Opowieść helleńska: Demetriusz XXXVI (Megas Alexandros)  4.28/5 (55)

52 min. czytania

Joseph Solomon, „Ajaks i Kasandra”

Mimo nocnej pory ulice Aten były nadzwyczaj zatłoczone.

Oddziały najemników przeczesywały Miasto. Ich pochodnie rozjaśniały mrok, rzucając na ściany domów migotliwe refleksy. Wydawane okrzykiem rozkazy rozdzierały ciszę, budząc ze snu obywateli. Niektórzy lękliwie wyglądali przez okna, czy to aby nie kolejna fala aresztowań. Większość kuliła się jednak pod kołdrami i kocami, drżąc z lęku. Strach był emocją, którą w ciągu ostatnich tygodni odczuwali bezustannie. Różnił się tylko natężeniem. A teraz było ono wysokie.

Aratos przemykał zaułkami Aten, ciągnąc za sobą Korinnę. Jego ciało skrywała czarna chlamida, na której nie było znać śladów krwi – ani tej, którą sam przelał, ani tej, której mu utoczono. Dziewczyna miała na sobie peplos w barwie wieczornego morza. Kreteńczyk nie powiedział jej, że suknia jeszcze chwilę wcześniej należała do kobiety, którą zgładził. Trzymali się wąskich bocznych uliczek, prowadzących między ciasno stłoczonymi domami. Z daleka omijali arterie komunikacyjne Miasta, które patrolowali ludzie arcystratega.

Fechmistrz spodziewał się, że jego szturm na rezydencję Demostenesa spowoduje taką reakcję, lecz zaskoczyła go jej skala. W pościgu musiały brać udział setki zbrojnych. Dionizjuszowi z Faleronu naprawdę zależało na odzyskaniu demokratycznego polityka. Można się było domyślać, że kiedy dowie się, iż stracił również demostenesową córkę, jego furia jeszcze się nasili. A na ulice wylegną kolejni żołnierze.

Mimo to Aratos był dobrej myśli. Najemnicy byli w większości niedawno sprowadzonymi cudzoziemcami. Słabo znali Ateny – z ich chaotyczną, pozbawioną planu zabudową, setkami ślepych zaułków i tuzinami mrocznych przejść, o których wiedzieli tylko miejscowi. Kreteńczyk znał to Miasto od lat. Nie miało dlań wielu tajemnic. Wiedział, gdzie można się ukryć przed pogonią, jak dostać się na dach co niższych gmachów, orientował się mniej więcej, które domy od dawna były niezamieszkane, a które magazyny świeciły pustkami i nie były przez nikogo strzeżone. Korinna, choć z wyraźnym trudem, jednak dotrzymywała mu kroku. Nie mówiła ani słowa – zaraz po opuszczeniu willi Dionizjusza nakazał jej milczenie. Musieli być zarazem szybcy i cisi. Zręczni i dyskretni. Niewidzialni i niedoścignieni.

Choć kluczyli w labiryncie, jaki stanowiły nieoświetlone nocne Ateny, fechmistrz ani na moment nie tracił orientacji. Jego kierunek wyznaczała stale rosnąca nad nimi czarniejsza od nieba skała Akropolu. Szczyt świątynnego wzgórza był oświetlony, wątły blask był widoczny z daleka. Wreszcie wychynęli spomiędzy domów. Aratos pociągnął Korinnę w stronę skał otaczających ze wszystkich stron potężne wzniesienie. Niemal po omacku odnalazł właściwą drogę. Przejście między głazami było ciasne, musiał przechodzić bokiem. Córka Demostenesa prześlizgnęła się za nim bez większego trudu. Dotarli do wylotu jaskini. Kreteńczyk z ulgą dostrzegł, że był on mroczny. Ani śladu płomienia, który mógłby ich zdradzić.

Przyciągnął do siebie dziewczynę i szepnął jej, by trzymała się blisko niego. Jaskinia przez jakiś czas prowadziła prosto, a potem zakręcała. Wiodła ku trzewiom kamiennego wzniesienia. Jej atutem była łatwa dostępność od strony podnóża Akropolu, a także fakt, że po wąskim wejściu rozszerzała się i była całkiem przestronna. Wadę stanowił natomiast fakt, że kończyła się ślepym zaułkiem. Oferowała świetną kryjówkę, o której z pewnością nie wiedzieli cudzoziemscy najemnicy. Jednak w razie wykrycia stawała się śmiertelną pułapką.

Dopiero docierając do zakrętu, Aratos dostrzegł słabą łunę bijącą zza rogu skalnego korytarza. Demostenes siedział nad niewielkim ogniskiem. To dobrze, że ostrożnie korzystał z nagromadzonego paliwa. W obawie przed zdemaskowaniem tej kryjówki Kreteńczyk nie przyniósł tu zbyt wiele drewna. Podobnie ograniczone były zapasy żywności. Nie brakowało tylko wody, która kapała gdzieś w dalszej części jaskini i tworzyła na jej dnie niewielkie jeziorko.

Gdy Demostenes usłyszał kroki, poderwał głowę, zatrwożony. Zmrużył powieki, próbując swymi nie najmłodszymi już oczyma przedrzeć się przez zasłonę ciemności. Nie zwlekając dłużej, Aratos wstąpił w krąg światła wokół ogniska. Korinna stanęła u jego boku. Fechtmistrz uśmiechnął się do ateńskiego polityka i rzekł:

– Demostenesie, zgodnie z danym słowem przyprowadziłem twoją córkę.

* * *

Poprzedniej nocy Meleager wypił stanowczo zbyt dużo wina. Macedoński ambasador w Atenach mógł się wprawdzie pochwalić mocną głową. Cecha ta przydawała się zarówno na sympozjonach i pijackich igrzyskach, które organizowano w jego ojczyźnie, jak i w czasie dyplomatycznych rozmów. Ale nawet on miał swoje granice. Wczoraj je przekroczył. Daleko w tyle pozostawiając spokojne i dostatnie krainy umiarkowania.

Przyczyną libacji był list otrzymany od regenta Macedonii. Dziękując Meleagrowi za jego dotychczasową służbę, a także chcąc zachęcić go do dalszych starań, Antypater oznajmił, że nagradza go hojnym nadaniem ziemskim w królewskich włościach. Nim wyprawił się do Azji, Aleksander pozostawił bowiem swemu regentowi znaczną pulę gruntów do rozdania pośród lojalnych sług. Przez pierwsze kilka lat stary wódz rzadko do niej sięgał. Najwyraźniej jednak sakiewka z darami została rozsupłana. Ambasador stał się zatem posiadaczem rozległych pól uprawnych w okolicach Filippopolis, a także położonych u podnóża trackich gór pastwisk, zdatnych do wykarmienia licznych stad bydła. Dzięki tej decyzji przemienił się ze zwykłego szlachcica w jednego z najpotężniejszych posiadaczy ziemskich w kraju. Była to iście królewska nagroda.

Oprócz słodyczy pochwał, a także informacji o nadaniu, list zawierał również sugestie i wskazówki politycznej natury. Nimi jednak Meleager chwilowo się nie przejmował. Zamierzał pochylić się nad tym, gdy całkiem odzyska trzeźwość myśli. Na razie zbudził się w swoim łożu z nieznośną suchością w gardle, ale za to między dwoma pogrążonymi wciąż we śnie niewolnicami. Obie były nagie niczym w dniu narodzin, co od razu wzbudziło jego zainteresowanie. Ponieważ poprzedni wieczór ginął we mgle niepamięci, Macedończyk nie potrafił sobie przypomnieć, czy zeszłej nocy skorzystał z ich wdzięków. Jeśli tego nie uczynił, było to skandaliczne niedopatrzenie, które należało czym prędzej nadrobić.

Wpierw jednak musiał się pozbyć nieznośnego ucisku, jaki czuł w pęcherzu. Mężczyzna podniósł się z posłania tak, by nie budzić Eufraksji ani Chary. Rozejrzał się w poszukiwaniu nocnika, ale nigdzie go nie zauważył. Podszedł więc do okna i otworzył szeroko okiennice. Blask słońca wlał się do wnętrza komnaty. Stał nagi, wyglądając na dziedziniec ambasady. Jego poprzednik, z pewnością delikatny i mdły arystokrata, założył tam ogród, który za rządów Meleagra popadł w zaniedbanie. Ostatnie nadzwyczaj upalne i bezdeszczowe miesiące sprawiły, że rosnące tu kwiaty i krzewy zeschły, a niektóre nawet całkiem obumarły. Najwyższa pora je podlać, pomyślał z rozbawieniem.

Ujął w dłoń swój członek. Ponieważ był wysokim i potężnie zbudowanym mężem, jego biodra znajdowały się ponad dolną krawędzią okna. Chwilę celował, mrużąc oczy, boleśnie porażone blaskiem poranka. W końcu złocisty strumień wystrzelił naprzód, spadając na pożółkłą roślinność w dole. Meleager opuścił powieki. Na bogów, cóż za ulga!

Kiedy skończył, cofnął się w głąb sypialni. Na stole znajdował się dzban z winem i kilka przewróconych kielichów. Uniósł jeden z nich, nalał sobie do pełna i wypił duszkiem. We wszystkim, co czynił, był człowiekiem wielkich apetytów. I tym razem nie zadowolił się jednym pucharem. Napełnił go jeszcze dwukrotnie. Zaspokoiwszy pragnienie, zwrócił się w stronę posłania. Uważnie przyjrzał się śpiącym tam niewolnicom. Eufraksja leżała na boku, z ramieniem pod głową. Z przyjemnością patrzył na rozsypane po poduszce czarne włosy, drobne, lecz kształtne piersi, uda białe i smukłe niczym doryckie kolumny. Ponieważ miała złączone i ugięte nogi, miejsce między nimi skrywał nieprzenikniony cień. Meleager pamiętał jednak dokładnie, jak wyglądają skarby, które tam skrywa. Wspomnienie jej wygolonego wzgórka i lśniących od wilgoci warg sromu sprawiło, że jego męskość naprężyła się i uniosła. Objął ją palcami i zaczął powoli masować. Postąpił krok w stronę łóżka i przeniósł spojrzenie na Charę.

Rudowłosa spała na brzuchu, ramionami obejmując poduszkę, na której złożyła głowę. Z tej przyczyny nie mógł oglądać jej obsypanego piegami biustu, zwieńczonego różowymi brodawkami. Ale to, co widział, stanowiło doskonałą rekompensatę. Wypinała bowiem ku niemu, w sposób ewidentnie zapraszający, swe krągłe pośladki. Podczas snu rozchyliła nieskromnie nogi, przez co jej srom był również mocno wyeksponowany. Meleager poczuł w swoim penisie silne mrowienie. Uznał, że nadarza mu się zbyt dobra okazja, by ją zmarnować. Prędko wsunął się na łoże i pochylił nad Charą. Ujął w dłonie jej uda i rozsunął je nieco szerzej. Wymruczała coś przez sen, ale nie otworzyła oczu. Ciekawy, jak daleko zajdzie na tej drodze, sięgnął ku jej podbrzuszu. Potarł srom opuszkami palców. Najpierw delikatnie, a potem bardziej natarczywie. Odnalazł łechtaczkę, kilka razy zakreślił wokół niej krąg. Z ust dziewczyny dobyło się ciche westchnienie. Kiedy przesunął palcem między jej dolnymi wargami, poczuł, że jest już wilgotna.

Naturalnie, mógł ją zbudzić i posiąść, jak tylko zapragnie – była wszak, podobnie jak Eufraksja, jego własnością, prezentem od Dionizjusza z Faleronu. Nie musiał silić się na takie podchody. Meleager lubił jednak czasem urozmaicenie. Tyle już razy korzystał z wdzięków swych niewolnic, że potrzebował nowej podniety. Postanowił sprawdzić, czy uda mu się wsunąć w pochwę rudowłosej, nie wyrywając jej ze snu. Pochylił się nad nią mocniej, tak że klatką piersiową niemal dotykał jej pleców. Jedną ręką wsparł się na posłaniu, drugą poprowadził członek ku jego celowi. Żołądź otarła się o mokre płatki, a potem wsunęła między nie. Pchnął powoli biodrami naprzód, czując, jak zagłębia się w ciasne wnętrze. Prędko jednak napotkał opór. Chara nie była jeszcze gotowa do penetracji.

Podniósł się nieco, splunął w dłoń i roztarł ślinę na żołędzi. Kiedy już błyszczała od wilgoci, ponownie natarł na podwoje, które jak dotąd nie wpuściły go do środka. Dziewczyna zamruczała i otworzyła oczy, wciąż jeszcze półprzytomna. Widząc, że zaraz utraci walor zaskoczenia, Meleager przestał silić się na delikatność. Mocniej pchnął biodrami, a jego penis wbił się między uda rudowłosej. Jęknęła, może z przyjemności, lecz raczej z bólu, bo przyrodzenie nie należało do najmniejszych, ona zaś była drobna i ciasna. Macedończyk cofnął się i ponowił szturm. Chara wyrzuciła ręce do przodu i złapała za wezgłowie łoża. By wzmocnić jej doznania, wsunął dłoń pod przyciśnięte do posłania ciało. Chwycił ją za pierś i zaczął ugniatać między palcami.

Coraz głośniejsze jęki niewolnicy i posapywania jej pana sprawiły, że leżąca obok brunetka również się zbudziła. Obróciła się w stronę spółkującej pary i patrzyła na nią w milczeniu, lecz z wyraźnym zainteresowaniem. Meleager spojrzał jej w oczy. Wytrzymała jego wzrok, a nawet lubieżnie oblizała wargi. Zawsze była bardziej zuchwała od przyjaciółki. Nie trzeba jej było namawiać, by sypiała u jego boku nago. Charze musiał zawsze wydać wyraźny rozkaz. A czasem nawet postraszyć chłostą, której nigdy zresztą nie wymierzał.

Gestem przywołał do siebie Eufraksję. Uniosła się i zbliżyła na kolanach. Chwycił ją za szyję, przyciągnął do swej twarzy i wpił się w jej wąskie wargi. Pocałunek był długi i namiętny, język brunetki natychmiast wyszedł mu na spotkanie. Nie ulegało wątpliwości: lubiła i umiała to robić. Przez cały czas wbijał się w Charę coraz silniejszymi pchnięciami. Jego długi i szeroki penis torował sobie drogę przez wąską jaskinię między jej udami. To się nazywa świętowanie, pomyślał. Wczoraj picie do upadłego, a dziś porządne dupczenie. Życie ambasadora, a teraz również bogatego arystokraty, niezwykle mu odpowiadało.

Kiedy wysunął się z pochwy rudowłosej, jego członek ociekał jej sokami. Nie zdążył nawet wydać polecenia – Eufraksja jakby czytała mu w myślach. Pochyliła się do przodu i opadła na łokcie. Policzkiem ocierała się o pośladek drugiej niewolnicy, ustami zaś objęła męskość Macedończyka. Przymknął oczy, czując, jak wargi masują jego żołądź, przesuwając się coraz wyżej, w stronę trzonu. Język również nie próżnował, wykonując na wrażliwej skórze niezwykłe akrobacje. Meleager drżał z przyjemności. Jego pierś unosiła się w przyspieszonym oddechu. Chara odwróciła głowę i posłała mu szybkie spojrzenie. Uśmiechnął się do niej i wymierzył siarczystego klapsa, którego odgłos rozszedł się po sypialni. Pisnęła i schowała twarz w poduszce. Wypinając apetycznie pośladki, czekała, aż znów zechce się na niej skupić.

