Opowieść helleńska: Demetriusz XXXVIII (Megas Alexandros)  4.22/5 (36)

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 36 minut/-y    
Edouard-Henri Avril, "De figuris veneris 4"

Edouard-Henri Avril, “De figuris veneris 4”

Dionizjusz rozglądał się po swoich nowych komnatach, urządzonych we wschodnim skrzydle strategejonu, przylegającym do sali audiencyjnej. Kazał je przygotować nazajutrz po ataku na jego rezydencję. Nie tylko dlatego, że nie czuł się już tam bezpiecznie. Zrozumiał również, że nie będzie w stanie dłużej mieszkać w domu, z którym wiązało się wspomnienie o zgładzonym oblubieńcu.

Młody Eneasz był zapewne ostatnią miłością jego życia. Odszedł w podobnie tragicznych okolicznościach jak jego poprzednicy: Kleantis oraz Kleopatra. Serce, któremu zadano tyle ran, stwardniało na kamień i teraz nic już go nie poruszy. Arcystrateg wiedział, że musi wystrzegać się gorących emocji. W ostatecznym rozrachunku niosły one bowiem ze sobą jedynie cierpienie.

Nie znaczyło to oczywiście, że będzie w przyszłości stronił od rozkoszy łoża. Był wszak mężczyzną w sile wieku, miał potrzeby, które musiały być zaspokojone. Nigdy już jednak nie zwiąże się z kimś tak mocno, by śmierć tej osoby mogła go poruszyć. Epoka życia, w której pozwalał, by rządziły nim namiętności, dobiegła kresu. Odtąd będzie się kierował tylko wyrokami chłodnego rozumu. Tak postanowił, a więc tak się stanie.

 Meble i ozdoby, którymi wypełniono jego nowe pokoje, pochodziły z willi aresztowanych lub zgładzonych arystokratów. Przełożony jego sług, Aszur, zadbał o staranną selekcję oraz kompozycję, dzięki czemu krzesła pasowały do stołów, a gobeliny nie gryzły się stylistycznie z haftem, jakim udekorowano baldachim olbrzymiego łoża. Eunuch znał się na tych rzeczach jak mało kto. O dziwo, mimo swego kalectwa, miał też oko do kobiet. Od lat kupował dla Dionizjusza niewolników obojga płci i zawsze udawało mu się trafić w upodobania swego pana.

Tym razem arcystrateg również zaufał jego ocenie. Chcąc się odprężyć po długiej i męczącej naradzie z oficerami, wysłał Aszura do Nimfejonu po ladacznice, które umilą mu tę noc. Specjalnie zastrzegł, że życzy sobie dziś wyłącznie dziewcząt. Pamięć o Eneaszu była zbyt świeża, by wziął do łóżka któregoś z pięknych młodzieńców, którymi z pewnością dysponował ów renomowany dom rozkoszy. Zresztą, Dionizjusz nie był zbytnio zaznajomiony z jego ofertą. Spośród ateńskich przybytków upodobał sobie Cynobrowy Dom, który obecnie był jednak niedostępny. Znajdował się on bowiem poza murami Miasta, na zboczu Wzgórza Wilków. Tam zaś stacjonowały wojska Demadesa i Fokiona.

A także Hiperejdesa, przypomniał sobie z irytacją. Musiał pamiętać również o nim. Od dzisiejszego ranka oblegali go nie dwaj, a trzej wodzowie. W sumie ponad cztery tysiące żołnierzy. To był nagły i niespodziewany zwrot. Irytująca przeszkoda, która nie pozwalała Dionizjuszowi rozwiązać problemu tak, jak lubił – na drodze walnej konfrontacji. Podczas narady uświadomił to swoim oficerom. Zachęcali go, szczególnie ci młodsi, by wyprowadził najemników w pole i rozbił w puch obywatelską armię. Przekonywali, że doświadczenie i wojenna zaprawa jego ludzi sprawi, że bez trudu odniosą triumf, mimo braku przewagi liczebnej i taktycznej przewagi wroga. Musiał położyć kres ich marzeniom o łupach i bitewnej sławie. Zbyt dobrze znał Ateńczyków. Zdawał sobie sprawę, że jeśli opróżni Miasto z wojska, może tam wybuchnąć bunt. Nie mógł sobie pozwolić na prowadzenie walki na dwa fronty. Pozostawało mu zatem tylko czekanie, w nadziei, że ateńska flota pozostanie w Chalkis – miejscu swego internowania. A co za tym idzie, Pireus nadal będzie otwartym portem, zaopatrującym Ateny we wszystkie potrzebne towary.

Widział, że oficerowie nie przyjęli jego argumentów najlepiej. Nie uśmiechało im się długie oblężenie, uwięzienie w klaustrofobicznej i przeludnionej metropolii. Dopóki jednak wypłacał im żołd, musieli być posłuszni. Odesłał najemników do swoich zadań, a polemarsze Lizandrowi kazał raz jeszcze dokonać inspekcji murów i bram. Obywatelska armia była ostatnią przeszkodą dla pełnej kontroli arcystratega nad Atenami. Nie wolno mu było dopuścić do jakiegokolwiek błędu.

Starania, które podjął, pozwolą mu się cieszyć spokojem przynajmniej do rana. A jutro… Kto wie, co przyniesie ten dzień? Sytuacja zmieniała się błyskawicznie. Jeszcze wczoraj ateńskie okręty płynęły w stronę Aten, a dziś leżały na dnie Eyrupusu lub stały bezczynnie w macedońskim porcie. Może nazajutrz bogowie wciąż będą łaskawi dla Dionizjusza z Faleronu.

Usiadł na łożu. Do alkowy wszedł niewolnik, przynosząc dzban wina oraz zdobiony szlachetnymi kamieniami puchar. Postawił je na niskim stole nieopodal posłania, napełnił kielich, ukłonił się i zaczekał chwilę na dodatkowe rozkazy. Nie otrzymawszy ich, dyskretnie się oddalił. Arcystrateg sięgnął po naczynie, skosztował, przymknął oczy z przyjemności. Miał ochotę spędzić najbliższe parę klepsydr na piciu i spółkowaniu. Inaczej nie uda mu się odzyskać wewnętrznego spokoju.

Jakby na zawołanie w progu sypialni stanął Aszur. Za nim do komnaty weszły dwie odziane w całkiem obyczajny sposób kobiety. Miały peplosy do samej ziemi, himationy skrywające ich ramiona i włosy, a nawet woalki zasłaniające twarze. Można by sądzić, że są to żony lub córki szanowanych obywateli Aten.

Szybko jednak okazało się, że to tylko pozór. Niewiasty stanęły przed Dionizjuszem i jak na komendę uniosły ręce. Wpierw płynnymi ruchami zrzuciły himationy. Okazało się, że obydwie suknie są w tym samym kroju: trzymają się na wiązaniach przy prawym barku. Ich rozsupłanie zajęło ledwie moment. Kiedy eleganckie szaty spłynęły na podłogę, pornai pozostały tylko w biżuterii i woalkach. Te ostatnie uszyte były z cienkiego jak pajęczyna jedwabiu. Jeszcze nim ladacznice pozbyły się ostatnich elementów garderoby, arcystrateg był już pewien – eunuchowi znowu udało się trafić w jego gust.

* * *

Mikstura Arystotelesa sprawiła, że Demetriusz spał jak zabity. Nie dręczyły go żadne koszmary, nie zerwał się z łoża z krzykiem zastygłym na ustach. Obudziło go dopiero potrząśnięcie za ramię. Dość energiczne, więc zapewne nie pierwsze. Kiedy otworzył oczy, za oknami było już ciemno. Pochylał się nad nim Menander. W jednej ręce dzierżył lampę oliwną, drugą położył na barku przyjaciela.

– No, wreszcie. Bałem się już, że cię nie dobudzę.

– Która godzina?

Falerończyk próbował się przeciągnąć, lecz momentalnie przypomniał sobie o wszystkich ranach, sińcach, zadrapaniach. Jęknął z bólu i potrząsnął tylko głową, by oczyścić umysł. Potłuczone czoło zaczęło pulsować.

– Klepsydra po zachodzie słońca. Nie możemy dłużej czekać. Jak się czujesz? Jeśli chcesz, pojedziemy bez ciebie. Dość już zrobiłeś dla Aratosa.

– Nie. To moje zadanie – odparł z uporem młodzieniec. – Poza tym muszę powiedzieć Aratosowi, co stało się z Ismeną. Jestem mu to winien. – Zaczął ostrożnie podnosić się z posłania. – Potrzebuję odzienia. Moje jest w strzępach.

– Hesperos przyniósł ci jedną ze swoich tunik. A także trochę broni z kolekcji swego ojca. Fedon właśnie podstawia wóz przed dom. Załadował go skrzyniami, w których przewieziemy nasz… delikatny ładunek.

Demetriusz sięgnął po tunikę. Wciągnął ją przez głowę, po czym chwiejnym ruchem podniósł się z łoża. Sięgnął po pas, do którego wciąż był przypięty sztylet Korojbosa.

– Widzę, że zadbaliście o wszystko.

Poeta uśmiechnął się do niego.

– Nie każdy może się wylegiwać przez cały dzień.

Falerończyk chciał mu sprzedać kuksańca, ale tylko się skrzywił, bo prędki ruch wywołał nawrót bólu.

– Dobrze, nie traćmy czasu. Aratos i pozostali pewnie już na nas czekają.

Czterokołowy wóz zaprzężony był w dwa potężne woły. Hesperos i Fedon siedzieli już na koźle. Powitali Demetriusza, a potem pomogli jemu i Menandrowi wspiąć się i zająć miejsce na furze. Między skrzyniami, pod rzuconym pozornie niedbale płaszczem, leżała broń: dwa krótkie miecze, włócznia oraz kilka oszczepów. Mieli nadzieję, że tej nocy nie będzie im dane jej użyć.

