Imię bestii (MRT_Greg)  3.07/5 (36)

33 min. czytania
Imiebestii912572

Kompozycja autorstwa: MarekW

Podnoszę ciężkie powieki i przez jakiś czas wpatruję w nieregularny rysunek na suficie, tam gdzie zaciek od sąsiada wyżłobił niewielką szczelinę. Biegnie ona od krawędzi okna, przez cały sufit aż po drzwi wejściowe do mieszkania. W tym czasie wielokrotnie się rozgałęzia, tworząc misterną pajęczynę. Wpatrzony we wzór, wsłuchuję się w bicie własnego serca, łapiąc uchem coraz głośniejsze dźwięki dochodzące zza okna. Odległy klekot tramwaju i tarcie metalu o metal gdy wchodzi w zakręt, miesza się z zamierającym powoli ruchem ulicznym. Światło pobliskiej latarni wpada przez okno do mojego pokoju, ukazując bałagan na podłodze. Zegar na ścianie wybija godzinę dwudziestą drugą, lodówka w kuchni uruchamia wieczorny program chłodzenia, a ekspres do kawy cicho szumi przygotowując porcję ożywczego napoju.

Od strony łazienki słyszę szum wody, gdy przelewa się w kanalizacji. Sąsiedzi już dawno wrócili z pracy, teraz powoli przygotowują się do snu. Jeszcze czasem pojawia się płacz dziecka, krótka melodyjka wyłączanego odbiornika telewizyjnego, monotonny skrzyp łóżka, gdy młode małżeństwo, mieszkające nade mną, spełnia swe obowiązki. Staram się być na bieżąco z tym, co dzieje się wokół mnie, lecz nie mam pojęcia, kiedy oni się wprowadzili. Po prostu, któregoś wieczoru ujrzałem ich jak wracają do domu, wtuleni w siebie, chroniąc nawzajem przed porywistymi podmuchami zimowej zawieruchy.

Nieznaczny ruch po lewej wybija mnie z odrętwienia. Młoda, najwyżej szesnastoletnia dziewczyna z twarzą częściowo zasłoniętą kruczoczarnymi loczkami, wtula się w puchową poduszkę. Długimi, zgrabnymi nogami obejmuje, niczym kochanka, skołtunioną kołdrę. Jej ziemista cera silnie kontrastuje z nieskazitelną bielą pościeli. Prawą dłonią błądzi w okolicach swego podbrzusza, drugą zaciska na moim nagim ramieniu. Cicho posapując przez sen co jakiś czas podwija górną wargę, ukazując cofające się dziąsła i coraz dłuższe górne kły. Nachylam się nad jej twarzą, obserwując powolną przemianę, jaka w niej zachodzi. Stwór, jakim się staje, podświadomie wyczuwa zbliżającą się noc, choć bardziej zapewne niepokoi go wampir ukryty w moim wnętrzu. Poznaję to po cienkich stróżkach śliny wypływającej z mikroskopijnych otworków u nasady kłów. W trakcie przeobrażania tworzą się tam niewielkie kanaliki, połączone bezpośrednio z pasożytem, którymi przedostaje się trucizna.

Jeśli sądzicie, że ugryzienie wampira zmienia człowieka w bestię to się grubo mylicie. Samo ugryzienie nie jest niebezpieczne, lecz właśnie ta trucizna, która dostaje się do rany powoduje nieodwracalne zmiany. Zawiera w sobie nasienie potwora, miliardy śmiercionośnych plemników, które płyną wprost do serca ofiary, zatruwając je swym jadem, a następnie wprost do mózgu, a w zasadzie jego nasady, w miejscu gdzie kończy się kręgosłup a, uwolnione od otaczających je kości wiązki nerwów rozchodzą się pod czaszką. Najczęściej ugryzienie zmienia człowieka w strzygę, pół wampira, pół człowieka. Czasami w nasieniu przedostaje się coś więcej – materiał genetyczny, z którego formuje się nowe stworzenie. Tam właśnie, na krańcach głównych nerwów, lokuje się potwór, tam dojrzewa i stamtąd kieruje całym organizmem. To dlatego TYLKO odcięcie głowy powoduje ostateczną śmierć wampira, ostrze miecza lub innego narzędzia trafiającego wprost w bestię. Nie w serce! O nie! Osikowy kołek, srebrny pocisk, święcona woda…! HA! Jak myślę o tym ostatnim to aż się zwijam ze śmiechu. Dziecinne bajkami jakimi karmią was reżyserzy, nawiedzeni klerycy, a rodzice swoje dzieci.

Szczerze powiedziawszy, w nosie mam, czy mi uwierzycie, ale powiem wam jedno: wampiry istnieją. Są tak samo realne i rzeczywiste jak śmierć, która kiedyś wszystkich dopadnie. Skąd to wiem, zapytacie. Cóż… Sam jestem jednym z nich. Bestią, powiecie, niespokojnym duchem, który przez wieki błądzi ciemnymi ulicami, wypatrując ofiar. I zapewne będziecie mieli trochę racji, ale spójrzcie na to z mojej strony: ja tego nie chciałem! Nie pragnąłem piętna, które w pewnym momencie wywróciło mój świat do góry nogami. Nie chciałem być cieniem, zimną istotą, nieczułą na ludzkie cierpienie. Chciałem żyć pełnią życia, chciałem bawić się, pracować, podróżować, założyć rodzinę, wychować dzieci, cieszyć się wszelkimi urokami, jakimi obdarza nas obecny świat, zestarzeć się i umrzeć z godnością. Chciałem…

******

– Staaaaszeeek… Heeej… Śpiiiisz…?

Mrugnąłem powiekami, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w dziewczynę przed sobą. Na roześmianej buzi dwudziestokilkuletniej blondynki widać było wyraźne oznaki nadmiaru wypitego przez nią alkoholu. Rozchwianym wzrokiem błądziła po mojej twarzy i poza mną. Jak przez mgłę zobaczyłem zbliżającą się do mojej twarzy dłoń, w której trzymała szklankę z zielonym drinkiem.

– Za dużo mojito?!

Słuch już powrócił, rozmazany obraz powoli uspokoił się.

– No co ty? Ja?! – Odpowiedziałem, machinalnie sięgając po napój. – Tak się zamyśliłem, tylko…

– Zamyśliłeś?!! Ha, ha, ha… Tkwisz tu już dobre piętnaście minut, wrośnięty jak w ziemię. Tomek już wyszedł, machnął ci ręką na pożegnanie ale nawet nie zareagowałeś. – Nagle stała się podejrzliwa. – Gdzie byłeś?

Tego mi tylko brakowało. Żeby się we mnie zakochała. Już i tak dość miałem jej codziennych telefonów; „Jak się czujesz?”, „Coś ci przynieść?”, „Może pójdziemy na spacer… do kina… teatru…”

Życie singla ma swoje dobre i złe strony. Dobre: nie zamartwiasz się tym, co się dzieje z drugą osobą, pracujesz kiedy chcesz i ile chcesz, twój dom, twój bałagan, twoja sprawa. Nie jesteś za nikogo odpowiedzialny, nie musisz się przed nikim tłumaczyć a nade wszystko nie musisz robić nic, na co akurat nie masz ochoty. Jedynym miejscem, w którym musisz się podporządkować rygorom jest twoja praca. No chyba, że tak jak ja, masz własną firmę, wtedy wszystko zależy od ciebie. Rzecz jasna wtedy nawet twój dom staje się twoim miejscem pracy, niezależnie czy oprócz tego masz osobną siedzibę czy nie.

Jeśli chodzi o złe strony, to jedyną jaką wówczas dostrzegałem było wieczne „ciosanie kołków na głowie” przez zmartwionych rodziców i przyjaciół; „Kiedy się wreszcie ożenisz?!!” Nigdy! Chryste Panie, im częściej słyszałem ten tekst, tym bardziej nie chciałem się z nikim wiązać na dłużej.

Ktoś może uznałby moje życie za monotonne, ja jednak wówczas nie widziałem nic zdrożnego w blisko dwudziestogodzinnej pracy przerywanej codziennymi imprezami, po których najczęściej urywał mi się film. Nie wiem, przez ile mieszkań się przewinąłem, ile zarzygałem pościeli, z iloma dziewczynami spałem. W ogóle nie zawracałem sobie głowy takimi kalkulacjami, pochłonięty karierą, rozwojem firmy i radościami dnia codziennego, nie zauważałem przemijającego czasu.

Na tę imprezę nie miałem najmniejszej ochoty.

Po pierwsze organizowała ją Monika – to ta dziewczyna, która już jakiś czas umizguje się do mnie, wiążąc nadzieje na wspólną przyszłość. Jeszcze czego? Wystarczy, że na co dzień słyszę jej utyskiwania na temat pojawiających się fałdek i zbliżającego się, najlepszego okresu na macierzyństwo.

Po drugie; w ostatnim tygodniu udało mi się zdobyć zlecenie, po wykonaniu którego droga do wielkich firm będzie stała przede mną otworem. Pieniądze z tego nie były specjalnie duże, ale korzyści wynikające z nawiązanych kontaktów wystarczające, by zlekceważyć wynagrodzenie, ledwie pokrywające wydatki. To dlatego co jakiś czas wpadałem dziś w taki stan zamyślenia. Mimo obecności na imprezie i sporej ilości wypitego alkoholu, a w zasadzie to dzięki niemu, w mojej głowie rodził się plan działania na najbliższe miesiące.

Ostatnia zwiecha była decydująca. Postanowiłem wracać do mieszkania i usiąść nad papierami. Odstawiłem szklankę z zimnym napojem na półkę obok telewizora i odwróciłem się, by pożegnać z gospodynią. Ona jednak gdzieś znikła, zaś jej miejsce zajęła inna.