Nie musiała długo czekać. Pozwolił jeszcze brunetce popieścić chwilę swoje jądra, a potem wsunął się na rudą niewolnicę. Ręce oparł na pościeli po obu stronach jej ciała. Eufraksja usłużnie nakierowała penisa tam, gdzie było jego miejsce. Tym razem penetracja poszła znacznie łatwiej. Macedończyk wbił się aż po nasadę członka, wydając z siebie gromki pomruk. Mocno pracował biodrami, coraz bardziej niecierpliwy i spragniony. Czarnowłosa nie pozwoliła wszakże o sobie zapomnieć. Przesunęła się za plecy ambasadora, jej dłonie spłynęły na jego pośladki. Dwa palce zawędrowały między nie. Meleager sapnął głośno, kiedy zaczęła go tam pocierać opuszkami. Czuł, że są już mokre. Musiała przedtem zwilżyć je śliną. Wiedząc, że to już nie potrwa długo, zwielokrotnił swe wysiłki.

Brał Charę głębokimi, silnymi pchnięciami. Za którymś razem poczuł, jak palce Eufraksji wślizgują się w jego odbyt. Poruszała nimi niezwykle umiejętnie, potęgując jego wrażenia. Krzyknął ochryple – raz, a potem drugi. Ostatnia seria sztychów była jak podróż na Pola Elizejskie. W ostatniej chwili przed spełnieniem wyrwał się z ciasnego, wilgotnego wnętrza. Brunetka objęła penisa i jęła masować go stanowczymi ruchami. Macedończyk szczytował, zalewając pośladki i plecy rudowłosej swym nasieniem. Kolejne fale rozkoszy rozchodziły się po jego potężnym ciele, wprawiając je w drżenie. Coraz to nowe strugi mlecznobiałej cieczy strzelały z jego męskości. W końcu, wyczerpany, opadł na pościel.

Eufraksja usiadła obok leżącej wciąż na brzuchu Chary. Ręką sięgnęła do jej pleców. Bawiła się kroplami nasienia, to rozmazując je po skórze przyjaciółki, to znowu podnosząc na palcach do ust i zlizując. Uśmiechała się przy tym do Meleagra, który z trudem wracał do siebie.

– Czy chcesz, bym teraz ja ci usłużyła, panie? – spytała zmysłowym tonem. Macedończyk otworzył oczy i posłał jej zmęczone, ale i rozbawione spojrzenie.

– Daj mi złapać oddech… Nie mam już osiemnastu lat!

Nie wiedzieć czemu zarumieniła się, słysząc te słowa. Czyżby jakieś rozpalające krew w żyłach wspomnienie? Ambasador nie miał siły się nad tym zastanawiać. Dokończył więc swoim zwyczajem:

– Zaraz wrócę do sił, a wtedy zerżnę ten twój kościsty tyłek!

– Nie mogę się doczekać…

Wtem rozległo się energiczne uderzenie w drzwi. Zanim Macedończyk zdążył podnieść się z łoża, te uchyliły się do środka i do sypialni wszedł oficer z jego przybocznej straży. Był to tracki olbrzym, nieodrodny syn plemienia Bizaltów. Chara pisnęła głośno i próbowała nakryć się kołdrą, co nie było łatwe, zważywszy na fakt, że Meleager dopiero z niej wstawał. Eufraksja natomiast nie próbowała ukryć swej nagości. Wręcz przeciwnie, uniosła dumnie głowę i wypięła do przodu biust, by jak najlepiej zaprezentować się przed żołnierzem. Ten jednak nie patrzył na żadną z dziewcząt. Miał zmarszczone brwi i poważną twarz.

– Czy wy, traccy barbarzyńcy, nigdy nie nauczycie się pukać? – zapytał spokojnym głosem ambasador.

Podniósł się już na równe nogi, lecz brak odzienia nie dodawał mu powagi. Mimo swojego imponującego wzrostu nie mógł też spoglądać na podwładnego z góry, Bizalt bowiem przewyższał go o głowę. Westchnął ciężko.

– To proste. Najpierw uderz dwa razy pięścią w drzwi. Poczekaj, aż usłyszysz rozkaz: „wejść”! Dopiero potem je otwórz. Zrozumiałeś? Czy mam powtórzyć? Zresztą, nieważne. I tak zwyczaje cywilizowanych ludów nie są w stanie zapuścić korzeni w waszych zakutych łbach. No, mów z czym przyszedłeś. Nie widzisz, że zajmują mnie sprawy wagi państwowej?

– Chodzi o twego adiutanta, panie – rzekł gwardzista. – O Eneasza.

– Dziękuję za przypomnienie. Lecz i bez niego wiem, kto jest moim adiutantem. No, co tam się stało mojemu drogiemu Eneaszowi? W końcu pękł mu tyłek od zbyt częstego używania? A może zakrztusił się wytryskiem dostojnego arcystratega?

– Nie żyje, panie. Stało się to dzisiejszej nocy.

* * *

Dionizjusz z Faleronu, archont i arcystrateg Aten, stał nad zwłokami swego kochanka, Eneasza. Chłopak był rozciągnięty na szerokim łożu – tym samym, w którym wspólnie zażywali rozkoszy. Ateńczyk spoglądał w ponurym milczeniu na bladą twarz efeba, której śmierć przydała dostojeństwa. Drżał z gniewu i tłumionego najwyższym wysiłkiem woli smutku. Bezwiednie zaciskał pięści tak mocno, że paznokcie wbijały mu się we wnętrze dłoni.

– Jak to się stało? – zapytał w końcu lodowatym tonem.

Jego syn stał o krok za jego plecami. Uniósł głowę, czując, że przyszła pora jego występu. Miał dość czasu, by sformułować przekonujące kłamstwa. Teraz trzeba je było tylko przedstawić.

– Zamknąłem Korinnę w mojej komnacie i postawiłem przed drzwiami straże – rzekł, dbając o to, by mówić płynnie i bez wahania. – Potem zszedłem do sali sympozjonów, by zabawić się z dziewczętami, które dla mnie sprowadziłeś…

Doryda i Nefthis, dwie tancerki sprowadzone z Cynobrowego Domu, uciekły, gdy tylko wybuchło zamieszanie. Demetriusz wątpił, by ojcu chciało się je przesłuchiwać, by zweryfikować jego słowa.

– …przyznam też, że wypiłem jeszcze trochę wina. Po jakimś czasie usłyszałem odgłosy walki dobiegające z góry. Gdy tam dotarłem, ujrzałem martwych najemników i Eneasza, który ciężko ranny leżał pod ścianą. Drzwi do moich pokoi były otwarte, Korinna zaś zniknęła. Aratos…

– Widziałeś Aratosa? – zapytał ostro Dionizjusz.

– Nie. Zdążył uciec. Domyślam się jednak, że to był on. Wcześniej uwolnił Demostenesa, logiczne więc, że przyszedł też po jego córkę. Poza tym tylko on byłby w stanie urządzić taką jatkę…

– Mów dalej.

– Mogłem ścigać Aratosa, wyrzucam sobie, że tego nie zrobiłem, lecz Eneasz wtedy jeszcze żył… Próbowałem go ratować, postawić tamę krwotokowi… Uczył mnie tego Arystoteles. Wszystko na próżno. Umarł na moich ramionach…

Młody Falerończyk celowo mówił w coraz bardziej urywany sposób. Miał tylko nadzieję, że jego gra nie jest zbyt ostentacyjna.

– Gdybyś ruszył za Kreteńczykiem, nie byłoby cię już wśród żywych – odparł Dionizjusz. – Dobrze, że zostałeś z Eneaszem… Towarzyszyłeś mu w ostatnich chwilach. Sądziłem, że go nie lubisz. Nawet jeśli to prawda… to było szlachetne.

Demetriusz uśmiechnął się gorzko. Tak rzadko słyszał z ust ojca słowa aprobaty… Jakąż ironią był fakt, że jedna z tych nielicznych pochwał odnosiła się do wierutnego kłamstwa. Nie miał wszakże czasu się nad tym zastanawiać. Oto bowiem padło kolejne pytanie:

– Czy Eneasz powiedział coś przed śmiercią?

– Nim wydał ostatnie tchnienie, kazał ci rzec… że nikogo nie miłował tak bardzo jak ciebie.

Dionizjusz uniósł głowę i odwrócił się od zwłok rozciągniętych na łożu. Syn spojrzał mu w oczy. Co spodziewał się tam ujrzeć? Łzy? Jakieś świadectwo ludzkich emocji i odruchów? Choćby najdrobniejszy ich ślad? Jeśli tak, srodze się zawiódł. Oczy jego ojca pozostały suche. Jeśli zaszły w nich jakieś zmiany, to na gorsze. Arcystrateg patrzył na świat z surową i okrutną determinacją. Jakby dopiero co zabił w sobie ostatnie uczucia. Był niczym wypalona skorupa, którą wypełniała jedynie żądza władzy. Oraz pragnienie zemsty.

– Chodźmy wysłuchać Sostenesa – rozkazał.

Idąc korytarzem, mijali komnatę Lizandra. Drzwi były uchylone. Demetriusz zajrzał prędko do środka. Na posłaniu leżała naga dziewczyna, którą poprzedniej nocy widział na sympozjonie. Pamiętał, że miała na imię Diantha. Czemu Aratos postanowił ją zgładzić? Czy była tylko niefortunnym świadkiem, który musiał zostać uciszony? A może kimś więcej? Martwe ciało tulił do siebie Spartiata Lizander. Odrzuciwszy na chwilę stoicyzm swego ludu, szlochał cicho, a jego ramionami wstrząsało łkanie. Jaka szkoda, że mój ojciec już tego nie potrafi, pomyślał wówczas młody Falerończyk.

Sostenes czekał na nich na parterze rezydencji, nieopodal schodów. Stał w niedbałej pozie. Założył sobie kciuki za pas. Złamany i krzywo zrośnięty nos czynił jego oblicze dziwnie niesymetrycznym. Demetriusz popatrzył na niego z pogardą. Najemnik odwzajemnił mu się drwiącym spojrzeniem, po czym skupił uwagę na arcystrategu.

– Domyślam się, że również nie udało ci się odnaleźć zbiegów? – rzucił tamten. – Aratos zrobił z nas wszystkich głupców. Kiedy ścigaliśmy go po całym Mieście, przyszedł tu i skradł nam Korinnę sprzed nosa.

– Nie mógł zrobić tego wszystkiego sam – zauważył Sostenes. – Ktoś musiał się zająć Demostenesem, kiedy Kreteńczyk wyzwalał jego córkę. Jestem pewien, że owym tajemniczym wspólnikiem była Ismena. Kiedy rozpoczął się pościg za Aratosem, posłałem zaufanego człowieka w okolice Artemizjonu. Przyczaił się nieopodal wejścia. Widział, jak w środku nocy do świątyni powracała skądś kobieta. Oczywiście, nie dostrzegł jej twarzy, bo kryła ją pod kapturem, ale myślę…

– …że starczy już tych zbiegów okoliczności – wszedł mu w słowo Dionizjusz. – I ja tak sądzę. Najpierw okłamała nas w sprawie rzekomej śmierci Aratosa na Eginie. Potem odwiedziła Korinnę na dzień przed jego atakiem. Bez wątpienia jest w to zamieszana. Gdzie teraz przebywa?

– Nadal w świątyni. Kazałem otoczyć gmach swoim ludziom. Nie wymknie się. Chętnie wedrę się do środka i wywlokę ją stamtąd za włosy… ale potrzebuję twojej zgody, panie.

Demetriusz poczuł, że musi zaprotestować. Jeśli Ismena wie, gdzie ukrywa się Kreteńczyk i uwolnieni zakładnicy, wszystkie jego działania pójdą na marne.

– To świętokradztwo! – rzucił. – Nie możesz pogwałcić progów świątyni!

– Masz moją zgodę – uciął arcystrateg. – Czyń wszystko, co konieczne.

– Gdzie mam ją potem sprowadzić?

– Do strategejonu. Tam ją przesłuchamy. Tutaj – Dionizjusz rozejrzał się dookoła – nie jest już bezpiecznie. Zbyt wielu dobrych ludzi straciło życie w tych murach.

* * *

O poranku Kreteńczyk siedział w skalnym korytarzu, wpatrując się w wąski, nieregularny wylot jaskini. Był całkiem niewidoczny z zewnątrz, sam zaś mógł obserwować, czy do kryjówki nie zbliża się ktoś, kto zbliżać się nie powinien. Pełnił wartę od świtu. W istocie jednak czekał na Ismenę. Zgodnie z planem po doprowadzeniu Demostenesa w bezpieczne miejsce wróciła do świątyni Artemidy. Miała przebywać w Atenach oficjalnie jeszcze przez dwa dni, zachowując się tak, jakby nie miała nic wspólnego z wydarzeniami minionej nocy. Przygotowując swój powrót na Eginę, miała też zadbać o drogę ucieczki dla Aratosa, Korinny i jej ojca. W tym czasie powinna szerokim łukiem omijać Akropol, a szczególnie skały u jego podnóża. A jednak, z jakiejś irracjonalnej przyczyny, fechmistrz spodziewał się, że lada chwila ją zobaczy. Być może przełożona egineckiego sanktuarium przyjdzie, by spotkać się z Korinną? A może z nim? Byłoby to skrajnie nieodpowiedzialne i dobrze o tym wiedział. Z drugiej strony cała misja ratunkowa w Atenach była szaleństwem. Nie sposób było wykluczyć, że Ismena pojawi się, nie zważając na związane z tym niebezpieczeństwo. Szczerze powiedziawszy, Aratos wyglądał jej z nadzieją. Chciał upewnić się, że nic jej nie jest, że wyszła bez szwanku z tej szalonej nocy.

Usłyszał za sobą jakieś poruszenie. Odwrócił głowę. Korinna usiadła obok niego na kamiennym podłożu. Otoczyła kolana ramionami.

– Dziękuję ci, Aratosie – szepnęła. – Za to, że przyszedłeś po mnie i po ojca. Dziękuję za wszystko.

– Nie miałem wyboru – odparł z krzywym uśmiechem. – Ismena bardzo nalegała.

Młódka rzuciła mu rozbawione spojrzenie. Wiedziała, że było w tym coś więcej. Zaraz jednak spoważniała.

– Tęsknię za nią.

– Ja też. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, spotkamy się jutro w porcie. Wsiądziemy razem na statek i odpłyniemy ku horyzontowi.

– A jeśli coś nie pójdzie dobrze?

Najwyraźniej Korinnie udzielił się jego niepokój. Pragnąc uspokoić zarówno ją, jak i samego siebie, rzekł:

– Dziś pokręcę się w okolicach Artemizjonu. Może uda mi się z nią zobaczyć.

– To niebezpieczne. Szukają cię po całych Atenach!

Wzruszył ramionami i skrzywił się z bólu. Dziewczyna to zauważyła. Odsunęła połę płaszcza z jego barku. I syknęła na widok świeżej rany.

– Trzeba to przemyć – powiedziała, zrywając się na równe nogi. – Zostań tutaj.

