Kartka z pamiętnika (Smok Wawelski)  3.53/5 (20)

18 min. czytania
Pavel Kiselev (Photoport),"Naya", CC BY-NC-ND 3.0

Pavel Kiselev (Photoport),„Naya”,
CC BY-NC-ND 3.0

Kiedy zaczęłam prowadzić pamiętnik, umówiłam się z W., że nigdy tu nie zajrzy. To było, gdy byliśmy jeszcze zupełnie młodzi. Na drugim roku studiów zamieszkaliśmy razem, zaczęliśmy dzielić przestrzeń na dwoje. Postanowiliśmy, że każde z nas zachowa fragment swojego życia tylko dla siebie – tak dla zdrowej atmosfery w związku, żeby nikt nie czuł się przytłoczony ciągłą obecnością drugiej osoby. Ja postanowiłam pisać pamiętnik, W. udzielał się na tych swoich forach i blogach. Każde było zadowolone. Dlaczego o tym wspominam? Bo wszystko wskazuje na to, że od dzisiaj drogi pamiętniku, zyskasz zupełnie nową rolę, a ja będę musiała zadbać o to, by znaleźć dla ciebie miejsce mniej dostępne dla ciekawskich oczu W.

21 września 20..

Wszystko zaczęło się trzynastego września tego roku. Nie jestem już taka młoda, swoje przeżyłam i o życiu wiem już nieco więcej niż za czasów studenckich. Nigdy jednak nie znalazłam się w takiej sytuacji jak przed kilkoma dniami. Awanturę, którą zrobiłam W. słyszało pewnie pół osiedla. Należało mu się. Do dziś chodzi po domu niemal na palcach, świadomy, że każdy szelest, każdy niewłaściwy krok z jego strony może wywołać kolejną burzę. A ja? Z perspektywy czasu uważam, że zachowałam się jak furiatka, ale nie przyznam mu się do tego. Gotów pomyśleć, że może sobie pozwolić na więcej. Co będzie dalej? Nie wiem, na razie jest jeszcze za wcześnie, abym była w stanie spokojnie i trzeźwo o tym myśleć.

Trzynastego września obudziliśmy się oboje wypoczęci. Była sobota – jedna z niewielu, kiedy żadne z nas nie miało obowiązków służbowych. Mogliśmy sobie zatem pozwolić na wyłączenie budzików. Ciepłe snopy światła, które wpadały do naszej sypialni przez niedbale zasłonięte zasłony, oświetlały niewielki obrazek wiszący na ścianie. Był to zawsze pierwszy widok, którym witał mnie nowy dzień – brązowa, drewniana ramka i niewielka akwarela przedstawiająca kwiatki. „Malowidło” nie było cudowne, ale miało swój urok i pasowało do naszej sypialni. Jak zawsze leżałam na boku, a za mną mój W. przytulał mnie do siebie.

– Chciałbym dziś wieczorem zrealizować z tobą wyjątkową fantazję – szepnął mi do ucha. Jak gdyby wyczuł, kiedy się obudziłam i otworzyłam oczy. On zawsze miał tę niesamowitą zdolność oceny, czy jeszcze śpię.

Wtuliłam się w niego nieco mocniej, wypinając kusząco pupę w jego stronę. Jego fantazje niemal za każdym razem były przyjemne dla mnie. Mogłam więc na pewno liczyć na długą grę wstępną, dużo pieszczot i seks, którego nigdy nie nazywałabym bzykaniem – to było kochanie. Tak było zawsze, ale jak się okazało, nie tym razem.

– Jestem za – to jedyne, co odpowiedziałam. Nie lubię wielkich deklaracji, rozciągania rozmów o seksie do wielkich dyskusji. Dlatego też zazwyczaj staram się krótko zamykać temat, jednocześnie zostawiając sobie małą furtkę. W końcu „jestem za” jest mniej wiążące niż „dobrze, zróbmy to”. Tak mi się przynajmniej wydaje. W. doskonale zna moje babskie zagrywki i trzeba mu przyznać, że jest naprawdę wyrozumiały w tym względzie. Niejeden facet pewnie już dawno zrobiłby z tego problem, a on cierpliwie przyjmował te moje gierki językowe, wzdychając tylko i licząc, że jednak się w decydującym momencie nie wycofam. Rzeczywiście zdarzały mi się takie akcje. A to było za wcześnie, a to za późno i chciało mi się już spać, a to okazywało się, że coś ciekawego leci w telewizji, a to jakaś mała sprzeczka i nie udawało się już wrócić do wcześniejszego nastroju. Zresztą co tam, widziały gały co brały. On też nie jest święty, swoje za uszami ma. Jednak trzynastego września nic nie zwiastowało takiego zakończenia wieczoru.

Kiedy patrzę na to z dzisiejszej perspektywy, to widzę doskonale, jak się do tego przygotowywał. Cały dzień chodził jakiś nieobecny, cały dzień coś zaprzątało jego głowę. Co jakiś czas przychodził tylko, obejmował mnie, całował, dotykając przez ubranie mojego ciała, szepcząc czułe słówka. Za którymś razem kazałam mu przestać, bo robił się nachalny. Ma już trzydziestkę na karku, a ciągle zachowuje się jak niewyżyty nastolatek. No ile można. Mam czasami dość tego jego zachowania. Po iluś tam latach życia razem, kiedy człowiek spotyka się z takimi tekstami i zachowaniem , to wszystko mu powszednieje. Szepty i dotykanie nie podniecają jak kiedyś, a najnormalniej w świecie irytują, szczególnie kiedy człowiek ma zaprzątniętą głowę innymi, codziennymi sprawami. Kocham go, ale mógłby już przestać to robić. Ja tu myślę o gotowaniu obiadu, czy o przygotowaniach do pracy, a on całuje mój kark i pieści piersi. Każda kobieta chyba miałaby dość.

Odszedł obrażony. Może rzeczywiście nieco przesadziłam. Widziałam przecież, że mu zależy żeby mnie nakręcić. Ten wieczór musiał być dla niego rzeczywiście ważny. Smsa, którego mu wysłałam pamiętam, jak gdyby to było przed chwilą: „przepraszam, nie gniewaj się, wieczorem będę cała do Twojej dyspozycji”. Odpisał tylko, że mnie kocha – to wystarczyło. Wiedziałam, że zawsze, gdy tak pisze to już wszystko jest między nami w porządku.

Dzień zleciał szybko. To, że sobota jest wolna od spraw zawodowych nie oznacza bynajmniej, że można nic nie robić. Sprzątanie i zajmowanie się ogrodem to po prostu konieczność, jeśli chce się mieszkać w cywilizowanych warunkach. Nie inaczej było tego dnia. Każde zajmowało się swoimi obowiązkami. Późnym popołudniem W. zaskoczył mnie.

– Przygotowałem Ci gorącą kąpiel – złapał mnie za rękę i zaciągnął niemal na siłę do łazienki. Zupełnie nie miałam jeszcze ochoty ruszać się z kanapy. Byłam wykończona po sprzątaniu domu, jednak on starał się, aby w jego głosie nie było miejsca na żaden sprzeciw. Starał się, bo wiedziałam, że jeśli będę bardziej stanowcza to i tak postawię na swoim. Obiecałam mu jednak w smsie siebie. Powstrzymałam się zatem od protestu i dałam się zaciągnąć do łazienki. Zresztą sama pomyślałam, że gorąca kąpiel dobrze mi zrobi.

Muszę przyznać, że zrobił na mnie naprawdę duże wrażenie. Było już gdzieś około dziewiętnastej. Za oknami robiło się ciemno. Mnie za to łazienka powitała ciepłym światłem świec. Nie liczyłam , ale było ich naprawdę sporo. Nie były to zwykłe małe podgrzewacze w aluminiowych miseczkach, tylko prawdziwe woskowe świece, które paląc się dawały przyjemną, żółtawą poświatę. Kilka musiało być zapachowych. W powietrzu unosił się bowiem aromat goździków, cynamonu i czekolady. W. wie, co lubię. Pewnie nie mogąc się zdecydować na jedno, wybrał wszystkie trzy zapachy. To jest w nim urocze – zawsze stara się wykonać zadanie w stu dwudziestu procentach. Także wtedy, gdy chce mi dogodzić.

Sama nie wiem, jak mogę o nim pisać, że jest uroczy. Po tym, co mi zrobił!? Zresztą sama też nie wiem w tej chwili nawet co o tym myśleć.

Woda była gorąca, można powiedzieć, że nawet trochę za gorąca, ale moje ciało po chwili przyzwyczaiło się do mrowienia, wywołanego temperaturą. Początkowo nie wiedziałam, czy więcej jest wody, czy piany, która uniosła się ponad wannę, gdy zanurzyłam się cała. Pamiętam, że przypomniały mi się wtedy amerykańskie filmy i sceny, kiedy kobiety relaksują się w ten sposób. W codziennym życiu takie ekstrawagancje są nie do pomyślenia. Nie jestem osobą, która tylko siedzi i pachnie. Kiedy człowiek pracuje zawodowo i zajmuje się domem to najczęściej marzy tylko o szybkim prysznicu, a potem jak najszybciej do ciepłego łóżka. W. chciał, żebym poczuła się wyjątkowo, żeby skruszały moje lody. I co tu dużo ukrywać – udało mu się. Pełni przyjemności dopełnił kieliszek mojego ulubionego wina, który przyniósł po chwili. Zraziła mnie jedynie ilość krwistej cieczy w szkle. Pomyślałam wtedy, że zależy mu na tym, abym była nie do końca trzeźwa. Ale co tam, bardzo lubię wytrawne wina z Bordeaux, więc przez moją głowę przemknęło – czemu nie?. Nie pamiętam już o czym rozmyślałam, leżąc w gorącej wodzie. Pamiętam tylko, że w trakcie mojego relaksu przyszedł W., spuścił część wody i dopełnił wannę nowym zastrzykiem gorącej cieczy. Chwilę rozmawialiśmy. Poprosił mnie, bym ubrała się w bieliznę, którą dla mnie przygotował. Zostawił mnie samą, dając do zrozumienia, że mogę brać kąpiel tyle czasu, ile tylko będę miała ochotę. Chwilę później usłyszałam, zza drzwi spokojną, nastrojową muzykę. Jej głośność nie była nachalna.

– Norah Jones, a jakże – pomyślałam i wypijając resztę wina, ułożyłam się wygodnie w wannie. Ciepło rozchodziło się już po każdej komórce mojego ciała. Oparłam głowę o brzeg wanny i zamknęłam oczy.

Z letargu wyrwał mnie głos piosenkarki.

Musiałam zasnąć – pomyślałam. Ile to trwało, ciężko powiedzieć. Woda była nadal bardzo ciepła, ale na opuszkach palców zrobiły się już marszczenia – niezawodny sygnał, że należy kończyć kąpiel.

Wstałam energicznie, a zawrót głowy, który od razu się pojawił sprawił, że lekko się zachwiałam. Zmęczenie całym dniem, wypite wino, gorąca woda i dużo pary, która rozchodziła się po łazience zrobiły swoje. Nieco ostrożniej już wyszłam z wanny i przyłożyłam biały ręcznik do twarzy. Pachniał świeżością. Mój W. postarał się nawet o takie detale jak zmiana ręcznika, specjalnie dla mnie. Zazwyczaj ja to robię, widać jednak było gołym okiem, że zależy mu na tym, żeby tego wieczoru wszystko było idealnie. Na szafce obok umywalki czekał na mnie komplet czarnej bielizny. Nie były to rzeczy wyciągnięte z mojej szuflady. Kupił nowe. Majtki pasowały idealnie. Delikatnie przylegały do moich pośladków, jakby były drugą, naturalną skórą. Nie były pełne, ale też nie były to chamskie sznurki. Wybrał kompromis. Zasłaniały górną część pośladów, by kończyć się mniej więcej w połowie ich wysokości. Chwilę nawet przeglądałam się w nich w lustrze, bo bardzo mi się podobały. Ze stanikiem nie było już tak kolorowo. Wybrał pod siebie. Zabawne – pomyślałam – faceci chyba nigdy nie zrozumieją, że biustonosz ma być przede wszystkim wygodny. Dla nich zawsze pewnie najważniejsze będzie to, by jak najbardziej eksponował cycki. Nawet za cenę tego, że gdzieś uciska czy pije. Co raczej niespotykane, kiedy zebrałam piersi, dyskomfort częściowo ustąpił. Prezentowały się do tego tak, jak W. lubi najbardziej – były pełne, okrągłe i niemal stykały się ze sobą.

– Niech ma, niech się cieszy, w jego oczach widać wtedy tyle szczęścia – pomyślałam.

Nie mógł sobie też darować szpilek. Dostrzegłam je dopiero po chwili. Stały równo ustawione przy drzwiach łazienki, niczym żołnierze na apelu. Czarne, matowe, z różowym wnętrzem – jego ulubione.

