tym niegodziwcu. Dziś marzył już tylko o jednym: o bezpiecznym schronieniu, który mógł mu zapewnić dwór w królewskim Passaronie. Tam zaspokoi głód, obmyje się z plugastwa, wyleczy rany. I może w końcu nauczy się śnić bez koszmarów.

Wlókł się więc drogą prowadzącą wybrzeżem Zatoki Ambrakijskiej i nawet nie zauważył, kiedy opuścił na wpół dziką Akarnanię i wkroczył do Epiru. Kraj ten również nie uchodził za zbyt cywilizowany, większych miast było w nim niewiele, a większość jego obszaru zajmowały łańcuchy górskie i dziewicze lasy. Droga wydawała się równie podła jak na południu, a jak okiem sięgnąć, nie sposób było dostrzec przy niej żadnej tawerny. Może to i lepiej, pomyślał Kritias. I tak nie miał czego szukać w takich miejscach. Przynajmniej niewielu ujrzy jego opłakany stan.

W końcu jednak napotkał ludzi – i to od razu zbrojnych. Przed sobą ujrzał cwałujących w jego stronę kawalerzystów. Kurz, jaki wzbijał się spod końskich kopyt, sprawił, że z początku miał kłopot z ich policzeniem. Gdy się zbliżyli, okazało się, że oddział liczył sześciu żołnierzy. Mimo panującej spiekoty mieli na sobie ciężkie, wojskowe płaszcze, hełmy z końskimi kitami, a dowódca – posrebrzany napierśnik. Kritias spodziewał się, że miną go i zostawią w spokoju, lecz okazało się inaczej. Jeźdźcy zrównali wierzchowce i podążali obok siebie, tak że zatarasowali całą drogę. Opuścili włócznie, celując nimi w pierś kapłana. Zatrzymał się i spojrzał na nich z irytacją. Gdyby wiedzieli…

– Kim jesteś, nędzarzu? – zapytał dowódca. – Czemu podążasz tą drogą? Wiedz, że nie potrzebujemy tu żebraków ani innego tałatajstwa. Jeśli nie masz ze sobą towaru na handel ani rzemiosła, które pozwoli ci się utrzymać, lepiej zawróć teraz, nim oćwiczymy cię drzewcami!

Od czasu, gdy uciekł z Delf, Kritias doświadczył wielu upokorzeń. Ale jeszcze nikt nie przemawiał do niego z taką pogardą i lekceważeniem! Poczuł, że ogarnia go coraz silniejsze rozdrażnienie.

– Jestem wolnym Hellenem – odparł powoli, prostując się tak, by pomimo brudu i zniszczonego odzienia wyglądać jak najbardziej godnie. – I podróżuję gdziekolwiek zechcę. Nie możecie mnie zatrzymywać bez wyraźnego powodu.

Kawalerzyści wybuchnęli śmiechem. Groty ich włóczni drżały, gdy próbowali opanować wesołość. Największy ubaw miał ich oficer.

– I tu się mylisz, biedny głupcze – rzekł w końcu. – Rozkazy, które otrzymaliśmy, są jednoznaczne. Mamy patrolować granice królestwa i zawracać z nich niepożądanych „gości”. – Słowo to wymówił z wyraźną kpiną. – Biedaków żebrzących o obole, zbiegłych niewolników, nazbyt przechodzone dziwki. A także szpiegów. Ostatnimi czasy Antypater przesyła nam ich całe hordy. Są bardziej irytujący niż komary. Jedyne, co mnie zastanawia, to kwestia, do której kategorii się zaliczasz.

– Z pewnością nie do dziwek – wtrącił drugi z jeźdźców. – Chyba że bardzo przechodzonych!

Oddział ryknął zgodnym rechotem. Kritias czuł, jak jego policzki płoną. Zacisnął dłonie w pięści. Zdawał sobie jednak sprawę, że nie może pozwolić, by kierował nim coraz silniejszy gniew. Skupił się zatem na wypowiedzi dowódcy, starając się z niej wydobyć najważniejsze fakty.

– Czy dobrze usłyszałem, że powiedziałeś „królestwo”? – upewnił się. – Nie słyszałem, by w Akarnanii znajdowało się jakieś państwo rządzone przez króla. Czy to możliwe, bym znajdował się już w Epirze?

Oficer zdołał w końcu przestać się śmiać. Skinął głową.

– Nie inaczej. Ta droga wiedzie do Ambrakii. Mówię ci to, bo i tak jej nie zobaczysz. Pora zawracać, nędzarzu. Dostarczyłeś nam trochę rozrywki, więc unikniesz lania, jakie moglibyśmy ci sprawić. Ale nie nadużywaj naszej cierpliwości.

Kapłan uśmiechnął się. Czuł, że wreszcie odzyskuje kontrolę nad swoim życiem. Kontrolę, którą stracił w dniu, gdy został przegnany z Delf.

– Niestety, nie mogę zawrócić. Mam ważny meldunek dla królowej Olimpias. Zapewniam was, nie chcecie mi w żaden sposób przeszkadzać w jego dostarczeniu. Wasza pani byłaby doprawdy niepocieszona…

Dowódca patrolu zbladł. Powodem nie był jednak lęk przed Kritiasem.

– Jak śmiesz wymawiać imię naszej królowej tymi parszywymi ustami?! – ryknął, po czym zeskoczył z końskiego grzbietu. Wbił włócznię w ubitą ziemię drogi, rzucił wodze jednemu z żołnierzy, sam zaś ruszył w stronę kapłana. – Nauczę cię szacunku, łachmaniarzu…

– Nie nauczysz – odparł Delfijczyk, jeszcze wyżej podnosząc głowę. – Chyba że pragniesz skończyć na krzyżu.

Oficer unosił już ręce do szyi kapłana, gdy ten rzucił jedno słowo:

– Samotraka!

Na twarzy żołnierza odmalował się autentyczny i głęboki szok. Oto bowiem żebrak, którego zamierzał porządnie obić, wypowiedział tajemne hasło. Władczyni Epiru zdradziła je wyższym oficerom w swojej armii. Rozkazała także udzielić wszelkiej pomocy człowiekowi, który by się nim posłużył. Bez względu na jego wygląd czy zachowanie mieli obowiązek traktować go jako wysłannika i agenta królowej. Dowódca opuścił ręce i cofnął się o krok.

– Znasz tajemne słowo – rzekł wciąż nieufnie. – Skąd jednak mogę wiedzieć, że gdzieś go nie zasłyszałeś? Albo że nie zgładziłeś prawdziwego powiernika naszej pani, by się pod niego podszyć?

– To prawda, nie możesz mieć pewności. Ale wkrótce przekonasz się, jaka jest prawda. Żądam, byś wraz ze swoimi ludźmi odeskortował mnie do Passaronu. Jeśli królowa rozpozna we mnie swego człowieka, zostaniesz nagrodzony. Jeśli nie, poniosę stosowną karę, a tobie nikt nie będzie mógł czynić wyrzutów. Wypełniałeś tylko rozkazy.

Oficer był rozsądnym człowiekiem. Po krótkim namyśle skinął głową. Zaraz jednak spojrzał krytycznie na Delfijczyka.

– Nie możesz tak stanąć przed obliczem naszej władczyni.

– W pełni się zgadzam. Zatrzymamy się na noc w Ambrakii. Tam skorzystam z najlepszej łaźni, zjem sutą wieczerzę i porządnie wyśpię się w miękkim łożu. Zbyt dawno nie korzystałem już z tych drobnych przyjemności. Ty zaś kupisz mi chiton z przedniego jedwabiu, biały, haftowany złotą nicią. Nie obawiaj się. Gdy już obejmę należne mi miejsce na królewskim dworze, z nawiązką zwrócę ci wszystkie wydatki.

– Zgodnie z rozkazem. Jak mam się do ciebie zwracać, panie?

– Na razie niech będzie Apollonius. Swą prawdziwą tożsamość zdradzę dopiero w Passaronie. A teraz zdobądź mi wierzchowca. Nie będę szedł do Ambrakii pieszo.

– Glaukos, z konia! Oddasz go panu Apolloniusowi.

– A na czym ja mam jechać? – zaprotestował żołnierz. Mimo to wykonał polecenie i zeskoczył na ziemię.

– Pójdziesz spacerkiem. Byle nie za wolnym. Do wieczora masz być w mieście.

Nareszcie odmiana losu, pomyślał Kritias, obejmując udami końskie boki. Z pomocą Olimpias odzyskam dawną pozycję i wszystko, co mi odebrano. Znów będę godnym synem Apolla, półbogiem pośród ludzi. Najpierw wywrę zemstę na tych, co mnie skrzywdzili. Potem wyrzucę to z pamięci. Półboga nie można pobić ani zgwałcić. Dopiero wtedy będę mógł naprawdę znowu stać się sobą.

* * *

W nocy spadł na Ateny obfity deszcz, jeden z niewielu w tym roku. Nazajutrz więc było nie tylko gorąco, ale i parno. Idąc z domu Menandra na Akropol, Demetriusz spocił się, mimo że przywdział lekką i przewiewną tunikę. Niestety, rada tymczasowa obrała sobie na miejsce urzędowania świątynię Nike Bezskrzydłej, położoną na świętym wzgórzu. Strategejon byłby pewnie bardziej praktycznym miejscem dla zwoływania posiedzeń, ale po pierwsze, od pewnego czasu źle się kojarzył, a po drugie, pełnił obecnie rolę więzienia dla obalonego tyrana.

Młodzieniec stawił się przed świątynią o umówionej porze, dwie klepsydry po wschodzie słońca. Czekał tam na niego Hiperejdes. Uśmiechnął się na widok dawnego kochanka i uścisnął go mocno na powitanie, jakby ich romans nie stanowił już tylko zamierzchłej przeszłości.

 – Jak widzisz, miałem rację, Demetriuszu – rzekł pogodnym tonem. – Spotykamy się w bardziej fortunnych okolicznościach niż ostatnim razem.

– Przynajmniej dla niektórych – odparł z rezerwą Falerończyk. Zaraz jednak dodał: – Cieszę się, że jesteś cały i zdrowy. Słyszałem, że walczyłeś w pierwszym szeregu z najemnikami mego ojca. Nie powinieneś był tak ryzykować. Masz już swoje lata, Hiperejdesie.

– Ha! Przyjdź do mnie w odwiedziny dziś po zmroku, a udowodnię ci, że wciąż jestem pełen wigoru! Wypijemy najsmakowitsze wino i raz jeszcze spoczniemy na wspólnym posłaniu.

– Zaszczycasz mnie tym zaproszeniem, lecz muszę odmówić. Wieczorem udaję się do Pireusu. Odpływam ostatnim statkiem, wychodzącym w morze przed nocą.

– Chyba masz słuszność, Demetriuszu, odrzucając moje awanse. Jak mawiał Heraklit, nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki. Mimo to wiedz, że zawsze z rozkoszą wspominam czas, który spędziliśmy razem. Zdradzisz mi, gdzie się udajesz?

– Najpierw na Eginę. Menander i Aratos czekają tam na mój powrót. A potem? Jeszcze nie wiem. Czuję jednak, że muszę na jakiś czas opuścić Ateny. Wiąże się z nimi zbyt wiele mrocznych wspomnień. Niekiedy mam wrażenie, że po ulicach naszego Miasta kroczą duchy. Niektórym z nich wciąż nie potrafię stawić czoła.

Starszy mężczyzna wzdrygnął się i wykonał dłonią gest chroniący przed złem.

– Chodźmy – zaproponował. – Wszyscy już się zgromadzili. Są ci przychylni, lecz nie każmy im czekać.

W głównej sali świątyni ustawiono długi stół, za którym zasiadali członkowie rady tymczasowej. Po chwili dołączył do nich również Hiperejdes. Przy osobnym stole, ustawionym z boku, zajmował miejsce macedoński ambasador. Dla młodzieńca nie było żadnego krzesła. Stanął więc na środku sali, przed obliczem rządzących Atenami mężów.

– Witaj Demetriuszu, synu Dionizjusza – zaczął formalnym tonem Fokion. – Gruntownie rozpatrzyliśmy twoją sprawę i stwierdziliśmy, co następuje. Nie jesteś w żadnym stopniu winny czynów, które popełnił twój ojciec. Nie zostaniesz zatem oskarżony o współudział w zaprowadzeniu tyranii. Co więcej, dołożyłeś starań, by odwieść arcystratega od jego zamiarów, zgodnie z rozkazem, który otrzymałeś ode mnie i Demadesa. Kiedy stało się jasne, że twa misja zakończy się porażką, ryzykowałeś życiem i zdrowiem, by ocalić obecnego tu Demostenesa oraz jego córkę. Próbowałeś również uratować arcykapłankę Artemidy z sanktuarium na Eginie. Odniosłeś w jej obronie ciężkie obrażenia. Biorąc to wszystko pod uwagę, zdecydowaliśmy o przyznaniu ci oliwnego wieńca w uznaniu licznych zasług dla Aten. Wieść o twym wyróżnieniu zostanie ogłoszona w teatrze, a także na wszystkich placach Miasta. Nie pozwolimy, by postępki ojca skalały również twoje imię.

Demetriusz podziękował członkom rady skinieniem. Fokion jednak mówił dalej:

– Zgodnie z naszym prawem obywatel skazany za zbrodnię uzurpacji władzy i tyranii oddaje nie tylko życie. Konfiskowany jest również cały jego majątek. Byłoby to jednak niesprawiedliwe wobec ciebie, bohatera Aten. Dlatego też powzięliśmy taką oto decyzję: bez względu na wyrok, jaki na twego ojca wyda Areopag, trzecia część jego majątku zostanie wyłączona spod konfiskaty. Będziesz mógł wybrać ziemie oraz niewolników, którzy pozostaną twą własnością. Ten majątek pozwoli ci utrzymać standard życia należny członkowi tak dumnego rodu.

Starzec umilkł. Młodzieniec poczuł, że przyszła pora na jego słowa.

– Jesteście bardzo łaskawi – zaczął – lecz nie chcę i nie mogę przyjąć tego, co oferujecie. Czyny mego ojca doszczętnie splamiły imię Falerończyków. Jeśli mam przywrócić mu dawny blask, muszę rozpocząć od nowa. Zbudować coś własnego, co nie będzie obciążone bagażem mrocznej przeszłości. Dlatego proszę was, dostojni mężowie, by część majątku, którą chcieliście mi zostawić, została sprawiedliwie rozdzielona między dzieci ofiar arcystratega. Nie zdołam w żaden sposób naprawić ich krzywd, ale mogę przynajmniej zapewnić im godziwą egzystencję.

– To bardzo szlachetne z twojej strony – odparł powoli Demostenes. Podjęta przez Demetriusza decyzja najwyraźniej mile go zaskoczyła. – Lecz z czego ty zamierzasz się utrzymać?

– Otrzymałem dobre wykształcenie w szkole Arystotelesa i Teofrasta. Fechtunku uczyli mnie Kassander z Ajgaj i Aratos z Hierapytny. Mogę być zarówno skrybą czy retorem, jak i najemnikiem. Myślę, że dam sobie radę.

– Młodzieńcza lekkomyślność – rzucił lekceważąco Demades. – Ale skoro taka właśnie jest twa wola, zrobimy tak, jak sobie życzysz.

– Mam tylko jedną prośbę. O zmierzchu opuszczam Ateny. Zapewne na długo. Przedtem chciałbym zobaczyć się z moim ojcem. Pomówić z nim po raz ostatni. Czy rada przyzna mi tę łaskę?

Nastała długa cisza. Sędziwy Fokion pochylił głowę i unikał spojrzenia Demetriusza. Demostenes znów wyglądał na zaskoczonego, tym razem niemiło. Hiperejdes skrzywił się, jakby skosztował czegoś, co nie trafiło w jego gust. W końcu przemówił Demades. Spośród czterech członków rady tylko jego nic nie łączyło z młodzieńcem. Nie zawdzięczał mu ani życia, ani rozkosznych wspomnień. Dlatego też łatwiej zdobył się na odpowiedź:

– Na Dionizjuszu spoczywają ciężkie zarzuty. Dlatego przetrzymywany jest w całkowitym odosobnieniu. Nie ma prawa przyjmować gości. Rada nie widzi powodu, by czynić wyjątek dla ciebie.

Falerończyk patrzył po kolei na każdego z ateńskich mężów, szukając u nich wsparcia. Otrzymał je jednak z najmniej spodziewanej strony.

– Och, skończcie z tymi bredniami – warknął zza swego stołu macedoński ambasador. – Syn chce się spotkać z ojcem, zanim tamten umrze. Czy to naprawdę aż tak wielka niespodzianka? Bardziej zdziwiłbym się, gdyby o to nie poprosił. Bądźcie ludźmi, do kurwy nędzy.

– Nie możemy ryzykować… – próbował wtrącić Demostenes.

– Ryzykować czego? – Meleager nie pozwolił mu skończyć. – Że chłopak powyrzyna dwudziestu strażników i uwolni złego tyrana? O to trzęsiecie chitonami? Na Zeusa! Sprawujecie pełną kontrolę nad Miastem. Nikt wam już tego nie odbierze. Podobnie jak zemsty na Dionizjuszu. Sądzę więc, że możecie sobie pozwolić na luksus pierdolonej przyzwoitości.

– Jego ekscelencja przemawia twardymi słowami, lecz odnajduję w nich słuszność – rzekł koncyliacyjnie Hiperejdes. – Myślę, że wizyta u ojca to najskromniejsza z możliwych nagród. Odmawiając jej, nie bylibyśmy godziwymi ludźmi. Czyż nie mam racji, Fokionie?

Sędziwy strateg poruszył się na krześle. Uniósł głowę i spojrzał wreszcie w oczy Demetriusza.

– Masz absolutną rację. Ambasador przypomniał nam o czymś, co zbyt często nam umyka. Tak, będziemy przyzwoici. Możesz iść do Dionizjusza, drogi chłopcze. Każdy syn powinien mieć do tego prawo.

Młodzieniec ukłonił się Ateńczykom, a następnie zwrócił się w stronę macedońskiego dyplomaty. Kiedy pochylał przed nim głowę, dostrzegł, że na wargach Meleagra błądzi chytry uśmieszek. Nie miał wszakże głowy do tego, by się nad tym teraz zastanawiać. Czekało go jeszcze jedno, najtrudniejsze zadanie.

* * *

Menander ułożył się wygodnie na plecach, z dłońmi splecionymi pod głową i szeroko rozchylił nogi. Spod na wpół przymkniętych powiek obserwował kochankę, która uklękła między jego udami. Nie miała na sobie nic z wyjątkiem naszyjnika, na który nawleczone były małe morskie kamyczki, w barwie dobrze komponującej się z jej oczami. Trudno mu jednak było skupić się na tym porównaniu. Spojrzenie bowiem samoistnie spływało z naszyjnika w dół, na najbardziej uroczą parę piersi, jakie dane mu było oglądać od… Przynajmniej od czasu, gdy po raz drugi zerwała z nim Szmaragdowooka.

Muszę przestać o niej myśleć, gdy jestem z Galateą, upomniał się w duchu. Córka właściciela najlepszej tawerny na wyspie nie zasługiwała na to, by odpływał myślami w stronę innej. Tym bardziej że sama była ze wszech miar godna uwagi. Skupił się w pełni na podziwianiu jej biustu. Ten kołysał się powoli w rytmie, jaki nadawały ruchy jej rąk. Jedną obejmowała mu trzon penisa. Przesuwała ją w górę i w dół, sprawiając, że całe biodra poety drżały. Drugą pieściła jądra. Delikatnie, lecz z coraz większą biegłością. To była już ich czwarta schadzka i za każdym razem uczyła się nowego sposobu, by sprawiać mu rozkosz. Był pełen podziwu dla jej pomysłowości i chęci próbowania nowych rzeczy. Uważał, że byłaby świetnym materiałem na heterę. Jednak nigdy jeszcze nie zdobył się na to, by powiedzieć to dziewczynie wprost. Obawiał się, że mogłaby opacznie zrozumieć taką pochwałę.

Nie tylko piersi miała godne uwagi, lecz z miejsca, w którym obecnie się znajdował, najłatwiej było podziwiać właśnie je. By zobaczyć więcej, wsparł się na łokciach i uniósł nieco wyżej. Popatrzył na lekko wypukły brzuch, a potem jeszcze niżej. Choć Galatea klęczała na złączonych udach, mógł dostrzec niewielką kępkę włosów porastających jej wzgórek łonowy. To wystarczyło, by całkiem się spłoniła. Przywykła już do tego, że łapczywie gapi się na jej biust, ale wciąż wprawiało ją w zawstydzenie, gdy interesował się innymi, równie pasjonującymi zakamarkami jej ciała. Zapewne po to, by uniemożliwić mu dalszą obserwację, pochyliła się do przodu. Jasne włosy rozsypały się po brzuchu Menandra, zasłaniając naprawdę upragniony widok. Musiała mu zatem wystarczyć bujna wyobraźnia. Poczuł, jak usta kochanki obejmują żołądź, a język zaczyna podrażniać sam jej czubek. Wciąż także masowała go rękoma. Westchnął błogo. Po raz kolejny przekonał się, że znalazł na Eginie najprawdziwszy skarb.

Jak dotąd ojciec Galatei nie okazał gniewu, przed którym go ostrzegała. Choć nie wyraził wprost zgody na ich spotkania, całkiem umiejętnie przymykał oko na fakt, że jego córka, będąca zarazem jedną z trzech kelnerek w tawernie, co pewien czas znikała na piętrze – i to z mężczyzną. Wydawało się, że nie ma nic przeciwko ich znajomości – przynajmniej tak długo, jak długo poeta płacił za posiłki oraz wino dobrym srebrem i dawał hojne napiwki. Konkurencyjny lokal na nabrzeżu całkiem otwarcie był również burdelem. Na ile mógł ocenić, tutaj nie prowadzono podobnej działalności. A zatem córka właściciela musiała go naprawdę lubić. A sam rodziciel wykazywał się daleko idącą tolerancją. Menander niezbyt wiedział, co ma o tym myśleć, więc w końcu postanowił nie tracić więcej czasu na to zagadnienie. Zdecydowanie wolał poświęcić go dziewczynie. Oraz ich wspólnym poszukiwaniom na polu cielesnych rozkoszy.

Blondynka uniosła nieco głowę i posłała mu uważne spojrzenie spod grzywki. Sprawdzała, czy jej zabiegi przynosiły skutek. Wyraz jego twarzy musiał być wystarczająco wymowny, bo na powrót pochyliła się nad jego podbrzuszem. Wargi znowu objęły żołądź. Tym razem pochłonęły ją całą i sięgnęły trzonu. Poeta jęknął z przyjemności.

Pieściła go w ten sposób przez pewien czas. Gdy w końcu poczuł, że dłużej nie wytrzyma, położył dłoń na jej włosach. Zrozumiała gest i wypuściła go z ust. Uśmiechnął się do niej i zapytał:

– Jak chcesz się dzisiaj kochać?