Po chwili wróciła z mokrym kawałkiem materiału oraz jego pasami do bandażowania. Aratos zauważył, że uzyskała je, drąc skraj swojego peplosu. Oczyściła ranę, a potem zabrała się za jej opatrywanie.

– To prawda, że jestem poszukiwanym człowiekiem – zgodził się, podczas gdy Korinna zajmowała się jego obrażeniami. – Ale większość najemników nie wie, jak wyglądam. Ponadto mocno się zmieniłem od czasów, kiedy byłem znany w Mieście. Ściąłem włosy, wyhodowałem sobie zarost… że już nie wspomnę o spustoszeniach, które poczyniła trucizna. Wyglądam dziś dwadzieścia lat starzej niż jeszcze pół roku temu. Wątpię, by ktoś sprawił mi kłopoty. Niemniej jednak będę ostrożny.

– Tak jak wczoraj? – spytała z niedowierzaniem młódka.

– Wczoraj byłem skuteczny. – Chcąc uniknąć kolejnych pytań, odwzajemnił się własnym: – Jak się dziś czuje Demostenes?

– Odpoczywa. Jest wyczerpany. Ma już swoje lata… – Na ustach Korinny pojawił się jakby cień uśmiechu. – I chyba nas podejrzewa.

– O co… – Kreteńczyk ugryzł się w język. Dobrze wiedział o co. – Ale nie będzie czynił problemów?

– Jest politykiem. – Tym razem uśmiechnęła się nieco szerzej. – Pragmatyzm to jego druga natura.

– Chyba na starość polubię polityków.

Zabandażowane ramię miało nieco mniejszą swobodę ruchu. Kreteńczyk wiedział, że w razie gdyby przyszło mu walczyć o życie, opatrunek może stanowić przeszkodę. Z drugiej strony widział zbyt wielu ludzi, których zabrała gangrena. I nie zamierzał iść w ich ślady.

Nim udał się do Miasta, umył się w skalnym jeziorku w głębi jaskini i przebrał. Oprócz zapasów żywności i opału przyniósł bowiem do kryjówki również odzienie na zmianę. W przeciwieństwie do tej, którą miał na sobie, jasna tunika nie była splamiona krwią. Uszyta z pospolitej wełny nie rzucała się zbytnio w oczy. Ot, prosty strój, jaki mógł nosić murarz albo tragarz. Ze smutkiem pozostawił przy ognisku swój pas z mieczem. Prości obywatele nie chodzili po ulicach uzbrojeni.

– Jestem gotowy – rzekł, sprawdzając, czy opatrunek nie wysuwa się spod pozbawionej rękawów tuniki. – Czy chciałabyś przekazać coś Ismenie?

Korinna obejrzała się na ojca. Leżał na kocu z zamkniętymi oczyma. Spokojny, miarowy oddech pozwalał ocenić, że Demostenes pogrążył się we śnie.

– Tak. Przekaż jej to – powiedziała, stając na palcach.

Oplotła szyję Kreteńczyka ramionami i pocałowała go namiętnie w usta. Położył dłonie na biodrach młódki i zacisnął palce. Ach, jakże jej pragnął! Powstrzymał się jednak przed zrobieniem następnego kroku. To nie był odpowiedni czas.

– Wróć bezpiecznie – poprosiła młódka, kiedy już oderwała się od jego warg.

– Możesz być tego pewna – odparł, wcale zresztą tej pewności nie czując.

* * *

Kiedy Sostenes wyszedł, wzburzony Demetriusz zwrócił się do ojca:

– Więc teraz będziemy szturmować święte sanktuaria? Czy naprawdę chcesz do grona swoich wrogów zaliczyć jeszcze olimpijskie bóstwa?

– Zrobię wszystko, co konieczne – wycedził Dionizjusz – by ukarać tych, którzy na to zasłużyli. Jeśli sądzą, że uchronią ich przede mną świątynne mury, udowodnię im, że się mylą.

– Przemawia przez ciebie rozpacz po Eneaszu. Nie powinieneś podejmować dziś takich decyzji…

– A kto ma je podejmować? I kiedy? Mam pozwolić Ismenie wymknąć się z Aten? Aratosowi też? Demostenesowi i jego córce? Czy tego właśnie chcesz?

Młodzieniec chciał mu odpowiedzieć, lecz wtedy właśnie na schodach pojawił się Lizander. Oczy miał już suche, na piersi pancerz, a przez ramię przerzucony płaszcz. Stanął przed nimi i twardo rzekł:

– Moja żałoba skończona. Jestem na twe rozkazy, arcystrategu.

– Widzisz? – Dionizjusz wskazał go synowi. – To jest prawdziwie męska postawa! Wszyscy powinniśmy brać z niej przykład. Polemarcho, udasz się na miejskie mury. Przygotujesz obronę Aten. Zgodnie z ich własną obietnicą, dziś mają nas odwiedzić Fokion i Demades. Upewnij się, by nie zdobyli Miasta z marszu.

Oficer zasalutował i wyszedł. Demetriusz spoglądał za nim z niedowierzaniem. Jak każdy Hellen nasłuchał się dużo o lacedemońskim opanowaniu i samokontroli. A jednak zachowanie Lizandra nim wstrząsnęło. Pamiętał pierwsze dni, jakie minęły po śmierci Iliryjki. Niekończącą się czarną pustkę, która wypełniała mu głowę niczym dym unoszący się nad płonącym miastem. Rozpacz, którą bezskutecznie starał się utopić w winie. Wciąż miał ją gdzieś głęboko w sobie. Ale ja szczerze kochałem Raisę, pomyślał. Czy Spartanin darzył podobnym uczuciem Dianthę? Nie wiedział i spodziewał się, że nigdy nie rozwiąże tej zagadki. Polemarcha był nieodgadnionym człowiekiem. W przeciwieństwie do Aratosa, on nie dopuszczał do siebie ludzi. Nie dało się z nim zaprzyjaźnić. Przynajmniej jemu nigdy się to nie udało.

– A jakie polecenia masz dla mnie, ojcze? – zapytał chłodno Demetriusz.

Arcystrateg milczał przez dłuższą chwilę. W końcu odpowiedział:

– Żadnych. Ostatnie wydarzenia przekonały mnie, by nie powierzać ci odpowiedzialnych zadań. Jesteś zbyt miękki, zbyt słaby, zbyt skrępowany nakazami sumienia. Wszystko to sprawia, że nie potrafisz być dla mnie przydatny.

Kiedyś młodzieńca uraziłaby ta ocena. Teraz stłumił tylko westchnienie ulgi.

– A więc pozwolisz, że zajmę się swoimi sprawami?

– Rób, co chcesz – warknął zniecierpliwiony Dionizjusz. – Jeśli przyjdzie do bitwy z Fokionem i Demadesem, poślę po ciebie. Słyszałem, że nieźle radzisz sobie z mieczem i włócznią. Może przynajmniej w ten sposób dowiedziesz swojej użyteczności.

Jego syn odwrócił się na pięcie i bez słowa ruszył do drzwi. Gdy tylko znalazł się przed domem, zerwał się do biegu. Sostenes miał nad nim sporą przewagę, lecz jeśli się pospieszy, to może zdąży…

Wypadł na jedną z głównych ulic Aten, wiodącą w stronę placu, gdzie stała świątynia Artemidy. Handlarze, którzy rozłożyli tam swoje liche stragany, oraz nieliczni kupujący obracali za nim głowy. Już z daleka zobaczył, że na placu gromadzi się wielu ludzi. Zbici w gęsty tłum, w cichym oburzeniu spoglądali przez podwójny kordon Scytów. Demetriusz zanurzył się w ludzką ciżbę i zaczął przepychać do przodu. W końcu znalazł się na tyle blisko scytyjskich szeregów, że mógł zobaczyć, co dzieje się na placu. Artemizjon został już zdobyty. Drzwi prowadzące w głąb budynku były wyważone, a pozbawieni oręża świątynni strażnicy stali pod jednym z murów, pilnowani przez ludzi arcystratega. Sostenes stał u podnóża schodów wiodących do sanktuarium. Na coś czekał. Po chwili młody Falerończyk dowiedział się na co.

Dwaj najemnicy prowadzili po schodach wysoką kobietę o czarnych lokach, które, nie skryte pod himationem, poruszały się na lekkim wietrze. Tłum wokół młodzieńca wydał głuchy pomruk. Zbiry Dionizjusza nie tylko pogwałciły dom bogini. Co więcej, porwały jedną z kapłanek, traktując ją niczym ladacznicę, której nie przysługiwał cnotliwy strój. Kiedy żołnierze zaprowadzili niewiastę do Sostenesa, odbyła się między nimi krótka wymiana słów. Nagle mężczyzna uniósł rękę i nie zważając na obserwujących go Ateńczyków, wymierzył brunetce siarczysty policzek. Nogi ugięły się pod nią. Gdyby nie podtrzymujące ją ramiona, upadłaby na ziemię.

– Zostaw ją, szubrawcu! – zawołał ktoś z tłumu. Scytowie sięgnęli po drewniane pałki. Obserwowali ludzką gromadę, szukając ewentualnych prowodyrów zamieszek.

Ktoś stanął tuż za Demetriuszem i zaczął na niego mocno napierać, jakby chciał przepchnąć się do przodu. Młodzieniec obejrzał się zirytowany. I znieruchomiał. Napotkał bowiem wzrok Aratosa z Hierapytny.

– Masz jakąś broń? – wyszeptał Kreteńczyk.

– Tylko sztylet.

– To i tak więcej niż ja. Obawiam się, że nic tu nie wskóramy.

– Chodźmy stąd, nim wybuchną rozruchy – zaproponował młody Falerończyk.

Tłum falował i coraz mocniej naciskał na scytyjski kordon. Na Sostenesa sypały się obelgi. W każdej chwili w ich ślad mogły pójść kamienie.

– Musimy porozmawiać. Najlepiej bez świadków – rzekł fechmistrz.

– I ja tak sądzę.

* * *

W późnych godzinach popołudniowych strażnicy pełniący wartę na północnych murach Aten dostrzegli forpocztę nadciągającej armii. Ich oficer natychmiast ogłosił alarm, który niczym pożoga szedł od baszty do baszty, aż w końcu ogarnął całą linię miejskich fortyfikacji. W pośpiechu ryglowano bramy – najpierw tę, która wychodziła na drogę wiodącą w stronę Maratonu, a potem najbliższe jej: Bramę Diomei i Bramę Acharneńską. W końcu wszystkie zostały na głucho zamknięte. Dwukrotnie wzmocniono posterunki na murach, trzykrotnie zaś – we wzniesionych co sto kroków basztach. Najemnicy w pośpiechu przywdziewali pancerze, spodziewając się, że wkrótce może dojść do szturmu. Nie było wśród nich oznak paniki. Byli zawodowcami, a poza tym uprzedzono ich, że może dojść do oblężenia. Wielu z nich liczyło już w myślach wynikające z tego profity, albowiem żołd w okresie działań wojennych miał być dwukrotnie wyższy.

Idące spod Maratonu wojska nadciągały aż do wieczora. Straż przednia zatrzymała się w odległości większej niż strzał z katapulty od murów Aten. Zajęła pozycje po obu stronach drogi. Kolejne formacje rozlewały się coraz szerzej na wschód i zachód. Nie widać jednak było, by żołnierze ciągnęli ze sobą machiny oblężnicze czy chociaż drabiny, konieczne do szturmowania wysokich fortyfikacji. Strzegący blanków najemnicy rozluźnili się, zdjęli dłonie z rękojeści mieczy, odłożyli na bok włócznie. Wyglądało na to, że tego dnia nie była im pisana walka.

Demades i Fokion wyjechali na koniach przed czoło swej armii. Przyglądali się zamkniętym bramom oraz licznym najemnikom stojącym na murach. Nie byli bynajmniej w nastroju zdobywców, oceniających kolejne miasto, które miało paść ich łupem. Patrzyli bowiem na swą zniewoloną ojczyznę, najwyraźniej dobrze przygotowaną do odparcia wszelkich ataków.

– Wygląda na to, że tyran odrzucił naszą propozycję – zauważył cierpko Demades.

Fokion skinął głową.

– Misja Demetriusza nie powiodła się – rzekł ze smutkiem.

– O ile ten chłopak w ogóle ją podjął. Możliwe, że od początku chciał tylko dostać się bezpiecznie do ojca. My zaś podarowaliśmy go Dionizjuszowi w prezencie. A mógł być cennym zakładnikiem…

– Teraz za późno, by się nad tym rozwodzić. Zresztą, mamy pilniejsze sprawy. Trzeba natychmiast rozbić obozowisko. Spędzimy tutaj trochę czasu.

Kiedy żołnierze ustawili namiot dowodzenia, dwaj stratedzy zasiedli w jego cieniu. Wokół trwały wzmożone prace: Ateńczycy rozbijali szałasy, ścinali w pobliskim zagajniku drewno na opał, kopali okopy, które miały ochronić ich armię przed nagłym wypadem z Aten. Wodzowie tymczasem zabrali się do omawiania planów na przyszłe dni.

– Ejschines przybędzie jutro razem z flotą – mówił Demades – i zablokuje obydwa porty. To odetnie tyranowi morskie drogi zaopatrzenia. Gorzej z lądowymi… Mamy trzy tysiące ludzi. Zbyt mało, by zamknąć Miasto w pełnym oblężeniu.

– Podzielimy naszą piechotę na mniejsze oddziały – zaproponował Fokion. – Każdy z nich ustawimy naprzeciw jednej z bram. W ten sposób upewnimy się, że nikt nie dostanie się do Aten ani ich nie opuści.

– Te oddziały mogą być z łatwością rozbite, jeśli Dionizjusz i jego ludzie zrobią wycieczkę za mury!

– Dlatego też pieszych będzie osłaniać jazda. W razie potrzeby zaatakuje najemników i albo zmusi ich do odwrotu, albo porządnie przetrzebi.

– Nie bierzesz pod uwagę jednego – zauważył młodszy z wodzów. – Uciekinierzy z Miasta mówią, że tyran sprowadził bardzo wielu zaciężnych. Niewykluczone, że ma pod bronią więcej ludzi niż my. Co jeśli postanowi naraz wypuścić ich przez wszystkie bramy i wydać nam bitwę?

Fokion skinął głową. To było realne niebezpieczeństwo. Obywatelska armia, którą prowadzili z Demadesem, składała się z mężów odważnych i gotowych do poświęceń. Lecz niewielu wśród nich było zawodowych żołnierzy. W starciu z zaprawionymi w bojach najemnikami mogli ulec. Gdyby choć dysponowali przewagą liczebną… Tej jednak nie sposób było być pewnym.

Nagle na zewnątrz zrobiło się jakieś zamieszanie. Ktoś podniesionym głosem spierał się z kimś innym, mówiącym dobitnie, ale znacznie ciszej. Demades spojrzał zniecierpliwiony w tamtą stronę. Poła namiotu uniosła się i do środka zajrzał jeden z żołnierzy.

– Cóż tam, Prytusie? – zapytał Fokion. Starał się znać po imieniu jak najwięcej ze swych ludzi, a już na pewno osobistych gwardzistów. – Co to za harmider?

Żołnierz wyprężył się na baczność.

– Dostojny strategu! – zawołał, choć w ciasnym wnętrzu nie było to konieczne. – Pewien człowiek pragnie audiencji!

Dowódcy wymienili spojrzenia. Czyżby tyran poszedł po rozum do głowy? Przysyła im parlamentariusza?

– Proś go zatem do środka! – rzekł Fokion.

– Uprzednio rozbroiwszy – dorzucił Demades.

Po chwili do namiotu wkroczył wysoki mężczyzna, w ciemnym płaszczu z kapturem. Przy jego pasie kołysała się pusta pochwa po mieczu.

– Odsłoń oblicze! – warknął młodszy strateg. – Chcę wiedzieć, z kim mam do czynienia!

– Naturalnie, Demadesie. – Przybysz odrzucił kaptur do tyłu. I uśmiechnął się w sposób, za pomocą którego zwykł czarować tłum.

Był to Hiperejdes, zwany Przyjacielem Ludu. Przywódca demokratów, jeszcze niedawno zaprzysięgły oponent arystokracji, której władzę uosabiali stratedzy. Dziś wszakże Demades i Fokion nie widzieli w nim już rywala. Podnieśli się na równe nogi i zbliżyli ku niemu. Wszyscy trzej rozumieli podniosłość tej chwili. Zjednoczeni przez wspólnego wroga, byli na siebie po prostu skazani.

Czuli, że w tej właśnie chwili, w tym wojskowym namiocie rozbitym pod Atenami, wykuwała się historia.

* * *

Nieopodal placu, przy którym stał Artemizjon, znajdował się burdel, w którym wynajmowano też pokoje na klepsydry. Aratos zapłacił za jeden i wszedł do niego, trzymając za ramię Demetriusza. Wyglądali jak adorator młodzieńców i jego oblubieniec, którzy potrzebowali ustronnego miejsca, by oddać się cielesnym rozkoszom. Po zamknięciu drzwi i dwukrotnym sprawdzeniu, czy nikt pod nimi nie podsłuchuje, usiedli na wąskim i twardym sienniku. Mogli w końcu porozmawiać.

– Ta kobieta, którą wyprowadzano ze świątyni… to była Ismena? – upewnił się Falerończyk.

Fechmistrz skinął głową. Był mocno zasępiony.

– Naraziłem ją na niebezpieczeństwo… Sądziłem jednak, że Dionizjusz nie ośmieli się uprowadzić kapłanki. Nie na oczach całych Aten.

– Niestety, wyzbył się już wszelkich hamulców. Nie lęka się ani ludzi, ani bogów. Po części to moja wina. Ten chłopak, który groził Korinnie… którego musiałem zabić… był kochankiem mojego ojca. Teraz posądza o jego śmierć ciebie. Nie spocznie, póki nie wywrze surowej zemsty.

Kreteńczyk zaklął cicho. Zaraz jednak się zreflektował:

– Zrobiłeś to, co musiałeś. Gdyby nie ty, Korinna wciąż byłaby zakładniczką, a ja pewnie trupem. Wciąż ci nie podziękowałem, Demetriuszu. Czynię to teraz. Masz moją wdzięczność. Dozgonną, choć podejrzewam, że to nie będzie zbyt długo. A teraz powiedz mi jedno: jak Dionizjusz potraktuje Ismenę?

Młodzieniec zmarszczył brwi.

– Po tym, co ostatnio widziałem, muszę spodziewać się najgorszego.

– A zatem nie mam wyboru. Muszę spróbować ją uwolnić.

– Nie dasz rady. Byłem przy tym, jak mój ojciec wydawał rozkaz… Ismena zostanie uwięziona w strategejonie. Budynku dzień i noc strzeże co najmniej kilkudziesięciu najemników. Nawet ty nie pokonasz ich wszystkich.

Było coraz gorzej. Aratos podniósł się z łóżka i zaczął niespokojnie chodzić po pokoju. Pokonywał całą jego długość trzema krokami, po czym zawracał. Demetriusz przyglądał się temu w milczeniu. Wreszcie mężczyzna stanął w miejscu. Mięśnie drżały na jego obliczu. Znać było, że podjął decyzję, która wcale mu się nie podoba.

– Bez względu na to, co ją spotka, Ismena wytrzyma kilka najbliższych godzin. Nocą przerzucę Korinnę i Demostenesa do Pireusu. Do kryjówki, o której jej nie powiedziałem… Będą bezpieczni, przynajmniej na razie.

– Jak mogę ci pomóc? – zapytał Falerończyk.

– Będziemy potrzebowali statku, by opuścić Miasto. Ismena pozostała w Atenach właśnie po to, by zorganizować nam ucieczkę…

– To mogę zrobić.

– Jesteś synem tyrana Aten! Zbyt wielu ludzi cię zna. Od razu wzbudziłoby to podejrzenia. Poza tym mam dla ciebie inne zadanie.

Demetriusz myślał nad tym przez chwilę.

– Poproszę o pomoc Menandra.

– To mogłoby się udać. Skompromitowany przegraną na ostatnich Dionizjach poeta decyduje się opuścić Ateny… Nikt nie powinien być zdziwiony takim obrotem spraw. Podobnie jak tym, że poeta zabierze ze sobą dobytek, w dwóch lub trzech skrzyniach… Wystarczająco dużych, by zmieścił się w nich człowiek.

– Możesz uznać to za załatwione.

– Jesteś tak pewien swego przyjaciela?

– Niewielu rzeczy jestem pewien, Aratosie. Ale nigdy nie zwątpię w Menandra.

– W takim razie i ja mu zaufam. Pytanie, czy on mi uwierzy? Jak udowodnię mu, że przychodzę od ciebie?

Wahanie Falerończyka było krótkie.

– Powiesz mu, by wspomniał przysięgę, którą złożyliśmy sobie przy grobie Iolaosa w Tebach. Nikt o tym nie wie, oprócz mnie i Menandra. Kiedy usłyszy o tym z twoich ust, zrozumie, kto cię przysłał.

Aratos skinął głową.

– Mówiłeś, że masz dla mnie inną misję. – Młodzieniec zawiesił głos.

– Chcę, byś udał się do strategejonu i spróbował powściągnąć Dionizjusza. Ismena… jest mi bardzo droga. Bardziej niż możesz podejrzewać ty albo on. Zrób wszystko, co możesz, by ten policzek przed świątynią był najgorszym, co ją spotka.

Wszyscy sądzą, że mam jakiś wpływ na ojca, pomyślał Demetriusz. Najpierw Demades i Fokion… Powierzyli mi dyplomatyczną misję, która nie mogła się udać. Teraz tę samą wiarę pokłada we mnie Aratos… a ja nie mam odwagi, by powiedzieć mu, jak wyglądają fakty. Już miał to powiedzieć na głos. Ale spojrzał na Kreteńczyka i zrozumiał coś jeszcze: on jest zdesperowany. Wie, że nie ocali Ismeny, że musi skupić się na tym, co jeszcze możliwe. Misja, którą mi zlecił, to jego jedyna nadzieja… Bez niej nie potrafiłby działać. Tylko to trzyma go jeszcze na nogach. Nie wiem, co zaszło między nim, a kapłanką. Mogę się tylko domyślać, że byli sobie bliżsi, niż pozwala na to reguła w sanktuariach Artemidy. Jeśli jednak chcę mu pomóc, muszę podtrzymać tę nadzieję. Inaczej wszystko się zawali.

– Zrobię, co w mojej mocy, Aratosie.

Po raz pierwszy od spotkania na miejskim placu na obliczu fechmistrza pojawiło się coś, co wyglądało jak cień uśmiechu.

– A zatem do dzieła. Ty ruszaj do strategejonu, ja złożę wizytę Menandrowi.

Byli już przy drzwiach, gdy Demetriusz chwycił Kreteńczyka za ramię.

– Nim się rozejdziemy, muszę cię o coś spytać. Dziewczyna Lizandra, Diantha. Dlaczego ją zabiłeś? Czy była tylko nieszczęśliwym świadkiem?

– Diantha… Więc tak przedstawiała się tobie? Nie jestem tym faktem zaskoczony. W przeszłości posługiwała się wieloma imionami: Dorkas, Agathe, Filona… Tak, Demetriuszu. To była ta sama niewiasta, która mnie otruła, a potem próbowała zgładzić na Eginie. Mówisz, że była z Lizandrem? Dopiero to jest dla mnie niespodzianką. Zaczynam sądzić, że twój ojciec nie był świadomy, jaka żmija mieszkała pod jego dachem.

– Zatem Spartanin gra własną partię – stwierdził młodzieniec. – Zresztą, to teraz nieistotne. Mamy pilniejsze sprawy.

Chciał ruszyć, lecz tym razem zatrzymał go Aratos.

– Ja również mam pytanie. Dlaczego nam pomagasz? Nie znasz Ismeny ani Korinny. Demostenes jest wrogiem twego rodu, a ja sam – jego zdrajcą.

Milczał przez dłuższą chwilę. Sam się nad tym zastanawiał. W końcu znalazł odpowiedź, która brzmiała dlań jak prawda:

– Mam dosyć świństw, które czynione są w interesie domu Falerończyków. Chcę w końcu czuć, że postępuję słusznie, że nie idę wciąż na zgniłe kompromisy. Mój ojciec skalał miano naszego rodu tak bardzo, że nic, co zrobię, nie zdoła go oczyścić. Skoro zaś nie mogę czynić dobra jako syn Dionizjusza, będę je czynił we własnym imieniu.

Usłyszawszy te słowa, Kreteńczyk skinął na znak, że pojmuje.

– Bywaj, Demetriuszu.

– Bywaj, Aratosie.

* * *

Policzek palił żywym ogniem. Bólem, ale i upokorzeniem. Ismenie wciąż dzwoniło w uszach po ciosie, który został jej wymierzony. Lecz myśl, że stało się to na oczach całych Aten, była jeszcze gorsza. Najemnicy szarpali kapłankę za ramiona, a gdy potykała się, wlekli ją po wyłożonej nierównymi kamieniami ulicy. Przy którymś gwałtownym ruchu jedwab sukni pękł na ramieniu. Kobieta poczuła, jak materiał zsuwa się w dół, odsłaniając jej lewą pierś. Pochyliła głowę, by ukryć swój wstyd za kurtyną kruczoczarnych włosów.

Zaprowadzili ją do strategejonu. Budynku strzegł dobrze uzbrojony oddział. Szła między rozstępującymi się najemnikami, którzy rzucali jej zaciekawione spojrzenia. W końcu potężne drzwi gmachu zamknęły się za jej plecami. Poczuła, jakby były to bramy Tartaru. Sądziła, że zostanie zaprowadzona do głównej sali budynku, ale Sostenes poprowadził ich w prawo, na schody wiodące do piwnic, a potem skąpo oświetlonym przez kilka pochodni korytarzem. Kiedy dotarli do solidnych drewnianych drzwi, odwrócił się do niej i przejął z rąk podwładnych.

– Będziecie pełnić tutaj straż – rozkazał. – Nie wpuszczajcie nikogo. Sami też nie wchodźcie, bez względu na to, co usłyszycie.

Potem powlókł kapłankę za sobą.

Znalazła się w rozległej komnacie bez okien, oświetlonej przez rozmieszczone w ściennych wnękach lampy oliwne. Po drugiej stronie pokoju stał samotny zydel. Zasiadał na nim arcystrateg i archont Aten. Sostenes pchnął Ismenę do przodu. Poślizgnęła się na nierównej, wyciętej w kamieniu podłodze i upadła na kolana. Jedno z nich zakłuło ostrym bólem. Uniosła głowę i zobaczyła, że Dionizjusz z Faleronu wstaje i rusza w jej kierunku. Muszę przekonać go o swojej niewinności, pomyślała. To moja jedyna szansa.

– Dostojny arcystrategu – zaczęła, z wysiłkiem podnosząc się na nogi. Kolano było mocno stłuczone, ale utrzymało jej ciężar. Podciągnęła zerwane ramiączko sukni, by zasłonić obnażoną pierś. – Chcę się poskarżyć! Spotkała mnie ze strony twego sługi wielka niesprawiedliwość!

– Doprawdy? – zapytał, unosząc brwi w zdumieniu. – Cóż takiego uczynił?

– Porwał mnie z Artemizjonu pod absurdalnymi zarzutami. Uderzył, w dodatku na oczach mnóstwa Ateńczyków. Swym postępowaniem o mały włos nie spowodował zamieszek. Dobrze ci radzę, byś w przyszłości lepiej dobierał swoich podwładnych.

Bezradnie rozłożył ramiona.

– Niestety, w dzisiejszych czasach nie sposób być wybrednym. Coraz trudniej o dobrych ludzi. Wielu zginęło. Inni zdradzili. Wiesz coś na ten temat, Ismeno?

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz.

– Trudno w to uwierzyć.

Dionizjusz stanął tuż przy niej. Popatrzył jej w oczy. Kapłanka poczuła, że blednie. W jego spojrzeniu było coś bardzo złego. Nie potrafiła tego nazwać, ale czuła… Czuła, że próbuje rozmawiać z szaleńcem.

– Czyż nie pomagasz mojemu dawnemu dowódcy straży, Aratosowi z Hierapytny? Temu samemu, który wczoraj uwolnił mych zakładników, Demostenesa i jego córkę, Korinnę? Czyż nie bierzesz udziału w jego spisku przeciw mnie? Mów szczerze, Ismeno. Kłamstwo nic ci nie pomoże. Wielu dobrych ludzi straciło wczoraj życie.

– Aratos z Hierapytny poległ na Eginie. Do końca pozostał w twojej służbie – odparła z uporem. – Uczestniczyłam w pogrzebie. Zmówiłam za niego modły. Ten człowiek – ruchem głowy wskazała Sostenesa – był na jego grobie.

– Łżesz, suko! – warknął najemnik.

Arcystrateg gestem nakazał mu milczenie. Następnie spytał kapłankę:

– Gdzie byłaś zeszłej nocy?

– Jak wiesz, korzystam z gościny tutejszych kapłanek Artemidy. Po zmierzchu nie opuszczałam świątyni. Zapytaj którąkolwiek z nich – każda poświadczy moje słowa.

– Kiedy ostatnio rozmawiałaś z Aratosem?

– Mówiłam już, że zginął…

Nie zdążyła dokończyć zdania. Dionizjusz wymierzył jej potężny cios w brzuch. Zakrztusiła się z krzykiem i zgięła w pół, jak drzewo złamane przez podmuch wiatru.

– Od początku naszej rozmowy częstujesz mnie kłamstwami!

Usłyszała jego głos, dobiegający jakby z bardzo wysoka. Słaniała się na nogach, próbując nie upaść. Nie była w stanie się wyprostować ani zaczerpnąć tchu. Sparaliżowane mięśnie brzucha promieniowały bólem.

– Czyż nie mówiłem, że życzę sobie tylko prawdy? Możesz mi wierzyć, wydobędę ją z ciebie. Mam ku temu wszelkie potrzebne narzędzia.

Chwycił ją za włosy i pociągnął za sobą. Chcąc nie chcąc, ruszyła w jego ślady, pochylona i z trudem łapiąca powietrze. Dopiero teraz dostrzegła, że pod ścianą znajdował się długi stół, a na nim ułożono jakieś przedmioty. Ledwie widziała je przez łzy, które cisnęły się jej do oczu. Dopiero gdy podeszli bliżej, zrozumiała, na co patrzy. Na blacie wyłożonych było kilka zwiniętych biczów, większe i mniejsze noże, długie szpile, obcęgi oraz przedmioty, których zastosowania mogła się tylko domyślać. Wszystkie łączyło jedno: mogły być użyte jako narzędzia tortur. Niektóre służyły tylko i wyłącznie w tym celu. Kątem oka zauważyła jakiś ruch. Spojrzała w tę stronę. Sostenes zbliżał się do niej z powrozem w rękach.

– Jestem kapłanką… przełożoną Artemizjonu na Eginie – zaczęła mówić, choć przychodziło jej to z trudem. – Nie możesz tego zrobić… Nie wolno ci…

– Chcesz powiedzieć, że czeka mnie za to boska kara? – Dionizjusz mocnym szarpnięciem przyciągnął ją ku sobie. Drugą ręką sięgnął po jeden z leżących na stole noży. Następnie zbliżył go do twarzy Ismeny. Ostrze zawisło tuż przed jej oczami. – Że Artemida ześle na mnie śmierć, bo podniosłem rękę na jedną z jej służek? Proszę bardzo! Niech występuje w twej obronie! Niech razi mnie swą włócznią! To ostatni moment, póki jesteś jeszcze cała…

Boska interwencja jednak nie nastąpiła. Dionizjusz skierował sztylet niżej. Ismena drżała, gdy wsunął się w jej dekolt, między piersi. Poczuła chłód ostrza. A potem pchnął, przebijając od środka jedwab peplosu. Silne pociągnięcie w górę i rozkrojony przód jej sukni rozsunął się na boki. Widziała obleśny uśmiech, jaki wykwitł na twarzy Sostenesa. Zbliżył się, wpatrzony w jej biust.

– Dokończ, co zacząłem – rozkazał mu arcystrateg, który teraz przyłożył ostrze do szyi Ismeny. – A ty ani drgnij, kapłanko. Nie chcę zrobić ci krzywdy… zbyt prędko.

Stała jak sparaliżowana, kiedy najemnik zrywał z niej szatę. Kiedy mocniej szarpnął, by ściągnąć tkaninę, która zatrzymała się na biodrach, ostrze zadrapało skórę jej szyi.

– Niezła – ocenił, pożerając ją spojrzeniem. – Wolę wprawdzie młodsze, ale tej też nie wykopałbym z sypialni!

Niedługo potem kapłanka była już naga, a strzępy peplosu leżały u jej stóp.

– Pozwól, że opowiem ci pokrótce historię tego gmachu – rzekł jej do ucha Dionizjusz. – Zanim nazwano go strategejonem, funkcjonowało tu więzienie dla zbuntowanych niewolników, niewypłacalnych dłużników oraz jeńców wojennych. Jesteśmy właśnie w jednej z cel. Zwykle mieściła dwudziestu, trzydziestu stłoczonych tu mężów. Dziś jednak posłuży tylko tobie. Czujesz się wyróżniona, Ismeno?

Sostenes stanął pod żelaznym pierścieniem przymocowanym do sufitu komnaty. Trzymając jeden koniec powrozu w dłoni, drugi przerzucił przez środek pierścienia i złapał go, gdy opadł niżej.

– Wysuń ręce do przodu – nakazał kapłance.

– Rób, co mówi! – Dionizjusz podkreślił słowa ruchem noża, który przyłożył do jej podbródka.

Nie miała wyboru. Mogła tylko patrzeć, jak najemnik krępuje jej nadgarstki, kilka razy ciasno owijając je sznurem, a następnie zawiązuje mocny węzeł. Kiedy skończył, szarpnął za powróz i zapytał z kpiną w głosie:

– Nie za mocno?

Miała ochotę splunąć mu w twarz, ale zrobiło jej się całkiem sucho w ustach. Arcystrateg odsunął nóż od jej szyi i cofnął się o krok. Sostenes chwycił tymczasem drugi koniec liny i pociągnął mocno, cofając się aż pod ścianę. Ismena poleciała do przodu, a potem jej ręce zostały poderwane w górę. Stała coraz bardziej wyprężona, aż w końcu poczuła, jak jej stopy odrywają się od podłoża. Czując rosnący nacisk na stawy ramion, krzyknęła.

– Wystarczy – zdecydował Dionizjusz.

Najemnik zawiązał linę na żelaznym uchwycie wystającym ze ściany. Kapłanka dotykała podłogi stojąc na palcach. Była prosta i napięta jak struna liry. Niemal fizycznie czuła na swoim ciele spojrzenia obydwu mężczyzn. Świadomość tego, co się zaraz stanie, budziła w niej rosnącą panikę. By choć trochę się uspokoić, zamknęła oczy i zaczęła w myślach recytować modlitwę do Artemidy. To była teraz jej jedyna ostoja. Choć nie mówiła ani słowa, musiała w czasie modłów bezwiednie poruszać wargami. Do jej uszu dobiegł bowiem ochrypły śmiech Sostenesa.

– Jak trwoga to do bogini, co? Zaraz zobaczymy, czy przyjdzie ci na ratunek! Czy możemy zacząć, panie?

– Tak, ale łagodnie. Daj jej najpierw przedsmak uczty, którą dla niej przygotowałeś.

I teraz Boska Łowczyni nie kwapiła się z pomocą. Najemnik podszedł do stołu. Chwilę zastanawiał się, co wybrać. W końcu wziął do ręki jeden z biczów. Rozwinął go z trzaskiem. Dźwięk ten sprawił, że Ismena uniosła powieki. Mężczyzna stanął przed nią. Uśmiechnął się, unosząc ramię. Bicz smagnął ją przez nagie piersi, wywołując eksplozję bólu. Krzyknęła. Podłoga uciekła jej spod nóg, zawisła na oplatającym nadgarstki sznurze. Drugie uderzenie spadło niżej, w poprzek drżących z wysiłku ud. Następne znowu na piersi. Krzyki zlały się w jeden, przeciągły, przybierający na sile po każdym ciosie.

– Wystarczy – zadecydował Dionizjusz. – Daj jej złapać oddech.

Oszołomiona bólem kapłanka wciąż kołysała się na powrozie. W końcu udało jej się dosięgnąć stopami ziemi. To nieco zmniejszyło ucisk na przegubach rąk. Ktoś stanął za nią i położył dłonie na jej biodrach, unieruchamiając w miejscu. Usłyszała słodki szept arcystratega, sączący się wprost do ucha:

– W każdej chwili możesz to przerwać, Ismeno. Wystarczy odpowiedź na jedno pytanie: gdzie ukrywają się Aratos, Demostenes i Korinna.

Zacisnęła usta, zdecydowana, by nic nie zdradzić. Najemnik przyglądał się z fascynacją jej ciału. Ślady po razach czerwieniały już i nabiegały krwią. Wkrótce miały do nich dołączyć następne. Bardzo wiele następnych. Mężczyzna stojący za kapłanką westchnął.

– Sama tego chciałaś. Sostenesie, jest twoja.

* * *

Zziajany Demetriusz wpadł do strategejonu, roztrącając tych, którzy stanęli mu na drodze. Biegł tu przez całą drogę z burdelu. Wiedział, że nie ma ani chwili do stracenia. Przed wejściem do głównej komnaty natychmiast otoczyli go najemnicy.

– Przepuście mnie! – rozkazał. – Jestem synem arcystratega!

W końcu dwóch rosłych żołdaków wzięło go pod ręce i powiodło do sali audiencyjnej. Ujrzał tam ojca stojącego wraz z Lizandrem nad stołem, którego blat zaścielała wymalowana na bawolej skórze mapa Aten. Spartanin mówił właśnie, wskazując palcem odpowiednie miejsca:

– Wojska strategów zablokowały główne drogi wiodące na północ i wschód. Te, które prowadzą na zachód, od dawna są zamknięte, bo kontrolują je buntownicy Hiperejdesa. W obecnej chwili jedyną drogą zaopatrzenia pozostaje morze. Demades i Fokion dysponują jednak silną flotą…

Obydwaj mężczyźni unieśli głowy, gdy najemnicy doprowadzili przed nich młodzieńca.

– Zostawcie nas samych – rozkazał im Dionizjusz.

Kiedy zbrojni opuścili salę, Demetriusz spytał:

– Gdzie jest Ismena, ojcze? Widziałem, jak ją aresztowano.

– Przebywa w miejscu właściwym dla tych, którzy mnie zdradzili – odparł spokojnie tamten. – Mnie natomiast ciekawi, czemu tak bardzo przejmujesz się jej losem.

– Chcę powstrzymać cię przed czymś, czego będziesz potem żałował. Widziałem, co działo się przed Artemizjonem. Twoi ludzie byli o krok od sprowokowania rozruchów. Pomyśl, co stanie się jeśli…

– Ale rozruchy nie wybuchły, czyż nie? Od paru dobrych tygodni pracuję nad posłuszeństwem naszych rodaków. Wiedzą, czym grozi bunt, zwłaszcza w obliczu oblężenia. Zbyt się boją, by sprawiać kłopoty. Nawet jeśli nabiję głowę Ismeny na włócznię, nie podniosą na mnie ręki.

– Nawet jeśli to prawda… – Skoro zdrowy rozsądek nie zadziałał, Falerończyk musiał spróbować innych argumentów. Może odwołania do dumy? Ten język zdawał się bliski jego ojcu. – Jeśli ją skrzywdzisz, pomyśl, jak upadnie twój autorytet. Walka z kobietą nigdy nie przynosi mężczyźnie sławy. To nie jest godny ciebie przeciwnik. Są nimi Fokion, Demades, Hiperejdes… Aratos, a nie jakaś dziewicza kapłanka…

– Po tym, jak Sostenes z nią skończy, wątpię, by pozostała dziewiczą – zauważył kwaśno arcystrateg. – O ile w ogóle kiedyś nią była.

Młodzieniec zbladł.

– Oddałeś ją temu sadyście?

– To najpewniejszy sposób, by wydobyć z niej wszystko, czego potrzebuję.

– Nie możesz tego zrobić!

– Dość już nasłuchałem się dziś od ciebie, czego mi nie wolno – odparł Dionizjusz. – Tak się jednak składa, że jestem panem Aten. I mogę bardzo, ale to bardzo wiele. Polemarcho, wyprowadź stąd mojego syna. Potem wracaj na mury. Musimy być gotowi na każdą ewentualność.

Lizander zbliżył się do Demetriusza. Chwycił go za ramię i poprowadził w stronę drzwi. Kiedy wyszli z sali, młodzieniec zwrócił się ku niemu i szepnął:

– Wiem o Filonie.

Choć jego twarz pozostała nieruchoma, Spartanin zesztywniał. Zaprowadził Falerończyka za róg korytarza, z dala od uszu wartowników. Ten zaś kuł żelazo, póki było gorące.

– Ciekawe, czy mój ojciec zdaje sobie sprawę, że sprowadziłeś do jego domu agentkę królowej Olimpias? Że wczoraj na sympozjonie pił z tego samego kielicha co znana trucicielka? Może wrócimy tam i go spytamy? Ciekaw jestem, jak zareaguje!

– Skąd się o tym dowiedziałeś?

– To nieistotne. Ceną mojego milczenia jest twoja pomoc.

Polemarcha nie wahał się ani chwili.

– Czego potrzebujesz?

– Gdzie jest Ismena?

– Tu, w piwnicy.

– Zaprowadź mnie.

Loch był wykuty głęboko pod osadzonym na skale budynkiem. Dlatego też do głównej sali nie docierały krzyki torturowanej kobiety. Usłyszeli je, wciąż jeszcze stłumione, dopiero gdy przekroczyli drewniane drzwi i zstąpili na długie schody prowadzące w dół.

– Szybciej! – zawołał Demetriusz.

Znaleźli się u podnóża schodów i ruszyli korytarzem. Po obu stronach mieli wrota cel.

– Czekaj! – Lizander pchnął młodzieńca na ścianę korytarza. – Mam ci najpierw coś do powiedzenia!

Krzyk Ismeny urwał się i chwilowo nie podnosił. Najwyraźniej nastąpiła przerwa w męczarniach albo… Falerończyk nie chciał nawet o tym myśleć. Posłał Spartaninowi błędne spojrzenie.

– Domyślam się, że przychodzisz od Aratosa – szeptał prędko polemarcha. – Dlatego tak zależy ci na Ismenie. Pomogę ci w pewnych granicach… W zamian chcę, byś przekazał mu moje słowa.

– Mów, byle szybko…

– Powiedz Aratosowi, że darzyłem Filonę pewnym… uczuciem. Dlatego nie wydałem jej Dionizjuszowi. Łączyły nas też wspólne działania… Lecz mimo to rozumiem, dlaczego musiał zrobić to, co zrobił. Uważam ten czyn za sprawiedliwą odpłatę za to, co wycierpiał z jej ręki. Chcę, żeby wiedział… że nie będę szukał zemsty. Szale wagi zrównoważyły się.

– Powtórzę mu co do słowa – odparł Demetriusz. – A teraz chodźmy.

Za rogiem korytarza ujrzeli strażników pilnujących drzwi. Spojrzeli zaskoczeni na swego wodza. Jeden z nich miał szczególnie nieszczęśliwą minę.

– Dostojny polemarcho – rzekł prędko. – To, co się tam dzieje… Nie godzi się…

– Możecie odejść – przerwał mu Lizander. – Zwalniam was z posterunku. Udacie się do Bramy Dipylońskiej. Tamtejszy dowódca znajdzie wam zajęcie.

Posłuchali skwapliwie. Po chwili Falerończyk i Spartanin zostali sami na korytarzu.

– Reszta zależy od ciebie. Nie możesz prosić o więcej. Filona i tak już nie żyje.

– Ale ty wciąż tak. Mój ojciec może to szybko zmienić…

– Jeśli uwierzy twoim słowom. Sam wiesz, że nie ma o tobie zbyt dobrego zdania. Zresztą, w zamian za milczenie na temat jednej mojej zdrady, chcesz, bym dopuścił się znacznie poważniejszej. Tak się nie stanie, Demetriuszu. Dalej musisz sobie radzić sam.

Młodzieniec skinął głową. Wiedział, że ma słabe atuty. I tak wyzyskał je do ostatka. Już tylko drzwi dzieliły go od kobiety, którą obiecał chronić.

– Zgodnie z rozkazem twego ojca wracam na mury – ciągnął polemarcha. – Uważaj na Sostenesa. Jest sprytniejszy, niż na to wygląda.

Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę schodów.

* * *

Dionizjusz zbierał się już do opuszczenia strategejonu, gdy jeden z jego sekretarzy zapowiedział przybycie macedońskiego ambasadora. Meleager miał na sobie czarny żałobny chiton, a jego oszpecone blizną oblicze wyrażało smutek. Arcystrateg przyjął go w sali audiencyjnej, nad stołem wciąż przykrytym mapą.

– Chciałem wyrazić swoje ubolewanie z powodu Eneasza – zaczął wysłannik Antypatra.

Ateńczyk wyglądał na zaskoczonego.

– Był przecież twoim adiutantem…

– Obydwaj wiemy, że należał bardziej do ciebie niż do mnie. Boleję nad twoją stratą. Tym bardziej że okoliczności nie pozwalają na pogrążenie się w żałobie.

Macedończyk dał w ten sposób znać, że chciałby przejść do bardziej palących kwestii. Rzucił okiem na mapę, próbując ocenić sytuację, w jakiej znalazły się Ateny. Nie uszło to uwadze jego rozmówcy.

– Tak, nie mylisz się. Jesteśmy oblężeni. Przynajmniej od strony lądu.

– Co zamierzasz z tym zrobić?

– Chwilowo nic. Mam bardziej naglące sprawy…

– Czy mają one coś wspólnego z aresztowaniem tej kapłanki? – Meleager spojrzał Dionizjuszowi prosto w oczy.

– Jesteś bardzo dobrze poinformowany, wasza ekscelencjo.

– Wręcz przeciwnie, arcystrategu. W istocie wiem bardzo niewiele. Na przykład w ogóle nie potrafię zrozumieć, czemu zajmujesz się jakimiś drobiazgami, kiedy ważą się losy twej ojczyzny! Jak również twoich rządów.

Ateńczyk machnął ręką jakby odganiał natrętną muchę.

– Przesadzasz. Fokion i Demades mają razem około trzech tysięcy żołnierzy, głównie zwykłych obywateli po krótkim przeszkoleniu. Ja mam cztery tysiące zaprawionych w bojach najemników. Gdybym chciał, wyszedłbym przez bramy i rozbił ich w drobny pył.

– Czemu więc tego nie zrobisz?

– Nie ma takiej potrzeby. Stratedzy mogą sobie stać pod murami, aż umrą ze starości. To najpotężniejsze fortyfikacje w całej Helladzie.

– Umocnienia Troi też były imponujące. Nigdy nie wzięto ich szturmem. A jednak miasto upadło za sprawą fortelu.

– Żaden z moich przeciwników nie jest Odyseuszem…

– Odyseusz nie mógł liczyć na poparcie Trojan – odparł ambasador. – Oni zaś mają wśród Ateńczyków wielu sprzymierzeńców. Podczas krótkich rządów narobiłeś sobie mnóstwo wrogów. Bacz, by nie przyczynili się teraz do twego upadku.

– Zajmę się tym – Dionizjusz popadał w coraz silniejszą irytację – ale w stosownym czasie. Na razie muszę ukarać zabójcę Eneasza. Odebrać wszystko, co jest mu drogie, tak jak on zabrał wczoraj mi… Gdy padnie do moich stóp, do szczętu złamany, gdy własnymi dłońmi odbiorę mu życie… dopiero wówczas rozprawię się z pozostałymi…

– Wtedy może być już za późno.

– Czy coś sugerujesz?! – wykrzyknął porządnie już rozwścieczony arcystrateg.

– Próbuję ci przemówić do rozumu! Od tygodni zachowujesz się jak szaleniec albo głupiec! – Meleager zapomniał o należnej dyplomacie powściągliwości. Pięściami wsparł się o blat stołu i pochylił głowę, niczym byk szykujący się do szarży. – Najpierw zraziłeś do siebie wszystkich, których mogłeś mieć za sojuszników! Teraz lekceważysz jawnych wrogów, choć rzucili ci wyzwanie! Zamiast szykować się do bitwy, urządzasz sobie łowy na ludzką zwierzynę. To się musi skończyć! Zanim pęd wydarzeń całkiem cię pochłonie. Macedonia za dużo w ciebie zainwestowała.

Dionizjusz parsknął śmiechem.

– Tak to widzisz, ambasadorze? Jestem więc inwestycją, która ma dać korzystny zwrot? Czy po to tylko wywalczyłem sobie władzę, by spełniać wolę twoją albo Antypatra? Niedoczekanie! Jestem i pozostanę suwerenny. Mogę posłuchać rady, ale nigdy nie rozkazu. Twoje zaś rady właśnie odrzuciłem. Dobrze ci zatem radzę, Meleagrze, nie nadużywaj mojej cierpliwości. Wracaj do ambasady i czekaj na wezwanie. Przedtem nie pokazuj mi się na oczy.

Macedończyk potrząsnął głową. Przypomniał sobie słowa z listu, jaki otrzymał od regenta. Kiedy czytał je po raz pierwszy, był zdumiony. Teraz czuł, że rośnie w nim szacunek dla politycznego instynktu oraz przenikliwości Antypatra.

– Oddalę się, skoro taka twoja wola – rzekł, unosząc się znad stołu. – Mam jednak nadzieję, że wróci ci rozsądek.

Kłamał. Bynajmniej na to nie liczył. Opuszczając salę audiencyjną, Meleager pogrążył się w zadumie. Analizował szanse i zagrożenia, usiłował przewidzieć każdą ewentualność. Czuł się jak nawigator, który szuka drogi między skałami wystającymi z morskiej toni. Podejrzewał, że pod wodą kryje się ich znacznie więcej. Mimo to musiał znaleźć bezpieczną trasę. Wszak okrętem, który pilotował, była macedońska polityka wobec Aten. Nie mógł pozwolić sobie na najmniejszy nawet błąd.

Nie teraz, kiedy zbliżał się moment ostrego zwrotu.

* * *

Demetriusz pchnięciem otworzył drzwi. W tej samej sekundzie w twarz Ismeny uderzyła struga lodowatej wody. Omdlała kapłanka odzyskała przytomność. Krzyknęła i natychmiast zaczęła się krztusić.

Młodzieniec omiótł spojrzeniem całą izbę. A potem skupił się na znajdującej się na środku pomieszczenia kobiecie. Podwieszono ją pod sufitem za nadgarstki, tak że między jej stopami a podłogą było sporo przestrzeni. Była całkiem naga, jednak widok ten nie wywołał u niego prędkiego przypływu podniecenia. Jej ciało spływało bowiem krwią. Piersi, brzuch i uda pokrywały pręgi po okrutnej chłoście. W wielu miejscach maltretowana skóra pękła i z ran pociekły karminowe strugi. Niektóre z nich zdążyły już przyschnąć. Policzki Ismeny pokrywały ciemne sińce. Sostenes stał obok niej z wiadrem w rękach i z satysfakcją wypisaną na twarzy. Napawał się swoim dziełem.

Charcząc, kaszląc i walcząc o każdy oddech, Ismena obracała się powoli na sznurze. Gdy Falerończykowi ukazały się jej plecy, z sykiem wciągnął powietrze. Z kapłanki zdarto dwa pasy skóry. Szerokie na pół wskazującego palca, ciągnęły się równolegle, sięgając od barku aż po centralną część grzbietu. Krew płynęła swobodnie z otwartych ran, zalewając pośladki i cieknąc w dół po nogach.

– Coś ty jej zrobił, kanalio? – zapytał drżącym głosem, choć przecież wszystko było jasne.

Najemnik o złamanym nosie posłał mu rozbawione spojrzenie.

– Twój ojciec kazał mi wydobyć z niej prawdę. Spełniam jego wolę. To uparta sztuka, jeszcze nic mi nie zdradziła. Ale stanie się bardziej wylewna. Prawda, gołąbeczko? – Odstawił wiadro na podłogę i odpiął od pasa zwinięty bicz. Wepchnął go między uda kobiety i docisnął do jej podbrzusza. – Lepiej zacznij gadać, suko, póki masz jeszcze trochę skóry na plecach!

– Natychmiast przestań – warknął Demetriusz. – Masz nowe rozkazy. Mój ojciec pilnie posyła cię na mury. Masz objąć dowództwo przy Bramie Dipylońskiej. Wygląda na to, że armia strategów szykuje się do jej szturmowania.

Sostenes skinął głową, ale nie wyglądało, jakby się gdzieś wybierał. Jego czujne oczy ani na moment nie odrywały się od młodzieńca.

– Ciekawe, że właśnie ciebie wybrał na swego posłańca. Czy arcystrategowi brakuje żołnierzy?

– Wysłał wszystkich do obrony.

Falerończyk improwizował, czekając aż tamten straci czujność. Sztylet przy pasie ciążył mu, niemal parzył go w biodro. Przedtem myślał, że po prostu oszuka najemnika i skłoni go, by opuścił salę tortur. Kiedy jednak zobaczył okaleczony grzbiet kapłanki, zmienił decyzję. Ten łotr musiał zginąć.

– Możesz sprawdzić. Tej celi strzegło kilku wartowników. Teraz korytarz jest pusty.

Potężnie zbudowany mężczyzna ruszył wreszcie z miejsca. Nie poszedł jednak ku drzwiom najkrótszą drogą. Musiałby wtedy minąć z bliska Demetriusza, co dałoby temu drugiemu sposobność do wyprowadzenia pchnięcia. Zamiast tego okrążył podwieszoną pod sufitem niewiastę z przeciwnej strony. Ismena odzyskała już oddech. Jęczała cicho z bólu. Gdy najemnik klepnął ją w pośladek, wydała z siebie krzyk, jakby włożył jej palec w ranę.

– A kto będzie strzegł naszej ślicznotki?

– Ja – odparł młodzieniec. – Przy okazji ją przesłucham.

– Tam są narzędzia.

– Dziękuję, mam inne sposoby. Rzeźnicką robotę pozostawiam rzeźnikom.

– Jaki delikatny. – Sostenes wzruszył obojętnie ramionami i postawił krok w stronę drzwi. – Nie wdałeś się w ojca, chłopcze.

Następny krok zwrócił go bokiem do Falerończyka. Ten rzucił się do przodu, wyrywając z pochwy broń. Pchnął najemnika między żebra. Sztylet wbił się w ciało, ale ześlizgnął po kości.

– Ty skurwysynie… – sapnął raniony.

Impet ataku sprawił, że wypadli przez drzwi na korytarz. Demetriusz wyrwał ostrze i zamierzył się do kolejnego sztychu. Przeciwnik obrócił się i rąbnął go na odlew kułakiem. To było jak cios kowalskiego młota. Zderzenie z kamienną ścianą wyrwało mu powietrze z płuc. Był jednak na tyle przytomny, by uskoczyć w bok, dzięki czemu uniknął morderczego sierpowego uderzenia. Lewa pięść Sostenesa wbiła się w kamień. Trzasnęły druzgotane kości palców.

Falerończyk cofał się, a wściekły ryk najemnika wypełnił mu uszy. Mocno oberwał, zawroty głowy były tak silne, że ledwo trzymał się na nogach. Co gorsza, miał do obrony tylko sztylet. Przy boku jego wroga kołysał się zaś miecz. To, że nie został jeszcze wyciągnięty z pochwy, zakrawało na cud. Jedyną szansą młodzieńca było zaskoczenie. Zmarnował ją. Wiedział już, że nie wygra tej walki.

Na plączących się nogach wpadł z powrotem do celi. Z impetem zatrzasnął drzwi i zaparł się o nie plecami. Na szczęście Sostenes nie próbował ich taranować. Pewnie pobiegł po posiłki. Demetriusz podszedł do stołu z narzędziami tortur. Jednym gestem zrzucił je z blatu. Potem stanął za meblem i zaczął go pchać ku drzwiom. Były solidne, grube, drewniane. Powinny wytrzymać jakiś czas. Gdy je zastawił, odwrócił się ku kapłance. Spoglądała na niego szeroko rozwartymi oczyma, w których było zdumienie. I nadal bardzo wiele bólu.

– Jestem przyjacielem Aratosa – oznajmił, by ją uspokoić. – Przysłał mnie tu, bym cię ratował.

Zaczął piłować swym sztyletem powróz, na którym zawieszona była Ismena. Klinga jego broni bardziej jednak nadawała się do sztychów niż do cięć. Rozejrzał się dookoła. Na podłodze ujrzał nóż o ząbkowatym ostrzu. Było całe zakrwawione. Domyślał się, że najemnik użył go, by zedrzeć pasy skóry. Kiedy z odrazą podniósł narzędzie, niewiasta potwierdziła jego przypuszczenia.

– Nie, proszę – wyrzuciła przez spuchnięte wargi. – Nie zniosę tego znowu…

– Przysięgam, że nie zrobię ci krzywdy – odparł cicho i powrócił do nacinania liny.

Nóż okazał się znacznie skuteczniejszy. Po chwili sznur puścił. Ismena opadła na stopy i osunęła się na kolana. Na wpół przytomna, poleciałaby do przodu, lecz przyskoczył do niej Demetriusz. Wziął ją w ramiona, bacząc, by nie urazić pokrwawionych pleców.

– Naprawdę przychodzisz od Aratosa? – Ismena popatrzyła mu z bliska w oczy. Mimo koszmaru, przez jaki przeszła, jej spojrzenie było przytomne i uważne. Wysiłkiem woli zdobył się na słaby uśmiech.

– Myślałaś, że o tobie zapomniał?

Pomógł kapłance usiąść na podłodze, na strzępach tego, co kiedyś musiało być jej suknią. Zacisnęła natychmiast uda, a biust skryła za skrzyżowanymi przedramionami. Falerończyk odsunął głowę, by dać znak, że nie zamierza jej zawstydzać. Zajrzał do wiadra. Pozostała w nim jeszcze resztka wody.

– Muszę przemyć ci rany – powiedział. – Potem spróbuję je opatrzyć.

Skinieniem wyraziła zgodę. Wylał trochę wody na jej bark. Syknęła i pochyliła głowę. Młodzieniec tymczasem zabrał się przy użyciu noża do rozdzierania pozostałości jej sukni, uzyskując w ten sposób długie, wąskie pasy tkaniny. Następnie zaczął obwiązywać nimi jej plecy. Pomagała mu, kiedy trzeba było przełożyć prowizoryczny bandaż przez piersi. Tym się zajmowali, gdy nagle rozległ się łoskot po drugiej stronie drzwi. Ktoś uderzył w nie z całej siły. Te jednak, zablokowane stołem, nie ustąpiły ani na pół palca.

– Dziękuję za to, co zrobiłeś – rzekła mocniejszym głosem Ismena. – Nie spodziewałam się, że spotkam tu kogoś życzliwego… Ale boję się, że tylko odsunąłeś nieuniknione. Oni i tak w końcu się tu wedrą.

– Zapewne. Wtedy jednak będzie już za późno. Kiedy wchodziłem do strategejonu, słońce chyliło się nad horyzontem. Wkrótce zapadnie noc.

Spojrzała na niego bez zrozumienia. Zniżył głos do szeptu.

– Po zmroku Aratos przerzuci Korinnę i Demostenesa do innej kryjówki. Nie znasz jej położenia. Więc nie będzie powodu, by dłużej cię torturować.

– Myślisz, że tacy jak Sostenes potrzebują powodów?

Demetriusz zacisnął zęby tak mocno, że niemal słyszał, jak kruszą się i pękają. Poczuł dojmującą bezsilność. Oczywiście, kapłanka miała rację. Ocalił ją przed męczarniami – ale tylko na krótki czas. Kiedyś znał swojego ojca – był on praktycznym mężem, nieskłonnym do bezcelowego okrucieństwa. Ale od miesięcy zachodziła w nim jakaś mroczna zmiana, którą zwieńczyła śmierć Eneasza. Młody Falerończyk domyślał się, że Dionizjusz nie okaże Ismenie łaski, nawet gdy nie będzie miał już nic do zyskania. Z ponurych myśli wydobył go dotyk. Niewiasta położyła mu dłoń na ramieniu.

– Wybacz. Cierpienie sprawia… że mówię bez zastanowienia. Jestem ci wdzięczna. Dzięki tobie… Aratos i Korinna będą bezpieczni. Nie zdołam ich wydać, choćbym bardzo tego pragnęła…

– Dlaczego miałabyś…

– Już raz byłam blisko… – Palce zacisnęły mu się na ramieniu. – Kiedy ten bydlak odzierał mi plecy… Wszystko we mnie krzyczało, bym położyła temu kres… bym zdradziła tych, których kocham. Nigdy nie podejrzewałam, że może istnieć taki ból… Miałam szczęście, że przyszło omdlenie. A potem ty.

Z drugiej strony drzwi odezwały się regularne uderzenia. Siekiery, pomyślał Falerończyk. Co najmniej trzech ludzi pracuje w pocie czoła, by przebić się przez drewno. On i kapłanka mieli coraz mniej czasu. Znów chwycił za rękojeść sztyletu.

– Stanę w drzwiach – powiedział. – Każdy, kto zechce cię skrzywdzić, będzie musiał przejść przeze mnie.

– Daj spokój! – Na ustach Ismeny pojawił się pozbawiony wesołości uśmiech. – Twoja śmierć w niczym mi nie pomoże. Ratuj chociaż siebie.

– Żaden z najemników nie zrobi mi krzywdy. Mój ojciec na to nie pozwoli.

Kapłanka otworzyła szeroko oczy.

– Nie przedstawiłem ci się dotąd. Jestem Demetriusz z Faleronu, syn Dionizjusza. Niekochany i pogardzany, to prawda, ale wciąż jedyny.

– Aratos opowiadał mi o tobie, jeszcze na Eginie. Miał na twój temat jak najlepsze zdanie. Wygląda na to, że macie wiele wspólnego.

– Co na przykład?

Tym razem uśmiechnęła się naprawdę, choć jej ramiona wciąż drżały z bólu.

– Niepoprawny romantyzm. Zamiłowanie do awanturniczych eskapad. I do ratowania kobiet, które popadły w kłopoty…

– Chciałbym mieć również jego biegłość w fechtunku. Wyrąbałbym nam drogę na wolność.

– Nawet Aratos nie przebiłby się przez całą armię. Nie, Demetriuszu. Nie mogłabym sobie życzyć lepszego obrońcy od ciebie.

– Szkoda, że mogłem zrobić tylko tyle…

Drzwi zatrzęsły się. Pół deski wyleciało z nich z głośnym trzaskiem. W powstałej dziurze ukazało się ostrze siekiery. Ktoś cofnął ją z wysiłkiem i uderzył ponownie.

– Sama wykułam swój los – szepnęła Ismena. – Wiedziałam, ile ryzykuję i po co. Było warto. Niczego nie żałuję.

– Co chcesz…

– Dionizjusz i jego zbiry nie dostaną mnie znowu w swe ręce – odparła, sięgając po zakrwawiony nóż, który leżał na podłodze.

Błyskawicznym ruchem Demetriusz chwycił ją za nadgarstek. Zamierzał wykręcić go i odebrać jej broń, ale wtedy ich spojrzenia się spotkały. Kapłanka patrzyła mu w oczy ze spokojem i determinacją. Zrozumiał, że pogodziła się już z przeznaczeniem.

– Nie pozwolę, by odarli mnie z godności – szepnęła. – By zmienili mnie w zwierzę, skomleniem błagające o litość. Nie dam się skrzywdzić żadnemu z nich.

Uścisk jego dłoni słabł stopniowo, aż wreszcie uwolnił nadgarstek Ismeny.

– Przysięgnij, że jeśli wyjdziesz z tego cało, pomożesz Aratosowi ocalić Korinnę.

Ciebie też miałem ochronić… i spójrz, co z tego wyszło, pomyślał, czując, jak coś chwyta go za gardło i dławi. Mimo to skinął głową.

– Przysięgam, że zrobię wszystko, by nie podzieliła twego losu.

– Dziękuję. A teraz żegnaj, Demetriuszu z Faleronu. Wiedz, że to właśnie ty przynosisz dumę swojemu rodowi.

Kolejne deski wypadały z drzwi. Młodzieniec podniósł się na równe nogi i stanął przed nimi, za blokującym wejście stołem. W dłoni ściskał sztylet. Zamierzał pchnąć nim każdego, kto wyjdzie mu naprzeciw. Ismena również powstała i przeszła pod przeciwległą ścianę. Kiedy dziura była na tyle duża, by przeszedł przez nie człowiek, najemnicy z siekierami cofnęli się. Falerończyk uniósł swój oręż, gotowy na wszystko. Wszystko, z wyjątkiem tego, co pojawiło się w otworze.

– Odłóż broń, synu – rzekł Dionizjusz.

Jego ton był niezwykle spokojny. Demetriusz poczuł, że włosy unoszą mu się na karku. Arcystrateg chwycił za brzeg stołu i pchnął go do przodu, odsuwając od drzwi.

– Nie wchodź tu, ojcze… Nie chcę ci zrobić krzywdy.

– Przecież mnie nie zabijesz.

Kolejne pchnięcie. Mebel przesunął się o kolejny krok. Za chwilę do celi wedrą się żołnierze.

– Nie ryzykuj…

– Gdybyś chciał mnie pchnąć, już byś to zrobił.

Opuścił rękę ze sztyletem. Zrozumiał pełnię swej przegranej. Obrócił się powoli w stronę Ismeny. Ich spojrzenia spotkały się po raz ostatni. Choć znali się tak krótko, czuł, że była dlań jak bliska przyjaciółka.

– Wybacz – szepnął. – I żegnaj.

Kapłanka uniosła nóż do gardła. Widząc to, Dionizjusz stracił całe swe nienaturalne opanowanie. Ryknął gniewnie:

– Nie waż się tego zrobić!

Odpowiedziała mu dumnym głosem:

– Już nie masz nade mną władzy.

Choć cała się trzęsła, cięła głęboko i pewnie. Demetriusz zamknął oczy, by tego nie widzieć.

* * *

Zgodnie z sugestią arcystratega, Meleager wrócił do ambasady u podnóża Akropolu. Właściwie, biorąc pod uwagę ton ich ostatniej rozmowy, Macedończyk był dziwnie spokojny. Nie huknął, jak czasem mu się to zdarzało, na niewolników, którzy spóźnili się z otwarciem przed nim drzwi. Nie zwymyślał nowego adiutanta, który wyjątkowo długo szukał w archiwum listu od Antypatra. Zasiadł przy biurku i czekał cierpliwie, aż właściwe pismo zostanie mu podane. To był ostatni element, jakiego potrzebował, by podjąć brzemienną w skutkach decyzję.

W końcu chłopak przyniósł zwinięty papirus, ze złamaną pieczęcią macedońskiego regenta. Meleager gestem odesłał młodzieńca, a następnie rozpostarł dokument na blacie biurka. Przycisnął jeden jego skraj pustym kielichem, drugi zaś dłonią. Uniósł głowę, rozejrzał się wokół. Nigdzie nie znalazł nowej amfory z winem. Będzie musiał przyuczyć adiutanta, wpoić mu, co należy do jego obowiązków. Ale nie teraz. Może nawet lepiej, że zrobi to na trzeźwo. Zaczął czytać.

„Meleagrowi, ambasadorowi Macedonii w Atenach, Antypater, regent króla Aleksandra, pozdrowienia”.

Przemknął spojrzeniem po gratulacjach, a także wieściach o ziemskim nadaniu. Słowa te znał już aż nazbyt dobrze. Bardziej interesował go dalszy ciąg listu:

„Co zaś się tyczy Twoich dalszych kroków na funkcji, którą piastujesz z takim powodzeniem: po odparciu inwazji Dardanów nie potrzebujemy już militarnej pomocy ani ze strony Aten, ani pozostałych miast południowej Hellady. Teraz najważniejszy jest tam spokój i stabilizacja promacedońskiej władzy.

Dotychczas osiągałeś nasze cele poprzez sojusz z miejscowym „silnym człowiekiem”, który dzięki wsparciu, jakiego mu udzieliliśmy, podniesiony został do rangi tyrana. Pozostawiam twej ocenie, czy taka polityka jest nadal zasadna. Miej wszakże na względzie zasadniczy cel: utrzymanie Aten w naszej sferze wpływów przy możliwie najniższych kosztach.

Są w Helladzie przykłady, że można to osiągnąć za pomocą różnych form ustrojowych: tyranii, oligarchii czy też demokracji. Bądź zatem elastyczny. Jeśli okaże się, że obecny reżim nie ma szans na stabilne trwanie, pamiętaj o priorytetach. Niech nie powstrzymują cię żadne sentymenty.

Macedonia nie ma bowiem wiecznych sojuszników – wieczne są tylko jej interesy”.

Zatrzymał dłużej spojrzenie na ostatnich słowach listu. Już wiedział, co musi zrobić. Uniesionym głosem zawołał adiutanta. Gdy ten przybiegł, Meleager rzekł:

– Udasz się do polemarchy Lizandra. Zapewne znajdziesz go przy którejś z miejskich bram albo na murach. Przekaż mu, że chcę go widzieć. Niech jutro rano stawi się w tawernie „Pierwsza przystań” w Pireusie. Jak zawsze – incognito. Mam mu do przekazania ważną nowinę. Czekaj! Zanim pójdziesz, przynieś mi jeszcze wina.

Kiedy chłopak pobiegł szukać Spartanina, ambasador napełnił kielich i uniósł go do ust. Po pierwszym łyku skrzywił się, jakby trunek okazał się wyjątkowo kwaśny. Zaraz jednak wrócił do picia. Trzeba było spełnić ten puchar goryczy. Wszak decyzja już zapadła i nic nie mogło jej zmienić. Nie będzie żadnych sentymentów.

* * *

Dionizjusz z Faleronu, archont i arcystrateg Aten, stał nad zwłokami Ismeny, przełożonej sanktuarium Artemidy na Eginie. Leżała pod ścianą celi, z jej poderżniętego gardła spłynęła już cała krew. Ateńczyk spoglądał w ponurym milczeniu na bladą twarz kapłanki, której śmierć przydała spokoju. Drżał z tłumionego najwyższym wysiłkiem woli gniewu. Bezwiednie zaciskał pięści tak mocno, że paznokcie wbijały mu się we wnętrze dłoni.

Najemnicy zepchnęli Demetriusza w kąt pomieszczenia. W jego pierś celowały trzy włócznie. Schował sztylet do pochwy i stał tam w bezruchu, czekając na wyrok swego ojca. Do pomieszczenia wszedł również Sostenes. Bandaże opasały jego tułów. Lewa dłoń również została opatrzona. Mężczyzna o złamanym nosie spojrzał na martwą niewiastę i wydął pogardliwie wargi.

– Szkoda, że nie zdążyłem jej zerżnąć – rzucił od niechcenia. – Przynajmniej przed śmiercią miałaby trochę radości…

– Zamilcz, psie – warknął młody Falerończyk. Postąpił krok do przodu, lecz groty włóczni dociskające się do jego torsu skutecznie go powstrzymały.

– Na twoim miejscu siedziałbym cicho i nie zwracał na siebie uwagi – poradził mu najemnik. – Wpadłeś w niezłe gówno, chłopcze. Zaraz poczujesz jego smak.

– Spytałem cię wcześniej, dlaczego tak przejmujesz się losem kapłanki. – Dionizjusz zwrócił się w stronę syna. – Odpowiedziałeś wymijająco. Teraz żądam prawdy. Od jak dawna współdziałasz z Aratosem z Hierapytny?

– Ostatni raz widziałem go wiele miesięcy temu, zanim wyruszył na Eginę. Od tego czasu nie rozmawialiśmy.

Arcystrateg wyciągnął rękę. Sostenes usłużnie podał mu bicz.

– Odstąpcie – rozkazał otaczającym młodzieńca najemnikom.

Stanęli w otworze wejściowym, tarasując jedyną drogę ucieczki.

– Jesteś pewien, że taka jest twoja odpowiedź?

– Jestem pewien, że taka jest prawda – odparł Demetriusz.

Widział, jak ojciec rozwija bicz i zamierza się na niego. Opuścił powieki i zacisnął zęby. Uderzenie było bolesne, choć dosięgło go przez ubranie. Mimo to nie wydał z siebie nawet jęku.

– Taki jesteś odporny?

Kolejny raz spadł na jego uda, poniżej brzegu tuniki. Palił. Z trudem zdusił krzyk. Po dwóch pierwszych przyszły następne. Każdy cios poprzedzało pytanie:

– Gdzie jest kryjówka Aratosa z Hierapytny?

– Od kiedy z nim współdziałasz?

– Dlaczego mnie zdradziłeś?

– Dlaczego zdradziłeś ród Faleronu?

Pod spadającymi razami pękało zarówno odzienie, jak i skóra. Demetriusz czuł, jak coś ciepłego spływa mu po nodze. Przy którymś z następnych uderzeń osunął się na kolana. Bicz owinął mu się wokół szyi. Ojciec pociągnął go ku sobie, sprawiając, że młodzieniec upadł twarzą na podłogę celi.

– Teraz wy – warknął w stronę najemników. – Nie oszczędzajcie się. Żądam odpowiedzi!

Mężczyźni rozpięli szerokie, rzemienne pasy. Uwolnili je od ciężaru pochew z mieczami, po czym zbliżyli się do powalonego Falerończyka. Ten uniósł głowę i popatrzył na arcystratega. W jego oczach nie było jednak prośby o litość, lecz tylko wyzwanie. Dionizjusz pierwszy odwrócił wzrok. A potem stanął do syna plecami.

Rzemienie spadały na Demetriusza, nie oszczędzając żadnego miejsca na jego ciele. Wkrótce solenne postanowienie, że nie wyda z siebie nawet jęku, poszło w niepamięć. Krzyczał, wijąc się z bólu między okładającymi go żołnierzami. Wciąż padały te same pytania, a on, wrzeszcząc, powtarzał te same kłamstwa. Chwycił się ich jak rozbitek ostatniej deski kołyszącej się na morskich falach. Wiedział, że jeśli przyzna się do zdrady, ten, który był mu kiedyś ojcem, zgładzi go bez wahania.

– Może spróbujemy czegoś innego? – zaproponował Sostenes.

W jego dłoni błysnął nóż, którego przedtem użył na plecach Ismeny. Dionizjusz rzucił okiem na ostrze i wzdrygnął się.

– Wystarczy – rozkazał wreszcie, gdy ten, który był mu kiedyś synem, nie miał już sił, by krzyczeć. – Być może on faktycznie nic nie wie. Być może jest po prostu nieszczęsnym durniem, którego ruszyło sumienie. Skoro tak, uznaję, że dostał już nauczkę. Wyrzućcie go na ulicę przed strategejonem. Mi już na nic się nie przyda.

Czyjeś silne ręce pochwyciły ciało Demetriusza i uniosły je w górę. Jego głowa zwisała bezwładnie, kiedy wlekli go przez loch, po schodach, a wreszcie korytarzem. Powiew nocnego powietrza sprawił, że uniósł jedną powiekę. Ujrzał pod sobą oświetlony blaskiem pochodni bruk. Który nagle zaczął się szybko ku niemu zbliżać. Zwalił się nań i grzmotnął czołem o wystający kamień. Ciemność wypełniła mu oczy i umysł.

Przejdź do kolejnej części – Opowieść helleńska: Demetriusz XXXVII

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Witam,

mam dziś wieczór przyjemność przedstawić XXXVI rozdział Opowieści Demetriusza. Życzę Wam ciekawej i zajmującej (mimo makabrycznych fragmentów) lektury. I mam nadzieję, że nie będziecie mogli się od niej oderwać aż do ostatniego słowa!

W cyklu poświęconym Demetriuszowi zaczęło się wielkie odliczanie. Niniejszy rozdział jest bowiem przedostatnim. Po nim będzie jeszcze tylko jeden i epilog. Ponieważ nigdy jeszcze nie tworzyłem tak rozbudowanego tekstu, ciekaw jestem, czy uda mi się na tak ograniczonej przestrzeni satysfakcjonująco zamknąć rozliczne wątki, które namnożyły się ponad wszelką miarę. Zobaczymy – i Wy, i ja sam. Jedno jest pewne. Czas kończyć tę sztukę!

Tradycyjnie już wielkie podziękowania należą się Arei Athene za profesjonalną korektę i usunięcie moich rozlicznych błędów.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Dionizjusza przed zdobyciem władzy nie powstymają nawet bogowie, Czuję że nie wyjdzie na tym dobrze. Rozwiązałeś miłosny trójkąt pozbywając się jednego z wierzchołków – Ismeny. Zginęła odważnie, szkoda że trochę przed śmiercią wycierpiała.

Trochę dziwny wydał mi się fakt że Dionizjusz powstrzymał swoje psy przed dalszym torturowaniem Demetriusza. Czyżby odezwały się w nim ojcowskie uczucia?

W ostatniej części czeka Cię ciężka praca. Zamknąć sensownie tyle wątków, tym bardziej że rozpoczynasz kolejne to trudne zadanie. Wierzę jednak że podołasz temu zadaniu.

Miałeś okazję zwiedzić Macedonię i Ateny?

pozdrawiam

daeone

Karol, co do tego że Dionizjusz się wstrzymał, nie sądzę żeby chodziło o ojcowskie uczucia, raczej o to że ma o swoim wyklętym synu bardzo niskie mniemanie i przekonanie że gdyby coś wiedział to by bardzo szybko wszystko wyśpiewał po zastosowaniu przemocy.

Swoją drogą komentuję po raz pierwszy, a serię czytam od czasów Dobrej Erotyki i jestem wielkim fanem. Choć przyznam że skupienie się tak długo na Demetriuszu i jego otoczeniu trochę mi trąci monotonią, mimo zmienności losów postaci. Brakuje mi rozwinięcia wątku Likajny, skoro Tais się swojego doczekała (Mnesarete płynie z Kassandrem, więc to może poczekać), albo opisu losów Fryne po tym jak opuściła Ateny, tudzież Heleny którą spotkało zesłanie do burdelu.

Czekam na ciąg dalszy twojej twórczości
Pozdrawiam

Witam, Anonimie!

Cieszę się, że postanowiłeś wyjść z cienia i przystąpić do komentowania! Komentarze, czyli informacja zwrotna od Czytelników jest dla twórcy niezwykle ważna. Prawdę mówiąc, to one napędzają naszą chęć dalszego tworzenia 🙂 Dlatego też zachęcam wszystkich pozostających jeszcze w cieniu, by się ujawnili. Im będzie Was więcej, tym większa szansa, że będą kolejne Opowieści!

Wierz mi, ja również uważam, że Opowieść Demetriusza zbytnio się rozrosła 🙂 Monotonii udało mi się uniknąć tylko dzięki mnogości postaci zaludniających tę historię. Ale cieszę się i odczuwam już ulgę, że fabuła zmierza szybko do zakończenia. Odnośnie Likajny, jej losy opisałem w tekście "Blondynka wg Megasa Alexandrosa" i właściwie nie mam tu nic więcej do dodania: jeśli pojawi się jeszcze na kartach Opowieści lub Perskiej Odysei, to jako postać poboczna, a nie główna. Losów Fryne możemy się domyślać – przez Korynt udała się na Sycylię. Czy jeszcze się pojawi? Tego zdradzić nie mogę 🙂 Co do Heleny jeszcze rozważam, czy poświęcić jej krótką, jedno- lub dwuczęściową Opowieść. Zobaczymy.

A odnosząc się do Twej rozmowy z Daeone: jak napisałem poniżej, motywacje Dionizjusza są tak splątane, że on sam pewnie się w nich do końca nie orientuje 🙂 Obydwa uzasadnienia jego decyzji, by ocalić Demetriusza mogą być słuszne. Myślę nawet, że niepotrzebnie byłoby to ostatecznie klarować.

Pozdrawiam
M.A.

Megasie, czy to znaczy, że kończysz cały swój cykl z "Opowieścią helleńską"?

@ Daeone,

Dionizjusz jest na tyle złożoną postacią, że chyba sam nie do końca rozumie motywacji, które kierują jego postępowaniem. Choć wyrzekł się syna, to jednak powstrzymał w pewnym momencie jego tortury – bo najwyraźniej nie jest w stanie się ot, tak, z miejsca zdystansować. Gdyby wiedział o zdradzie Demetriusza, zapewne byłby bardziej bezlitosny. Na szczęście uznał jego najnowszy "wyskok" za kolejny dowód pięknoduchostwa.

Ostatnie rozdział, który już powstaje, nie będzie łatwy, ale myślę, że dam radę zamknąć najpilniejsze sprawy. Pozostałe znajdą konkluzję w rozbudowanym epilogu. Co zaś się tyczy trójkąta Korinna-Ismena-Aratos, chciałem go "rozwiązać" nieco inaczej, niż w przypadku trójkąta Tais-Chloe-Gylippos. Bo nie lubię dublować rozwiązań fabularnych 🙂

W Atenach spędziłem trochę czasu, w historycznej Macedonii znacznie mniej. Ale tam niestety zostało niewiele dziedzictwa historycznego – co najwyżej na stanowiskach archeologicznych. Kultura macedońska pozostawiła po sobie niewiele materialnych śladów, choć ostatnio znaleziono kilka z nich (prawdopodobny grobowiec Filipa II i mozaika nieopodal Amfipolis).

@ Siostra,

"Opowieść helleńska" powoli się kończy, tak. Jeśli znajdę czas, siły i wytrwałość, rozpocznę "Perską Odyseję", ciąg dalszy przygód Kassandra, w której znajdą się wątki ze wszystkich Opowieści.

Pozdrawiam Was serdecznie
M.A.

O ile się domyślam Meleager ma teraz swobodę działania i pewnie raczej wyda polecenie Lizandrowi albo zabicia Dionizjusza z Faleronu albo umożliwienia Demadesowi i Fokionowi wdarcia się do miasta. Z drugiej strony ciekawe dlaczego Dionizjusz nie rozszyfrował, że Lizander pracuje dla Macedończyków. Czy był naiwny, że sądził, że Macedończycy pozwolą mu na realizację jego planu. Ewentualnie możliwość jest taka, że Macedończycy uznali, że jest za bardzo niewygodny i raczej zdecydowali się go pozbyć.

Witaj, drogi Anonimie!

Nie mogę oczywiście potwierdzić Twoich przypuszczeń odnośnie dalszych wydarzeń, ani im zaprzeczyć, to bowiem byłby spoiler. Więc powiem tylko, że całkiem sprytnie kombinujesz 🙂

Co do Dionizjusza nie podejrzewającego Lizandra o zdradę: dlaczego miałby go podejrzewać? Spartanin był zawsze lojalny i spełniał wszystkie zadania, jakie przed nim postawiono. Odznaczył się w czasie demokratycznego powstania, sprowadzając do Aten najemników i druzgocząc rebeliantów (no i własnoręcznie zabił Brennusa). Arcystrateg nie miał powodów do kwestionowania jego lojalności. Zresztą, do niedawna jeszcze wierzył w lojalność Aratosa i dopiero jego pojawienie się w Atenach i rzeź jaką zrobił, uświadomiła Dionizjuszowi, że grozi mu zdrada. Musi trochę przetrawić tę informację 🙂

Co do Macedończyków: ich najbardziej interesuje kontrola nad Atenami. To, za czyim pośrednictwem będą ją sprawować, jest kwestią wtórną. Dlatego nie muszą czuć się przywiązani do Dionizjusza (czy też z drugiej strony do Demadesa i Fokiona, którzy też im sprzyjali). Antypatra i jego ludzi zawsze cechował pragmatyzm 🙂

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Witam Megasie,

Niesamowicie sie czyta Twoje opowiadania. Mialem to szczescie, ze sie natknolem na nie niedawno (pare m-cy temu) wiec nie musialem na kolejny 'odcinek' czekac miesiac, tylko czytac kiedy mialem ochote – tzn dosc czesto 🙂 – dopiero ostatnie dwa ostatnie opowiadania wystawiaja mnie na probe czekania :). Ma to swoje plusy, np to ze po miesiacu czasu czytajac Twoje opwiadanie bardziej je sie hmm… "celebruje" 🙂

Chyle, czola nad nad genijalnoscia opowiesci i nadtym, ze mimo to, ze powiesc powstawala tak dlugo ciagle czuc w niej tego samego 'ducha' i ze jest ona taka spojna 🙂

Bardzo mocno zachecam i dopinguje do pisania dalej – 'Perskiej Odyseji' i zycze takiej samej sily i wytrwalosci w pisaniu kolejnych czesci 🙂

pozdrawiam,
Krzysiek

Witam, Krzysztofie!

Zawsze jest mi bardzo miło, gdy kolejny Czytelnik wychodzi z cienia i zdecyduje się na komentarz! Tym bardziej taki jak Twój 🙂 Mam nadzieję, że będziesz również komentował następne moje prace. A te będą się tu pojawiać, choć może nie w morderczym tempie jednego tekstu miesięcznie.

Zachowanie spójności OH nie jest łatwe, bo rozrosła się ona nadzwyczaj bujnie, tym większa radość, że wciąż mi się to udaje. Tworzenie tej historii jest arcyprzyjemną przygodą. Dobrze wiedzieć, że jej poznawanie również!

A oczekiwanie na kolejne odcinki mojego autorstwa możesz sobie umilić lekturą innych opowiadań z Najlepszej Erotyki. Jeśli lubisz opowieści historyczne, to mogę polecić "Żegnaj Lizbono" Miss.Swiss (XVIII wiek, Portugalia), "Wielką Grę" Foxma (Europa, okres tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej i jej początek), a także "Dantin" Sinful Pena (renesansowa Italia).

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Megasie,

Tak, szczegolnie mi sie podobaja historyczne opowiesci – niektore polecane przez Ciebie juz znam a z innymi sie na pewno zapoznam 🙂

Postaram sie wnosic cos poztywnego & kreatywnego przez czestsze komentarze 🙂

pozdrawiam,
Krzysiek

Dragi Megasie, cóż nie zachwyciłeś mnie tym razem dlatego komentuje tak późno. Miałem wrażenie, ze biegłeś na skróty, kończąc wszystko i wszystkich po kolei. Piszesz dobrze, ale zasada decorum tym razem zapomniana leży wśród trupów;]

Cóż, drogi Seelenie,

nie zawsze da się zadowolić wszystkich, mam nadzieję, że następny rozdział bardziej utrafi w Twoje gusta. Miło mi, że doceniłeś styl pisania, nawet jeśli niektóre potrzebne elementy (nastrój? tempo? logika rozwoju postaci?) zaginęły pod stosami zwłok 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Bądź pozdrowiony,

Powiem szczerze, mimo powagi sytuacji w lochu zaśmiałem się czytając ją. Coś mi to przypomniało:

,,Z drugiej strony drzwi odezwały się regularne uderzenia. Siekiery, pomyślał Falerończyk. Co najmniej trzech ludzi pracuje w pocie czoła, by przebić się przez drewno(…) Drzwi zatrzęsły się. Pół deski wyleciało z nich z głośnym trzaskiem. W powstałej dziurze ukazało się ostrze siekiery. Ktoś cofnął ją z wysiłkiem i uderzył ponownie(…)Kolejne deski wypadały z drzwi. Młodzieniec(…) w dłoni ściskał sztylet. Zamierzał pchnąć nim każdego, kto wyjdzie mu naprzeciw(…) Kiedy dziura była na tyle duża, by przeszedł przez nie człowiek, najemnicy z siekierami cofnęli się. Falerończyk uniósł swój oręż, gotowy na wszystko. Wszystko, z wyjątkiem tego, co pojawiło się w otworze.

– Odłóż broń, synu – rzekł Dionizjusz.”

Czytałem i nagle doznałem olśnienia: Hereeee’s Johnny! 😀

O masz! O tym nie pomyślałem 🙂

„Lśnienie” oglądałem tak dawno temu, że kiedy pisałem scenę w lochu, w ogóle mi się nie skojarzyła z rozbijającym drzwi Nicholsonem. Teraz, gdy mi to uświadomiłeś, myślę, że już nie pozbędę się tego skojarzenia 🙂

A swoją drogą, Nicholson (młody! z czasów np. „Chinatown”) nadawałby się do roli Dionizjusza w ewentualnej ekranizacji Opowieści Demetriusza.

Pozdrawiam
M.A.

Wszystkich wątków to na pewno w dwóch rozdziałach zamknąć nie zdołasz, Megasie. Ale może to i lepiej. Opowieść godna tego miana powinna, moim zdaniem, tworzyć nieustannie nowe punkty zaczepienia, od których mogłaby rozpocząć się kolejna fabuła. Czyż tak właśnie nie dzieje się w życiu? Tamtejsze historie nigdy się nie kończą. To własnie daje się zauważyć także w Twoich „Opowieściach”. Przyznam, że osobiście szczególnym entuzjastą scen w izbach tortur nie jestem, ale rozumiem, że trafiła się i taka konieczność. Swoją drogą, znowu potwierdziło się moje odczucie, że surowo traktujesz postacie kobiece. Ismena to postać prawdziwie szlachetna, a skończyła bardzo tragicznie. Zdołała przynajmniej zachować godność i chwała ci za to. A co tymczasem u Kritiasa? Dopytuję, bo to mój „ulubieniec”.
Pozdrawiam

Witaj, Neferze!

Słusznie domyślasz się, że nie wszystkie wątki znajdą w Opowieści Demetriusza definitywne rozwiązanie. Niektóre z nich będą kontynuowane w Perskiej Odysei. Inne przewiną się może w miniaturach lub opowiadaniach poświęconych poszczególnym postaciom (na wzór mojej „Blondynki” która skupia się na Likajnie), które kiedyś napiszę. Ale jednak postaram się udzielić odpowiedzi na najważniejsze pytania nurtujące Czytelniczki oraz Czytelników Opowieści. Po tak długiej przygodzie zasługujecie na satysfakcjonujące rozwiązanie 🙂

Co do smutnego końca Ismeny – z pewnością nie zasłużyła na swój los. Ale świat Opowieści helleńskich nie zawsze jest sprawiedliwy (czy może raczej, z rzadka nim bywa). Jedyne, co mogłem uczynić, to pozwolić jej odejść na własnych warunkach. Zapewniam Cię jednak,że Twojego ulubieńca również czeka wiele cierpień. Przed Tobą przecież jeszcze kilka rozdziałów!

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz