Zaginiony artefakt II (Squzi)  2.83/5 (6)

17 min. czytania

– Dokąd? – zapytał Desmond.

– Zabawiłam się. Teraz musimy skorzystać z tylnego wyjścia, bo jak sam widzisz, banda drwali blokuje drzwi – stwierdziła z sarkazmem. – Może wydać ci się to dziwne, skoro nic nie zrobiłeś, ale wydaje mi się, że to ciebie szukam – dodała.

– A co niby miałem zrobić?

– Bo ja wiem? Łaskawie stanąć w mojej obronie – odparła, po czym skierowała się w stronę zaplecza. Karczmarz nawet nie zareagował. Stał jak osłupiały i wcale nie miał zamiaru protestować.

Prawdę mówiąc, to nie jest zły pomysł. Muszę się czegoś o niej dowiedzieć, pomyślał wojownik i ruszył w ślad za dziewczyną. Na zewnątrz przywitał ich chłodny powiem wiosennego wiatru. Zbliżało się dopiero południe, jednak przez zakryte chmurami słońce, dzień wydawał się zbliżać ku końcowi. Nie było w tym nic dziwnego, piękno dnia nie obudziło się jeszcze na dobre z zimowego snu.

– Wyśmienicie posługujesz się łukiem, ciekawe, czy bez niego dałabyś sobie radę – powiedział, gdy już oddalali się od karczmy.

Chwilę szli w milczeniu. Tamara myślała nad wizją, którą miała przez chwilę, gdy uścisnęli sobie dłonie. Niesamowite uczucie deja–vu wciąż nie mijało. Tak jakby gdzieś już się spotkali – albo jak to czasem bywa – ich los był już wcześniej przypieczętowany. Skoro znalazła wojownika, potrzebowała kolejnej wskazówki i nie wiedziała za bardzo gdzie jej szukać. Jak mu wytłumaczyć, że potrzebuje go, by znaleźć starożytny artefakt tak, by jednocześnie nie powiedzieć za dużo? Łowcy nagród, a na takiego właśnie wyglądał, bywali pazerni, często liczyły się dla nich tylko pieniądze. Dopóki Tamara nie poznała go lepiej, nie mogła wyjawić celu podróży. A potrzebowała go, to było pewne. Więc jak go zatrzymać?

– Co robisz w Zelho? – spytała, by zagaić rozmowę.

– A co może robić gość taki jak ja? – odparł cicho. Nie wyglądał na kogoś, kto po pierwszym piwie opowiada o swoich marzeniach i planach na przyszłość. Był raczej skryty. Z tych, co myślą, zanim coś powiedzą. I którzy i tak nie mówią za wiele…

– Szukasz roboty – mruknęła.

Nic na to nie odpowiedział. Psiajucha , to nie będzie łatwe. Szli dalej w milczeniu, bez celu, byle dalej od niefortunnej karczmy. Tamara próbowała przypomnieć sobie coś z wizji, ale przed oczami uparcie migotał jej tylko zamazany ornament.

Z przyzwyczajenia skierowała się ku straganowi z błyskotkami. Potrafiła wydać fortunę na biżuterię, na każdym palcu miała srebrny pierścionek, bransoletki zdobiły nie tylko jej przeguby, ale też przedramiona. Tylko jedna z nich nigdy nie zmieniała miejsca – złota bransoleta kuta przez krasnalów z północnego Meridium, w kształcie ognistej spirali. Zasłaniała jej bliznę z dzieciństwa… którego prawie nie pamiętała.

Desmond oparł się nonszalancko o słup podtrzymujący daszek nad straganem, gdy Tamara nieświadomie przerzucała koraliki miedzy palcami. Ten ornament… nawet nie umiała go opisać.

– A ty, co tu robisz? Czyżbyś zjawiła się w Zelho tylko po to, by postrzelać z łuku do pijanych drwali?

Głos Desmonda wyrwał ją z zamyślenia. Zdziwiona spojrzała najpierw na niego, a potem na trzymaną w ręku biżuterię.

– Znalazłam już to, czego chciałam.

– Przyszłaś tu kupić jakieś świecidełka?

– Ty byłeś moim celem. I teraz musisz mi powiedzieć, gdzie mnie to zaprowadzi.

Wręczyła mu bransoletkę, na której widniał identyczny ornament jak w jej wizji.

– Więc…? Spojrzała na niego wyczekująco.

Tamara nie pomyliła się, łącząc tajemniczy ornament z Desmondem. Wciąż nie miała całkowitej pewności, czy znalazła odpowiedniego wojownika i miała nadzieję, że za chwilę dostanie ostateczny dowód.

– Wiesz, co to za znak? – zapytała po chwili milczenia, lecz mężczyzna jej nie usłyszał. Wydawało się, jakby ta bransoletka go zahipnotyzowała. – Co to takiego? – powtórzyła, wyrywając mu przedmiot z dłoni.

Ornament na złączeniu okuć w bransoletce ukazywał cztery kielichy, połączone ze sobą podstawami, każdy skierowany w inną stronę. Desmond zauważył też miniaturowe oznaczenia żywiołów: wody, ognia, ziemi i powietrza. W miejscu połączenia kielichów umieszczono kamień mieniący się wszystkimi kolorami. Całość została obramowana ozdobnymi literami. Wojownik pierwszy raz zetknął się z podobnym wzorem w bardzo nieprzyjemnych okolicznościach. Z lekką ironią pomyślał o zmiennej naturze fortuny – po jałowych poszukiwaniach rozwiązania upiornej tajemnicy, poddał się i postanowił przestać zadręczać się pytaniami. Tymczasem los zetknął go z kimś, kto być może sam jest odpowiedzią na co najmniej jedno z nich.

– Nie wiem, skąd to masz, ale lepiej by było, gdybyś miała się na baczności.

– To nie jest odpowiedź na moje pytanie – prychnęła zniecierpliwiona.

– To znak pradawnej rasy magów Elementarian. Już kiedyś go widziałem i nie wróży nic dobrego. Uwierz mi, każdy, kto miesza się w magię, nie kończy zbyt dobrze.

– Do kaduka! Masz rację, powinnam teraz zrezygnować, przecież zajmuję się tym zaledwie całe życie – znowu w jej głosie zabrzmiał sarkazm.

– Nie masz pojęcia, jakie to niebezpieczne.

