Dzień ostatnich urodzin (MałaMi) Brak ocen

Viacheslav Potemkin(vpotemikin), "Want some?", CC BY-NC-ND 3.0

Viacheslav Potemkin(vpotemikin), “Want some?”, CC BY-NC-ND 3.0

Dziś są moje urodziny…

Najgorsze urodziny od dwudziestu sześciu lat. Nigdy w życiu nie czułam się tak samotna jak dziś. Zawsze w tym dniu byli koło mnie przyjaciele. A dziś… dziś nie ma nikogo. Jest tylko butelka wina… już w połowie pusta. Jakoś mnie nie dziwi ten melancholijny nastrój. W końcu człowiek mający te dwadzieścia parę lat musi się zastanowić nad swoim życiem. Co już osiągnął, do czego zmierza? Czy wszystko rozegrał tak, jak ludzka przyzwoitość nakazuje? Dlaczego skrzywdził tak wiele życzliwych mu osób? Siedzę przed komputerem i sprawdzam wiadomości… nic… ani jednego „wszystkiego najlepszego…”. Telefon też milczy jak zaklęty. Do drzwi nikt nie puka. Kurwa. Ale czy właśnie nie na to sobie zasłużyłam? Upadły anioł z chwilowymi wyrzutami sumienia… Upadły i podły anioł, któremu zebrało się na wspomnienia.

Gdzieś, kiedyś, dawno temu usłyszałam, że „zakazany owoc smakuje najlepiej”, no cóż… nie raz miałam okazję się o tym przekonać osobiście. Czasem to dziwny splot okoliczności, miejsca, osób i czasu, innym razem mój świadomy wybór, by spróbować to zakazane i podobno (?) nietykalne… sprowadzał mnie na manowce. Tak jak za pierwszym razem…

Swojej podłości zaczęłam się dopatrywać już od samego początku zainteresowania płcią przeciwną. Chyba każdy z nas pamięta ten swój pierwszy pocałunek – przyprawiający młode ciało o dreszcze rozkoszy. To było na koloniach. Wśród całej grupy małolatów ktoś, kto miał piętnaście lat, uważał się za niezwykle dorosłego. Było tylko kilkoro takich uczestników. Jego nazwijmy panem A. Był o rok straszy. Pierwsza nasza rozmowa przeistoczyła się w kłótnię – już nie pamiętam, o co. Zresztą, my co chwilę się kłóciliśmy. Mimo to i tak się polubiliśmy. Nie ukrywał przede mną, że w rodzinnej miejscowości zostawił dziewczynę. Był z nią od paru miesięcy. Jeśli miałby zerwać, to tylko osobiście. Jednak mi szkoda było czasu, żeby czekać. Już wtedy dziewczęce, nieśmiałe gierki, podpatrzone na filmach, pomogły zdobyć mi cel. Pan A. był mój. Zakochałam się bez pamięci w błękitnych oczach pana A. Oczach, które miały kolor gorącego i ognistego kobaltu, potrafiących jednakże przybrać odcień chłodnej szarości północnego Atlantyku. Stanowiły żywy kontrast z wiecznie roztrzepaną blond czupryną. Nie przeszkadzało mi to, że nie chodzimy za rękę, że nie obnosimy się ze swoim zauroczeniem. Wystarczyło, że przy dźwiękach romantycznych ballad, w ciemnej sali gimnastycznej, trzymał mnie w swoich ramionach i uczył gry pocałunku. Wzajemnego połączenia języków, zębów i ust. A potem… potem skończyły się kolonie. Wróciliśmy do domów. Utrzymywaliśmy ze sobą kontakt jeszcze przez kilkanaście miesięcy. Pan A. zerwał ze swoją dziewczyną i to ze mną „afiszował” się po mieście… wciąż doskonaląc tylko sztukę pocałunku, bo nie pociągało mnie już to, co miałam… To ta zmysłowa mgiełka zakazania, powab niedozwolonego czynił tamten związek niezwykłym…

Następnie było w moim życiu coś, co zdefiniować można zdaniem, następującej treści: „Zdobywałam i byłam zdobywana, całowałam i byłam całowana, bywałam uwodzona i sama uwodziłam, pożądałam i byłam pożądana, bywałam porzucana i sama porzucałam.” Czyli nic, nad czym warto byłoby się dłużej rozwodzić. Jednak to zakazane kusiło zazwyczaj najbardziej. I nieważne, czy był to chłopak siostry, koleżanki, czy też brat przyjaciółki…