Strój, który mi wybrał, dopełniłam mocnym makijażem.

– Skoro chce czerni, to nie zawiodę jego oczekiwań – myślałam robiąc sobie oczy na ten kolor, do tego wyrazista szminka i będę jak milion dolarów.

Denerwujące stukanie butów, które towarzyszyło każdemu krokowi w kierunku sypialni zapowiadało, że się zbliżam. Już z daleka, przez uchylone drzwi naszej alkowy widziałam, że tam również palą się świece. Ciepła poświata zdradzała to równie wyraźnie, jak szpilki moje nadejście.

W pomieszczeniu nie było nikogo. Centralną część naszej sypialni zajmowało duże łóżko. Dla W., gdy je wybieraliśmy, niezwykle ważna była jego szerokość. Na jednej ścianie szafa, która w drzwiach miała wmontowane lustra, naprzeciw niej fotel. Nie pamiętam już, jaki był cel wstawienia go do tego pokoju, jednak na co dzień spełniał bardzo prostą funkcję. Lądowały na nim ubrania, które planowaliśmy jeszcze zakładać. Można powiedzieć – taka przechowalnia na widoku. Zazwyczaj nie wyglądało to ładnie, bo robiła się na nim sterta ciuchów. W. mnie jednak mile zaskoczył. W tej chwili wszystko było wysprzątane. Fotel był uprzątnięty, łóżko… no właśnie łóżko. Leżały na nim dwie wielkie poduszki, jednak moją uwagę przykuły przede wszystkim krawaty. Te już zawsze w sypialni będą mi się kojarzyły z jednym. W. użył ich kiedyś w zabawie w wiązanie.

– Więc dzisiejsza fantazja to wiązanie – od razu pomyślałam, lekko zniesmaczona. Za pierwszym razem nie podobało mi się za bardzo to, że nie miałam na nic wpływu i nad niczym kontroli.

– Co to za mina? – usłyszałam za sobą znajomy głos, a gdy się odwróciłam W. stał przy mnie z dwoma kieliszkami wypełnionymi winem.

– Wiązanie? – zapytałam zrezygnowana.

– Kochanie, wiem, że ostatnim razem nie było fajerwerków, ale tym razem zadbałem, by wszystko było cudownie, zaufaj mi, proszę – powiedział, starając ukryć się niezadowolenie i smutek wywołany moim podejściem.

– No dobrze, niech będzie – powiedziałam bez entuzjazmu. – No dobrze, niech będzie – powtórzyłam, już weselej, łapiąc się na tym, że robię właśnie wszystko by unieszczęśliwić mężczyznę, którego kocham. Uśmiechnęłam się i wzięłam od niego kieliszek. Niech ma chłopak, skoro jemu to sprawia przyjemność. – Ale obiecaj, że jeśli nie będzie mi się podobało, to skończymy – ubezpieczyłam się.

– Tak jak zawsze – zapewnił mnie i pocałował w czoło. Nieczęsto zdarzało się, że do całowania musiał stawać na palcach, normalnie jestem od niego niższa, jednak szpilki zrobiły swoje. Nasze oczy były teraz na jednym poziomie.

Usiedliśmy na brzegu łóżka i zaczęliśmy sączyć wino, wpatrując się sobie w oczy.

– Wyglądasz w tej bieliźnie po prostu nieziemsko – szepnął mi do ucha.

– Dziękuję, pasuje idealnie – darowałam sobie już wzmiankę o uciskającym staniku.

Akcja nie rozkręcała się szybko. Całował mnie delikatnie. Każdy dotyk wilgotnych warg powodował przyjemny dreszcz. Najpierw skupiały się one w okolicach karku i ramion (W. doskonale wie, co sprawia mi przyjemność), by dalej przejść na pieszczoty pleców. Wiedziałam już, że ten wieczór szybko się nie skończy. Centymetr po centymetrze składał subtelne pocałunki na mojej skórze. Nie wszędzie sprawiało mi to jakąś wyjątkową przyjemność, niektórych wręcz prawie nie czułam, jednak warto było czekać na to, kiedy zbliży się do wyjątkowo wrażliwych rejonów. Te były na bokach, szczególnie na wysokości pępka. Każdy pocałunek, każdy ciepły oddech, który się tam pojawiał sprawiał, że wszystkie włoski na moim ciele stawały na baczność. Sama nie wiem, czy bardziej można nazwać to uczucie nieziemsko przyjemnym, czy tragicznie łaskoczącym – pewnie coś pomiędzy, jednak jest w pieszczotach moich boczków coś wyjątkowego, coś, co sprawia, że pomimo łaskotek, których nie cierpię, pozwalam na to zawsze bez mrugnięcia okiem. W. wie o tym doskonale. Lizanie i podgryzanie tych miejsc to także okazja do radosnych szaleństw, uciekania przed „torturami”, śmiechu, droczenia się. Zawsze wykorzystuję ten moment, by odwrócić się na plecy i pozwolić na pieszczoty przedniej części ciała.

Tak miało być też teraz. Napięłam mięśnie i już wyobrażałam sobie, że mój kochanek zaraz rozpocznie taniec językiem po miękkiej skórze. Już miałam w myślach te cudownie chwile, kiedy łapie moje piersi, jeszcze odziane, jeszcze uwięzione, pragnące zaznać wolności i rozkoszy. Czułam już niemal jego oddech na swoim brzuchu, czułam dotyk wilgotnych warg, zwiastujący przyjemność, jednak tym razem bardzo się pomyliłam. W. miał inny plan. Położył mnie na brzuchu na dużych poduszkach, wyciągnął moje ręce do przodu i rozpoczął wiązanie. Krawaty się do tego idealnie nadawały. Najpierw przywiązał je do wezgłowia łóżka, a następnie zabrał się za krępowanie moich rąk. Delikatny materiał oplótł moje nadgarstki. W. robił to stanowczo, ale subtelnie. Doskonale wyczuwał moment, kiedy pętla była już wystarczająco zaciśnięta, ale nie powodowała dyskomfortu. W ten sposób zniewolił obie moje ręce, które rozciągnięte w przeciwległych kierunkach opadały na łóżko. Poduszki stanowiły idealne wybrzuszenie, sprawiające, że leżałam teraz ponętnie wypięta. Mój kochanek na tym jednak nie poprzestał. Zsunął ze mnie majteczki i rozciągnął nogi. Nie mocno, tylko tyle, żeby dosięgnąć do kostek dwoma kolejnymi krawatami, przymocowanymi do końcowych wierzchołków łóżka. Leżałam tak wredy wypięta, bez majtek, przywiązana za każdą kończynę do łóżka. Niby nie jakoś mocno, ale na tyle skutecznie, że nie mogłam tak po prostu wstać i się rozplątać.

– To nie jest to, na co liczyłam. Teraz to już na pewno nie będzie mu łatwo sprawić mi przyjemności – w moich myślach krążyła tylko ta jedna myśl. Sama nakręcałam się na to, że na pewno wieczór nie będzie udany.

– Odpręż się i pozwól mi działać. Wiem, co myślisz, ale gwarantuję ci, że cię zaskoczę – zdawało mi się wtedy, że W. czyta w moich myślach.

Nie zdążyłam jednak zbyt dużo wymyślić, bo stało się coś, czego zupełnie się nie spodziewałam. Użył jeszcze jednego krawata. Ten ostatni wylądował na moich oczach, zabierając im dostęp do tego, co działo się w sypialni. Wcześniej mogłam jakoś karkołomnie odwrócić się i spojrzeć na W. lub też przekręcić głowę w stronę luster i choć wzrokiem kontrolować przebieg zdarzeń.

– Dlaczego on mi to robi? Przecież wie, że nie lubię sytuacji, których nie mogę kontrolować – myślałam wtedy.

– Zaraz wracam, nigdzie się nie ruszaj – zażartował, szepcząc mi do ucha. A jak i gdzie niby miałam się ruszyć. Choć gdybym wiedziała wtedy tyle, ile wiem teraz z pewnością starałabym się uciec.

Zostałam sama. Niemal naga, wypięta, przywiązana do łóżka jego krawatami. W niemal całkowitej ciemności. Zasłona oczu była tak szczelnie zawiązana, że nie pozwalała na zobaczenie czegokolwiek. Na dodatek wychodząc pogłośnił nieco muzykę, co w pewnym stopniu ograniczyło także możliwość słyszenia tego, co dzieje się wokół mnie.

Leżałam tak chwilę zanim wrócił. Cały czas nic nie widziałam. Tylko stłumione odgłosy w sypialni pozwoliły na ocenę tego, że jest znowu przy mnie. Podszedł do łóżka, czułam, że jest blisko. Straszne uczucie, kiedy każde zakończenie nerwowe z jednej strony jest przygotowane na dotyk, a z drugiej jest całkowicie nieświadome, że za chwilę będzie wysyłać sygnał do mózgu. Wzrok to jednak potężny zmysł. Obserwując partnera, wiadomo, czego się spodziewać, gdzie za chwilę będzie dotykał, pieścił, w jaki sposób będzie to robił. Receptory są na to przygotowane. W tamtej chwili jednak nie wiedziałam nic. Pierwszy dotyk spowodował drżenie, niemal podskoczyłam na łóżku. Było to silniejsze ode mnie. To tak, jakby ktoś nagle wystraszył mnie podczas oglądania strasznego filmu. Dopiero po chwili do mózgu dotarła druga informacja, początkowo równie nieprzyjemna, co wcześniejsza. Zakończenia nerwowe zostały podrażnione – kochanek dotknął mojego ciała czymś wyjątkowo zimnym. Pierwsze, co przyszło mi wtedy do głowy to, że bawi się kostką lodu. Nie myliłam się. Pewności nabrałam, gdy zaczął kreślić nią linię wzdłuż moich pleców. Lód szybko topniał na rozgrzanym ciele i już po chwili zaczęły spływać z moich pleców kropelki wody. On bawił się fenomenalnie, a ja przeżywałam katusze, kiedy nie mogłam podrapać się czy zgarnąć spływającej kropli. Szczególnie nienawidziłam go, kiedy kilka kropli postanowiło wytyczyć nowe drogi przez boczki, w stronę mojego brzucha. Poprosiłam, by przestał. Przestał. Delikatnie wytarł moje plecy ręcznikiem, który widocznie przyniósł ze sobą. Chwilę później wrócił jednak do swoich tortur. Byłam już na nie nieco przygotowana, jednak zaskoczył mnie ponownie. Tym razem zaczął swoją wędrówkę kostką lodu od dołu pleców i niebezpiecznie zbliżał się rowkiem do mojej pupy. Pamiętam, że chciałam zacisnąć pośladki najmocniej jak tylko potrafiłam, ale nie było to do końca możliwe ze względu na wypiętą pozycję i rozciągnięte nogi. Dotarł do wejścia do pupy zanim zdążyłam wymyślić jakiś sensowny sposób obrony. Jedyne, co mam we wspomnieniach w tej chwili to syknięcie, które wydałam z siebie, kiedy lód płynnie znalazł zaciśnięte do granic możliwości zagłębienie. Zimny dotyk nie wywoływał bólu, było to jednak niesamowicie dziwne do opisania uczucie. Nie wiem, czy mogłabym je polubić, szczególnie, że znęcający się nade mną partner delikatnie, lecz wytrwale bawił się wejściem do mojej pupy, ustawiając kostkę lodu wierzchołkiem w stronę mojego wnętrza i lekko ją naciskając. Opóźnione reakcje stłumionych chłodem nerwów oraz duży poślizg narzędzia tortur sprawiały, że udawało mu się to bez większych trudności. Ucieszyłam się, gdy poczułam, że opuszcza te rejony. Jednak, gdy tylko zimna powierzchnia lodu dotknęła moich warg sromowych, pomyślałam, że wcześniejsze pieszczoty były czymś przyjemnym. Myślałam wtedy, że jeśli natychmiast nie przestanie to stanowczo każę się rozwiązać i ten wieczór zakończymy w mało przyjemny sposób. Byłam mocno zaskoczona, gdy tylko przez chwilę dotykał mojej muszelki. Zupełnie tak, jakby czytał w moich myślach, albo doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że taki dotyk nie sprawia przyjemności. Olbrzymie zaskoczenie poczułam jednak natychmiast po odstawieniu lodu. Moje wargi zaczęły chłonąć ciepło z otoczenia, temperatura tego miejsca zaczęła wyrównywać się z całym ciałem. Towarzyszył temu efekt, którego zupełnie się nie spodziewałam.

– Czujesz jaka jestem tam wilgotna – zapytałam nieśmiało. – Skąd wiedziałeś? – podejrzewałam, że naczytał się czegoś na tych swoich forach i blogach. Miałam nadzieję, że naczytał się więcej, bo pomimo teoretycznej nieprzyjemności, jaka towarzyszyła zabawie lodem, ten wieczór zaczynał mi się podobać. Widać było, że W. podszedł naprawdę poważnie do tematu i że jego działania będą miały na celu przede wszystkim moją przyjemność, nawet jeśli będzie ją sprawiał w niestandardowy sposób.