Fedon krzyknął na woły i szarpnął lejce. Po krótkiej chwili zwierzęta ruszyły. Koła wozu trzeszczały, podskakując w koleinach. Falerończyk uniósł głowę i spojrzał w niebo. Było czyste i rozgwieżdżone. Kierowali się na południe, traktem wiodącym do Pireusu. Po drodze dwukrotnie zatrzymywali ich najemnicy. Za każdym jednak razem łapówka wydzielona z sakiewki Menandra pozwalała im jechać dalej. Żołnierze nawet nie zajrzeli do wozu, pod płaszcz ani do skrzyń.

– To niemal zbyt łatwe – zauważył Hesperos, gdy wjechali między Długie Mury.

– Nie zapeszaj – rzucił poeta. – Bogowie póki co nam sprzyjają, ale nie wystawiajmy ich łaski na próbę.

– Bogowie nie mają z tym nic wspólnego – wtrącił Demetriusz. – Mój ojciec oparł swą władzę na najemnikach. Ci z natury rzeczy są przekupni i zawsze chcą więcej. Kiedy wyciśnie z Aten ostatnią srebrną drachmę i nie będzie miał już nic do zaoferowania, rzucą mu się do gardła. Taki będzie koniec jego tyranii.

Menander pochylił się w jego stronę i położył mu dłoń na ramieniu.

– Uczyniłeś, co mogłeś, by zawrócić go z tej ścieżki – rzekł, spoglądając w oczy przyjaciela. – Okazałeś się dobrym synem. Nikt nie może czynić ci zarzutu z tego, że arcystrateg nie posłuchał dobrych rad.

– Powinienem był zrobić więcej. Ale teraz nie ma to już znaczenia. Wczoraj ostatecznie się mnie wyrzekł. Nie pozostaje mi nic innego.

Obaj umilkli, pogrążeni w myślach. Tymczasem wóz wtoczył się do Pireusu.

* * *

Hoplici posuwali się naprzód powoli, dbając o to, by powodować jak najmniej hałasu. Wyruszyli z obozu dwie klepsydry po zmierzchu, gdy mrok już całkiem zgęstniał. Hiperejdes zadbał o właściwy kamuflaż swoich ludzi, na wypadek gdyby zaproszenie, które otrzymali, okazało się pułapką. Na lśniące napierśniki narzucili więc ciemne płaszcze, groty włóczni owinęli szmatami. Hoplony zostały natarte smołą, a twarze przyczernione węglem. Żaden ze zbrojnych nie wziął ze sobą krzesiwa ani pochodni – na szczęście tej nocy chmury nie przysłaniały gwiazd. I choć musieli uważnie stawiać każdy krok, swój cel widzieli bardzo dobrze. Szczyt Muru Temistoklesa był bowiem jasno oświetlony, zaś Brama Dipylońska – wręcz skąpana w blasku płomieni. Musiało tam stacjonować wielu żołnierzy arcystratega. Trzeba się było gotować na wszelką ewentualność.

Hiperejdes szedł pierwszy. Sam zgłosił się do tego zadania i nie widział powodu, by ktokolwiek miał ryzykować bardziej niż on sam. Hoplici z jego obstawy trzymali się blisko, reszta została nieco w tyle. Nie szli żadną z dwóch dróg wiodących do samej bramy, lecz na przełaj, przez nierówny, kamienisty teren rozciągający się między fortyfikacjami Miasta i Akademią. Po prawej, w oddali, widać było światła w oknach niektórych domów. To Kerameikos, dzielnica garncarzy, położona poza murami. Zamieszkujący ją rzemieślnicy zostali już wyzwoleni spod władzy tyrana. Jeśli tej nocy wszystko pójdzie dobrze, nazajutrz wszyscy obywatele Aten obudzą się jako wolni ludzie.

A może ten nocny spacer wkrótce zakończy się tragedią? Na podkradających się pod mury hoplitów posypie się deszcz strzał i oszczepów, a potem otworzą się wrota i wypadną przez nie najemnicy, by dobić rannych… To było możliwe. Hiperejdes wystarczająco dobrze znał Dionizjusza z Faleronu, by wiedzieć, że był on zdolny do podobnych forteli. Jako członek kolegium strategów miał opinię wodza pomysłowego, wychodzącego poza konwencje i niezbyt przywiązanego do wojennych zwyczajów.

Brama Dipylońska była już nieopodal. Nad nią płonęły pochodnie, a w ich świetle widać było żołnierzy pełniących straż na blankach. Zbliżał się najbardziej niebezpieczny moment całej eskapady. Hiperejdes wypowiedział półgłosem krótki rozkaz. Hoplici przekazywali go kolejnym szeregom. Oddział zatrzymał się. Dowódca ruszył naprzód tylko z garstką przybocznych. Wziął obfity haust powietrza, czując, jak serce przyspiesza swe bicie. Wkroczył w krąg blasku. Do jego uszu dotarło poruszenie, które wybuchło na murach. Zamknął oczy, szykując się na śmierć. Miał tylko nadzieję, że przeszyje go oszczep, który zabije natychmiast, a nie strzała, od której można umierać przez wiele godzin. Śmierć jednak nie nadeszła. Zamiast tego usłyszał jęk potężnych zawiasów. Uniósł powieki i zobaczył rozsuwające się skrzydła bramy. Za nimi stał wysoki mężczyzna w zbroi, hełmie i ciemnym płaszczu.

Hiperejdes dał znać swojej ochronie, by pozostała na miejscu, sam zaś wyszedł na spotkanie zbrojnemu. Spotkali się w połowie drogi. Mężczyzna zdjął hełm. Był to sam Lizander.

– Widzę, że prawidłowo odczytaliście moją wiadomość – rzekł.

– Była dość wymowna, polemarcho. Ale przejdźmy do konkretów. Czy jesteś gotów poddać mi Ateny?

Spartanin potrząsnął głową.

– Nie mam aż takiej władzy. Część oddziałów wciąż pozostaje lojalna wobec arcystratega. Jeśli przyjdzie co do czego, będą walczyć w jego obronie. Dlatego musisz go czym prędzej pochwycić. Gdy znajdzie się w twej niewoli, nawet najwierniejsi skapitulują. Wtedy odzyskasz swoje cenne Miasto.

– Mam ze sobą stu hoplitów. Wystarczy?

– Dam ci też swoich. Dzięki temu łatwiej zaskoczymy jego przybocznych.

– Gdzie znajduje się Dionizjusz z Faleronu?

– W strategejonie. Urządził tam sobie rezydencję. Ochrania go czterdziestu najlepszych szermierzy. Musicie ich prędko zgładzić albo zmusić do złożenia broni.

– A co ty będziesz robił w tym czasie?

– Zamieszanie. Zasłonę dymną – odparł polemarcha. – Udam się do koszar najemników. Poślę ich na zachodnie i południowe mury, pod pozorem wzmocnienia przed spodziewanym szturmem. Kiedy się zorientują, będzie już za późno.

– Plan wydaje się dobry. Mam jednak wątpliwości…

– Nie ma na to czasu. Stoisz przed wyborem: podjąć ryzyko albo się wycofać. Decyduj, póki czas.

Hiperejdes mierzył Spartanina uważnym spojrzeniem. Próbował go rozgryźć. Czuł jednak, że brakuje mu ostatniego ważnego elementu.

– Zadam zatem tylko jedno pytanie – rzekł wreszcie. – Jest dla mnie ważne, bo determinuje to, czy mogę ci zaufać. Skąd ta nagła zmiana, Lizandrze? Dotychczas wiernie służyłeś Dionizjuszowi. Dlaczego teraz go zdradzasz?

Lacedemończyk nie wahał się ani chwili.

– Nie obchodzi mnie, kto będzie władał Atenami: demokraci, oligarchowie czy tyran. Jestem i zawsze byłem lojalny wobec mojej ojczyzny. Ludzie, którzy mają wpływ na jej losy, żądają, bym odstąpił od arcystratega. A zatem to właśnie czynię.

Nagle wszystko stało się jasne.

– Macedoński ambasador – odgadł Ateńczyk. – To jego dzieło.

– Meleager przesyła pozdrowienia. Tobie, a także Fokionowi i Demadesowi. Ateński lud nazywa was Wyzwolicielami. Pora, byście zasłużyli na to miano.

* * *

Z zewnątrz magazyn wydawał się opuszczony. Przed budynkiem nie stał ani jeden strażnik pilnujący składowanego tam majątku, zaś pojedyncze okno na piętrze ziało pustką. Wóz zatrzymał się przez głównymi wrotami, służącymi do załadunku towaru. Menander zeskoczył na ziemię, ale musiał stanąć zbyt mocno na obolałej prawej nodze, bo wydał z siebie głośny jęk. Demetriusz wychylił się i przyświecił mu pochodnią. Chłopak masował sobie kostkę.

– Nic ci nie jest?

– Przeżyję.

– Dobrze. Fedonie, przejmij to ode mnie.

Kiedy przyjaciel wziął od niego pochodnię, Falerończyk również opuścił wóz, choć zrobił to znacznie ostrożniej niż Menander. Razem podeszli do wrót. Poeta zapukał w nie kilka razy – w rytmie, który ustalił z ukrywającymi się tu ludźmi. Po dłuższym oczekiwaniu usłyszeli, jak ktoś podnosi skobel, a następnie uchyla drzwi.

– Wy! – zawołał Aratos do siedzących wciąż na koźle młodzieńców. – Zgaście pochodnię, nim ktoś was zobaczy! A wy – zwrócił się do Demetriusza i Menandra – wchodźcie do środka.

Wnętrze magazynu wypełniały skrzynie oraz całe góry pustych worków. Panował tu zaduch, a powietrze pachniało stęchlizną. Na jednej ze skrzyń ustawiona była lampa oliwna. W jej skąpym świetle Falerończyk dostrzegł Demostenesa i stojącą u jego boku Korinnę. Dziewczyna postąpiła krok naprzód. Z jej twarzy łatwo było odczytać niepokój.

– Demetriuszu, czy wiesz coś o Ismenie? – spytała cichym, pełnym lęku i nadziei głosem.