– To nie ma dla mnie żadnego znaczenia.

– Zrobisz, jak zechcesz.

– A ty mi w tym pomożesz.

– Jesteś bardzo pewna siebie – lekko się uśmiechnął. – Czy aby nie bezpodstawnie? – dodał.

– Masz z tym coś wspólnego – podsunęła mu pod nos bransoletkę.

– Skoro tak mówisz… – odparł spokojnym tonem. Wiedział, że nie ma sensu oponować. – Do twoich usług, pani, lecz to nie będą tanie usługi.

– Wiem. Wy łowcy nagród – uśmiechnęła się złośliwie.

– I jeszcze jedno. Są tu jakieś napisy, których nie umiem odczytać – wskazał palcem na błękitną wstęgę na bransoletce.

Tamara nie zastanawiała się nad tym, co robić dalej. Kupiła bransoletkę za śmieszną cenę – kupiec z pewnością nie zdawał sobie sprawy z wartości wygrawerowanych znaków. Nie patrząc na Desmonda, łuczniczka ruszyła przed siebie, odruchowo zakładając nową ozdobę na rękę. Szli tak w milczeniu przez jakiś czas. Tamara spojrzała na mężczyznę w zamyśleniu. Wyższy o głowę, to prawda, ale jak na wojownika niespecjalnie wysoki. Płaszcz skrywał muskulaturę lub jej braki. Broń musiała być nieźle ukryta, bo nie dostrzegła żadnej, poza zwykłym mieczem przypiętym do pasa.

Więc… dlaczego akurat on? Czy to ze względu na opanowanie, którym się wykazał w karczmie? Czy nie powinien zachować się zupełnie inaczej? Chociażby zaproponować pomoc? Coś w nim musi być – pomyślała – ale z drugiej strony skąd ma wiedzieć, że może na niego liczyć i czuć się przy nim bezpiecznie?

– Powiadasz, ze twoje usługi nie będą tanie. Ale wiesz jednocześnie, że osiągniesz przez tą misję jakiś swój ukryty cel. Ponadto nie wykazałeś się żadnymi umiejętnościami, więc nie wiem, za co miałabym ci płacić. Jak widziałeś, obronić potrafię się sama. Coś cię zatrzymuje w Zelho?

Desmond spojrzał na zakupioną niedawno bransoletkę, zdobiącą teraz przegub dziewczyny. Nie zawahał się nawet sekundy. Jego odpowiedź była krótka i treściwa:

– Nie.

Tamara zrozumiała, że bez względu na wszystko, Desmond pójdzie za nią wszędzie, by rozwiązać swoją zagadkę. Nawet za darmo.

– Przejdźmy się trochę. Zamierzam iść przez Medvedovo aż do bezkresnych pustyni. Co będzie dalej, zobaczymy. Zastanów się przez chwilę. Jeśli teraz się zgodzisz, musisz towarzyszyć mi do końca podróży, przy czym nadmieniam, nie wiem, kiedy to nastąpi.

Desmond tylko skinął głową. Najwidoczniej rozumiał, że Tamara wciąż nie wie, co tak naprawdę może mu zaoferować. Pracę? Towarzystwo? Wizję wspólnej przygody, lub czegoś więcej, czego oboje nie ogarniali umysłem? Tak więc szli brukowaną ulicą, złączeni wspólnym celem, starając się nie dać po sobie poznać, jak ważnym jest jego osiągnięcie dla każdego z nich.

Desmond był zbyt nieufnym człowiekiem, by wyjawić Tamarze, że śnił o niej już od dawna. Kobieta z blizną, która miała wielki wpływ na jego życie… przynajmniej w snach. Poza tym, wbrew własnej woli zaczynał darzyć ją sympatią, mimo, że nie miał okazji bliżej ją poznać. A to nie było w jego stylu, Desmond bowiem lubił mieć stuprocentową kontrolę nad swoim życiem. A tu: nie tylko dziwna sytuacja w karczmie, to jeszcze przypadkowo znaleziona bransoletka ozdobiona znakiem, którego miał nadzieję już nigdy nie oglądać.

Fakt faktem, Tamara zrobiła na nim wrażenie. Mimo wyglądu dojrzałej kobiety, widać było, że jest jeszcze dzieckiem. Elfim dzieckiem. Nad wyraz dojrzałym, pięknym, samodzielnym i wytrwałym. Jej rówieśnicy zapewne grali jeszcze na harfach, gdy ona zachowywała się jak dorosły wojownik. W dodatku z żywym poczuciem humoru zaprawionym sporą dozą goryczy. Coś było w tej dziewczynie, przez co nie mógł opierać się tylko na chłodnej logice…

Tamara również była pełna wątpliwości. Zbyt przyzwyczajona do samotnych wędrówek, nie wiedziała, czy towarzystwo nie będzie dla niej ciężarem. Potrzebowała go, to było pewne. Ale tylko do momentu, gdy przejdą pustynię. Przynajmniej teraz tak to sobie wyobrażała.

Nie wyjawiła Desmondowi, co znaczył napis na bransoletce. To było dziecinnie proste, zwłaszcza, że znała te słowa, jeszcze zanim nauczyła się wymawiać swoje imię. Była to bowiem kołysanka śpiewana przez matkę, której już niemal nie pamiętała.

Skryj się za górami, moja ukochana

przejdź przez doliny i przełęcze

nawet na pustkowiu w samotnym piasku pyłu

nasz rytuał się odbędzie

w magicznym pyle, moja ukochana

w magicznym pyle Ty i ja

zobaczy jak odradzamy się na nowo…

a teraz śnij…

i szepnij mi to jedno, jedyne słowo

Magiczna noc… magiczna noc…

Oczywiście, na bransoletce był tylko tytuł, „Magiczna noc”, ale Tamara wiedziała, że zwykły przypadek poddany odpowiedniemu splotowi przeznaczenia, może okazać się niezłą wskazówką. Czuła, że wkroczyła na swoją ścieżkę przeznaczenia. Ten niesamowity zbieg okoliczności był nad wyraz jasnym dowodem.