Zdawała się nieco zmieszana, lecz wiedział, że to tylko gra. Miała szczerą ochotę, by nauczył ją czegoś nowego. Był przecież jej mężczyzną z wielkiego Miasta, obytym, wykształconym i biegłym, tak w pisaniu, jak i w sztuce miłości. Przy pierwszym spotkaniu zaimponował dziewczynie, układając na jej cześć zgrabny epigramat. Nie sprawiło mu to najmniejszej trudności, lecz dla Galatei był to pierwszy utwór poetycki, jaki otrzymała w darze. Potem wymuszała na nim kolejne zaimprowizowane dziełka. On zaś z chęcią ulegał. Zdawał sobie bowiem sprawę, że drobny wysiłek dla umysłu zaowocuje królewską nagrodą dla ciała.

– Pokaż mi… – zawiesiła na moment głos, by nie uznał jej za zbyt łatwą, co zresztą było, zważywszy na okoliczności, narzucającym się osądem. – Pokaż mi, jak jeszcze robicie to w Atenach.

Uwielbiał, gdy to mówiła. Jej poprzedni kochankowie, a tacy z pewnością byli, bo poeta mógł przysiąc, że to nie on pozbawił ją dziewictwa, najwyraźniej nie wykazali się w tym względzie szczególną fantazją. Gdy pierwszy raz trafił z nią do pokoju na piętrze, znała tylko najbardziej powszechną, tylną pozycję. Choć Menander doceniał jej liczne walory, do których zaliczała się choćby możliwość studiowania pupy swej wybranki, to jednak szybko uświadomił Galatei, że nie jest to jedyny sposób. Zareagowała na tę nowinę z typowym dla siebie entuzjazmem, ale i niedowierzaniem. By udowodnić własne słowa, położył ją na plecach, a potem wsunął się na nią. Kochali się twarzami do siebie, wymieniając liczne pocałunki i pieszczoty. Tak się w tym zapamiętali, że o mały włos nie skończył głęboko w jej pochwie. Wysunął się w ostatniej chwili, by wytrysnąć na jej brzuch i piersi.

Od tamtej chwili przy każdym spotkaniu oczekiwała, że wprowadzi coś nowego. Na szczęście Menander miał dobrą nauczycielkę, która przekazała mu wiele użytecznych sztuczek. Dlatego wciąż ją zaskakiwał. Teraz prosiła go o kolejną niespodziankę. Zastanowił się, co wybrać.

– Dziś to ty mnie poujeżdżasz – postanowił wreszcie. – Jak dotąd zawsze to ja byłem na górze… Myślę, że to głęboko niesprawiedliwe. Przyszła pora, byś i ty dowiedziała się, jakie to uczucie.

– Nie wiem, czy dam radę…

– Oczywiście, że dasz. – Mówiąc to, z powrotem ułożył się na plecach. Jego członek unosił się niemal pionowo. – Ukucnij nad nim i nabij się powoli. Nie bój się, to ty zdecydujesz, jak szybko i głęboko wejdzie.

Miał w tym oczywiście swój sekretny interes. Kucając nad nim w rozkroku, musiała szeroko rozchylić nogi, prezentując wszystko to, co zwykle próbowała jak najskrzętniej ukryć. Kiedy i do niej to dotarło, zaczęła oponować. On jednak nie zamierzał zmieniać planów. Udając irytację, zmarszczył brwi i rzucił, umiejętnie modulowanym, surowym tonem:

– Galateo, bądź posłuszna. Nie zmuszaj mnie, bym sięgnął po pas.

Oboje wiedzieli, że nie spełniłby swej groźby. Wystarczył wszak jeden krzyk dziewczyny, by do pokoju wpadł jej ojciec wraz z grupą niewolników. Menander wiedział jednak, że blondynkę podnieca jego stanowczość. Dlatego z chęcią odgrywał rolę kochanka-tyrana. Ona zaś nieodmiennie ulegała, udając, że czyni to z lęku przed biciem.

Nie tracąc więcej czasu na protesty, wsunęła się na jego biodra. Kucnęła nisko nad nimi, ukazując mu łono w całej okazałości. Nie próbowała nawet zasłaniać się dłońmi. Poeta chwycił członek i nakierował go na jej zaróżowiony srom. Dziewczyna zaczęła się powoli opuszczać. Obnażona żołądź wciąż ociekała jej śliną. Z łatwością wniknęła między wargi. Galatea zamknęła oczy, nie przerywając jednak ruchu. Zatrzymała się dopiero wtedy, gdy jej pochwa pochłonęła całego penisa, aż po nasadę.

– Uklęknij teraz po obu stronach mego ciała – instruował ją cierpliwie, choć podniecenie bardzo mu to utrudniało. – Dłonie możesz oprzeć na mojej klatce piersiowej… A teraz przesuwaj się, w górę i w dół, do przodu i do tyłu.

Dziewczyna poruszała się zgodnie z jego słowami. Nagle uniosła powieki i posłała mu namiętne spojrzenie.

– To… działa… – szepnęła, a potem prędko oblizała wargi.

– O tak… na mnie też – odparł, wprawiając w ruch własne biodra.

Dłońmi gładził uda Galatei. Spoglądał to na jej twarz, na której rysowała się niewysłowiona błogość, to na podskakujące coraz szybciej piersi. Jej pochwa zaciskała się na nim silnymi skurczami. Miłosne soki kleiły mu włosy łonowe.

Blondynka w pełni korzystała z powierzonej przez Menandra władzy. Stopniowo przyspieszała tempo ich zbliżenia, wybierała takie ruchy bioder, które sprawiały, że penis pocierał najwrażliwsze miejsca. Uniosła ręce, przeczesała nimi włosy. Pożądanie sprawiło, że zapomniała o resztkach wstydu. A gdy poeta sięgnął między jej uda i jął pocierać łechtaczkę… Jęk, który dobył się z ust dziewczyny, słyszano pewnie na końcu portowego molo. A może i w Atenach.

Menander pozwalał jej cieszyć się nowymi doznaniami. Galopując nad nim, szczytowała co najmniej dwa razy, co obwieściła mu zarówno głośnymi pojękiwaniami, jak i silnymi skurczami mięśni. Sam wytrzymał najdłużej, jak tylko potrafił. Kiedy zrozumiał, że zaraz wybuchnie, chwycił kochankę za ręce i przyciągnął ku sobie, tak że położyła się na nim górną częścią ciała. Prędko obrócił ich na łożu i znalazł się nad Galateą. W błękitnych oczach dostrzegł czyste uwielbienie. Cofał się z niej, wstrząsany pierwszymi dreszczami orgazmu. Nie pozwoliła mu na to. Złapała rękoma za pośladki i z całych sił przycisnęła do siebie. Skapitulował. Stłumił krzyk rozkoszy głębokim pocałunkiem. A potem napełniał jej pochwę nasieniem.

Długo leżeli potem, mocno przytuleni. W końcu Menander wysunął się z niej i opadł na plecy, tuż obok. Patrzyli w sufit, czekając, aż uspokoją się ich oddechy.

– To było niezwykłe – powiedziała.

– W pełni się zgadzam.

– Musimy zaraz to powtórzyć!

– Może z wyjątkiem końcówki… Nie chcę ci robić kłopotów.

Posłała mu rozbawione spojrzenie.

– Musimy być ostrożniejsi – rzekł, zdumiony, że dziewczyna w ogóle potrzebuje wyjaśnień. – Zapewne nie uczyniłem cię tym razem brzemienną… ale igramy z ogniem.

– Wcale się tym nie przejmuję – odparła lekkim tonem. – W przyszłym miesiącu ojciec wydaje mnie za mąż. Za mężczyznę starszego o trzydzieści lat. Kupca, który zaopatruje go w wino. On zaś marzy o potomku, który przedłuży jego linię. Skoro mam już rodzić dzieci, wolę twoje niż jego. I tak nie zauważy różnicy.

– Jest to jakieś rozwiązanie – poeta zgodził się po chwili namysłu. – Ale nie boisz się skandalu? Gdy dowie się, że nie jesteś dziewicą…

– Nawet nie przyjdzie mu na myśl tego rozgłaszać. Musiałby się ze mną rozwieść. A jestem jedynym dzieckiem mojego ojca. Przez małżeństwo ze mną odziedziczy całą tawernę.

To miało sens. Menander uśmiechnął się, całkiem już odprężony. Pojął, że nic, co jeszcze razem zrobią, nie pokrzyżuje żadnych planów.

– W takim razie już wszystko rozumiem. Także naszą znajomość…

– Skoro moja cnota nie jest niezbędnym warunkiem umowy… korzystam z życia, póki jeszcze mogę.

– Nie powiem, bym zgłaszał jakiś sprzeciw.

Galatea podniosła się z łoża i dosiadła go okrakiem. Znów spojrzał na kształtne półkule jej biustu i zachwycił się nimi.

– Odpocząłeś? – spytała, ocierając się podbrzuszem o jego męskość. – Chcę, byś nauczył mnie jeszcze czegoś.

– Jesteś niezmordowana!

– Po prostu mam coraz mniej czasu. Muszę go dobrze wykorzystać.

– Gdzie się podziała ta niewinna dziewczyna, którą uwiodłem przed paroma dniami?

Nachyliła się nad nim i szepnęła:

– Ty mnie uwiodłeś? Byłeś mój od chwili, gdy pierwszy raz zjawiłeś się w tawernie…

– Nie powiem, bym zgłaszał jakiś sprzeciw – powtórzył, sięgając ku kołyszącym się nad jego twarzą piersiom.

* * *

Na pierwszy rzut oka Passaron nie robił najlepszego wrażenia. Drugi rzut oka niewiele zresztą pomagał. Stolica Epiru nie mogła się równać nie tylko z ogromnymi metropoliami południowej Hellady, ale nawet z miastami Macedonii, takimi jak Pella czy Amfipolis. Spoglądając z daleka, Kritias oceniał, że w obrębie niewysokich murów znajduje się co najwyżej trzysta w większości ubogich domów. Wśród nich znajdowało się kilka bardziej luksusowych rezydencji należących do arystokratów. Pałac królewski był po prostu przestronną, piętrową willą, położoną na ufortyfikowanym wzgórzu, nieopodal świątyni Zeusa Wojownika.

Kapłan i towarzyszący mu żołnierze przejechali przez bramę i ruszyli w stronę monarszej siedziby. Główna arteria komunikacyjna Passaronu była krętą, ziemną uliczką meandrującą wśród chaotycznej zabudowy. Z trudem zmieściłby się tutaj wóz. Dwa nie miałyby najmniejszych szans na wyminięcie. Agora wyglądała równie mało okazale: ciasny plac o nieregularnych kształtach mógł pomieścić co najwyżej kilkuset obywateli. Zresztą, zapewne większy nie był wcale potrzebny. Jedynym wyróżniającym się budynkiem było tutaj sanktuarium Afrodyty. Ze swoich poprzednich wizyt w mieście Delfijczyk wiedział, że kapłanki Zrodzonej z Piany ochoczo rozkładają nogi przed wiernymi w zamian za hojne ofiary. Z tego powodu świątynia cieszyła się sławą najlepszego burdelu w epirockiej stolicy.

Kiedy indziej pewnie zarządziłby postój i poszedł złożyć Afrodycie hołd w alkowie jednej z jej służek. Dziś jednak zdecydował się od tego powstrzymać. Miał bowiem nadzieję na wspanialszą zdobycz i nie chciał marnotrawić sił na pośledniejsze niewiasty. Na myśl o tej, która czekała nań w królewskim pałacu, poruszył się niespokojnie w siodle. Wspomnienie sprawiło, że jego krew momentalnie zaczęła wrzeć. Ledwie kilka razy zaprosiła go do swej alkowy… lecz za każdym przekonywał się, że koneserzy dojrzałych kobiet mieli świętą rację: były one bardziej namiętne niż jakakolwiek młódka. Stary król Filip okazał się głupcem, odsuwając ją od siebie, by zrobić miejsce dla kolejnych żon oraz konkubin, z których rzadko która miała więcej niż piętnaście wiosen. Jakże mogły konkurować z tą ognistą kochanką? Z jej wciąż wąską mimo kilku porodów pochwą, która obejmowała męskość Delfijczyka niczym mocno zaciśnięta dłoń? Z jej nieposkromioną żądzą, popychającą do wciąż nowych zbliżeń, nawet gdy Kritias opadał już z sił?

Którejś nocy tak go wymęczyła, że penis za żadne skarby nie chciał unieść się w kolejnej erekcji. Wezwała wtedy dwie niewolnice i kazała im pieścić go jednocześnie, tak długo, aż osiągnie zadowalający wzwód. Pierwsza wzięła jego przyrodzenie do ust i jęła ssać z wielkim kunsztem. Ale to druga okazała się skuteczniejsza. Rozchyliła pośladki kapłana i wtuliła się między nie twarzą. Jej język zaczął pocierać wejście do odbytu. Czynił to coraz mocniej, aż w końcu udało mu się sforsować ciasne wejście i wślizgnąć do środka. Kritias nigdy przedtem nie był stymulowany w taki sposób, stwierdził jednak, że wrażenie było wielce przyjemne. Trwało to pewien czas, ale w końcu dziewczęta odniosły sukces. Otarty i obolały członek stwardniał i naprężył się. Królowa natychmiast odprawiła niewolnice i pchnęła Delfijczyka na łoże. Po chwili ujeżdżała go gwałtownie i szybko, spoglądając mu w oczy i ostrzegając, by nie ośmielił się dojść przed nią…

Przełknął z trudem ślinę, która zebrała mu się w ustach. Zaprawdę, Olimpias była inna niż pośledniejsze kobiety. Tamtymi gardził, ją zaś darzył wielkim respektem, wykraczającym poza lęk przed przemożną władzą i bezwzględnością monarchini. Tylko jej pozwalał nad sobą dominować w alkowie. Rozkosz, jaką odczuwał, w pełni wynagradzała mu utratę kontroli. Sypiając z innymi niewiastami, preferował stosunki analne. Uważał, że jego nasienie jest zbyt cenne, by zapładniało pospolite śmiertelniczki. W przypadku królowej takie zastrzeżenie traciło swoją moc. Po pierwsze, minął już chyba czas, gdy mogła zajść w ciążę. Po drugie, nawet gdyby udało mu się uczynić ją brzemienną, nie byłoby w tym nic złego. Wszak wydała już na świat jednego półboga – zwycięskiego Aleksandra, zdobywcę Persji. Kolejny syn, zrodzony z lędźwi Delfijczyka, z pewnością dorównałby pierwszemu.

Gdy Kritias powrócił do rzeczywistości, jego orszak wjeżdżał właśnie na dziedziniec pałacu. Natychmiast podbiegła chmara stajennych, którzy zajęli się wierzchowcami kapłana oraz jego przybocznych. Oficer nie odstępował go na krok, bez wątpienia licząc na bogatą nagrodę, a przynajmniej zwrot poniesionych kosztów. Razem skierowali się do sali audiencyjnej królów Epiru. Ujrzeli przed jej wrotami gwardzistów, co znaczyło, że królowa zasiada właśnie na tronie i przyjmuje swoich poddanych. Zbrojni rozpoznali kapłana i pochylili głowy z szacunkiem.

W sali panował tłok i zaduch. Suplikantów usiłujących przedłożyć swoje sprawy pod osąd władczyni było wielu, zaś nieliczne okna nie zapewniały dostatecznej cyrkulacji powietrza. Z pomocą oficera Kritias zaczął przeciskać się przez ciżbę, uparcie zmierzając w stronę tronu. Między głowami stojących przed nim mężczyzn dostrzegł wreszcie zasiadającą na podwyższeniu królową. Miała na sobie czarny, głęboko wydekoltowany peplos bez rękawów. Jej przedramiona zdobiły srebrzyste bransolety, przywodzące na myśl wijące się węże. Mieniący się okruchami obsydianu naszyjnik spływał między piersi. Włosy miała upięte wysoko, tak by widoczny był diadem królewski na czole.

Tyle dostrzegł z oddali. Im bardziej zbliżał się do monarchini, tym mocniej uderzało go, jak bardzo postarzała się od chwili, gdy widział ją po raz ostatni. W czarnych niegdyś włosach pojawiły się siwe pasma. Zaciskające się na oparciach tronu dłonie przypominały szpony, a to za sprawą wychudzonych palców i długich, umalowanych na ciemnokrwisty kolor paznokci. Twarz zdawała się wysuszona, wydatne kości policzkowe wyglądały, jakby miały zaraz przebić cienką i bladą skórę. Nie zmieniły się tylko oczy. Ciemne i uważne, a zarazem nieodgadnione, przeszywające na wskroś spojrzeniem. Wielu bało się tych oczu. Nawet w Delfijczyku budziły one niepokój. Kiedy przebił się do pierwszego szeregu suplikantów, spoczęły na nim. Poczuł, jak dreszcz przechodzi mu po plecach. Olimpias uniosła dłoń, przerywając momentalnie mowę jakiegoś arystokraty, opowiadającą o zatargu z sąsiadem.

– Kritiasie – powiedziała niskim, zmysłowym, lekko ochrypłym głosem. – Widzę, że wciąż potrafisz zaskoczyć. Doszły mnie słuchy o tym, co stało się w Delfach. Nie spodziewałam się już ujrzeć cię wśród żywych.

– Najwspanialsza królowo – Delfijczyk ukłonił się dwornie. – Przedarłem się przez pół Hellady, by stanąć przed twoim obliczem. Gdyby zaszła taka potrzeba, uczyniłbym to po raz wtóry.

– To nie będzie chyba konieczne, bo nigdzie się nie wybieram.

– Pani – wtrącił poirytowany arystokrata. – Nie przedstawiłem jeszcze do końca mojej sprawy…

– Naprawdę? Wybacz, opowiadałeś tak zawile, że przestałam słuchać z pół klepsydry temu. Skoro jednak chcesz to ciągnąć, możesz to robić jutro.

Twarz mężczyzny przybrała szkarłatną barwę.

– To nie do pomyślenia! Król nigdy nie traktował nas w ten sposób!!

– Gdyby wasz król, a mój ukochany brat, choć odrobinę dbał o swoje państwo, nadal pozostawałby na tronie zamiast gnić w italskiej ziemi. Jeśli myślisz, że będę się na nim wzorować, jesteś jeszcze większym idiotą niż on. A teraz możesz odejść.

W głosie monarchini zabrzmiał stalowy ton. Arystokrata powinien był skorzystać z danej mu szansy i opuścić salę. On jednak był już zbyt rozgniewany. Zaciskając mocno pięści ruszył w kierunku tronu. Nie zdążył zrobić nawet trzech kroków. Gwardziści królowej zastąpili mu drogę. Otrzymał pchnięcie tępym końcem włóczni w brzuch, a potem został zdzielony drzewcem przez kark. Dowódca straży stanął nad powalonym mężem z obnażoną klingą w dłoni. Nim zadał cios, obejrzał się jeszcze na swą panią.

– Nie wiem, co planował ten półgłówek, ale z pewnością nic dobrego – stwierdziła Olimpias. – Zabierzcie go do lochu. Potem się z nim rozmówię.

Kapłan Apollina dobrze wiedział, co potrafiła robić swoim więźniom. Wątpił, by arystokrata ujrzał jeszcze kiedyś ognisty rydwan Heliosa pędzący po nieboskłonie. Mężczyzna jęczał błagalnie, kiedy gwardziści wlekli go po podłodze sali. Gdy zniknął za drzwiami, królowa rzekła:

– Na dziś to koniec audiencji. Możecie odejść. Ty zostań, Kritiasie.

W pomieszczeniu szybko zrobiło się pusto. Oprócz królowej i jej przybocznych zostali tu jedynie Kritias i oficer, który przywiózł go do Passaronu.

– Cieszę się, że przeżyłeś – oznajmiła władczyni Epiru. – Będziesz mi potrzebny. Moja rozgrywka z Antypatrem jeszcze się nie skończyła. Fakt, wygrał kilka potyczek. Twoja misja w Atenach skończyła się porażką, najazd Dardanów został odparty. Poległ również Tryfon z Ambrakii. A także, jak już pewnie wiesz, Rzeźnik Elidy…

Delfijczyk przypomniał sobie nadgniłą głowę Alkajosa leżącą na podłodze. Jego puste oczodoły, wpatrzone weń z niemym wyrzutem…

 – …to jednak nie koniec wojny. Przejdę do kontrataku, a ty mi w tym pomożesz. W zamian przywrócę ci wszystkie godności, których zostałeś pozbawiony. A także nadam wiele nowych. Uczynię cię najpotężniejszym mężczyzną w Helladzie. Nie zasługujesz na nic mniej.

Uśmiechnął się z satysfakcją. Tylko Olimpias widziała go takim, jakim był naprawdę. Nie było w tym zresztą nic dziwnego. Pochodziła wszak od boskiej Tetydy, matki Achillesa. Półbogowie potrafili się nawzajem rozpoznać.

– Przedtem jednak, zapraszam cię dziś wieczorem na prywatną audiencję w moich komnatach. Opowiesz mi o wszystkich swych przygodach, zdasz też sprawę z ateńskich wydarzeń. Znam je jedynie w ogólnym zarysie. Chętnie dowiem się więcej.

Chętnie rozłożysz przede mną nogi, pomyślał nagle Kritias, ze śmiałością zrodzoną z pożądania. Chętnie przyjmiesz w siebie moje błogosławione nasienie… Możesz być pewna, królowo, że cię nie zawiodę.

– Przyjdź o drugiej klepsydrze po zmroku. Moi gwardziści wpuszczą się do środka.

– Zgodnie z rozkazem, królowo – kapłan pochylił się w ukłonie, by skryć lubieżny grymas, który wypełzł mu na usta.

* * *

Nowa przełożona Artemizjonu na Eginie spoglądała na Kreteńczyka chłodno i nieżyczliwie. Była tylko nieco starsza od Ismeny, lecz znacznie bardziej ascetyczna i surowa. Jej wąskie wargi zdawały się niezdolne do uśmiechu. We włosach, niegdyś kasztanowych, miała już liczne pasma siwizny.

– Nie powinnam się na to godzić – oznajmiła po raz nie wiadomo który. – Młodym akolitkom nie należy dostarczać pokus, które mogłyby je odwieść od służby bogini. W szczególności trzeba je trzymać z dala od mężczyzn. Jak zapewne wiesz, Aratosie, służebnice Boskiej Łowczyni zobowiązane są do zachowania dziewictwa. To, że moja poprzedniczka złamała własne śluby, niczego tu nie zmienia. Nie pozwolę, by jej grzech zatruł nas wszystkich.

– Najwyższa kapłanko, spójrz na mnie. Jestem dwa razy starszy od Korinny, a wyglądam na co najmniej trzykrotnie starszego. Prawie nie mam już włosów, a te, które mi pozostały, są całkiem siwe. Naprawdę sądzisz, że mój wygląd mógłby stanowić pokusę dla młodej dziewczyny?