Młodzieniec poczuł, jak coś ściska mu gardło. Zrozumiał, że nie potrafi teraz powiedzieć młódce prawdy. Nie tylko dlatego, że wybuch jej rozpaczy utrudniłby im ucieczkę. Przełknął ślinę, przywołał na usta sztuczny uśmiech i rzekł:

– Jest dobrze traktowana. Rozmawiałem o tym z ojcem. Obiecał mi, że nie spadnie jej włos z głowy.

Ulga rozjaśniła oblicze dziewczyny. Falerończyk poczuł, że ucisk w gardle ustępuje. Nie przestając się uśmiechać, dokończył:

– Szykujcie się do drogi. Czeka nas jeszcze podróż na Nabrzeże Afrodyty. Niedługo ruszamy.

Kiedy ojciec i córka zbierali swój skromny dobytek, Aratos gestem przywołał Demetriusza do siebie. Odeszli razem w najodleglejszy kąt sali. Kreteńczyk położył młodzieńcowi rękę na ramieniu i spojrzał mu prosto w oczy.

– Doceniam twój rozsądek oraz powściągliwość – rzekł. – Odmienne wieści zdruzgotałyby Korinnę, a teraz nie możemy sobie na to pozwolić… Ja jednak chcę poznać prawdę, jakakolwiek by ona nie była. Przyznam, że jakoś nie wierzę w spokój, opanowanie i łaskawość twego ojca.

Falerończyk milczał długo, szukając właściwych słów. Chyba je znalazł, lecz potem, gdy próbował przypomnieć sobie tę chwilę, zupełnie nie pamiętał, jakich użył. Prawda wylała się z niego szerokim potokiem. Mówił cicho, z pochyloną głową, przepełniał go smutek i poczucie winy, że nie uczynił więcej, niż potrafił, że to, co zrobił, nie wystarczyło. Dłoń Aratosa zaciskała się na jego ramieniu, palce niemal wbijały mu się w ciało.

Kiedy fechmistrz wysłuchał opowieści do końca, wyszeptał:

– Nie było innej drogi. Jestem ci wdzięczny. W ostatnich chwilach życia Ismena miała u boku prawdziwego przyjaciela.

Mówił i oddychał z trudem, jakby ktoś nastąpił mu na pierś. Mięśnie drgały pod jego skórą, a dłoń wciąż ściskała bark młodzieńca. Widać było, że walczy sam ze sobą. W końcu siła woli zatriumfowała nad rozpaczą. Rozluźnił palce, cofnął rękę i wziął głęboki wdech.

– Wracamy do pozostałych – rzekł już pewnym głosem. – Nim zaczną się niepokoić. A potem w drogę. Trzeba to wreszcie skończyć.

* * *

Dionizjusz sączył niespiesznie wino, podziwiając urodę dziewcząt z Nimfejonu. Usłużny Aszur pokrótce mu je prezentował. Pierwsza nosiła imię Erianthe, oznaczające „słodycz”. Niewysoka, miała mleczną cerę oraz pełne kształty. Ogniście rude włosy nosiła rozpuszczone, tak że spływały swobodnie na ramiona i sięgały aż do pośladków. Bogowie obdarzyli ją szafirowymi oczami i pełnymi, stworzonymi do pocałunków ustami, których nie była w stanie skryć półprzezroczysta woalka. Jej ciężkie, kołyszące się przy każdym ruchu piersi zwieńczone były sporymi brodawkami, umalowanymi teraz na czerwono, by komponowały się z odcieniem włosów. Rozłożyste biodra oraz kształtne uda zdawały się obiecywać niezliczone rozkosze. Wokół talii miała zapięty łańcuszek z białego złota. Podobny ozdabiał kostkę lewej nogi.

Druga z dziewcząt znacznie różniła się od pierwszej. Wzrostem dorównywała niemal arcystrategowi, była smukła i smagła, czarne włosy nosiła splecione w długi warkocz. Duże oczy wydawały się jeszcze większe dzięki podkreśleniu ich węglem. Aszur nazwał ją „Różą z Persepolis”, co sugerowało, że była branką przywiezioną z podbitego imperium Achemenidów. Nieduży rubin wypełniał zagłębienie jej pępka, drugi, znacznie większy, kołysał się między niedużymi piersiami, zwisając z naszyjnika wykutego z ciemnego złota.

Dionizjusz dopił wino i odstawił puchar. Wstał z łoża i powoli zbliżył się do ladacznic. Aszur uznał, że jego rola właśnie dobiegła końca. Dyskretnie opuścił sypialnię i zamknął drzwi od zewnątrz. Pozostał jednak przy nich, czujny i wsłuchany we wszystkie odgłosy dobiegające z komnaty, gotów w każdej chwili stawić się na wezwanie pana.

Ten zaś przeszedł między dziewczętami, obrócił się, spojrzał na ich plecy i niżej, na pośladki i uda… Czuł, że jego podniecenie rośnie, ale nie tak szybko, jak zwykle. Z pewnością nie było to winą sprowadzonych pornai – ani też eunucha, który jak zawsze dokonał świetnego wyboru. Erianthe oraz perska Róża były prawdziwymi ślicznotkami, pełnymi zmysłowości oraz czaru. Widział to pomimo woalek, których wciąż nie zdjęły, by dodać sobie tajemniczości.

Nie jestem dziś w najlepszej formie, stwierdził arcystrateg. Ostatnie dni odcisnęły swoje piętno. Ucieczka Demostenesa i jego córki, śmierć kochanka, ostateczne zerwanie z synem… Nie – z człowiekiem, który kiedyś mienił się jego synem. To był zły czas. Do tego jeszcze oblężenie. Nic dziwnego, że członek nie reagował, jak powinien… Był dopiero na wpół twardy.

Ateńczyk postanowił wzmocnić zmysłowe doznania. Wyciągnął naprzód ręce i chwycił za pośladki obydwu dziewcząt. Zaciskając na nich palce, poczuł jędrność i sprężystość młodych ciał. Zaczerpnął łapczywie powietrza. Erianthe zamruczała podniecająco i posłała mu przez ramię szafirowe spojrzenie. Oto jest myśl. Niech one rozpalą jego pożądanie! Przesunął ręce na plecy obydwu pornai i pchnął je w stronę łoża.

– Pobawcie się ze sobą. Dołączę, gdy przyjdzie mi ochota.

Nie musiał powtarzać rozkazu. Dziewczyny wsunęły się na posłanie, pod haftowany baldachim, na którym przedstawiono wielce apetyczne sceny z trwającej trzysta lat nocy poślubnej Zeusa i Hery. Róża wzięła w ramiona swoją towarzyszkę i przyciągnęła ją powoli ku sobie. Przez krótką chwilę patrzyły sobie z bliska w oczy. Potem Erianthe jakby nieśmiało uniosła dłoń. Zsunęła zasłonę z twarzy Persjanki. Dionizjusz mógł teraz w pełni sycić się jej widokiem. Brunetka pochyliła się do przodu, ucałowała bladą szyję i spłynęła wargami niżej, na dekolt. Rudowłosa gładziła ją tymczasem po plecach i grzbiecie. Pieszczoty, które wymieniały, były delikatne i subtelne. Obliczone na stopniowe budowanie żądzy – zarówno w kochance, jak i w obserwującym pokaz mężczyźnie.

Napełnił kielich winem i stanął obok jednego z filarów podtrzymujących baldachim. Liczył na to, że wyborny trunek rozgrzeje mu krew. Tymczasem klęcząca na łóżku Erianthe odchyliła ciało do tyłu, pozwalając całującej ją Róży schodzić coraz niżej i niżej. Usta Persjanki przebyły dolinę między piersiami i pokonywały już równinę brzucha. Język lizał aksamitnie gładką skórę, pozostawiając za sobą wilgotny ślad. Smagłe dłonie gładziły mlecznobiałe uda, szczególnie chętnie pieszcząc ich wewnętrzną stronę. Oddech rudowłosej przyspieszył, obfity biust unosił się w jego rytmie.

Wiedziony nagłym kaprysem Dionizjusz uniósł puchar nad jej piersiami i przechylił go. Krwistoczerwony strumień spadł na kształtne półkule, rozpryskując się na boki. Struga wina spłynęła w dół, po brzuchu. Róża, która dotarła już w swej wędrówce nad sam pępek kochanki, zaczęła pospiesznie spijać to, co jej ofiarował. Arcystrateg uśmiechnął się w zachwycie. Widok był olśniewający. Opróżnił kielich i odrzucił go za siebie. Ściągnął przez głowę tunikę i nagi stanął nad dziewczętami. Kiedy jednak sięgnął ręką między własne uda, doznał ukłucia zawodu. Jego penis wciąż nie osiągnął erekcji pozwalającej mu dołączyć do zabawy. Co się ze mną dzieje, pomyślał z rosnącą irytacją. By się uspokoić, skupił uwagę na dwóch pornai.

Tymczasem Róża ujęła rudowłosą za kolana i oderwała je od łoża. Odchylona w tył Erianthe upadła na plecy i szeroko rozwarła nogi. Głowa Persjanki pochyliła się nad jej wygolonym podbrzuszem. Najpierw długo całowała przestrzeń wokół sromu – celowo jakby omijając kuszące miejsce. Przedłużając oczekiwanie na to, co nieuniknione. Przesuwała językiem po pulchnych wargach, lecz ani razu nie skierowała go między nie. Jej ręce ani na chwilę nie pozostawały w bezruchu. Masowała nimi brzuch oraz pełne biodra kochanki, gładziła uda, wsuwała pod pośladki. Nie dawała jej ani chwili wytchnienia.

W końcu Dionizjusz zdecydował, że zmusi swoje ciało do właściwej reakcji. Objął męskość dłonią, zacisnął ją mocno wokół trzonu i zaczął masować powolnymi ruchami. Patrzył, jak Erianthe drży z przemożnego podniecenia. Jak woalka zsuwa się z jej twarzy podczas kolejnego skurczu, przebiegającego jasne ciało. I właśnie wtedy Róża z Persepolis postanowiła przeprowadzić decydujący atak. Przywarła ustami do sromu rudowłosej, sforsowała językiem jej podwoje rozkoszy i zaczęła nim poruszać w górę i w dół, z kunsztem i znajomością rzeczy. Było oczywiste, że dobrze wiedziała, jak zadowalać drugą kobietę.