Desmond nie okazywał zniecierpliwienia. Czekał raczej na rozwój wypadków i inicjatywę swojej przyszłej – być może – pracodawczyni. Usiadła na wystającym kamieniu i spojrzała mu w oczy. Było coś niezwykłego w tym spojrzeniu. Tyle sprzecznych emocji ukazanych w przeciągu kilku sekund. Niedowierzanie, zamyślenie, pewność i wahanie zarazem, postanowienie i nutka ironii. Desmond nie mógł oderwać od niej wzroku, by jak zawsze okazać chłodną obojętność. Tym razem zbyt mu zależało na uwolnieniu się od własnych snów…

– Wygląda na to, że poradzę sobie bez ciebie – powiedziała cicho.

– Chodź – kiwnął głową i skierował się na niewielkie wzniesienie, aby oddalić się jeszcze bardziej od miasta.

Dziewczyna wzruszyła ramionami, po czym zgrabnym ruchem wstała i ruszyła za Desmondem.

– Czego chcesz? – zapytała zbliżając się do wojownika, który zatrzymał się za niewielkim wzniesieniem i stał teraz spokojnie, lustrując ją wzrokiem.

–  Umiesz posługiwać się tylko łukiem? Czy i miecz nie jest ci obcy?

– Chcesz się przekonać?

Mężczyzna tylko kiwnął głową, wyjął miecz z pochwy i rzucił go Tamarze, która złapała go z gracją. Broń była doskonale wyważona.

– A ty? Czym będziesz walczył?

– Niepotrzebny mi oręż. Zaczynaj – wystawił zachęcająco ręce przed siebie.

– Chyba żartujesz? Nie chcę zrobić ci krzywdy.

– Atakuj dzieciaku – ponaglił ją Desmond. Dzieciaku, pomyślała, po czym ze złością rzuciła się na wojownika.

Widać było, że wie, jak trzymać miecz i jak nim atakować, jednak błyskawiczne uniki Desmonda wprawiły ją w zdumienie, tym bardziej że poruszał się w swoim płaszczu. Gwałtowne cięcia mijały go w bezpiecznej odległości. Z początku Tamara bała się atakować, bo nie chciała zadać mu ran, jednak widząc, że ani jeden jej cios nawet nie drasnął przeciwnika, zmieniła taktykę i zaczęła napierać z większym impetem. Po szybkim cięciu nad głową Desmonda, wykonała niespodziewane pchnięcie w jego tors. Reakcja wojownika zaskoczyła ją zbyt mocno, by zdołała zareagować w jakikolwiek sposób. Zręcznym ruchem ciała wykonał półobrót i znalazł się pomiędzy dziewczyną, a jej bronią. Nader delikatnym chwytem wytrącił jej miecz z dłoni, chwycił za nadgarstek, podciął nogi i półobrotem powalił na ziemię. Kolanami przygniótł jej ręce do ziemi, wyjął spod płaszcza sztylet, który natychmiast przysunął do szyi elfki.

Ich spojrzenia spotkały się ze sobą. Ta chwila zdawała się trwać bardzo długo.

Była bezbronna, chociaż widział w jej oczach nieugiętą wolę walki. Pierś unosiła się rytmicznie, skóra błyszczała od potu. Włosy częściowo zakryły jej twarz i Desmond miał ochotę odgarnąć je delikatnie. Bolesne wspomnienia wróciły do niego ze zdwojoną siłą…

* * *

– Proszę cię, nie wyjeżdżaj. Zostań w domu, poradzimy sobie bez tych pieniędzy.

Leżał na wznak na posłaniu, w samych portkach i patrzył z czułością na swoją kobietę.  Była taka piękna. Drobna, niska i ciemnowłosa –  wydawała mu się istotą z bajki. Czarne oczy błyszczały w tej chwili od łez, zadarty nosek był już lekko zaczerwieniony. Zagryzła wargi, by powstrzymać się od płaczu. Siedziała na nim okrakiem i jeszcze raz próbowała powstrzymać go od ryzykownej podróży.

– Księżniczko – powiedział jak zawsze – to ostatni raz. Przysięgam. Zanim się nie obejrzysz, wrócę i w końcu zapewnię ci życie, o jakim zawsze marzyłaś.

– To niebezpieczne – głos zadrżał jej przy tych słowach.

– Wrócę, obiecuję ci to.

– Chcę czegoś więcej! – powiedziała z rozpaczą. – Chcę, byś bał się o mnie każdego dnia i nocy tak samo jak ja o ciebie! Chcę – zaczęła gwałtownie rozpinać haftki gorsetu  – byś nie pragnął niczego bardziej, jak szybkiego powrotu do domu!

Ręce jej się trzęsły, zerwana przypadkiem broszka zagrzechotała o podłogę. Desmond wiedział, że jeśli spróbuje ją uspokoić, to tylko pogorszy nastrój Cathrei.

– Chcę, byś dał mi syna – wyszeptała lekko histerycznym tonem. – Teraz.

Jak na tak drobną istotę, piersi miała bardzo duże. Ciemne brodawki okalały różowe sutki, w tej chwili jeszcze niepobudzone. Przypominały dwa nieśmiałe pączki, które, dobrze to wiedział, pod jego dotykiem zmienią się w twarde kamyki. Cathreia zrezygnowała z pozbycia się całej garderoby. Podwinęła suknię i rozsupłała portki wojownika. Desmond uwielbiał dotyk jej skóry, gładkiej, wręcz jedwabistej. Gdy kobieta z niecierpliwością zsuwała z niego ostatni element ubrania, niemal z namaszczeniem gładził jej brzuch, by powoli zawędrować ku piersiom. Dłońmi powoli zataczał coraz mniejsze okręgi wokół sutków. Ścisnął je mocno, podniósł się do pozycji półsiedzącej i wpił się w jej usta. Całował ją tak, jakby był to ostatni raz. Cathreia musiała to wyczuć, objęła go mocno i w tym tańcu języków, śliny, warg i zębów, wyraziła cały swój lęk, rozpacz i miłość. Nie kochali się – toczyli z sobą bitwę. Kobieta ruchami bioder obudziła jego męskość ze snu. Desmond wsunął dłoń między jej nogi, by dotknąć magicznej perełki, która dawała jej tyle przyjemności. Nie pozwoliła mu na to. Całym ciężarem ciała zepchnęła go do pozycji leżącej, po czym wprowadziła w siebie członka. Tańczyła na nim w szalonym tempie, nie dopuszczając do jakiejkolwiek inicjatywy ukochanego. Wbiła mu paznokcie w tors, pozostawiając głębokie szramy.

– Jeśli masz odejść – wciąż galopowała na nim w dzikim pędzie – musisz – jęknęła przeciągle, czując zbliżający się orgazm – dać mi – pochyliła się nad nim, by spojrzeć mu w oczy – dać mi dziecko!

Desmond ścisnął mocniej jej pośladki i zauważył, jak oczy ukochanej zachodzą mgłą. Patrzyła na niego, lecz go nie widziała, znieruchomiała i tylko skurcze na jego męskości oraz przyspieszony oddech  świadczyły, że żyje. Mężczyzna przejął inicjatywę i zaczął poruszać się w niej powoli. Wiedział, że to maksymalnie zwiększy jej doznania. Sam był na granicy rozkoszy. Cathreia krzyknęła niezrozumiale i gdy wygięła się w pałąk, Desmond przestał się kontrolować. Chciał spełnić jej życzenie. Chciał tego jeszcze bardziej niż ona: spłodzić potomka. Czuł, że nasienie, które z niego wytrysnęło, starczyłoby w zupełności do zapłodnienia kilku kobiet.

Cathreia z niechęcią zsunęła się z ukochanego. Leżeli chwilę obok siebie, dysząc wciąż po przeżytej rozkoszy. Desmond oparł się na łokciu i patrząc z czułością odgarnął niesforne kosmyki, zasłaniające jej oczy. Wyszeptał cicho: obiecuję ci, jeszcze będę trzymał naszego syna w ramionach.

* * *

– Złaź ze mnie! – Tamara brutalnie wyrwała go z zamyślenia.

Desmond  wstał , schował sztylet i oddalił się od niej.

– Świetnie strzelasz z łuku, jednak w bezpośrednim starciu nie miałabyś szans. – powiedział trzymając miecz w górze. Obrócił broń w powietrzu, po czym schował ją do pochwy i powolnym krokiem zaczął iść w kierunku miasta.

– Dokąd idziesz? – zapytała dziewczyna.

– Słyszałem, że mnie nie potrzebujesz…

– Stój! – krzyknęła. – Pogadajmy o wynagrodzeniu – dodała, gdy się odwrócił.

Wojownik uśmiechnął się z satysfakcją.

– Zaczynasz mówić sensowniej – wrócił na poprzednie miejsce i spojrzał na nią wyczekująco.

Tamara odwiązała swój mieszek i rzuciła go w kierunku Desmonda. Złote monety w środku zabrzęczały obiecująco. Wojownik trzymał go przez chwilę w dłoni, po czym schował w czeluściach płaszcza.

– To zaliczka – powiedziała cicho.

– Jaki jest zakres moich obowiązków? – spytał rzeczowo.

– Będziesz mi towarzyszyć w mojej wędrówce. Nie mogę zagwarantować, że skończy się na bezkresnej pustyni. Napis na bransoletce ma coś wspólnego z magicznym pyłem, który można znaleźć tylko tam.

– Magia – mruknął i skrzywił się z niesmakiem.

– Wiem, czemu tak jej nie lubisz. Nie da się jej przygwoździć do ziemi i przyłożyć sztyletu do szyi – zażartowała. Desmond nic na to nie odparł.

– A więc najpierw do Medvedovo. Tam zaopatrzymy się na dalszą podróż. W czasie pokonywania gór nie zabraknie nam zwierzyny, ale na pustyni będzie ciężko z wodą i jedzeniem. Trzeba kupić konia albo muła.

Desmond skinął głową. Ależ on rozmowny – pomyślała Tamara.

– I może jakiś amulet dla ciebie, żebyś się tak nie obawiał magii – dodała złośliwie, próbując nakłonić towarzysza do rozmowy. Nie dał się sprowokować. Splunął za siebie i nie odezwał się. Szli chwilę w milczeniu. Nadal było pochmurno, ale już nie wiało. Gęsty las po lewej stronie gościńca sprawiał wrażenie, że jest jeszcze ciemniej, niż było w istocie. Tamara spojrzała na niebo i stwierdziła, że mogą podróżować jeszcze kilka godzin, zanim zajdzie słońce. Potem trzeba będzie zapolować i rozbić obóz.

– Dobrze znasz te okolice? – spytała towarzysza.

– Tak. Jeśli chcesz znaleźć odpowiednie miejsce na postój, to powinniśmy wejść już do lasu. Prowadzi tamtędy kręta ścieżka, zmierzająca wprost do wodopoju zwierząt. Idąc dalej wzdłuż strumienia, w końcu dotrzemy do skalistego wybrzeża, na którym znajduje się Medvedovo. To cięższa droga, ale krótsza. Możemy też ominąć las, nadrabiając drogi. Decyzja należy do Ciebie.

– Prowadź do tego wodopoju.

Las był gęsty. Wojownik musiał rzeczywiście dobrze znać te okolice, gdyż bez wahania kluczył między drzewami. Tamara westchnęła. Uwielbiała odgłosy lasu. Od tych najdrobniejszych do potężnych i przerażających: trzask łamanej gałązki pod stopami, tupot przebiegających zwierząt, śpiew ptaków, szum ich skrzydeł i tak… czasami odgłosy śmierci, kiedy polowanie zakończyło się dla jednej ze stron tragicznie.

– Czy ty w ogóle ściągasz ten kaptur z głowy? – zapytała w końcu dziewczyna.

– Kiedy muszę – usłyszała krótką odpowiedź.

– Czyli kiedy?

– Kiedy muszę – tylko westchnęła cicho.

Z minuty na minutę zaczynało robić się coraz ciemniej. Gdy przeszli ponad dwie mile, Desmond zatrzymał się, przykucnął i dał znak ręką aby Tamara uczyniła to samo.

– Tam po drugiej stronie strumyka. Widzisz ją?

– Chodzi ci o tą sarnę? – zapytała dziewczyna.

– Jak chcesz jeść, to ją ustrzel – odparł bez entuzjazmu.

Tamarze nie trzeba było powtarzać drugi raz. Ledwo co Desmond skończył zdanie, a niosąca śmierć strzała mknęła przez mrok. Uderzyła prosto w serce zwierzęcia. Sarna nawet nie poczuła, co ją trafiło.