– Nie rób ze mnie idiotki, Kreteńczyku. Ismena uległa twemu urokowi. Nie zdziwiłabym się, gdyby Korinna również dała się uwieść. Nie powinnam się na to godzić. Nic dobrego nie wyniknie z tego spotkania.

– A jednak wyraziłaś zgodę.

– Poprosił mnie o to jej ojciec. A ona sama wprost tego zażądała! Ta bezczelna dzierlatka oznajmiła, że nie złoży ślubów, póki nie rozmówi się z tobą po raz ostatni.

Aratos uśmiechnął się mimowolnie. To jeszcze bardziej rozgniewało przełożoną. Oboje jednak zdawali sobie sprawę, że nie miała ona wyboru. Po upadku Dionizjusza z Faleronu, dobroczyńcy sanktuarium, kapłanki Artemidy musiały sobie znaleźć nowego patrona. Tym cenniejsza dla nich stawała się przychylność Demostenesa. W końcu najwyższa kapłanka przywołała jedną z podwładnych, tęgą niewiastę z trudem opiętą przez zielony peplos.

– Elissa zaprowadzi cię do Korinny. Pozostanie też obecna w czasie całego spotkania. Na wypadek gdybyś chciał… wykorzystać sytuację. Wezwie wtedy strażników, a oni już się tobą zajmą.

– Zapewniam, że nie będzie to konieczne, pani.

Kreteńczyk ukłonił się przełożonej. Razem z Elissą opuścił świątynię. Ku jego zadowoleniu skierowała krok w stronę Dzikiego Ogrodu. Wiązało się z nim wiele wspomnień. Tam właśnie po raz pierwszy ujrzał córkę Demostenesa, tam po raz pierwszy kochał się z Ismeną. Tam wreszcie znajdował się grób, w którym rzekomo został pochowany po ataku na sanktuarium. To było właściwe miejsce na pożegnanie. Chciał zobaczyć je raz jeszcze, nim na zawsze opuści wyspę.

Chwilę zabrało im przedarcie się przez krzewy broniące dostępu do Dzikiego Ogrodu. A potem wyszli już na polanę z wysokim głazem, ciągnącą się do samego urwiska. Korinna stała nad jego krawędzią. Wiatr szarpał jej biało-zieloną suknią akolitki. Aratos zatrzymał się na dłuższy moment, zafascynowany widokiem. Wiedział, że zostanie mu w pamięci na całe życie. Wkrótce jednak usłyszał głos Elissy:

– Idź do niej, Kreteńczyku. I pamiętaj, będę was czujnie obserwowała.

Zirytowany tym, że przerwała mu magiczną chwilę, odparł:

– Możesz patrzeć, ile zapragniesz. Bacz jednak, byś nie podsłuchiwała. To, co mamy sobie do powiedzenia, nie jest przeznaczone dla twych uszu.

Kapłanka zrobiła niezadowoloną minę, lecz on już się nią nie przejmował. Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę urwiska. Po drodze minął porosłe już trawą groby. Nawet nie wiedział, który z nich miał skrywać jego kości. Stanął obok Korinny i spojrzał przed siebie.

– Piękna panorama, czyż nie? – spytała, a jej głos wzniósł się ponad szum wiatru. – W Atenach próżno takich szukać.

– Zaiste, piękna. Ale nie wiem, czy starczyłaby mi na resztę życia.

Posłała mu nieco smutny uśmiech.

– Ty masz wybór, Aratosie. Ja go nie posiadam. Jeśli nie złożę ślubów kapłańskich, ojciec prędzej czy później wyda mnie za jakiegoś starucha, by zawrzeć polityczny sojusz. A wtedy jedynym widokiem, jaki będę oglądała, będzie dziedziniec mężowskiego domu.

– Wiesz przecież, że tak być nie musi – odparł żarliwie. – Powiedz słowo, a uciekniemy stąd i udamy się, gdzie nas oczy poniosą. Świat nie kończy się na Atenach i Eginie. Jest ogromny. Jeśli zechcesz, pokażę ci moją ojczystą Kretę, Cypr, który upodobała sobie Afrodyta, zabiorę cię w górę Nilu, byś ujrzała piramidy, największe budowle wzniesione ręką człowieka… Pójdź ze mną, a nigdy już nie będziesz zakładniczką cudzych interesów. Nie będą cię ograniczały mury ani zakazy. Kiedyś marzyliśmy o takiej ucieczce. Teraz możemy ją ziścić!

– Marzyliśmy – powtórzyła za nim, jak echo. – Ty, ja, Ismena. Wtedy to mogło się udać. Bez niej… nie chcę Krety ani Egiptu. Wolę pozostać tutaj, w służbie bogini, której ona się poświęciła. Może ja również znajdę w tym ukojenie.

– Naprawdę tego pragniesz?

Córka Demostenesa spojrzała mu prosto w oczy.

– Aratosie… to, co łączyło mnie z tobą było wspaniałe i niespodziewane. Jestem za to wdzięczna… ale to Ismenę kochałam najbardziej. Miłością, która zdarza się raz w życiu. Kiedy jej prochy zostaną sprowadzone z Aten, spocznie tutaj, w ziemi świętego sanktuarium. Jak mogłabym ją opuścić?

 – Chcesz po kres swoich dni trzymać wartę przy jej grobie?

– Powiedzmy, że… będę czciła dwie boginie. Artemidę wraz z moimi siostrami… i Ismenę w samotności. W nadziei na to, że gdy umrę, odnajdziemy się w Hadesie.

Potrząsnął głową. Nie o takim zakończeniu ich historii marzył. W jego snach Korinna zgadzała się na wspólną ucieczkę. Po długiej i pełnej przygód podróży osiadali hen, daleko, gdzie nie mógł ich znaleźć żaden Ateńczyk. Żyli w szczęściu, spokoju i harmonii, wychowując dzieci i razem się starzejąc. Teraz zrozumiał, jak niemądre były to fantazje. W jego uszach wciąż brzmiały słowa… wypowiedziane łagodnym, jakby przepraszającym tonem, a przecież tak okrutne. „To Ismenę kochałam najbardziej. Miłością, która zdarza się raz w życiu”…

Poczuł dotyk na swoim ramieniu. Córka Demostenesa stanęła przed nim, blisko, a potem zarzuciła mu ręce na szyję.

– Proszę, nie gniewaj się na mnie – rzekła. – Nie mogłabym znieść myśli, że pożegnamy się w niezgodzie.

Poczuł ucisk w gardle. Z najwyższym trudem przełknął ślinę, by móc cokolwiek odpowiedzieć. Kątem oka dostrzegł zbliżającą się pospiesznymi krokami Elissę. Jej twarz wykrzywiał pełen irytacji grymas. Czyżby zbyt wiele kontaktu cielesnego? Niech więc uważa na to! Ujął w dłonie szczupłe biodra Korinny. Przyciągnął ją ku sobie i mocno ucałował. Wpiła się w jego usta, jakby w tej jednej chwili chciała nasycić się na całą wieczność. Przywarła doń drżącym ciałem. Skrzyżowała nadgarstki na jego karku.

– Natychmiast przestańcie! – wrzasnęła kapłanka. – Nie godzi się! Pamiętajcie, gdzie jesteście!

– Nie gniewam się – zapewnił fechmistrz, szeptem tak cichym, że usłyszała go tylko ta, dla której był przeznaczony. – Będę o tobie śnił, Korinno.

– A ja o tobie, Aratosie. Tego nikt nam nie może zabronić.

Odsunęli się od siebie, nim dopadła do nich Elissa. Dyszała ciężko po przebytej drodze, lecz jej oczy ciskały pioruny.

– Nadużyłeś naszej cierpliwości, Kreteńczyku! Nakazuję ci, byś natychmiast opuścił święty okręg. Jeśli się sprzeciwisz, wezwę strażników!

Zabiłbym ich po kolei, gdybym wiedział, że to coś zmieni, pomyślał Aratos. Raz jeszcze spojrzał na ukochaną dziewczynę i uśmiechnął się do niej.

– Gdy będziesz zmawiać swe wieczorne modlitwy, wspomnij w nich o mnie. Obydwu boginiom.

Korinna skryła twarz w dłoniach. Jej ramionami wstrząsnął szloch. Elissa przytuliła ją mocno, usiłując pocieszyć po tym, co uznała za napaść opętanego żądzą mężczyzny.

Nie oglądając się więcej za siebie, Aratos z Hierapytny opuścił Dziki Ogród, a następnie święty okręg Artemidy. Ruszył w dół, drogą wiodącą ku portowemu miasteczku. Szedł z trudem, przygięty do ziemi, jakby w jednej chwili przybyło mu wiele lat. Dopiero u podnóża góry zdołał się wyprostować. Uniósł głowę, rozejrzał się wokół. Wciągnął w nozdrza morskie powietrze. Było równie słone jak łzy, które schły mu już na policzkach. Skończone, pomyślał. Nic już nie da się zrobić.

Dotarł do portu, popatrzył na przycumowane przy nabrzeżu statki. Trzy – rzadko kiedy było tu ich aż tyle. Wiedział, że wszystkie wychodzą jutro w morze. Pierwszy brał kurs na Korkyrę, drugi udawał się aż za cieśniny Hellespontu, trzeci wyruszał w najdłuższy rejs, do budowanej właśnie na egipskim wybrzeżu Aleksandrii, z przystankiem na Rodos, gdzie miał podjąć transport przedniego wina. Każda z tych pękatych kupieckich jednostek mogła przyjąć na pokład pasażerów. A każdy z kierunków wydawał się na swój sposób obiecujący. Tylko od Aratosa zależało, gdzie się zaokrętuje. Bez względu na to, jakiego wyboru dokona, jedno nie ulegało wątpliwości.

– Jutro rozpocznie się pierwszy dzień reszty mojego życia – powiedział sam do siebie. Nie wiedzieć czemu, myśl ta przyniosła mu nieco otuchy.

* * *

Zanim udał się do więzienia, Demetriusz postanowił załatwić wszystkie pozostałe sprawy, jakie trzymały go jeszcze w Attyce. Zdawał sobie sprawę, że odsuwa w ten sposób to, co nieuniknione. Sądził jednak, że po spotkaniu z ojcem będzie miał niewiele czasu na opuszczenie Miasta. Tak więc jego postępowanie miało pewne pozory racjonalności.

W prywatnej stajni położonej nieopodal agory wynajął na cały dzień wierzchowca. W niczym nie przypominał on Thano, tesalskiego ogiera, którego dosiadał w czasie kampanii wojennej w Macedonii. Wyglądał jednak solidnie i młodzieniec był pewien, że wytrzyma wszystkie trudy. Dosiadając go, wyjechał z Aten przez Bramę Dipylońską i skierował się na północny zachód. Minął Gaj Akademosa, a potem trzymał się doliny Kefisosu. Odnalazł miejsce, gdzie wraz z Menandrem ukryli swój wojenny rynsztunek. Był tam, gdzie go zostawili, w gęstych krzakach, przykryty wojskowymi płaszczami i przysypany dla niepoznaki cienką warstwą ziemi. Demetriusz wydobył swój pancerz, hełm, a także machairę i oszczep. Miecz przypiął do pasa, oszczep chwycił w garść. Pozostałe przedmioty owinął ciasno płaszczem i powstały w ten sposób pakunek przytroczył do końskiego grzbietu. Następnie wskoczył na swego rumaka i wbił mu pięty w boki. Zwierzę wydało z siebie niezadowolone rżenie, ale dało się zmusić do przejścia w kłus.

Tym razem objechał Miasto od północy i wschodu, cały czas mając po prawej wysoki Mur Temistoklesa. Zatrzymał się dopiero w Likejonie. Szczęśliwym trafem zastał tam zarówno Arystotelesa, jak i Teofrasta. Serdecznie żegnał się ze swymi mistrzami, zapowiadając, że minie sporo czasu, nim znowu zawita w Attyce. Usłyszawszy, że czeka go morska podróż, obydwaj życzyli Demetriuszowi sprzyjających wiatrów, a także tego, by bogini Tyche była mu łaskawa. Była to zarazem nostalgiczna i wzruszająca chwila. Młodzieńcowi zdawało się nawet, że oczy Stagiryty były jakby zaczerwienione, a jego głos lekko się łamał, gdy dawał mu ostatnie błogosławieństwa.

Do Aten wrócił przez Bramę Diocharesa. Wojenny rynsztunek zostawił w domu poety, skąd miał go zamiar podjąć w ostatniej chwili. Nie pozostało mu już nic, co mogło oddalić w czasie konfrontację z ojcem. Westchnąwszy ciężko, założył na swą tunikę himation, ponownie dosiadł swego wierzchowca i ruszył w stronę strategejonu.

Wokół gmachu rozstawiono silne straże. Nie tyle po to, by uniemożliwić więźniowi ucieczkę, co raczej w celu ochrony go przed wzburzonym Ludem. Na ulicy przed budynkiem zgromadziło się bowiem wielu obywateli Aten. Nie wygrażali pięściami ani nie wznosili gniewnych okrzyków. Robili coś znacznie bardziej niepokojącego – stali w niemal kompletnym bezruchu i niezmąconej ciszy. Wpatrywali się we wrota strategejonu w niemej nienawiści. Niektórzy z nich trzymali w dłoniach ostrakony. Młodzieniec domyślał się, że wypisano na nich klątwy przeciw obalonemu tyranowi. Podjechał do pełniącego wartę Scyty, który wyglądał na oficera i zeskoczył z końskiego grzbietu.

– Kim są ci wszyscy ludzie? Dlaczego tak się zachowują?

– To ojcowie, synowie i bracia pomordowanych przez arcystratega – odparł tamten. – Pragną sprawiedliwości. Z początku trochę się wydzierali, próbowali szturmować budynek, ale spuściliśmy im lanie. Od tego czasu są spokojni. Wiedzą, że prędzej czy później otrzymają to, po co tu przyszli.

– Rada zgodziła się na moje spotkanie z ojcem.

– Tak, otrzymałem stosowny rozkaz. Wybacz, Demetriuszu z Faleronu. Nie poznałem cię. Zapraszam do środka. Mój człowiek zajmie się twym wierzchowcem.

Dionizjusz był przetrzymywany w tej samej rozległej celi, w której przed kilkoma ledwie dniami torturowano Ismenę. Tym razem jednak nie było tu stołu z narzędziami do zadawania męczarni. Przez wpuszczony w sufit pierścień nie przerzucono liny do podwieszania więźnia za ręce. Krew kapłanki zmyto już z podłogi. Pod ścianą stało łóżko, w jednym rogu pomieszczenia stół i krzesło, w przeciwległym zaś wiadro na ekskrementy. Na szczęście, sądząc po znośnym zapachu, często i regularnie wynoszone w celu opróżnienia. Jedynymi źródłami światła były lampy oliwne umieszczone w uchwytach na ścianie.

Ciężkie drzwi zamknęły się za plecami młodzieńca. Więzień leżał na posłaniu i wpatrywał się w sufit. Wydawał się całkowicie pogrążony w apatii. Nie zaszczycił swego gościa nawet jednym spojrzeniem.

– Bądź pozdrowiony, ojcze – Demetriusz miał nadzieję, że jego głos wyrwie tamtego z letargu. Najpierw odpowiedziała mu długotrwała cisza.

– Zwracasz się do mnie jak do rodziciela – rzekł wreszcie obalony tyran – lecz bez wątpienia jesteś w błędzie. Ja nie mam przecież syna. Wyrzekłem się go w dniu, gdy zawiódł mnie o jeden raz za dużo.

Wypowiadając te okrutne słowa, wciąż nie odrywał wzroku od sufitu. Młodzieniec poczuł, że rośnie w nim gniew.

 – Zawiodłem cię, powiadasz. Najwyraźniej Ateny bardziej cenią sobie moją wartość. Kiedy ty gnijesz tutaj, czekając na sąd i egzekucję, mi przyznano wieniec za zasługi dla ojczyzny.

– Przyszedłeś się tu chwalić? Napawać się moim upadkiem? Daruj sobie. Nasza ojczyzna jest już martwa, Demetriuszu. Pogrzebała własną suwerenność, dała sobie nałożyć jarzmo niewolnika. Zaszczyty, które dziś przyznaje, są puste. Nie zrobisz tym na mnie wrażenia.

– Przyszedłem szukać pojednania. Lecz nie pozwolę się obrażać. Nie tobie, który zhańbiłeś nasze imię. Tuzina lat nie starczy, by zetrzeć tę plamę!

Dionizjusz zaprzestał w końcu kontemplacji plam na suficie. Podniósł się z łóżka i usiadł na nim. Pochylony do przodu, spojrzał na młodzieńca.

– Zrobiłem tylko to, co każdy prawdziwy mężczyzna próbowałby uczynić, gdyby znalazł się na moim miejscu. Chwyciłem tę niewdzięczną dziwkę, którą są Ateny mocno w dłonie i starałem się ją okiełznać. Ujeździć. Zmusić do posłuszeństwa.

– Złamałeś chyba wszystkie prawa naszego Miasta…

– Prawa! – ojciec zaśmiał się ochryple. – Prawa są dla słabych. Czy Ateńczycy kiedykolwiek przejmowali się nimi, gdy stanowili jeszcze potęgę? Nie! Sięgali po wszystko, czego tylko zapragnęli. I zdobywali to. Siłą, a nie dyskusją o regułach.

– Mówisz o zamierzchłych dziejach! Nie zauważasz jednak tego, co pozostaje niezmienne. Od wygnania tyranów Ateny nigdy już nie miały jednego władcy! Byłeś szalony, próbując nim zostać. Co cię opętało?!

– Dążenie do dominacji jest naturalną skłonnością – odparł spokojniejszym już tonem Dionizjusz. – Kiedyś to zrozumiesz. Jeśli naprawdę jesteś moim synem, pójdziesz drogą, którą wytyczyłem. I zajdziesz nią dalej niż ja. Teraz to widzę. Byłem zbyt naiwny. Wierzyłem Aratosowi, Meleagrowi, a potem Lizandrowi. Wszyscy trzej mnie zdradzili. Ucz się na moich błędach, Demetriuszu. Pewnego dnia przyda ci się owa nauka.

– Nigdy nie będę taki jak ty.

– Teraz tak mówisz. Ale któż wie, co stanie się za miesiąc, rok, dekadę? Widzisz… niedługo umrę. W ostatnich chwilach życia ludziom zdarza się wieszczyć. Pozwolisz więc, że zostawię ci tę oto przepowiednię: nie tylko staniesz się taki jak ja. Przewyższysz mnie pod każdym względem. Zwyciężysz tam, gdzie ja poległem. Okiełznasz ateńską ladacznicę. I będziesz ją ujeżdżał tak długo, aż w końcu wyda z siebie krzyk rozkoszy!

Już miał na to odpowiedzieć. Lecz wtedy właśnie coś sobie przypomniał. Inne przedśmiertne proroctwo, które usłyszał przed paroma miesiącami. Teraz wydawało się, że były to całe lata. „Sztylet, który trzymasz, odbierze życie Dionizjuszowi z Faleronu. Któż może wiedzieć, czyja dłoń chwyci za rękojeść”. Korojbos przepowiedział to zaraz po tym, jak otworzył sobie żyły. W pierwszej chwili Demetriusz był tak wstrząśnięty jego samobójstwem, że puścił owe słowa mimo uszu. Teraz wróciły doń z całą siłą. Nagle poczuł, że coś parzy jego biodro. Odsunął połę himationu, sięgnął ręką i wymacał rękojeść wiszącego u pasa sztyletu. Przeklętego ostrza, przeznaczonego ojcu… Ten zaś zmarszczył brwi. Błędnie zinterpretował ów gest.

– A więc przyszedłeś mnie zgładzić? Czy może powziąłeś ten zamiar dopiero teraz, gdy wyprowadziłem cię z równowagi? Proszę bardzo, uderzaj. Nie będę się bronił. Lepsze to, niż proces przed tą bandą hipokrytów, zwaną Areopagiem. Ostrzegam cię jednak: bogowie nienawidzą ojcobójców.

– Więc teraz jestem twoim synem? – spytał cicho młodzieniec.

– W ich oczach bez wątpienia. W moich… staniesz się nim dopiero wtedy, gdy sobie na to zasłużysz.

– Idąc w twoje ślady?

– Spełniając własne powołanie. Jesteś Falerończykiem. Nie uciekniesz przed tym choćby na kraniec świata. Choć wierzę, że będziesz próbował.

W celi zapadła cisza. Mężczyźni pogrążyli się w swoich myślach. Demetriusz wciąż był pod wrażeniem słów Korojbosa. Przecież dobrze wiedział, po co tutaj przyszedł. Dlaczego do ostatniej chwili odkładał wizytę w więzieniu. Czy to Mojry kierowały jego krokami, by spełnił proroctwo okaleczonego biegacza? A jeśli tak, czy poprowadzą go również ku tyranii? I czy miał w tej kwestii jakąkolwiek swobodę wyboru?

Jako chłopiec oglądał w amfiteatrze „Króla Edypa”, tragedię niezrównanego Sofoklesa. Mityczny władca popełnił dwie najstraszniejsze zbrodnie znane człowiekowi: zamordował ojca i posiadł matkę. Choć obydwu czynów dopuścił się nieświadomie, bogowie i tak wymierzyli mu surową karę. Demetriusz pamiętał do dziś swoją niezgodę na tak rażącą niesprawiedliwość. Długo rozmawiał potem z kapłanem Zeusa, który próbował wytłumaczyć mu słuszność wyroku. Co jednak, gdyby Edyp wiedział, jaki los jest mu pisany? Czy odpowiednio wcześnie targnąłby się na własne życie, by uniknąć hańby i wieczystego potępienia? Czy takie rozwiązanie było w ogóle możliwe?

Dziś ja stoję przed tym wyborem, zrozumiał. Mogę przyczynić się do śmierci ojca, a potem posiąść Ateny. Albo skończyć to wszystko tu i teraz. On i tak wkrótce umrze. Może nie tak godnie, jak bym mu tego życzył, ale… Demetriusz zacisnął palce wokół rękojeści sztyletu. To wydawało się takie łatwe… Linia rodu Falerończyków urwałaby się z nimi. Miasto byłoby bezpieczne. Bogowie zaś zadowoleni.

– Więc jaka jest twoja decyzja? – zapytał Dionizjusz, jakby czytał mu w myślach.

– Jeszcze jej nie podjąłem.

Czym jest los, zapytał sam siebie. Czy wąską rzeką, którą trzeba płynąć, od źródeł aż do ujścia, trzymając się nurtu i nigdzie nie zbaczając z drogi? Czy raczej morzem, które można przemierzyć wzdłuż i wszerz, swobodnie wybierając porty, do których pragnie się zawinąć? Czy znając treść dwóch przepowiedni mogę wypełnić jedną, a uniknąć drugiej?