Arcystrateg wsunął się na łoże. Ściskał w palcach odsłoniętą, nabiegłą krwią żołądź. Członek wreszcie stwardniał i zesztywniał, jak należy. Ateńczyk uklęknął nad twarzą Erianthe. Najwyższa pora, by ladacznica, która jak dotąd przyjmowała tylko pieszczoty, zaczęła nimi również obdarzać. Rudowłosa w mig pojęła, czego się od niej oczekuje. Uniosła głowę i przywitała się z jego męskością liźnięciem. Kiedy dotarła do jąder, ucałowała je po kolei i również zaczęła masować językiem. Jednocześnie sięgnęła ręką w górę i zacisnęła ją na trzonie penisa. Teraz masturbowali Dionizjusza we dwoje, zgodnymi ruchami sąsiadujących dłoni.

Tymczasem Róża nie ustawała w swych wysiłkach. Miłosne soki Erianthe spływały na jej język, zwilżały wargi, spływały po podbródku. Smakowała słodyczy u samych źródeł, w rękach ściskając napięte uda kochanki. W pewnej chwili poczuła szarpnięcie za warkocz. Dionizjusz poderwał ją gwałtownie z łoża, spomiędzy nóg rudowłosej i przyciągnął ku sobie. Zdusiła krzyk bólu, wiedząc, że nie ma prawa spodziewać się delikatności. Jego pocałunek był równie stanowczy i nieustępliwy jak wcześniejszy gest. Dosłownie wdarł się w jej usta. Poddając się woli mężczyzny, zagłębiła palce w jego włosach. Odwzajemniła pocałunek, dzieląc się z nim smakiem, którego przedtem kosztowała. Objął ją ramieniem w talii i przyciągnął bliżej. Poczuła, jak wilgotna żołądź ociera się o jej brzuch.

Przez dłuższą chwilę trwali tak, spleceni w uścisku. Wkrótce jednak Dionizjuszowi przestało to wystarczać. Chwyciwszy Różę za ramię, ściągnął ją z Erianthe i cisnął na pościel. Upadła na brzuch i niemal natychmiast przyjęła pozycję, w której mógł ją wygodnie posiąść – wsparta na kolanach, z wypiętymi ku górze pośladkami. Ateńczyk przywołał gestem rudowłosą. Nie potrzebowała słownej zachęty. Pragnąc odwzajemnić się Persjance za przyjemność, której doznała, a także przygotować do penetracji, zaczęła z ochotą lizać ją między udami. Jednocześnie ręką znów pieściła mężczyznę. W kilka chwil sprawiła, że jego podniecenie jeszcze się wzmogło. W końcu odepchnął ją na bok i uklęknął tuż za perską pięknością. Skierował członek prosto na jej srom, nieco ciemniejszy niż reszta podbrzusza. Dzięki przyjaciółce dziewka była już bardzo wilgotna. Wszedł w nią trzema stanowczymi pchnięciami. Głośno pojękiwała przy każdym z nich. Złapał za smagłe boki i wbił w nie palce.

Od początku narzucił szybkie tempo. Poruszał mocno biodrami, zadając długie i gwałtowne pchnięcia. Jego podbrzusze raz po raz uderzało o pośladki Persjanki. Rudowłosa uklękła obok uprawiającej miłość pary, czekając na moment, gdy znów będzie potrzebna. Ujęła w dłonie swe obfite piersi i masowała je niespiesznie, patrząc to na twarz Dionizjusza, to na jego męskość wdzierającą się w pochwę Róży. Niedługo dane jej było czekać bezczynnie. W pewnej chwili Ateńczyk całkiem wysunął się na zewnątrz. Erianthe była już gotowa, pochylona nad plecami towarzyszki. Szeroko rozwarła usta. Penis wdarł się w nie z impetem. Dotarł głęboko, tak że o mały włos się nie zakrztusiła. Mężczyzna chwycił ją za włosy i wbijał się prędkimi sztychami. Masowała nabrzmiały członek, lizała go, zaciskała gardło wokół żołędzi.

Trwało to tylko parę chwil, zaraz bowiem Ateńczyk powrócił do forsowania bram Persji. Róża znów wydawała z siebie przeciągłe jęki. Nie tylko przyjmowała w sobie kolejne pchnięcia, ale wychodziła im naprzeciw. W tym czasie rudowłosa bawiła się jej pośladkami, rozchylała je i łączyła, pocierała palcem wrażliwe na bodźce miejsce między nimi… Czas upływał szybko. Grzbiet smagłej porne zaczął lśnić od potu, podobnie jak tors Dionizjusza. Jeszcze dwukrotnie Erianthe usłużyła mu pieszczotami swych ust i języka. Za każdym razem jego brutalność rosła, lecz penis jakby tracił twardość.

Uniosła głowę i zmierzyła wzrokiem Ateńczyka, który ponawiał swe ataki z determinacją rozwścieczonego byka. Coś było nie tak… Zazwyczaj mężczyzna po takim pędzie powinien być już blisko szczytu. Dionizjusz nie wydawał się znajdować nawet w jego pobliżu. I widać było, że wraz ze słabnięciem pożądania, rośnie w nim furia. Coś było nie tak… Po raz pierwszy tego wieczoru Erianthe poczuła lęk.

* * *

Wóz toczył się po wyłożonej dużymi okrąglakami ulicy ciągnącej się wzdłuż brzegu. Wszyscy milczeli, czujni i spięci. Cel ich podróży zbliżał się z każdą chwilą. W oddali mogli już dostrzec kołyszące się na wodzie statki przycumowane przy Nabrzeżu Afrodyty. Fedon i Hesperos obserwowali drogę, jaka jeszcze im została, Demetriusz i Menander lustrowali boczne alejki, które łączyły się z nadmorskim traktem. Demostenes, Korinna i Aratos ukrywali się w podróżnych skrzyniach, które, mimo słusznych rozmiarów, musiały stanowić bardzo niewygodne legowisko. Był to jednak nieunikniony środek bezpieczeństwa. W razie gdyby młodzieńcy zostali zatrzymani przez najemników albo miejską straż, mogli próbować wyłgać się kolejną łapówką. Gdyby jednak wyszło na jaw, że przemycają poszukiwanych zbiegów, nie ocaliłby ich najbardziej nawet pękaty mieszek srebra.

– Bardzo tu cicho – zauważył poeta. – Zwykle w Pireusie nie jest tak spokojnie, nawet po zmroku.

– Obecny reżim mógł odebrać ludziom ochotę do nocnych zabaw – odparł Falerończyk. – Ale masz rację. Od dłuższego czasu nie widać żywej duszy. Powinniśmy się byli napatoczyć choćby na patrol Scytów.

– Najemnicy też się gdzieś pochowali. – Fedon spojrzał ku zatoce. – Gdyby Fokion i Demades dysponowali okrętami i wpłynęli do portu, zdobyliby go bez walki.

– Coś dzieje się przed nami! – syknął alarmująco Hesperos.

Wszyscy spojrzeli w tamtą stronę. Na środku ulicy stanął rosły i szeroki w barkach mężczyzna, którego twarz ukryta była w kapturze wojskowego płaszcza. Uniósł prawą rękę, nakazując im, by się zatrzymali.

– No i masz swoich najemników, Fedonie. A przynajmniej jednego. – Mówiąc to, Menander sięgnął po sakiewkę.

Woły zwolniły, a w końcu całkiem stanęły. Mężczyzna w kapturze postąpił krok do przodu. Demetriusz kątem oka dostrzegł ruch w bocznej uliczce. Spojrzał tam prędko i zobaczył wybiegającego człowieka. Był niski i odziany w łachmany, lecz w jego dłoniach błysnęło żelazo.

– To pułapka! – zawołał młodzieniec.

W tym właśnie momencie obdartus wyrzucił naprzód to, co trzymał w rękach. Dwa noże pomknęły z oszałamiającą prędkością. Pierwszy ugodził w szyję Hesperosa, który wciąż trzymał lejce. Drugi o włos minął ramię Falerończyka. Ten rzucił się na dno wozu, szarpnięciem zerwał płaszcz ukrywający ich arsenał i chwycił w dłonie krótki miecz. Poeta wylądował tuż obok niego. Nie zastanawiał się długo, sięgnął po włócznię, którą rzucił Fedonowi.

Tymczasem łachmaniarz już wspinał się na wóz, trzymając kolejny nóż między zębami. Gdy jego głowa pojawiła się nad krawędzią fury, Demetriusz ciął go xiphosem przez oczy. Z bocznej alei wysypywali się następni. Kiedy ujrzał, jak bardzo są liczni, Falerończyk pojął, co musi zrobić. Przyskoczył do skrzyni, w której ukryty był Aratos i gwałtownie uniósł wieko.

– Jesteś potrzebny!

Kreteńczyk wygramolił się ze skrzyni, jednocześnie dobywając klingi. Tymczasem człowiek w kapturze zbliżył się do wołów. Machairą, którą wyciągnął spod płaszcza, poderżnął gardło pierwszemu z nich. Krew obficie trysnęła na kamienie traktu. Zwierzę zaryczało i upadło na kolana przednich nóg. Dyszel wozu zatrzeszczał. Fedon zeskoczył z kozła i rzucił się na nieznajomego. Pchnął włócznią raz, drugi, trzeci. Wojownik uniknął dwóch ciosów, następny zastawił ostrzem broni. Skrócił dystans, odepchnął drzewce przedramieniem drugiej ręki. A potem chlasnął młodzieńca przez pierś.

Poeta cisnął obydwa oszczepy, kładąc trupem kolejnych rzezimieszków. Falerończyk i Aratos zeskoczyli z wozu i podjęli walkę z następnymi. Miecze z sykiem przecinały powietrze. Choć wrogów było więcej, o wyniku boju decydował kunszt fechtunku. A pod tym względem żaden z obdartusów nie mógł się równać z Kreteńczykiem oraz jego uczniem. Zadawali szerokie cięcia, dzieląc się przestrzenią, wzajemnie chroniąc sobie flanki. Napastnicy napierali na nich, lecz nie mogli przebić się przez barierę roztańczonych kling.