Zdębiałem. Z rozchylonymi ustami, ze słowami pożegnania uwięzłymi w gardle, stałem i gapiłem się na nią, nie wykonując najmniejszego ruchu. Musiałem mieć wyjątkowo idiotyczny wyraz twarzy, gdyż roześmiała się, potrząsając głową. Miała równe, białe jak śnieg zęby obramowane pełnymi, mięsistymi wargami, pociągnięte rubinową szminką. Uniesione ku górze mięsnie policzkowe, zadarty nosek i figlarne spojrzenie upodobniły ją do wesołego amorka. Brakowało tylko łuku ze strzałami przewieszonego przez ramię. Ubrana w szary sweterek z dekoltem, wystarczająco głębokim, by ukazał apetyczny rowek między kształtnymi piersiami i obcisłe, niebieskie dżinsy, podkreślające jej smukłą sylwetkę, stała tak z przekrzywioną głową, czekając aż skończę ją lustrować. Musiałem się mocno nachylić by szepnąć jej do ucha:

– Gdzie byłaś do tej pory, nieziemska istoto?

– Pływałam w oceanie bezwstydu, czekając na księcia z bajki…

Gardłowy głos, jaki z siebie wydobyła spowodował, że ciarki mi przeszły po grzbiecie. To nie był ludzki głos. W sumie bardziej przypominał pomruk dzikiej bestii, lecz wtedy odebrałem to całkiem inaczej. Sądziłem, że to alkohol tak podziałał na jej struny głosowe, modyfikując barwę głosu.

Oczywiście zdążyłem zupełnie zapomnieć o postanowieniu sprzed dwóch minut. Od słowa do słowa dowiedziałem się, że trafiła tu zupełnie przypadkiem, zaproszona przez wychylających się przez balkon facetów. Nikogo nie znała i od blisko pół godziny sterczała samotnie, starając się nawiązać z kimś kontakt. Gdyż już traciła nadzieję, pojawiłem się ja…

No i tak to się zaczęło.

Mimo moich wcześniejszych deklaracji o pozostaniu w stanie kawalerskim, Przez kolejne tygodnie czułem, jak za każdym spotkaniem moje serce coraz mocniej bije w jej obecności. Wprost nie mogłem się doczekać kolejnych. Nie zwracałem uwagi na to, że w zasadzie widywaliśmy się tylko nocą, uzasadniałem to własnym trybem życia i sądziłem, że podobnie jak ja i ona w ciągu dnia pochłonięta jest swoją pracą. W zasadzie nigdy nie spytałem jej, czym się zajmuje. Nie odczuwałem potrzeby takiej wiedzy, ważny był dla mnie jedynie wspólnie spędzany czas. Podczas imprez najczęściej przesiadywaliśmy wtuleni w siebie, czasami lądowaliśmy w sypialni gospodarza, gdzie pieszcząc się nawzajem dopełnialiśmy rytuału.

Mimo to nigdy nie kochaliśmy się, przesuwając czas zbliżenia na jakiś bliżej nieokreślony termin. Najczęściej spleceni w miłosnym uścisku, szaleńczo całowaliśmy się niczym para nastolatków, spotykających się potajemnie w parku. Czasem jej ręka wędrowała do mojego rozporka, skąd wyciągała mój naprężony już organ i powolnymi ruchami doprowadzała mnie do orgazmu, bacząc jedynie by nasienie nie wylądowało na jej ubraniu. Czasami, gdy wypiła więcej, klękała przede mną, brała go do ust na przemian ssąc i liżąc, połykała aż po sama nasadę. A potem języczkiem (nie wiem jak to robiła) i mięśniami gardła doprowadzała mnie do nieziemskiej rozkoszy. Co ciekawe, ilekroć chciałem jej się wtedy odwdzięczyć odtrącała mnie, mrucząc niczym niezadowolona kotka, w ostateczności pozwalając jedynie na delikatną pieszczotę przez kusy materiał jej majteczek. Przyznam szczerze, że powoli doprowadzało mnie to do frustracji, starałem się jednak nie okazywać tego po sobie, wierząc, że ma jakiś ukryty w tym cel.

Któregoś razu zadzwoniła do mnie wieczorem, pytając czy nie wybrałbym się do kina. Zgodziłem się bez zastanowienia, prosząc tylko, by dała mi trochę czasu na przebranie się. Spotkaliśmy się w stałym miejscu, pod skarbonką, a następnie trzymając się za ręce, jak każda szanująca się para zakochanych, szybkim krokiem podążyliśmy do kina. Miałem nadzieję, że usiądziemy gdzieś w górnych rzędach, a na filmie będziemy tylko we dwójkę co pozwoli mi się dobrać do jej cipki. Od blisko dwóch tygodni nie spałem z żadną dziewczyną i czułem, jak moje jądra boleśnie wypełnia nadmiar nasienia. Przed budynkiem kłębił się tłum ludzi, z afiszy nad wejściem wielkie, kolorowe litery krzyczały; „PREMIERA”, „POKAZ SPECJALNY”. Moje nadzieje prysły jak bańka mydlana. Przeciskając się przez rozwrzeszczaną hordę doszliśmy do sali, gdzie bileter z przyklejonym do ust uśmiechem sprawdzał wchodzących. Wydawało mi się, że mrugnął w naszym kierunku, zrzuciłem to jednak na karb błyskających świateł. Usiedliśmy w pierwszym rzędzie.

„No tak” – pomyślałem – „Nie dość, że ścisk to jeszcze na oczach wszystkich”

Westchnąłem ciężko, czując, że zapowiada się nudny wieczór. Nie przepadam za kinem. Nie żebym nie lubił oglądać filmów, tylko ciemna sala, powszechny zaduch i wygodne siedzenia powodowały, że najczęściej już po pięciu minutach od rozpoczęciu seansu spałem jak niemowlę. Dobrze, jak przy tym nie pochrapywałem, co ponoć częstokroć powodowało większe salwy śmiechu niż wyświetlana komedia. Tak więc, zaciskając i rozprostowując nerwowo palce, czekałem z niepokojem na dalszy ciąg wydarzeń. W tym czasie moja towarzyszka rozglądała się po sali, wyraźnie szukając kogoś wzrokiem. Wreszcie usatysfakcjonowana, usiadła spokojnie na swoim miejscu i przytuliła się do mnie, oczywiście na tyle, na ile pozwalały na to fotele.

Światła zgasły. Przez kolejne piętnaście minut na wielkim ekranie pojawiały się reklamy markowych ubrań, kosmetyków, leków na odchudzanie, maści do higieny intymnej, kolorowych supertransformerów dla dzieci i czasopism dla młodych biznesmenów z nieodzownym sportowym samochodem i złotym zegarkiem na okładce. Później były zapowiedzi kolejnych filmów i kolejna porcja reklam. Przyznam szczerze, że choć bardzo się starałem, nie doczekałem początku projekcji „specjalnego pokazu”. W pewnym momencie poczułem tylko szturchnięcie w żebra i cichy szept mojej dziewczyny:

– Chodź, już czas.

Nie bardzo wiedziałem o jaki czas chodzi, może ten, że najwyższy czas pójść do łóżka. Wygramoliłem się z fotela i podążyłem za nią sądząc, że udamy się do wyjścia. Ona jednak skierowała swe kroki w róg sali, tam gdzie zbierają się ciemne kotary, zasłaniające zazwyczaj ekran i znikła za nimi. Pospiesznie podążyłem za nią.

„Chce się kochać na scenie” – pomyślałem – „W blasku jupiterów, na oczach wszystkich zgromadzonych”. W sumie, nie miałem nic przeciwko. Dawno nie robiłem nic szalonego, a skoro zdecydowała się tutaj, to przecież nie mogłem odmówić.

Pogrążony w chutliwych rozmyślaniach o mało co nie poleciałbym w dół. Tuż za kotarą, obok oderwanego kawałka drewnianej boazerii, w ścianie widniał ciemny otwór. Zajrzałem niepewnie do środka.

– Nie ma mowy – rzekłem, kierując się z powrotem.

Rzecz jasna nie ciemność mnie wystraszyła, lecz odór jaki dobywał się z czeluści. Mieszanina, uryny i zepsutego mięsa podrażniała delikatne nozdrza, powodując nieubłagany powrót obiadu do gardła. Ona chwyciła mnie jednak za rękę i bez słowa wciągnęła za sobą. Jakiś czas się opierałem, w końcu dałem za wygraną. Strome schody prowadziły w dół, początkowo oświetlane słabym blaskiem maleńkich świeczek, następnie nikły w czeluściach. Stąpając ostrożnie za nią, spojrzałem za siebie.

Dzisiaj wydaje mi się, że był to ostatni moment, by zawrócić. Lecz zwykła, ludzka ciekawość przezwyciężyła lęk i jak kot, co nieświadomie pcha łeb w za ciasny otwór butelki, tak i ja wtedy pogrążyłem się w otchłani, rozpoczynając kolejny etap mojego, jak się później okazało, niezbyt radosnego życia.

Początkowo drewniane, następnie betonowe, w końcu kamienne schody prowadziły do nieznanych mi rejonów. Wyobrażałem sobie, że na końcu tej wędrówki ujrzę jaskinię zalaną gorąca lawą, a na niewielkiej wysepce, do której będzie prowadził skalny mostek, będzie czekać na mnie moja towarzyszka, rozebrana do rosołu, wyciągając do mnie ramiona, pragnąc bym wreszcie ją zerżnął.

Choć pogrążony w myślach, starałem się uważnie stawiać kroki, gdyż od pewnego czasu kamienie stały się śliskie od spływających po ścianie strużek wody.

– Pospiesz się! – usłyszałem głos niknący w oddali.

Ba! Żeby w oddali. Raczej z głębi. Nie wiem ile czasu zajęła mi ta podróż, w ciemnościach czas się dłuży, ale mógłbym przysiąc, że minęło dobre piętnaście minut, gdy wreszcie stanąłem na znacznie większej, płaskiej powierzchni. O mało co nie wyrżnąłem nosem w skalną ścianę, jaka się pojawiła przede mną.