Nie doczekałam się odpowiedzi na moje pytania. Poczułam jednak, że zbliża się do mojej głowy. Coś miękkiego dotknęło moich warg, ale nie zatrzymało się na nich, a zaczęło wpychać się do moich ust. Poznałam szybko, że to materiał. Mój kochanek wkładał mi do ust moje majtki. Pamiętam, że pierwsze, o czym pomyślałam to upokorzenie. W końcu leżałam naga, bezbronna, związana, a facet pakował mi do buzi bieliznę. Tak jakby chciał mnie zakneblować, jakby nie chciał mnie słyszeć, jakbym miała się zamknąć. Chwilę później pomyślałam, że to pewnie część gry, która przecież zaczęła mi się już podobać. Nie było zatem powodów, żeby negatywnie oceniać jego poczynania. Przyjęłam je całe. Smakowały dziwnie, pomieszany smak nowego materiału z moimi sokami. Uświadomiłam sobie wtedy, że pierwszy raz w życiu smakuję sama siebie. Wcześniej nawet branie do ust penisa W., po tym jak nurkował już w mojej pochwie, było problemem. Jakoś nie mogłam się przemóc. Tym razem nie miałam wyjścia. Majtki były już w moich ustach. Wydaje mi się też, że nieco przesadzałam z tym wcześniejszym obrzydzeniem do własnych wydzielin.

W. wrócił tymczasem za mnie. Poczułam dotyk palca na swojej kobiecości. Był bardzo wilgotny. Po chwili zrozumiałam, że wysmarowany jest żelem nawilżającym, a mój partner rozsmarowuje go na moich miejscach intymnych. Skłamałabym, mówiąc że było to nieprzyjemne. Był delikatny, subtelny, masował umiejętnie. Wcześniej nie podejrzewałabym go o takie umiejętności, ale też muszę przyznać, że nieczęsto pozwalałam mu na pieszczoty. Najczęściej kochaliśmy się szybko, nie było czasu na masaże i cieszenie się powolnym dotykiem. Musiałam wydawać z siebie zabawne, stłumione odgłosy. Cicho pojękiwałam z każdym przeciągnięciem wilgotnych palców wzdłuż mojej kobiecości. W. nie oszczędził także łechtaczki, którą potraktował dodatkową porcją nawilżacza. Pojękiwania, wydawane przez materiał wepchniętych do moich ust majteczek stawały się coraz wyraźniejsze z każdym dotykiem najwrażliwszego miejsca na moim ciele. Nawilżania pupy się nie spodziewałam, choć muszę przyznać, że był to jeden z tych niewielu razów, kiedy nie protestowałam. Dotyk był delikatny, nie nachalny. Dłuższą chwilę rysował coraz to mniejsze kółka wokół wejścia do mojego wnętrza zanim nacisnął na nie pierwszy raz. Nie było to oszałamiające uczucie, dopóki nie dołączył do tego pieszczot mojej cipki. Te sprawiły, że wypięłam się bardziej, domagając się więcej. Nacisnął drugi i trzeci raz, jednocześnie dotykając łechtaczki i przełamał opór. Gdyby robił tak za każdym razem podczas wcześniejszych prób, pewnie dużo częściej pozwalałabym mu na pieszczoty tej części ciała. Do ciasnego wnętrza wpuściłam go bez większych problemów. Jego palce wykonywały naprawdę subtelne ruchy. Kiedy przyspieszał masowanie kobiecości zaczynały drżeć moje uda. Gdy bardziej stanowczo zagłębiał się w moją pupę, miałam wielką ochotę rozciągnąć szerzej pośladki i pozwolić mu na więcej. Och, muszę przyznać, na wspomnienie o tym, do dziś żałuję, że miałam skrępowane ręce.

Tego wieczoru jednak nie palce i nie penis miały grać pierwsze skrzypce we mnie. W. przerwał na chwilę pieszczoty, a ja usłyszałam znajomy odgłos. Zabawka, którą sprawiliśmy sobie jakiś czas wcześniej – sporych rozmiarów wibrator o anatomicznym kształcie wydawał dźwięki, których nie można było pomylić z niczym innym. Rozumiałam już wtedy skąd pomysł na ten żel nawilżający. Miał on zapewnić mi więcej przyjemności i brak dyskomfortu spowodowanego wpychaniem suchej zabawki. Na początku dotknął łechtaczki. Jęknęłam głośno. Bawił się ze mną, co chwilę przysuwając i zabierając wibrator od mojego ciała. A ja, niczym chętna kotka wypinałam się tylko mocniej, podążając za oddalającym sie sztucznym penisem. Pieścił mnie tak, jak lubiłam najbardziej. Nie obchodziło mnie nawet, że znów zajął się moją pupą. W tamtej chwili mógł ją nawet rżnąć bez opamiętania. Było mi tak dobrze, że cały zewnętrzny świat dla mnie nie istniał. Zazwyczaj bronione przeze mnie zaciekle miejsce, teraz stało się obiektem działań innej naszej zabawki. Żelowy, nie za gruby penis lekko napierał na wejście do mojej pupy. Początkowo wprowadzenie go do środka sprawiało W. pewne problemy, ale szybko zauważył, że zwiększone doznania na łechtaczce rozluźniają wszystkie moje mięśnie. Pamiętam, jak poczułam wypełnienie mojego odbytu. Wpychał go delikatnie, ale głęboko. Wykonywał nim długie ruchy w tę i z powrotem, przyzwyczajając to miejsce do bardziej wyuzdanych penetracji. Po pewnym czasie moje ciało nie stawiało już żadnego oporu. Wibrator, jednostajnymi drżeniami sprawiał mi ogromną przyjemność przy jednej dziurce, żelowy penis zanurzał się coraz energiczniej w drugiej. Urywane jęki, które wydawałam z siebie pojawiały się w tempie i towarzyszyły posuwaniu mojej pupy. Zadziwiające, wtedy uświadomiłam sobie, że rozkosznie jęczę od analnych pieszczot. Robiłam coś, co kiedyś strasznie mnie brzydziło, a potem podchodziłam do tego bardziej obojętnie, głównie pozwalając na to, żeby sprawić jemu przyjemność. Obraz mocno wypiętej, wyjącej niemal z rozkoszy kobiety, już dosyć ostro posuwanej w tyłek sztucznym fiutem z pewnością nie współgrał z moim podejściem do tego rodzaju seksu. Choć wydaje mi się, że wibrator na łechtaczce też nie był bez znaczenia. Zresztą miałam możliwość przekonania się, jaka jest prawda. W. zabrał zabawkę z mojej łechtaczki. Jęki nie zniknęły, stały się tylko nieco mniej głośne. Ale tylko na chwilę, bo wibrator wrócił i dał mi doznania, których dotąd nigdy nie czułam. Mój kochanek bez najmniejszego oporu wepchnął go w moją wilgotną cipkę. Po chwili rozpoczął ujeżdżanie dwiema zabawkami moich rozciągniętych otworków. Pierwszy raz czułam się tak pełna, pierwszy raz czułam się tak rozwarta, pierwszy raz czułam się tak niezwykle. Tego nie da porównać się z niczym innym. I co najbardziej mnie wtedy podnieciło – pierwszy raz czułam się tak wyuzdana. Doszłam po mniej niż minucie takiej zabawy. Był to orgazm zupełnie inny niż te, które przeżywałam do tej pory. Całe moje ciało drżało, zlewał je zimny pot, a ja zamiast zaciskać mięśnie chciałam się jak najbardziej otworzyć, rozewrzeć, rozciągnąć każdy z nich. Całemu temu doznaniu towarzyszył niekończący się wręcz jęk, wycie wydobywające się przez materiał majtek z moich ust. Nie było pojękiwań razem ze skurczami, jak zazwyczaj. To był jeden długi akt rozkoszy.

Opadłam w końcu bezwładnie na poduszki. Zabawki cały czas znajdowały się we mnie. W. nie wyciągnął ich. Teraz dopiero czułam jak zwieracz zaciska się rytmicznie na żelowej zabawce. Wszystko było takie piękne, radosne. Czułam się jak nowonarodzona.

Ciężko dysząc poczułam, że mój kochanek wstaje. Usłyszałam kroki w stronę drzwi sypialni i dalej w głąb domu.

– No chyba mnie tu tak nie zostawi związanej – pomyślałam – Gdzie on idzie?

– Mam nadzieję, że Ci się podobało – usłyszałam blisko siebie i zamarłam. Głos W. dochodził z odległości nie większej niż dwa metry od łóżka, a przecież słyszałam jak wychodził, jestem pewna.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Super 🙂 Udało Ci się i zaciekawić nie tak łatwym do odgadnięcia zakończeniem, nie zdradzić go do ostatniej chwili, choć w trakcie leciuchno zasugerować. Stworzyć realistyczną kobiecą postać i wcielić się w nią tak skutecznie, że uwierzyłam że opowiadającą jest kobieta. Choć połączenie nieco surowej Pani nauczycielki z dwoma penetratorami na usługach zabaw erotycznych, za którymi nie przepada dość ciekawe i pokazujące jak pojemne są ludzkie fantazje. I jaka przyjemność z poszerzania ich granic. Świetne op. ex

Dziękuję za pierwszy i do tego pozytywny komentarz.
Nie wiem tylko skąd pomysł, że bohaterka jest nauczycielką. Nie przypominam sobie, żebym coś takiego napisał :). Chyba czytelnicza wyobraźnia poszła dalej niż jest to przedstawione w tekście?

Ja tylko nie rozumiem dlaczego to opowiadanie jest w formie wpisu do pamietnika. Przeciez to niczego do opowiadania nie wnosi. I jeszcze uwaga, ze teraz bohaterka bedzie musiala glebiej go chowac?
Przepraszam za brak polskich znakow – mam niemieckiego maka :/

Madz

Madz, nie do końca się zgodzę w tym, że forma nic nie wnosi. Pamiętnik pisany jest w pierwszej osobie, a właśnie na narracji pierwszoosobowej mi zależało. Chciałem, żeby były to przemyślenia i opis wydarzeń przedstawiony w taki sposób, jak "widziała" go bohaterka. Jest to jej subiektywny punkt widzenia, jej wyznanie, którym podejrzewam, że ze względu na swoje podejście do tematu seksu, nie podzieliłaby się np. z przyjaciółką. Stąd forma wpisu do pamiętnika – miejsca, które zazwyczaj służy właśnie do zapisywania spraw osobistych, intymnych.
A dlaczego bohaterka uważa, że będzie musiała go głębiej chować? Cóż, zaczęła w nim pisać rzeczy, które nie chciałaby aby wyszły na światło dzienne, którymi nie chce się dzielić nawet ze swoim partnerem. Może dlatego, że sama nie wie co myśleć o tej sytuacji.

Odeszłabym od faceta. Nie potrafiłabym już mu zaufac typowi.
j.k.

Myślę, że, gdybyśmy kontynuowali tę historię, to moja bohaterka też podjęłaby taką decyzję. Jak wiele kobiet.

Chyba tak. Napisałam z błędem; nerwy. Mam za sobą podobne zdarzenie. Minęło tyle lat, a zadra ciągle tkwi
.Pozdrowienia. j,k.

UWAGA PRAWIE SPOILER!!!
Bo po paskudna rzecz, kiedy kochająca nas osoba robi coś, co nie jest typową zdradą na pierwszy rzut oka, jednak ciężko nazwać to inaczej. Z pewnością jednak towarzyszą temu te same uczucia. A myślę, że nawet więcej, bo oprócz poczucia oszukania i zdradzenia dochodzi do tego jeszcze element wykorzystania, upodlenia sytuacją, w której bohaterka została nieświadomie postawiona, odkrywając całkowicie swoją intymność. To chyba dodatkowa trudność, z którą kobieta taka jak moja bohaterka musiałaby się zmierzyć. W kontekście Twoich doświadczeń nerwy są jak najbardziej naturalne.

Mam jednak nadzieję, że sytuacja z przeszłości, odświeżona tym tekstem nie spowoduje, że zaniechasz lektury naszych opowiadań :). Autora zawsze cieszy, kiedy pojawia/ujawnia się nowy czytelnik 🙂

Nie zaniecham, tylko nie pisz za często o mężczyznach niezdolnych do "uczuc wyższych".
O brak czytelników chyba nie musicie się martwic. Życzę, aby się częściej ujawniali.
j.k.

A niby dlaczego bohater z tego opowiadania nie jest zdolny do, tak zwanych, 'uczuć wyższych'?

Siostra.

Też mnie to zastanawia. Co j.k. miała na myśli.

To chyba jasne. Gdyby był do nich zdolny, nie doprowadziłby do podstępnego i cynicznego wykorzystania partnerki przez osoby trzecie i to bez uzyskania jej zgody na tego rodzaju praktyki.
Chyba nie nadaję się do dalszej dyskusji na te temat. Pomyślności życzę.
j.k.

Motywacja mogła być różna, a ludzie często nie są jednoznaczni. Nie bronię go w tym co zrobił, ale też nie uważam, żebyśmy wiedzieli o nim tyle, żeby stwierdzić, że to jednoznacznie zła osoba. W końcu jego motywacja mogła być dobra, tylko wykonanie niewłaściwe. Przecież mogło mu zależeć przede wszystkim na przyjemności partnerki, na przełamaniu jej barier, na wspólnym poznawaniu nowych doznań, może chciał jej zrobić niespodziankę. Czy wybrał właściwą drogę? Nie sądzę. Ale czy nie jest zdolny do wyższych uczuć? Nie wydaje mi się.

Z tekstu nie można wywnioskować, że było to 'podstępne i cyniczne wykorzystanie'. Ja ów 'wyczyn' odbieram jako wprowadzenie czegoś nowego do alkowy. Być może bohater pomyślał, że będzie to miłe urozmaicenie i coś, co można kontynuować. A może po prostu chciał być obserwatorem.
Raczej powinien porozmawiać na ten temat z partnerką, jakie jest jej stanowisko, bo z opowiadania nie wynika, że taka rozmowa się odbyła. Ale z drugiej strony, gdyby zapytał, kobieta nie miałaby elementu zaskoczenia (które mogło zostać odebrane pozytywnie, jak i negatywnie – drugi wariat zastosowany w "Kartce z pamiętnika").
Z własnych doświadczeń: zostałam podobnie zaskoczona. Zasłonięte oczy, jednak pozostawiona swoboda ruchu. Oddanie do dyspozycji kobiecie. I chociaż nie mieliśmy żadnej rozmowy na ten temat, to wiedział, że nie będę mieć nic przeciwko temu. A ostatecznie nawiązaliśmy nową, dobrze rokującą na przyszłość znajomość. 😉

Jednakże wszystko jest kwestią indywidualną.
Miłego wieczoru!
Siostra.

Świetne:) wykazujesz się dużą wiedzą na temat kobiecej psychiki:) fajnie się to czyta, język jak zawsze masz dopracowany, umiejętnie budujesz napięcie i wprowadzasz w świat swoich bohaterów. Zakończenie może nie do końca nieprzewidywalne, ale na pewno inne i nietypowe. Trzymam kciuki za następne!!
Nika

Dzięki Niko.
Mam nadzieję, że kolejne spodobają Ci się tak jak to 🙂

"rozkosznie jęczę" – kto by tak zapisał w pamiętniku? grafomanka publikująca w sieci "tajny" pamiętnik 🙂
Z dźwiękami wydawanymi podczas aktu miłosnego jest tak – poprawcie mnie jeśli się mylę – że się nad nimi nie panuje i w znakomitej większości nie rejestruje… tu natomiast jest szczegółowo – trochę zbyt szczegółowo
Szczegółowość opisu momentami "gryzła się" z pierwszoosobą narracją.

Wilgotnym cipkom mówimy zadecydowane "nie" – usuń ten wyraz ze słownika, jest infantylny (choć nie nadużywasz to jednak…) a jedynym wytłumaczeniem dla "muszelki" jest mizoginiczne poczucie wyższości językowej… że niby jak kobiecy pamiętnik to schodzimy do poziomu muszelek…?
Zaś za słowo "podgłośnił" powinieneś się smażyć w piekle.

Podsumowując – całkiem dobry tekst, z niewielką ilością błędów ale…
Twoja wersja kobiety jest bardzo analityczno-racjonalna. A wszystko okraszone ogromną dozą cierpliwości. Może to kwestia moich aktualnych doświadczeń z rozbestwioną erotycznie wariatką, ale to zwróciło moją uwagę.

Dodatkowo skupiłeś się na "pisaniu z pozycji kobiety" a nie "pisaniu, tak jak napisałaby to kobieta". Mam nadzieję że rozumiesz o co mi chodzi. Czasami miałem wrażenie "męskiego pióra".

"a przecież słyszałam jak wychodził, jestem pewna" – tak się WYDAJE bohaterce, więc nic nie jest tu pewne… przecież można zamarkować wyjście, nawet trzasnąć drzwiami.

Barmanie, jeśli pojawiło się "podgłaśnianie" to sam sobie kupiłem bilet do tego piekła i należy mi się miejsce w pierwszej klasie. Choć nie wiem jak to się stało. Zaraz znajdę i poprawię.
Wilgotne cipki, muszelki, pochwy, kobiecości, szparki, otworki, jamki, brzoskwinki – czy to aż takie ważne? Jedni lubią takie, drudzy inne określenia. To tak, jakby dwie osoby lubiące spaghetti dyskutowały czy lepsza jest carbonarra czy bolognese. Język polski mamy jaki mamy, może do opowiadań w klimacie BDSM muszelka rzeczywiście by nie pasowała, ale nie widzę wielkiego błędu w użyciu go w opowiadaniu takim jak to. Choć jak widać jest to bardzo subiektywne.

W Twoim komentarzu jest dużo racji, choć myślę, że kobiety są tak nieodgadnione, że pisanie, że takie są, a takie nie są jest obarczone dużym prawdopodobieństwem błędu 🙂

Przyłączam się do głosu Barmana. Zdrobnieniom nazw genitaliów mówię nie. Co prawda kobieca narracja w pierwszej osobie, a także treść zapisów w pensjonarskim pamiętniku, daje alibi takim infantylnym formom. Ale świadczy też o nieuświadomionym kompleksie narratora bądź pamiętnikarza. Cipa brzmi obiektywniej i właściwiej niż cipka, muszla niż muszelka. Tylko miłosny, czuły dialog usprawiedliwia zdrobnienia. Choć pizda w pościelowym szepcie brzmi czulej i intymniej.
Dziwię się przyzwyczajeniom niemal wszystkich autorów tutejszych do (nazywanego przeze mnie pedofilskim) języka preferującego zdrobnienia genitaliów.

Tekst w pierwszej części dobry, w drugiej zszedł do technicznego opisu, jakby odtwarzanego minuta po minucie, centymetr po centymetrze z zapisanej taśmy. Zdaje się być niewiarygodny, grafomański, nie wiem czy kobiecy (tu mam taką samą wątpliwość jak krwiożerczy Barman). Nasze panie, np. santi czy artimar piszą zupełnie innym, daleko bardziej przekonującym językiem. Czy warto się z nimi ścigać? Otóż – warto. Choćby po to, aby ćwiczyć warsztat. Jako stylowa wprawka, próba czegoś innego – można ten tekst uznać. Jest niedopracowany, choć stylistycznie większych wpadek nie widać – pozostałych zarzutów Barmana nie wspieram.
Czekam na coś lepszego, Drogie Smoczycho. Wiem, że potrafisz i dasz tego dowód.

Jeszcze uwaga odnośnie dramaturgii. Daleko lepsze byłoby, gdyby bohaterka wcześniej zaczęła coś podejrzewać. Ileż by to było pikantniejsze. Jej niepewność. Jak się upewnić? Protestować już czy nie robić z siebie głupiej? Gdybyś taki scenariusz ubrał w zapis, wzbudziłbyś zachwyt. A podałem tylko jedną z opcji.

Karelu, szukam powodu wyższości określeń, o których piszesz, nad tymi, których użyłem w tekście. I naprawdę nie mogę znaleźć. Ostatnio kiedy o tym myślałem to było tak, że o pedofilstwie decydował wiek, a nie nazywanie narządów płciowych.
Słowo pizda brzmi tak czule i intymnie jak silnik diesela w zdezelowanym Oplu Kadecie. Tak jak wspomniałem Barmanowi, dla mnie dyskusja o tym, które określenie jest lepsze jest niczym udowadnianie wyższości bolognese nad carbonarrą. Jednemu podoba się kościół, drugiemu zakonnica i tu chyba nie ma o czym dyskutować.

Czy Ci się to podoba, czy nie, ludzie używają takich sformułowań na określenie swoich narządów rozrodczych. Autorzy opowiadań może po części sami stosują takie słownictwo, a może powielają to, co czytelnikowi będzie bliskie.
Nie bardzo też rozumiem o jakim kompleksie narratora czy pamiętnikarza piszesz. Rozwiń to proszę.

O piczce (też zdrobnienie) pisał chociażby Miłosz – "ty z piczki nie rób kapliczki", bo jest to przyjacielskie lub lekceważące określenie kobiety/dziewczyny. Na internetach znalazłem ciekawy żart, który przerobię na grunt tej dyskusji. Może zrozumiesz dlaczego nie uważam zdrobnień za coś niewłaściwego. Posłużę się wspomnianą przez Ciebie "cipą":
– Ale masz dużą cipę! Ale masz dużą cipę!
– Czemu powiedziałeś to dwa razy?
– To było echo!

Dlaczego dom – domek jest dobry, a cipa – cipka już kojarzyć się ma z infantylnością. Nie popadajmy w paranoję. Zdrobnienie to nie zawsze infantylizacja języka. To często na wskazanie, że coś jest niewielkie, jak wspomniany duży dom dom-mały domek, duża ława- mała ławka, duży stół- mały stolik, duża cipa – mała cipka. Idąc Twoim tokiem rozumowania niewłaściwe będzie określenie, że penis ma główkę. Przecież poprawniej będzie napisać, że ma głowę :P.

Swoją drogą Karelu to uważam, że z kolei zaproponowane przez Ciebie sformułowania są po prostu wulgarne lub prostackie. Cipa (może najmniej, ale jednak), pizda i co dalej? Do tego też dojdzie pewnie szpara, otwór, a zaraz za nimi chuj, kutas, pierdolenie i jebanie. To z kolei jest język prostactwa. Używać możemy wszystkiego – wszak to wszystko język polski, tylko pomyślmy czy do każdego tekstu pasują takie słowa. Może pasują tam gdzie jest brutalny, dosadny język, ale czy na pewno wyrażenia "kochał ją swoim chujem" czy "zmysłowymi, powolnymi ruchami wypełniała nim swoją pizdę/cipę" jest najszczęśliwsze?

Podsumowując, więcej otwartości Karelu na bogactwo języka. Ludzie mówią w różny sposób, z różnych powodów. Nie oceniaj ich po słowach, których używają tylko po tym co za ich pomocą chcą powiedzieć.

Pozdrawiam
Smok

Drogi Karelu,

zaczynam myśleć, że powinieneś mieć prawny obowiązek zaczynania każdego akapitu swoich komentarzy od formuły "moim zdaniem". Bo Twe kategoryczne, acz kontrowersyjne i czysto subiektywne twierdzenia doprawdy trudno czasem uzasadnić inaczej, niż Twoim mniemaniem, preferencją, autorytatywnym sądem. A to jeszcze nie nadaje im statusu świętych prawd.

Zdrobnieniom genitaliów mówisz nie – Twoja sprawa. Możesz oczywiście dawać wyraz swojemu niezadowoleniu. Ale doszukiwanie się jakichś kompleksów czy nawet "pedofilskich" przyzwyczajeń u Autorów, którzy mają w tym względzie odmienne od Twego zdanie, jest co najmniej niestosowne. Zresztą, jeśli mielibyśmy sobie tutaj robić wzajemnie psychoanalizę, to kto wie, jakie paskudztwa zaczęłyby wychodzić na wierzch. Tak więc, jak powiedziałby niezapomniany Aleksander Kwaśniewski: https://www.youtube.com/watch?v=VTBjyhMZj9I

Twierdzenie, iż "pizda w pościelowym szepcie brzmi czulej i intymniej" jest Twoją indywidualną, i jak sądzę dość odosobnioną opinią. Ja nie znajduję w tym nic czułego ani intymnego, co najwyżej wulgarnego. Jeśli partnerzy lubią dirty talk, to oczywiście jest miejsce i dla pizdy i dla innych tego typu sformułowań, ale raczej nie sytuowałbym ich w okolicach czułości. Widzisz? Mamy inne zdanie, wynikające zapewne z odmiennych doświadczeń. To się nazywa subiektywizm poglądów. Warto byś miał to w pamięci.

Dyskusja o bogactwie języka polskiego i o tym, jak z tego bogactwa czerpać dla opisów seksualnych praktyk jest oczywiście cenna, zwłaszcza na naszym portalu. Powinna się toczyć. Proponuję tylko, by rozmawiać większym szacunkiem dla odmiennych poglądów. I bez tanich, psychologizujących wycieczek w stronę adwersarza.

Pozdrawiam
M.A.

A tak poza tym…
W. to straszna ciapa – nie do końca umie "obsłużyć" swoją partnerkę, co pomysł na nowość to wtopa, a później blokada ze strony kobiety… Nić dziwnego że w akcie desperacji sięgnął po koleżeńską pomoc. Choć już samo to dowodzi ciapowatości.
Bo nie czyni tego z zimnym wyrachowaniem i dla siebie, ale w poszukiwaniu jakiegokolwiek sukcesu łóżkowego i zaspokojenia partnerki.

W. jaki jest każdy widzi :), a może właśnie nie widzi, bo nie wiemy o nim zupełnie nic poza to, że wpakował obcą osobę do małżeńskiego łóżka. Szczerze powiem, że byłem bardzo ciekaw jak zostanie odebrana ta postać 🙂

Smoku, przypisując bohaterce nauczycielski zawód posłużyłam się oczywiście stereotypem, tak mi się skojarzyła ta jej analityczność i racjonalność;) taka piczka zasadniczka z niej. A co do bohatera, to jakby polegać na jej opisie to taka ciamciaramcia, tutaj dotyk którego nie czuje, tutaj gra wstępna, która ją wkurza, a tutaj dostaje litościwe "wem że nie będzie mi się podobało, ale się poświęcę" i wspaniałomyślnie toleruje babskie fochy. Ale końcówką odwdzięczył jej się elegancko…

Jest dużo ciekawych rzeczy w tym co piszesz. Pytanie zadane przeze mnie nie było przypadkowe. Dlaczego? Bo kiedy myślałem o bohaterce, też przyszło mi do głowy, że byłaby nauczycielką. Nie wnikajmy już jakiego przedmiotu, ale taki stereotyp nauczycielek u nas panuje. Ciekawe dlaczego?
Dlaczego W. to ciamciaramcia? Może niejednej kobiecie sprawiłby olbrzymią przyjemność swoimi pieszczotami. Może to nie dotyk jest niewłaściwy, tylko podejście dotykanej 😛

Dobry wieczór, Smoku!

Przeczytałem Twe najnowsze opowiadanie z zaciekawieniem i mimo, że znałem już komentarze, które trochę mi zasugerowały, to jednak byłem zaskoczony, jak to rozegrałeś. Na pochwałę zasługuje fakt, że zmieniasz konwencje w których piszesz, dzięki czemu Czytelnik dostaje od Ciebie co pewien czas nieco inne danie niż to, do którego zdążył już przywyknąć. Tym razem opowiadanko jest skromne objętościowo, ascetyczne fabularnie, opisuje raptem jeden wieczór, czy raczej jego fragment (potem, jak się domyślam, rozpętało się piekło). Zamiast grozy sięgnąłeś po "historie z życia wzięte". Ot, pojedyncze ujęcie z albumu "Życie seksualne Polaków" 🙂

Nie do końca wprawdzie rozumiem, w jakim celu zastosowałeś formułę pamiętnika – równie dobrze mogła wystarczyć po prostu pierwszoosobowa narracja. Dziwi mnie trochę miejsce urwania tekstu – ale po namyślę stwierdzam, że tak chyba musiało być. Postać głównej bohaterki wydaje mi się nakreślona poprawnie. Instynktownie jej nie lubię – wydaje mi się roszczeniowa i pozbawiona jakiejkolwiek fantazji. Z kolei jej facet to kompletny idiota. Trudno tu pisać coś więcej o jego obrazie psychologicznym, jedyne, co burzy moje zawieszenie niewiary, to fakt, że ta zrzęda wytrzymała z takim głupkiem… Chyba wzajemnie się unieszczęśliwiali i na tym właśnie polegała recepta ich sukcesu ;-D

Mam dwie uwagi odnośnie pamiętnika. Skoro już taka formuła, to po co te tajemnice? Zakropkowujesz dwie ostatnie cyfry roku. Można wiedzieć, czemu? Widziałem już ten zabieg u Santi i uznałem, że to takie Jej artystyczne idee fixe, ale widzę, że maniera się rozszerza na kolejnego Autora. Nie widzę żadnego logicznego powodu, dla których rok miałby być zakropkowany. Chyba jego autorka chciałaby zaznaczyć, czy opisana sytuacja miała miejsce w 2009 czy 2011? To chyba główne zadanie dziennika, by z perspektywy czasu można było sobie uporządkować wydarzenia, miejsca, osoby. Ten sam zarzut mam wobec imienia głównego bohatera. Naprawdę prowadzącą dziennik zabolałoby, gdyby użyła imienia, zamiast inicjału? Wiem, że mi na pewno łatwiej i przyjemniej by się czytało.

Mam też dwie kwestie odnośnie redakcji opowiadania. Primo: myśli bohaterki nie zaczyna się od myślnika. Tak się zaznacza wyłącznie dialogi. Myśli można zaznaczyć cudzysłowem albo kursywą. Secundo: wielkie litery w zaimkach osobowych. Naprawdę nie ma powodu, by pisać z wielkich liter "tobie" albo "ci". To nie jest list, gdzie takie grzeczności mają swoje miejsce. W zwykłej prozie piszemy te słowa z małych liter.

Podsumowując: choć czytało się miło, z pewnością nie jest to Twój najlepszy tekst. Spośród wszystkich Twoich opowiadań zdecydowanie najbardziej lubię te z cyklu "Ravenscar". Mimo to z pewnością nie będę Ci sugerował, byś pozostał przy formacie "groza". Szukaj, eksperymentuj, otwieraj nowe drzwi (tak, wiem, i kto to mówi 🙂 Kilka potknięć to uczciwa cena, za napisanie czegoś niezapomnianego! Tak więc uznając tę wprawkę za w miarę udaną, gorąco zachęcam Cię do dalszych eksploracji!

Pozdrawiam
M.A.

Dzień dobry, Megasie!

Zastanawiałem się już trochę czy dopiszesz trzy słowa od siebie, bo (nie ujmując innym czytelnikom) Twoje komentarze zawsze czytam z największym zainteresowaniem.

Jak widzisz nie łatwo wytępić stare przyzwyczajenia (Ciebie, Tobie), szczególnie jeśli na co dzień pracuje się niemal non stop na e-mailu. To po prostu wchodzi w krew i pomimo najszczerszych chęci i niejednokrotnego czytania po prostu bywam ślepy na to :). Obiecuję się poprawić – kolejny już raz.

Brakowało mi ostatnio na NE takiego opowiadania, nie będącego częścią jakiejś większej serii. To też zapowiadałem przy okazji zakończenia Ravenscar. Myślę, że "Życie seksualne Polaków" to dobre określenie tego, co siedziało mi w głowie kiedy myślałem nad tym tekstem. Chciałem ukazać seks takim, jakim widzi go wielu ludzi – normalnym, czasami nudnym, przyjemnym, ale bez fajerwerków, nie wyidealizowanym. Spodobała mi się ta konwencja, myślę, że jeszcze do niej wrócę.

Pamiętnik zastosowałem głównie ze względu na to, że narracja pierwszoosobowa ma to do siebie, że fabuła zazwyczaj jest postrzegana jako opowiadana komuś, skoro narratorka mówi za siebie samą to mówi to zazwyczaj do kogoś. Wydaje mi się natomiast, że bohaterka mojego opowiadania nie jest osobą, która zdradziłaby komukolwiek takie zdarzenie ze swojego życia. Dużo łatwiej jest przelać to na papier, tym bardziej jeśli założenie jest takie, że nikt tego nie przeczyta – a tak się dzieje zazwyczaj z pamiętnikami. Chciałem, żeby była to wyrwana z kontekstu, z całości kartka, którą może ktoś przez przypadek znajduje. Ktoś kto nic nie wie o naszej bohaterce, jej partnerze, ich relacji itd. Wydaje mi się, że sama narracja pierwszoosobowa wymuszałaby rozbudowę fabuły, przekazanie szerszej informacji o życiu bohaterki.

Zakończenie to temat, który krążył po mojej głowie przez dobrych kilka dni. Z jednej strony życzliwi ludzie radzili żeby zostawić tu gdzie jest, z drugiej równie przyjaźni doradzali, żeby to rozwinąć. Na coś musiałem się zdecydować, a wydaje mi się, że takie zakończenie pozwala na większą swobodę interpretacyjną, choć ja sam, jako autor, wiem jaki ta historia ma finał. Nie wiem, czy utrzymałbym się w konwencji opowiadania erotycznego, gdybym nie zatrzymał się w miejscu, gdzie to uczyniłem. Mógłby wyjść z tego dramat obyczajowy.

Nie chcę tworzyć porównania, bo butów nawet nie jestem godzien pucować, ale Albert Camus zrobił podobnie w "Dżumie". Myślę, że przyświecał mi ten sam cel co i autorowi Jądra ciemności. Chodziło o to, by tę historię uczynić w pewnym sensie uniwersalną. Nie dziejącą się w konkretnym miejscu i czasie, ale taką, która może przytrafić się każdemu i zawsze. Nawet jeśli to nie jest we wrześniu, nawet jeśli ktoś nie ma wielkiej wanny w domu, czy nie lubi win z Bordeaux. Może rzeczywiście lepsze byłoby nie kropkowanie, a zostawienie pustego miejsca, tak jakby ta część kartki z pamiętnika była zniszczona, zatarta. Poza tym wydaje mi się, że pisanie konkretnych dat jest właściwe dla dziennika. Pamiętnik pozostawia większą swobodę w operowaniu datowaniem wpisów. To samo dotyczy imienia bohatera.

Z grozą, którą wiele osób uważa za mój sztandarowy produkt przyjdzie Ci się jeszcze spotkać. Myślę, że już niedługo, bo w październiku, jeśli czas pozwoli, chciałbym wrócić do opowiadań niesamowitych. Co to będzie? Ciężko jeszcze powiedzieć. Moja głowa jest dziś przepełniona nadmiarem pomysłów. Jestem zatem w niełatwej acz komfortowej sytuacji – muszę wybrać co napisać, a nie myśleć co napisać 🙂

Pozdrawiam
Smok

Pozdrawiam miłośników kiczu. Myślałem, że w ogrodach Najlepszej nie powinny znaleźć się krasnale z obleśnymi, wypiętymi d… Ale skoro uważacie inaczej.
Skutecznie zniechęcacie mnie do komentowania. Przy następnej okazji – nieprędko – napotykając w tekście „cipki” bądź „główki” napiszę: „Widzę obleśnego, wypiętego krasnala w ogrodzie”. Będzie wiadomo, o co chodzi.

Megasie, wypowiadałem się we własnym imieniu. Ten, który wypowiada się w imieniu milczącej większości może być tylko jeden.

Smoczycho, chyba testosteron zalewa Ci klawiaturę. Niestety nie znam się na samochodach. Chyba, że są to bolidy F1. Życzę komercyjnych sukcesów, wydawnictwa ostatnio tolerują krasnale w ogrodzie, więc może masz rację, upiększając nimi swoje teksty.

Uśmiechy i ukłony dla wszystkich w ten słoneczny poranek
Karel

Pozdrawiam eksperta od estetyki.
Karelu, czy to inne zdanie rozmówców Cię zniechęca, czy to, że Twojej teorii brak argumentów? Wiesz jak zachowują się dzieci w piaskownicy, kiedy nie mogą się pogodzić z tym, że kolega od łopatki ma inne zdanie? Zabierają zabawki i idą do domu. Przy okazji jeszcze poprzysięgają, że będą pamiętać doznane "krzywdy" i wypomną je przy każdej okazji. Czy zachowałeś się inaczej? Odpowiedz sobie sam na to pytanie.
Jestem otwarty na dyskusję o opowiadaniu, bez względu czy to ja jestem jego autorem czy ktokolwiek inny – nie mam problemu z krytyką, która na mnie spływa. Chciałbym jednak dyskutować rzeczowo, a nie na argumenty "bo ja tak uważam", bo obaj już dawno skończyliśmy szkołę podstawową i stać nas obu na więcej.
Piszesz o kiczu. Wskaż mi, do którego z wyznaczników kiczu (bo wyobraź sobie, że takie istnieją i to nie jest tylko subiektywna ocena, łapie się użycie takiego, a nie innego słowa. Piszesz o tym niemal jak o błędzie, uzasadnij jaki jest to wg Ciebie błąd , stylistyczny, logiczny, rzeczowy, czy jeszcze jakiś inny, bo o ortograficzny to tych sformułowań nie podejrzewam. Porozmawiajmy na temat. Jeśli zarzucasz mi błąd, że opowiadanie jest słabe to napisz dlaczego, ale niech to będzie coś mądrzejszego niż "bo ja tak uważam" lub "bo ja uważam takie sformułowania za pedofilskie. Jeśli tak to ja pytam: dlaczego? Na tym polega dyskusja ludzi, którzy mają coś do powiedzenia, a zabieranie zabawek, obrażona mina i foch na zawsze na pięć minut niech wróci do podstawówki.
Ja uważam, abstrahując od tego kto jest autorem opowiadania, że nie ma niczego złego w używaniu zdrobnień na określenie narządów płciowych, tym bardziej, że forma narracji, a także konstrukcja postaci uzasadniają posługiwanie się takimi sformułowaniami, nota bene dosyć mocno zakorzenionymi w naszym języku ojczystym. Gdyby było to pismo oficjalne, karta pacjenta itp. to z pewnością cipka byłaby błędem. Czy jest w moim opowiadaniu? Ja – teoretk literatury i moja ładniejsza połowa – językoznawca uważamy, że nie. Jeśli uważasz inaczej proszę Cię, uzasadnij, ale lepiej niż subiektywnymi opiniami.
Pozdrawiam serdecznie
Smok

Drogie Smoczycho,

W tekstach Fredry czy Boya Żeleńskiego „cipki” nie występowały. W tłumaczeniach de Sade czy prozaików iberoamerykańskich też nie przypominam sobie żadnych „cipek”. Wychowałem się na powyższych tworach oraz na prozie anglojęzycznej, gdzie z natury rzeczy tego typu zdrobnienia nie pojawiają się. Z „cipkami” zetknąłem się po raz pierwszy w polskim internecie. Lat temu kilka, a więc stosunkowo późno, gdy miałem już preferencje mocno wykształcone. Roi się od nich (cipek) w tekstach początkujących piszących: gimnazjalistek i gimnazjalistów. Zapanowała moda. Ludowa. Na DE „cipki” i „główki” królowały niemal niepodzielnie. Podbiły również NE, że o innych portalach nie wspomnę. Dla mnie to przejaw obciachu o pedofilskim wydźwięku. Podkreślam: dla mnie. Nie jestem arbitrem elegancji ani estetyki. Wypowiadam własną opinię.

Cóż. Może „cipki” i do oficjalnego nurtu wkroczą. Skoro kicz ludowy typu caganeros stał się niezwykle popularny i sięgnął mainstreamu (tfu, tfu, jakie wstrętne słowo) hiszpańskiej kultury, to i u nas krasnale z wypiętą, gołą dupą oraz „cipki” mogą uzyskać nobilitację. Język wszak ciągle się zmienia, etykiety semantyczne słów przyklejają się do nich i odklejają.

Między cipką i piczką, którą podałeś jako przykład, nie ma prawie różnicy i jednocześnie jest przepaść, ponieważ „piczka” nie jest prawie wcale „wyeksploatowana” w sieci. I w ogóle mnie nie razi. Bo nie każde zdrobnienie razi.
Nie mam nic przeciw zdrobnieniom. Sam ich nadużywam. Ale nie tych dwóch słóweczek, których nie cierpię.

Jak wspominałem w pierwszym komentarzu, nie ma szczególnych ograniczeń w zakresie słów używanych dla zbudowania dialogu, narracji w pierwszej osobie czy listu. Ponieważ Twój tekst jest wspomnianą uprzywilejowaną narracją, tedy moja krytyka nie dotykała go wprost, co mógłbyś, gdybyś chciał, wydedukować. No, cóż wyszło, jak wyszło.

Nie wciągaj mnie w fachowe dyskusje o kiczu. Po co? W centrum znajdują się dwa słowa, hiper-nadużyte w polskim necie. A tu jest blog z pretensją do naj… Więc skoro uważasz, że nie ma problemu, nie mamy o czym dyskutować. Zapewne znajdą się kiedyś inne, bardziej sensowne tematy do dyskusji, gdzie będzie szansa na uzyskanie zbliżonych stanowisk.

Uśmiechy,
Karel

"Mężczyzno! Wiele zależy od ciebie, / Gdy chuj twój mądrze i z perfidią jebie, / Zawsze się cipka do niego przywiąże / I choć przypadkiem przy tym zajdzie w ciążę, / Jednak wspaniałych wciąż pomna chędożeń / Nie będzie płakać: Ach, ze mną się ożeń!"

To tak, żeby włożyć kij w mrowisko, co do wspomnianego przez Ciebie Boya-Żeleńskiego, bo to cytat oczywiście z niego. Przekłady literatury to zupełnie inna para kaloszy, bo to nie jest już to, co autor miał na myśli, tylko to, co tłumacz miał na myśli, a ten ostatni bierze także pod uwagę chociażby kontekst kulturowy.

Ciekawe, że z cipkami zetknąłeś się tak późno. To słowo pochodzi już ze staropolszczyzny. A za Krystyną Długosz – Kurczabową (Uniwersytet Warszawski i Poradnia Językowa PWN- jakby ktoś nie wiedział) dodam tylko, że formant -ka ma za zadanie złagodzić negatywną ekspresję wyrazu podstawowego – cipa. Proponuję zatem nim wygłaszasz śmiałe tezy o modzie, gimnazjalistkach, obciachu czy pedofilii zaznajomić się z opiniami mądrzejszych od nas w tym zakresie.

Co to znaczy "wyeksploatowanie w sieci"? To znaczy, że jeśli w sieci będzie dużo zdań, w których będzie wyraz "stół" to ja muszę używać jakiś wyszukanych synonimów, żeby nazwać ten mebel? No chyba nie. Nazywajmy rzeczy po imieniu.

Wyszło jak wyszło nie dlatego, że ja odbieram tę dyskusję jako atak na moje opowiadanie (bo od tego już na samym początku się odciąłem), a dlatego, że wymyślasz bardzo ciekawe teorie, z którymi się nie zgadzam – tak przy moim opowiadaniu, jak przy każdym innym, gdyby to tam się pojawiły. Zwracam uwagę na felery Twojej opinii, a nie na to, że odnoszą się do mnie. Tego w moich komentarzach nie znajdziesz.

Wciągam Cię do polemiki o kiczu, bo na to pojęcie, wartościujące utwór, a właściwie jego część się powołujesz. I zawsze wychodziłem z założenia, że właśnie kiedy stanowiska nie są zbliżone to jest o czym dyskutować, a nie odwrotnie 🙂

Nie żywiąc żadnej urazy (o którą mógłbym być postrzegany), trochę zawiedziony zakończeniem (jak mniemam) dyskusji przesyłam serdeczne pozdrowienia
Smok

Szkoda czasu i atłasu na tę rozmowę głupiego Karela i mądrego Smoka.

Skoro z racji swojej wiedzy za nic masz intuicyjną opinię i gust technokraty, a jeszcze na dodatek uznajesz autorytety(?), bo mają tytuły naukowe, proponuję – napisz doktorat na temat wyższości cipki nad pizdą.

Warto wcześniej przeczytać Forbidden Words – Taboo and the censoring of language Allana i Burridge i zastanowić się, dlaczego pizda i chuj są takie niedobre, i kogo oraz co nieświadomie wspierasz, wyrzekając się tych słów. Nieznane mi są publikacje w polskim języku na ten temat.

Na Najlepszej wszyscy szaleją w szczerym polu wyobraźni, mają wspaniałe pomysły, których często szczerze zazdroszczę, ale jak już wjadą do miasteczka o nazwie Erotyka, nagle prawie każdy jedzie grzecznie prawą stroną, staje na światłach i nie przekracza prędkości 50km/h. Nuda, „kultura”, grzeczność, uniformizm. Domki na różowo i niebiesko, trawniczki równiutkie i prawie wszędzie rzędy krasnali z wypiętymi obleśnie d…

Jedynie kilka pań jeździ zawadiacko, z piskiem opon, olewa (żeby wulgarnie nie powiedzieć, że pierdoli) czerwone światła i czasem przydzwoni w pachoła, aż załomoce. Brawo, drogie panie. Chyba tylko w was nadzieja, bo z tych grzecznie trzymających się kilku ślicznie wyasfaltowanych uliczek, a unikających kocich łbów i wertepów panów pożytku prędko nie będzie.

Oczywiście w grafomański i ordynarny sposób przesadzam.

To kiedy będzie można składać gratulacja z powodu doktoratu, Smoku?

Uśmiechy i pozdrowienia dla Wszystkich Czytelników,
Karel

Hmmm… Karelu,
szkoda, że prowadzisz tę dyskusję w kierunku farsy. Myślałem, że masz jeszcze coś ciekawego do powiedzenia w temacie. Naprawdę szkoda.

Widzisz problem, który dostrzegam w naszej rozmowie polega na tym, że ja nie neguję używania słów typu pizda, cipa, chuj itp. Traktuję je jako równoprawne jednostki języka, uznając jednak przy tym kwalifikator słownikowy, którym są oznaczone – wulgarne. Nie mam problemów z ich używaniem. Wychodzę jednak z założenia, że użycie takiego, a nie innego słowa powinno być uzasadnione. W przypadku wymienionych wyżej powinno wynikać ze stylu narracji, osoby narratora i/lub bohaterów, wzmocnienia określenia itp. Nie widzę jednak absolutnie związku pomiędzy używaniem innych określeń (np. cipka, muszelka) a pedofilią, gimnazjalistami czy krasnalami, do których widać się uparłeś.

Tak Karelu, uznaję autorytety. Czy jest w tym coś złego? Bo z Twoich słów wynika, jakoby była to wielka zbrodnia. Za jeden z autorytetów uznaję wspomnianą badaczkę języka. Nie wiem natomiast czy znak zapytania, który dodałeś przy określeniu "autorytet" dobrze świadczy o Twojej kulturze osobistej – i co on ma oznaczać – że nie wiesz kim jest Krystyna Długosz-Kurczabowa? Jeśli tak to odpal google i zapoznaj się z jej publikacjami.
Autorytetów nie uznaję za tytuły – te są naturalnym elementem pracy naukowca – ale za dorobek, który jest ich udziałem. Informuję Cię dodatkowo, że doktoratu nie będę robił z zadanego przez Ciebie tematu, bo to nie językoznawstwo jest w obszarze moich zainteresowań.

Zarzucasz autorom nudę, grzeczność, uniformizm. A może stosują po prostu język, który lubią, którego używają, który nie jest wulgarny – bo jak wspomniałem wyżej, takie kwalifikatory znajdują się najczęściej przy proponowanych przez Ciebie określeniach (i to w wielu słownikach). Myślę, że ich nieużywanie, czy może inaczej – po prostu wybór innych słów – nie wynika ze wstydu, grzeczności czy też zaściankowości, a jedynie chęci napisania tekstu, który nie będzie wulgarny. Jeśli dla Ciebie seks zawsze musi być wulgarny to zapewniam Cię, że dużo tracisz.

Nie lubisz takich określeń – Twoja sprawa. Nie widzę jednak powodu, dla którego należy je piętnować. Są to takie same, równoprawne jednostki języka, jak każde inne. Tak jak wspominałem – jednemu podoba się kościół, drugiemu zakonnica i zarówno jeden, jak i drugi ma pełne prawo podziwiać obiekt swoich westchnień estetycznych bez wartościowania co jest lepsze.

Myślę, że jeśli chcesz prowadzić rzeczową dyskusję to czas skończyć z przesadą i farsą. Jaki jest jej cel? Zatuszowanie braku argumentów?

Pozdrawiam serdecznie
Smok

Dobry wieczór,

nie wiem właściwie, co jeszcze mogę wnieść do tej dyskusji, powiem więc tylko, że w zasadzie podpisuję się pod tym, co napisał Smok. Język polski jest tak bogaty w słowa, że dla każdego z nas ich starczy. Skoro Karel koniecznie chce używać "pizd" i "chujów" – niech mu tam będzie. Wydaje mi się jednak, że słowa te zupełnie nie pasowałyby np. do moich tekstów, więc nie zamierzam po nie sięgać. Średnio też wpisywałyby się w konwencje opowiadań Smoka (zarówno tych z cyklu "Ravenscar", których bohaterami byli nieźle wychowani Anglicy, jak i tych bardziej "realnych", np. w ostatnim mamy do czynienia z dość "waniliową" parą, dla której nawet wiązanie to szczyt perwersji). Użyte słowa muszą pasować do konwencji, to ona narzuca język, którym się posługujemy. Zatem nie ma słów "złych", infantylnych, czy wręcz "pedofilskich". Są tylko słowa niedopasowane do tematu, stylu, bohaterów. Słowem – chodzi o regułę decorum.

Forsowanie swoich indywidualnych preferencji i próba narzucania ich innym będzie więc raczej działaniem skazanym na niepowodzenie. Oczekiwanie, że będziemy się wszyscy dostosowywać do "opinii i gustu techokraty", okaże się, jak sądzę, jałowym. Zresztą, technokrata ten wykazuje pewne braki na polu, na którym jak się wydaje, powinien być przygotowany. Twierdzi bowiem na przykład, że Żeleński-Boy nie używał "cipki",a gdy mu się wykaże, że używał, miast przyznać się do błędu, ucieka w kpinę i farsę. Zarzuca innym kicz, ale uchyla się od dyskusji o wyznacznikach kiczu. W ogóle formułuje zarzuty, których nie potrafi potem obronić. To raczej nie sprawi, że nabierzemy szacunku i uznania dla jego argumentów. Co najwyżej wzruszymy ramionami, gdy usłyszymy, że krasnal znowu wypiął dupę.

Pozdrawiam
M.A.

"coś ciekawego do powiedzenia w temacie"
bogowie! na temat!!
w temacie można jedynie zrobić literówkę
musiałem się przypier…olić ;]

khem khem to ja sobie pozwoliłem napisać wiersz:

Po skończonym brefingu
czas na breathing
głęboko w płuca wciągane lodowate powietrze
gołąb na dachu pies sra na trawniku
czajnik w kolorze indygo szaleje
wobec wzrostu
czy spadku po dziadku komuniście i tej kobiety
którą widziałem kątem oka
w łazience trzydzieści lat temu
po skończonym brefingu z bogiem

( Wiersz bardzo adekwatny do dyskusji co inteligentniejsi na pewno zrozumieją poczemu)
Wracając jednak do tematu to primo: badania pokazują, że ogromny procent mężczyzn jest pedofilami lub efebofilami( tak się to chyba zwie) i jest to moi drodzy i moje drogie wynik ewolucji( najprawdopodobniej). Jeśli ciekawiście czemu to mogę wytłumaczyć obszerniej. To tak co do wyzywania od pedo.

Po drugie nie zgodzę sie Megacie ze pizda nie jest stosowana w języku łóżka. Sam wielokrotnie używałem tego słowa pieszczotliwie i równie pieszczotliwe riposty słyszałem- wiele zależy od kontekstu tonu, kobiety wreszczie…( obecna partnerka szybciej by mi pizdę pod okiem zrobiła niż pozwoliła na taki język)
Po trzecie Karelu nie uważam, że zdrobnienia powinny być wykasowane z jezyka pisanego bo go wzbogacają. Pozwalają na szerszą kontekstową grę- nie zabawiaj sie w ministerstwo prawdy i wycinaj słów ze słownika.
Dobra skoro obroniłem już swoich komunistycznych przyjaciół przed prawicowymi wrogami i prawicowych przyjaciół przed komunistycznymi atawistami za co obie strony mnie serdecznie nienawidzą dodam, że nie rozumiem czemu to faceta macie za ciapciaka. Wina oczywiście nigdy nie leży po stronie kobiety, nie?

Przecie ogólnie wiadomo, że zawsze winna jest kobieta! Ona jest winna zawsze. Począwszy od jabłka w raju i skończywszy na wybuchu wulkanu i na ostatniej powodzi w Bangladeszu.

Seelenverkoperze:

Po pierwsze, winszuję poetyckiego popisu. Wiersz nie tylko pasuje do dyskusji. Ma też w sobie pewien nienarzucający się urok 🙂

Ad "po drugie" – nie pisałem nigdzie, że "pizda nie jest stosowana w języku łóżka". Wręcz przeciwnie – wskazałem, że jeśli partnerzy lubią "dirty talk", jest ona jak najbardziej na miejscu. Ale nie wszyscy lubią, a mam wrażenie, że nawet nie większość.

Odnośnie bohaterów powyższego opowiadania: nie polubiłem żadnego z nich. Gość to ciapciak jakich wielu, dziewczyna to roszczeniowa, wiecznie zmęczona i znudzona pannica. Od takich należy się trzymać z daleka!

Pozdrawiam
M.A.

Tak jak Karel staję po stronie językowego wyczucia i leksykalnej intuicji. Mamy w języku polskim słowa nadużywane w opowiadaniach pośledniej jakości. Do nich należą m.in."płatki, główka, cipka, otworek" – ich użycie jest jak strzał w stopę, ponieważ otoczenie kulturowe, tzw kontekst jest jednym z głównych elementów odkodowania przekazu.
Infantylizm może być formą pisarską, ale w poważnym opowiadaniu pojawiające się płatki i cipki nie tyle że dyskwalifikują dojrzałe pisanie – to raczej niezgrabność rodem z opowiastek tworzonych przez grafomańskie gimnazjalistki – co wskazują na ubogość słownika.

Następny upierający się do gimnazjalistek. Co Wy macie jakieś fantazje z nimi związane? 😛

Barmanie nie jestem przeciwnikiem intuicji, ale w przypadku kiedy podpowiada Ci ona, że 2+2=5 to nie jestem pewien czy powinieneś jej ufać. Tak jak ufamy matematykom, że uczą nas jak poprawnie liczyć, tak samo zaufajmy językoznawcom, którzy uczą nas jak poprawnie używać języka. Skoro tym pierwszym pośrednio powierzasz swoje pieniądze, bo dzięki wiedzy przez nich przekazanej nie dasz się oskubać w sklepie to uwierz tak samo tym drugim, kiedy mówią Ci, że słowo cipka znane było już w staropolszczyźnie, używane było na równi z cipą, a sugerowane zdrobnienie (formant -ka) miało na celu zmniejszenie negatywnego wydźwięku słowa (przez niektóre słowniki cipa jest uważana za wulgaryzm, a cipka za wyrażenie z języka pospolitego).

I wydaje mi się, że to, że ktoś nadużywa pewnych sformułowań nie przenosi ich do języka "zakazanego" – świadczy tylko o ograniczonym słownictwie konkretnego autora. Czemu braki jednego autora przenosisz na ogół?

Z pozdrowieniami
Smok

Barmanie-Ravenie,

do słów nadużywanych proponowałbym dodać jeszcze kilka, np. rzeczownik "wyuzdanie" odmieniany przez wszystkie przypadki oraz przymiotnik odrzeczownikowy "wyuzdany", we wszystkich formach, rodzajach oraz liczbach. Nie są to wprawdzie słowa infantylne, ale wyświechtane – jak najbardziej. Tym bardziej, gdy padają co kilka zdań, czasem dwa-trzy razy na akapit.

Sam widzisz, że ostrze leksykalnej krytyki może się skierować w różne, czasem wręcz nieoczekiwane strony 😉 To niebezpieczny oręż, dlatego też warto się zastanowić, nim się po niego sięgnie.

Pozdrawiam
M.A.

Megas – tłucz mnie po kościach za "wyuzdanie" za każdym razem kiedy żyję tego słowa. To moja pięta. 😉

Smok pisze: "Autorzy opowiadań może po części sami stosują takie słownictwo, a może powielają to, co czytelnikowi będzie bliskie."
Odpowiem: "ty nad poziomy wylatuj" – równajmy w górę, nie w dół

Barmanie, mądre słowa piszesz. Tylko nadal nie przedstawiliście mi z Karelem sensownej odpowiedzi na pytanie dlaczego cipka jest lepsza od pizdy. Tylko tego oczekuję :). Wtedy grzecznie przyznam Wam obu rację i zaprzestanę używać cipek (jakkolwiek by to nie brzmiało). Naprawdę bardzo chcę żebyś mnie przekonał, ale argumentami, a nie w sposób, jaki wybrał Karel.

Pozdrawiam
Smok

errata – oczywiście chodziło mi o to, dlaczego pizda jest lepsza od cipki 🙂

Oh, nie kończcie tej dyskusji, gdyż podczas niej NE wreszcie pokazała swe ludzkie oblicze!
Zawsze tacy wychuchani tutaj wszyscy, proszę/przepraszam/dziękuję, proszę, może pan pierwszy przed drzwi przejdzie, nie nie, dziękuję, to pan przodem… No i w końcu jakaś normalna dyskusja, w której, tak wyczuwam, aż chciałoby się napisać 'pierdol się'.
Oby tak dalej! (Oczywiście wciąż zachowując wysoką kulturę wypowiedzi.)

Siostra.

Siostro,
nie tylko Ciebie cieszy ta dyskusja. Szczerze powiem, że mam nadzieję, że Panowie nie odpuszczą, a kto wie, może jeszcze ktoś się przyłączy do naszej rozmowy :).
Myślę, że bluzgami nikt nie będzie rzucał, choć za kolegów nie ręczę. Ale wydaje mi, że szybciej po prostu kulturalnie się pozabijamy 🙂
Pozdrawiam
Smok

Siostro,

po prostu dotąd woleliśmy dostarczać naszym Czytelnikom rozrywki za pomocą opowiadań, które pisaliśmy. Ale skoro gorące debaty między Autorami też Was bawią, grzechem byłoby tego nie wykorzystać 🙂

Pozdrawiam
M.A.

I bluzgi są niekiedy mile widziane. Cóż to wtedy jest za ekspresyjność wypowiedzi. 😉

Od siebie jeszcze dodam, że uważam, iż w języku polskim nie istnieje ładne słowo opisujące cip(k)ę czy penisa (chociaż to ewentualnie mogę jeszcze zdzierżyć). O ile mogę słuchać/czytać o pizdach, cipkach, piczkach (o tym wolałabym nie. Brzydkie niezmiernie), to przez usta ani klawiaturę przejść mi te słowa nie mogą. Okropności.
Wolę angielską 'pussy' czy francuską 'chatte' (bo chyba tak ona brzmi?).

Plus małe przemyślenie.
Cipa: jest bardziej dosadne od 'cipki', ale przywodzi mi na myśl naprawdę pokaźnych rozmiarów… cipę.
Cipka: zalatuje infantylizmem, jednak przed oczami widzę wtedy niewielką, dziewczęcą, uroczą. cipkę.

Siostra.

Megasie, a w jakim znaczeniu użyłeś tutaj słowo 'bawią'? U mnie nie wywołują krzywego uśmieszku na ustach, za to pojawia się zainteresowanie i radocha, że wreszcie w komentarzach jest 'normalnie'. 😉

Siostra.

"Bawią" w znaczeniu – przynoszą radość, albo chociaż rozrywkę. Hmmm… jeśli to jest normalność, to mam nadzieję, że będziemy ją sobie jednak dawkowali. Bo w większych ilościach może ona doprowadzić do wymknięcia się sytuacji spod kontroli i zagrozić dalszemu istnieniu naszej strony 😉

Pozdrawiam
M.A.

Cipka znalazła się u mnie w indeksie słów zakazanych z kilku powodów
– cipką ociekają złe, grafomańskie teksty, których pełno w internecie,
– posługuję się terminem "cipka" w rozmowach z moją małoletnią córką (analogicznie siusiak jest określeniem penisa),
– istnieje cała gama alternatyw dla tego wyrazu, które w niczym nie zubożają tekstu, a wręcz przeciwnie są świadectwem wyrobienia językowego (kobiecość, wagina, srom – to moje ulubione)
To moje zdanie. Moja wrażliwość jeśli rzecz tyczy tekstu erotycznego.

Inni mogą używać tego określenia w pełni swobodnie – nie jest to błąd leksykalny, lecz dla mnie będzie to zgrzyt we współczesnym języku literackim.
Drzewiej cipka mogła pojawiać się tekście, tak samo jak gołe dupki aniołków w barokowych kościołach. Dziś jednak cipka jest gołą dupą cementowego krasnala w ogródku (idąc za przykładem Karela). I też jest do przyjęcia. Lecz nie dla mnie.

Wolę ordynarną pizdę – jeśli użyta intencjonalnie – niż nijaką i wszechobecną cipkę. Sam używam słowa "cipa", ale też jako językowy wyraz agresji i wulgaryzmu.

To już nie pora dla mnie do dyskusji – wrócę do niej jutro. Także tak tylko na szybko, wsadzając kij w mrowisko i mając nadzieję, że da to nieco do myślenia nad sensem komentarzy w tym stylu, które mam nadzieję, że zarzucimy.

Barmanie, w odpowiedzi na "w temacie", do którego jak sam zaznaczyłeś musiałeś się przypie… podjąć temat 🙂
"istnieje cała gama alternatyw dla tego wyrazu, które w niczym nie zubożają tekstu, a wręcz przeciwnie są świadectwem wyrobienia językowego" – alternatywa jest zawsze tylko jedna, panie od świadectwa wyrobienia językowego 😛

Reszta przemyśleń na temat właściwy znajdzie ujście już rano (literki mi się już plączą, a co dopiero myśli).

Barmanie-Ravenie, korzystając z nowych sił o poranku:
podajesz kilka (trzy) argumenty, które mają świadczyć o tym, dlaczego cipka znalazła się u Ciebie w indeksie słów zakazanych. Pozwolę sobie ustosunkować się do każdego z nich.

Ad 1. Twierdzisz, że "cipką ociekają grafomańskie teksty". Ok. Myślę, że nie sposób się z Tobą nie zgodzić. Uważam podobnie. Przyznasz jednak, że równie grafomańskie teksty używają sformułowań "kobiecość", "wagina" czy "srom", które tak lubisz. A teraz w kontekście tego co napisałem przed chwilą, odpowiedz mi na pytanie – czy to użycie danego słowa czyni tekst grafomańskim czy też jego nadużywanie, wynikające z ubogiego zakresu słownictwa i braku talentu autora. Przy czym sam od razu zaznaczę, iż myślę, że za grafomański nie uchodzi tekst, którego jedynym problemem jest powielanie tego samego leksemu na określenie narządów płciowych. Analiza, interpretacja i wartościowanie to coś więcej niż określenie, że tekst jest słaby, bo pojawiają się w nim powtórzenia cipek czy sromów. Wg mnie, jeśli ktoś na tej tylko podstawie oceniałby wartość utworu to nie powinien tego robić w ogóle. Grafomania to (za słownikiem języka polskiego – sorry, że internetowym, ale nie mam w biurze wersji papierowej) pisanie utworów literackich przez osoby pozbawione talentu oraz same bezwartościowe utwory literackie. Nie godzę się zatem na nazywanie grafomanią opowiadań, którym nie jesteś w stanie zarzucić dużo więcej niż to, że autor – a właściwie narrator lub bohater (bo w tych kategoriach należy to jednak rozpatrywać, choć nie będę tu się zagłębiał w dyskusję czym są sądy, a czym quasi-sądy) używają takiego, a nie innego sformułowania na określenie narządu płciowego. To nie świadczy jeszcze ani o braku talentu, ani o aksjologicznej pustce opowiadania, a zatem nie wypełnia przesłanek znaczenia słowa "grafomania".

Ad 2. Wchodzisz na cienki lód używając argumentu stosowania określenia "cipka" w rozmowach z małoletnią córką. Dlaczego? Ano dlatego, że dajesz do zrozumienia, że nie potrafisz ocenić utworu i języka stosowanego przez autora dla opowiedzenia historii w oderwaniu od własnych doświadczeń. Te oczywiście są jak najbardziej wskazane, gdyż często wzbogacają proces czytania – np. wywołując dodatkowe emocje związane z przywołaniem w myślach wydarzeń/zjawisk/osób itp. z rzeczywistości. W tym jednak przypadku przekładasz ograniczenia, które nadałeś słowu "cipka" w realnym świecie na ocenę fikcji literackiej. Mówiąc prościej – to, że u Barmana-Ravena "cipki" używa się w rozmowach z małoletnią córką nie oznacza, że tak jest u każdego. Każdy zatem odczyta akurat to słowo w opowiadaniu w innym kontekście. Nie bądź zatem hiszpańską inkwizycją od "cipki". Czytałem ostatnio artykuł właśnie o rozmowach rodziców z dziećmi i nazywaniu ich narządów płciowych. Byłbyś zdziwiony jakich słów ludzie używają, by wytłumaczyć dzieciom co mają między nogami. Od rzeczonej cipki, piczki przez brzoskwinkę, kurkę, kokoszkę, aż po pizdeczkę (serio takie określenie się pojawiło w przeprowadzonych ankietach). Skoro zatem cipka jest złem wcielonym, a dużo lepszym określeniem – co staracie się z Karelem udowodnić jest np. pizda, dlaczego nie używasz w rozmowach z dzieckiem zdrobnienia w stylu "pizdeczka" – przecież wyraz podstawowy, od którego pochodzi jest wg Ciebie dużo lepszy. A może jednak chodzi o to, żeby nie używać wulgaryzmu. Podsumowując ten punkt zwracam jeszcze raz uwagę na to, że w tym konkretnym przypadku Twoja własna empiria i zamknięcie wyrazu "cipka" w Twoim własnym języku, do określeń używanych przy dziecku zniekształca Twoje postrzeganie tego słowa, jako równoprawnego względem innych.

CDN

CD
Ad 3. Piszesz, że istnieje cała gama innych (te "alternatywy" opisałem w poprzednim komentarzu) określeń dla wyrazu cipka, niezubażających tekstu, będących świadectwem wyrobienia językowego. Chętnie odpowiedziałbym Ci w ten sposób, że istnieje wiele innych określeń wyrazu srom czy wagina, które w żaden sposób nie zubażają tekstu i jednym z nich jest "cipka". Czy się mylę? Nie sądzę. Jednak cały czas pozostajemy w kręgu tezy, którą zgłosiłem już wcześniej, że użycie konkretnego słowa powinno mieć swoje uzasadnienie. Megas to bardzo ładnie podsumował jednym wyrażeniem – zasada decorum (jeśli ktoś nie wie co to, odsyłam do wujka G. lub z powrotem do szkoły). A skoro istnieje wiele wyrazów na określenie tego samego to daj ludziom korzystać z tej różnorodności, do której sam nakłaniasz ich żeby ciągnęli i równali.
Ciekaw jestem niezmiernie co miałeś dokładnie na myśli pisząc "Dziś jednak cipka jest gołą dupą cementowego krasnala w ogródku". Rozwiń proszę jeśli możesz.

I kolejny raz wracamy do zasady odpowiedniości. Tak samo jak w opowiadaniu utrzymanym w łagodnym, (za Megasem) "waniliowym" klimacie, czy też w opowiadaniu o nastolatkach, cipkę uważam za równoprawną chociażby waginie (bo już np. "kobiecość" w opowiadaniu o nastolatce to dla mnie zgrzyt – słowo to sugeruje pewną dojrzałość, przypisaną raczej osobom starszym niż nastolatki), tak samo w tekście utrzymanym w poetyce barokowej uważam za jak najbardziej wskazane dupki aniołków i przepych. A w opowiadaniu, w którym akcja wiąże się z przemocą czy wulgarnością najodpowiedniejsze będą z pewnością pizdy i chuje. Nie poprawiaj proszę Arystotelesa (bo to on sformułował zasadę decorum). Mógłbyś się zdziwić z jak wielu elementów jego "Poetyki" korzystasz na co dzień.

Z serdecznymi pozdrowieniami
Smok

alternatywa jest zawsze tylko jedna – brawo! i po raz kolejny przypomniano mi że "jesteś tylko człowiekiem"

Fajna dyskusja.
Ciekawe jednak, że nikt nie dyskutuje o tym, co poszczególne wyrazy znaczą. Albo jak definiować różne "przedmioty". Bo moim zdaniem owłosione łono kobiece – klasyczny trójkąt między łechtaczką a pępkiem (nie mówię, że dochodzi do pępka) + owłosienie do odbytu i na części tyłka (patrz: http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Violet_vulva1.JPG) zasługuje na inną nazwę niż wygolona cipka (jak dla mnie jest to odpowiednie określenie na "wygoloną kobiecość") lub nieowłosiona cipka niedojrzałej dziewczynki.
Np. pizda/cipa/kobiecość składa się z: owłosienia, sromu i waginy/pochwy
Cipka ze: sromu i waginy/pochwy
A przynajmniej tak powinno być, żeby od razu było wiadomo, o czym ktoś mówi. Lubię ścisłość języka.
RoWer

Och, jaka ożywiona Tyrada! Szkoda, że taka obciachowa, ale zawsze to jakaś różnica zdań na NE. Megas już trzęsie portkami, czy aby mu się portal nie rozsypie, bo dzieje się tu oj dzieje! Sam zresztą się zapomina i gdy go poniesie, dorzuca węgla do ognia lub jak kto woli, oliwy.
Współczuję Karelu, bo wpierdaczyłeś się w dysputę tak beznadziejną, że nijakiego wyjścia z niej nie widzę. Pozostaje Ci drink Sokratesa. Dobrze Ci tak bo parafrazując popularne na półwyspie apenińskim powiedzenie: Jesteś w Rzymie musisz gadać z Rzymianami! (Ty w dodatku masz tu obywatelstwo) przyszło Ci dyskutować z kretami na temat kolorów tęczy, ale żeby nie było, krety uczone, mają na to cytaty!
Świetne to wszystko, można by napisać komedię w stylu Hamleta we wsi Głucha Dolna.
I już nie wiem co lepsze, czy porywy i autokorekty Megasa, czy gryzipiórstwo smokawawelskiego, Twoje bezsilne zdenerwowanie, czy komentarz Anonima, który podpisał się RoWer – prawdziwa wiśnia na tym jakże wspaniałym torciku!

Całusy dla wszystkich aktorów dramatu!

AS

🙂

Oj, Starski, Starski…

ewidentnie masz jakiś kompleks – i wobec NE, i wobec mnie osobiście (skoro zaczepiasz mnie dwukrotnie w jednej wypowiedzi). Domyślam się, skąd ten kompleks wypływa, więc zamiast reszty odpowiedzi zadedykuję Ci krótkie haiku:

Smutni Germanie
Obywatelstwa Rzymu
bardzo im brak

Pozdrawiam
M.A.

Odnośnie starskiego mam już wyrobione zdanie, które swoim komentarzem tylko potwierdził. Także Drogie Panie i Drodzy Panowie apeluję o jedno – nie dokarmiajmy trolla – zwiędnie samotnie z głodu w czeluściach swej jaskini. Inaczej nazwać nie można autora komentarza, w którym nie ma nawet jednej merytorycznej literki – same obelgi, zaczepki, świństewka.

Z mojej strony w stosunku do tego jaskiniowego smrodka EOT.

Pozdrawiam
Smok

Starski nie jest trollem to, że ma inne poglady czy styl wypowiedzi taką personą non gratą go nie czyni. Osobiście Smoku dokarmiał będę kogo chcę, gdzie chcę i czym chcę bo są to podstawy dialogu. Już ze zbyt dużą ilością"poetek" nie znoszących krytyki i na każdą uwagę reagujących łzami miałem do czynienia- nie czyńmy właśnie takiej poetki z tego portalu.

P.S przepraszam ale zapomniałem. Starski kojarzy mi się nieodparcie ze stylem Huntera S. Thomsona.

Seelenverkoprze, ależ ja jestem naprawdę otwarty na dialog. Myślę, że długa lista komentarzy pod tym opowiadaniem najlepiej o tym świadczy. Jednak nie toleruję "dialogu" czy "dyskusji" opartego na obelgach i przytykach osobistych – tych w moich wypowiedziach w tym wątku nie znajdziejsz. Przytaczając J.J.Rousseau – obelgi to argumenty ludzi, którzy nie mają argumentów.

Nie zabraniam nikomu krytyki opowiadania, wręcz jestem na nią otwarty i chętny do dyskusji na ten temat. Nie toleruję jednak ataków personalnych, bo to nie jest dyskusja. I to do tego odnosi się mój post.

Nie uważam starskiego za personę non grata dlatego, że ma inne zdanie (Karel i Barman też mają, a jednak dyskusja rozwinęła się bardzo ciekawie i bardzo zależy mi na tym by ją kontynuować). Uważam go za trolla i ignoruję, bo jedyne co ma do powiedzenia to złośliwości i obelgi.

Obciachowa tyrada, trzęsie portkami, beznadziejna dysputa, drink Sokratesa, dyskusja z kretami, uczone krety, Hamlet z Głuchej Dolnej, gryzipiórstwo smokawawelskiego, aktorzy dramatu – to nie jest język dyskusji, jakiego chciałbym używać. To są ciągłe prowokacje, obelgi, złośliwości, które zdaje się mają przykryć to, że ich autor nie ma nic ciekawego do powiedzenia, a stara się być "fajny" – dzieci tak mówią i świetnie to pasuje do osobie, o której mowa – na internetach. Na koniec polecam jeszcze raz przeczytać słowa starskiego, które zebrałem wyżej, a potem jeszcze raz spojrzeć na cytat z Rousseau.

Pozdrawiam, nikomu nie zabraniając się wypowiadać, a walcząc o kulturę i merytoryczny charakter dyskusji
Smok

Smoku, masz trochę racji w tym, że Starski głównie rzuca zaczepkami w swoich komentarzach, ale jego powyższa wypowiedź mocno mnie rozbawiła – przyznaję się bez bicia. 😉

Siostra.

Starski niniejszym obrażam sie! o mnie nie wspomniałeś ani o moim wierszu wspaniałym

Seelenverkoper, ja nie znam się na poezji. A za wybitny komplement automatycznie mianuję Cię Kentucky Colonel’em.

Megasie, z wielu względów nie odnalazłbym się w tej rzeczywistości.
Odwracając zaś kwestię, to Twój portal jest stratny nie ja 😀

Nie miałem zamiaru kraść sceny i odwracać uwagi od cipek i pizd.

Tak a'propos Waszej dyskusji maly cytat prosto z telewizji:
"Gdy twoj konar nie chce plonac (…)" 😀
Zawsze gdy to slysze leze ze smiechu 😀

Ciekawym doswiadczeniem mogloby byc napisanie opowiadania wlasnie z takimi cudami 🙂

Kurcze pieczone, nie podpisalam sie!
Niniejszym to czynie:

Madz

O żesz.. Zakończenie mnie nieziemsko zaskoczyło 🙂

Masz taki bardzo ciekawy styl pisania, taki wyrafinowany. Wydaje się, że każde słowo jest idealnie dobrane i to właśnie mnie tak urzeka 🙂

~Cam

Napisz komentarz