Mimo palącego bólu, Fedon wyprowadził jeszcze jeden cios. Uderzył przeciwnika drzewcem, trafiając między żebra. Tamten sapnął z bólu i cofnął się tak prędko, że kaptur zsunął mu się z głowy. Oczom młodzieńca ukazała się szeroka twarz, głęboko osadzone oczy i źle zrośnięty po złamaniu nos. Było to ostatnie, co zobaczył. Krew płynęła wartko z szerokiej rany na piersi. Włócznia wysunęła się z osłabłych dłoni, a kolana ugięły się pod ciężarem ciała. Gdy chłopak na nie opadł, oszpecony mężczyzna zbliżył się, unosząc machairę. Fedon opuścił powieki.

Menander chwycił ostatni z mieczy leżących na dnie fury i wtedy poczuł, że cały wóz drży. Obrócił się szybko i zobaczył wspinającego się nań od strony kozła mężczyznę. Rozpoznał go bez trudu. Spotkali się już na drodze wiodącej z Maratonu do Aten. Sostenes. Rzucił się na niego, zadając kilka szybkich, nieskoordynowanych cięć. O dziwo, okazały się skuteczne. Najemnik zastawił się energicznie, lecz stracił równowagę. By ją odzyskać, lewą ręką próbował złapać się brzegu fury. Połamane w walce z Demetriuszem palce odmówiły mu jednak posłuszeństwa. Z rykiem wściekłości oraz bólu poleciał w tył i zwalił się ciężko na kamienie traktu. Zaprzęgnięty wciąż do wozu wół, już przedtem rozjuszony śmiercią towarzysza, wonią krwi i całym zamieszaniem, zaczął nerwowo uderzać kopytami w podłoże. Za którymś razem, nastąpił tylną nogą na ramię Sostenesa. Rozległo się przyprawiające o mdłości chrupnięcie.

Aratos i Demetriusz byli u kresu sił. Fechmistrz krwawił ze świeżej rany na barku, która otworzyła mu się podczas walki. Ciężko pobity zeszłej nocy młodzieniec ledwo trzymał się na nogach. Ich ataki stawały się coraz bardziej desperackie, obrona zaś – coraz mniej skoordynowana. W końcu jednemu z przeciwników udało się przedrzeć między ich mieczami. Falerończyk dobył lewą ręką sztyletu. Obrócił się w fantazyjnym piruecie, jednocześnie zastawiając się xiphosem i tnąc nisko krótszym ostrzem. Coś gorącego chlusnęło mu na rękę. Napastnik zawył i poleciał na ziemię. Nim jej dotknął, Kreteńczyk chlasnął go jeszcze klingą przez grzbiet.

Wtem natarcie, które dotąd niestrudzenie odpierali, całkiem ustało. Kolejni bandyci nie wynurzali się już z zaułka, zaś ci, którzy pozostali przy życiu, cofnęli się o kilka kroków, niepewni i zdezorientowani. Było ich jeszcze siedmiu. Gdyby uderzyli naraz, mieli szansę na zwycięstwo. Wszędzie jednak, gdzie się obejrzeli, ich oczom ukazywali się polegli towarzysze. Olbrzymi mąż, który ich tu przywiódł, leżał w bezruchu nieopodal wozu. Otoczaki, którymi wyłożono drogę, spływały posoką. Kapała ona również z mieczy obydwu wojowników. Ten widok mógł zniechęcić nawet najlepszych zabijaków Deimosa Półmartwego.

Menander pojął, że trzeba kuć żelazo póki gorące.

– Odejdźcie, póki jeszcze możecie – rzekł, zsuwając się z wozu i stając obok swoich przyjaciół. – Albo dołączcie do trupów. Nam nie robi to żadnej różnicy.

Mówił twardym i stanowczym tonem, modląc się w duchu o to, by głos nie odmówił mu posłuszeństwa, by nie zabrzmiał piskliwie czy nie dość męsko. Najwyraźniej jednak wywarł na swych słuchaczach duże wrażenie. Zaczęli popatrywać niepewnie na kolegów, jakby szukając u nich potwierdzenia i usprawiedliwienia własnego lęku.

– Policzę do trzech – ciągnął poeta. – A potem zabijemy wszystkich, którzy jeszcze tu zostaną. Wiecie, że potrafimy to zrobić. Macie zatem wybór, lecz bardzo niewiele czasu. Raz.

Pierwszy z rzezimieszków schował pod łachmany nóż, odwrócił się na pięcie i zniknął w bocznej uliczce. Kiedy Menander wymawiał „dwa”, kolejni bandyci ruszyli w ślady tamtego. Odczekał nieco z wypowiedzeniem słowa „trzy”, by pozwolić ostatniemu z nich na rejteradę. Na nadbrzeżnej ulicy nagle zrobiło się bardzo cicho.

* * *

Całe Miasto było ciche. Zbyt ciche, mimo późnej pory. Hiperejdes nie pamiętał, by kiedykolwiek tak było. Choć służyło to jego planom, wywoływało również niepokój. Coś bardzo złego stało się z Atenami. Zamierzał to naprawić, lecz nurtowało go pytanie, czy to w ogóle możliwe? Wszak głębokie rany potrafią długo jątrzyć się i paskudzić. A nawet gdy uda się je zaleczyć, pozostają po nich szpetne blizny. Nie wątpił, że jego ojczyzna podniesie się z upadku, do jakiego doprowadził Dionizjusz przez niepohamowaną żądzę władzy. Lecz kiedy koszmar się skończy, jak będzie wtedy wyglądać oblicze odrodzonych Aten? Czy zeszpecą je nieusuwalne skazy? Czy może rozbłyśnie w dawnej chwale, godnej miana Słońca Hellady?

Strategejon był coraz bliżej. Przydzieleni przez Lizandra przewodnicy prowadzili hoplitów bocznymi alejkami, z dala od tras, po których krążyły wrogie patrole. Wraz z posiłkami od Spartanina oddział liczył już stu pięćdziesięciu ludzi. Dość wielu, by poradzić sobie z przybocznymi arcystratega. Wystarczy jednak, by w trakcie walki nadeszły posiłki – i bardzo niebezpieczna misja w oka mgnieniu zmieni się w misję samobójczą. Hiperejdes zdawał sobie sprawę, ile ryzykuje. Miał głębokie przekonanie, że robi rzecz słuszną. A mimo to wątpliwości kłębiły mu się w głowie. Jakie będą nowe Ateny? Czy staną się prawdziwą demokracją, w której Lud będzie odgrywał decydującą rolę? Czy też na powrót zostaną podporządkowane arystokratom, gotowym sprzedać rację stanu za macedońskie złoto? Fakt, że w spisku przeciw Dionizjuszowi brał udział przedstawiciel Antypatra, mówił bardzo wiele. Macedończycy wynieśli arcystratega na szczyty władzy i udzielali mu poparcia – tak długo, jak długo uznawali, że leży to w ich interesie. Pytanie, jak długo będą tolerować rządy, które nastaną po nim?

Dzielę skórę na lwie, którego jeszcze nie upolowałem, skarcił się w myślach Hiperejdes. Musiał skupić się na tym, co tu i teraz. Tym bardziej, że właśnie zbliżał się do niego jeden z ludzi polemarchy, Hylas.

– Jesteśmy prawie na miejscu. Powinniśmy się rozdzielić.

– Co proponujesz?

– Ja i moi ludzie pójdziemy od frontu – rzekł najemnik. – Odwrócimy uwagę przybocznych arcystratega i zaatakujemy ich, wykorzystując zaskoczenie. Twoi hoplici niech przejdą zagajnikiem koło świątyni Hefajstosa. Gdy rozpocznie się walka, uderzą od tyłu.

– Dobry plan. Mam tylko jedno do dodania. Pójdę z wami.

– Dlaczego?

Bo wciąż nie do końca wam ufam, pomyślał Hiperejdes.

– Wasze zadanie zdaje mi się bardziej ryzykowne. Chcę w tym wziąć udział. Nie mam zamiaru chować się za plecami moich żołnierzy.

– Jak sobie życzysz. Co jednak, jeśli zostaniesz rozpoznany?

– Mam pomysł, jak rozwiązać tę kwestię. I przy okazji wzmocnić efekt zaskoczenia.

Niedługo potem gwardziści strzegący wrót strategejonu ujrzeli zbliżający się ku nim liczący kilkanaście osób oddział. Sięgnęli po miecze i włócznie, zawołali swojego wodza z wnętrza budynku. Zaraz jednak się uspokoili. Rozpoznali bowiem najemników stacjonujących przy Bramie Dipylońskiej. Zaciekawienie wzbudził natomiast prowadzony przez nich mąż. Miał pancerz hoplity, na głowie zasłaniający całą twarz hełm koryncki i skrępowane za plecami ręce.

– Kogo nam tu prowadzisz, Hylasie? – zawołał oficer przybocznych.

– Schwytaliśmy jeńca, enomotarcho – odparł nowoprzybyły. – Wiedziemy go do arcystratega. Z pewnością zechce z nim natychmiast pomówić.

– Wątpię. Jest teraz zajęty, a sądząc po dziwkach, które tu dla niego sprowadzono, długo nie będzie miał ochoty na żadne rozmowy.

– Dziwki mogą poczekać. A to prawdziwy skarb.

– Pozwolisz, że sam to ocenię. – Z tonu głosu można było wnioskować, że oficer jest dość sceptyczny. Mimo to wszedł między najemników i zbliżył się do jeńca. Chwycił oburącz koryncki hełm i uniósł go, odsłaniając twarz schwytanego. – Na bogów, miałeś rację, Hylasie! Toż to sam Hiperejdes! Arcystrateg będzie wielce uradowany.

– Nie sądzę – odparł Ateńczyk.