„Świetnie” – pomyślałem – „Pewnie po drodze minąłem jakąś odnogę i teraz będę musiał wrócić. Ani mi się śni. Niech przyśle po mnie windę. Nigdzie się nie ruszam”.

Mimo tych myśli z nadzieją macałem ostrożnie ścianę, w poszukiwaniu jakiejkolwiek szczeliny. O mało co jej nie przeoczyłem. Zaczynała się tuż nad ziemią i sięgała zaledwie do mojej piersi. Wcisnąłem się w wąski otwór, wypychając powietrze z płuc. W karkołomnej pozycji parłem przed siebie, wiedząc, że gdyby przyszło mi zawrócić, zapewne utkwiłbym tutaj na zawsze i nikt nie usłyszałby mojego krzyku. W pewnym momencie o mało co nie popuściłem ze strachu, gdy mojej wyciągniętej do przodu dłoni dotknęło coś oślizgłego. W chwilę potem wyczułem ręce mojej przewodniczki i wreszcie, wydostawszy się z otworu, stanąłem zziajany. To co ujrzałem przed sobą przerosło jakiekolwiek moje wyobrażenia.

Jeśli kiedykolwiek zwiedzaliście moje miasto z przewodnikiem i stojąc u stóp Wawelu wysłuchiwaliście, mrożących krew w żyłach opowieści o smoku skrytym w podzamkowych jaskiniach, to teraz możecie o tym zapomnieć. Jeśli kiedykolwiek żyła w Krakowie jakaś bestia, to właśnie byłem w jej gnieździe. Tyle, że zamiast stwora, po środku sklepionej łukowo kamiennej sali, tłoczyło się blisko pięćset osób, wyginając w rytm ciężkiej basowej muzyki, serwowanej przez didżeja. Ten zaś, w otoczeniu różnorakiego sprzętu siedział na podwyższeniu, wokół którego w stalowych klatkach, prężąc smukłe ciała, pląsały całkiem nagie dziewczęta. Zresztą ubiór pozostałych uczestników tej imprezy prezentował się równie skromnie. Mężczyźni, z odsłoniętymi torsami, ubrani byli jedynie w przepaski biodrowe, wystarczające by zasłonić przyrodzenia. Niektórzy mieli jeszcze przewiązane na szyjach krawaty. Przedstawicielki płci przeciwnej prawie niczym nie odróżniały się od współczesnych bywalczyń miejskich dyskotek. Błyszczące, niczym z aluminiowej folii staniki raczej nie były w stanie zasłonić jędrnych, podskakujących w rytm tańca piersi, krótkie spódniczki z tego samego materiału miały podobną szerokość. W zasadzie można powiedzieć, że najczęściej były ubrane jedynie w dwa paski, a czasami tylko w jeden, i to niekoniecznie górny.

Wszystko to rzecz jasna, przemknęło mi przed oczami w jednej chwili, gdyż w następnej głośna muzyka cisnęła we mnie całą swoją mocą kakofonię dźwięków, całkowicie uniemożliwiając jakąkolwiek konwersację. Nawet wypowiedzianych przez siebie słów nie słyszałem. Kilka tysięcy wat grzmiało niczym trzęsienie ziemi, wibracje przenosiły się na otaczające mnie skały i podłoże. Musieliśmy być naprawdę głęboko, skoro huk ani drgania nie docierały na powierzchnię.

Prowadzony przez moją towarzyszkę, przedzierałem się przez tańczących. W końcu zatrzymaliśmy się mniej więcej pośrodku sali. Trudno tu było wykonać jakikolwiek szerszy manewr, „taniec” ograniczał się jedynie do wyginania ciała w kilku kierunkach, najczęściej w systemie przód-tył. Potrząsanie głową czy wymachy rąk w ogóle nie wchodziły w rachubę, jeśli nie chciało się uderzyć kogoś obok. Nie przeszkadzało mi to jednak, przyzwyczaiłem się do ciasnoty w miejskich klubach, o ile jednak tam musiałem się mocno nagimnastykować, by udało mi się przycisnąć krocze do jakiekolwiek dziewczyny, tak tutaj wręcz nie mogłem się od nich opędzić. Na dodatek moje kochanie zniknęło gdzieś, wchłonięte przez drgający tłum, zostawiwszy mnie sam na sam z rozpasanymi dziewczętami. Wkrótce poczułem pełzające po moim ciele gibkie dłonie, ściskające mi sutki przez materiał koszuli, szczypiące w pośladki i uda. W ciasnym kręgu otaczało mnie około pięciu napalonych nastolatek, ocierając się o mnie swoimi ponętnymi, młodziutkimi ciałami. Ruchy ich rąk stawały się z każdą chwilą coraz bardziej napastliwe, aż w końcu poczułem jak z opinających mnie ciasno spodni uwalniają naprężonego członka. Ta, która tego dokonała, szybciutko odwróciła się tyłem, wciskając trzymany w ręce organ między swoje pośladki. Szybko działały, to im muszę przyznać. Gdybym jeszcze kilka chwil spędził w ich towarzystwie, kto wie jak zakończyłaby się ta noc. Może bym jej nie przeżył. Może tak byłoby lepiej.

Muzyka na chwilę uspokoiła się, towarzystwo wokół nieco rozluźniło, prócz oplatających mnie dziewcząt. Mrugały do mnie i prowokująco wyciągały języczki. Gdy już sądziłem, że nie uda mi się powstrzymać przed namiętnym pocałunkiem, odsunęły się ode mnie, z widocznym przerażeniem na twarzy. Ta, która trzymała w ręce mojego członka, zasyczała niczym wąż i rozczapierzoną dłonią usiłowała osłonić się przed czymś, co znajdowało się za mną. Odwróciłem się, lecz o ułamek sekundy za późno. Jakieś kosmate stworzenie przemknęło tuż przed moimi oczami i już po chwili, ze zdziwieniem, obserwowałem jak moja niedoszła gwałcicielka szybuje swobodnym lotem w kierunku odległej ściany. Pozostałe dziewczęta rozpierzchły się, chowając między pozostałymi tańczącymi.

Szukając wzrokiem powodu ich strachu, zetknąłem się oko w oko z najkoszmarniejszym stworzeniem jakie dotychczas dane było mi ujrzeć. Zmarszczony nos stworzenia ściśle przylegał do pokrytej głębokimi bruzdami twarzy, wykrzywionej w gniewnym grymasie. Ściągnięte brwi i uniesione wysoko ku górze kości policzkowe prawie całkiem skrywały, głęboko osadzone, żółto-zielone ślepia, w których migotały płomyki ognia. Z rozdziawionej paszczy wystawał i wił się długi, cienki, rozdwojony na końcu język, zęby agresora błyszczały w świetle laserów, zaś jego kły z każdą sekundą stawały się coraz dłuższe, raniąc dolne dziąsła. Skołtunione, ciemne włosy, kryły spłaszczone uszy, podwinięte wzdłuż czaszki. Poczułem smród wydobywający się z paszczy stwora, osłoniłem się ręką i odwróciłem, chcąc czmychnąć. Poczułem jak ktoś szarpie mnie za rękaw. Chyba wrzasnąłem, ale głos mój utonął w powracającym basowym pomruku. Niepewnie spojrzałem przed siebie.

Moja towarzyszka wróciła i uśmiechała się, pokazując równocześnie bym się nachylił. Rozejrzawszy się trwożliwie dookoła w poszukiwaniu bestii, wykonałem polecenie.

– Chodź, znalazłam miejsce do siedzenia.

– Widziałaś tego potwora? – spytałem, usiłując przekrzyczeć dudnienie. Potrząsnęła głową. Nie wiem czy nie widziała, czy był to ruch by odrzucić w tył włosy, w każdym razie, potulnie jak przedszkolak dałem się poprowadzić ku opadającemu w oddali stropowi.

Wokół głównej sali, w skalnych zagłębieniach widniały szerokie loggie, wewnątrz których na naturalnych formacjach skalnych rozłożone były koce i miękkie futra, na nich zaś spoczywali zmęczeni tańcem uczestnicy imprezy. Idąc w ich kierunku zauważyłem, że tylko niewielu jest ubranych tak jak ja. Dwudziestokilkulatek w jasnym garniturze spoczywał w objęciach półnagiej dziewczyny, namiętnie całującej jego szyję. Na jego twarzy malował się całkowity błogostan. Nieco dalej siwowłosy pan w drelichowej kurtce i poplamionych dżinsach toczył zawziętą dyskusję z młodym mężczyzną o wyraźnie kobiecej aparycji. Siedząca obok dziewczyna mocowała się z rozporkiem starszego z rozmówców, wyraźnie widać było jej rozdrażnienie, spowodowane brakiem współpracy ze strony mężczyzny. W końcu rozgniewana uderzyła go w twarz. Spokojny dotychczas dandys zerwał się i szarpiąc za jej włosy, odrzucił daleko od otomany. Sycząc w kierunku mężczyzn wygięła ciało w pałąk, ukazując rozpalone wnętrze ud. Sięgnęła tam dłonią i zaczęła bez żadnego skrępowania masturbować się na oczach tańczących w pobliżu. Przyłożyła w tym czasie twarz do podłoża, cicho pochlipując. Zdumiony przyglądałem się całej sytuacji, oczekując jakiejkolwiek reakcji ze strony bawiących się ludzi lub przynajmniej ochroniarzy. Nikt się nie pojawił. Nikt nawet nie zareagował. Jakby taka sytuacja była tu całkowicie normalna. Wyraźnie można było odczuć, że każdy może robić tutaj wszystko, co mu się podoba, o ile nie narusza prywatności osób wokół.

Jeszcze tylko w oddali dojrzałem jakąś młodą kobietę w niebieskiej sukience, szarpiącą się z dwoma osiłkami. Chciała krzyknąć, lecz jeden z nich zasłonił jej usta wielką łapą, uniósł do góry, chwytając za kark jak małego kociaka i zniknął z wierzgająca w ciemnym korytarzu.

Zbliżyliśmy się do ściany, skąd między dwoma stalagmitami prowadził krótki korytarzyk do kolejnej jaskini. Była malutka, w porównaniu do głównej hali, w przekroju przypominała kopiec, którego strop niknął wysoko w ciemnościach. W przeciwieństwie do załomów wokół głównej sali, tu cała podłoga usłana była miękką wyściółką z kolorowych tkanin. Na kamiennych ławach wyrytych w skale leżały sterty poduch i koców, ze ścian zwisały wzorzyste gobeliny, w większości przedstawiające pozycje Kamasutry. Jednak w twarzach wyszywanych postaci trudno było dopatrzyć się rysów azjatyckich, męskie przypominały raczej piekielne stwory, zaś kobiety miały typowe europejskie rysy. Mimo widocznego sadyzmu obrazy były niezwykle podniecające, co nie uszło uwagi mojej towarzyszki. Przez chwilę pozwoliła mi się rozglądać po sali, po czym bez słowa zaczęła mnie rozbierać.

Przyznam się szczerze, że nie przepadam za sytuacjami, gdy nagi w każdej chwili mogę stać się obiektem obserwacji ze strony bądź co bądź, bawiących się niedaleko ludzi. Dlatego z niejakim oporem poddałem się jej ruchom. Dopiero widok niezauważonej dotąd parki spowodował moje rozluźnienie. W zasadzie to nawet bym ich nie zauważył, gdyby nie przeciągły jęk dziewczyny.

W mroku, w naprzeciwległym kącie, naga para właśnie kończyła swój rytuał. Widoczne nieregularne ruchy zaciśniętych pośladków mężczyzny i drgające w spazmach rozłożone na boki nogi leżącej pod nim dziewczyny pozwalały przypuszczać, że wkrótce dołączą do pozostałych w głównej sali, zostawiając nas samych. Moja towarzyszka przekręciła mi głowę tak, że straciłem z oczu tamta parkę. Pokiwała wymownie palcem. Zrozumiałem.

„Rzucić okiem mogę, ale gapić się raczej nie powinienem”

Zresztą… Miałem co innego do roboty. Moja ponętna kochanka była już prawie naga, nie licząc kusych majteczek, których niewielki trójkącik przykrywał słodką tajemnicę. Z przechyloną na bok głową, pozwalając by długie włosy zasłoniły jej twarz, stała z rękoma po bokach, niczym niewinna nastolatka u boku doświadczonego mężczyzny. Ale ja wiedziałem, że nie była cnotliwa. O nie! Ta wyuzdana i perwersyjna dziewczyna nieraz dowiodła, że zna się na rzeczy, poza tym nie trudno było się domyślić, że zajmowała wysoką pozycję wśród obecnych na tej imprezie, a droga do niej bynajmniej nie prowadziła przez ciężką pracę przy biurku.

Ponieważ oprócz wąskich fig nie miała już nic na sobie, sam szybko pozbyłem się reszty własnego ubioru, łącznie z bielizną, odrzucając go za siebie. Mój członek sterczał już dumnie wyprężony, celując w jej brzuch. Niby nieśmiało końcem palca dotknęła purpurowej główki, po czym szybko go cofnęła i włożyła sobie do ust. Podobała mi się ta gra. Niegrzeczna uczennica i, zamierzający właśnie ją ukarać, srogi nauczyciel. Z radością wziąłem udział w zabawie, zajmując pierwszoplanową rolę. Odgarnąłem włosy z jej czoła i wpatrując w przysłonięte powiekami oczęta, nachyliłem się, by pocałować ją w policzek. Po chwili obsypywałem pocałunkami jej usta, twarz, szyję, wodziłem językiem wokół płatków uszu, rękoma gładziłem ramiona i powoli schodziłem coraz niżej.

Odsunęła się nieco ode mnie, dzięki czemu mogłem wprawnie ująć jej piersi, zamknąłem je w dłoniach i tylko kciukiem i palcem wskazującym ściskałem wystające brodawki. W obydwu tkwiły małe, złote kolczyki. Pociągnąłem za jeden z nich, czekając na reakcję. Westchnęła ciężko, jej dłoń błądziła po moich biodrach, kręcąc palcami małe kółeczka. Pociągnąłem mocniej, chcąc wydobyć z niej coś więcej niż cichy jęk, nie doczekawszy się szarpnąłem silniej, sądząc, że sprawię jej tym ból. Syknęła, jednak po jej minie wywnioskowałem, że ta droga donikąd nie prowadziła. Puściłem zatem kółeczko i, klękając, przeciągnąłem językiem po gładkim brzuchu, a następnie niżej wzdłuż ud, zatrzymując się na szczelinie między palcami nóg. Na przemian pieściłem ją dłońmi i językiem, starając się omijać cipkę. Stanęła w lekkim rozkroku, zatopiła palce w mych włosach i przyciągnęła twarz do majteczek. Trzymała tak przez chwilę, pozwalając, bym raczył się jej zapachem, po czym szarpnęła za sznureczek zrywając bieliznę.

Na moment mym oczom ukazał się cudny widok wąziutkiej, gładko ogolonej szparki z mocno zaciśniętymi wargami. Przejechałem po nich delikatnie językiem, obserwując jak płatki rozchylają się, ukazując błyszczące, różowe wnętrze. Spojrzałem na nią z dołu. Patrzyła mi prosto w oczy, w rozchylonych ustach wił się cienki języczek, raz po raz prześlizgując się po spierzchniętych wargach. Byłem ciekaw, kto teraz przejmie inicjatywę. Zamierzałem grać na zwłokę, pieszcząc dłońmi jej zaciśnięte pośladki i wnętrza ud. W końcu nie wytrzymała. Szarpnęła moją głową, wbijając sobie w krocze. Zagłębiając się językiem w rozpalonym wnętrzu czułem, jak jej soki spływają mi po brodzie, lizałem i ssałem na przemian delikatne mięsko, łapiąc je lekko zębami. Wyraźnie czułem, jak drży i jak niewiele brakuje, by zaraz osunąć się na podłogę i z szeroko rozpostartymi nogami czekać, aż wbiję się w nią z całą siłą. W tej pozycji nie byłem w stanie jej utrzymać.

Podniosłem się z klęczek, uniosłem ją do góry i nabiłem na penisa. Z jej ust wydobyło się tylko przeciągłe „Aaach…” Objęła mnie nogami, a następnie zaczęła pocierać się o mój tors, równocześnie unosząc się i opadając z powrotem na mojego członka. Trwaliśmy tak jakiś czas, ja starając się utrzymać w pionie, ona głaszcząc moje ramiona i plecy, powoli ujeżdżała sterczącego członka. Dla lepszej równowagi stanąłem w lekkim rozkroku, po czym ująłem ją pod biodra, odsunąłem tak, że nieomal cały wyślizgnąłem się z jej wnętrza, po czym energicznie nabiłem na siebie. Towarzyszące temu mlaśnięcie zagłuszone zostało jej rykiem. Teraz wiedziałem, czego oczekuje. Nie zważając na rosnący ból w plecach przyspieszałem, by niczym tłok wysokoprężnego silnika tłoczyć w jej wnętrze moją nabrzmiałą męskość. Jej początkowy jęk przerodził się w długi skowyt, gdy zagryzając wargi rżnąłem ją, zatracając się powoli w otaczającej mnie rzeczywistości. Pot z naszych ciał mieszał się ze śliną kapiącą z ust i słodkimi sokami naszej miłości. Odchyliłem się do tyłu, starając się wbić w nią jeszcze głębiej, chciałem przebić ją na wylot, chciałem tłoczyć się głęboko do jej wnętrza, by poczuła mnie w najdalszych zakamarkach ciała. Uniosła nogi wyżej i splotła stopy na moim karku dzięki czemu stworzyła coś na kształt huśtawki, odciążając nieco mój nadwyrężony kręgosłup. Nie mogła jednak już utrzymać w spokoju swych rąk. Usiłowała zacisnąć dłonie na mych ramionach, lecz ześlizgnęła się i po chwili wisiała głową w dół, eksponując rozpalone krocze. Stęknąłem z bólu, gdy pod wpływem tego ruchu mój członek przekrzywił się nieco w dół. Ugiąłem nogi w kolanach, dzięki czemu oparła się łokciami na podłodze i, w tej karkołomnej pozycji, kontynuowałem nasz rytuał.

W końcu i mi nogi odmówiły posłuszeństwa. Opadłem ciężko na miękką wyściółkę, głośno sapiąc, zamknąłem oczy, usiłując trochę odpocząć. Nie było mi to dane. Już po chwili mrucząc niczym dziki kot, wspięła się na mnie i dosiadła, z sykiem wciągając powietrze do płuc. Tym razem, niemal całkiem wykończony, pozwoliłem jej na dominację, z czego skwapliwie korzystała. Ujeżdżała mnie powoli, z zamkniętymi oczyma, co jakiś czas zatrzymując mnie w sobie na dłużej. Czułem wtedy, jak mięśniami pochwy ściska mój organ, niczym miniaturowymi mackami obejmuje i liże napęczniałą główkę. Niekiedy wykonywała biodrami koliste ruchy, a następnie do przodu i do tyłu, drażniąc łechtaczkę. Oparta dłońmi na moim torsie ciężko dyszała, pojękując cichutko. Nie mogłem wytrzymać tych przedłużających się chwil pozornej bezczynności. Zmusiłem ją, by uniosła się nieco nade mną, po czym wznowiłem posuwisty ruch z prędkością równą biciu mego serca. Patrząc na jej dyndające piersi czułem, jak nieubłaganie zbliżam się do finału. Zacisnąłem powieki, chcąc przedłużyć jeszcze rozkoszną chwilę. Wreszcie, podobnie jak w przypadku obserwowanego na początku mężczyzny, moje ruchy stały się mniej składne, gubiłem rytm, aż wreszcie poczułem nadchodzący orgazm.