Moje życie jest wieczną huśtawką… śmiech jest zarówno bólem i rozpaczą, płacz – łzami wyciśniętymi na duszy przez pieczęć zła, szczęście jest chwilowym stanem umysłu, ale najgorsze jest cierpienie. Cierpienie! Tak…! Czasem można wyrządzić komuś krzywdę niechcący…

Tak, jak zrobiłam to w dniu moich dwudziestych czwartych urodzin.

Nie spędziłam tego dnia tak, jak zamierzałam, z moją przyjaciółką, która po trzech miesiącach znajomości wyszła za mąż za faceta, o którym nic nie wiedziałam, bo niby skąd… Gdy się pobierali, byłam za granicą. Jej szybki ślub był zresztą zaskoczeniem dla większości naszych wspólnych znajomych. Niewielu z nich zdołało dotrzeć na uroczystość.

Jednak ten wyjątkowy dzień chciałam celebrować w specjalny sposób, więc na uroczysty, choć późny obiad umówiłam się z moją siostrą i bardziej jej znajomymi, w małej restauracji. Było nas sześć osób. Towarzystwo jak najbardziej mieszane. Już nie pamiętam, co jedliśmy, pamiętam natomiast, że piliśmy do tego czerwone wino… w ilościach zdecydowanie większych niż nakazywałby zdrowy rozsądek. Siedzieliśmy w knajpie do późnych godzin nocnych, lub też, jeśli ktoś woli – wczesnych godzin porannych. Jak mawia moja mama: ”dobre wychowanie wraca na śniadanie, a dobre dzieci wracają o trzeciej”. Tak więc… sami wiecie. Znajomi pomału zaczęli odpadać. Zostałam tylko z siostrą, której towarzyszył jej narzeczony, Wojtek. Mnie wpadł w oko świetnie tańczący brunet. Ja mu chyba też, bo po chwili parkiet należał do nas. Ze strzępów urwanych rozmów jakie prowadziliśmy, dowiedziałam się, że ma na imię Marcel. Marcel… Marcel… kurczę, już gdzieś to imię słyszałam. I ta twarz… kogo on mi przypomina? – intensywnie próbowałam znaleźć ją w pamięci. Na próżno jednak. Wieczór dobiegał końca. DJ zapowiedział ostatni mix kawałków, w knajpie zrobiło się luźniej. Marcel zaproponował, by przenieść się gdzieś indziej. Nieźle pijana Ewa nie miała jednak ochoty. Pożegnałam się z nią i Wojtkiem, obiecując, że będę rozważna.

Spacerując po budzącym się mieście, zawędrowaliśmy nad Wisłę. Wydawało mi się, że Marcela znam od wieków, a nie od kilku godzin. Więc jakie to normalne, że zadzwoniłam po taksówkę.

Marcel, wcześniej zapytawszy mnie, podał kierowcy mój adres i na tyle, na ile mógł wygodnie usadowił się obok mnie. Jazda dłużyła nam się niemiłosiernie. Raz za razem Marcel przysuwał się odrobinę do mnie. Siedzieliśmy blisko siebie. Czułam włoski na jego przedramionach, które drażniły moją nagą rękę… Subtelny, wcale nie erotyczny, ale jakże delikatny dotyk, który wywołał u mnie dreszcze.

Facet, który zawrócił mi w głowie okazał się specjalistą od kredytów w jednym z dużych, krakowskich banków. Miał blisko 190 cm wzrostu, blond włosy i zielone roześmiane oczy. Był niezwykle wygadany, inteligentny i błyskotliwy zarazem. I niewątpliwie przystojny. Wiedząc, że mężczyźni lubią patrzeć i że kusi ich ta odrobina tajemniczości z czystą premedytacją ruszyłam do ataku. Niby to próbując sobie znaleźć wygodniejsze miejsce, zaczęłam się kręcić na siedzeniu – oczywiście z zamysłem odsłonięcia pewnych części ciała. Ujmując w swoją dłoń rękę Marcela, przełożyłam ją tak, aby spoczywała na tylnym oparciu siedzenia – niemal na moim ramieniu, co pozwoliło mi na wygodniejsze ułożenie się i odsłonięcie przykrytych „małą czarną” ud, spowitych w zakończone koronką pończochy.

Bawiąc mnie jakimiś anegdotkami ze świata finansjery, przełożoną za oparcie tylnego siedzenia dłonią Marcel gładził moje włosy. Patrzyłam na niego z wyrazem uwielbienia w oczach. Nasze głowy były parę centymetrów od siebie. Jednak z twarzy mężczyzny nie byłam w stanie wyczytać zupełnie nic. Przypatrując się mu uważnie,j widziałam tylko grę świateł ulicznych latarni i cienia. Oblizałam koniuszkiem języka swoją górną wargę, dolną zaś delikatnie przygryzłam zębami. Marcel pochylił się nade mną i, „zmuszając” moją głowę ruchem swojej dłoni, złożył mi na ustach pocałunek. Nie był to jakiś namiętny pocałunek. Ot, było to zwykłe, aczkolwiek zmysłowe i słodkie muśnięcie warg. Nie trwało długo, jednak dłużej niż nakazywała przyzwoitość.


Kierowca nie zwracał na nas uwagi, więc jadąc do mojego małego i przytulnego mieszkanka całą drogę całowaliśmy się. W pocałunkach tych było zawarte wzajemne pragnienie. Nachalny język Marcela pieścił wnętrze moich ust, by po chwili połączyć się z moim językiem w szaleńczym i rozkosznym wirowaniu. Dłoń, która do tej pory muskała tylko moje włosy, zniknęła pod stanikiem sukienki. Palce Marcela muskały moją pierś, okrytą delikatną, czarną koronką biustonosza. Drażniły coraz twardszy sutek, pocierając go między palcami. Z mojego gardła wydobył się cichy pomruk aprobaty.

Nawet nie zauważyliśmy, gdy taksówka zatrzymała się pod wskazanym kierowcy adresem. Niechętnie odsunęłam dłoń Marcela i wysiadłam. Akurat deszcz zaczął przybierać na sile. Wystawiłam ku niemu swoja twarz. Ciepłe, czerwcowe krople spadały na moje, podrażnione nachalnymi pocałunkami Marcela, usta, przynosząc im delikatne ukojenie. Okalały moje policzki, oczy, włosy, dekolt – pieszcząc całe moje spragnione pieszczot ciało. Marcel wysiadł za mną i odprowadził mnie pod bramkę. Pocałował mnie w usta.

– Może wejdziesz? – zapytałam.

– Jesteś pewna, że masz na to ochotę? – upewnił się.

W odpowiedzi skinęłam głową. Zrzuciłam ze zmęczonych stóp wysokie szpilki i, unosząc w górę ręce, zaczęłam nieco chwiejnie wirować i kręcić kółka na mokrej trawie. Marcel roześmiał się serdecznie.

Podszedł do samochodu i zapłacił kierowcy.


Ledwo przekroczyliśmy próg mieszkania, chwyciłam go za poluzowany wcześniej krawat i pociągnęłam w stronę sypialni. Tam wszystko potoczyło się w szaleńczym tempie. Mała czarna znalazła się na podłodze, po chwili dołączyła do niej pozbawiona guzików koszula Marcela. Dłonie mojego kochanka czule pieściły moje piersi. Moje delikatnie gładziły jego nagi tors, kierując się w stronę paska spodni, po czym zaczęły go odpinać. Już po krótkiej chwili spodnie Marcela wraz z bielizną spoczęły u naszych stóp. Chwytając w dłonie prężącą się męskość kochanka, równocześnie zsunęłam z niej napletek. Popatrzyłam na dumnie prężącą się męskość i musnęłam ją językiem. Objęłam ustami. Wsuwałam penis, lekko ssąc trzon i główkę. Obejmowałam coraz głębiej, całym wnętrzem ust . Żołądź oplatałam językiem, drażniłam wędzidełko. Pomagając sobie dłonią, masowałam trzon penisa. Co trochę wykonywałam kilka szybkich ruchów na całej jego długości i ponownie wkładałam go sobie do ust. Dłonią pieściłam jądra Marcela i, nie przerywając intensywnego ssania, wciąż lizałam jego penisa.


Przyjemnie było doświadczyć jego dotyku, spojrzeń i smaku. Podskoczyłam, gdy jego paznokcie przesunęły się po moim podbrzuszu. Wnętrzem dłoni Marcel pocierał gęstwinę kręconych włosów u zbiegu moich ud. A kiedy, jednym płynnym ruchem przesunął dłońmi od kostek aż do piersi poczułam pod skórą prawdziwy ogień. Miałam ochotę przeciągnąć się i zamruczeć. Marcel nagle chwycił moje pośladki i przyciągnął do siebie, przyciskając do swojego sztywnego, gorącego członka. Usłyszałam jego delikatny śmiech kiedy poczuł, że zadrżałam z podniecenia. Dotknął ustami i językiem mych brodawek, które stwardniały przybierając kształt małych naparstków. Natychmiast wygięłam się w łuk i mocno chwyciłam go za ramiona. Przez chwilę miałam wrażenie, że spadam z ogromnej wysokości…


Ze zdumieniem stwierdziłam, że moją skórę pokrywa warstewka wilgoci. Gwałtowny przypływ uczucia rozkoszy ogarnął mnie od piersi, które Marcel ssał, aż do zagłębienia w dole brzucha. Kiedy zapamiętał się w poznawaniu mojego ciała, opanowała mnie gwałtowna niecierpliwość. Żaden mężczyzna nie ssał nigdy mych palców u nóg. Nie wysyłał cudownych dreszczy do każdego zakątka ciała. Ani nie całował mnie po plecach, trzymając jednocześnie moje pełne piersi w swoich dłoniach i drażniąc palcami sztywne brodawki. Nie zlizywał wilgoci z mojego ciała. Nigdy przedtem nie byłam obiektem tak skoncentrowanej zmysłowości.


Rzucałam się po całym łóżku, wydawałam dźwięki, jakie nigdy przedtem nie przeszły mi przez gardło. Wyginałam się, przyciskając je do gorącej wilgoci ust i języka Marcela. Raz za razem doprowadzał mnie na szczyt, wydobywając z mojego ściśniętego podnieceniem gardła okrzyki rozkoszy. Mój umysł był zamglony, ciało skąpane w pocie. Ale nigdy przedtem moje zmysły nie były tak wyczulone. Skóra Marcela też była wilgotna, jego nogi splotły się z moimi nogami. Czułam delikatny zapach wypitego wcześniej alkoholu i wody po goleniu. Słyszałam gwałtowne bicie serca, kiedy jego ręce zaczęły się szybciej poruszać, a usta stały się bardziej naglące.


Oddychaliśmy urywanie, jakby brakowało nam powietrza. Gdy usta Marcela odnalazły moje wargi, poczułam w nich swój smak. Byliśmy głusi, niemi i ślepi na wszystko, oprócz wzajemnego dotyku, smaku i zapachu. Kiedy w końcu Marcel uniósł się nade mną, instynktownie położyłam nogi na jego ramionach i z rozkoszą przyjęłam długie, powolne pchnięcie, gdy we mnie wszedł. A kiedy był już cały w moim wnętrzu, zrozumiałam, jakby przez oślepiające światło, coś, czego nigdy przedtem nie potrafiłam pojąć. Tak… teraz stanowiłam z drugą osobą jedno ciało. Zszokowana podniosłam powieki i napotkałam badawczy wzrok kochanka. Nie przerywając doskonale zsynchronizowanych ruchów, spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy. On się uśmiechnął. Był szczęśliwy. Jakby chcąc to potwierdzić, ujął w dłonie moje pośladki i przyciągnął do siebie, wchodząc we mnie jeszcze głębiej.

Czas przestał istnieć. Jedyną rzeczywistość stanowiliśmy my sami.