Wysunął ręce zza pleców i rzucił się na enomotarchę. Lewą dłonią chwycił go za kark i przyciągnął ku sobie. Prawą wbił mu nóż w brzuch, nisko, pod pancerzem. Pociągnął ostrzem w dół, rozpruwając pachwinę. Mężczyzna zawył jak zarzynane zwierzę.

Przyboczni Dionizjusza sięgali już po broń, lecz najemnicy okazali się szybsi. Rozległ się szczęk mieczy i krzyki mordowanych. Hiperejdes złapał ciśniętą mu przez jednego z żołnierzy włócznię, obrócił się na pięcie i wbił ją w pierś następnego przeciwnika. Wyrwał mu xiphos z martwiejącej dłoni. A potem rzucił się w wir najcięższej walki.

Nagły hałas ściągnął przed budynek tych gwardzistów, którzy pilnowali dotąd jego tyłów. Kolejni wybiegali przez otwarte szeroko wrota. Proporcja sił prędko zmieniała się na niekorzyść atakujących. Wkrótce Hiperejdes wraz z Hylasem zostali przyparci do muru. Wokół nich co rusz ginęli ludzie. Kiedy sytuacja stała się już rozpaczliwa, w harmider bitwy wplótł się nowy, gromki okrzyk:

– Za Ateny! Za wolność!!

Hoplici obeszli gmach z obydwu stron i uderzyli na przybocznych arcystratega. Ci, widząc, jak zwycięstwo wyślizguje im się z rąk, całkiem upadli na duchu. Niektórzy próbowali wyrwać się z okrążenia i umykać w stronę agory – tych wybito do nogi. Sprytniejsi wpadli z powrotem do strategejonu. Próbowali zatrzasnąć wrota, lecz Ateńczycy im na to nie pozwolili. Walka przeniosła się na korytarze gmachu, który niegdyś służył za miejsce wojennych narad. Teraz zaś na jego ściany i podłogi tryskała jasna, tętnicza krew.

– Za Ateny! – krzyczał Hiperejdes, walcząc w pierwszym szeregu z furią godną herosa. – Za wolność!!

To samo wołanie dobywało się ze stu gardeł. Ateńczycy nacierali z impetem i determinacją, czując nadchodzące zwycięstwo. Żołnierze Dionizjusza cofali się przed nimi w popłochu.

* * *

Aratos wspiął się na wóz i otworzył pozostałe skrzynie, wypuszczając z nich Demostenesa i Korinnę. Oboje byli bladzi i przestraszeni. Słyszeli całą walkę i wcale nie mieli pewności, kto uchyli wieka ich kryjówek.

Demetriusz i Menander pochylali się nad martwymi przyjaciółmi. Hesperos zginął niemal natychmiast – od wbitego w gardło noża. Obrażenia Fedona sugerowały dłuższy bój. W ciszę nocy wdarło się żałosne łkanie. Łzy płynęły swobodnie po policzkach poety, jego piersią wstrząsał szloch. Falerończyk pochylał głowę, lecz nie potrafił zmusić się do płaczu. Zbyt wiele tragedii przeżył ostatnimi czasy. Czuł żal z powodu dwóch młodzieńców, którzy bezinteresownie przyłączyli się do ich sprawy. Doceniał ich poświęcenie. A mimo to jego twarz pozostała sucha.

Wtem usłyszeli przepełniony cierpieniem jęk. Obydwaj spojrzeli w stronę, z której dochodził. Potężnie zbudowany mąż, który zatrzymał ich wóz, gramolił się właśnie z ziemi. Prawa ręka całkiem mu obwisła, zdruzgotana przez kopyto. Drugą również niezbyt mógł sobie pomóc, była bowiem owinięta brudnym bandażem. Demetriusz podniósł się i stanął nad nim. Poczuł na sobie pełne lęku spojrzenie.

– Aratosie – zawołał młodzieniec. – Podejdź do mnie.

Kreteńczyk stanął u jego boku. Również przyglądał się mężczyźnie o złamanym nosie, który nadal leżał, nie ważąc się wykonać najmniejszego choćby ruchu.

– Ten człowiek – Falerończyk mówił tak cicho, by słyszał go tylko fechmistrz – torturował Ismenę. Bił ją. Wychłostał. Zdarł jej z pleców dwa pasy skóry. Wolała odebrać sobie życie, niż znowu wpaść w jego ręce.

– Robiłem tylko to, co mi kazano… – wykrztusił przerażony Sostenes.

Więcej powiedzieć nie zdołał, bo Demetriusz z impetem kopnął go w usta. Na kamienie ulicy posypały się wybite zęby.

– Jego śmierć nie będzie przyjemnością – zawyrokował Aratos. Następnie powiedział przyjacielowi, co zamierza zrobić.

We dwóch podźwignęli oszołomionego najemnika. Zarzuciwszy sobie jego ręce na ramiona, zaprowadzili go na samo nabrzeże. Następnie, przytrzymując mocno, mieczami podcięli mu ścięgna kolanowe. Sostenes wydał z siebie ryk. Uciszyło go dopiero zderzenie z taflą wody. Owinięty w ciężki wojskowy płaszcz, z niesprawnymi ramionami i nogami, prędko zaczął iść na dno. Zdołał się jeszcze obrócić i spojrzeć po raz ostatni na swych zabójców. Próbował chyba rzucić klątwę, lecz gdy otworzył usta, wdarła się w nie zimna, słona woda. Przez moment jeszcze walczył o życie, podczas gdy wypełniała mu żołądek i płuca. A potem zniknął w ciemnej głębi.

– Każdy marynarz – szepnął dawny pirat Aratos – najbardziej w świecie boi się utonięcia. Mam nadzieję, że jest to tak straszne, jak o tym mówią.

Demetriusz położył mu dłoń na ramieniu.

– Chodźmy. Strawiliśmy dość czasu. Tamci prędzej czy później odnajdą odwagę i wrócą. Lepiej, by nas już tu nie było.

Czym prędzej wyprzęgli zabite zwierzę. Na pozostałą część drogi musiały wystarczyć siły jednego wołu. Ułożyli ciała Fedona i Hesperosa na furze, Menander zabrał się za powożenie. U jego boku usiadła Korinna. Pozostali szli obok wozu, by nadmiernie go nie obciążać. Tak oto dotarli na nabrzeże Afrodyty. Na szczęście „Pogromca Fal” wciąż był tu przycumowany. Theognis stał oparty o reling. Na widok zbliżającej się grupy zszedł po trapie na brzeg.

– Powątpiewałem już, czy przybędziecie.

– Do świtu wciąż jeszcze zostało wiele czasu – odparł z wozu Menander.

– To prawda, lecz…

Głos kapitana zadrżał. Demetriusz przyskoczył do niego i chwycił za kark. Wyrwał z pochwy przy pasie sztylet i przyłożył go mężczyźnie do gardła.

– Co robisz, człowieku?!

– Powątpiewałeś, czy przybędziemy – powtórzył z gniewem Falerończyk – bo sam nas przecież zdradziłeś. Jadąc tu, wpadliśmy w zasadzkę. Sposób, w jaki ją zastawiono, świadczy, że napastnicy dobrze wiedzieli, kiedy i jaką drogą będziemy podróżować. Powiedz mi, skąd nabyli tę wiedzę?

Na statku zrobiło się zamieszanie. Coraz więcej marynarzy gromadziło się na burcie. Niektórzy dzierżyli w dłoniach pałki oraz długie noże. Aratos stanął przy trapie i dobył miecza.

– Każdy, kto spróbuje zejść na ląd, stanie się pokarmem dla ryb – ostrzegł chłodnym tonem.

Theognis próbował się uwolnić, lecz Demetriusz trzymał mocno.

– Zadałem ci pytanie – warknął. – Sprzedałeś nas, prawda?

Odpowiedzią było uparte milczenie. Falerończyk przycisnął ostrze mocniej.

– Przyznaj się, to może ocalisz życie. Mam już dość zabijania na jedną noc.

– Dałem znać… Deimosowi Półmartwemu – przyznał wreszcie kapitan. – Nie miałem wyboru… On rządzi Pireusem, decyduje, kto może zawijać do portu. Wszyscy musimy żyć z nim w zgodzie…

– Podły tchórzu! Przez ciebie zginęli moi przyjaciele. Odważni ludzie, stokroć lepsi od takich kanalii jak ty.

– Obiecałeś, że nic mi nie zrobisz, jeśli się przyznam!

Młodzieniec pchnął go na ziemię.

– Powinienem z tobą skończyć. Na nic więcej nie zasłużyłeś. Potrzebuję jednak twego statku. Zabierzesz nas wszystkich na Eginę.

– Oczywiście… tak jak ustaliśmy… – usłużnie mówił Theognis. – Cztery osoby…

– Pięć. – Demetriusz spojrzał na Menandra, który zeskoczył z kozła i pomagał zejść Korinnie, a następnie na Kreteńczyka. – Wyruszam z wami. Nic już nie trzyma mnie w Atenach.

– Naturalnie… pięć… już niemal wszystko przygotowane. O świcie wychodzimy w morze.

– Przedtem potrzebuję jednego z twoich ludzi. Kogoś, kto ma dość oleju w głowie. Niech tu przyjdzie.

Kapitan podniósł się z ziemi i otrzepał ubranie. Kiedy przywrócił sobie nieco powagi, spojrzał w stronę „Pogromcy Fal”.

– Dolops, do mnie!

Szczupły marynarz ruszył ostrożnie w dół trapu. Nim opuścił pokład, odłożył broń, by nie prowokować Aratosa. Fechmistrz cofnął się o krok, by go przepuścić.

– Mam dla ciebie zadanie – rzekł Falerończyk. – Dobrze na nim zarobisz.

– Jestem do usług.

Demetriusz skinął głową w stronę wozu.

– Odwieziesz zwłoki moich towarzyszy do ich rodzin. Hesperos mieszkał na północ od Akropolu, przy świątyni Tezeusza. Fedon na wschodzie, nieopodal bramy Diocharesa. Menandrze, wypłać mu tetradrachmę. Ojcowie poległych również cię nagrodzą. W jedną noc otrzymasz więcej niż za cały miesiąc na morzu.

Oczy Dolopsa rozbłysły. Złapał srebrną monetę i schował ją w dłoni.

– Stanie się, jak każesz, panie.

– Wróć przed świtem. Nie będziemy na ciebie czekać.

Marynarzowi nie trzeba było tego powtarzać. Zajął miejsce na koźle i szarpnął lejce. Wóz ruszył z miejsca.

Falerończyk zwrócił się do kapitana:

– Pozwolisz, że się zaokrętujemy.

* * *

Dionizjusz nie mógł uwierzyć w to, co właśnie się działo. Choć spółkował z dwiema pięknymi kobietami, wedle kaprysu wbijał się w ich pochwy i usta, zaś jego oczom nie skąpiono żadnego widoku, rozkosz wciąż nie nadchodziła. Co gorsza, miał wrażenie, że jakby się oddala. To było frustrujące… Mocniej chwycił za rude włosy Erianthe. Dociskał jej głowę do swego podbrzusza, a ona czyniła wszystko, by wprost oszalał z ekstazy. Cóż jednak mogła zdziałać, skoro za każdym razem, gdy opuszczał powieki, widział martwego Eneasza w kałuży krwi. Kleopatrę umierającą w jego ramionach. Miecz rozrąbujący pierś Kleantisa. Co się ze mną dzieje, pytał po raz nie wiadomo już który. Dlaczego mnie to spotyka?

Kolejne widziadło: krew płynąca ulicami, rozlewająca się wśród kocich łbów. Oto jego dzieło. Jedyny spadek, jaki pozostawi Atenom. To i jeszcze nienawiść – dla niego i dla imienia, które nosi. Myśli kłębiły się w głowie Dionizjusza, choć przecież chwila zupełnie temu nie sprzyjała. Krew. Tyle krwi. Ofiara, za którą zwykł odpłacać po siedmiokroć. Nigdy nie potrafił darować ani wybaczyć. To przecież tamci rozpoczęli! On chciał tylko skończyć wojnę. Pogodzić obie strony poprzez podporządkowanie ich swojej woli. Dlaczego nie chcieli go słuchać? Dlaczego wszystko musiało zakończyć się tragedią?

Kiedy ponownie starał się wsunąć w mokre wnętrze Persjanki, poczuł, że penis odmawia mu posłuszeństwa. Popatrzył z gniewem w dół. Po erekcji nie było już prawie śladu. Czując rosnący wstyd, rozejrzał się wokoło. Erianthe mierzyła go zalęknionym wzrokiem. Nie śmiała nawet drgnąć, by nie sprowokować wybuchu. Niestety, Róża nie miała równie dużo subtelności, a może tylko szczęścia. Kiedy poczuła, że członek ześlizgnął się po wargach jej sromu, obróciła głowę. Posłała Dionizjuszowi najbardziej czarujący ze swych uśmiechów i spytała łamaną greką:

– Co się stało, panie? Czy cię nie zadowalam?

Starała się mówić z szacunkiem, a w jej uśmiechu nie było drwiny… lecz przeczulony Ateńczyk i tak się jej dopatrzył. Niewinna uwaga stała się iskrą, która padła na ściółkę w bardzo wysuszonym lesie. Nim rudowłosa zdążyła ostrzec towarzyszkę, było już zbyt późno.

Ręka Dionizjusza wystrzeliła do przodu. Złapał Persjankę za warkocz i owinął go sobie wokół pięści. Szarpnięciem poderwał ją z posłania i przyciągnął blisko. Próbowała się wyrwać, lecz nie miała najmniejszych szans. Zbyt późno pojęła swój błąd. Erianthe rzuciła się jej na pomoc, lecz mężczyzna spoliczkował ją na odlew. Dowlókł Różę do jednego z filarów baldachimu.

– Nie, nie zadowalasz – warknął, uderzając jej twarzą o drewno. – To nie moja wina, więc musi być twoja. – Kolejne uderzenie. – Nie pozwolę z siebie kpić. Nie takiej nędznej dziwce jak ty…

Dłonie, którymi usiłowała zaprzeć się o filar, ześlizgnęły się po nim. Dionizjusz zapamiętał się w powtarzanym co rusz czynie. Krew płynęła po rzeźbionym drewnie. Cóż znaczyło kilka kropel w porównaniu z morzem, które już wylał? W porównaniu z morzem, które jeszcze przeleje…

Czyjeś paznokcie darły mu ramię, pierś, a w końcu policzek… Kiedy sięgnęły oczu, wreszcie się ocknął. Wypuścił włosy Persjanki, jej ciało bezwładnie osunęło się na podłogę. Chwycił Erianthe za nadgarstek i wykręcił go, aż chrupnęło. Wcześniej krzyczała z grozy i strachu. Teraz zawyła z bólu. Uciszył ją ciosem pięści wymierzonym w skroń. Upadła na łóżko i znieruchomiała.

Dionizjusz z trudem trzymał się na nogach. Potoczył wokoło błędnym spojrzeniem. Róża trzęsła się u jego stóp. Więc jeszcze żyła… A może były to przedśmiertne drgawki? Rudowłosa bardzo powoli dochodziła do siebie. Co tu się, na bogów, stało? Czy to on sprawił? Dlaczego? Kim się stał?

Nie miał czasu się nad tym zastanawiać. W tej bowiem chwili drzwi alkowy rozwarły się na oścież. Wpadł przez nie Aszur. Jego szeroka twarz była maską cierpienia i zwierzęcego wprost strachu. Dopiero po chwili do arcystratega dotarł fakt, że z piersi eunucha sterczy grot włóczni. Przełożony niewolników upadł na kolana. Zapominając całkiem o zasadach etykiety, spojrzał swemu panu prosto w oczy.

– Atakują nas, czcigodny pa…

Kolejny grot wbił mu się w plecy i wyszedł brzuchem. Aszur zwalił się na podłogę. Zanim Dionizjusz zdążył cokolwiek przedsięwziąć, do sypialni wdarło się kilkunastu zbrojnych. Od razu poznał, że nie są to jego najemnicy. Rozejrzał się za jakimś orężem. Pas z mieczem został jednak w innej komnacie. Nie było tu niczego, czym mógłby walczyć.

Zbrojni rozstąpili się na boki, robiąc miejsce wysokiemu mężowi, który właśnie wkraczał do sypialni. Jego pancerz spryskany był krwią, podobnie jak ostrze dzierżonego xiphosa. Nie nosił hełmu i dlatego Dionizjusz rozpoznał go od razu.

– Hiperejdes – wyrzucił z siebie z nienawiścią.

– We własnej osobie. – Demokratyczny przywódca wydawał się wstrząśnięty tym, co ujrzał w alkowie. – Miałem nadzieję, że stawisz nam czoło wraz ze swymi ludźmi. Lecz widzę, że wolałeś inne rozrywki… i mniej wymagających przeciwników. Zawiodłeś mnie, Dionizjuszu. Miałem o tobie lepsze mniemanie.

– Oszczędź mi swej pogardy, Przyjacielu Ludu! – W ustach arcystratega ostatnie dwa słowa zabrzmiały prawie jak przekleństwo. – Nie wiem, jak ci się udało, ale wygląda na to, że wygrałeś. Jestem tu sam, a ty masz na rozkazy dwa tuziny włóczni. Skończmy to prędko. Mam już serdecznie dosyć tego świata.

– Myślisz, że przyszedłem cię zabić? – Hiperejdes zdobył się na blady uśmiech. – Nie tak prędko. Dopuściłeś się najgorszych zbrodni, jakie może popełnić Ateńczyk: zdrady stanu i uzurpacji władzy. Staniesz przed sądem wolnych Aten jako obalony tyran. Nie pozwolę ci uniknąć tej hańby. Umrzesz dopiero wtedy, gdy sędziowie wydadzą werdykt. Nie od miecza, jak przystało na prawdziwego mężczyznę i arystokratę. Zdechniesz od cykuty, jak pospolity zbrodniarz. Czy pojmujesz, co do ciebie mówię?

Dionizjusz zaśmiał się ochryple.

– Ależ pojmuję – wychrypiał. – Sprawiedliwość zwycięzców. Nie spodziewałem się po tobie niczego więcej. Tak długo bratałeś się z prostakami, że w końcu sam stałeś się jednym z nich.

– Gdybym naprawdę był prostakiem – Przyjaciel Ludu mówił coraz ciszej, w miarę jak zbliżał się do arcystratega. W końcu stanął tuż przy nim – wziąłbym cię na powróz nagiego, tak jak stoisz. A jednak pozwolę ci przywdziać ubranie. I nie skrępuję twych dłoni, jeśli obiecasz, że nie będziesz próbował uciec. Czy mogę ci w tej kwestii zaufać?

– Nie obawiaj się. Jak już rzekłem, mam serdecznie dosyć tego świata. Przyjmę to, co szykuje mi los. Nie będę przed nim uciekał.

* * *

Jedyna kajuta na „Pogromcy Fal” przypadła w udziale Demostenesowi i jego córce. Kapitan nie chciał jej wprawdzie oddać, ale Demetriusz i Aratos byli bardzo przekonujący. Marynarze zaczęli układać się do snu, mając nadzieję na kilka jeszcze godzin odpoczynku przed świtem. Nie było im to jednak dane. Kreteńczyk podszedł do Theognisa i wydał rozkaz:

– Wychodzimy w morze. Natychmiast.

– Jest środek nocy! – zaprotestował tamten. – Połowa mojej załogi spędza ostatnie wolne chwile na lądzie, w tawernach i burdelach!

– Poradzimy sobie bez nich. Pogoda jest dobra, a podróż na Eginę krótka.

– Poczekajmy chociaż na Dolopsa…

– Otrzymał dość srebra, by przez parę tygodni nie myśleć o powrocie na morze. Koniec gadania!

– Nie zgadzam się! – Kapitan w bezsilnej złości tupnął nogą w pokład.