Otworzyłem zaciśnięte powieki i, w odległości nie większej niż metr, ujrzałem unoszące się nade mną ciało nagiego mężczyzny. Jego skóra była mleczno-biała, podobnie jak ogromny członek we wzwodzie. Odwinięty napletek ukazywał, kontrastującą z całym ciałem ciemną, wręcz czarną główkę, z otworku której kapały krwistoczerwone krople gęstej cieczy. Przerażony wrzasnąłem. Postać nade mną uniosła powieki i wlepiła we mnie rozwścieczone spojrzenie czerwonych jak posoka oczu. Mężczyzna otworzył usta, z których wydobył się niby skrzek, przechodzący w ryk. Zbyt przerażony, by wykonać najmniejszy ruch, wpatrywałem się, jak jego usta przeobrażają się, by przybrać kształt rozwartej do granic możliwości cipki, z której na moją twarz kapało perłowe nasienie. Usiłowałem wyrwać się spod mojej kochanki, machając rękoma złapałem za piersi i zacisnąłem, mocno je zgniatając.

W panice wyrzuciłem biodra ku górze i wbiłem się w nią z całej siły, unosząc nad sobą. Choć miałem przed oczami potworny widok, mój mózg zarejestrował też inne fakty i najważniejszym z nich okazało się sfinalizowanie dokonanego właśnie aktu. Poczułem wybuch, jaki targnął moim podbrzuszem, a następnie wydobywające się ze mnie strugi gorącego nasienia, rozlewającego się po wnętrzu mojej kochanki. W czasie gdy jądra niemal w nieskończoność pompowały strumienie spermy, postać nade mną powoli przybrała początkowy kształt. Mężczyzna nawet się uśmiechnął, ukazując pożółkłe zęby i długie, zakrzywione kły.

Czując zmniejszony ucisk, zerwałem się z podłogi i łapiąc po drodze części garderoby, goniony śmiechem dziewczyny, rzuciłem się do ucieczki. Z gołym tyłkiem wypadłem na główną salę. Zaskoczeni uczestnicy zabawy nie zdążyli nawet zareagować, oprócz jadowitych chichotów, gdy niemal dopadłem do szczeliny, przez którą się tu dostałem. Zaczepiłem po drodze nogawką spodni o wystający głaz i na chwilę odwróciłem się, usiłując wyszarpać odzienie z pułapki. Gdy na powrót spojrzałem przed siebie, ujrzałem tylko zbliżającą się, niczym ekspres polarny, wielką włochatą pięść, a następnie otrzymałem uderzenie, które wyrzuciło mnie na środek sali. Nie zdążyłem nawet zastanowić się, skąd padł cios, uniosłem tylko głowę, wyczuwając ze zdziwieniem szybko rosnącą gulę pod okiem. Ułamek sekundy później dotarł do mnie ból, dzięki któremu szybko zapadłem w błogą nieświadomość. I całe szczęście, gdyż uczestnicy imprezy, początkowo oszołomieni całym zajściem, rzucili się na mnie kopiąc, bijąc rękoma, gryząc i szarpiąc moje ciało. Prawdopodobnie gdybym pojawił się tam z kimś niższym rangą od mojej towarzyszki, moje ciało zostałoby zmiażdżone i pożarte a resztki wylądowałyby na dnie rzeki lub w zakamarkach jaskiń jako pożywienie dla wampirzych pająków.

Może nawet tak byłoby lepiej…

Zgrzyt piły i odgłos darcia wyciągał mnie powoli z otchłani nieświadomości. Zakrzepła na powiekach krew nie pozwoliła mi jednak ujrzeć otaczającej mnie scenerii. Poruszyłem ustami, chcąc przekonać się, czy jeszcze potrafię mówić, lecz spomiędzy warg wydobył się jedynie jakiś nieartykułowany dźwięk. Dodatkowo czułem dziwne zimno sięgające od tułowia w dół. Ktoś jednak w końcu zauważył moje przebudzenie, szorstką szmatą cuchnącą pomyjami przetarto mi powieki. Niewiele to pomogło, śliwa pod okiem urosła do rozmiarów męskiej pięści, skutecznie zasłaniając wszelki widok. Przez wąską szparkę wpadała jedynie odrobina światła z mocnej metahalogenowej żarówki, której ciepło wyraźnie czułem na odsłoniętej szyi. Ktoś nachylił się nade mną i wyszeptał słowa, które sparaliżowały moje zmysły.

– Spokojnie. Właśnie amputujemy ci nogę…

Jakby tego było mało, poczułem ostre ukłucie w tyle szyi i wnikająca głęboko, aż do kręgosłupa, twardą i zimną igłę. A potem przerażający odgłos zasysania i uczucie odciąganej z mego mózgu jakiejś substancji. I nieludzkie mlaskanie, gdy istota pode mną rozkoszowała się moimi życiowymi płynami. A potem znów straciłem przytomność.

Nie wiem jak długo trwała moja gehenna. Co jakiś czas odzyskiwałem przytomność tylko po to by dowiedzieć się o kolejnych usuwanych częściach mojego ciała i wciąż czuć zimną igłę, przenikającą do mojego mózgu.

Wreszcie, któregoś razu przebudziwszy się po koszmarnym śnie, jaki mnie nawiedził, mogłem rozejrzeć się po sali, w której przebywałem. Nie miałem siły by podnieść głowę, wodziłem więc oczami po kamiennych ścianach, szpitalnych urządzeniach, stojących obok łóżka, na którym leżałem, szukając wzrokiem kogokolwiek, kto wyjaśniłby moją sytuację. Poprzez otwór, znajdujący się na granicy mego wzroku dobiegł mnie głośny szloch a następnie wstrętny odgłos mlaskania, ten sam, który i mi towarzyszył od dłuższego czasu.

Błysnęło jasne światło, na chwilę rozświetlając przejście i fragment pomieszczenia. To nie był szpital. Nadal znajdowałem się w jaskiniach, z sufitu, tuż nade mną zwisał wielki stalaktyt, delikatnie chybocząc. W przerażającej wizji widziałem, jak urywa się i spada na mnie, przygniatając do posłania i wyciskając powietrze z płuc, nie dając jakiekolwiek szansy wezwania pomocy. W otworze zamigotał cień. Nie chciałem ujrzeć stwora, które pastwił się nade mną, jednak nie mogłem oderwać wzroku od tamtego miejsca. Jakąż ulgą było zobaczyć moją kochankę. Weszła do pokoju, z uśmiechem na ustach, oblizując się, jakby przed chwilą zjadła coś smakowitego.

– Cześć – wychrypiałem. O dziwo udało mi się coś powiedzieć mimo, że gardło miałem suche jak wiór.

Popatrzyła na mnie zaskoczona. Jakby zdziwiona faktem, że jeszcze żyję i mówię. Uniosła do góry brew, przekrzywiając lekko głowę. Podeszła bliżej i nacisnęła jakieś urządzenie pod moim łóżkiem. Usłyszałem buczenie a następnie posłanie zaczęło się unosić i zginać, dzięki czemu mogłem przyjąć pozycje siedzącą. Spojrzałem w dół po sobie. Przez chwilę nie mogłem pojąć na co spoglądam. To było jak sen. Ten sam, który od jakiegoś czasu męczył mnie po nocach. Zamrugałem i chciałem się uszczypnąć, uderzyć w twarz, cokolwiek by się obudzić. Nie byłem jednak w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Zapewne dlatego, że nie bardzo miałem czym.

Cokolwiek bowiem znajdowało się pod prześcieradłem, na pewno w niczym nie przypominało już mojego ciała. W zasadzie to chyba nic tam już nie było. Z rosnącym przerażeniem spojrzałem na stojąc obok dziewczynę.

– Co wyście mi zrobili…?

Kurwa! Nie chciałem znać odpowiedzi!

Podeszła bliżej i jednym płynnym ruchem ściągnęła materiał. Przerażenie odebrało mi mowę, sparaliżowało zmysły, jedynie strach, jaki ogarnął resztki mojej świadomości pozwolił ujrzeć, jak dziewczyna wyciąga zza pleców długą stalową igłę a następnie wbija ją tuż po moją brodą. Poczułem jak gdyby ktoś przytknął mi tam rozgrzany do czerwoności pogrzebacz. Jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki, twarz spłaszczyła się, nozdrza rozszerzyły, a z rozchylonych ust wysunął długi, podrygujący na końcu, czarny język. Wielkie, zakrzywione kły sięgały prawie dolnych dziąseł, kapała z nich perłowa ślina, mieszając się z wąskimi strużkami ciemnej krwi, wypływającej z mikroskopijnych otworów na końcach zębów. A potem zaczęła ssać i mlaskać i był to ostatni odgłos, który usłyszałem, nim ponownie pogrążyłem się w chaosie koszmaru.

Teraz, po latach wiem już co mi zrobili. Przerażające bestie, których zaspokoić mogło jedynie ludzkie cierpienie. Krew będąca ich jedynym środkiem przetrwania i adrenalina, ściągana wprost z przysadki mózgowej przerażonej ofiary. Adrenalina. Nie była potrzebna do utrzymania wampira przy życiu. Ale stanowiła nektar, najrozkoszniejszy napój, dla którego gotowi byli zabijać się nawzajem. W ludzkim świecie można do tego przyrównać jedynie gorączkę złota, jaka niekiedy opanowywała człowieczeństwo.

Najprościej rzecz ujmując, można powiedzieć, że zostałem zdekapitowany. Tyle, że zaczęli od nóg, a potem systematycznie odcinali kolejne kończyny, za każdym razem czerpiąc radość z mojego przerażenia. No i oczywiście krew. Działali metodycznie, starając się jak najdłużej utrzymać mnie przy życiu, pozbawiając jak największej ilości ciała. W końcu osiągnęli pełny sukces. Mój Boże! O czym ja mówię?! Te odrażające bestie pozbawiły mnie wszystkiego a na koniec wszczepili rozwiniętego pasożyta innego wampira, który zginął w trakcie między-gangowych porachunków. Prawdopodobnie sądzili, że na sam koniec zostanę pożarty przez to stworzenie. Stało się jednak inaczej.

Obudziłem się, drżąc z zimna. Przykryty starymi gazetami i opakowaniami po importowanych owocach powoli przewróciłem na plecy. Zaskoczony spojrzałem po sobie. Część mojego ciała tkwiła ubrana w prześmierdnięte tytoniem i tanim winem ubrania. Kikuty nóg, obwiązane jakimiś szmatami, smętnie dyndały nad urwiskiem, obok którego leżałem. Ręce kończyły się tuż pod łokciem. Czułem szczypanie, tam gdzie pasożyt odbudowywał z mozołem moje organy. Zaglądnąłem między nogi i uśmiechnąłem się pod nosem. Najważniejsze na miejscu. Usłyszałem szuranie butów, między papierzyska przeniknęła jakaś brudna ręka i wcisnęła mi w usta kawałek ususzonego chleba.

– Jedz! – głos z góry nie znoszący sprzeciwu.

Przeżuwałem ciężko kęs za kęsem, czując jak chropowata skórka drażni wnętrze mojego gardła. Jakiś czas potem w miejsce chleba pojawiła się butelka z mętną wodą. Był to najobrzydliwszy napój, jaki kiedykolwiek piłem, jednak wtedy wydał mi się cudownym nektarem. Łapczywie połykałem każdą kroplę, czując jak powoli odzyskuję siły i chęć do życia. Chwile odsapnąłem, po czym, zarzucając ciałem, usiłowałem wypełznąć ze śmieci.

– Zostań tam! – Usłyszałem ponownie głos z pobliża – Słońce stoi wysoko, a ty nie masz jeszcze dość sił, by poruszać się za dnia.

„Nie mam sił… by poruszać się za dnia? A cóż to miało znaczyć? Słońce stoi wysoko?! Pieprzyć to!” Pragnąłem ujrzeć je tak bardzo, że niepomny na ostrzeżenie kontynuowałem wędrówkę. Ostatnim szarpnięciem wydostałem się spod sterty pudeł wprost na rozpalony asfalt. Poczułem uderzenie gorąca, swąd palonej skóry i potworny ból.

– Mówiłem, debilu, żebyś tam leżał!

Mężczyzna wyglądający jak miejski żul, podszedł do mnie chwiejnym krokiem i wcisnął z powrotem pod kartony. Pieczenie nie ustało, ale przynajmniej nie omiatał mnie już żar ognistej gwiazdy. Łzy cisnęły mi się do oczu.

– Co mi się stało?

Pytanie było retoryczne, rzecz jasna doskonale wiedziałem, co mi uczynili. Czułem to od chwili przebudzenia, a postępujący odrost kończyn tylko utwierdzał mnie w oczywistości. Chciałem jednak usłyszeć to od kogoś obcego, bo w głębi duszy marzyłem, by straszna prawda okazała się jedynie koszmarem.

Mężczyzna przysiadł obok mnie, siorbnął z butelki po czym splunął. Jego schrypnięty od nadmiaru taniego alkoholu głos, niestety potwierdził moje mroczne przypuszczenia.

– Jesteś wampirem. Ot, co ci się stało. – Na chwilę popadł w zadumę, po czym kontynuował, trochę z innej beczki – Nie pamiętam kiedy się pojawili. Początkowo znajdowałem tylko zwierzęce zwłoki, przejawiające dziwną zdolność do odżywania w momencie, gdy już dawno powinny być zimne. Potem wyrzucali tu i ludzkie szczątki, niemowlaków, dzieci i starców, takich, którzy nie potrafili stawić im oporu. Przez lata rośli w siłę, zajmując coraz to nowe rewiry i organizując własną armię. Ich wywiadowcy działają na wszystkich płaszczyznach społeczności, od zwykłych robotników sezonowych, poprzez studentów, sklepikarzy, pracowników korporacji, służby porządkowe, na administracji kończąc. Spotykają się tu co wieczór, schodząc do podziemi tylko sobie znanymi korytarzami, korzystają ze struktury podłoża, na jakim posadowione jest nasze miasto.

– Nie wiem czy wiesz, ale metro w Krakowie nie może powstać nie z powodu grząskiego gruntu. Wyspecjalizowane w infiltracji jednostki wampirów przeniknęły do instytucji zajmujących się badaniem podłoża i innych, składających się na proces powstawania podziemnej komunikacji. Sobie tylko znanym sposobem zdołali przekonać pracowników tychże firm, że kopanie pod Krakowem nie jest bezpieczne. Ich słowa często popierane były odpowiednią ilością gotówki, a gdy to nie pomagało, zastraszali bądź mordowali nieprzekupnych. Wyobraź sobie, co by się stało, gdyby nagle robotnicy dokopali się do jednej z ich jaskiń! Za dnia jeszcze nie byłoby problemu, wampiry nie stanowiłyby zagrożenia, lecz nocą rozpętałaby się rzeź. Ulice spłynęłyby krwią setek niewinnych ludzi, wojsko wysłałoby tu swoje siły, a w ostateczności spaliliby miasto, nie zważając na jego mieszkańców. Myślisz, że przejmowaliby się tym?

– Sądzisz że wampiry są tu od niedawna? Ha! Były tu od zamierzchłych czasów, gdy miasto powstawało i rozwijało się, korzystając ze szlaków handlowych. Wraz z kupcami do miasta przybywali różni osobnicy, w tym i oni. Przez stulecia budowali tu swoją pozycję, tocząc gangreną niczego nie podejrzewających mieszkańców. Ale wtedy ludzie wierzyli jeszcze w wampiry i inne potwory, i byli wśród nich tacy, którzy usiłowali je zwalczać wszelkimi możliwymi sposobami. W końcu, w lipcu tysiąc osiemset pięćdziesiątego, tajna armia strażników zlokalizowała główną wampirze siedzibę. Jeden z nich zszedł do podziemi i podłożył ogień. Ten szybko rozprzestrzenił się, docierając na powierzchnię. Wampiry uciekały, gdzie się dało, jednak słońce nie pozwalało im biegać na zewnątrz. Chowali się przeto w kamienicach a za nimi postępowali strażnicy, paląc jeden budynek za drugim. Znasz historię swojego miasta. Spłonęło wówczas niemal osiemdziesiąt procent zabytkowej tkanki Krakowa, ogień doszczętnie zniszczył budowle wzdłuż ulicy Grodzkiej, Brackiej, Wiślnej i kilku innych. W pogorzeliskach słychać było wrzaski palących się istot, strażacy, nieświadomi zagrożenia, starali się ugasić płomienie, sądząc, że to mieszkańcy giną w ogniu. Prawda jednak była inna, znacznie potworniejsza. Lecz, bacząc na dobro miasta, postarano się zatuszować sprawę, zwalając winę na nieostrożnych kamieniczników.

– Tak więc – kontynuował – wiedząc już, czym są podrzucane tu szczątki, skontaktowałem się ze znajomym pracującym w hucie i ilekolwiek pojawia się kolejne ciało, ładujemy je do pudła i wieziemy do fabryki, gdzie wrzucamy do hutniczego pieca. To jedyny sposób na całkowite unicestwienie tego ścierwa.

– Dlaczego więc mnie oszczędziłeś – spytałem, dygocząc.

Powoli docierała do mnie straszliwa prawda.

– W sumie sam nie wiem – odparł po krótkim namyśle – byłeś podobny do wcześniejszych, jednak nim przyjechał znajomy, zauważyłem, jak odrastają ci kończyny, a tułów napełnia się wnętrznościami. Acha! Nie myśl sobie, że się nie zabezpieczyłem. Pod ręką nadal mam przygotowany miotacz płomieni, pamiątka po ruskiej armii, korzystałem z niego nieraz i, wierz mi, nie próbuj żadnych sztuczek.

Nie zamierzałem, choć przez głowę przebiegały mi koszmarne wizje, jak rzucam się na mężczyznę i zatapiam kły w jego szyi. Potrząsnąłem głową, chcąc odpędzić od siebie te majaki. On zaś dalej perorował, nieświadomy moich czarnych myśli.

– Uzgodniłem ze znajomym, że dam ci szansę. Czasami bowiem zdarza się, że któryś z młodych wampirów nie chce podporządkować się ich ideologii i rzuca wyzwanie swemu losowi, zdając się na pomoc swoich bliskich. Niestety żaden z nich nie dostrzega, że zmiany, jakie zachodzą w ich organizmach, są nieodwracalne. Na wampiryzm nie ma szczepionki. To nie jest choroba. To współistnienie dwóch gatunków w jednym ciele, a wyodrębnienie jednego z nich powoduje śmierć obydwu. Przez ostatnie dni widziałem, jak dochodzisz do siebie, jak wampir regeneruje twoje tkanki, łącząc się z tobą w sposób, jakiego dotychczas nie widziałem. Masz go, nie tak jak zdecydowana większość tuż u nasady kręgosłupa, lecz znacznie głębiej. Oplata twoje kręgi, wszczepiony w rdzeń rozrasta się coraz bardziej, tak że wkrótce poczujesz jego istnienie. Ale nie martw się. On wie, że nie może cię uszkodzić, gdyż tym samym stworzyłby niebezpieczeństwo wykrycia jego samego. No i oczywiście nie staraj się szukać pomocy w szpitalach. Raz, że tam też mają swoich popleczników, dwa, jak wspomniałem, nie da się was rozdzielić bez twojego uszczerbku na zdrowiu.

– Dlaczego cię oszczędziłem? Bo zauważyłem w twoich oczach charakterystyczny błysk wojownika. Na tyle szalonego, by za jakiś czas stawić czoła tym bestiom i na tyle ludzkiego, by nie martwić się zbytnio o człowieczeństwo, jakie będzie cię otaczać. Pamiętaj jednak, by nie wracać do znanych ci miejsc. Musisz zerwać wszelkie kontakty z dawnymi znajomymi, nie staraj się nawet ich śledzić. Zacznij nowe życie.

„Nowe życie?! To w ogóle można nazwać życiem?!!” Wielkie słone łzy cisnęły mi się do oczu. Szlochałem, użalając się nad swoim losem, aż wreszcie zmęczony zasnąłem. Ale już nic mi się nie śniło.

Tydzień później wróciłem do swojego mieszkania. Na automatycznej sekretarce błyskało czerwone światełko, na wyświetlaczu widniała liczba dziewięćdziesiąt dziewięć. Więcej nagrań nie mogło się zmieścić. Wcisnąłem „Delete”. Nie chciałem odsłuchiwać wiadomości. Oczywiście nie posłuchałem pijaka, pod osłoną nocy, moknąc w deszczu czekałem pod blokiem Moniki, chcąc jeszcze raz ją ujrzeć. Serce ścisnął mi żal, gdy ujrzałem jak wraca, trzymając się za ręce z młodym, przystojnym brunetem. Na moment w moim umyśle pojawił się obraz, jak wyskakuję zza rogu i z rozdziawioną paszczą, rzucam się na zastygniętych w przerażeniu. Mój pasożyt coraz mocniej domagał się krwi i wiedziałem, że wkrótce nie uda mi się powstrzymać pragnienia. Lecz tamtej nocy zdołąłem go jeszcze poskromić.

Wyprowadziłem się z mojego ukochanego miasta. Mieszkam teraz w śląskiej aglomeracji, w jednej z mniej znanych dzielnic i co noc patroluję ulice w poszukiwaniu potworów. Towarzyszy mi przy tym czarny owczarek, czuły na te hybrydy. Jego właściciel, zwykły człowiek, zginął w trakcie jakiejś wampirze akcji. Po prostu zwykły pech, pojawił się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Znalazłem go przypadkiem, zwracając uwagę na samotnie siedzącego psiaka, skowyczącego w ciemność nocy. Liznął mnie po ręce, akurat w miejscu gdzie skaleczyłem się, przechodząc przez dziurę w płocie. Dostał dawkę wampirzej krwi, wystarczająco mocną, by stać się zimnokrwistą istotą, lecz na tyle słabą, by pozostać nadal zwykłym psem.

Acha. Jakiś czas pracowałem w piekarni. To jedyne miejsce, gdzie nikt nie pytał mnie o przeszłość. Dostałem fartuch, wskazówki co i jak i, starając się zbytnio nie wychylać, żyłem w swoim własnym świecie, nie dbając o mijający czas. Mnie on już nie dotyczył. Jakiś czas potem nawiązałem kontakt z przyjacielem z dzieciństwa i założyliśmy niewielką firmę, zajmującą się zarządzaniem zasobami ludzkimi w biznesie. On za dnia tworzył statystyki i przesiadywał na nudnych konferencjach, a wieczorami spotykaliśmy się wspólnie z kontrahentami. Noc, rzecz jasna, należała do mnie. Dla klientów urządzałem jazdę po pubach i restauracjach skąd, kompletnie pijanych, odwoziłem do hotelów. Tak już się umówiliśmy, że każdy z nas miał swoje zadania i nikt nikomu nie wchodził w drogę.

Którejś nocy zadzwonił do mnie Wojtek. To ten żul, który uratował mnie przed spaleniem i owego ciężkiego dnia ukazał moje prawdziwe oblicze. Właśnie wysiadałem z samochodu, po ciężkiej przeprawie z pewnym Irlandczykiem, gdy do moich uszu dotarła dawno nie słyszana melodyjka. Numer przypisany był tylko do jednej osoby i bez względu na to, czym się akurat zajmowałem zawsze odbierałem, niemal po pierwszym dzwonku.

– Cześć. Jestem na dworcu.

Tak po prostu. Zaparkowałem w pobliżu stacji i poszedłem na spotkanie. Stał tam u dołu schodów, podpierając się biała laską, zgarbiony mężczyzna w skórzanej kurtce. Głębokie zmarszczki na jego twarzy przypomniały mi, że jest zwykłym śmiertelnikiem. U jego boku stała, chwiejąc się na nogach, młoda dziewczyna, wyraźnie nie mająca kontaktu z otoczeniem. Podszedłem bliżej, uściskałem starca i spojrzałem wymownie na jego towarzyszkę.

– Co się stało?

– Jakiś skurwiel ugryzł ją i porzucił w uliczce. Nie zauważyłbym jej, gdybym nie potknął się o jej ciało. Jest młoda i… taka… niewinna. Pomyślałem – głos mu się rwał – pomyślałem o tobie.

Nie musiał mi więcej tłumaczyć. Któregoś dnia, gdy był już mocno podpity, opowiedział swą historię, jak to przez pijaństwo stracił dom i rodzinę. Jego żona odeszła do innego, córka nie mogąc pogodzić się z rozbiciem rodziny, odebrała sobie życie, wieszając się na jednym z jego krawatów. Z tego co wywnioskowałem, była łudząco podobna do towarzyszącej mu właśnie nastolatki.

Zaniosłem dziewczynę do samochodu. Wojtek człapał za mną, co rusz potykając się o płyty chodnikowe. W mieszkaniu zaparzyłem mocnej herbaty i poczęstowałem go wysuszonym piernikiem. Kiedyś przepadałem za słodkim, ostatnio wolałem coś bardziej treściwego, słabo wypieczonego. Siedzieliśmy w milczeniu jakiś czas. Wojtek, ze zwieszoną głową, przeżuwał mozolnie czerstwe kawałki, ona oparta o wezgłowie kanapy, szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w ścianę naprzeciwko. Pomachałem ręką przed jej twarzą. Żadnej reakcji. Przyjrzałem się uważniej źrenicom, nabierały już tego charakterystycznego złotego odcienia, zaś w kącikach pojawiły się krwiste łzy. Zmieniała się. Nie posiadając własnego pasożyta, miała stać się kolejną zagubioną duszyczką, strzygą, postawioną za niską w hierarchii, by zająć jakąś pozycję. Wampir bez przyszłości.

Potrząsnąłem mężczyzną. Drgnął, lecz nie był przestraszony. W jego wieku trudno, by cokolwiek mogło napawać go lękiem. Pomogłem mu wstać i odprowadziłem do jednego z pokoi. Ułożył się na łóżku, stawiając laskę w pobliżu.

– Dziękuję – powiedział zmęczonym głosem. – Odpocznę i wracam jutro do Krakowa.

– Zostań – odrzekłem. – Obydwaj nie mamy nikogo więc… zostań… proszę.

Uśmiechnął się.

– Tylko zamykaj drzwi na klucz.

Coś jak skurcz przebiegł mu po czole. Sięgnął ręką i wymacał uśmiech na mojej twarzy.

– Przez moment uwierzyłem. Wybacz. – dodał, układając się do snu.

– Nie! To ja przepraszam. Nie powinienem był tego mówić. Wiesz, że nic ci nie zrobię. Wampiry też mają zasady.

Nie odpowiedział. Przykryłem go kocem i cicho zamknąłem drzwi wychodząc. Dziewczynę zastałem w takiej samej pozycji, w jakiej zostawiłem. Przeniosłem ją do swego łóżka, rozebrałem i przykryłem kołdrą. Przez chwilę jeszcze stałem przed oknem, wypatrując blasku wschodzącego słońca. Czując pierwsze promienie na twarzy, rozdziawiłem szeroko szczękę, moje kły urosły od chwili spotkania na dworcu, a język wibrował w ekstazie. Pasożyt spragniony krwi młodej wampirzycy usiłował wymusić na mnie, bym zatopił zęby w jej szyi i wyssał przeobrażające się soki. Po chwili zwinął się z odczuwalnym kwileniem, gdy śmiercionośne promienie przesunęły się wzdłuż mojego ciała. Żeby jeszcze bardzie pogłębić jego strach odwróciłem się do okna plecami, czując jak po moim ciele pełzają języczki ognia. Po chwili zasłoniłem grube zasłony i położyłem się obok śpiącej.

„Nie dzisiaj” – pomyślałem do niego. – „Cierpliwości, kolego”.

Obrażony przeniknął do rdzenia, naciskając go nieco, wiedząc, że sprawi mi to ból.

Każdy z nas miał swoje sposoby.

Zapomniałem spytać Wojtka, jak ona ma na imię. Chociaż, cóż by to dało. Dowiem się wieczorem. Co do zaś tamtej, to również nie przypominam sobie, by kiedyś mi się przedstawiła. Nie wiem jak brzmiało imię bestii, która na zawsze odmieniła moje życie. Nie wiedziałem ale czułem, że jeszcze się spotkamy. Nie zastanawiam się kiedy. W końcu… całe życie przede mną.

.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Intrygujący tekst, idący wbrew modnym dziś opisom wampirów jako seksownych kochanków. Można rzec – powrót do korzeni (wampir jako potwór) ale w bardziej kampowym klimacie. W ogóle sporo tu elementów kampu – jaskinia wampirów, wreszcie bezdomny żul z ruskim miotaczem ognia – jakby wyjęty z filmów Rodrigueza. Dobrze się czytało – było trochę strachu i trochę grozy. Ilustracja świetnie pasuje do tego klimatu.

Absent absynt

Świetna ilustracja – przywodzi na myśl niezapomnianą estetykę lat 80-tych. Takie były okładki kaset wideo z filmami z tamtego okresu. Dziękuję uprzejmie za odświeżenie pamięci:-)

A opowiadanie niczego sobie, choć dziury fabularne spore.

Lurker

Witajcie

Grafika, którego poprosiłem o zrobienie ilustracji, na pewno ucieszy wiadomość o tak ciepłym przyjęciu jego utworu. Przekażę mu Wasze słowa 😉 Choć staram się sam wykonywać obrazki do swoich opowiadań, tym razem termin mi na to nie pozwolił. Opowiadanie wygrzebane z czeluści komputera, powstało dawno temu, gdy dopiero zaczynałem pisać swoje ero opowiastki. W zasadzie gdy w ogóle zaczynałem pisać. Uznając je za przeciętne chciałem kiedyś do niego wrócić i poprawić mankamenty. Lecz… czas nie pozwolił a MA domagał się tekstu :p Tak więc, pełen złych obaw a równocześnie z zaskoczeniem odbierając Waszą pozytywną opinię, dziękuję serdecznie za odwiedziny.

Nawiasem mówiąc, zawsze lubiłem temat wampirów. Wydają się być w naszym świecie tak samo nieodzowne jak diabły i anioły. Ciekawym tylko, na którą istotę natknę się najpierw. O ile w ogóle :p

Pozdrawiam
MRT

Może natkniesz się na…Anioła 😉
Miło Cię znowu czytać Greg :). Wampiryzm w Twojej "opowiastce" wygląda zupełnie inaczej, niże ten, który jest ostatnio "trendy", a to sprawia, że klimat utworu jest bardziej mroczny, mocniej zaskakuje i przyciąga. Przynajmniej mnie.
Pozdrawiam

Witaj Gregu!

Chciałbym coś sprostować: nie M.A. domagał się tekstu, tylko była wola by podtrzymać naszą regularność publikacji tekstów (poniedziałek, środa, piątek). Ja akurat opowiadałem się za tym, by w długi weekend zrobić przerwę w publikacjach, ale zostałem przegłosowany 🙂

Co do samego tekstu: jeśli to jeden z Twoich pierwszych, jestem pod dużym wrażeniem. I oryginalnego pomysłu (wampir jako pasożyt żyjący w człowieku – coś takiego wymyślili wprawdzie Guillerma del Toro i Chucka Hogana w powieści "The Strain", ale wątpię, byś się nią inspirował) i dobrego stylu pisarskiego. Zgadzam się z Absyntem, że Twa opowieść jest mocno kampowa (dla wytłumaczenia – kamp to świadomy i nieco ironiczny kicz, którym w filmie z chęcią posługują się tacy reżyserzy jak Tarantino i Rodriguez), a ewentualne dziury logiczne mieszą się w pełni w przyjętej konwencji.

Podoba mi się również zakończenie – silnie nawiązujące do ostatnich słów powieści "Imię Róży". A ilustracja – klasa sama w sobie. Twój znajomy grafik może być dumny – nawet nie chodzi o samą jakość obrazka, ale jego spójność ze stylem opowiadania!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Witaj Gregu,

zawsze chętnie czytam opowiadania o wampirach – takie zboczenie :D.

Twój tekst spodobał mi się przede wszystkim ze względu na dosyć nietypowe podejście do kwestii "zarażenia". W tradycyjnych wierzeniach ludowych (bez względu na to skąd pochodzą) przewija się zazwyczaj motyw przemiany w wampira zmarłych, którzy nie zostali pochowani. Rzadziej jest mowa o zamianie w wampira poprzez ukąszenie (na to zdaje się wpadła dopiero literatura, szczególnie popularna). W wierzeniach ludowych zazwyczaj upiór ten przenosił choroby, dokuczał ludziom, przynosił śmierć. Nie przypominam sobie jednak, abym gdziekolwiek spotkał się z motywem pasożyta. Może jedynie w drugiej części Blade'a (swoją drogą do Blade'a widzę więcej podobieństw w tym opowiadaniu). Ale oglądałem go dawno, więc pamięć może mnie zawodzić. Wierzenie, że wampira można zabić przez odcięcie głowy było dosyć rozpowszechnione, szczególnie w krajach środkowo i wschodnioeuropejskich. Zazwyczaj jednak odcinano głowę i kładziono ją między nogami w trumnie, aby upiór nie mógł wstać i chodzić po świecie. Motywem usadowienia pasożyta w miejscu, gdzie kręgosłup łączy się z czaszką idealnie wykorzystałeś tradycyjne wierzenie w możliwość zabicia wampira.

Napisałeś ciekawe opowiadanie, trzymające się kupy w swojej teorii powstawania wampirów. Nie poszedłeś na skróty tylko konsekwentnie tworzyłeś własną wizję tych istot, takich jakie były one już od czasów starożytnych (nie tam żadne romantyczni hrabiowie). Szacun za co, że twoje wampiry nie świecą/migoczą czy co tam jeszcze robił homoEdward. Cytując internety, Twoje opowiadanie jest still better love story than Twilight 😛

Bardzo lubię opowiadania wykorzystujące topos Erosa i Tanatosa. W twoim opowiadaniu został on całkiem zgrabnie zastosowany, sprowadzając jednak Erosa jedynie do miłości cielesnej. Myślę, że fajnie się to wkomponuje w Najlepszą Erotykę.

Nieliczne błędy interpunkcyjne nie psują odbioru całości.

Jedno mnie zastanawia. Tak już trochę mniej poważnie. Dlaczego tłok był od silnika wysokoprężnego??? 🙂

Pozdrawiam
Smok

Fajnie piszesz. Możemy się spodziewać kontynuacji?

Przyznam, że skusił mnie temat wampirów, które moim zdaniem są na Najlepszej Erotyce zupełnie niewyeksploatowane, jeśli wziąć pod uwagę ładunek erotyzmu jaki niosą w sobie ci urokliwi krwiopijcy. Zamiast jednak wampirów seksownych rodem z powieści Anne Rice znalazłem tu potwory jakby z "Blade'a Samotnego Łowcy" albo serialu "Wirus". Mówiąc szczerze nie tego się spodziewałem. Ale i tak jestem zadowolony z opowiadania. Odświeżające, choć również budzące niesmak.

Lestat

Lestacie,
myślę, że Twój nick w pełni tłumaczy Twoje podejście do krwiopijców. Romantyczno-erotyczne wizje tych potworów to właśnie wynik między innymi literatury popularnej i filmu. Niestety w dalszej perspektywie doprowadziło to do takiej karykatury jaką zafundowano nastolatkom w Zmierzchu. Wampir strasznym stworzeniem był i wg mnie być powinien. Przynosi choroby, śmierć i cierpienie. Takim go "stworzono" i takim pozostać wg mnie powinien. W powieści Stokera czy filmie Murnau'a nie ma słowa o romantycznej wizji młodego, seksownego krwiopijcy. Jest potwór, niosący ze sobą śmierć. Film Coppoli z wątkami przesycony erotyzmem, współczesna literatura, nawet filmy erotyczne i popkultura zrobiły z niego ciepiennika, walczącego o prawo do miłości i normalnego życia. Nie oszukujmy jednak tradycji. Ja osobiście cieszę się, że rola wampira została sprowadzona w opowiadaniu Grega do należnego mu miejsca.

Ja rozumiem, że postmodernizm, mieszanie gatunków, synkretyzm i takie tam. Ale zachowajmy jednak jakieś fundamentalne zasady.

Pozdrawiam
Smok

Ciekawą interpretację wampirów przedstawia Brian Lumey w cyklu Nekroskop itd. Najciekawszą z mi znanych.

Grzesio fajne teksty bunkruje w szufladzie. Dobrze, że dał się namówić na publikację. Owszem – widać pewne wady, ale opko swój urok ma. Lubik dla Pana, Autorze.
Pozdrawiam Czytelników

Ciekawe, co jeszcze tak zbunkrował, szelma :> pewnie prędzej czy później przeczytamy!

A co tak z ukrycia, anonimowo?… 😛 Pokaż się, może i ja coś pokażę 😀 😀

MA – dzięki za sprostowanie – zwyczajowo mam problem z doborem odpowiednich słów. Suma sumarum wiadomo o co cho 😉
Jestem zaskoczony pozytywnym przyjęciem opka, które onegdaj skazałem na zapomnienie. Dziękuję Wam. Może uda mi się połączyć dawne fantazje z obecnym warsztatem… może wyszłoby z tego coś fajnego … może zimą znajdzie się czas na realizację. Tylko ta jak na złość nie chce przyjść… :p
Pozdrówko
MRT

Mr. Greg- przyznam te opinie pozytywne to zaskoczyły i mnie. Jakoś tak… Bo nieźle sie rozwijało, fajnie podpasowałeś pożar Krakowa, ale od spotkania z bezdomnym zaczyna wiać nudą trochę a'la Zmierzch itp. Końcówka zaś godna pióra gimnazjalistki. Nie zmienia to faktu, ze opowiadanko wciąga i 3/4 jest rzeczywiście smaczne.

Witaj koperku

Opowiadanie powstało na długo nim zekranizowany Zmierzch. Ba. To był jeden z najwcześniejszych moich tekstów i miał nie ujrzeć światła dziennego. Zaakceptowane przez MA, jako wypełnienie luki, myślę spełniło wspomniany pretekst. Jednak mimo wcześniejszych pozytywnych opinii nie jestem przekonany do odgrzebywania innych reliktów mojej pisarskiej tfurczości, co Twoje uzasadnienie w pełni tylko potwierdza.

Patrząc (i zazdroszcząc) wiewiórce, czas bym chyba pozakańczał też i moje serie. Może, nauczony w ostatnim czasie pisarskiego kunsztu, uda mi się stworzyć coś mniej gnoiotowatego 😀

Pozdrówko
MRT

Stróżka to kobieta i z jej kłów mogą wypływać strużki, ba, nawet strugi jadu.

Napisz komentarz