Jednocześnie poczuliśmy, jak zalewa nas fala gorąca. Pchnięcia Marcela początkowo głębokie i dokładne, teraz następowały szybko jedno po drugim. Poczułam, jak zalewa mnie ostatecznym, triumfalnym przypływem totalnego spełnienia. Chrapliwy oddech spazmatycznie unosił klatkę piersiową mojego kochanka, napięte mięśnie rozluźniły się, ale on nie wykonał żadnego ruchu, żeby się ze mnie wyślizgnąć. Nadal leżeliśmy połączeni. Moja głowa spoczywała w zagłębieniu jego ramienia. Oddychaliśmy głęboko i powoli dochodziliśmy do siebie…


Tak spędziliśmy kilka szalonych dni. Namiętny, dziki seks przeplataliśmy godzinami pieszczot i czułych szeptów. Było cudownie, więc dlaczego miałam wrażenie, że coś było nie tak… Przeczucie,, czy jak kto woli kobieca intuicja…


– Wróciłam – usłyszałam w słuchawce radosny okrzyk Jolki – przyjadę do ciebie za pół godziny…

Bardzo się ucieszyłam. Z Jolą, moją przyjaciółką, nie widziałam się prawie rok. Ja wyjechałam na dziewięciomiesięczny kontrakt do Kanady, a zanim wróciłam, Jola zdążyła wyjść za mąż i wyjechać na jakieś sympozjum.

Po godzinie otworzyłam drzwi i… kolana się pode mną ugięły. Na progu, tuż za uśmiechniętą Jolą stał Marcel. Mój Marcel. Fragmenty układanki nagle znalazły się na właściwym miejscu. Już wiem, dlaczego jego twarz wydała mi się znajoma… widziałam ją na ślubnych zdjęciach Joli, wysłanych mi mailem i to niecodzienne imię, które już gdzieś słyszałam…


Przez dwa cholernie długie dni, dwie samotnie spędzone noce biłam się z myślami, co mam zrobić…

Teraz już wiecie dlaczego nikt nie pamięta o głupiej, wrednej i wyrafinowanej suce, dla której nie ma żadnych barier przyzwoitości. P–r–z–y–z–w–o–i–t–o–ś–c–i? Kurwa, mojej przyzwoitości to ja nawet nie znajdę w biurze rzeczy zagubionych… Ona nigdy nie istniała, nie istnieje i istnieć pewnie już nigdy nie będzie. Ale tę prawdę o sobie znam przecież nie od dziś… Przecież nie mogłam oczekiwać, że Jola wybaczy. Podobno nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki… Gdzieś w głowie natrętnie tłucze się refren ślicznej ballady: „żegnaj ukochany,… żegnaj przyjaciółko, byłaś tą jedyną, byłaś tą jedyną dla mnie”, podśpiewuję go sobie, tak dla równowagi psychicznej… a może czegoś więcej… Patrząc na zegarek, widzę wolno przesuwające się wskazówki. Wznosząc do góry ostatni kieliszek wina z butelki, w której widać już dno. Sama składam sobie życzenia: „Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin, żałosna reżyserko usranego życia…, upadły aniele…”. Jeszcze tylko dwadzieścia minut i skończy się ten podły dzień… Ostatni dzień… Dzień moich urodzin.

.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Witam.
Znalazłam kilka powtórzeń różnych wyrażeń, kilku słów. Dziwne, że nie wyłapałaś tego, Autorko. 😉 Ale nie szkodzi, tak czy siak, czyta się dobrze. Nic więcej do dodania.

Pozdrawiam,
B.

Dobry wieczór,

przyznam, że nie za bardzo pojmuję, na czym polega dramat bohaterki i skąd się wziął. Wydaje się ona bardzo przybita, pełna nienawiści do samej siebie. Przyjaciele ją opuścili. Tytuł opowiadania zdaje się wręcz sugerować, że nasza narratorka rozważa nie wiem, samobójstwo? Wtedy byłby to faktycznie dzień jej ostatnich urodzin.

A co dowiadujemy się potem? Spotkała gościa na imprezie. Widzieli się "w realu" po raz pierwszy w życiu. Poszli do niej. Kilka dni nie opuszczali łóżka. A po wszystkim okazało się, że facet jest mężem jej dobrej przyjaciółki. Ok, to trochę dół. Ale to Marcel ponosi tutaj winę (ach, jak często w opowiadaniach na NE wyjątkowe kutasy noszą właśnie to imię – tak, Amando Ero, patrzę w Twoją stronę!) – to on był związany przysięgą małżeńską a wykonał długi i rozbudowany skok w bok – zaledwie kilka miesięcy po sakramentalnym "tak".

Rozumiem, że Jolka mogła nie przyjąć tej logiki i zerwać znajomość. Ale pozostali przyjaciele? Wszyscy odwrócili się z powodu niefortunnej pomyłki? I ona sama znienawidziła się za rzekomą sukowatość? Sorry, ale nie potrafię dostrzec, w którym miejscu była głupia, wredna, nieprzyzwoita a już zwłaszcza wyrafinowana. Po prostu to nie ona. Cała jej niechęć do samej siebie wydaje mi się na niczym konkretnym nieufundowana.

A ci przyjaciele, którzy porzucili ją w wyniku serii niefortunnych zdarzeń, za które nie ponosiła winy – też niezłe kanalie. I również mało wiarygodne.

Opowiadanie napisane zgrabnie, natomiast stanowczo zbyt krótkie. Może gdyby zostało bardziej rozbudowane, potrafiłbym bardziej uwierzyć w tę dziwną sytuację.

Pozdrawiam
M.A.

Też się nad tym zastanawiałam, ale wytłumaczenie, które mi przychodzi do głowy to to, że mimo wszystko nie mogła sobie wybaczyć, mimo niewiedzy na temat sytuacji życiowej przypadkowego kochanka. Czasem (zwłaszcza kobiety) odczuwają nawet irracjonalne poczucie winy.
Też mi przyszła do głowy myśl o samobójstwie.
OT Marcele się rozpleniły, ku mojemu ubolewaniu… dziwna ta forma, wolę starego, poczciwego Marcelego od nowomodnego Marcela.

Laska przespała się z nie tym facetem co trzeba i teraz ma doła… ot, bywa. Tylko czy trzeba o tym pisać w atmosferze takiej tragedii jakby chodziło co najmniej o wypadek autokaru pełnego dzieci? Nadmiar czarnych barwników w palecie sprawia, że opowiadanie czyta się jak zapiski jakiejś emo-dziewczyny.

Jarek

Samo opowiadanie czyta się przyjemnie choć rozbawiła mnie przemiana Marcella z bruneta w blondyna. " Mnie wpadł w oko świetnie tańczący brunet" a kilka zdań później "Miał blisko 190 cm wzrostu, blond włosy i zielone roześmiane oczy."

Klimat całkiem fajny i czyta się OK. W przeciwieństwie do komentarzy wyżej, rozumiem zabieg niedopowiedzenia z motywem owych "ostatnich urodzin" i to dodaje smaczku opowiadaniu. Natomiast, podobnie jak wyżej, nie wiem dlaczego to na bohaterkę spadło odium całego bliżej niesprecyzowanego zamieszania. To jakaś taka forma nieuzasadnionego samobiczowania?

Co to za pier..lona grafomania?

Tekst jest napisany sztubackim językiem, z afektacją godną poematu a nie opowiadania erotycznego.

"Swojej podłości zaczęłam się dopatrywać już od samego początku""zakazany owoc smakuje najlepiej" – kiedy ten owoc wcale nie był zakazany, bohaterka i podmiot liryczny onanizują się wydarzeniem prostymi jak drut. Co to za "nieprzyzwoitość" skoro złe postępowanie nie wynika ze świadomego wyboru…?

"Moje życie jest wieczną huśtawką… śmiech jest zarówno bólem i rozpaczą, płacz – łzami wyciśniętymi na duszy przez pieczęć zła"
Tak bardzo chcę być zła… Ubieram się w zwiewne ciuchy, słucham gotyckiego pop-rocka i noszę mnóstwo taniej biżuterii i piszę opowiadania erotyczne, w których postępuję tak niegodnie…

"po krótkiej chwili spodnie Marcela wraz z bielizną spoczęły u naszych stóp" – spodnie spoczęły?? WTF i to gdzie? u ich stóp!!
Aż mnie skręca, ale odpuszczę sobie pastwienie się nad kolejnymi zdaniami.

Nadmiar zaimków, piętrowe przymiotniki, bufonada słowna to tylko niektóre z powodów, żeby odrzucić to opowiadanie jako SŁABĄ wersję Harleqiuna.

2/5 bo nie było błędów ortograficznych.

Napisz komentarz

+ 62 = 65