– Doskonale. Tam będzie nasze obozowisko – powiedział Desmond i ruszył, szukając dogodnego miejsca na przejście strumyka. Nie czekając na niego, przeskoczyła strumyk i podbiegła do sarny. Położyła dłoń na jej oczach i wyszeptała cicho: odejdź w pokoju. Sarna była młoda, co oznaczało dobry posiłek na kilka dni.

Zgrzytając zębami zabrała się do roboty. Trzeba było wypatroszyć zwierzę i wybrać najbardziej smakowite kąski. Potem upiec na ruszcie i zawinąć w czystą tkaninę, by mięso się nie zepsuło. Podczas gdy dziewczyna zajęła się posiłkiem, Desmond powoli rozbijał obozowisko. Widać, że miał w tym wprawę. Wyszukał kilka większych kamieni, by uformować z nich mały okrąg pod ognisko. Następnie zniknął w lesie i wrócił z kilkoma większymi konarami, z których ułożył zgrabny stosik. Między grubsze gałęzie podłożył chrustu i rozpalił ogień. Potem zabrał się za legowisko. Usunął kamyki i gałązki z ziemi i położył tam dwa koce.

Nieźle się urządziłam, pomyślała Tamara. Wynajęłam wojownika, któremu płacę za załatwianie jego własnych interesów, o których nic mi nie powie. Być może jego walka polega tylko i wyłącznie na unikaniu przeciwnika. I do tego obawia się magii – stłumiła przekleństwo w ustach i wyjęła aromatyczne przyprawy z przepastnej torby. Mięso umyła w strumyku i położyła na przygotowanych wcześniej liściach. Posypała solą, pieprzem i kilkoma sekretnymi ziołami przydającymi potrawom nie tylko boskiego aromatu, ale też świeżości na dłuższy czas.

Wciąż nie odzywając się do siebie, wykonywali swoje zadania. Desmond przyniósł wodę ze strumyka w glinianym naczyniu i położył na kamieniu blisko ognia. Skąd on wziął naczynia, pomyślała zdziwiona, ale uparcie milczała dalej. Wyszukała odpowiednie gałęzie, z których sprawnie wykonała ruszt. Po chwili mięso piekło się nad ogniem, rozsiewając smakowite zapachy.

Milczenie Desmonda nagle przestało jej przeszkadzać. Nucąc cicho pod nosem elfie piosenki, okręcała co jakiś czas prowizoryczny ruszt. W końcu mięso było gotowe. Większą część Tamara zawinęła w tkaninę, resztą podzieliła się z Desmondem. Zjedli posiłek w ciszy, co akurat bardzo odpowiadało obojgu, gdyż mięso było bardzo smaczne, a oni głodni.

– Idę się umyć – powiedziała cicho Tamara. Wstała i zrobiła kilka kroków w stronę strumyka. – Mam nadzieję, że będziesz dżentelmenem i nie zaczniesz mnie podglądać.

Chyba, że chcesz dołączyć, pomyślała złośliwie. Ciekawe czy zdjąłby kaptur.

– Nie masz się o co martwić, nie zrobię nic, czego byś nie chciała.

Zabrzmiało to co najmniej dwuznacznie, ale postanowiła się tym nie przejmować. Położyła się na chwilę, czekając, aż Desmond ułoży się do snu.

Tamara zostawiła wojownika odwróconego do niej plecami i podeszła do strumienia. Wyswobodziła się z ubrań i naga wskoczyła do wody. Była lodowata, ale dziewczyna tylko zacisnęła zęby i zaczęła myć włosy. Być może wcale nie musiała tak długo się myć. Być może zachowała się zbyt prowokacyjnie, gdy wypinała się w kierunku wojownika, by nabrać trochę wody. Czy tak troskliwe dotykanie swoich piersi było konieczne? Zapewne nie, podobnie jak i bardzo dokładne mycie się między nogami. Właściwie, mogła odpuścić sobie tą kąpiel. W końcu nie spała dziś w łóżku z baldachimem, tylko na zwykłym kocu przykrywającym twardą ziemię. Chciała jednak go sprawdzić. Przyjdzie? Będzie podglądał? Niecierpliwi się? A potem… co będzie potem? W końcu to ich pierwsza wspólna noc.

W końcu lekko zrezygnowana ubrała się i podeszła tanecznym krokiem do legowiska. Ze zdumieniem stwierdziła, że Desmond leży na boku i najwidoczniej śpi!

Położyła się na swoim posłaniu i wciąż lekko trzęsąc się z zimna, rozczesała długie włosy. W końcu nie wytrzymała i postanowiła z nim porozmawiać.

– Desmondzie! Musimy pogadać, więc przestań udawać, że śpisz. Muszę ci powiedzieć, co oznaczają te napisy. To tytuł kołysanki, którą śpiewała mi mama, kiedy byłam mała.

Niejako wbrew sobie zaczęła ją cicho śpiewać. Wojownik wciąż leżał odwrócony do niej plecami. Gdy skończyła, a on nadal nie zmienił pozycji, stwierdziła, że ma go dość. Podejdzie, obudzi go i zrezygnuje z jego usług.

Było już bardzo ciemno, ognisko zaledwie się tliło, dając niewiele światła. Tamara podniosła się na klęczki i spróbowała obrócić Desmonda na plecy, przygotowując już w duchu całą przemowę. Był dziwnie ciężki. Wydawało jej się, że należy do tych ludzi, których budzi najmniejszy szelest, a tu proszę! Przerzuca go na plecy a on…

Tamara spojrzała w puste oczy wojownika i jej wzrok prześlizgnął się w dół. Zaczęła krzyczeć, bowiem widok był przerażający. Gardło Desmonda ziało pustką, tak jakby ktoś wyciął sobie w nim dziurę i wyciągnął wcześniej wszystkie wnętrzności. Dopiero po chwili dojrzała wychodzące stamtąd pająki. W panice wymacała swój sztylet i raniąc się nim przy okazji, uniosła w obronnym geście. Ktokolwiek to zrobił, jej nie dorwie tak łatwo! Nagle poczuła czyjąś dłoń na swoich ustach…

* * *

– Tamaro! Obudź się, to tylko zły sen! – Desmond poszturchiwał ją, zasłaniając jednocześnie usta, by stłumić krzyki dziewczyny.

Dysząc ciężko i wciąż mając przed oczami makabryczny widok, dziewczyna powoli dochodziła do siebie.

– Ty żyjesz! Desmondzie, ten sen wydawał się tak prawdziwy! Wciąż jestem przerażona… Wyglądałeś jak mój tata, gdy…

Zamilkła. Wciąż trzęsły jej się ręce, gdy próbowała zapleść je na kolanach. Nie czuła się na siłach, by opowiadać obcemu mężczyźnie o swoich rodzicach, których pamiętała jak przez mgłę i o śnie, który wciąż powracał, gdy była zbyt zmęczona.

– Wybacz – dodała po chwili, wciąż lekko drżącym głosem. – Plotę bzdury, jestem wciąż rozdygotana.

.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Opowiadanie jest poprawne. Język w porządku, historia sztampowa, wszystko śliczne i idealne.
Można przeczytać, ale bez fajerwerków.

"– Wiesz, co to za znak ? – zapytała po chwili milczenia, lecz mężczyzna jej nie usłyszał. Wydawało się, jakby ta bransoletka go zahipnotyzowała. – Co to takiego ? – powtórzyła, wyrywając mu przedmiot z dłoni."
Cholercia. Jakim cudem spacja znajduje przed znakiem zapytania???

Siostra.

Cholercia, jak mogłam tego nie zauważyć? Dziękuję za zwrócenie na to uwagi 🙂

No, już trochę więcej o Desmondzie. Przeznaczenie splotło ich losy. Coraz bardziej mi się podoba. Zgrabnie uchwycony pewien etap wspólnej podróży. Zżera mnie ciekawość co będzie dalej. Wessało mnie.

Pozdrawiam

M21

Drogi Micra21
Bardzo się cieszę, że Cię wessało 🙂 Mam też nadzieję, że kolejne części sprawią Ci równie wiele przyjemności 🙂
Pozdrawiam,
Squzi

Da się czytać. Wymaga jeszcze sporo dopracowania na poziomie psychologii bohaterów, która jest póki co dość uboga. Ale myślę że historia ta ma potencjał. Koniecznie pisz dalej!

Lurker

Drogi Lurkerze,

Masz oczywiście rację. Sama zastanawiałam się nad tym, w jaki sposób przedstawić bohaterów. Wydaje mi się, że Czytelnik powinien poznawać bohaterów stopniowo, jeśli tekst publikowany jest w częściach. Także spokojnie, jeszcze wiele przed nami 🙂
Pozdrawiam,
Squzi

Mam pytanie. Kiedy możemy się spodziewać kolejnej części?

Pozdrawiam, kk

Drogi Kk,
Kolejna część zostanie opublikowana nie później niż 16 lutego, być może wcześniej 🙂
Pozdrawiam,
Squzi

Ekhem…. Już 15 luty 😉

Cholera jakie nudy…

Co za ulga, wciąż żyjesz

Już niedługo. Więc nie musisz starać się wykończyć mnie sztampą, brakiem akcji i nudziarstwem.
Widać że to początki. Skoro masz dwójkę bohaterów o różnej płci to w gruncie rzeczy nie musisz używać imion. A u Ciebie Desmond to Desmonda tamto, a Tamara pomyślała, a dla Tamary to było etc. Gdzie był korektor? Kto to puścił? Przecież ten tekst wymaga przepracowania i ręki dojrzałego "pisatiela".
Swoją drogą imiona są pretensjonalne – bo przygody Franka i Zośki już nie są takie cool?

– Tamaro! Obudź się, to tylko zły sen! [..]
– Ty żyjesz! Desmondzie,

Dialogi jak z brazylijskiej telenoweli.

Gdzie jest korektor?? Sprawdzić przecinki umie średniej jakości komputer. Ktoś powinien popracować z autorką.

Hmm, to ja może z innej beczki – piękna ilustracja!
Eileen

To wszystko dobre co można powiedzieć [na razie] o tej historii.
Ale nie jesteśmy na tumblr żeby oceniać obrazki
BR

Cholerne zapchlone krytyki. Nic tylko obrażać i poniżać innych. Jeśli naprawdę jesteście takie mądre za jakich się uważata to zamiast obrazy autorów , dajcie przykład gdzie jest błąd w tekście , a jeśli naprawdę potraficie to napiszcie kawałek tekstu tak jak wy go widzicie, aby był "IDEALNY" !!!!!!!
No piszcie mądrale jak ma być, albo przynajmniej przestańcie obrażać innych !!!!!!

Zgadzam się, a pretensjonalne jest zarzucanie imionom pretensjonalności. Każdy kiedyś zaczynał pisanie i uczył się go, wytykać błędy można i trzeba, ale po co od razu obrażać? Komuś się lepiej robi, jak sobie poużywa na początkujących? Zupełnie nie widzi potencjału w autorce? Co jest takiego beznadziejnego w tym opowiadaniu? Jakoś nie rozumiem. / Lena

Nikt nie odbiera autorce umiejętności pisania.
Zarzuty dotyczą głownie sposobu w jaki buduje opowieść. Mówimy głownie nie o brakach w warsztacie pisarskim ale o pomyśle i sposobie budowania świata.
I największe bęcki należą się korektorowi a nie młodej adeptce ero-pisania.
BR

Knoc, knock, knoc to the Megas's door;]

Wybitnie mnie rozbawił fakt, że osoba pisząca, ba, apelująca wręcz "przestańcie obrażać innych (i tutaj miliard wykrzykników)", używa jednocześnie wyrażeń "cholerne zapchlone krytyki" czy "mądrale".
Czyżby unosił się tutaj zapach hipokryzji? 🙂

Siostra.

Ktoś mnie wołał? 🙂

Owszem, koryguję prace Squzi. W swojej pracy w tym zakresie skupiam się na gramatyce, interpunkcji, czasem stylistyce. Czasem proponuję zmianę szyku zdania, albo inne sformułowanie danej kwestii, by uniknąć niezręczności. W kilku miejscach zajmowałem się też językiem, jeśli uznałem go za nieprzystający do pseudośredniowiecznych realiów.

Natomiast nie będę z pewnością skłaniał Autorki, by zmieniała fabułę swoich tekstów (tym bardziej ,że nie znam całego zamysłu, a jedynie to, co mi przesłała) ani by zmieniała imiona bohaterów. Jako korektor mogę zwrócić uwagę, że to czy tamto należałoby dokładniej opisać, ale nie będę uzależniał od tego publikacji (bo i nie mam takich kompetencji). Słowem, trzymam się swoich zadań, czyli korekty i redakcji, czasem posłużę radą albo dwoma, nie zamierzam jednak przedzierzgnąć się w ghostwritera.

Mam nadzieję, że te wyjaśnienia wystarczą moim szanownym krytykom 😀

Pozdrawiam
M.A.

Nie chodzi mi o bycie ghostwriterem i robienie roboty za autorkę. Ale o wskazanie obszarów które warto poprawić, przemyśleć, przebudować- i dlatego warto napisać całość a nie ścibolić po kawałku. Nota bene komentarze są dłuższe niż tekst :/ Co to za maniera żeby krótkie teksty rozwalać na notki w stylu "blogowym" W przypadku długich opowieści – vide Megasa epopeja – jestem to w stanie zaakceptować, ale tu…?
Choćby wspomniane nagminne używanie imion, czy cienka warstwa fabularna – ale teraz rozumiem trudność – nic nie poprawisz nie mając wglądu w całość.
BR

Aż się boję odezwać Squzi;] masz takie grono obrończyń, że mnie na żelazkach rozniosą czy szminkach czy z czym wy tam łazicie pod zamek wielkiego i złego aby go przegnać.

Ja tam nic do stylu nie mam- ot wybór takiej, a nie innej narracji a sf i fantasy to ogólnie z liczby pulicerów czy literackich nobli nie słynie. Jednakże primo pierwsze: bohaterom idzie zbył łatwo- prawie jak po sznurki więc czytelnik ma prawo historią się nudzić. Zobacz jak robi to Megas- pomimo,że jego historie zazwyczaj kończą się dobrze umiejetnie rozgrywa napięcie i buduje punkt kulminacyjny często z samych porażek bohaterów.Po secundo drugie Greg i Smok pokazują opisami świat, który tworzą. Ty robisz to minimalnie. Stąd wracamy do uwag czytelników. Po primo trzecie wreszcie : kto do jasnej cholery śpi na szlaku tak spokojnie? Nikt niczego nie pilnuje? Jakim cudem pieką mięso na ruszcie z patyków. Jak go robią, gdzie go mocują….I po primo ostatnie więcej uśmiechu dziewczyno:D

No dobrze, masz rację, to są konkrety i ciężko z nimi polemizować, ale z drugiej strony nadmiar szczegółów czasem zwyczajnie nuży, jeśli proporcje nie są zachowane (i nie dlatego, że nie lubię czytać, bo lubię ;)), np. w opowiadaniu smoka majtki pewnej kobiety spadają na brudną podłogę w łazience, a pod koniec tego samego akapitu przypomina się czytelnikowi, że nie ma sensu zabierać i zakładać upuszczonej bielizny, bo przecież podłoga jest brudna i mokra. Ale ja już to wiem i nie chcę o tym w kółko czytać! ;)) I nie neguję faktu, że trzeba mieć jakieś wzorce i dążyć do doskonałości, a nie zadowalać się przeciętnością/poprawnością. Pozdrawiam. Lena

I jeszcze jedno( piekielny brak możliwości edycji komentów) pisz nam tutaj częściej. To się może ta banda narzekających tetryków ze mną na czele troszku rozrusza:D

Zawsze fajnie zobaczyć tu nowy cykl fantasy. Mam nadzieje że dalsze rozdziały będą pojawiać się równie często!

Mustafa

A ja bawiłem się całkiem nieźle. Wybrałem te najbardziej rozrywkowe fragmenty.
– Co robisz w Zelho? – spytała, by zagaić rozmowę.
– Spytała by zagaić rozmowę, to trochę jakby uderzyła, żeby walnąć. Lepiej wg mnie bez „by zagaić rozmowę” lub „zagaiła rozmowę” lub „spytała”.
"…po jałowych poszukiwaniach rozwiązania upiornej tajemnicy, poddał się i postanowił przestać zadręczać się pytaniami." – że co? To brzmi prawdę mówiąc jak: Nie mam pomysłu, więc będę tajemnicza;)
– Do kaduka! Masz rację, powinnam teraz zrezygnować, przecież zajmuję się tym zaledwie całe życie – znowu w jej głosie zabrzmiał sarkazm.
– Samo zdanie zwiera już w sobie ów sarkazm, nie trzeba tego podkreślać ani wyjaśniać.
Tamara spojrzała na mężczyznę w zamyśleniu. Wyższy o głowę, to prawda, ale jak na wojownika niespecjalnie wysoki. Płaszcz skrywał muskulaturę lub jej braki. Broń musiała być nieźle ukryta, bo nie dostrzegła żadnej, poza zwykłym mieczem przypiętym do pasa.
– oho! Tu jest już bardzo ciekawie. Bo tworzysz nowe kanony fantasy-To się chwali: Wojownik wyższy od elfki o głowę, ale jak na wojownika i tak nie wysoki. Czyli sugerujesz, że Wojownik to nie tyle zajęcie, co rasa jakaś specjalna, olbrzymich istot?
Nasza doświadczona, zaprawiona w bojach bohaterka nie jest w stanie ocenić przez płaszcz czy gość jest muskularny czy wcale. Zakładam, że płaszcz magiczny w takim razie, (albo po prostu ponosi mnie MOJA wyobraźnia) Obawiam się że to drugie… do tego ta nie widoczna broń, no tylko ten zwykły miecz, kto by to nazwał bronią…Wiadomo, że miecze jako broń są zbędne i służą rasie Wojowników tylko do wygrzebywania kartofli z popiołu.
Tamara zrozumiała, że bez względu na wszystko, Desmond pójdzie za nią wszędzie, by rozwiązać swoją zagadkę. Nawet za darmo.- Nie no super, jasne. Dlaczego w sumie nie zaczęłaś od tego zdania. Tyle by to zaoszczędziło czasu Tobie, czytelnikom, Desmondowi i Tatjanie

cdn

cd

– Przejdźmy się trochę. Zamierzam iść przez Medvedovo aż do bezkresnych pustyni.
– Mam nadzieję, że to nazwy dzielnic tej mieściny, nie jakieś odległe krainy 😀
A potem: On chce, ona nie chce, on się pyta, potem ona się pyta o to samo, potem oboje odmawiają, potem oboje się zgadzają, rezygnują, potem ona się nie zgadza, potem on się zgadza, potem on się nie zgadza bo ona się zgadza, potem on zrobi to choćby za darmo, potem ona go nie potrzebuje, ale go potrzebuje, ale potem on nie potrzebuje, żeby ona go potrzebowała, potem ona oferuje mu nagrodę, ale on zrobiłby to za darmo, więc się nie zgadza, ale się zgadza… 😀 No bomba, mogłaś rozwinąć jeszcze trochę ten wątek…
– I może jakiś amulet dla ciebie, żebyś się tak nie obawiał magii
– To co, może jakiś +3 do braku strachu, czy może z tej wyższej półki +5 do MR i AC i poty na HP, bo wary piją jak wiadomo, ciągle palec na jedynce jak za dużo się mobków spuluje…if you know what I mean – Jak mawiają polscy literaci…
– Tam po drugiej stronie strumyka. Widzisz ją?
– Chodzi ci o tą sarnę? – zapytała dziewczyna.
– Jak chcesz jeść, to ją ustrzel – odparł bez entuzjazmu.
Tamarze nie trzeba było powtarzać drugi raz.
– Wstyd, że trzeba było już raz. Jakaś z niej dziwnie doświadczona łowczyni…No i chyba raczej „tę sarnę” a nie „tą”.
Położyła dłoń na jej oczach i wyszeptała cicho: odejdź w pokoju. Sarna była młoda, co oznaczało dobry posiłek na kilka dni.
Zgrzytając zębami zabrała się do roboty. Trzeba było wypatroszyć zwierzę i wybrać najbardziej smakowite kąski…"
No jasne 😉 Odejdź w pokoju do zwierzęcia, które się właśnie pokojowo zabiło. A potem: wybrać tylko najbardziej smakowite kąski, szacunek łowcy do ofiary pierwsza klasa. Gdyby Wojownik gustował na przykład w potrawce z gałek ocznych, trzeba by wystrzelać tuzin saren, żeby zapełnić mu miskę ;D Owijania w czystą tkaninę, żeby mięso się nie zepsuło nawet nie skomentuję.
– Idę się umyć – powiedziała cicho Tamara. Wstała i zrobiła kilka kroków w stronę strumyka. – Mam nadzieję, że będziesz dżentelmenem i nie zaczniesz mnie podglądać.
Chyba, że chcesz dołączyć, pomyślała złośliwie. Ciekawe czy zdjąłby kaptur.
– Nie masz się o co martwić, nie zrobię nic, czego byś nie chciała.
Zabrzmiało to co najmniej dwuznacznie, ale postanowiła się tym nie przejmować. Położyła się na chwilę, czekając, aż Desmond ułoży się do snu.
– Co? Położyła się po tym jak wstała, żeby pójść się umyć? W połowie drogi do strumyka czy jak? Coś niejasne to zdanie.
Podejdzie, obudzi go i zrezygnuje z jego usług. – No jasne! Też na to czekałem! 😀
Było już bardzo ciemno, ognisko zaledwie się tliło, dając niewiele światła. – Czyli sugerujesz, że słaba widoczność była tak? Pytam dla pewności.
Superjalt cola , tym razem nawet bez gazu.
Ale kto wie! Trzeci odcinek wyjaśni nam na pewno nie jedno i nie drugie, a może i nie trzecie!
Kim okaże się piękna królewna?!
Czy chłopcu uda się uwolnić bociana i czy czarodziej wynagrodzi go za znalezienie korka od zaginionej dawno butelki…?! Czekam jak na magicznych szpilkach!

AS 😉

Starski – masz we mnie fana!
Czytało się lepiej niż samo opowiadanie :)))
BR

Ktoś się w końcu poznał na Starskim 🙂 Wcale się nie dziwię, że to BR.

A samo opowiadanie przeczytałem. Mam nadzieję, że kolejne części będą coraz lepsze, a krytyka przez to stanie się mniej zgryźliwa.

Panowie Starski i BR, wyraźnie przesadzacie w złośliwościach. Opowiadanie ma swoje słabości, przede wszystkim fabularne, do tego kiepsko raczej wykreowane postacie bohaterów oraz brak werwy i wciągającej intrygi. Otrzymaliśmy jak dotąd dwa odcinki i tekst niczym w tym względzie nie zaciekawił. Ale czepianie się każdego dosłownie zdania, słowa czy przecinka to nieobiektywne „wdeptywanie Autorki w ziemię”. Język jest na ogół poprawny, tu i tam wpadły mi w oko powtórzenia, zwłaszcza nadmiar występujących w kolejnych zdaniach zaimków osobowych. Dialogi wypadają momentami sztucznie, to prawda. Dlaczego jednak nie podobają się np. imiona? Pretensjonalne? Tamara, dość często używane imię rosyjskie (chociaż pochodzenia aramejskiego)? Wolicie Zośkę i Franka? Niestety, fantasy obrosła już w swoją konwencję, uprawiana jako gatunek glównie przez Anglosasów, którzy tęże konwencję narzucili. I opierali się głównie na germańskiej oraz celtyckiej mitologii. Możemy próbować konwencję zmieniać, ale dlaczego zwracać się akurat ku imionom o konotacji chrześcijańskiej (Franciszek i Zofia)? W czymś lepsze? A może chodzi o rodzimą, starosłowiańską siermiężność? To Zośka i Franek też nie pasują, a brzmią dziwacznie i śmiesznie w tym kontekście. Niech autorka nadaje swoim bohaterom imiona, jakie zechce. Jej niezbywalne prawo. Do tego szczegółowa analiza kolejnych zdań i zwrotów, przeprowadzona przez jednego z panów, a z uznaniem przyjęta przez drugiego. Tu i tam da się wskazać braki, ale z ogólnym tenorem tych wywodów zgodzić się nie mogę. Wynika z nich bowiem, że praktycznie każde zdanie opowiadania jest błędne, źle skonstruowane, a przynajmniej niepotrzebne. Tymczasem autorka pisze w zasadzie poprawną polszczyzną, co raz jeszcze podkreślę. Styl, mniej lub bardziej ozdobny, to już kwestia gustu. Właśnie poprawność języka to atut autorki, popracować powinna nad fabułą, postaciami, budowaniem napięcia itp. I na koniec, swoją napasliwością skłoniliście mnie do obrony tekstu, któremu można sporo zarzucić. Ale tak zarzuty, jak i pochwały, powinny być rozdzielane sprawiedliwie.

Napisz komentarz