Obserwując arcystratega, poznał, czym jest tyrania. Wiedział, jaką cenę trzeba zapłacić za choć kilka tygodni nieograniczonej władzy… i czuł, że nigdy nie będzie gotów na taki rachunek. Wciąż jednak pragnął żyć, mimo wszystkich ran, jakie mu zadano, mimo wszystkich poniesionych ofiar… Nie zdołam skierować przeciw sobie ostrza, pojął, rozluźniając chwyt na rękojeści. Nie mam w sobie siły Korojbosa. A zatem pozostaje ucieczka. Jak najdalej od brzegów Attyki. Jak najdalej od wysokich murów Miasta. Nigdy tu nie wrócę, więc nigdy nie zostanę tyranem. Znajdę sobie miejsce na świecie, w Egipcie, Persji albo Babilonii. Tak daleko, by nie znalazło mnie nawet przeznaczenie.

Uniósł głowę, spojrzał w oczy Dionizjusza.

– Kiedy rozpocznie się twój proces?

– Gdy tylko zostaną zgromadzone wszystkie dowody mojej winy. Jest ich bez wątpienia wiele, stąd kilka dni zwłoki.

Młodzieniec zakasłał, próbując pozbyć się nagłej suchości w gardle.

– Muszę zapytać… czy rozważałeś samobójstwo?

– Od chwili, gdy się tu znalazłem. – Ojciec wskazał gestem wpuszczony w sufit pierścień. – Myślałem, jak się na nim powiesić. Niestety, nie zostawiono mi tu żadnego skrawka liny. Moi strażnicy są sprytni. Zabrali nawet pas od miecza. To bez wątpienia sprawka Hiperejdesa. Ten skurwysyn chce oglądać moje ostateczne poniżenie. Zemścić się za wszystkie czasy. Chętnie odmówiłbym mu tej satysfakcji.

Drżącymi rękami Demetriusz odpiął od pasa sztylet razem z pochwą.

– Czy jeśli zostawię…

– …zrobię to, co słuszne – uciął obalony tyran. – I do ostatnich chwil będę ci głęboko wdzięczny.

W odebraniu sobie życia był pewien honor. Z pewnością więcej niż w egzekucji za zdradę stanu. Dionizjusz przyjął broń i natychmiast ukrył ją pod materacem łoża.

– Kiedy mnie znajdą, będą wiedzieli, że to twoja sprawka. Byłeś moim jedynym gościem, Demetriuszu.

– O zmierzchu odpływam z Pireusu.

– Mogę wiedzieć dokąd?

– Jak najdalej.

– A więc poczekam do zachodu słońca. Powiedz mi tylko, jaką mamy porę dnia. Trzymają mnie tu od tak dawna, że straciłem rachubę czasu.

– Gdy dotarłem do strategejonu, południe przechodziło w wieczór.

– To dobrze. Nie będę musiał zatem czekać długo. A teraz pożegnajmy się jak należy. Długo minie, nim znów się spotkamy.

Młodszy Falerończyk poczuł, że łzy cisną mu się do oczu. Poprawił na sobie himation, by ukryć przed strażnikami fakt, że nie ma już przy pasie sztyletu.

– Żałuję, że tak to się kończy, ojcze.

– Tylko mi się tu nie rozklej – warknął surowym tonem Dionizjusz. – Jesteś mężczyzną! Bądź godzien tego miana.

Potem zaś uczynił rzecz niespodziewaną. Wziął młodzieńca w ramiona i mocno przycisnął do swojej piersi.

– Żegnaj, Demetriuszu – szepnął mu do ucha, tak cicho, by nie słyszeli tego nawet bogowie. Po krótkiej zwłoce dorzucił: – Żegnaj, synu.

* * *

Kritias był nagi jak w dniu swego urodzenia. Przed chwilą wyszedł z kąpieli, skóra wciąż jeszcze była lekko wilgotna. Przeglądał się w lustrze z wypolerowanej miedzi. Większość sińców, zadrapań i otarć, które pokryły jego ciało podczas niełatwej wędrówki, zdążyło już zniknąć. Wyglądał niemal tak samo, jak wtedy, gdy był przełożonym delfickiego sanktuarium. Jedyną różnicę stanowiło owłosienie, widoczne na policzkach, podbródku, klatce piersiowej i wokół genitaliów. Dawniej niewolnicy dbali o to, by usuwać je, gdy tylko się pojawiło, pieczołowicie golili go i depilowali. Poza włosami, które miał na głowie, spływającymi na ramiona i plecy, jego skóra była wtedy całkiem gładka. Po ucieczce z Delf tak staranna pielęgnacja okazała się niemożliwa. Przez dłuższą chwilę wahał się, czy nie wrócić do dawnych zwyczajów. W końcu uznał, że tego nie uczyni. Przynajmniej na razie. Właściwie, mógł się nawet przyzwyczaić do tych zaczątków brody. Dodawała mu męskości. Z drugiej strony, sprawiała, że bardziej przypominał boga wojny Aresa niż swego ojca, Apolla. Musi się jeszcze nad tym zastanowić. Ale na pewno nie teraz. Był wszak umówiony i nie mógł się spóźnić.

Na łóżku leżał jeden z darów, które przysłała mu Olimpias, gdy już rozgościł się w swoich komnatach. Krótka tunika z przedniego materiału, purpurowa, lecz haftowana srebrną nicią. Choć udawał się z wizytą do władczyni Epiru, nie założył formalnego chitonu, bardziej właściwego na takie okazje. Spodziewał się bowiem, że niedługo pozostanie w odzieniu. Dobrze pamiętał niecierpliwe pożądanie królowej.

Zestarzała się, pomyślał z niesmakiem. Nie jest już tak apetyczna jak kiedyś. To było dlań podwójnie nieprzyjemne. Po pierwsze, przypominało Kritiasowi o nieubłaganej mocy czasu. On sam nie był od niej wolny, choć przecież za rodzica miał jednego z olimpijskich bogów. Po drugie, czyniło wizję miłosnego zespolenia z królową zdecydowanie mniej zachęcającą. Kapłan obawiał się nawet, czy oglądając jej przywiędłe wdzięki, w ogóle będzie w stanie się podniecić. Wolał nie myśleć o konsekwencjach takiej porażki. Władczyni nie należała do kobiet, które łatwo znoszą upokorzenia. A pamięć miała bardzo długą.

– Dam radę – powiedział do swego odbicia. W jego głosie nie brzmiała jednak pewność siebie. Dlatego dodał po chwili: – Musi mi się udać. Zbyt wiele od tego zależy.

O umówionej porze stawił się pod drzwiami prowadzącymi do komnat królowej. Jeden z gwardzistów otworzył mu je bez słowa. Kapłan wkroczył do tonącego w ciemnościach przedpokoju. Jedynym źródłem światła były trzy świece, wskazujące drogę do sypialni. Było to rozległe pomieszczenie, podzielone na kilka mniejszych przez poruszane lekkim przeciągiem półprzezroczyste zasłony. Kiedy dotknął pierwszej z nich, zrozumiał, że ma w dłoni przedni jedwab, sprowadzony z bardzo daleka. Ściany pokryte były jaskrawymi freskami o tematyce mitologicznej oraz erotycznej. Wykonane z jasnego drewna meble zdobiły pozłacane ornamenty. Podłogę zaścielały perskie dywany. Wystrój alkowy musiał kosztować krocie. Olimpias nie żałowała sobie luksusów.

Mógł podziwiać wszystkie te cuda dzięki rozmieszczonym gdzieniegdzie – w uchwytach na ścianach lub też na niektórych regałach – lampom oliwnym. Kritias nadal podążał więc drogą wyznaczaną przez światło. Kąty alkowy pogrążone były w nieprzeniknionym mroku. Mogli się tam skrywać niewolnicy, gotowi służyć na każdy rozkaz swojej pani.

Wreszcie odsunął z drogi ostatnią zasłonę. Jego oczom ukazało się szerokie łoże. Na nim zaś spoczywała niewiasta. Jej ciało leżało w blasku kilka lamp, lecz twarz skrywał cień. Miała na sobie wyłącznie biżuterię – złoty łańcuszek wokół kostki i drugi, opasający biodra. Złoto, pomyślał ze zdziwieniem Delfijczyk. To nie w stylu Olimpias… Królowa zawsze lubowała się w kontrastowym połączeniu srebra oraz obsydianu. Czyżby pod jego nieobecność zmieniła gust…? Kobieta poruszyła się i uniosła na łokciach, tak że światło jednej z lamp padło na jej oblicze. Kritias poczuł, że krew zmienia mu się w lód.

– To niemożliwe! – zawołał. – Przecież ty nie żyjesz!

– Z pewnością wiesz najlepiej – Eurynome usiadła na łożu i obdarzyła go uśmiechem. – W końcu to ty kazałeś mnie zabić!

Cofnął się o krok, w stanie pełnej konsternacji. Jego spojrzenie błądziło po całej Atence. Mimowolnie zauważył, że sutki miała podkreślone tą samą szminką, którą umalowała usta. Muszę się skupić, pomyślał gorączkowo. Dzieje się tu coś, czego zupełnie nie rozumiem…

– Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha – mówiła dalej, nie przestając się uśmiechać. – Zapewniam cię jednak, że jestem jak najbardziej żywa. Czego niestety nie da się powiedzieć o twym chłoptasiu, Narkissosie, którego wysłałeś, by mnie zamordował. Dam ci radę, kapłanie, choć nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze będziesz miał sposobność, by z niej skorzystać. Na przyszły raz zlecaj brudną robotę prawdziwym mężczyznom. Są zdecydowanie bardziej godni zaufania.

– Jak… jak się tu znalazłaś? – wykrztusił.

– Podobnie jak ty. Przyszłam. Na własnych nogach. Ateny leżą nieco dalej niż Delfy, więc podróż zabrała sporo czasu. Twój chłoptaś miał przy sobie ledwie parę monet, które szybko wydałam na jedzenie. Potem miałam do wyboru: głodować albo oddawać się spotkanym na drodze nieznajomym za resztki z wieczerzy albo parę oboli. Domyślasz się, co wolałam. Podczas tej wędrówki wiele razy zdarzało mi się upaść na duchu. Chciałam się poddać. Wiesz, co trzymało mnie przy życiu, zmuszało, bym stawiała krok za krokiem? Ty, mój drogi Kritiasie. A także myśl, że kiedyś znów się spotkamy. I będę mogła za wszystko ci podziękować.

– Musiałem cię uciszyć! – warknął, próbując ukryć strach pod gniewnym tonem. – Gdybyś wpadła w ręce Dionizjusza, poznałby wszystkie moje plany! Rozkazałem Narkissosowi, by zrobił to szybko i bezboleśnie. Nie wiem, czemu mnie nie posłuchał…

– Przed zadaniem śmierci postanowił się trochę ze mną zabawić. Zrobił swoje, lecz ostatecznie to ja miałam z tego największą przyjemność. Wiesz, jakie to rozkoszne uczucie, rozbić głowę swemu gwałcicielowi? Czuć, jak resztki jego mózgu spływają ci po palcach?

Kapłan pomyślał o Jobatesie, handlarzu drogimi tkaninami, który pohańbił go w zajeździe w Krenae. O jego dwóch ochroniarzach, którzy dołączyli potem do zabawy. Znów poczuł w ustach szmatę, użytą do stłumienia jego krzyków. Cuchnęła gównem… Tak, z przyjemnością porozgniatałby im głowy…

– Twierdzisz, że musiałeś mnie zgładzić – ciągnęła Eurynome.

Siedząc na łóżku rozsunęła szeroko uda i ugięła je w kolanach. Kritias przełknął ślinę. Z miejsca gdzie stał, wygolone łono Atenki było doskonale widoczne. To sprawiało, że jeszcze trudniej było mu zebrać myśli.

– Szkoda, że nie zrobiłeś tego samego z Filoną. Po tym, jak wziąłeś ją w obroty razem z tym drugim sadystą, powinieneś był chociaż skrócić jej cierpienia. Zamiast tego pozwoliłeś, by wpadła w ręce nieprzyjaciół. Wiesz, jak bardzo pomogło to ich sprawie?

– Zaskoczyli mnie. Spartanin, ten pies łańcuchowy Dionizjusza, sprowadził posiłki, najemników z Tajnaronu. Musiałem czym prędzej opuścić Ateny… Nie zdążyłem poderżnąć gardła tej małej dziwce…

– Dziwce, powiadasz. Miałam wrażenie, że była macedońską arystokratką. Nasi wrogowie potraktowali ją lepiej niż ty. Uleczyli rany, nie poddali zbyt brutalnym przesłuchaniom. Zaskoczona ich łaskawością, wyśpiewała wszystko, co miała w swojej małej, ślicznej główce. W ten sposób zostały rozbite siatki szpiegów w Koryncie i w Pelli. Pociągnęło to za sobą również śmierć Alkajosa, zwanego Rzeźnikiem Elidy.

– Skąd to wszystko wiesz?

– Filona napisała list do swojej dawnej pani – odparła powoli Eurynome. – Większa jego część jest poświęcona tobie. Ściślej, opisowi twych licznych zbrodni, błędów i aktów zdrady, które przyczyniły się do klęski w Atenach. Pozwolono mi zapoznać się z tym pismem. Muszę przyznać, że to pasjonująca lektura.

Delfijczyk wydął pogardliwie wargi.

– Nie muszę wcale z tobą rozmawiać. Ze swych działań wytłumaczę się przed samą królową…

Zamiast przejąć się jego słowami, Eurynome parsknęła śmiechem.

– Ależ, Kritiasie, właśnie to czynisz!

Rozejrzał się nerwowo dookoła. Zasłona po prawej stronie łoża… Nie paliła się za nią żadna lampa oliwna, więc panował tam mrok. Z drugiej strony, część sypialni z łożem musiała być z tego miejsca doskonale widoczna… Gdy jego oczy przywykły już do ciemności, zdołał odróżnić za kotarą kształty nieco czarniejsze od tła. Siedząca na krześle postać oraz dwie następne, stojące po obu jej stronach. Drżącym głosem wyrzucił z siebie rozpaczliwe słowa:

– Olimpias! – Z nerwów zapomniał o należytych formach. Tylko na osobności pozwalała mu zwracać się do siebie po imieniu. – Nie wierz w słowa tej ateńskiej wywłoki. Jesteś wprowadzana w błąd… To kolejny spisek Antypatra… by pozbawić cię wiernych sojuszników…

– Bez wątpienia – rzuciła jadowicie Eurynome. Skierowała rękę między swe uda. Wspierając się na drugim ramieniu, zaczęła powoli masować krocze. – Pozbawiłeś królową wielu cennych sprzymierzeńców. Celta Brennusa. Rzeźnika Elidy. W następstwie twoich niepowodzeń zginął też Tryfon z Ambrakii. Ciężko pracowałeś, by doprowadzić ich wszystkich do zguby.

– Milcz, gdy rozmawiam z lepszymi od ciebie!

– Rozmawiasz ze mną. Tylko i wyłącznie. Królowa nie zamierza marnować na ciebie słów.

Kapłan zamrugał, jakby coś naraz wpadło mu do obydwu oczu.

– Co powiedziałaś?

– Kiedy przybyłeś do Passaronu, nasza czcigodna władczyni chciała osobiście cię ukarać. Ubłagałam ją, by pozwoliła zrobić to mnie. Zgodziła się, lecz pod pewnymi warunkami. Najważniejszy jest taki: mamy jej dać wyborny pokaz. Rozbieraj się, kapłanie.

Gdy usłyszał rozkaz z ust kobiety, aż zatrząsł się z furii. Nigdy jeszcze nie spotkało go takie upokorzenie. Zamierzał rzucić się na bezczelną Atenkę i udusić tu, w królewskim łożu. Musiałby to szybko załatwić, nim powstrzymaliby go ludzie Olimpias… Nie mógłby czerpać tyle przyjemności, co z innych morderstw, jakich się dopuścił… ale i tak byłoby warto! Nagle kapłan usłyszał za sobą odgłos ciężkich kroków. Obejrzał się przez ramię. Stał za nim prawdziwy olbrzym. Długowłosy i całkiem nagi. Jego oblicze pokrywał niebieski tatuaż.

– Kritiasie, poznaj Bolgiosa. To najsilniejszy gwardzista królowej. Celt. Niegdyś towarzysz broni i przyjaciel Brennusa. Tego samego, którego posłałeś na śmierć.

Uśmiech olbrzyma wyglądał makabrycznie.

– Od dawna chciałem cię spotkać – powiedział z silnym akcentem swego ludu. – Porozmawiać o naszych wspólnych znajomych.

– Ten barbarzyńca nie może mnie tknąć… Jestem kapłanem… przełożonym delfickiej świątyni!

– To już niestety nie jest prawdą. – Widać było, że Atenka syci się każdą chwilą, każdym zawodem, który go spotykał. – Po twej niesławnej ucieczce Antypater zwołał w pilnym trybie Radę Amfiktionów. Zaocznie złożyli cię z urzędu i wybrali nowego arcykapłana. Naturalnie, kreaturę regenta. Nie jesteś już nikim istotnym, mój miły. A teraz czyń, co każę. Zrzucaj ubranie. Chyba że potrzebujesz pomocy Bolgiosa.

Zrozumiał, że musi być posłuszny. Tylko w ten sposób zdoła uniknąć brutalnych rąk dzikusa. Starając się zachować jak najwięcej godności, zsunął przez głowę tunikę. Dar od kobiety, która obserwowała wszystko przez zasłonę.

– Widzę, że jesteś już gotowy!

Podążył w dół za spojrzeniem Eurynome. Jego członek prężył się we wzwodzie, niczym żołnierz podczas porannej musztry. Mimo strachu i zaskoczenia… Musiał przyznać, że widok nagiej, masturbującej się Atenki mocno na niego podziałał.

– Niestety, ja nie mogę tego powiedzieć o sobie. Chyba w ogóle mnie nie podniecasz – kontynuowała ze złośliwą uciechą. – Pewnie zastanawiasz się, o co w tym wszystkim chodzi. Przed wymierzeniem kary, królowa pragnie raz jeszcze zobaczyć, jak spółkujesz. Mam ci się oddać, ale z pewnością nie zrobię tego taka sucha. Dlatego też, nim zabierzemy się do dzieła, wpierw starannie mnie wyliżesz.

Tego było już zbyt wiele. Twarz Kritiasa pociemniała.

– Ty wyuzdana kurwo… Myślisz, że będę ci służył jak niewolnik?!

– Kiedyś nie byłam wcale taka wyuzdana… To ty mnie uwiodłeś, pamiętasz? Uczyniłeś mnie tym, czym jestem dzisiaj. Na kolana, Delfijczyku.

Bardziej poczuł, niż usłyszał, że ogromny Celt przesunął się naprzód i stanął tuż za jego plecami. Gorący oddech owiał kark kapłana. Ten zaś był na skraju histerii. Fakt, że rozkazywała mu niewiasta, sam w sobie był policzkiem. Ale to, do czego go zmuszała… W przeszłości sypiał z wieloma kobietami. Z wyjątkiem Olimpias, nigdy nie zadawał sobie trudu, by dawać im rozkosz lub chociaż dbać o należyte podniecenie… Uważał, że jest to poniżej jego godności. Powinno im wystarczyć, że półbóg wybrał je na swoje nałożnice! Znajdował wręcz sadystyczną przyjemność w tym, że kiedy się w nie wbijał, nie były jeszcze dość mokre, by przyjąć go w sobie bez bólu… A teraz… Poczuł na plecach silną dłoń.

– No, nie wstydź się – warknął tuż obok jego ucha Bolgios. – Chcę zobaczyć, jak to robisz. Może potem też dam ci się obsłużyć.

A potem popchnął kapłana do przodu. Upadł kolanami na dywan, ale i tak zabolało. Nim zdążył cokolwiek przedsięwziąć, przyjął porządne kopnięcie między pośladki, które popchnęło go do przodu, na łóżko. Wylądował torsem i twarzą na pościeli, między rozchylonymi szeroko udami Eurynome. Przez chwilę leżał w bezruchu, sparaliżowany bólem, który promieniował od kości ogonowej na całe lędźwie. W końcu, obawiając się, że dłuższa zwłoka sprowadzi nań kolejne ciosy, uniósł głowę. Miał przed oczyma srom Atenki. Palcami masowała mięsiste fałdki, pocierała łechtaczkę. Najwyraźniej jednak te zabiegi nie przynosiły zamierzonych skutków. Nie dostrzegł bowiem żadnego śladu wilgoci.

Nie mając wyboru, podczołgał się bliżej. Niewiasta odsunęła dłoń, dając mu pełny dostęp do swego podbrzusza. Choć drżał z gniewu i obrzydzenia, pochylił się do przodu. Wysunął język i przeciągnął nim między wargami sromowymi. Eurynome westchnęła, odchylając głowę do tyłu. Nie wiedział, czy to za sprawą pieszczoty, czy tylko po to, by zrobić wrażenie na Olimpias. Nic go to zresztą nie obchodziło. Lizał ją jeszcze kilka razy, walcząc z rosnącym poczuciem mdłości. On, który zwykł pogardzać kobietami, uważając je za nieskończenie gorsze od niego, teraz zaczynał gardzić samym sobą. Za własny strach, słabość woli, za każdy dowód posłuszeństwa. Zachowywał się jak niewolnik, który nie ma prawa odmówić. Gdyby Apollo widział go w tej chwili…

– Wsuń go głębiej – zażądała. – Chcę go poczuć w środku.

Dla podkreślenia tych słów sięgnęła ręką i złapała go za włosy. Wypchnęła biodra naprzód, jednocześnie szarpnięciem przyciągając go ku sobie. Chcąc nie chcąc, wtulił się twarzą w jej łono. Język pokonał barierę warg i wniknął w pochwę kobiety.

– Tak lepiej! Teraz nim poruszaj, w górę i w dół. Szybko!

Oddech Atenki przyspieszał. Nieduże, wysoko osadzone piersi unosiły się w jego rytm. Kritias zaś poczuł, jak na jego język spływają pierwsze krople miłosnego nektaru. To sprawiło, że skapitulował. Im prędzej ją podniecę, myślał, tym szybciej się to skończy. Zaczął wypełniać kolejne polecenia, które padały z ust coraz bardziej podnieconej niewiasty. Dłońmi gładził wewnętrzną stronę jej ud, ustami ssał nabiegłe krwią wargi. Smakował jej pożądania u samych źródeł. Członek kapłana prężył się, przyciśnięty do łóżka. Erekcja nie słabła ani na chwilę.

Wtem uświadomił sobie, ilu jest wokół świadków jego poniżenia. Bolgios, dwaj gwardziści za zasłoną… i sama królowa. Nawet gdyby postanowiła milczeć na ten temat, oni z pewnością będą rozpowiadali o tym, co tu się stało. Delfijczyk stanie się wpierw pośmiewiskiem Epiru, a potem całej Hellady! Miał ochotę jak najprędzej umrzeć, a jednocześnie panicznie bał się dalszych życzeń Eurynome. Powiedziała wszak: „mamy jej dać wyborny pokaz”. Co jeszcze może planować, by zadowolić Olimpias?!

– Wystarczy! – zawołała pełnym euforii głosem. – Już cała płynę… Nie traćmy więcej czasu. Bolgiosie!

Celt chwycił Kritiasa za barki, bez najmniejszego trudu poderwał go z łoża i podniósł do pionu. Kapłan stał tak przez chwilę, oszołomiony, ze sterczącym penisem i mokrą od miłosnych soków twarzą. Eurynome przysunęła się na brzeg posłania i wygodnie ułożyła na plecach, z uniesionymi nogami. Stopy wsparła na torsie Delfijczyka. Przyglądała mu się zalotnie.

– Pora, byś wreszcie to zrobił – wychrypiała. – Ale pamiętaj… jeśli osiągniesz szczyt przede mną, osobiście cię wykastruję. Królowa ci nie pomoże. Już wyraziła zgodę, bym to zrobiła.

Jej słowa wstrząsnęły nim do głębi. Nie było jednak rady, musiał się podporządkować. Drżącymi rękami chwycił ją za biodra i przysunął się bliżej. Nabrzmiała żołądź otarła się o mokre wargi sromowe. Raz i drugi. Zaczął naciskać. W końcu sforsował bramy rozkoszy i zagłębił się w ciasne, pełne wilgoci wnętrze. Oboje wydali z siebie westchnienie. Wchodził w nią kolejnymi pchnięciami. Nie za mocno. Pomny ostrzeżenia, jakie padło z jej ust, nie chciał szarżować ku własnej ekstazie. Musiał rozłożyć siły na dłuższy stosunek.

Stopy Eurynome, nieduże i smukłe, zaczęły błądzić po jego klatce piersiowej, brzuchu, szyi. Dysząc w rytm sztychów, które wyprowadzał, ocierała pięty o żebra i policzek kapłana. Dłonie położyła na swych piersiach. Jęła masować je i ugniatać, szczypać uszminkowane brodawki, pociągać za nie, tak jakby każdy drobny paroksyzm wywoływanego przez nią bólu stanowił najlepszą przyprawę dla wzmagającej się rozkoszy. Może mi się uda, pomyślał z nadzieją Kritias. Kiedy przysunęła mu stopę do ust, nie czekał nawet na rozkaz. Zaczął lizać palce u jej nogi, zaczynając od dużego i przechodząc w stronę najmniejszego. Nie potrafił wyobrazić sobie większego aktu uległości. Był jednak gotów na wszystko, co mogłoby wzmocnić jej doznania. Potem będzie się martwił upokorzeniem, cierpiał wstyd i sromotę. Na razie chciał ocalić swoje jądra.

Eurynome spoglądała na niego, gdy ssał jej palce. Uśmiechnęła się z triumfem i wyjęczała:

– Bolgiosie, dołącz do nas!

– Z przyjemnością, pani – odparł gromkim głosem barbarzyńca.

Dołącz do nas? Co ona ma na myśli, gorączkowo zastanawiał się Kritias. Mamy ją rżnąć we dwóch? Rozpustna dziwka… I wtedy poczuł silne dłonie zaciskające mu się na biodrach. Więżące je w miejscu. Próbował się rozpaczliwie szarpnąć. Bez skutku – równie dobrze mógłby siłować się z niedźwiedziem. Do jego pleców przycisnął się nagi tors Celta. Usłyszał jego słowa, wypowiadane z bardzo bliska:

– Stój spokojnie. Kto wie, może ci się spodoba. Wy, Hellenowie, lubicie takie rzeczy.

Gdy członek Bolgiosa, równie imponujących rozmiarów jak jego właściciel, wsunął się między pośladki Delfijczyka, ten wydał z siebie nieartykułowany krzyk. Znów przypomniał sobie niedawny gwałt w tawernie. Oderwał ręce od ciała Eurynome i próbował sięgnąć nimi za siebie. Barbarzyńca otoczył go ramieniem, zamknął w silnym uścisku, przy okazji całkiem unieruchamiając. Drugą dłonią wciąż przytrzymywał biodro Kritiasa, nie pozwalając mu się odsunąć. Pchnął, mocno i bezlitośnie. Skowyt kapłana przybrał na sile.

Choć ze wszystkich sił próbował zaciskać mięśnie, i tak nie powstrzymał napastnika. Bolgios musiał natrzeć swą męskość dużą porcją oliwy, bo zdołał się w niego wcisnąć kilkoma ledwie ruchami. Delfijczyk poczuł, że jego odbyt jest wypełniony bardziej niż kiedykolwiek przedtem. O dziwo, nie bolało go aż tak bardzo, jak wtedy, z Jobatesem. Mimo to łzy popłynęły mu po policzkach. Zza kotary dobiegł ochrypły śmiech. Olimpias. Musiała się doskonale bawić.

Gdy Celt zanurzył się w nim aż po jądra, zaczął narzucać swoje, bardzo szybkie tempo. Zarówno Kritiasowi, jak i Eurynome. Po każdym sztychu mocniej dociskał kapłana do Atenki. Ten, uwięziony między dwoma ciałami, czuł, że jest niczym szmaciana lalka, służąca innym do igraszek. Ku swemu przerażeniu pojął, że nie jest już w stanie kontrolować tego, co dzieje się z kochanką. Ani intensywności własnych doznań. Co gorsza, członek poruszający się głęboko między jego pośladkami, zaczął przynosić mu nie tylko cierpienie, ale i pewną dozę przyjemności. Drugim jej epicentrum był jego własny penis, obejmowany przez wilgotną pochwę. Zaczęło mu się kręcić w głowie. Krew szumiała w skroniach. Oddech Celta parzył plecy. Kobiece stopy gładziły szyję i tors. Zbyt dużo było tego wszystkiego. Zbyt dużo!

Doszli w tej samej chwili – Bolgios i Kritias. Barbarzyńca rykiem obwieścił światu swą ekstazę. Wdarł się ostatni raz w odbyt kapłana i wytrysnął obficie. Przyciągnął go ku sobie, tak że ten wysunął się z Eurynome. Delfijczyk odrzucił głowę do tyłu, jęknął przeciągle, z rozkoszy i bólu. Mlecznobiałe strumienie trysnęły z jego członka, zalewając uda i brzuch Atenki. Patrzyła na to zimnymi oczyma. Z odrazą, ale i satysfakcją.

Na chwilę, nie dłuższą niż kilka uderzeń serca, w alkowie zapadła cisza. A potem zza zasłony rozległy się oklaski. Bolgios wysunął się z Kritiasa i gwałtownym pchnięciem posłał go na podłogę. Kapłan znów upadł na kolana, przepełniony dziwnym uczuciem pustki. Zaszeleścił rozsuwany materiał. Gwardziści odgarnęli na bok jedwabne kotary. Olimpias patrzyła rozbawiona ze swego fotela.

– Pora na karę – zwróciła się do leżącej wciąż na łóżku Atenki. – Tak jak chciałaś, jest twój. Czyń, co uznasz za stosowne.

Delfijczyk uniósł głowę. Zobaczył, jak Eurynome podnosi się z posłania. Nasienie spływało mlecznymi strugami po jej nagim ciele. Wpierw ukłoniła się z gracją przed królową, niczym teatralny aktor po skończonym przedstawieniu. Następnie wyciągnęła rękę ku jednemu z przybocznych. Bez chwili zwłoki podał jej zakrzywiony nóż.

– Co… co chcesz zrobić? – wykrztusił kapłan. Czuł, że ogarnia go panika.

– To, co obiecałam. Nie doprowadziłeś mnie na szczyt, więc musisz zapłacić.

– Olimpias! Nie możesz na to pozwolić! Jeszcze będziesz mnie potrzebowała! Nie pozwól jej mnie okaleczyć!

Władczyni przyglądała mu się z zainteresowaniem, jakby był jakąś egzotyczną bestią. Ale jej usta pozostały zamknięte. W istocie, nie marnowała już na niego słów.

Bolgios i dwaj przyboczni królowej podnieśli Kritiasa z podłogi. Wił się jak piskorz, próbował się wyrywać, lecz nie miał najmniejszych szans. Celt wykręcił mu ręce za plecy, pozostali trzymali mu nogi w szerokim rozkroku. Zaspokojony niedawno członek kołysał się między nimi.

– Prawdę powiedziawszy, nie miałeś szans na powodzenie. – Eurynome zbliżała się niespiesznie, rozkoszując się każdą upływającą sekundą. – Trzeba ci wiedzieć, że nigdy nie czerpałam przyjemności z fizycznych zbliżeń. Ani z moim mężem, ani z tobą, ani z Brennusem. Przyznam, udało ci się trochę pobudzić mnie ustami… ale potem było już tak samo jak zawsze. Mdło. Nijako.

Uniosła rękę z nożem. Dotknęła klingą torsu Delfijczyka, lecz nie na tyle mocno, by go zranić. Rozwarł szeroko oczy. Wyglądał teraz jak schwytane w pułapkę, oszalałe ze strachu zwierzę.

– Zastanawiasz się pewnie, czemu zatem odbiorę ci męskość. Nie, nie dlatego, że jesteś słabym kochankiem. Choć pewnie niewielu gorszych znajdzie się w całej Helladzie. Mój powód jest zupełnie inny. Chciałbyś go poznać?

Poruszył skwapliwie głową. Wszystko, byle tylko odsunąć koszmar… Może Olimpias opamięta się w ostatniej chwili… Powstrzyma ten obłęd… Eurynome pochyliła się ku niemu.

– Zrozumiałam, czemu przegrałeś w Atenach – oznajmiła konfidencjonalnym tonem. – Czemu popełniałeś błędy, które tak wiele nas kosztowały. Pojęłam to, gdy czytano mi list Filony. Nie chodziło wcale o zdradę, lecz o to, że jesteś niewolnikiem swoich żądz. Pętają cię niczym konopne powrozy. Osłabiają siłę woli, odbierają klarowny osąd. Najwyższa pora, by to naprawić. Uleczyć gorączkę, która cię trawi.

 Wypowiedziawszy te słowa, ujęła go za członek. Kritias szarpnął się, lecz gwardziści trzymali mocno. Atenka masowała powoli jego męskość. Ku swojej trwodze poczuł, że znowu sztywnieje.

– Królowo, błagam cię – zaszlochał. – Powstrzymaj ją. Tylko ty możesz to zrobić…

Olimpias obdarzyła go promiennym uśmiechem. Nie spodziewał się nigdy, że ta zimna i okrutna kobieta jest zdolna do czegoś tak pięknego. Poczuł nagły przypływ nadziei. Łzy, które popłynęły teraz w dół jego policzków, były łzami szczęścia. Władczyni otworzyła usta. I powiedziała jedno słowo:

– Nie.

Członek Kritiasa unosił się już wyprężony. Eurynome mocno ujęła go za żołądź. Spodziewał się, że przysunie nóż od dołu, od strony jąder. Ona jednak przyłożyła go do nasady penisa. Ostatni raz spojrzała kapłanowi w oczy. A potem wbiła ostrze i naparła na nie z całych sił.

Krew trysnęła na łoże i perskie dywany.

* * *

W niedużej sali sympozjonów macedońskiej ambasady ucztowało dwóch mężczyzn. Spoczywający wygodnie na biesiadnych łożach posilali się, jednocześnie rozmawiając. Zwyczajem swego ludu Lizander jadł umiarkowanie, z rzadka też sięgał po puchar. Meleager przeciwnie – pochłaniał imponujące wprost porcje dziczyzny, sera i ryb, które przegryzał chlebem oraz oliwkami, a następnie spłukiwał całymi kielichami trunku. Ponieważ Spartanin lubił wino zmieszane z wodą, Macedończyk zaś – czyste i nierozcieńczone, nalewano je im z oddzielnych dzbanów.

Przy wieczerzy usługiwały dwie niewolnice ambasadora – ruda i piegowata Chara oraz Eufraksja o alabastrowej cerze i włosach, które wyglądały jak wodospad lśniącej czerni spływający po jej plecach i pośladkach. Obie nosiły zwiewne suknie z cienkiego materiału, przez który można było dostrzec zarysy ich młodych ciał. Stanowiło to niewypowiedzianą obietnicę przyszłej rozkoszy. Po zakończonych sympozjonach Meleager często nakazywał im, by bliżej zaznajamiały się z jego gośćmi. Dlatego teraz ukradkiem przyglądały się Lizandrowi, próbując odgadnąć, jakim jest kochankiem. Czy będzie namiętny, a może brutalny, cierpliwy, czy też przepełniony gwałtowną i niepowstrzymaną żądzą. Zastanawiały się również, której z nich przyjdzie dziś spędzić noc z Lacedemończykiem.

Uczta zaczęła się dopiero niedawno. Na razie mężowie byli w miarę trzeźwi, a ich dłonie nie lepiły się jeszcze do ciał usługujących im dziewcząt. Po wymianie paru zwyczajowych grzeczności przeszli w końcu do konkretów.

– Muszę ci pogratulować, ekscelencjo – rzekł Spartanin. Sprytnie rozegrałeś sprawę z młodym Demetriuszem.

– Jakże to? – ambasador zdziwił się nieszczerze. – Ułatwiłem tylko ostatnie spotkanie ojca z synem. Tylko ktoś pozbawiony serca mógłby się temu sprzeciwiać…

– I z pewnością nie przewidziałeś, że chłopak dostarczy sztylet do celi?

– Nawet mi to przez myśl nie przeszło!

– Samobójcza śmierć Dionizjusza rozgniewała całą Radę. Szczególnie Hiperejdesa. Marzył o procesie nad tyranem…

– Marzył o procesie, w którym udowodniłby związek między tyranem i Macedonią. Wykazał, że to ja popchnąłem arcystratega do uzurpacji władzy. Rozumiesz, że nie wolno było na to pozwolić. Rada może sobie chwilowo sprawować rządy, lecz Ateny w gruncie rzeczy zawsze pozostaną demokracją. Ostatnie, czego sobie teraz życzę, to wzrost publicznej niechęci wobec mojej ojczyzny. Nie miałem naturalnie pewności, że syn zachowa się jak należy. Ale spełnił pokładane w nim nadzieje. Dionizjusz odszedł do Hadesu i nikt nie może mi zarzucić, że świadomie się do tego przyczyniłem.

– Zabezpieczyłeś się z każdej strony.

– Nie lubię pozostawiać niedokończonych spraw.

Lacedemończyk sięgnął po kielich i upił nieco więcej wina.

– Co teraz? – zapytał.

– Będziemy cieszyli się pokojem. Ateny zostały spacyfikowane, a wraz z nimi cała południowa Hellada. Zmasakrowani Dardanowie też długo nie wrócą do sił.

– Pozostaje jeszcze królowa. To ona była w centrum spisku przeciw Macedonii. Wciąż nienawidzi Antypatra i zrobi wszystko, by usunąć go ze stanowiska.

– Olimpias to godna przeciwniczka, nawet dla regenta – zgodził się ambasador. – Dlatego też wybił jej zęby i wyrwał pazury. Jej agenci zginęli lub uciekli, szpiedzy zostali wyłapani. Na tym trzeba poprzestać, przynajmniej chwilowo. Pomimo zbrodni, które popełniła, wciąż pozostaje matką króla Aleksandra. Zachowa życie i będzie mogła rządzić sobie tym ubogim i dzikim skrawkiem Hellady, który odziedziczyła po bracie. Ale jej zdolność do szkodzenia została skutecznie ograniczona.

– Pora chyba, byśmy porozmawiali o mojej nagrodzie.

Meleager wyszczerzył swoje duże, krzywe zęby.

– Czekałem, kiedy o tym wspomnisz, Lizandrze. Masz rację, nie traćmy czasu. Zdobyłeś wdzięczność Macedonii, dzięki czemu pomogłeś również własnej ojczyźnie. Warunki pokoju, jakie regent podyktował Sparcie po ostatniej wojnie, zostaną złagodzone. Zakładnicy, których wzięliśmy, będą mogli powrócić do swych rodzin. W ramach Związku Korynckiego twój kraj nie będzie musiał dostarczać żołnierzy ani pieniędzy na opłacenie najemników. Pozostanie wolny i niezależny, naturalnie z pewnymi ograniczeniami.

– Naturalnie – powtórzył jak echo Lacedemończyk.

– Nie będzie wam wolno toczyć wojen z innymi członkami Związku. Zresztą, po stratach, jakie ponieśliście pod Megalopolis, pewnie i tak nie starczyłoby wam na to ludzi. Będziecie też zobowiązani do posiadania tych samych sojuszników i wrogów co Antypater. W sprawach polityki zagranicznej będziecie się konsultować z jego namiestnikiem Peloponezu, stacjonującym w Koryncie.

– To nie brzmi jak wolność i niezależność…

– Pełną swobodę zachowacie natomiast w sprawach wewnętrznych. My oczywiście będziemy popierać frakcję promacedońską. Zastanawiałeś się kiedyś nad karierą efora, Lizandrze? Powiedz tylko słowo, a nim zostaniesz.

– Szczerze powiedziawszy, nie rozważałem tego.

– Może teraz znajdziesz czas, by nad tym pomyśleć. Jesteś wolny. Nic już nie trzyma cię w Atenach.

– Nie sądzę. Pobyt tutaj sprawił, że mam serdecznie dość polityki. Znacznie lepiej rozumiem wojnę. Jesteś ty, twój przeciwnik i włócznia między wami. Drzewce pokazuje ciebie, grot jego. To odświeżająco proste.

– Wszyscy marzymy niekiedy o powrocie do czasów, gdy życie było mniej skomplikowane – odparł ambasador, który też kiedyś był generałem. – Niestety, jest to luksus, na który niewielu może sobie pozwolić.

– Mimo to spróbuję. Skoro moja ojczyzna będzie musiała odtąd żyć w pokoju, udam się do Azji i dołączę do Aleksandra. Wciąż zostało mu sporo do zawojowania. Na pewno nie pogardzi sprawnym żołnierzem.

– Życzę ci zatem powodzenia. Oby twa włócznia nigdy nie chybiała! Eufraksjo! – zawołał Meleager. – Widzę, że kielich mojego gościa jest już prawie pusty. Napełnij go ponownie. Nie, nie tym winem. Podaj tamto z Lampsakos. To prawdziwy specjał. Lizandrze, będziesz zachwycony.

– Tobie również, panie? – spytała niewolnica.

– Później. Mój puchar jest jeszcze pełny.

Lacedemończyk dopił pospiesznie to, co jeszcze miał w naczyniu. Tymczasem Eufraksja przyniosła nowy dzban i zmieszała wino z wodą w odpowiedniej proporcji. Pochylając się, by nalać do kielicha, pozwoliła mężczyźnie na dłuższą chwilę zajrzeć sobie w dekolt. Skwapliwie wykorzystał tę okazję. Posłała mu również przelotny, acz wiele sugerujący uśmiech. Miała na niego coraz większą ochotę. Liczyła, że po uczcie wylądują razem w sypialni.

– Proponuję toast – rzekł ambasador. – Za pokój między Grekami i wojnę przeciw wspólnym wrogom!

– Z przyjemnością za to wypiję.

– A więc do dna.

Oczy Lizandra zaszły łzami, gdy wysączył duszkiem całą zawartość pucharu.

– Na bogów, miałeś rację! – rzekł, gdy już otarł sobie krople wina z ust. – Wyborny trunek. Nigdy nie piłem tak dobrego. Tylko to zakończenie… jakaś przedziwna gorycz. Czy to jakaś przyprawa? Nie potrafię jej rozpoznać…

Meleager uśmiechnął się smutno.

– Niestety, przyjacielu. To nie przyprawa.

Patrzył uważnie w oczy Spartanina. Dostrzegł w nich błysk zrozumienia. A potem czystą zgrozę. Mężczyzna poderwał się z biesiadnego łóżka. Stanął niepewnie na nogach. Jego ciało przeszył skurcz. A potem następny. Osunął się na kolana, lecz nie upadł – wsparł się na ramieniu. Uniósł z wysiłkiem głowę.

– Dlaczego? – wykrztusił.

Czuł, że niewidzialne imadło miażdży mu szyję. Eufraksja stała nad nim, jeszcze bledsza niż zwykle. Przyciskała dłonie do ust, by nie krzyczeć. Chara wybiegła z komnaty, szlochając.

– Mówiłem: nie lubię zostawiać niedokończonych spraw – wyjaśnił cichym tonem ambasador. – Za dużo wiesz, by nie stanowić zagrożenia. A skoro chciałeś opuścić Helladę, straciłeś dla mnie całą użyteczność. Trzeba było przyjąć eforat, Lizandrze. Niestety, teraz jest na to za późno.

Otruty mężczyzna próbował powiedzieć coś jeszcze, ale nie dał rady. Głowa opadła mu na pierś. Ręka, na której się opierał, ugięła się w łokciu. Gdy upadł całym ciałem na podłogę, był już martwy. Meleager potrząsnął głową.

– Co za szkoda – powiedział z żalem. – To było naprawdę wyśmienite wino.

* * *

Płonący rydwan Heliosa wznosił się na nieboskłon, rozpędzając drobne chmury, które wiatr gnał w stronę Attyki. W porcie Eginy panował spory, jak na tę senną miejscowość, ruch. Nie było w tym nic dziwnego: niedługo w morze wychodziły trzy statki. Trzeba było dopełnić ich ładownie towarem, a także zaopatrzyć marynarzy oraz pasażerów w żywność i wodę. Na nabrzeżu mijali się więc tragarze, kupcy, posłańcy, okrętujący się wioślarze, obnośni sprzedawcy chleba i wina, podróżni, którzy szukali swej jednostki, wśród nich zaś krążyli odcinający sakiewki złodzieje, pragnący wykorzystać zamieszanie, a także pornai, mające nadzieję na uwiedzenie któregoś z ludzi morza i zaciągnięcie go na kilka słodkich chwil w najbliższy zaułek.

Rwetes był tak duży i trudny do zniesienia, że trzej mężczyźni, którzy właśnie pojawili się na nabrzeżu, postanowili czym prędzej oddalić się od tłumu. Skierowali się na sam kraniec mola oddzielającego port od otwartego morza. Fale szumiały tu głośno, rozbijając się o kamienie, pryskało też trochę pianą, drobne krople osiadały na ubraniu i skórze. Ale przynajmniej można było nawzajem się usłyszeć. Żadna dziwka nie narzucała się ze swymi wątpliwymi wdziękami. No i nikt nie próbował oderżnąć sakiewki od pasa. Było to zatem dobre miejsce na rozmowę.

– Czy to twoja ostateczna decyzja? – spytał Demetriusz.

Mówił podniesionym głosem, by przekrzyczeć fale, lecz na jego twarzy rysował się smutek, a nie gniew. Poeta skinął głową.

– Przemyślałem to dobrze. Doszedłem do wniosku, że nie potrafię na dłużej zostawić Aten. Nasza ojczyzna stanowi dla mnie źródło inspiracji. Gdybym miał żyć gdzie indziej, musiałbym zrezygnować z pisania. A wiesz, że tego nie potrafię.

– Nigdy nie oczekiwałbym takiej ofiary. Jesteś wielkim artystą, Menandrze. Być może największym w naszym pokoleniu. Odrywać cię od twoich dzieł byłoby zbrodnią… wobec żyjących dzisiaj i za tysiąc lat.

Chłopak spąsowiał, mocno zakłopotany. Falerończyk ciągnął zaś dalej:

– Jednak boleję nad tym, że musimy się rozstać. Kto zgadnie, na jak długo… Wiesz, że przez najbliższe lata nie będę mógł pojawić się w Attyce. No chyba że zechcę stanąć przed trybunałem…

– Może nie będzie tak źle. Hiperejdes ci sprzyja. Fokion również. Masz spore szanse na uniewinnienie…

– To prawda. Sprzyjali mi – Demetriusz podkreślił czas przeszły. – Skończyło się to z chwilą, gdy uniemożliwiłem im zemstę na moim ojcu. Teraz nie mam już przyjaciół w Atenach. Jedyni, którzy mi pozostali, stoją tu, przede mną.

Nie wspomniał o jeszcze jednym powodzie, dla którego zamierzał trzymać się z dala od domu: o przepowiedni Dionizjusza. Zamieszkanie w odległych krainach wydawało mu się najlepszym sposobem, by nie zostać tyranem Aten. Miał nadzieję, że nawet Mojry nie są na tyle pomysłowe, by jakoś obejść ową komplikację.

 Usłyszawszy słowa, które wypowiedział, Aratos położył mu rękę na ramieniu. Uścisnął je, by dodać młodzieńcowi otuchy.

– Skoro nie w Attyce, może spotkamy się poza nią? – zawołał z nadzieją Menander. – Późnym latem będę gościł w Delfach, na Igrzyskach Pytyjskich. Jeśli chcecie usłyszeć mój poemat o wojnie trojańskiej, musicie się tam zjawić! Zapewniam was, będzie czego posłuchać. Mam zamiar wrócić stamtąd z wawrzynowym wieńcem.

– Nie wątpię, że będzie to wspaniałe dzieło – rzekł poważnym tonem Kreteńczyk. – Obawiam się jednak, że będziemy zbyt daleko, by przybyć do Delf.

– Ach, właśnie! Powiedzcie w końcu, dokąd się udacie? Wciąż żaden z was nie zdradził mi kierunku podróży.

– Bardzo słuszne pytanie – Aratos przeniósł spojrzenie na Demetriusza. – Trzy statki opuszczają dzisiaj przystań. Korkyra, Hellespont, Aleksandria. Możemy wsiąść na każdy z nich. Najwyższy czas, byś dokonał wyboru.

– Tobie nie robi on różnicy?

– W każdym z tych miejsc można rozpocząć nowe życie. Korkyra słynie z dobrych win, a także z tego, że tamtejsze niewiasty chętnie rozchylają uda dla nieznajomych. Jeśli wierzyć plotkom, oczywiście. – Uśmiech fechmistrza sugerował, że zdarzyło mu się sprawdzić prawdziwość owych plotek. I że rezultaty okazały się ze wszech miar zadowalające. – Za Hellespontem rozciąga się morze o ciemnych wodach, wokół którego mieszkają dziwne i barbarzyńskie ludy. Można tam zbić majątek na handlu wszystkim, od zboża po bursztyny. Co zaś się tyczy Egiptu… Byłem tam jeszcze przed macedońskim podbojem. To kraj palącego słońca i starożytnych tajemnic. Niekończącego się morza piasków i największej rzeki świata.

– A co z egipskimi kobietami? – zainteresował się Menander. – Czy są równie chętne jak mieszkanki Korkyry?

– Tamtejsi mężowie nie trzymają swoich żon i córek tak krótko jak Hellenowie. Sam możesz domyślić się rezultatów. Nie ma bardziej rozwiązłych niewiast niż Egipcjanki. Nawet nie trzeba szukać tam domów rozkoszy. Wystarczy zapukać do dowolnych drzwi w czasie, gdy mężczyźni są w polu… Dziewczyna zaprosi cię do środka, napoi wodą lub winem, a potem sama zaciągnie do alkowy!

Poeta miał na twarzy wypisany zachwyt.

– Opowiedz jeszcze o kobietach zza Hellespontu! – zażądał.

Aratos wybuchnął śmiechem.

– Zbyt wiele różnych plemion tam żyje, by móc ująć to w paru zdaniach. Czy chcesz usłyszeć o skośnookich Scytyjkach? O złotowłosych Kimmeryjkach? A może o smagłych dziewczętach z Kolchidy?

– Wystarczy! – Falerończyk także się uśmiechnął. Opowieść Kreteńczyka rozproszyła nostalgiczny nastrój, w jaki wprawiło go rychłe pożegnanie. – Nawet nie wiem, ile z tego, co mówisz jest prawdą, a ile swobodną konfabulacją.

– Zarzucasz mi kłamstwo? – Fechmistrz udał oburzenie. – Kiedy dotrzemy do celu naszej podróży, przekonasz się, że wszystko, co mówiłem, jest całkowicie zgodne z faktami. Niestety, nie możemy być we wszystkich tych miejscach naraz. Dlatego spytam raz jeszcze: dokąd pożeglujemy?

Demetriusz zastanawiał się. Każdy z kierunków wydawał mu się ciekawy i obiecujący… Najpierw odrzucił Korkyrę. Tamtejsze wino dało się nabyć w każdym zakątku świata, faktycznie bowiem było wyśmienite. Dłużej kusiły go krainy leżące za Hellespontem. Uświadomił sobie jednak, że podążając w ową stronę, wcale nie ucieknie od Aten. Wszak właśnie stamtąd jego ojczyzna sprowadzała olbrzymie ilości pszenicy, dzięki której mogła wyżywić swą rosnącą populację. Brzegi morza o ciemnych wodach wprost roiły się od jego rodaków, zaangażowanych w wielce lukratywny import. Jeśli chciałby zacząć tam nowe życie, musiałby to uczynić pod przybranym imieniem. A to wcale mu się nie uśmiechało. Miał zamiar nadać swojemu mianu nowy blask, a nie ukrywać się przed karzącym biczem ateńskiej sprawiedliwości.

Co więc pozostawało? Egipt od paru lat leżał w granicach macedońskiego imperium. Ateny nie miały tam nic do powiedzenia. Ponadto Demetriusza pociągała wizja nowego miasta, rodzącego się z nicości. Metropolii noszącej imię największego przywódcy Hellenów i będącej urzeczywistnieniem jego woli. Chciał na własne oczy zobaczyć, jak rosną mury, świątynie i pałace Aleksandrii. Jak olbrzymi port zapełnia się statkami z najdalszych stron świata. Pragnął też poznać ziemie leżące w głębi lądu – jak to poetycko ujął Aratos – „kraj palącego słońca i starożytnych tajemnic”. Poza tym, choć nigdy nie przyznałby się przed towarzyszami, naprawdę był ciekaw, jak to jest z tymi córkami i żonami Egipcjan. Czy faktycznie można ot tak, jak gdyby nigdy nic, składać im niezapowiedziane wizyty… Poczuł, że coś drgnęło mu pod tuniką.

Od śmierci Raisy niewiele myślał o innych kobietach. Nie miał na to czasu ani ochoty. Teraz jednak, pod wpływem relacji Aratosa, temat ponownie znalazł się w centrum jego zainteresowań. Uświadomił sobie, że jego potrzeby i pragnienia wcale nie zanikły, a tylko uległy przytłumieniu, pozostawały niejako w letargu podczas krwawych wydarzeń, jakie rozegrały się w Atenach. Gdy zagrożenie minęło, znów się rozbudziły, z siłą, której zupełnie się nie spodziewał.

Pamiętał oczywiście, co obiecał Iliryjce, gdy jej ciało płonęło na żałobnym stosie. „Liczę, że gdy śmierć zabierze mnie wreszcie z tego świata, spotkamy się w Hadesie. Do tego czasu… ślubuję ci, że nie wezmę sobie żony ani konkubiny… Kocham tylko ciebie”. Nie zamierzał łamać danego słowa. Nie tym razem. Zbyt często robił to, gdy jeszcze żyła. Nie zwiąże się więc z nikim na stałe. Ale te Egipcjanki… Z pewnością cień jego niewolnicy nie będzie miał mu za złe krótkich wizyt składanych pod nieobecność mężów…

Demetriusz uświadomił sobie, że od dłuższej chwili uśmiecha się jak idiota, podczas gdy Aratos i Menander przyglądają mu się z dziwnymi minami.

– Aleksandria! – rzekł głośno i dobitnie. – Pożeglujemy do Egiptu!

– Nareszcie jakiś konkret! – ucieszył się Kreteńczyk. – Dobrze, pójdę wykupić nam miejsca na statku. To tamten duży handlowiec, zacumowany przy samym wyjściu z portu. Porządna łajba, dobra na pełnomorskie podróże.

Zaiste, korab prezentował się solidnie. Wyglądało na to, że nie rozleci się na deski przy pierwszym uderzeniu fali.

– Ostatnia szansa, Menandrze. Możesz się jeszcze z nami zabrać. Mam zarezerwować dwa, a może trzy miejsca?

– Wiecie, że o niczym bardziej nie marzę – widać było, że jest rozdarty. Dokończył jednak stanowczym głosem: – Lecz nie potrafię opuścić moich Aten. Kiedy dotrzecie do Aleksandrii, napiszcie koniecznie. Poślę wam ukończony poemat. Żebyście choć wiedzieli, co straciliście w Delfach!

– A zatem bywaj – Aratos podał mu rękę. – Dziękuję ci za wszystko. W imieniu swoim i Korinny. Demetriuszu, spotkamy się na pokładzie. Nie spóźnij się, wypływamy w samo południe.

– Będę tam – zapewnił go Falerończyk.

Kiedy fechmistrz się oddalił, Demetriusz został na końcu mola z samym tylko poetą. Przez dłuższą chwilę stali w milczeniu, słuchając szumu fal. W końcu odwrócił się w stronę młodszego przyjaciela, położył mu ręce na ramionach i spojrzał głęboko w oczy.

– Powiedz mi szczerze. Zdecydowałeś się zostać w Atenach dla ogólnego uroku naszego Miasta, czy może jest inny, bardziej… namacalny powód?

Menander znów się zarumienił.

– Napisała do mnie list. Prosi o wybaczenie… o jeszcze jedną szansę… Nie mogę tego tak zostawić. Chcę spróbować. Ostatni raz.

– To bardzo romantyczne. Przyznam, że łza kręci mi się w oku. Choć może to od tego wiatru.

– Nie spodziewałem się, że zrozumiesz…

– Ależ rozumiem. Lepiej niż myślisz. – Demetriusz momentalnie spoważniał. Jego dłonie mocniej zacisnęły się na ramionach poety. – Wszyscy czasem gonimy za marzeniami. Ty, ja, Aratos. Jesteśmy przecież tylko ludźmi. Na końcu zwykle czeka nas klęska, ale czy to jest powód, by zaniechać pościgu? Może kiedyś staniemy się równie beznamiętni jak filozofowie. Póki co jednak próbujemy. Dlatego życzę ci, byś tym razem dogonił swe marzenie. Na przekór rozumowi, bo ten przepowiada coś zgoła innego.

– Zdaję sobie z tego sprawę. Fojbiane jest zmienna jak zimowe morze… Pewnie znowu mnie rzuci, gdy tylko się potknę. Albo gdy znajdzie sobie kogoś bardziej… hmmm…

– Niech zgadnę: zamożnego, popularnego, z większym talentem?

– Przynajmniej o to ostatnie się nie martwię.

Znowu umilkli, przytłoczeni faktem, że oto nieubłaganie zbliżał się moment rozłąki. Wiedziony impulsem Falerończyk przyciągnął poetę ku sobie i z całych sił go uściskał.

– Niech ci się dobrze wiedzie, przyjacielu – szepnął mu do ucha. – Bądź szczęśliwy. Tak bardzo, jak tylko zdołasz.

– Zrobię co w mojej mocy. A kiedy wrócisz do Aten, będę na ciebie czekał. Z bukłakiem przedniego trunku i nowymi wierszami.

– Ech, robi się melancholijnie! Nie żegnajmy się w ten sposób. Zróbmy coś, by zachować radosne wspomnienia. Jak myślisz, ile zostało do południa?

Menander ocenił położenie słońca na niebie.

– Co najmniej klepsydra. Może półtorej.

– I mnie się tak zdaje.

– Co proponujesz?

– Możemy osuszyć dzban wina z Korkyry. Albo odwiedzić dom rozkoszy. Przyznam, że chętnie odprężyłbym się przed długim rejsem. Od tygodni nie byłem już z kobietą.

– Mam lepszy pomysł. – Poeta uśmiechnął się przebiegle. – Przy odrobinie szczęścia posmakujemy i nektaru, i ambrozji.

– Czuję, że kryje się za tym jakaś historia…

– Po prostu dobrze wykorzystałem te kilka dni spędzonych na Eginie.

– Zamieniam się w słuch!

– Niedaleko stąd, przy nabrzeżu, znajduje się całkiem porządna tawerna. Spotkałem tam przyjaciółkę, która rozproszyła wszystkie moje smutki i żale. Chciałbym ci ją koniecznie przedstawić.

– Zawsze chętnie zawieram nowe znajomości. Powiesz coś więcej na jej temat?

– Ma cerę jak mleko i piersi zasługujące na pochwalną odę. To zbrodnia, że jeszcze nikt jej nie napisał.

– Możesz być pierwszy! – zawołał Demetriusz.

Menander objął go ramieniem i poprowadził w stronę portu.

– Tym razem, stary druhu, skomponujemy ją razem.

KONIEC

Akcja Opowieści Demetriusza rozgrywa się w Attyce, Beocji, Macedonii, Epirze, na Eginie oraz w kilku innych miejscach, między zimą a latem 330 roku p.n.e. Niektóre z opisanych tu wydarzeń – jak na przykład demokratyczna rebelia w Atenach, najazd Dardanów czy dyktatura Dionizjusza z Faleronu – są całkowicie fikcyjne (choć mogły mieć miejsce, bo posiadały swoje udokumentowane precedensy w poprzednich latach i dekadach). Korzystałem z dziur chronologicznych, które pojawiły się w wyniku fragmentaryczności i niekompletności źródeł, jakimi dysponujemy. Bez wahania wypełniałem te luki swoimi pomysłami. Dlatego też niestety moja praca nie może służyć jako pomoc w nauce historii antycznej, choć dołożyłem starań, by wiarygodnie oddać realia epoki.

Niemniej jednak na stronach Opowieści przewija się wiele postaci historycznych, o których wiemy całkiem sporo. Wypada więc na koniec tej długiej historii opisać pokrótce, jak dalej potoczyły się ich losy.

Spośród czterech ateńskich przywódców, których umieściłem w radzie tymczasowej zarządzającej Miastem, wszyscy odeszli ze świata w sposób tragiczny. Po śmierci Aleksandra Wielkiego w Helladzie wybuchło antymacedońskie powstanie, zwane Wojną Lamijską. Mimo początkowych sukcesów, zakończyło się ostatecznym zwycięstwem Antypatra. W jego wyniku w 322 roku p.n.e. wymordowano przywódców stronnictwa demokratycznego. Hiperejdes i Demostenes próbowali ratować się ucieczką. Obydwu schwytano na wyspach. Pierwszy zginął od mieczy macedońskich siepaczy, drugi otruł się, by uniknąć tego losu i umrzeć na własnych warunkach.

Oligarchiczni przywódcy Aten przeżyli demokratów o kilka zaledwie lat. Kiedy wybuchła wojna domowa między spadkobiercami Aleksandra, opowiedzieli się po przeciwnych stronach konfliktu. Demades został stracony podczas misji dyplomatycznej w Pelli. Fokiona, najbardziej uzdolnionego generała Aten, zamordowali jego rodacy. Miasto straciło wszelkie pozory suwerenności i na ponad stulecie popadło w macedońską zależność.

Człowiekiem, któremu powierzono doglądanie macedońskich interesów, był Demetriusz z Faleronu. Spełniła się przepowiednia, jaką włożyłem w usta jego ojca: naprawdę został tyranem Aten. Utrzymał się u władzy przez całą dekadę, między 317 i 307 roku p.n.e. W przeciwieństwie do Dionizjusza był jednak władcą oświeconym i łaskawym. Reformował prawo, popierał rozwój sztuk, zapewnił ojczyźnie bardzo potrzebny okres pokoju i stabilizacji. Gdy w końcu został obalony i musiał ratować się ucieczką, znalazł schronienie na dworze króla Ptolemeusza w Aleksandrii. Do historii przeszedł jako jeden z założycieli tamtejszego Muzeum (jednego z pierwszych i największych zarazem instytutów naukowych starożytności) oraz Biblioteki Aleksandryjskiej. Zmarł w 283 roku p.n.e. (niemal pół wieku po zakończeniu Opowieści Demetriusza!), w wyniku ukąszenia przez żmiję. Pozostawił po sobie ponad pięćdziesiąt dzieł poświęconych filozofii, retoryce, gramatyce i krytyce literackiej.

Menander stał się jednym z największych poetów swoich czasów, twórcą gatunku nowej komedii ateńskiej. Jego dorobek obejmuje ponad sto utworów; niektóre z nich dotrwały do naszych czasów. Rodacy obsypywali go nagrodami: ośmiokrotnie zwyciężył na Festiwalu Lenajów. Nie wiadomo, ile razy udało mu się dostać wieniec w czasie konkursu komediowego podczas Wielkich Dionizjów, ale możliwe, że tam również święcił triumfy. Podczas dyktatury Demetriusza z Faleronu wciąż cieszył się jego przyjaźnią. Po jego upadku zdołał jednak pozostać w Atenach i nie spotkały go żadne represje. Zamiłowanie Menandra do heter – które zasygnalizowałem romansem z Fojbiane – było faktem historycznym. Za jego kochanki uważa się najsłynniejsze kurtyzany owych czasów: Taidę oraz Glykerę. Plotka głosi, że za sprawą tej drugiej odmówił lukratywnej propozycji przeniesienia się na aleksandryjski dwór (za zaproszeniem stał zapewne nie kto inny, a Demetriusz z Faleronu – zawsze wierny przyjaciel poety i zausznik króla Ptolemeusza). Zakończył życie w stosunkowo młodym wieku, topiąc się podczas kąpieli. Nastąpiło to w roku 291 p.n.e.

Olimpias raz jeszcze podjęła walkę o panowanie nad Macedonią. Uczyniła to w interesie prawowitego spadkobiercy imperium – swego wnuka, Aleksandra IV, a także jego matki, wdowy po Aleksandrze Wielkim, Roksany. W 317 roku p.n.e. Olimpias wkroczyła do królestwa i na pewien czas je opanowała. Tym razem jednak jej przeciwnikiem nie był stosunkowo łagodny Antypater, lecz jego syn, okrutny i bezlitosny Kassander. Bez trudu pokonał starą królową i niebawem kazał ją stracić. Kiedy umocnił się u władzy, zamordował również Aleksandra IV i Roksanę, a następnie sam przywdział królewską purpurę. Tak ostatecznie wygasł ród Aleksandra Wielkiego. Przyszłość należała do nowych dynastii, założonych przez jego generałów.

Przejdź do kolejnego cyklu: Perska Odyseja: Prolog

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Naprawdę przyjemnością jest możliwość komentowania jako pierwszy. Czytałem na bieżąco Opowieść Helleńską już na DE (jako miłośnik kultury klasycznej, pamiętam, nawet kiedyś ośmieliłem się napisać parę wiadomości z pytaniem o dalsze lektury). Kolejny raz pokazujesz, że potrafisz zakończysz opowieść ze smakiem i kunsztem. Naturalnie w tej opowieści też miałem swoją ulubioną parę, której to także niestety nie dane było szczęśliwe zakończenie. Przyznam, o ile śmierci oblubienicy się spodziewałem, to to co się stało z Lizandrem, zaskoczyło mnie całkowicie. Może też dlatego jest to tym mocniejsze. Nie ma sensu pisać o stylu i fabule jako rzeczach odrębnych. Dla mnie osiągnąłeś wysoki poziom kunsztu literackiego i każdą część chłonąłem z przyjemnością. Oczywiście, z przyjemnością czekam na dalsze opowiadania i życzę dużo weny. Podziwiam i pozdrawiam, Celt .

Witam!

Z wielką przyjemnością (i niemałą ulgą!) mogę zaprezentować ostatni rozdział, zamykający Opowieść helleńską. To była długa droga, ale cieszę się, że udało mi się ją przejść do końca. Nie było łatwo, ale zawsze ciekawie. Sądzę, że zamknąłem wszystkie najważniejsze wątki tej historii. Mam nadzieję, że sposób, w jaki doprowadziłem do finału przypadnie do gustu Czytelniczkom i Czytelnikom OH. Zapraszam zatem do lektury, a tych, którzy jeszcze nie zetknęli się z moimi pracami – do zaczęcia od samego początku, a więc od Kassandra.

Szczególnie wielkie podziękowania należą się niezrównanej Arei Athene za wysiłek, który włożyła w korektę całej Opowieści. Czasem terminy były krótkie, a materiału – niezmiennie dużo. Nigdy jednak nie zawiodła i poprawiony tekst zawsze był na czas. Tak więc Ateno – głęboki, pełen wdzięczności ukłon.

Tobie zaś, drogi Celcie, dziękuję za pierwszy i w dodatku tak miły komentarz. Co do Lizandra – powiem tylko, że gdy wchodzi się między wilki, trzeba liczyć się z tym, że zostanie się zagryzionym. Spartanin długo wychodził na swoje, udało mu się przechytrzyć swego pracodawcę. Osiągnął pewne koncesje dla ojczyzny. Ale nie zdołał ocalić własnego życia – pokonał go lepszy i sprawniejszy intrygant. Cieszę się, że zakończenie trafiło w Twój gust. Obecnie planuję zrobić sobie parę miesięcy odpoczynku i przemyśleć swoje następne projekty. W międzyczasie będę publikował na NE w charakterze tłumacza naszego nowego cyklu pt. "Przekłady". Za życzenia dziękuję, na pewno się przydadzą!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

No dobra będę trzeci- po pierwsze ciągle miejsce na podium, a po drugie to niest taka zła kolejność skarbie- jak mawia puszczalska dziewczyna kumpla.
Wracając do tekstu. Fajne gorzko słodkie zakończeni. Wreszcie uwolniłeś sie od pewnej hollywodzkości ;] a to pochwalę. Do tego jak w Casablance- ten epilog był początkiem pięknej męskiej przyjaźni.

Najbardziej (znów!) podobały mi się sceny z kapłanem w roli głównej. Mam nieodparte wrażenie, że jako kastrat w przyszłości zdrowo nabruździ naszemu Kassandrowi;]

Zaiste oto epilog godnie wieńczący dzieło i spełniający wszelkie pokładane w nim nadzieje! 🙂

Może trudno w to uwierzyć, ale pomiędzy napisaniem pierwszego a ostatniego słowa Opowieści Demetriusza minęły ponad trzy lata i trzy miesiące. 39 rozdziałów w 39 miesięcy… Imponujące osiągnięcie! Nie mam w sobie dość cierpliwości, aby policzyć wszystkie strony tego dzieła, ale pobieżne rachunki pozwalają mi sądzić, że jest ich blisko półtora tysiąca. Tak czy owak to największe przedsięwzięcie w dotychczasowej historii Najlepszej Erotyki i jestem dumna z tego, że mogłam mieć w nim swój skromny udział 🙂

Aleksandrze, dziękuję Ci za wieloletnią, wielce satysfakcjonującą współpracę i… czekam na kolejne wspólne wyzwania! 🙂

Pozdrawiam serdecznie – Areia Athene

Teraz czas na książkę, a raczej księgozbiór.
Zajął by honorowe miejsce w mojej bibliotece.
Megas Alexandros jesteś wielki.

Moi Drodzy,

@Seelenverkoper: pozwolę sobie pozazdrościć znajomości z puszczalskimi dziewczynami! Cieszę się, że tym razem nie było nazbyt hollywoodzko. W założeniu wszystkie Opowieści miały się kończyć w konwencji bitter-sweet. Najwyraźniej jednak przy Tais przesadziłem nieco z cukrem i do dziś mnie to prześladuje…

Męska przyjaźń to piękna rzecz, Demetriusz i Aratos będą mieli teraz sporo czasu na jej cementowanie. A co do Kritiasa… Twoja sugestia niepokojąco bliska jest niektórym z moich planów 🙂

@Areia Athene: to prawda, prace nad Opowieścią Demetriusza rozciągnęły się i to bardzo. Początkowo jego historia miała przypominać rozmiarami dwie poprzednie opowieści – Kassandra i Tais. Rzeczywistość okazała się odmienna. Wprawdzie zawarłem tu elementy innych Opowieści które planowałem kiedyś napisać (m.in. Alkajosa), ale i tak rozmiary tego tekstu (które ja szacuję na ok. 1150 stron) robią wrażenie. Zwłaszcza na mnie 🙂 Tym niemniej, mam nadzieję, że któryś z naszych Autorów wkrótce mnie przebije.

Na razie praca skończona. Jestem również bardzo ukontentowany faktem, że mnie w niej wspomagałaś, Ateno! A z następnymi wyzwaniami zgłoszę się, gdy odzyskam siły po tym 🙂

@Anonim:

Dziękuję pięknie! Myślę, że z czasem wszystkie Opowieści zostaną złożone w ebooki. Co do wydań książkowych – jeszcze żadne wydawnictwo nie dzwoniło do mojego agenta 🙂

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Witaj!

Najpierw komentarz do epilogu.

Zastanawiam się czy samozwańczy syn Apollina jeszcze jakąś rolę odegra w Twoich Opowieściach, czy zostanie wykastrowaną dziwką żołnierzy Królowej Olimpias ;). Obrazek idealnie pasuje do sceny kończącej ten wątek.

Meleager to wyrachowana bestia. Przekonał Radę by pozwoliła synowi pożegnać się z synem co spowodowało porzucenie mu noża, którym popełnił samobójstwo co ostatecznie zniweczyło starania Hiperejdesa by skazać go w pokazowym procesie i ostatecznie umoci władzę Macedonii w Atenach, Szkoda mi trochę Lizandra, ale w pewien sposób został ukarany za zdradę swojego Pana.

Czemu nie pozwoliłeś Aratosowi i Korinnie uciec gdzieś za horyzont i cieszyć się szczęściem do ostatnich dni życia? Wiem, wiem za słodko by było ;).

A teraz komentarz do całego cyklu.

Układałem go sobie już od dawna, jednak ostatnią częścią (epilogiem) przekreśliłeś moją pracę i wcale tego nie żałuję.

Miałem napisać że ta Opowieść troszkę Cię chyba przerosła i sam się w niej zagubiłeś jednak to w jaki sposób zakończyłeś wszytskie wątki to mistrzostwo świata i okolic. Gdzieś w internecie napotkałem na stwierdzenie że Autor jest uważany za jednego z najlepszych pisarzy erotycznych w naszym kraju z czym pozostaje mi się zgodzić. Wszystko w tej przeogromnej historii jest dopięte na przysłowiowy ostatni guzik a epilog tak zaskakuje ( głównie za sprawą Eurynome i Olimpas) że moje wcześniejsze obawy stały się bezpodsawne. Wykonałeś kawał, naprawdę dobrej roboty utrzymująć tak rozrośnietą sagę "w kupie". Wyszedłeś poza skalę ocen, więc nie mogę tego uczynić.

ps.

Nie musisz się obawiać że wkrótce któryś Autor Cię przebije. POnad trzy lata cieżkiej pracy raczej nie da się przebić tak szybko. Chyba że ktoś trzyma w zanadrzu sagę podobnej objętości.

ps 2.

Myślę że niejedno wydawnictwo przeraziłoby się rozmiarem tej Opowieści ;).

daeone

Witaj, Daeone!

Co do Kritiasa, jak już wspomniałem, sugestia Seeleverkopera może okazać się prawdziwa. To taki mały hint na temat fabuły, który puszczam już teraz, by podsycić ciekawość 🙂 Jeśli chodzi o Meleagra – ta postać zawsze łączyła zwodniczo sympatyczne usposobienie z zimną polityczną kalkulacją. Wchodząc z nim w knowania, Lizander powinien był mieć się na baczności. To, czy kara, jaką poniósł była zasłużona – pozostaje do oceny każdego z Czytelników.

Uznałem, że happy end dla Aratosa i Korinny byłby niezbyt realistyczny. Ich znajomość była zbyt przelotna, w porównaniu ze znacznie dłuższym i mocniej ufundowanym romansem Korinny z Ismeną. Poza tym wydaje mi się, że w antycznych realiach świątynia była miejscem, gdzie kobieta mogła się cieszyć największą swobodą (podobną rolę pełniły w średniowieczu klasztory). Córka Demostenesa była wykształconą dziewczyną, która źle czułaby się zapewne w sztywnych regułach helleńskiego życia małżeńskiego. Inna kwestia, że Aratos starałby się pewnie uczynić egzystencję swej małżonki bardziej urozmaiconą i mniej monotonną…

W istocie jednak najważniejszym powodem, dla którego ich z sobą nie połączyłem, jest postać Aratosa, który kojarzy mi się z bohaterami romantycznymi, trochę w duchu chandlerowskim. To taki szlachetny naiwniak (choć trochę już zgorzkniały), który poświęci się, poniesie szkody, a na końcu i tak nie zdobędzie dziewczyny. Będzie szukał szczęścia i wierzył w nie, jednocześnie spodziewając się, że go nie zazna. Trochę trudno mi było wyobrazić sobie kogoś takiego w szczęśliwym życiu rodzinnym 🙂

Co do komentarza wobec całego cyklu: bardzo mnie cieszy, że w ostatniej chwili udało mi się uciec przed oskarżeniem, że Opowieść mnie przerosła 😀 Po to właśnie był Epilog, by dowieść mojej kontroli nad wszystkimi elementami fabuły. Inna kwestia, że był taki moment – przy samym początku Opowieści Demetriusza, gdy trochę wyślizgnęła mi się z rąk i poszła w inną stronę, niż początkowo zamierzyłem. Ale od pewnego momentu (tak od połowy) miałem już bardzo precyzyjny plan, jak doprowadzić ją do końca. Potem realizowałem go konsekwentnie, choć wciąż ramy, które założyłem pęczniały – po prostu historii, którą zaprojektowałem, nie dało się opowiedzieć w mniejszej liczbie słów. Albo po prostu ja nie potrafiłem. Nie mam takiej zdolności syntezy, jak niektórzy z Autorów z NE.

Tak czy inaczej, Opowieść skończona i każdy może ją przeczytać (ha, łatwo powiedzieć!) i ocenić. Cieszę się, że Twój ostateczny werdykt jest tak bardzo pozytywny. I tak odmienny od tego do niedawna planowanego.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

P.S. Ja się nie obawiam, że ktoś mnie przebije… ja mam taką nadzieję! Z przyjemnością zobaczę na NE obszerną powieść ulokowaną w jakichś ciekawych realiach historycznych… albo chociaż fantasy. Tak więc, jeśli ktoś skrywa coś w zanadrzu – bardzo serdecznie proszę pokazać karty!

P.S.2: to prawda. Ale przecież do odważnych świat należy!

Gratulacje Aleksandrze, udało ci się skończyć naprawdę imponujące dzieło. Ja sam niestety nie poświęciłem mu tyle uwagi, na ile zasługuje (zaprzestałem lektury gdzieś w połowie Opowieści), ale mam nadzieję, że kiedyś uda mi się przysiąść i przeczytać całość jednym ciągiem. Na wtedy również pozostawiam sobie epilog, choć nie wątpię, że mnie nie zawiedzie.

Pozdrawiam,
Obieżyświat

Dziękuję Ci za miłe słowa, Obieżyświacie!

Liczę również, że znajdziesz czas i samozaparcie, by przeczytać całą Opowieść Demetriusza, moje obecne Opus Magnum. Tuszę, że będziesz czytelniczo usatysfakcjonowany.

Pozdrawiam
M.A.

Finał Opowieści Helleńskiej wieńczy niezwykłe dzieło, które nie ma chyba konkurencji nie tylko w Polsce, ale i, jak mi się wydaje na świecie – zarówno pod względem tematyki jak i obszerności. Rasowa, krwista powieść, a właściwie trylogia historyczno-erotyczna, czasem przypominająca grecką tragedię, a czasem bardzo współczesne powieści, a to za sprawą nowoczesnego stylu prowadzenia narracji. Śledzę ją jeszcze od czasów Dobrej Erotyki a więc już ponad cztery lata. Dopiero teraz zdecydowałem się skomentować, bo nie sposób zostawić czegoś takiego bez choćby drobnego gestu wdzięczności i podziękowania. Dziękuję, że mogłem przeczytać OH. To była czysta przyjemność!

Pozdrawiam
S.T.

Witaj, S.T.!

Zawsze miło poznać kolejnego Fana Opowieści helleńskiej. Nawet jeśli ujawnił się dopiero przy ostatniej części 🙂 Cieszę się, że mogłem swoimi tekstami sprawić czytelniczą przyjemność. I postaram się nadal jej dostarczać, gdy tylko naładuję akumulatory!

Pozdrawiam
M.A.

Skoro to już koniec to ma kilka pytań do Autora:

Z którego wątku jesteś najbardziej zadowolony? Co było najtrudniejsze dla Ciebie w pisaniu tak rozbudowanej opowieści? Twoja ulubiona scena erotyczna i nieerotyczna z tego molocha? Zamierzasz przeczytać całość? 😉

Powodzenia w ładowaniu akumulatorów, bo ten poziom, który już osiągnąłeś przeskoczyć będzie ciężko, ale nie wypada napisać coś słabszego. A może dla odmiany stwórz jakiegoś gniota, tak dla relaksu?

pozdrawiam

daeone

Witaj, Daeone!

Zadajesz niełatwe pytania. Tyle było tych rozdziałów, wątków i scen… ale skoro to podsumowanie Opowieści helleńskiej, postaram się wybrać spośród tego bogactwa. Ponieważ OH to trylogia, więc będę udzielał odpowiedzi dla każdej z części.

"Z którego wątku jesteś najbardziej zadowolony?"

W Opowieści Kassandra najbardziej wyszedł mi chyba wątek Fryne (OH X-XIII). W jego tle rozwija się wątek wzgardzonej i biorącej swą prywatną zemstę Mnesarete. Obydwie te historie splatają się i prawdopodobnie znajdą kontynuację w Perskiej Odysei.

W Opowieści Tais jestem zadowolony z opisu wydarzeń w Delfach (OH:T VI-X). Nakreśliłem tam podwójny trójkąt erotyczny (Tais walcząca o Chloe z Gylipposem i jednocześnie rozdarta między fascynacją Bryaksisem i Kritiasem) o dość wybuchowym potencjale.

W Opowieści Demetriusza zdecydowanie najlepiej wyszedł mi freudowski wątek relacji między głównym bohaterem i jego ojcem (OH:D I – Epilog).

"Co było najtrudniejsze dla Ciebie w pisaniu tak rozbudowanej opowieści?"

Największe trudności napotkałem przy pisaniu Demetriusza. Początkowy plan tej Opowieści był zupełnie inny. Miała rozgrywać się częściowo w Atenach i częściowo nad Morzem Czarnym, a objętościowo przypominać cykle Kassandra i Tais. Kiedy zorientowałem się, że historia zmienia wektor, musiałem ją na nowo zaplanować. Podstawowe założenia i finał (śmierć Dionizjusza i opuszczenie Aten przez Demetriusza) pozostały niezmienne, ale w fabule praktycznie wszystko uległo głębokiemu przekształceniu. Chyba wyszło lepiej, niż początkowo planowałem, ale znacznie bardziej wyczerpująco.

"Twoja ulubiona scena erotyczna"

W Opowieści Kassandra wspólna noc głównego bohatera z Mnesarete (OH V), w czasie której dziewczyna z Argos wyznaje mu, że została wierną służebnicą Afrodyty, a potem oddają się radosnemu, antycznemu BDSM 🙂

W Opowieści Tais pierwsza scena Beotki z jej kochanką Chloe – kąpiel, masaż i lesbijski seks (OH:T I).

W Opowieści Demetriusza jest zbyt wiele scen, do których mam sentyment. Ale chyba najprzyjemniej pisało mi się scenę z Epilogu, w której Menander uprawiał miłość ze świeżo poznaną córką oberżysty, Galateą. Dawno już żadnych "momentów" nie tworzyło mi się z taką lekkością i rozbawieniem!

"i nieerotyczna z tego molocha?"

W Opowieści Kassandra mam dylemat między dwoma scenami: rzuceniem przez zgwałconą królową Spartan, Andromedę klątwy na Kassandra (OH VIII) i proces Fryne (OH XII).

W Opowieści Tais ostatnia walka Gylipposa z najemnikami Alkajosa. (OH:T VIII).

W Opowieści Demetriusza – znowu mam tu problem… waham się między sceną bitwy z Dardanami nad nienazwaną rzeką (OH:D XXXII) albo wszystkie sceny z Epilogu (na czele z pożegnaniem na molo w porcie Eginy).

"Zamierzasz przeczytać całość?"

Bez wątpienia. Pisząc OH chciałem tworzyć coś, co sam chętnie bym przeczytał. Chyba pora, bym wreszcie zaczął spijać śmietankę 😀

Co do gniotów, staram się ich jednak nie popełniać. Skoro przez te lata wypracowałem sobie jakąś skromną renomę, nie chciałbym jej teraz przeputać…

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

A teraz Twoja kolej, Daeone – jeśli zechcesz odpowiedzieć na te same pytania. Może z wyjątkiem "Co było najtrudniejsze dla Ciebie w pisaniu tak rozbudowanej opowieści?" 😀

Pozdrawiam
M.A.

Dziekuję bardzo że do odpowiedzi na moje pytania przyłożyłeś się rzetelnie i nie zrobiłeś tego na "odwal się". Musiałem więc zrobić to samo co wiązało się z zajrzeniem do tekstów źródłowych ;).

Opowieść Kassandra:

Ulubiony wątek:
Proces Fryne to chyba najbardziej rozbudowany wątek w tej częśći OH, ale mi osobiście najbardziej podobała się wojna ze Spartą, przygotowania do niej, bitwa, warunki pokoju, kara dla sojuszników Lacedemonu i chytry (choć ostatecznie bezsensowny) plan królowej Andromendy.

Scena erotyczna:
Podobała mi się forma "podziękowania" Fryne i sympozjon u Likajny, gdzie doszło do zakończenia przyjaźni Kassandra i Alkajosa.

Scena nieerotyczna:
Jeśli mówimy o całej scenie to tak jak i Tobie podobała mi się modlitwa Andromedy. Przypadły mi do gustu krótkie opisy pewnych sytuacji: pobudka Kassandra u Tais i uczucie zagrożenia, retrospekcje z młodości Kassandra zanim został wodzem Koryntu, no i słynne Pitu pitu o przechadce Kassandra ulicami Koryntu.

Perypetie Tais:

Ulubiony wątek:
Szczęśliwe zakończenie na Melos a także powstawanie rzeźby i swoisty pojedynek między artystą a synem Apollina o względy modelki w Delfach.

Scena erotyczna:
Ta gdy Beotka wkrada się do łoża Bryaksisa, gdy uciekają już z Delf.

Scena nieerotyczna:
Wszystkie sceny walki, a na pierwszym miejscu ostatni bój Gylipposa.

Historia Demetriusza:

Ulubiony wątek:

Podobały mi się zagrywki polityczne i to jak opisałeś dojscie Dionizjusza do władzy, a także jego upadek.

Scena erotyczna:
Aratos i Filona tuż przed zamachem na jego życie, flecistki spotkane w gospodzie Róg Almatei.

Scena nieerotyczna:

Sceny bitewne, zachowanie Brennusa (ochrona Korriny przede wszystkim), cały epilog a najbardziej kastracja boskiego Kiritasa ;).

Oczywiście zamierzam przeczytać całość i to pewnie nie raz.

Odnośnie gniotów masz rację, szkoda niszczyć swoją reputację ale mi osoboście wydaje się że napisać coś kiczowatego byłoby Ci trudniej niż napisanie czegoś dobrego.

pozdrawiam

daeone

Dzięki za wszystkie odpowiedzi, Daeone!

Przypomniałeś mi kilka scen, do których muszę niedługo wrócić i odświeżyć sobie pamięć!

Oczywiście zapraszam do zabawy także innych Czytelników OH. Przeżyjmy to jeszcze raz 😀

Pozdrawiam
M.A.

A może inni czytelnicy odpowiedzą na zadane przezemnie pytania? Zachęcam 🙂

daeone

Widzę, że tłoku nie ma, to ja odpowiem na kwestionariusz stworzony przez daeone:

Opowieść Kassandra:

Ulubiony wątek:
Rozkręcająca się powoli wojna ze Spartą, wraz z bitwą oraz późniejszą misją dyplomatyczną Kassandra.

Scena erotyczna:
Mnesarete zdradzająca Kassandra z Gelonem. Kochliwemu Macedończykowi należała się jakaś nauczka za jego liczne zdrady. Mam tylko nadzieję, że nie dowie się o tym, że przyprawiono mu rogi.

Scena nieerotyczna:
Pojedynek z Ajgistosem na drodze pod Atenami. Oskarżyciel Fryne zasłużył na to, co go spotkało.

Perypetie Tais:

Ulubiony wątek:
Historia Meszalima, okaleczonego sługi Tais, który potajemnie się w niej kocha i jest gotów dla niej do najwyższych poświęceń.

Scena erotyczna:
Erotyczny pojedynek Tais z Kritiasem. Kapłan próbujący ją złamać i ona dająca mu bohaterski odpór, przy okazji osłaniająca Berenike.

Scena nieerotyczna:
Tais i Chloe na targu w Delfach, oglądające różne artykuły, w końcu zachodzące do pracowni rzeźbiarskiej Bryaksisa.

Historia Demetriusza:

Ulubiony wątek:
Trójkąt miłosny Ismena-Korinna-Aratos. Wydarzenia w Delfach aż do ataku na sanktuarium Artemidy.

Scena erotyczna:
Tyle ich było… chyba ta z udziałem Demetriusza, Menandra, oraz flecistek: Dorothei i Nephele podczas Wielkich Dionizjów. Panowie bawili się po kolei z każdą z dziewcząt, a w międzyczasie one równiez popieściły się ze sobą. Miła, beztroska scena.

Scena nieerotyczna:
Sympozjon u Fryne, przed wyjazdem z Aten. Gra emocji wokół stołu, współzawodnictwo heter o schedę po Fryne, a potem rozmowa Demetriusza z Hiperejdesem.

Rozpoczynam drugie czytanie całości. Z pewnością nie będzie ostatnie.

pozdrawiam
S.T.

Megasie, dziekuje za Opowiesc o Demetriuszu, za wszystkie emocje i czytelny, latwy w odbiorze jezyk. Twoj styl jest specyficzny, i bardzo przyjemny dla oka, czy tez ucha.
Przejscie przez cala historie Demetriusza zajelo mi 3 dni… A musialam w tym czasie rowniez spac, pracowac na pelen etat, i nie zaniedbywac domu. Wiec uwazam to za nie lada osiagniecie, zwlaszcza biorac pod uwage rozmiar twojego dziela.
Pozdrawiam serdecznie
Mary Sue

Dziękuję bardzo za miłe słowa, Mary Sue!

Jestem pod wrażeniem Twego czytelniczego tempa. Całego Demetriusza w trzy dni (a tak naprawdę wieczory, skoro miałaś tyle innych obowiązków)? Ech, gdybym potrafił pisać tak szybko, jak Ty czytasz! Skoro ukończyłaś już całą Opowieść helleńską, może wypełnisz kwestionariusz Daeone'a, zamieszczony powyżej? Chętnie dowiem się, co najbardziej przypadło Ci do gustu w mojej pisaninie.

A jeśli jesteś tą samą Mary Sue która publikowała opowiadania na Dobrej Erotyce, to wysłałem Ci niedawno maila, który koniecznie powinnaś przeczytać 😉

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Witaj, Megasie!
W końcu i mnie udało się dotrzeć do finału Twojej opowieści. Pozostało mi tylko skłonić głowę, jako wyraz najwyższego uznania. Na Najlepszej Erotyce nie ma drugiego równie pracowitego autora. Tej systematyczności szalenie Ci zazdroszczę.

Mimo, że czasy antyczne na ogół znajdują się na peryferiach moich zainteresowań historycznych, ta powieść wciąga bez reszty.
Ta saga tylko ugruntowała Twoją pozycję jednego z najlepszych o ile nie najlepszego twórcy pokątnej literatury erotycznej w Polsce.

Gratuluję ukończenia tak ogromnego projektu. Ja również miałem w tej opowieści swoich faworytów i faworytki – wszystkich pozbawiłeś życia – rozumiem jednak, że to wzbudza największe emocje u czytających. Jesteś kreatorem postaci wyrazistych i pełnowymiarowych, ze wszystkimi ich wadami i zaletami.
Jako czytelnik szalenie łatwo się przywiązywałem.

Jedna rzecz mnie zastanawia, całą opowieść myślałem, że Dionizjusz jest postacią historyczną, podobnie jak jego syn. Źródła zaś podają, że ojcem Demetriusza był niewolnik Fanostratos, za jakieś bliżej nieokreślone zasługi wyniesiony do rangi obywatela. Przyznam, żałuję, że nie sprawdziłem tego wcześniej, być może wówczas rozwój losów upadłego tyrana nie zaskoczyłby mnie aż tak mocno.

Teraz moje małe zastrzeżenie odnośnie epilogu, z wielką precyzją zamykającego wszystkie ważne wątki. Podkreślam jednak, że to tylko moje odczucie, a nie zarzut wagi ciężkiej.

Miałeś w ręku materiał na najlepszą scenę erotyczną w swojej karierze i w moim odczuciu nie wydobyłeś z niej pełni potencjału, ba nawet połowy.

Scena z Kritiasem pozostawiła we mnie olbrzymi niedosyt pomimo swej temperatury. Czekałem na chwilę,gdy pojawi się Olimpias przez całą sagę – w mojej wyobraźni chyba na zawsze pozostanie Angeliną Jolie. Kiedy z grubsza nakreśliłeś łóżkowe preferencje królowej zrobiło się jeszcze ciekawiej. I wszystko po to, by na końcu spotkał mnie zawód, aktywność matki Aleksandra w tej scenie została ograniczona do minimum.

Aż nabrałem ochoty, by nakreślić tę scenę wedle mojego scenariusza, ostatecznie jednak zdławiłem ten impuls. Mam nadzieję, że Olimpias jeszcze pojawi się na kartach Twoich historii, odgrywając rolę dużo bardziej aktywną. 🙂

Nie życzę szybkiego, ale skutecznego ładowania akumulatorów. Po takim wysiłku twórczym odpoczynek powinien być odpowiednio długi, by zdążyć się nim nacieszyć.
Jeszcze raz składam serdeczne gratulacje, mając nadzieję, że odpoczynek Ci posłuży i Odyseja Perska przebije swym rozmachem wszystko, co dotąd napisałeś.
Kłaniam się,
Foxm

P.S Ankiety nie wypełniam, nie lubię wszelkich ankiet. 🙂

Witaj, Lisie!

dziękuję Ci za długi i rozbudowany komentarz – takie lubię najbardziej! Jestem tym bardziej wdzięczny, że zawarłeś w nim wiele miłych słów pod adresem mojej pisaniny. Wciąż czuję ulgę, że udało mi się wydać na świat to olbrzymich rozmiarów dziecko. No i cieszę się, że tylu Czytelników pozostało z moimi bohaterami do samego końca – choć trzeba było na niego czekać kilka ładnych lat.

Za pozbawienie życia Twych ulubionych postaci mógłbym przeprosić, ale nie byłoby to do końca szczere 🙂 Powiem więc tylko, że i ja przeżywałem ich śmierć i nie były to przyjemne emocje. Starałem się, by zgon każdego bohatera miał swój fabularny sens i posuwał akcję do przodu (nie lubię mordować herosów ot tak, dla samej rozrywki). Ewentualnie usuwałem tych, którzy fabularnego uzasadnienia już nie znajdowali i tylko obciążali swoją obecnością treść.

To prawda, Dionizjusz nie jest postacią historyczną. Co do Demetriusza istnieje kilka teorii na temat jego pochodzenia. Ta, wedle której był synem niewolnika jest najbardziej prawdopodobna, ale w takim razie zastanawia jego oligarchiczna polityka (gdy przez 10 lat piastował funkcję dyktatora Aten), bardziej charakterystyczna dla arystokraty. Dlatego postanowiłem w swoim tekście pójść śladem mniej prawdopodobnym, ale znajdującym pewne racjonalne uzasadnienie. No i uczyniłem ojca Demetriusza tyranem – choć mniej udanym niż jego syn. Nawiasem mówiąc, źródła podają, że to ojciec Menandra był zamożnym człowiekiem. Tak więc można powiedzieć, że dla potrzeb swojej fabuły zamieniłem Demetriusza i Menandra pochodzeniem i pozycją społeczną 🙂

Odnośnie sceny erotycznej Kritiasa – w której ostatecznie nie wzięła udziału Olimpias. W pełni rozumiem wywołane tym niezadowolenie. Długo rozmyślałem, czy nie pozwolić arcykapłanowi raz jeszcze przespać się z królową. To wymagałoby ciągnięcia przez Olimpias komedii (miłe powitanie w sali tronowej) nieco dłużej. Dałoby też Delfijczykowi bardzo miłe wspomnienia, do momentu, aż niebo zamieniłoby się w piekło. W końcu jednak wybrałem inne rozwiązanie. Spotkanie z Eurynome natychmiast pozbawia go spokoju i nadziei na szczęśliwy finał. Od razu wie, że jego zbrodnie wyszły na jaw. Seks z Atenką staje się dla niego upokarzającym obowiązkiem, do którego zmuszony jest groźbą użycia siły. Uznałem, że to właściwszy sposób na potraktowanie tego, który uważał się za równego bogom. Zapewniający głębsze katharsis.

Jestem pewien, że podobnie jak Ty, wiele osób liczyło na scenę łóżkową z Olimpias, taką, jaką "Aleksandrze" Olivera Stone'a grała Angelina Jolie. Cóż, tym razem nie mogłem spełnić tych życzeń. Co więcej, nie wiem, czy kiedykolwiek to uczynię. Akcja "Perskiej Odysei" zgodnie z nazwą rozgrywać się będzie na ruinach Imperium Perskiego, zaś Olimpias nigdy nie postawiła stopy na jego ziemi. Do końca życia pozostawała w Macedonii i Epirze. Możliwe jednak, że w Odysei pojawi się kilka innych historycznych dam, które również potrafiły w pełni czerpać z rozkoszy alkowy.

Gdybyś chciał napisać swoją wersję nocy Kritiasa i Olimpias, nie tylko nie mam nic przeciwko, ale i zachęcam do tego – jestem jak najbardziej otwarty na fanfiction, a Ty jesteś wszak biegły w tym gatunku. Z pewnością byłby to fajny suplement do Opowieści helleńskiej.

Akumulatory się ładują, odpoczynek służy, siły twórcze znów się gromadzą. Nie mogę jeszcze dać terminu, kiedy wystartuję z "Odyseją", ale liczę, że w tym roku mi się uda 🙂 Na razie z satysfakcją patrzę na to, co udało się napisać. To była długa podróż i nie zakończyła się zatonięciem okrętu. A to już coś!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

No i skończyło się…
Pamiętam, jak kilka lat temu Autor planował ten cykl, który bodajże miał się zamknąć w sześciu czy siedmiu częściach, a jak mogliśmy się przekonać wypączkował do części trzydziestu dziewięciu, wliczając epilog.

Uważam, że dobrze się stało – patrząc na to z czytelniczej strony (dłużej można było cieszyć się tą historią, snuć domysły, jak potoczy się opowieść, tropić wskazówki i odnajdywać rozmaite smaczki, umiejętnie ukryte w tekście), a także ze strony Autora, bo właśnie w takiej dłuższej formie miał okazję zaprezentować pełnię swoich pisarskich umiejętności.
Już pierwszy cykl helleński i jego bohater Kassander stanowił zjawisko wyjątkowe, w Polsce na pewno, a kto wie, czy nie na świecie. No bo i erotyka na wysokim poziomie i doskonała znajomość historii i fabuła z odcinka na odcinek nabierająca rumieńców. Seria zyskała sobie wiernych czytelników. Do tych, którzy jeszcze na Dobrej Erotyce poznali dzieje Kassandra, dołączyli nowi czytelnicy bloga Najlepsza Erotyka.
Po przygodach Kassandra nastąpił krótszy cykl przygód Tais, i wreszcie Demetriusz, pełnokrwista powieść historyczna.
Czytałam każdy odcinek z rosnącym podziwem i, przyznaję, lekką zazdrością, bo sądzę, że nie stać mnie (jeszcze) na podobną pisarską cierpliwość i konsekwencję (pisane na bieżąco odcinki ukazywały się bardzo regularnie), spójność w tworzeniu postaci bohaterów zarówno głównych jak i drugo- i trzecioplanowych, doprowadzenie każdego wątku do, często zaskakującego, końca – co przy tej ilości postaci i historii – nie było zadaniem łatwym, różnorodność scen batalistycznych i erotycznych.

Co mnie naprawdę zachwyca, choć powinnam się już była do tego przyzwyczaić, to przede wszystkim swoboda, z jaką autor porusza się w realiach epoki. Sama wiem, z jakimi trudnościami trzeba się zmierzyć, aby opisać rzeczywistość, której się bezpośrednio nie doświadczyło, ile pułapek czeka po drodze na niedoświadczoną literacką duszę. Wyobraźnia tu nie wystarczy; jeśli chce się pisać na tym poziomie co Megas Alexandros, nie da rady bez naprawdę gruntownej wiedzy historycznej. No, ale tę teoretycznie każdy może zgłębić.
Co o wiele trudniejsze, a Autorowi udało się moim zdaniem znakomicie, to stworzenie i konsekwentne poprowadzenie swoich bohaterów, wśród których są zarówno faktycznie istniejące postacie historyczne (Demetriusz z Faleronu, Menander, Olimpias, Fryne, Hiperejdes by podać kilka przykładów), jak i postacie całkiem fikcyjne. Dużo było dyskusji pod kolejnymi odcinkami na temat poprowadzenia postaci Demetriusza – od młodzika pozostającego pod przemożnym wpływem ojca i od tego ojca zależnego, do bohatera potrafiącego sprzeciwić się tradycji, odrzucić zaszczyty należne mu z racji urodzenia i wybrać dużo trudniejszą drogę, by zachować wierność sobie. Przy czym nie jest to jedynie jednowymiarowa, szlachetna postać, bo poznajemy i jego ciemniejsze strony.
Postacią, której rozwój mnie nieco zaskoczył był natomiast Dionizjusz. To, jakim na końcu okazał się charakterem może zaskakiwać, z drugiej strony (szczególnie gdy czyta się opowieść po raz drugi) jest jednak psychologicznie prawdopodobne.

Kobiety…cóż, ku memu żalowi, Autor stworzył wprawdzie całą plejadę bardzo różnorodnych i ciekawych heroin, które w jego opowieści namieszały nie mniej niż panowie, ale przeznaczył im w znakomitej większości smutny los. Cztery razy T – trucizny, tortury, tragedie, trupy… że o topieniu nie wspomnę. Nic więcej nie zdradzę, żeby nie odbierać przyjemności z czytania, ale wielbiciele krwawych scen będą zapewne usatysfakcjonowani.
Pod względem erotyki podobały mi się ogromnie sceny z udziałem Kleopatry i Filony, jako bohaterka negatywna (choć pytanie – czy do końca) wyróżniła się Filona, bez której to postaci dużo by historia straciła, zaś zawsze z przyjemnością czytałam o Ismenie, bo uwielbiam bohaterki z klasą. Również Eurynome, choć nie wzbudzająca mojej sympatii, okazała się inteligentną i ciekawą osobowością.
Erotyka jest fantastyczna. Wysmakowana, różnorodna, odważna, czasem zaś okrutna. Nigdy nie znużyłam się żadnym opisem, a było ich sporo. Na plus zaliczam odważne i sceny homoseksualne, O ile w znanych mi opowiadaniach erotycznych można znaleźć dobrze napisane sceny lesbijskie, o tyle trudno znaleźć sceny miłości między mężczyznami, które da się czytać. Uważam, że Megas bardzo dobrze poradził sobie z tym zadaniem.

Kolejnym mocnym punktem serii są opisy batalistyczne, od pojedynków do szkiców całych bitew. Logiczne, przemyślane – zawsze miałam wrażenie, że widzę film, w którym kamera to pokazuje mały wycinek zdarzeń, na przykład pojedynek, to oddala by objąć perspektywę całej sytuacji na polu bitwy. Nawet wolę nie wiedzieć, jak pracochłonne są takie sceny. Sama nie umiałabym, nie starczyło by mi wytrwałości. Chapeau bas, Autorze. Sztuką jest takie utrzymanie czytelnika w napięciu.

Choć to u Megasa oczywiste, jednak muszę podkreślić też wysoki poziom językowy, dbałość o szczegóły, różnorodność środków stylistycznych. Jak podkreśla Autor, dużą rolę odegrała tu grecka bogini Athena, który pozostawiwszy wojny swemu losowi, zajęła się korektą tekstu.
Kończąc, muszę powtórzyć to, co inni już też dawno zauważyli – Megas powinien nie tylko pisać, ale i wydawać swoje historie i mam nadzieję, że tego doczekam.
A na razie powtórzę słowa legendarnego komentatora ś.p. portalu Dobra Erotyka. Daję maksymalną ocenę, Autorze pisz dalej!

Wielkie dzięki za tę recenzję! To bardzo miły prezent na zakończenie długiej pracy.

Pracy równie przyjemnej, co niespodziewanej. Bo przecież było dokładnie tak, jak piszesz. Początkowo przygody Demetriusza nie miały być wcale obszerniejsze od Opowieści Kassandra czy Tais. W miarę jednak tworzenia, historia rozrastała się, mnożyły się wątki poboczne, pojawiały się nowe postacie, które za nic nie chciały się odsunąć w cień, aż w końcu założone pierwotnie ramy zostały rozerwane. Trzeba się było zmierzyć tematem, czego wynikiem jest ta obszerna powieść historyczno-erotyczna. Cieszę się, że w czasie tej długiej drogi udało mi się nie zanudzić wszystkich Czytelników 😉 I przynajmniej niektórzy doczekali do ostatniej strony.

Pisanie całej Opowieści helleńskiej było wielką przygodą. Byłem wprawdzie ograniczony historycznymi faktami (nie mogłem zgładzić Hiperejdesa, a tym bardziej Demetriusza na wiele lat przed jego prawdziwą śmiercią), ale poza tym – miałem ogromną wolność tworzenia. Bycie panem życia i (coraz częściej) śmierci swoich postaci stanowiło niezapomniane doświadczenie. A przy tym starałem się prowadzić bohaterów w taki sposób, by ich zachowania, a czasem nawet gwałtowne wolty wydawały się zawsze uzasadnione i zrozumiałe. No i żeby zgony tych, których postanowiłem usunąć z gry, miały swój emocjonalny ciężar, poruszały Czytelników, nie pozostawiały ich obojętnymi. Wiem, że conajmniej kilkoro odbiorców porzuciło moje prace z powodu wyborów fabularnych, z którymi się nie godziły. Czasami rozważałem, czy mógłbym któryś z watków rozstrzygnąć inaczej, ale zazwyczaj nie żałowałem raz podjętych decyzji. Kontrola nad Opowieścią wymagała pewnej stanowczości, cięcia wątków, gdy traciły swą fabularną celowość, usuwania niepotrzebnych już postaci. Ale też – wymagała trzymania przy życiu tych, których Czytelnicy nienawidzili, jak choćby psychopatycznego Kritiasa. Przez kilka lat, gdy tworzyłem Opowieść, żyłem losem swoich herosów, towarzyszyłem ich w radości i smutku. Zakończenie przyniosło mi ulgę niemniejszą pewnie, niż Demetriuszowi czy Menandrowi.

Bardzo się cieszę, że moi bohaterowie przypadli Ci do gustu, Miss! Bardzo starałem się, by można ich było pokochać (lub znienawidzić). Co zaś się tyczy pań… przyjmuję zarzut, że często nie traktowałem ich zbyt łaskawie. Na swoją obronę mogę powiedzieć tylko tyle: znaczna część panów występujących na kartach Opowieści to postacie historyczne, więc pozostające pod naturalną ochroną. I pewnie stąd poczucie, że dla kobiet byłem bardziej surowy. Jeśli jednak skupić się tylko na postaciach fikcyjnych, można zauważyć, że (ostrzeżenie przed spoilerami) spośród bardziej prominentnych pań przeżyły: Korinna, Eurynome, Fojbiane, że nie wspomnę o niewolnicach Meleagra czy flecistkach z Eleuthere. Sposród panów zaś do końca Epilogu dotrwał… Aratos? W dodatku wyniszczony przez truciznę. Polegli natomiast przyjaciele Demetriusza, przyboczni Dionizjusza (z nim samym na czele), wspólnicy zbrodni Kritiasa… o ile w cyklu Kassandra oszczędnie szafowałem śmiercią, przy Tais zacząłem się rozpędzać, to w Opowieści Demetriusza wyszła mi już niezła hekatomba. Podejrzewam, że nienajlepiej to świadczy o mroku zalegającym na dnie mojego umysłu, ale cóż, taki jestem i muszę z tym żyć 😉

Erotyka w Opowieści helleńskiej stanowiła wyzwanie głównie dlatego, że scen było tak wiele, trzeba się było więc nieźle nagimnastykować, by każda różniła się od siebie i zapadała w pamięć. Tu również mam powód do satysfakcji, skoro jak piszesz, udało mi się. Odnośnie scen gejowskich: nie zawsze pisały się one łatwo (choć znacznie łatwiej, niż początkowo się spodziewałem), ale myślę, że pominięcie tego wątku gdy pisze się o starożytnych Grekach, zakrawałoby na próbę zakłamania tematu 🙂 Musiałem się z nim zmierzyć i w Opowieści Demetriusza w końcu to uczyniłem. Z nienajgorszym chyba rezultatem.

W przeciwieństwie do scen gejowskich, batalistyka pisała się sama. Oczywiście wymagała przygotowania – lektury tuzinów książek o wojskowości starożytnych – ale potem było to już czystą przyjemnością. Lubię przeskakiwać między perspektywą indywidualną i „widokiem z lotu ptaka”, łączyć indywidualne doświadczenie z doświadczeniem zbiorowym. Mam nadzieję, że będę miał jeszcze nie raz, nie dwa okazję do opisywania heroicznych zmagań.

Dziękując za recenzję muszę naturalnie wspomnieć o wkładzie Ateny, bez której moja Opowieść tonęłaby w błędach gramatycznych, językowych, a czasem wręcz ortografach, co znacznie utrudniłoby jej odbiór, a dla purystów uczyniłoby go wręcz niemożliwym. Dziękuję raz jeszcze, Ateno!

Odpowiadając zaś Tobie, Miss, za najwyższą notę dziękuję i zapewniam, że to nie jest moje ostatnie słowo 😀

Z serdecznymi pozdrowieniami
M.A.

Po przeczytaniu niemal wszystkich opowiadan na stronie, zabralam sie wreszcie za najobszerniejsze z nich. I po przeczytaniu OH moge jedynie stwierdzic jedno: Drogi Autorze, stworzyles ARCYDZIELO literatury erotycznej. Jako fanka zarowno erotyki jak i historii, serdecznie dziekuje i pozdrawiam.

Cześć, Ziuta!

Miło przeczytać takie słowa. Mam nadzieję, że moje teksty przyniosły Ci wiele przyjemnych (czytelniczych, naturalnie!) chwil 🙂 Nie mogę obiecać, kiedy znów pojawi się coś mojego autorstwa, ale w międzyczasie gorąco polecam opowiadania Miss.Swiss (cykl „Żegnaj Lizbono” ulokowany w XVIII-wiecznej stolicy Portugalii, tuż po niszczycielskim trzęsieniu ziemi), Sinful Pena (cykl „Dantin”, renesansowa Italia i okolice), Foxma (cykl „Wielka gra”, okres tuż przed i w trakcie II Wojny Światowej), a także Barmana-Ravena (pojedyncze opowiadanie, „Dziennik pokładowy”, galeon na Karaibach, znowu XVIII wiek). Na koniec życzę, byś zawsze znajdowała na naszej stronie dobre opowiadania!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Zakończenie ze wszech miar godne całości. Nie będę powtarzał opinii poprzedników na temat konsekwencji, wytrwałości w pracy pisarskiej czy doskonałej znajomości realiów epoki. Pozostaje tylko pogratulować Autorowi. I przyznam, że na koniec zdołałeś mnie zaskoczyć. Czym? Przebiegłością Meleagra. Wydawał się zwykłym rębajłą, a tu proszę – nie przypadkiem powierzono mu ważną misję dyplomatyczną. Upadek Kritiasa… Cóż, zasłużył w całej pełni. Chociaż pozostawienie go przy życiu uważam za błąd królowej. O ile tak się stało, bo przecież mógł nie przeżyć brutalnej kastracji albo też Olimpias miała wobec niego jeszcze inne plany. Raz jeszcze gratuluję i ruszam teraz śladem bohaterów do Persji.

Dobry wieczór!

A zatem dotarłeś do końca Opowieści helleńskiej! Cieszę się, że nie dopadło Cię po drodze znużenie ani zniechęcenie. „Demetriusz” to fabularny olbrzym, myślę, że nie niejedna i niejeden zrezygnowali w trakcie lektury. Tym większa radość z tych Czytelników, którzy dotarli aż tutaj 🙂

Co do Meleagra, nigdy nie postrzegałem go jako prostego rębajły. Antypater chyba też nie, skoro wysłał go na tak odpowiedzialną placówkę 🙂 Co zaś się tyczy Kritiasa – mam nadzieję, że miałeś dobrą zabawę oglądając upadek Twego „ulubieńca”.

Życzę miłej lektury „Perskiej Odysei”, obawiam się jednak, że prędko mnie dogonisz – nie jestem w stanie pisać tak szybko, jak kiedyś, więc masz tylko 6 części do przeczytania…

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Genialne.

Dziękuję Megasie Alexandrosie za fascynującą podróż do świata starożytnej Hellady!
Jestem pod wielkim wrażeniem całej historii, a przede wszystkim sposobu w jaki ją poprowadziłeś i umiejętnie zakończyłeś. Sam coś skrobię i wiem, że to nie jest łatwe. Tym większe słowa uznania szanowny autorze.

Od siebie dodam, że mój ulubiony wątek to –
Pierwsza bitwa o Ateny między oligarchami i demokratami. Losy tej batalii tak szybko się zmieniały, że nie sposób było przewidzieć jak to się skończy.
Ulubiona scena erotyczna –
Trójkąt miłosny między Kleopatrą, Raisą i Dionizjuszem – zwłaszcza ciekawe było podłoże psychologiczne jej uczestników i ich motywacja…
Ulubiona scena nie erotyczna?
Było ich sporo – rozmowa Demetriusza z Korojbosem po napaści na niego, krótka mowa Lizandra do Demetriusza, że nie ma żalu do Aratosa za zabicie Filony… Porażka sztuki Menandra i agresja tłumu, a także późniejsza dyskusja odnośnie wysłania wojsk do Macedonii…
Do tej listy dodałbym jeszcze scenę z opowiadania o Tais, w której Chloe przed ciałem Gylliposa mówi, że powinnością spartańskiej kobiety jest je oczyścić ze śladów walki.

Pozdrawiam i Życzę dalszej weny.
Radosky

Witaj Radosky!

Cieszę się, że finał „Demetriusza” przypadł Ci do gustu. I że wynagrodził inwestycję czasu włożoną w przeczytanie tego fabularnego olbrzyma 🙂 Jeśli coś piszesz i byłoby to tematycznie/stylistycznie zbliżone do tematu naszego portalu, może prześlesz nam próbkę na ne.redakcja@gmail.com . Kto wie, może zadebiutujesz na naszych łamach?

Dziękuję za wypełnienie ankiety stworzonej przez Daeone. Chciałbym by więcej Komentatorów się na to zdecydowało 🙂

Mam nadzieję, że weny mi nie zabraknie. Kolejne rozdziały Perskiej Odysei powstają, może nieco wolniej, niż bym sobie tego życzył, ale historia ta również – jak mi się zdaje – zmierza we właściwym kierunku.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Napisz komentarz