– Posłuchaj, durniu. – Fechmistrz obniżył głos do szeptu. – Każda chwila, którą tu spędzamy, zwiększa ryzyko ataku. Dobrze wiesz, czyja to wina. Nie chcę zawstydzać cię przed załogą bardziej, niż zrobił to Demetriusz. Po prostu wydaj rozkazy i ruszajmy. Jutro opuścimy twój statek i nigdy więcej już nas nie zobaczysz.

Theognis nie zastanawiał się długo. Odwrócił się od Kreteńczyka i gromkim krzykiem zaczął budzić marynarzy. Podnosząc się, dawali upust niezadowoleniu, niekiedy wręcz złorzecząc kapitanowi. Najwyraźniej dyscyplina na „Pogromcy Fal” nie stała na zbyt wysokim poziomie. W końcu jednak załoga przygotowała statek do rejsu. Cumy zostały rzucone, kotwica podniesiona. Nieliczni wioślarze zaczęli wyprowadzać korab na środek zatoki. Tam został rozwinięty szeroki żagiel, który momentalnie wypełniła nocna bryza. Popychany nią „Pogromca” wkrótce opuścił Pireus.

Aratos, Demetriusz i Menander stali na rufie, oparci o reling. Patrzyli w milczeniu na oddalającą się metropolię.

– Jak myślicie, kiedy tam wrócimy? – zapytał w końcu poeta.

– Dopiero gdy skończą się rządy mego ojca – stwierdził kategorycznie Falerończyk. – Może wtedy Ateny odzyskają swoją duszę. O ile to w ogóle możliwe.

– Nasze Miasto jest stare. Przeżyło Pizystratydów, przetrwało rządy Trzydziestu Tyranów. Arcystrateg nie jest od nich gorszy.

– Na pewno robi wiele, by im dorównać. Wstyd mi, że noszę to samo miano.

– Będziesz zatem musiał nadać mu nową, lepszą sławę.

– Tak uczynię – Demetriusz skinął głową. I choć powiedział Arystotelesowi, że w przyszłości będzie bardziej ostrożny w szafowaniu przysięgami, poczuł, że oto musi złożyć kolejną. – Obiecuję, że zrobię wszystko, by oczyścić imię Falerończyków. Jeśli historia koniecznie musi zachować nas w pamięci…

Menander złapał go za ramię i ścisnął, jakby tym prostym gestem chciał dodać przyjacielowi otuchy. Znowu zapadła między nimi długa cisza.

Tym razem przerwał ją Kreteńczyk:

– W ciągu ostatnich dni był taki czas… gdy nie wierzyłem, że to się uda. Dziękuję wam, w imieniu swoim i Korinny. Gdyby Ismena… Myślę, że ona również byłaby wam wdzięczna.

– Ismena, Hesperos, Fedon… – Poeta potrząsnął głową. – Straciliśmy tylu dobrych ludzi. I jeszcze Mathaiosa…

– I Raisę – dorzucił Demetriusz, nim coś ścisnęło go w gardle.

– Wszyscy mamy kogo opłakiwać. – Głos Aratosa drżał z emocji. – Teraz wreszcie przyjdzie na to właściwa pora. Gdy przypłyniemy na Eginę, chciałbym was zabrać do świętego sanktuarium Artemidy. Tam… odnajdziemy spokój konieczny, by pożegnać naszych bliskich.

– Masz rację – skinął Falerończyk. – Dopiero gdy odprawimy ich cienie w zaświaty, będziemy mogli zacząć na nowo. Z chęcią pojadę z tobą do tego Artemizjonu.

– Gdzie ty, tam i ja – dorzucił Menander.

Statek kołysał się powoli na spokojnej tafli morza. Słabnący wiatr poruszał żaglem. Marynarze pracowali, porozumiewając się ze sobą urywanymi komendami oraz gwizdnięciami. Trzech mężczyzn stało na rufie, zapatrzonych w przeszłość. Musieli się z nią raz jeszcze zmierzyć, nim będą mogli zwrócić oczy ku nowym dniom.

Niebo nad Atenami rozjaśniały łuny pożarów.

Przejdź do ostatniej części – Opowieść helleńska: Demetriusz – Epilog

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobry wieczór,

mam przyjemność przedstawić dziś ostatni rozdział Opowieści Demetriusza. Tak, tak, ostatni. Potem będzie tylko zamykający cykl Epilog. Podróż była długa, ale zawijamy już do portu.

Szczególne podziękowania należą się Atenie, która tym razem zrobiła korektę w ultrakrótkim czasie – z powodu mojej opieszałości miała na nią zaledwie jeden dzień. Ale i tak spisała się na medal!

A wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom Opowieści helleńskiej życzę miłej lektury i przyjemnych wrażeń z niej płynących!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Cytując Dziadka: "Ło cieniu!"
Ależ mnie zaskoczyłeś, Megasie. Myślałam, że na ostatnią część trzeba będzie czekać kilka miesięcy, a tutaj proszę jak szybko i sprawnie. Szczękę z podłogi zbieram nadal.
Wreszcie będę mogła się zabrać za przeczytanie całości, bo niewielką frajdę sprawia czytanie 'na bieżąco', gdzie między jednym rozdziałem a drugim jest kilka tygodni przerwy. (W tym momencie wymowne spojrzenie na niedokończone serie, które się rozciągają jak guma z majtek [sorry].)
I bardzo dobrze, że piszesz coś krwawego i brutalnego. Dopóki nie giną wszystkie moje ulubione postacie, to jest fantastycznie. Niechaj Cię ręka borza broni przed pisaniem czegoś dla uciechy tłumu!

Siostra.

Witaj Siostro,

do napisania został mi jeszcze Epilog, ale pójdzie szybko – powinien się pojawić w pierwszej połowie stycznia. Tak więc myślę, że możesz już zaczynać czytanie całości!

Pisałem Demetriusza tak szybko, jak było to możliwe, właśnie po to, by zminimalizować odstępy między rozdziałami. W ciągu 2 ostatnich lat starałem się dawać przynajmniej jeden rozdział miesięcznie (dwa razy mi się nie udało, ale też kilka razy było więcej rozdziałów w miesiącu). To była dla mnie bardzo przyjemna i ciekawa przygoda, ale muszę powiedzieć, że czuję pewną ulgę u jej kresu – płynącą z faktu, że będę mógł trochę zwolnić tempo 🙂

Mam nadzieję, że chociaż niektórzy z bohaterów, jacy przypadną Ci do gustu, przeżyją do końca tej historii. Moja rada jest taka: przywiązuj się raczej do postaci historycznych. Jest mniejsza groźba, że skrócę ich żywoty 🙂

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

'Niechaj Cię ręka borza broni…'' borz – kto zacz?

Czego chcesz, anonimie? Na siłę chcesz się do czegoś przyczepić i wykazać się mega inteligencją?

Siostra.

I znów Megasie zakończenie takie jakieś hollywoodzkie i szczęśliwe. A Fe!

Czekam na epilog! 😉 A co potem? Kiedyś coś pisałeś o Perskiej Odyseii ponownie z Kassandrem w roli głównej – zamierzasz to realizować? A jeśli nie, to co?;)

@ Seelenverkoper:

Z narzekaniami poczekaj proszę do Epilogu 😛

@ Anonim:

Epilog się pisze. Na pewno będzie w styczniu. A co do Perskiej Odysei… po Demetriuszu trochę odpocznę od tematów antycznych, ale kontynuacja przygód Kassandra pozostaje w moich planach. Przedtem jednak przeprowadzę jeden projekt niezwiązany w żaden sposób z Opowieścią helleńską. Tak więc, stay tuned for more.

Pozdrawiam
M.A.

Witam! Powiem szczerze, że klimaty Opowieści nie do końca do mnie przemawiały… dopóki nie zacząłem czytać, czytać, i czytać… W miarę jak daty coraz to nowszych części zbliżały się do roku 2015 bałem się, że nie uda mi się przeczytać całej historii na raz – na szczęście, został już "tylko" epilog 😉 chociaż i tak czuję się dziwnie. Zacząłem czytać Opowieść helleńską jakieś pół roku temu… najpierw przygody Kassandra, potem dzieje Tais, teraz historię Demetriusza. Wyglądam więc epilogu i… nie mogę się go doczekać. Będzie to piękne zwieńczenie. I przy okazji, małe PS. Autorze, kiedy książka? Opowieść helleńska bije na głowę pisiont twarzy Greya, którymi zachwycają się ślepe masy 😉 Pozdrawiam i z niecierpliwością czekam na epilog!

Dobry wieczór,

cieszę się, że przekonałeś się do Opowieści helleńskiej. I że zostałeś z nią przez wszystkie rozdziały (po drodze masz jeszcze nieoficjalną Opowieść Likajny tudzież "Blondynkę wg Megasa Alexandrosa). Epilog powstaje szybko i już niedługo będę mógł go zaprezentować. A kiedy książka? Kto wie 🙂 Możliwe, że złożę OH w ebooki i udostępnię je w tej formie. A co do przedsięwzięcia komercyjnego – na pewno nie szybko 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Wciągnęło mnie, całą trylogię helleńską przeczytałam jednym tchem. Megasie, jesteś mega-czarodziejem. Czy od tamtych czasów zmieniły się obyczaje i polityka? Nie jestem tego pewna. Pisz nadal, niech ci Erato Klio sprzyjają.
εικοσάεδρο

Witam, εικοσάεδρο!

Miło usłyszeć takie słowa. Skoro przeczytałaś już wszystko co napisałem (łącznie z "Opowieścią Likajny"? Ona jest wprawdzie poza główną trylogią, ale opisuje dalsze losy jednej z bohaterek; opublikowana pod tytułem "Blondynka wg Megasa Alexandrosa" 🙂 to ucieszy Cię zapewne wiadomość, że 30 stycznia pojawi się na NE Epilog Opowieści Demetriusza – obszerny i zamykający wszystkie jak sądzę zasadnicze wątki. Mam nadzieję, że przypadnie Ci do gustu i zaspokoi oczekiwania wobec wielkiego finału.

A poparcie Muz zawsze mi się przyda, więc za życzenia jestem zobowiązany.

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz