Opowieść helleńska: Demetriusz XXXV (Megas Alexandros)  4.27/5 (112)

47 min. czytania
Pierre Olivier Joseph Coomans, "Tancerki" (fragment)

Pierre Olivier Joseph Coomans, „Tancerki” (fragment)

Gdy wszedł do komnaty, Fojbiane siedziała w balii, po dekolt zanurzona w parującej wodzie. Mimo wczesnej pory raczyła się winem z kielicha o posrebrzanych brzegach. W powietrzu rozchodził się zapach wonnych olejków, których lubiła używać podczas kąpieli.

Młodziutka Doris dyskretnie zamknęła drzwi za jego plecami. Został sam na sam z heterą. Odgarnął sobie włosy z czoła i postąpił krok w jej stronę. Uniosła głowę i posłała mu szmaragdowe spojrzenie. Dopiero po chwili w oczach niewiasty pojawił się błysk rozpoznania. Uniosła puchar i zaśmiała się.

– Witaj, mój słodki mścicielu! Piję twoje zdrowie.

Eneasz posłał jej ten sam uśmiech, którym tak skutecznie uwodził Dionizjusza. Nie miał już siły tłumaczyć jej po raz kolejny, że to nie on zgwałcił i zamordował czarnowłosą i smagłolicą Neirę, najważniejszą konkurentkę Fojbiane pośród ateńskich heter. Od dnia, w którym przyniósł jej rubinową kolię tamtej, Szmaragdowooka uznała Macedończyka za pogromcę swej rywalki. I ilekroć do niej wracał, hojnie go za to nagradzała.

Dziś również przyszedł po to, by otrzymać dowód jej wdzięczności. Po nocy spędzonej z Dionizjuszem, podczas której oddawał mu się na wszelkie możliwe sposoby, zapragnął własnej rozkoszy i spełnienia. Należało mu się to. Choć nie miał nic przeciwko zaspokajaniu żądz swego wielbiciela – wręcz przeciwnie, nawet lubił to czynić – ich miłosne zapasy miały zawsze ten sam skutek: Ateńczyk dochodził z ochrypłym jękiem, naznaczał go nasieniem, potwierdzał swoją dominację. By samemu móc jej doświadczyć, Eneasz potrzebował kogoś innego, komu mógł narzucić swą władzę i od kogo władny był czerpać przyjemność. Kobiety lub niewolnika. Fojbiane zaś okazała się chętna i pełna entuzjazmu. Odwiedzał ją już z tuzin razy i nigdy nie spotkał się z odmową.

Po spełnieniu toastu hetera wsparła się ramieniem o brzeg balii i usiadła w niej w taki sposób, że nad powierzchnię wynurzyły się dwie dorodne piersi. Woda ściekała po nich strumieniami. Duże brodawki zdawały się lśnić. Macedończyk przełknął szybko ślinę. Pod tuniką był już twardy i nabrzmiały. A kiedy Fojbiane przechyliła puchar nad swym biustem i spadł nań strumień wina… O mały włos nie doszedł w tym momencie. Rubinowe krople rozlały się po bujnych półkulach, by po chwili spłynąć doliną między nimi.

– Skończyło mi się wino – szepnęła, przymykając oczy. – Napełnisz mi kielich?

Natychmiast znalazł się przy niej. Amfora stała nieopodal, na niskim stole. Gdy ją uniósł, poczuł, że w połowie jest już pusta. Ciekawe, kiedy Fojbiane rozpoczęła swój samotny sympozjon. Czyżby wraz z nastaniem świtu? Nie zastanawiając się długo nad tą kwestią, zaczął nalewać do pucharu trunek, który barwą jako żywo przypominał krew. Wrócił do hetery i podał jej naczynie. Upiła spory łyk i spytała:

– Na co czekasz? Dołącz do mnie. Woda wciąż jest ciepła.

Szybko pozbył się ubrania i wszedł do balii. Szmaragdowooka miała skłonność do eufemizmów. Woda niemal parzyła. Westchnął, gdy zanurzył się w niej po biodra. Było jej zbyt wiele dla dwojga, więc sporo wylało się na podłogę. Nie zwracając na to uwagi, kobieta odstawiła kielich i przysunęła się do niego. Usiadł, oparty wygodnie o brzeg balii, ona zaś usadowiła się między jego nogami i oparła plecy na torsie. Eneasz zadrżał, kiedy penisem otarł się o krągłe pośladki. Uniósł ręce i zacisnął je na piersiach Fojbiane. Były jak zawsze jędrne i sprężyste. Tym razem to ona westchnęła. Przez dłuższą chwilę odpoczywali przytuleni, rozkoszując się wodą i chłonąc swą bliskość. W końcu jednak przestała ona wystarczać Macedończykowi. Poruszył się tak, by jego męskość wsunęła się w kanion między pośladkami hetery. Zamruczała cicho. Położyła dłonie na jego udach. Wspierając się na nich, jęła powoli zataczać biodrami kręgi, mocniej napierając na jego przyrodzenie. Członek stwardniał jeszcze bardziej. Eneasz nie podejrzewał, że to w ogóle możliwe.

Fojbiane przeciągnęła się z rozkosznym jękiem. Eneasz skwapliwie przywarł ustami do jej szyi. Palce mocniej zacisnął na piersiach, gniotąc je i miętosząc. Jego lędźwie płonęły pożądaniem. Wzburzona szybkimi ruchami woda znów wylała się na podłogę.

– Podnieś się – szepnęła hetera, jednocześnie odsuwając się od niego.

Czym prędzej stanął w rozkroku. Woda sięgała mu teraz ledwie do kolan. Męskość prężyła się w pełnej okazałości. Szmaragdowooka uklęknęła w balii i pieszczotliwie przesunęła dłońmi w górę ud Macedończyka. Na widok jego lancy zmysłowo oblizała usta.

– Mogę skosztować? – spytała, ocierając się o żołądź policzkiem.

– Tak… smacznego… – wykrztusił, posyłając jej gorączkowe spojrzenie.

Ujęła członek w dłoń i skierowała ku sobie. Przywitała się z nim mokrym pocałunkiem, a potem nasunęła wargi na całą główkę. Zaczęła ssać, jednocześnie zaciskając palce wokół trzonu. Eneasz sycił oczy podniecającym widokiem. Podobała mu się uległość hetery, będąca odzwierciedleniem jego własnej – wobec Dionizjusza. Nie minęły jeszcze dwie klepsydry od chwili, gdy o poranku, zaraz po zbudzeniu się z krótkiego snu, pieścił ustami męskość Ateńczyka. Pamiętał jeszcze smak jego nasienia. Teraz sam był w ten sposób obdarzany przyjemnością. Zanurzył palce we włosach Fojbiane. Przyciągnął ją mocniej do siebie. Do warg dołączył język, drażniący spodnią część penisa, a ręce przesunęły się na jego pośladki. Wilgotne odgłosy towarzyszące igraszkom rozchodziły się wokoło.

Eneasz drżał cały i kołysał się na rozstawionych szeroko nogach. Niewiasta coraz szybciej poruszała głową. Opuściła powieki, zrywając kontakt wzrokowy. Macedończyk odpowiedział silniejszymi ruchami bioder. Jego jądra co rusz ocierały się o podbródek hetery. Czuł, że te zabiegi już zaraz przyniosą upragniony skutek. Był podniecony do granic możliwości. Bardzo już chciał szczytować, napełnić jej usta sobą… lecz nagle poczuł nowy kaprys. Zapragnął odtworzyć scenę z nocy, którą spędził z Dionizjuszem. Stanowczym szarpnięciem za włosy odciągnął Fojbiane od swego penisa. Pojedyncza strużka śliny łączyła żołądź z jej ustami. Kobieta dyszała prędko, zaskoczona niespodziewanym ruchem. Nawet nie krzyknęła z bólu, jaki z pewnością jej sprawił.

– Obróć się do mnie plecami. Wypnij się mocno – rozkazał nieswoim głosem.

Jego wielbiciel rzadko wydawał mu polecenia. Zwykle młodzieniec dobrze wiedział, czego się od niego oczekuje. Sam nadstawiał mu pośladki; niekiedy rozwierał je, by ułatwić Ateńczykowi penetrację. Szmaragdowooka nie była aż tak pomocna. Oparła się na dłoniach i kolanach, prowokująco kołysząc tuż przed nim pupą. Sam jednak musiał dobrać się do jej ciaśniejszych podwojów.

Chwycił za jej pośladki i rozchylił je mocno na boki. Spojrzał na ociekający wodą brązowy otwór odbytu. Nacisnął nań kciukiem – najpierw lekko, a potem mocniej. Hetera rozluźniła mięśnie, wpuszczając go do środka. Jęknęła przy tym cicho. Jeśli liczyła na to, że wybierze pochwę, bardzo się myliła. Eneasz chciał w pełni nad nią dominować, posiąść tak dogłębnie, jak sam był tej nocy zdobywany. Dlatego miejsce kciuka prędko zajęła ciemna od pulsującej krwi żołądź. Macedończyk zaczął napierać biodrami. Z początku szło mu to opornie. Fojbiane pochyliła głowę i oddychała prędko. Jej włosy opadły na powierzchnię wody i rozsypały się po niej.

W miarę jak pokonywał opór jej ciała, przyjemność Eneasza rosła. Gdy cała główka wniknęła między pośladki kobiety, uznał, że może poczynać sobie śmielej. Kilka długich pchnięć wydarło z jej ust krzyk. Zwolnił, mocno przytrzymując jej biodra, które próbowały uciec do przodu.

– Nie udawaj – wydyszał. – Wiem, że ci dobrze.

Jemu przecież bywało, i to nie raz, choć bogowie obdarzyli Dionizjusza znacznie hojniej niż jego. Choć członek Ateńczyka był dłuższy i szerszy w obwodzie, młodzieniec bez trudu przyjmował go w sobie, a jego ruchy budziły w nim bardzo przyjemne doznania. Nie potrafiłby ich opisać, lecz to chyba za ich sprawą jego własna erekcja stawała się wówczas wręcz bolesna. Nieraz zastanawiał się, jakby to było jednocześnie penetrować i być penetrowanym. Dawać i otrzymywać rozkosz. Szczytować, zarazem czując cudzą ekstazę…

Hetera wydyszała coś niezrozumiale. Eneasz uznał to za słowa zachęty. Znowu przyspieszył pchnięcia. Jądra z impetem uderzały o wyeksponowany srom. Eneasz przymknął oczy. Wyobraził sobie, że dłonie Dionizjusza ściskają jego własne biodra… Niemal fizycznie poczuł zdecydowane sztychy między pośladkami… Stękał z wysiłku, ale nie zwalniał ani na moment. Dociskał podbrzusze do pośladków Fojbiane. Wbijał się w nią najgłębiej, jak tylko potrafił. W końcu zaczęła odpowiadać na jego ruchy, wychodzić im naprzeciw. Macedończyk drżał z przyjemności. Mocno zaciśnięte mięśnie otulały jego penisa. Czuł, że to nie potrwa już długo.

Muszę zaproponować Dionizjuszowi wspólną noc z heterą, pomyślał gorączkowo. Spróbować, jak to będzie… z dwojgiem kochanków naraz. Oczyma wyobraźni ujrzał trzy postacie na łożu, splecione w miłosnym uścisku. Owa wizja tak go rozpaliła, że niemal natychmiast dotarł na szczyt. Z ochrypłym krzykiem wdarł się głęboko między wypięte pośladki. Fojbiane jęknęła przeciągle, a on zatrząsł się niczym w febrze. Jego członek pulsował, wypluwając z siebie obfitą porcję nasienia. Kobieta znieruchomiała, przyjmując w sobie owoc jego ekstazy. Wyczerpany młodzieniec osunął się na nią i oparł się torsem na jej plecach. Jedną ręką uchwycił za brzeg balii, drugą sięgnął do na wpół zanurzonych w wodzie piersi. Z wdzięczności pocałował tył jej szyi. Zacisnął palce na ciężkiej półkuli. To była cudowna chwila. Pragnął, by trwała w nieskończoność.

* * *

Strażnicy przy bramie nie czynili im kłopotów. W tunikach, które mieli na sobie, Demetriusz i Menander nie odróżniali się od innych młodych Ateńczyków. Broń ukryli nad brzegiem Kefisosu, Falerończyk zachował sobie jedynie sztylet, który otrzymał w spadku po Korojbosie. Był jednak na tyle niepozorny, że nie przyciągnął niczyjej uwagi.

Kiedy znaleźli się po drugiej stronie Murów Temistoklesa, skierowali kroki w stronę agory. Jej widok bardzo ich zaskoczył. Główny plac Miasta, zwykle ruchliwy i tętniący życiem, teraz świecił pustkami. Może co trzeci stragan był otwarty, kupujących również brakowało. Wszędzie natomiast widać było cudzoziemskich żołnierzy. Zwracali na siebie uwagę arogancją i butnym zachowaniem. Przechadzali się wśród nielicznych obywateli, zmuszając, by ci ustępowali im z drogi. Śmiało patrzyli Ateńczykom w oczy, ręce trzymając stale na rękojeściach mieczy. Budzili swą obecnością powszechny niepokój. Najwięcej gromadziło się ich pod gmachem strategejonu.

– Co tu się stało? – zapytał bez zrozumienia poeta. – Miasto wygląda jak wymarłe. Czyżby pod naszą nieobecność Apollo zesłał na Ateny zarazę?

– Bez wątpienia nasza ojczyzna choruje – odparł powoli Demetriusz. – Wątpię jednak, by winę ponosił którykolwiek z bogów. Chyba że za bóstwo uznamy przemożną hybris. Zdaję się, że to jej piętno właśnie oglądamy.

– Co zamierzasz zrobić?

– Wypełnię zadanie powierzone mi przez Fokiona i Demadesa. Odnajdę ojca i spróbuję przemówić mu do rozsądku. Jego tyrańskie rządy w Atenach muszą dobiec kresu.

– A jeśli cię nie wysłucha?

Falerończyk westchnął, czując pełnię swojej bezradności.

– Nie wiem, przyjacielu. Jeśli wojska strategów uderzą na Miasto, a ja będę zmuszony wybierać między lojalnością wobec kraju i rodziny… Nie potrafię odpowiedzieć, jaką podjąłbym decyzję. Dlatego muszę wierzyć w powodzenie misji.

– Czy chcesz, bym ci towarzyszył?

– Nie, Menandrze. Jeśli ojciec ujrzy cię u mego boku, nie będzie mówił szczerze. Tę rozmowę musimy odbyć w cztery oczy. Idź do domu, wypocznij. Jesteś zdrożony po nieprzespanej nocy.

– Ty również, Demetriuszu.

– Nie potrafiłbym teraz zmrużyć oka. Spotkamy się później. Zajdę do ciebie wieczorem i opowiem, jak mi poszło.

– A zatem życzę powodzenia, druhu. Będę wyglądał twego przybycia.

Uścisnęli się mocno, a potem rozeszli w dwie strony.

Demetriusz spacerował przez jakiś czas po agorze, przyglądając się najemnikom. Zwykle poruszali się w większych grupach. Wolał nie ryzykować zaczepiania którejś z nich. W końcu zauważył samotnego oficera, niespiesznym krokiem przemierzającego plac. Zbliżył się do niego i powitał uniesioną ręką.

– Bądź pozdrowiony, żołnierzu – zawiesił głos, czekając, aż ten się zatrzyma.

Mężczyzna wydawał się zaskoczony faktem, że zwraca się doń zwykły cywil. W końcu jednak przystanął. Falerończyk kontynuował:

– Szukam arcystratega Dionizjusza. Wiesz może, gdzie go znajdę?

Oficer zmarszczył brwi.

– Czego chcesz od naszego wodza? – zapytał w końcu chrapliwym głosem. Najwyraźniej greka nie była jego pierwszym językiem.

– Jestem jego synem. Wróciłem z wielkiej wojny na północy. Chciałem uścisnąć rodziciela i zdać mu sprawozdanie z moich przygód.

 Spojrzenie zbrojnego stało się naraz bardzo podejrzliwe. Ocenił wygląd młodzieńca, jego przetartą tu i ówdzie tunikę, brak widocznych oznak zamożności. W końcu przyjrzał się jego twarzy.

– Może i jesteś tym, kim twierdzisz – przyznał w końcu niechętnie. – Nie mnie to oceniać. Pójdziemy do strategejonu. Polemarcha Lizander zdecyduje.

Spartanin stał w przedsionku głównej sali gmachu. W ręku dzierżył zwój papirusu, gęsto zapisany imionami. Jego żołnierze strzegli prowadzących dalej drzwi, pilnując, by nikt nie przeszedł przez nie poza kolejnością. Suplikanci byli wzywani pojedynczo. Lizandra nie zdziwił zbytnio widok Demetriusza. A może po prostu zwyczajem swych rodaków nie miał w zwyczaju okazywać emocji. Kiedy następny interesant wyszedł, polemarcha podał papirus jednemu z podwładnych.

– Ty wchodzisz poza listą – zwrócił się do Falerończyka.

Poprowadził go do głównej sali gmachu. Młodzieniec był tu kiedyś z ojcem, który pokazywał mu miejsce narad strategów. Pamiętał wielki stół, przy którym wodzowie zwykli omawiać swe kampanie. Wtedy zajmował cały środek komnaty, teraz odsunięto go daleko pod ścianę. Obecnie meblem, który najsilniej przyciągał uwagę, było samotne krzesło ustawione na podwyższeniu. Na nim zasiadał nieco znudzony już arcystrateg, Dionizjusz z Faleronu. Pochyloną głowę wsparł na dłoni. Miał zamknięte oczy, zupełnie jakby spał. Usłyszawszy kroki, podniósł głowę.

– Kogo prowadzisz mi tym razem, Lizand…

Ujrzawszy syna, raptownie zamilkł. Przez dłuższą chwilę przyglądał się Demetriuszowi. Wreszcie zwrócił się do swoich sekretarzy:

– Wyjść. Wrócicie dopiero wtedy, gdy was zawołam.

Słudzy czym prędzej opuścili salę. Dionizjusz podniósł się z krzesła i podszedł do młodzieńca.

– Ty również możesz odejść – zwrócił się do Spartanina. – Chcę pomówić z moim synem.

Kiedy Lizander zniknął za drzwiami, arcystrateg pozwolił sobie na zmęczony uśmiech. Chwycił Demetriusza za ramiona i przyjrzał mu się uważnie.

– Widzę, żeś cały i zdrowy. Najwyraźniej dardańskie miecze nie dość są ostre na skórę Falerończyka.

– Przyszło mi walczyć nie tylko z Dardanami, ojcze. Starłem się również w pojedynku z twoim zaprzysięgłym wrogiem. Wiedz, że Tryfon z Ambrakii nie kroczy już wśród żywych.

Dopiero po tych słowach oblicze Dionizjusza naprawdę się rozpromieniło.

– Wyśmienicie! Ten ospowaty skurwysyn jak rzadko kto zasłużył sobie na śmierć. Byłeś mściwym ramieniem naszego rodu, Demetriuszu. Dosięgłeś nieprzyjaciela na samym krańcu helleńskiego świata.

Młodzieniec skinieniem głowy podziękował za te słowa. Usłyszawszy pochwałę z ust ojca, poczuł coś na kształt dumy. Zaraz jednak przypomniał sobie Iliryjkę umierającą w jego ramionach. To do niej przebijał się przez tłumy Dardanów i Tryfona z Ambrakii. I choć polało się mnóstwo krwi, to przecież nie zdołał jej ocalić. Coś ścisnęło mu gardło, kiedy przypomniał sobie twarz Raisy, wygładzoną śmiertelnym spokojem.

Tymczasem Dionizjusz rzekł:

– Dobrze, że wróciłeś do Aten. Szczerze powiedziawszy, wątpiłem, czy Demades w ogóle cię do mnie puści. Wciąż nie złożył mi przysięgi wierności, podobnie zresztą jak Fokion. Wnoszę stąd, że postanowili rzucić mi wyzwanie. W takim wypadku byłbyś dla nich cenny jako zakładnik.

– Wprost przeciwnie, ojcze. To oni mnie do ciebie wysłali.

Arcystrateg parsknął śmiechem.

– A zatem chcą paktować! Wyczuwam w tym pomysł Fokiona. To, że wypuścili cię z rąk, ma pewnie stanowić wyraz dobrej woli.

– Tak jest w istocie. Stratedzy nie pragną konfrontacji. Mają nadzieję załatwić sprawę pokojowo. Jeśli wysłuchasz ich propozycji…

– Propozycji? Cóż oni mogą mi zaproponować? – zadrwił Dionizjusz. – Mam w rękach Ateny, obsadzone przez cztery tysiące najemników. Lud jest mi posłuszny, arystokracja spacyfikowana. Rozprawiłem się z opozycją. Sprawuję dwa najważniejsze urzędy w państwie: arcystratega i archonta. W rzeczywistości jestem niekoronowanym królem, pierwszym od zamierzchłych czasów! A wszystko, co uczyniłem, stało się za wiedzą i zgodą regenta Antypatra! To ja, a nie Demades czy Fokion, dysponuję pełnym poparciem Macedonii. Jeśli nie wierzysz, spytaj ambasadora Meleagra. Jutro spotkamy się z nim na wieczerzy.

Demetriusz wysłuchał tej przemowy, z każdą chwilą czując, że jego argumenty stają się coraz słabsze. A jednak poprzedniego wieczoru przysiągł, że je przedstawi.

– Stratedzy mogą nie posiadać względów Macedonii, lecz dysponują armią i flotą – zaczął. – Są w stanie zagłodzić Ateny oblężeniem. Albo wziąć szturmem Pireus. Chcą jednak uniknąć rozlewu krwi. Oferują ci honorowe warunki złożenia broni. Zostaniesz skazany na wygnanie, lecz nie na konfiskatę majątku. Mógłbyś osiąść gdzieś niedaleko, na Eubei albo Salaminie. Ja pozostanę w Mieście jako twój reprezentant i dziedzic. Przyrzekam ci, ojcze, że wykorzystam bogactwa rodu, by uzyskać cofnięcie tej kary. Po kilku latach będziesz mógł wrócić…

– Naprawdę w to wierzysz? – Arcystrateg uśmiechnął się z pogardą. – Dokonałem uzurpacji. Zaprowadziłem w Atenach tyranię. Wymordowałem albo uwięziłem przeciwników moich rządów. Czy sądzisz, że kilka lat wygnania zmaże takie zbrodnie? Nie. Kara może być tylko jedna. Dlatego nie zamierzam nawet rozważać kapitulacji. Władzy raz zdobytej nie oddam aż do ostatniego tchu.

Młodzieniec pochylił głowę. Czuł, że wszystko się wali. Szaleństwo jego ojca nie poddawało się argumentom.

– Najdalej pojutrze stratedzy przybędą do Aten – rzekł powoli. – Czy mam ich powiadomić, że odrzucasz ofertę?

– Powiadomią ich o tym zamknięte bramy i obsadzone wojskiem mury. Twoje posłowanie nie będzie zatem konieczne. Lepiej byś nie pchał się przed oblicza Fokiona i Demadesa. Tym razem nie wypuściliby cię z rąk tak łatwo.

– Proszę cię ojcze, przemyśl to ponownie – spróbował po raz ostatni. – Jest jeszcze czas, by zatrzymać ten obłęd. Czy naprawdę chcesz, by zapamiętano cię jako męża, który zepchnął Ateny w bratobójczą wojnę?

– Chcę, by zapamiętano mnie jako męża, który przywrócił Atenom wielkość – odparł po dłuższej chwili Dionizjusz z Faleronu. – Który odrodził ich potęgę, równą tej z czasów Peryklesa. I zrobię wszystko, by to uczynić. A ty mi w tym pomożesz.

– Ja? – szczerze zdumiał się Demetriusz.

Dionizjusz wstąpił na podwyższenie i zasiadł na stojącym tam krześle. Natychmiast przybrał władczą pozę, a jego oblicze stało się zimne i obojętne.

– Wieczorem pomówimy dłużej – oznajmił. – Opowiem ci o moich planach i o miejscu, jakie widzę w nich dla ciebie. A teraz wybacz… audiencja skończona. Muszę wracać do swych obowiązków.

Uniósł głowę i zawołał:

– Lizandrze!

Drzwi uchyliły się i Spartanin wkroczył do sali.

– Demetriusz zatrzyma się w mojej nowej rezydencji. Zadbaj o to, by dotarł tam bezpiecznie. Eskorta ma odpowiadać jego pozycji i rodowi. Niech Ateńczycy ujrzą, że powrócił do Miasta i cieszy się łaskami swego ojca. Niech pojmą, że oto kroczy wśród nich mój następca.

* * *

Po opuszczeniu agory Menander przez chwilę zastanawiał się, gdzie iść.

Jego dom wydawał mu się pustym i ponurym miejscem, gdy zabrakło w nim Demetriusza i Raisy, a także dwojga sędziwych niewolników. Czuł, że powrót tam nie przyniesie mu spokoju ani wytchnienia po trudach. W całych Atenach było tylko jedno miejsce, w którym mógł szukać tych rzeczy. Dlatego też po krótkim namyśle skierował kroki w stronę rezydencji Fojbiane.

Wciąż miał w pamięci to, jak gorąco nagrodziła go hetera, kiedy przyniósł wieści o pogromie jej krzywdzicieli. Miał nadzieję, że i tym razem okaże się równie hojna i gościnna. Świadomość, że już wkrótce ujrzy Szmaragdowooką, sprawiała, że zapominał o znużeniu po nieprzespanej nocy. W miarę jak rosła w nim niecierpliwość, szedł coraz raźniej, tylko wysiłkiem woli powstrzymując się przed biegiem. Nie zauważał, jak bardzo odróżnia się od mijanych na ulicach współobywateli. Ci rzucali mu tylko spode łba ponure spojrzenia. Nadzieja, jaka rysowała się na jego twarzy i odznaczała w energicznych ruchach, nie przystawała do nastroju, jaki zapanował ostatnimi czasy w Atenach.

 Wreszcie stanął przed domem Fojbiane. Niewiele się tu zmieniło od jego poprzedniej wizyty. Najwyraźniej nie zostały podjęte żadne prace remontowe. Zapewne nie miała do tego głowy, pomyślał poeta. Tyle ostatnio przeszła, potrzebuje czasu… Zbliżył się do drzwi i zakołatał. Odpowiedziała mu cisza. Poczekał trochę i powtórzył czynność. W końcu zniecierpliwiony pchnął drzwi. O dziwo, uchyliły się do środka. Zaskoczony młodzieniec zajrzał do przedsionka. Pusto. Rozejrzał się po ulicy, rozważając, czy powinien wejść bez zaproszenia. W końcu ciekawość zwyciężyła nad rozsądkiem. Kiedy znalazł się w środku, na powrót zamknął za sobą podwoje.

W sali sympozjonów panował bałagan. Widać, że od tygodni tutaj nie sprzątano. Menander manewrował między rozbitymi amforami na podłodze, uważając, by nie nastąpić na któryś z ceramicznych okruchów. Dopiero po chwili dostrzegł drzemiącą na jednym z biesiadnych łóż młodziutką niewolnicę Doris. Tuliła do piersi dzban. Jej peplos poplamiony był winem. Podszedł i nachylił się nad dziewczyną. Westchnęła przez sen, a do jego nozdrzy doszła intensywna woń alkoholu. Nie było sensu jej budzić. Znał przecież rozkład pomieszczeń. Dotarł do schodów i ruszył na piętro. W końcu stanął przed drzwiami alkowy. Przysunął do nich ucho i zaczął nasłuchiwać. Jeśli Fojbiane jest z którymś z adoratorów, zdąży się szybko wycofać. Na razie jednak z sypialni nie dochodził żaden odgłos. Poeta długo walczył z sobą, nim zdecydował się wejść do środka. Spodziewał się ujrzeć zaskoczenie i radość na pięknym licu hetery. Jakże wspaniale będzie znowu wpaść w jej ramiona…

Wszedł do komnaty i oniemiał. Na szerokim łożu leżała Szmaragdowooka. Jej nagie ciało lśniło od wilgoci. Zapewne dopiero co wyszła z kąpieli. Spoczywała w kuszącej pozie, nie robiąc nic, by zakryć swe krągłe piersi oraz gładko ogolone łono. Poeta zapatrzył się w nią, zafascynowany. Ocknął się dopiero wtedy, gdy gdzieś z boku dobiegł go rozwścieczony głos:

 – Jak śmiesz tu wchodzić, pętaku?!

Obrócił głowę ku młodemu, przystojnemu mężczyźnie, trzymającemu w rękach dzban wina oraz kielich o posrebrzanych brzegach. On również był nagi i ociekał wodą. Urodziwą twarz okoloną kaskadami jasnych, kręconych włosów wykrzywiał gniewny grymas. Szybko pokonał dystans dzielący go od poety.

– Zadałem ci pytanie, nędzniku. I oczekuję na nie odpowiedzi!

Menander spojrzał znowu na heterę. Nie wyglądała na zadowoloną. Czuł, że musi zacząć mówić albo nieznajomy straci cierpliwość.

– Jestem przyjacielem Fojbiane o słodkim uśmiechu – oznajmił z godnością. – Dopiero co wróciłem z wojny w Macedonii i chciałem ujrzeć moją Szmaragdowooką. Tęskno mi było do niej na polu chwały pod Aksjusem. Widzę jednak, że przybyłem nie w porę.

– Słuszna uwaga. Zachodzę w głowę, skąd u ciebie taka przenikliwość!

Słowa hetery cięły go jak bicz. Menander zadrżał z gniewu na myśl o jej niewdzięczności. Był ateńskim bohaterem wracającym z ciężkiej kampanii… Zabił dla tej kobiety Eubulosa z Soli… Napisał sztukę, która miała dać jej nieśmiertelność… Ona zaś odpłacała mu się zimną obojętnością. Złośliwą ironią. Bolesną drwiną. Poczuł w ustach gorzki smak piołunu.

– Wybacz, Fojbiane – rzekł chłodnym tonem. – Byłem naiwny i głupi. Liczyłem, że będziesz o mnie pamiętać przez te kilka tygodni nieobecności. Że wytrzymasz bez innego pocieszyciela. Najwyraźniej spodziewałem się po tobie zbyt wiele.

W szmaragdowych oczach zapłonął ogień.

– Jak śmiesz mnie osądzać? – krzyknęła. – Nie doświadczyłeś nawet setnej części mego upokorzenia!

– To prawda. Ale pomogłem ci je pomścić.

– On też! To z jego ręki zginęła Neira, najbardziej podła z moich konkurentek! Powiedz mu, Eneaszu. Powiedz mu!

Menander ponownie zwrócił się w stronę blondyna. Tym razem posłał mu lekceważące spojrzenie. Choć młodzieniec był od niego wyższy i szerszy w ramionach, poeta czuł dla niego tylko pogardę. I nie dbał wcale o konsekwencje własnych słów.

– Więc zabiłeś kobietę? – wycedził. – To twój powód do chwały? Czyn ten z pewnością wymagał wielkiej odwagi! Powiedz mi proszę, udałeś się do niej sam czy wziąłeś pomocników? Z pewnością nie dałbyś jej rady w pojedyn…

Nie dokończył, bo w tej właśnie chwili na jego głowie rozbity został dzban. Wino zalało mu twarz, a przed oczami wybuchły niezliczone gwiazdy. Zatoczył się do tyłu, oślepiony strugami trunku. Natychmiast oberwał w szczękę. Pięścią. Kopnięcie w żebra. Kułak w podbródek. Potknął się o coś i uderzył o podłogę. Wtedy posypały się nań kopniaki.

Fojbiane uniosła się na posłaniu i wpółleżąc, obserwowała, jak Eneasz maltretuje poetę. Między spadającymi ciosami Menander widział jej twarz stężałą w pełnym irytacji grymasie. Ani na moment nie odwróciła swego szmaragdowego spojrzenia. Ale też nawet przez moment nie pojawiła się w nim choćby szczypta litości czy współczucia.

– Kiedy już skończysz, wyrzuć go za próg – poleciła jadowicie słodkim tonem. – Potem wróć do mnie, najdroższy Macedończyku. Pragnę znowu poczuć cię w sobie.

* * *

Nieopodal domu Demostenesa, przy tej samej ulicy, znajdował się piętrowy magazyn, w którym składowano niegdyś amfory z winem i oliwą. Od kilku lat gmach stał pusty i stopniowo popadał w ruinę. Jego to właśnie płaski i przestronny dach wybrał Aratos z Hierapytny na swój punkt obserwacyjny. Leżał na samym jego skraju, wychylając głowę i patrząc na to, co dzieje się przed interesującą go rezydencją. Trwał na swej pozycji już od paru klepsydr. Przyglądał się zmianom warty, zapamiętywał, ilu najemników weszło, a ilu opuściło gmach. Wieści, które przyniosła mu Ismena, zdawały się być bliskie prawdy. Na jego drodze stanie najwyżej sześciu, siedmiu zbrojnych.

Nie ma co zwlekać, pomyślał, mierząc wzrokiem żołnierzy, nieświadomych jeszcze, co szykuje im los. To stanie się dzisiejszej nocy. Uwolnię Korinnę i jej ojca. Zgładzę każdego, kto spróbuje mnie powstrzymać.

Aratos z Hierapytny nie lubował się w masakrze. Zbyt wiele przelał w życiu krwi, by sprawiało mu to jeszcze przyjemność. Popatrzył w niebo. Do zmierzchu pozostały jeszcze pewnie ze dwie klepsydry. Odsunął się od brzegu dachu i usiadł, pochylony do przodu, tak by nikt nie zdołał dostrzec go z dołu. Sprawdził, czy miecz gładko wysuwa się z pochwy. Następnie dobył go i delikatnie nacisnął opuszką palca na sztych. Nie ulegało wątpliwości. Dobrze naostrzył swój oręż.

Raz jeszcze przypomniał sobie słowa Ismeny. Podczas ich ostatniej rozmowy szczegółowo opisała mu wnętrze domu, rozkład pomieszczeń, korytarze i drzwi, których pilnowały straże. Nauczył się tego wszystkiego na pamięć. Ostatnia powtórka z faktów. Ostatni przegląd sporządzonego planu. Był gotowy.

Jego uwagę przyciągnęło nagłe poruszenie. Podczołgał się do skraju dachu i ostrożnie wyjrzał. Do wrót domu Demostenesa zbliżał się zbrojny orszak. Sześciu żołnierzy i poprzedzający ich dowódca. Aratos wytężył wzrok, a potem zdusił przekleństwo między zębami. Na czele oddziału szedł Lizander. Jego dawny zastępca, a dziś polemarcha wszystkich najemników arcystratega. Jedyny człowiek w służbie Dionizjusza, którego Kreteńczyk uważał za równego sobie. Tak zresztą było w lepszych czasach, zanim on sam został otruty. Potem, gdy wrócił już do sił i wznowił treningi fechtunku, ani razu nie zdołał stawić czoła Spartaninowi.

Oddział zatrzymał się przed budynkiem. Strzegący go najemnicy przepuścili Lizandra i dwóch jego ludzi. Aratos czekał, aż znów się pokażą. Miał coraz gorsze przeczucia co do tej niespodziewanej wizyty. Czyżby ktoś przejrzał plan, który uknuł z Ismeną? Wczorajsza wizyta kapłanki u córki Demostenesa była ryzykowna. Strażnicy Korinny mogli zdwoić czujność… Kreteńczyk zacisnął dłonie w pięści. Najgorsze, że był skazany na obserwowanie. Z każdą chwilą jego cierpliwość wystawiana była na coraz trudniejsze próby.

W końcu podwoje znów się otworzyły. Najpierw wyszedł Lizander, następnie drobna postać owinięta w błękitny himation, który narzuciła sobie na głowę. Za nią dwóch najemników dźwigających skrzynię, zapewne służącą do transportu i składowania ubrań. Kreteńczyk skupił się na wiotkiej sylwetce. Czy to była ona? Choć nie był w stanie dostrzec twarzy, skrytej za połą himationu, nie miał najmniejszych wątpliwości. Lizander i jego zbiry uprowadzali gdzieś Korinnę!

Czym prędzej opuścił dach, cudem nie łamiąc sobie przy tym nóg. Ostatnie sześć łokci, które dzieliły go od zaśmieconego zaułka, pokonał skokiem w dół. Wylądował pewnie, choć coś zachrzęściło mu w kostce. Za stary na to jestem, pomyślał, zbliżając się do rogu magazynu. Wyjrzał zza niego. Spartanin, Korinna i otaczający ją ze wszystkich stron żołnierze byli już dobre pięćdziesiąt kroków dalej. Kreteńczyk musiał nadrobić drogi, by nie pchać się przed oczy zbrojnym, którzy wciąż strzegli domu i drugiego więźnia – Demostenesa. Skręcił w boczną uliczkę, potem w następną i jeszcze raz. Otoczył dwa domy, połączone ze sobą wspólnym murem. W końcu dostrzegł tych, których zamierzał śledzić. Zachowując ostrożność, ruszył w ich ślady.

Kiedy zrozumiał, dokąd zmierzają, zimny pot spłynął mu po plecach. Wiedział, że miejsce to będzie wielokroć bardziej strzeżone niż dom Demostenesa. Zarówno przez licznych najemników Dionizjusza, jak i przez samego Lizandra. Aratos z Hierapytny nie należał do ludzi strachliwych. Nie miało to jednak znaczenia. Teraz bowiem naprawdę zaczął się bać.

* * *

Po przybyciu do nowej rezydencji jego ojca, Demetriusz poczuł wreszcie, jak bardzo jest zmęczony. Opadło z niego napięcie ostatniego, bardzo długiego dnia. Uświadomił sobie, że bez względu na to, co jeszcze się wydarzy, on będzie miał w tym niewielki udział. Nie przekonał Dionizjusza do porzucenia szaleńczych planów. Tragedia rozegra się aż do ostatniej sceny. Nic już nie mógł zrobić.

Przełożony niewolników, Syryjczyk Aszur, kazał przygotować dla niego pokoje. W międzyczasie młodzieniec udał się do łaźni, gdzie spędził sporo czasu, zażywając kąpieli. Kiedy w końcu wyszedł z niewielkiego basenu, słudzy ubrali go w czystą tunikę, białą ze złotymi obszyciami, która musiała – jak się domyślał – należeć kiedyś do jednego z kochanków Hiperejdesa. W każdym razie pasowała nań jak ulał. Najwyraźniej jego dawny adorator miał bardzo sprecyzowane upodobania odnośnie do sylwetek swoich ulubieńców.

Młody i urodziwy niewolnik, który przedstawił się mitycznym imieniem Ganimedes, zaprowadził Demetriusza do jego nowych komnat. Falerończyk od razu skierował się do sypialni. Łoże było szerokie i wyglądało na wygodne. Natychmiast je wypróbował, zrzuciwszy przedtem odzienie. Był już bardzo zmęczony i marzył wyłącznie o zaśnięciu. Zamknął oczy, całkiem zapominając o słudze. Ten stał jeszcze przez chwilę nieopodal, spodziewając się może, że nowy pan każe sobie umilić czas odpoczynku. Kiedy stało się jasne, że nie otrzyma takich rozkazów, dyskretnie się oddalił.

Demetriusz obudził się, gdy za oknami było już ciemno. Jedynym źródłem światła była lampa oliwna w dłoni Ganimedesa. Uniósł się na łokciu i zasłonił twarz dłonią.

– Czemu świecisz mi po oczach?!

– Panie… twój ojciec wrócił do rezydencji. Zaprasza cię na wieczerzę do komnaty sympozjonów.

– Nie za późno na kolację? Musi być środek nocy…

– Dwie klepsydry po zmierzchu, panie.

Z pełnym rezygnacji westchnieniem Falerończyk sięgnął po tunikę.

W komnacie sympozjonów ustawiono w półokręgu trzy wielkie łoża biesiadne. Na każdym mogły się z powodzeniem zmieścić dwie osoby. I tak było w istocie: środkowe zajmował Dionizjusz wraz z efebem, którego głowę otaczała aureola złocistych loków. Arcystrateg trzymał dłoń na jego ramieniu, jakby zaznaczając swoje posiadanie. Miał na sobie czarny chiton, efeb zaś – krótką tunikę z wyhaftowanym na piersi złotym słońcem Macedonii. Demetriusz rozpoznał w blondynie Eneasza, którego ujrzał po raz pierwszy w świątyni Zeusa Wojennego, podczas demokratycznej rebelii. W pierwszej chwili poczuł zaskoczenie. Nie spodziewał się, że związek jego ojca z młodym Macedończykiem przetrwa aż tak długo.

Łoże po jego lewej ręce zajmował polemarcha Lizander, któremu towarzyszyła szczupła dziewczyna o jasnej cerze i kruczoczarnych włosach. Miała na sobie peplos w kolorze wieczornego morza, w uszach zaś – srebrne kolczyki. Falerończyk dłużej zatrzymał na niej wzrok. Odwzajemniła spojrzenie, w pierwszej chwili jakby z niepewnością, a może nawet lękiem. Zaraz jednak jej oczy uspokoiły się, a na wargach pojawił się delikatny uśmiech.

Po prawicy jego ojca na Demetriusza czekało puste łoże. Spoczął na nim, podczas gdy arcystrateg przedstawiał pozostałych uczestników wieczerzy.

– Miałeś już okazję poznać Eneasza. Lizandrowi zaś towarzyszy Diantha. Kapłanka z Artemizjonu na Eginie, a potem branka, którą nasz dzielny Spartanin ocalił z rąk tej nędznej kreatury, Kritiasa.

Ładna mi kapłanka, pomyślał Falerończyk, przyglądając się dekoltowi i odsłoniętym ramionom Dianthy. To, jak wtulała się pośladkami w podbrzusze leżącego za nią polemarchy, nie świadczyło dobrze o wierności zasadom, których winny przestrzegać czcicielki Artemidy.

 – Wygląda na to, że tylko ja nie mam dziś towarzyszki – zauważył Demetriusz. Celowo nie powiedział „towarzyszki lub towarzysza”, by ugodzić Macedończyka. Od początku ich znajomości darzył go bowiem głęboką niechęcią.

Dionizjusz udał, że nie usłyszał zaczepki. Uśmiechnął się tajemniczo i rzekł:

– Wszystko w swoim czasie.

Kiedy słudzy serwowali pierwsze dania, do komnaty weszły dwie kobiety w zwiewnych, białych sukniach z tkaniny tak cienkiej, że wręcz półprzezroczystej. Pierwsza była niewysoką blondynką, której loki spływały swobodnie na ramiona. Druga – smagła, ciemnowłosa, uczesana na egipską modłę – musiała pochodzić z krain Południa, leżących za wielkim morzem. Jej brązowe ciało było doskonale widoczne pod jasnym jedwabiem. Kilka kroków za nimi podążał niewolnik, trzymający w dłoniach podwójny flet.

– Czcigodni państwo – rzekł, kłaniając się w pas – pozwólcie, że przedstawię tancerki, które umilą wam czas. Macie przed sobą złocistą Dorydę z Lakonii i czarną Nefthis z Egiptu. Obydwie przysłał Cynobrowy Dom, który łączy pozdrowienia dla najszlachetniejszego z ateńskich obywateli, arcystratega Dionizjusza z Faleronu oraz jego syna.

To mówiąc, ukłonił się raz jeszcze.

Demetriusz był pod wrażeniem. Wszak Cynobrowy Dom to jeden z dwóch najsłynniejszych i najdroższych przybytków rozkoszy w Atenach! Jego przyjaciel, Kassander, zabrał go tam tylko raz, a rozkoszna noc kosztowała ich fortunę. Wygląda na to, że jego ojciec niczego sobie – i swoim gościom – nie odmawiał.

– Sądziłem, że mamy porozmawiać o twych planach – rzekł nieco wbrew sobie młodzieniec, bo był bardzo ciekaw występu Dorydy i Nefthis. Czuł jednak, że zanim całkiem poświęci się widowisku, należy zająć się ważnymi sprawami. Arcystrateg był wszakże innego zdania.

– Bądź cierpliwy. Jeszcze zdążysz je poznać. Na razie wznieśmy toast. Za ponowne spotkanie – zwrócił się w stronę syna. – I za przyszłe wspólne zwycięstwa!

Upił sporo z podanego mu pucharu, a potem posłał go przez niewolnika w stronę Demetriusza. Ten również skosztował. Wino było doprawdy wyborne. Następnie kielich powędrował w ręce Lizandra i Dianthy. Eneasz pił jako ostatni.

Niewolnik usiadł na poduszce w rogu pomieszczenia. Zaczął grać na podwójnym flecie spokojną, nieco senną melodię o powolnym rytmie. Nefthis i Doryda ruszyły w tan. Poruszały się z gracją, zwinne niczym koty, piękne jak rzeczne nimfy. Czasem kręciły się wokół siebie nawzajem, tak blisko, że ich suknie szeleściły, ścierając się ze sobą jedwabnymi skrzydłami. Innym razem oddalały się i każda jakby zapominała o partnerce. Wkrótce jednak wracała do drugiej i wtedy obie kobiety ujmowały się za szyję, pochylały do przodu i witały namiętnym pocałunkiem.

Ich szaty były równie intrygujące jak układ, które wykonywały. Choć na pierwszy rzut oka przypominały długie, sięgające do kostek suknie egipskie, w ruchu ujawniały pełno strategicznie ulokowanych rozcięć. Widzom co rusz ukazywało się na moment to nagie udo, to znowu większa część piersi. Wszyscy przyglądali się z uwagą, by wyłapywać te krótkie, acz jakże satysfakcjonujące niedyskrecje. W miarę jak rytm muzyki przyspieszał, a niewiasty z Cynobrowego Domu zatracały się w tańcu, ich wzajemne relacje stawały się coraz gorętsze. Teraz nie mijały się już bez pocałunku. Gdy jedna wirowała wokół drugiej, tamta wdzięcznymi ruchami przesuwała dłonie po biodrach, pośladkach czy biuście przyjaciółki.

Zmysłowy występ nie mógł pozostawić Demetriusza obojętnym. Wiercił się na biesiadnym łożu, czując, że jego podniecenie zaraz stanie się widoczne. W przeciwieństwie do Dionizjusza i Lizandra nie mógł ukryć swej erekcji za ciałem kochanki lub oblubieńca. Tunika, którą przywdział, niewiele też była w stanie zamaskować. W końcu przestał się tym przejmować i całkiem skupił uwagę na Dorydzie i Nefthis. Przywarły do siebie blisko, wtulając się piersiami. Udo Egipcjanki wsunęło się między nogi Lakonki; widać było, że miarowymi ruchami pociera o jej podbrzusze. Ich usta połączyły się w długim, wilgotnym pocałunku. Muzyka ustała. Biesiadnicy nagrodzili kobiety owacją, która wzmogła się jeszcze, kiedy blondynką wstrząsnął dreszcz niespodziewanego orgazmu. Odrzuciła głowę do tyłu i krzyknęła cicho, urywanie. Żaden z widzów nie wątpił w autentyczność tej reakcji.

Tancerki opuściły komnatę sympozjonów – Doryda na wyraźnie miękkich nogach – by przygotować się do kolejnego popisu. Biesiadnicy, którzy przedtem skupieni byli na oglądaniu, mogli wreszcie zabrać się za jadło, wino i rozmowy.

– Wspaniały pokaz – rzekł Eneasz, wtulając się mocniej w tors Dionizjusza. – Dziękuję, że go zorganizowałeś – zwrócił się bezpośrednio do swego wielbiciela.

– A ty co o nim myślisz, Demetriuszu? – zapytał go ojciec.

– Zaiste, burzy krew w żyłach… – Młody Falerończyk starał się ułożyć tak, by nieustępująca jak na złość erekcja stała się mniej widoczna.

– Zwłaszcza w jednej żyle! – zaśmiała się perliście Diantha, rzucając mu wymowne spojrzenie. Poczuł przemożną chęć wzięcia odwetu.

– Nie wydaje mi się jednak, by było to widowisko stosowne dla kapłanki Artemidy – zauważył. – Czyż waszą tradycją nie jest ślub czystości? Nie boisz się, że poruszona tym, co zobaczyłaś, złamiesz świętą przysięgę?

– Och, nie byłam prawdziwą kapłanką, tylko akolitką. Nie zdążyłam złożyć ślubów. A co do czystości… Obawiam się, że ten okręt dawno już opuścił port!

Powiedziawszy to, mocniej przywarła pośladkami do podbrzusza Lizandra. Pomimo tego twarz Spartanina pozostała nieodgadniona.

– Dobrze powiedziane! – zaśmiał się Eneasz. – Nie bądź takim świętoszkiem, Demetriuszu. Nie przystoi ci ta poza.

Już miał gniewnie odpowiedzieć Macedończykowi, lecz ubiegł go ojciec:

– Pewna surowość obyczajów jest wskazana, zwłaszcza dla tych, którzy niedługo się żenią.

W tym momencie powróciły tancerki. Na ich widok wszyscy zastygli w niemym podziwie. Obie bowiem były całkiem nagie, jeśli nie liczyć drogich kamieni zdobiących ich brzuchy oraz opasających biodra srebrnych łańcuszków o bardzo drobnych ogniwach. W pępku Nefthis pysznił się duży rubin, zamontowany z pewnością na kolczyku. W przypadku Dorydy był to szafir. Niewiasty stanęły przed biesiadnikami i trzymając się za ręce, wdzięcznie dygnęły. Niewolnik znowu zaczął grać na flecie. Muzyka, która dobywała się z instrumentu, była niespieszna, wręcz hipnotyczna. Rozpoczął się kolejny występ.

* * *

Najemnicy przy drzwiach nie mieli szans.

Znudzeni nocną wartą pogrążyli się w rozmowie. Przestali zwracać uwagę na to, co działo się wokoło. Dzierżone w rękach pochodnie raczej ich oślepiały, niż rozjaśniały świat wokół. Atak nastąpił, gdy jeden z żołnierzy wybuchnął śmiechem, a drugi obejrzał się na niego. Z mroku wystrzelił mroczny kształt. Blask ognia zatańczył dwukrotnie na ostrzu xiphosa. Ten, który się oglądał, złapał się za poderżnięte gardło. Uderzył plecami o mur i tryskając krwią, zaczął osuwać się w dół. Ten, który się śmiał, otrzymał pchnięcie w rozdziawione usta. Jego głowa odskoczyła do tyłu. Kiedy zsuwała się z ostrza, mężczyzna już nie żył.

Aratos odrzucił połę ciemnego płaszcza, który czynił go niemal niewidocznym w mroku nocy. Oczyścił klingę miecza o chlamidę jednego z zabitych. Otworzył drzwi budynku. Prędko zlustrował przedsionek. Pusto. Starając się zachowywać jak najciszej, po kolei wciągnął oba ciała do środka. I zamknął za sobą podwoje.

 Kreteńczyk ruszył korytarzami domu. Każdy najemnik, który stawiał mu czoła, ginął po krótkim i gwałtownym pojedynku. Krew spadała na jego płaszcz, lecz plamy nie odznaczały się na czarnym materiale. W końcu dotarł do alkowy. Jej drzwi strzegł ostatni wartownik. Słyszał śmiertelne krzyki pozostałych. A jednak z jakiegoś powodu nie ruszył im na pomoc. Stał z obnażonym mieczem, gotowy do walki. Kiedy ujrzał, z kim przyjdzie mu się mierzyć, zaczął się trząść ze strachu.

– Do… dowódco… – wybełkotał.

Aratos rozpoznał go. Należał kiedyś do przybocznej gwardii Dionizjusza, jeszcze w czasach, gdy on sam nią kierował. Uśmiechnął się do dawnego podwładnego i rzekł:

– Jeśli chcesz żyć, rzuć broń i uciekaj. Obiecuję, że nie wbiję ci miecza w plecy.

Po chwili był już sam. Wiedział, gdzie pobiegnie żołnierz i kogo zaalarmuje. O to mu zresztą chodziło. Wsunął miecz do pochwy i wkroczył do sypialni.

Demostenesa wyciągnął spod łóżka, gdzie ten ukrył się, gdy tylko usłyszał odgłosy walki.

– Błagam, nie zabijaj mnie! – zawołał polityk.

– Nie mam takiego zamiaru. Przybyłem cię uratować.

Ulga na jego twarzy była wyraźna, ale krótkotrwała.

– Nie… nie mogę stąd odejść. Oni mają moją córkę. Korinna…

– Ją także uwolnię jeszcze tej nocy – obiecał Aratos. – Na razie jednak musimy cię ukryć. Chodź ze mną, na bogów!

Gdy zmierzali do drzwi wyjściowych, Demostenes spoglądał nerwowo na kolejne zwłoki.

– Wkrótce w całych Atenach rozpocznie się pościg – instruował go Kreteńczyk. – Dlatego też natychmiast udasz się do świątyni Artemidy. Tam czeka na ciebie kapłanka, Ismena. Ona pomoże ci się ukryć. Unikaj głównych ulic. Łatwiej się na nich natknąć na wrogie patrole.

Wyszli na ulicę.

– Jeśli bogowie nam sprzyjają, przed świtem ujrzysz swoją córkę. Bywaj!

Aratos patrzył, jak Demostenes oddala się w stronę Artemizjonu. Sam skierował się w przeciwnym kierunku. Miał jeszcze tej nocy wiele do zrobienia.

* * *

Drugi pokaz był znacznie bardziej dosłowny. Doryda i Nefthis od początku tańczyły blisko siebie, gładząc nawzajem swe ciała. Nie szczędziły sobie przy tym pocałunków oraz pieszczot. Co chwila ręka Lakonki zagłębiała się między uda Egipcjanki lub muskała jej piersi. Tamta skupiała się na biuście i pośladkach przyjaciółki. Choć widok pięknych, mających się ku sobie niewiast rozpalał w Demetriuszu żądzę, coś sprawiało, że nie mógł się w pełni skupić na ich podziwianiu. Słowa ojca wytrąciły go z równowagi. „Zwłaszcza dla tych, którzy niedługo się żenią”. Miał nadzieję, że Dionizjusz porzucił tamten niedorzeczny pomysł, którym podzielił się z nim podczas ich ostatniej rozmowy przed macedońską kampanią. „Syn najpotężniejszego oligarchy poślubi córkę najznamienitszego demokraty! Czy był kiedyś lepszy pomysł na zespolenie tego, co rozdarte?” Już wtedy młodzieniec nie wykazał zbytniego entuzjazmu. Teraz idea ślubu z córką Demostenesa budziła w nim głęboki opór.

Tymczasem Doryda osunęła się na kolana przed Nefthis. Przysunęła głowę do jej brzucha i ucałowała zdobiący pępek rubin. A potem liźnięciem zeszła w dół. Smagłolica wciąż tańczyła w rytm muzyki, ale inaczej niż poprzednio. Jej stopy nie odrywały się już od ziemi, nadal jednak kusząco kołysała biodrami, a dłonie wędrowały w górę i w dół własnego ciała. Zacisnęła ręce na swych piersiach i odchyliła głowę do tyłu. Blondynka zarzuciła sobie jej udo na ramię i przywarła ustami do łona. Ze swego miejsca Demetriusz widział, jak szybko i niestrudzenie porusza językiem. Westchnienia i jęki smagłej piękności stawały się coraz głośniejsze. Jedną rękę oderwała od biustu i zagłębiła w jasnych włosach kochanki.

Demetriusz odwrócił od nich spojrzenie. Zamknął oczy. Przypomniał sobie, jak stał nad stosem pogrzebowym Raisy. Usłyszał słowa, które wtedy padły z jego ust: „Liczę, że gdy śmierć zabierze mnie wreszcie z tego świata, spotkamy się w Hadesie. Do tego czasu… ślubuję ci, że nie wezmę sobie żony ani konkubiny… Kocham tylko ciebie. Niech zatem tak zostanie”. Choć przeczuwał, że konsekwencje będą bolesne, podjął decyzję. Raz jeszcze sprzeciwi się planom ojca. Nie będzie posłusznie grał napisanej dla niego roli. Ten jeden jedyny raz spełni przysięgę, którą złożył Iliryjce.

Nefthis drżała na całym ciele, wstrząsana kolejnymi falami przyjemności. Ruchy jej bioder, z pomocą których napierała na liżącą ją Dorydę, wciąż jednak poddawały się rytmowi muzyki, który powoli przyspieszał. Lakonka przesunęła dłonie na pośladki Egipcjanki. Ścisnęła za nie, jednocześnie mocniej wpijając się ustami w srom. Biesiadnicy, z wyjątkiem młodego Falerończyka, przyglądali się w skupieniu, chłonąc każdy ruch, gest, pieszczotę, jęk. Eneasz, nie mogąc się powstrzymać, sięgnął ręką pod tunikę i zaczął masować swoją męskość.

Kiedy Demetriusz uniósł powieki, Doryda właśnie wieńczyła dzieło. Wsunęła dwa palce między pośladki smagłolicej i wbiła je w ciasny otwór, mocno i zdecydowanie. Jednocześnie zacisnęła wargi na jej łechtaczce. Nefthis zachłysnęła się rozkoszą. Podobnie jak wcześniej blondynka, ona również nie zdołała powstrzymać krzyku. Twarz Lakonki zalał obfity strumień miłosnego nektaru. Rozchyliła szeroko usta, by złapać w nie jak najwięcej.

Muzyka umilkła wraz z krzykiem Egipcjanki. Dionizjusz usiadł na łożu i wzniesionym pucharem oddał hołd obu tancerkom.

– Piję za pomyślność Cynobrowego Domu i jego wielce uzdolnionych córek!

Doryda i wyczerpana przyjemnością Nefthis znów dygnęły, a potem przeszły w kąt komnaty i usiadły po obu stronach flecisty. Kielich po raz kolejny przeszedł między wszystkimi biesiadnikami.

– Ten wspaniały występ – ciągnął arcystrateg – stanowi dopiero początek dzisiejszych atrakcji. Kolejną będzie prezent, jaki mam dla mego syna, który szczęśliwie powrócił z wojny z Dardanami, opromieniony sławą żołnierza i bohatera.

Mówiąc to, dał znak słudze, który opuścił salę. Po chwili wkroczyło do niej dwóch najemników z mieczami kołyszącymi się u pasów. Między sobą prowadzili, trzymając za ramiona, drobną dziewczynę o kasztanowych lokach. Demetriusz ocenił, że mogła mieć piętnaście lat, z pewnością nie więcej. Miała na sobie biały peplos z nieprzezroczystego lnu. Duże, brązowe oczy rzucały wokół zalęknione spojrzenia. Na nieco dziecięcej jeszcze twarzy rysował się niepokój.

– Demetriuszu – zwrócił się do niego ojciec – poznaj Korinnę, córkę Demostenesa. Twoją przyszłą żonę!

Młódka zastygła w bezruchu, z szeroko otwartymi oczyma. Najwyraźniej wstrząsnęło nią to, co usłyszała. Demetriusz spodziewał się, że sam nie wygląda dużo lepiej. Zaraz jednak zaskoczenie ucichło, przytłumione narastającą irytacją. Podniósł się z łoża i szybkim krokiem podszedł do Korinny.

– Puśćcie ją! – rozkazał najemnikom. – I cofnijcie się kilka kroków!

Spojrzeli wpierw na Dionizjusza. Najwyraźniej arcystrateg dał znak, by byli posłuszni, bo uwolnili ramiona dziewczyny. Falerończyk dostrzegł na nich sińce po brutalnym uścisku. Zmełł w ustach przekleństwo.

– Korinno – rzekł na tyle cicho, by nie słyszał go żaden z uczestników sympozjonu. – Wiedz, że boleję nad twym upokorzeniem i przemocą, która cię tu spotyka. To hańba dla mojego rodu, że cierpisz takie traktowanie.

Milczała z zaciśniętymi wargami. Nie dziwił się jej. Kilka uprzejmych słów nie mogło zmienić sytuacji, w jakiej się znalazła. Sprowadzona tu siłą, wystawiona na widok pijanych biesiadników, zaprezentowana niczym przedmiot, kolejna atrakcja wieczoru. Potraktowano ją jak najlichszą niewolnicę, a nie córkę obywatela Aten, i to tak znamienitego jak Demostenes.

– Spójrzcie na nich – zaśmiał się Eneasz. – Ledwie się ujrzeli, a już gruchają jak zakochani!

Demetriusz zignorował go jak niewartą uwagi pchłę. Gdy zwrócił się w stronę biesiadnych łóżek, spoglądał tylko na ojca.

– Nie godzi się! – zaczął głosem drżącym od tłumionej furii. – Nie godzi się, by w taki sposób przedstawiać mi narzeczoną! Nie w czasie uczty, pośród obcych ludzi, zaraz po występach dziwek z Cynobrowego Domu!

Dionizjusz nie wyglądał na zmieszanego.

– Nie było ku temu wcześniej okazji – oznajmił spokojnym tonem. – Później też nie będzie. Zaślubiny odbędą się jutro. Chcę, by obywatele Aten dowiedzieli się o tym radosnym fakcie, nim jeszcze stratedzy staną ze swym wojskiem pod murami Miasta. Wasz związek będzie symbolizował zjednoczenie rodu Faleronu z Ludem. Zapewni mi poparcie i siłę potrzebną, by zmusić Fokiona i Demadesa do kapitulacji.

– Sprytny plan – przyznał młodzieniec. – Ma jednak zasadniczą wadę.

– Doprawdy? – Głos arcystratega zabrzmiał nagle dziwnie zimno. – Racz mnie oświecić, chłopcze. Cóż to za wada?

– Brak mojej zgody. Nie wezmę udziału w twoich machinacjach, ojcze. Nie poślubię ani Korinny, ani żadnej innej niewiasty, którą mi wskażesz.

Po tych słowach zapadła cisza. Eneasz i Diantha spoglądali na Demetriusza szeroko otwartymi oczami. Tancerki i flecista siedzieli w kącie sali i udawali, że ich nie ma. Nawet Lizander uniósł brwi, szczerze zdumiony owym aktem oporu.

Gdyby spojrzenie arcystratega mogło ciskać pioruny, jego syn momentalnie zmieniłby się w popiół. Dionizjusz z Faleronu zbladł i zacisnął szczęki. Podniósł się z łoża i stanął na środku sali. Kiedy w końcu otworzył usta, zwrócił się do najemników.

– Demetriusz najwyraźniej nie wie, z czego chce tak łatwo zrezygnować. Zbyt krótko przyglądał się swojej narzeczonej. Nie poznał wszystkich jej walorów. Pokażcie mu je. Niech dobrze się przyjrzy.

Korinna wnet pojęła, do czego on zmierza. Próbowała rzucić się ku drzwiom. Żołnierze z łatwością ją dopadli. Uśmiechali się szeroko, wykonując polecenie. Rozległ się trzask dartej tkaniny. I pełen bezsilności krzyk. Najpierw obnażyli górną połowę jej ciała, a potem zerwali resztę materiału. Stała naga, drżąca, skrzyżowanymi przedramionami próbowała zasłonić drobne piersi. Nic jednak nie zakrywało brzucha, porośniętego brązowymi włoskami łona, pośladków ani ud. Łzy spłynęły po policzkach młódki. Płakała ze wstydu, wystawiona na spojrzenia dziesięciu par oczu.

Rozgniewany Demetriusz ruszył w jej kierunku. Jeden z najemników próbował zastąpić mu drogę. Spoliczkował draba na odlew, prawicą sięgnął po rękojeść jego miecza. Wyszarpnął go z pochwy. Ostrze skierował w stronę piersi arcystratega.

– Dosyć tego! – wycedził przez zęby. – Nie pozwolę, byś jeszcze bardziej zszargał honor naszego rodu.

– Zamierzasz się na własnego ojca? – zapytał Lizander, podnosząc się z łoża.

– Zrób krok w moją stronę, a nie skończy się na zamierzaniu.

Młodzieniec podszedł do dziewczyny i stanął między nią, a resztą biesiadników. Zasłonił swoim ciałem.

– Ty! – zawołał do tego najemnika, który wciąż miał przy sobie oręż. – Rzuć miecz na ziemię. I ściągaj płaszcz. Dawaj go tu.

Kiedy otrzymał ciężką, wełnianą chlamidę, podał ją Korinnie.

– Zasłoń się tym.

Jego ojciec wyglądał, jakby doznał apopleksji. Nienaturalnie blady, mierzył syna pełnym pogardy wzrokiem.

W tym momencie drzwi komnaty rozwarły się na oścież. Weszło przez nie pięciu zbrojnych. Przewodził im mąż potężnej budowy, którego oblicze szpecił złamany i krzywo zrośnięty nos. Demetriuszowi wystarczył jeden rzut oka. Natychmiast poznał dowódcę jeźdźców, który zatrzymał jego i Menandra na drodze z Maratonu. Błysk w oczach tamtego uświadomił mu, że również został rozpoznany. Młodzieniec opuścił miecz, lecz wciąż zasłaniał sobą szlochającą cicho młódkę.

– Co się dzieje, Sostenesie? – zapytał ostro Lizander. – Jakim prawem wchodzisz tu bez zaproszenia?

– Demostenes zniknął – odparł dowódca. – Strzegący go żołnierze zginęli. Jedyny, który przeżył, twierdzi, że ataku dokonał Aratos z Hierapytny.

– Bzdura! – żachnął się arcystrateg. – Aratos nie żyje! Czytałem list Ismeny. Umarł z powodu odniesionych ran, po ataku na egineckie sanktuarium!

– Najwyraźniej ta kurwa kłamała – stwierdził Sostenes.

– On może mieć rację – poparł go Spartanin. – Tylko Aratos byłby zdolny zabić w pojedynkę sześciu ludzi. Co do Ismeny, nadal przebywa w Mieście. Wczoraj odwiedziła Korinnę w domu jej ojca. Trudno uznać to za przypadek.

– Musimy ich czym prędzej znaleźć! – Dionizjusz był w swoim żywiole. Znów musiał podejmować szybkie i stanowcze decyzje. Wyglądało na to, że puścił chwilowo w niepamięć zachowanie syna. – Poderwiemy na nogi wszystkich ludzi. Lizandrze, weźmiesz jeden oddział, Sostenes drugi. Ja pokieruję trzecim. Przeczeszemy całe Ateny. Nie zdołają się ukryć. Demostenes, Ismena, Aratos. Chcę dostać ich wszystkich. Żywych lub martwych.

– Kto zostanie tutaj? – zapytał polemarcha. – Wciąż trzeba strzec Korinny.

Demetriusz spodziewał się, że to jemu przypadnie owo zadanie. Arcystrateg postanowił jednak inaczej:

– Eneaszu, otrzymasz dziesięciu ludzi. Strzeż rezydencji i zakładniczki. Miej też baczenie na mojego syna. Jest ostatnio zupełnie nieobliczalny.

On niczego nie puszcza w niepamięć, zrozumiał młody Falerończyk.

* * *

W ich wspólnej alkowie Filona przyglądała się, jak Lizander zakłada pancerz, otacza swe biodra pasem i przypina do niego miecz. Stanęła tuż za nim i objęła jego skryty pod zbroją tors.

– Jeśli napotkasz Aratosa, zabij go – szepnęła mu na ucho. – Wiesz, że on mnie rozpozna. A wtedy zginę. Arcystrateg nie pozwoli żyć agentce Olimpias.

– Dawnej agentce – odparł Spartanin. – Już jej nie służysz, prawda?

Poczuła do niego urazę. Czyżby jej nie ufał?

– Jestem lojalna tylko wobec ciebie. Wiesz o tym.

– Tak, tak – rzucił, zapinając ostatnie wiązania napierśnika. – Aratos… to moja wina. Zdobyłem list będący dowodem jego wiarołomstwa. Powinienem był wcześniej przejrzeć komedię Ismeny.

– Zwiodła nas wszystkich – przyznała Filona. – Ją również powinieneś zgładzić. Zna moją twarz, wie, kim jestem.

Polemarcha odwrócił się do niej. Jego twarz była surowa, lecz oczy mówiły więcej, niżby sobie tego życzył.

– Zabiję wszystkich, którzy ośmielą się ci zagrażać.

Ich spojrzenia krzyżowały się przez dłuższą chwilę. Wreszcie podjęła decyzję.

– Kocham cię, Lizandrze.

Nie odpowiedział słowami. Spartanie nigdy nie byli w nich biegli. Zamiast tego objął wąską talię dziewczyny i przygarnął ją mocno do siebie. Ich pocałunek był długi i łapczywy. Jakby miał im wystarczyć na bardzo, bardzo długo.

* * *

Mroczny ślepy zaułek nieopodal willi Hiperejdesa, służący okolicznym mieszkańcom za śmietnik, był jednocześnie doskonałą kryjówką dla poszukiwanego człowieka, który bardzo nie chciał zostać znaleziony. Jeden z najemników arcystratega zajrzał tu tylko raz. Machnął pochodnią, by szybko oświetlić całą przestrzeń i odejść jak najdalej od duszącego odoru zgniłych resztek jedzenia, padliny i opróżnionych nocników. Gdy ruszył już w swoją stronę, coś, co wyglądało jak góra odpadków zebranych w kącie zaułka, poruszyło się. Aratos odrzucił połę ciemnego płaszcza i zaczerpnął tchu. Okazało się to błędem, bo smród wcale nie osłabł. Wdech przerodził się w serię kaszlnięć oraz torsji, które o mało nie doprowadziły go do wymiotów. Pochylony do przodu, trzymając się za pierś, ruszył w stronę wylotu zaułka. Stanął tam, skryty w ciemnościach. Zdusił kaszel, opanował mdłości i płytko oddychając, nasłuchiwał.

Odgłosy poszukiwań oddalały się od rezydencji. Nim nastanie świt, najemnicy przewrócą do góry nogami całe Ateny, ale ta okolica powinna być przez pewien czas bezpieczna. Pozostawali zatem już tylko zbrojni, którzy strzegli budynku. Domyślał się, że będzie ich więcej niż w domu Demostenesa. Był poza tym zmęczony walką i szaleńczym biegiem ulicami Miasta. Świeżo zagojone rany promieniowały tępym bólem, trucizna, która wciąż do końca nie opuściła jego żył, sprawiała, że czuł śmiertelne znużenie. Zdawał sobie jednak sprawę, że nie może się teraz wycofać. Nie będzie miał lepszej okazji. Ani jutro, ani nigdy. Ruszył w stronę willi Hiperejdesa, gorączkowo rozważając, jak zabrać się do dzieła. Nie znał rozkładu pomieszczeń ani wartowników. Nie miał pojęcia, co go czeka, jeśli spróbuje sforsować główne wrota.

Być może jednak nie będzie to konieczne, pomyślał. Znajdował się na tyłach rezydencji. Nie było tutaj żadnych drzwi, a jedyne okno ulokowane było jakieś dziesięć stóp nad ziemią. Sądząc po bijącym stamtąd cieple oraz apetycznych woniach, służyło ono do wentylowania kuchni, tak by zapachy przygotowywanego jadła nie wypełniały wewnętrznego dziedzińca. To była jego szansa. Zbliżył się do muru i przesunął po nim dłonią. Chropowaty. Między kamieniami były zagłębienia – w miejscu, gdzie ukruszyła się murarska zaprawa. Kiedy odnalazł kilka z nich, wbił w nie palce i podciągnął się w górę. Znalazł oparcie dla jednej nogi, druga się ześlizgnęła. O mały włos nie spadł na plecy. Zdołał się jednak utrzymać. Przywierał płasko do ściany. Podciągnięcie na jednej ręce. Poszukiwanie oparcia dla stopy i kolejnego zagłębienia dla dłoni. Znalazł. Ciężki oddech, niemal rzężenie.

Kiedy był tuż przy oknie, usłyszał jakiś hałas. A potem z wnętrza wynurzyła się głowa w attyckim hełmie. Mężczyzna rozejrzał się dookoła, a potem spojrzał w dół. Aratos podciągnął się na jednej ręce, wkładając w to wszystkie siły. Drugą chwycił tamtego za wiązania pod hełmem. Szarpnął najmocniej, jak potrafił. Wartownik stracił równowagę i wysunął się przez okno. Zdążył wydać z siebie krótki krzyk, gdy mknął na spotkanie ziemi. Spadł prosto na głowę. Kreteńczykowi wydawało się, że słyszał trzask miażdżonego karku. Nie oglądając się za siebie, wciągnął się na górę i wpadł przez okno do środka pomieszczenia. Mocno się przy tym poobijał. Na szczęście o tej porze kuchnia była pusta. Żołnierz, którego właśnie zabił, pełnił tu straż samotnie.

Znajdował się na pierwszym i jedynym piętrze gmachu. Zastanawiał się, gdzie może być przetrzymywana Korinna. W piwnicach? Czy może raczej otrzymała sypialną komnatę? Spodziewał się, że alkowy również znajdują się na piętrze, ale raczej po drugiej stronie budynku. Trzeba było obejść go dookoła. Jak znajdzie właściwą? Sprawdzi po kolei wszystkie. Stojąc na progu kuchni, wyjrzał na korytarz. Oświetlały go lampy oliwne, umieszczone w wychodzących ze ścian uchwytach. Był pusty aż do zakrętu. A potem? Bogowie raczą wiedzieć. Najciszej jak potrafił, Kreteńczyk dobył z pochwy miecza. Ściskając go w prawicy, powoli ruszył przed siebie.

* * *

Demetriusz powiódł opatuloną w żołnierski płaszcz Korinnę do swoich komnat. Gdy jednak weszli do sypialni, dziewczyna gwałtownie się od niego odsunęła. Znów miała w oczach strach. Jej wargi drżały, mocniej przycisnęła do biustu prowizoryczną szatę. Młodzieniec pojął, o co idzie. Cofnął się o krok i uniósł ręce, by pokazać, że nie ma wobec niej złych zamiarów.

– Przysięgam, że cię nie skrzywdzę. Wiele dziś przeszłaś, potrzebujesz odpoczynku. Gdybyś mnie potrzebowała, będę w drugim pokoju.

Młódka podeszła do posłania i obejrzała się na niego nieufnie. Kiedy zobaczyła, że nie podąża jej śladem, nieco się uspokoiła. Usiadła na łóżku z pochyloną głową. Falerończyk miał już opuścić alkowę, gdy usłyszał jej głos:

– Dziękuję za to, co dla mnie zrobiłeś.

Zatrzymał się w pół kroku i odwrócił w jej stronę.

– A co według ciebie zrobiłem?

– Stanąłeś w mojej obronie. Dałeś mi okrycie…

– Gdyby nie mój sprzeciw wobec ojca, nie potrzebowałabyś tego płaszcza – odparł ponurym tonem. – Obdzierając cię z sukni, chciał ukarać mnie za kolejny już akt nieposłuszeństwa. Taki właśnie jest. To jego metody. Poprzednim razem, gdy mu się sprzeciwiłem, oddał niewolnicę, którą darzyłem miłością, innemu. Musiałem posunąć się do szantażu, by ją odzyskać. Obawiam się, że jeśli nie zgodzę się na nasz ślub, jest gotów bardziej cię skrzywdzić. A ja nie mam żadnych argumentów, by go od tego odwieść.

Jej duże, brązowe oczy spoczęły na nim.

– W takim razie powinieneś się zgodzić. Chyba że nie będziesz już musiał.

Przez chwilę zastanawiał się nad jej słowami.

– Aratos – rzekł w końcu. – Wedle słów żołnierzy to on uwolnił Demostenesa z aresztu domowego. Nie mam pojęcia, czy to prawda. Słyszałem, że zginął na Eginie. Wiem jednak, że to twardy człowiek. Domyślam się, że miałaś okazję go poznać?

Skinęła głową. Przez jej usta przemknął delikatny, lecz mimo to wiele sugerujący uśmiech. Demetriusz uniósł brwi. Kiedy Korinna zobaczyła, że badawczo jej się przygląda, na jej policzki wystąpił rumieniec.

– Poznałam go na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie zostawi mnie w potrzebie – odpowiedziała w końcu.

– To dobrze. Niech zabierze cię jak najdalej stąd. Jak najdalej od całego przeklętego rodu Falerończyków!

– Nie wydajesz mi się przeklęty, Demetriuszu – drgnął, słysząc, jak po raz pierwszy zwraca się do niego po imieniu.

– Co ty możesz o tym wiedzieć? – spytał, czując wzbierającą gorycz. – Dionizjusz niszczy wszystko, czego się dotknie. A teraz sięgnął po same Ateny. Ale mój dotyk również potrafi zabijać. Ta niewolnica, o której ci mówiłem… umarła potem w moich ramionach. Gdybym nie próbował jej odzyskać, żyłaby do dziś!

– Nikt nie jest zdolny przewidzieć, co przyniesie jutro – odparła Korinna. W jej oczach ujrzał współczucie i smutek, ale nie tylko. – Chyba tylko wyrocznia w Delfach. Walczyłeś o swoją miłość. Zwyciężyłeś w tym boju. I tylko to się liczy.

Przez chwilę patrzył na nią zdumiony. Jej idealizm był ostatnią rzeczą, której się spodziewał. Niósł ze sobą odświeżający powiew, wytchnienie, wolność od wyrzutów sumienia… Ale Demetriusz był synem swego ojca. W pierwszej chwili przyjął to, co mu ofiarowała… Zaraz jednak uznał słowa Korinny za dowód naiwności. Naiwność zaś była jednym z wielu imion słabości.

– Nasłuchałaś się jakichś romantycznych legend – rzucił lekceważąco. – Niepotrzebnie ci się zwierzam. Spróbuj odpocząć. Obiecuję, że cię zbudzę, jeśli tylko Aratos przybędzie ci na ratunek, niczym Perseusz Andromedzie.

Nie czekając na jej odpowiedź, odwrócił się i czym prędzej wyszedł z alkowy.

* * *

Filona zdjęła suknię i naga wsunęła się na posłanie. Na niskim stole przy łóżku postawiła zapaloną lampę oliwną. Nie lubiła zasypiać w całkowitych ciemnościach. Zwłaszcza gdy była sama. Pomimo uspokajającego blasku płomyka sen uparcie nie nadchodził. Dziewczyna przewracała się z boku na bok, próbując odgonić od siebie natrętne myśli. Lizander zostawił ją, by ruszyć w pościg. Prędzej czy później jednak wróci. Czemu nie odpowiedział na jej wyznanie? Zdobyła się na luksus szczerości, w pełni się odsłoniła. Czy jego pocałunek był deklaracją? A może po prostu wyrazem żądzy, którą poczuł pod wpływem jej bliskości i wypitego wina?

Cóż to za głupie rozmyślania, zganiła się w duchu. Powinna trzymać się tego, co pewne. Spartanin był jej sojusznikiem – tym cenniejszym, że pojawił się w chwili, gdy porzuciła już wszelką nadzieję. Zdradzona przez Alkajosa i Kritiasa, pozostawiona na pewną śmierć… Nie tylko nie wydał jej Dionizjuszowi, ale też ofiarował możliwość odegrania się na tych, którzy ją skrzywdzili. Nie wątpiła, że przy okazji rozgrywał własną partię, lecz wcale jej to nie przeszkadzało. Duet, jaki stworzyli, okazał się być bardzo skuteczny. Świadczyła o tym śmierć Rzeźnika Elidy. Niedługo owa współpraca miała wydać następne owoce.

Wszystko szło dobrze, póki na horyzoncie nie pojawił się Aratos z Hierapytny. Kiedy w komnacie sympozjonów padło jego imię, Filona nie potrafiła opanować dreszczu, który przeszedł jej po plecach. Miała nadzieję, że nikt tego nie zauważył. Miała trzy szanse, by zgładzić Kreteńczyka – jedną w Atenach i dwie na Eginie. Jakimś cudem zawsze uchodził z życiem. Nie uśmierciła go trucizna, sztylet ani rana od miecza. Ostatnim razem powstrzymał ją Brennus. Wygadywał przy tym jakieś bzdury o przeznaczeniu, które miało doprowadzić do jego konfrontacji z fechmistrzem. Późniejsze wydarzenia pokazały, ile warta była owa przepowiednia. Celt legł w pojedynku ze Spartaninem. Nie od miecza, a od pchnięcia włócznią.

Postanowiła, że przestanie myśleć o Aratosie. Prędzej czy później Kreteńczyk otrzyma to, na co zasłużył. Na pewno zaś nie zasługiwał na jej uwagę. Lizander był znacznie wdzięczniejszym obiektem rozważań. Ułożyła się wygodnie na plecach. Zamknęła oczy, wtulona w miękką poduszkę. Wyobraziła sobie polemarchę, jak idzie przez miasto w pancerzu i hełmie, z rozwianym płaszczem… Powoli zapadała w sen, wciąż mając pod powiekami obraz ukochanego mężczyzny. Wydawał rozkazy, dowodził żołnierzami, gromił ich wspólnych wrogów. Uśmiechnęła się do tych fantazji. Morfeusz utulił ją w swych objęciach.

Obudziło ją skrzypienie zamykanych drzwi. Uniosła powieki, wciąż jeszcze niezbyt przytomna rozejrzała się wokoło. Ktoś oprócz niej znajdował się w alkowie. Czy jej Spartanin już wrócił? Uniosła się na łokciu, trąc palcami swędzące kąciki oczu. Skryty w mroku mężczyzna postąpił krok naprzód.

– Korinna? – zapytał głosem, który przeszył ją niczym lodowy grot. Już wiedziała, że to nie Lizander. Poderwała się, przestraszona. Chciała zgasić lampę, lecz było za późno. Zobaczył jej twarz. Blask płomienia zatańczył na ostrzu miecza.

– Filona! – rzucił się ku niej.

Próbowała czmychnąć w bok, ale chwycił ją za ramię i przyciągnął ku sobie szarpnięciem. Kołdra zsunęła się z nagiego ciała dziewczyny. Na szyi poczuła dotknięcie chłodnego żelaza.

– Spróbuj tylko krzyknąć, a zginiesz.

– Proszę, nie zabijaj mnie – szepnęła, choć zdawała sobie sprawę, że to na nic. Miała swoje szanse. Zmarnowała je. Teraz przyszła jego kolej.

– Nie wiem, skąd się tu wzięłaś – wycedził – i szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie to. Odpowiedz mi na kilka pytań, a pozwolę ci żyć.

Skinęła głową. Odsunął miecz i położył klingę na łóżku. Nie dała się zwieść. Dobrze wiedziała, że wystarczy mgnienie oka, by znów przyłożył ostrze do jej gardła.

– Czy jest tu Korinna? – zapytał. – Nie zabrali jej gdzie indziej?

– Jeszcze klepsydrę temu była na dole, w komnacie sympozjonów – odparła, próbując opanować drżenie głosu. – Opuściła ją wraz z synem arcystratega. Udali się chyba na piętro.

– Demetriusz tu jest? – zdziwił się Aratos. – Nie spodziewałem się, że wróci pod dach ojca. Nieważne. Zdradź mi, gdzie znajdę jego pokoje.

– Na końcu korytarza, po prawej.

– Ilu najemników pozostało w willi?

– Dziesięciu. Dowodzi nimi kochanek arcystratega.

– W takim razie już tylko dziewięciu. Powinno się udać.

Nie rozumiała, o czym mówił.

– Naprawdę mnie oszczędzisz? – odważyła się zapytać.

Spojrzał jej w oczy. Głęboko. Uśmiechnął się, ale jakoś smutno.

– Jesteś równie piękna jak wtedy, w tawernie „Pod Nereidami”.

Nie zważając na groźby, chciała wzywać pomocy, ale Kreteńczyk okazał się szybszy. Jego dłoń zacisnęła się na szczupłej szyi. Zdławiła rodzący się w płucach krzyk. Aratos pchnął Filonę na posłanie, drugą ręką wyrywając jej spod głowy poduszkę. Leżała na wznak, sparaliżowana strachem, z jego palcami zaciskającymi się na gardle. Wciąż patrzyła mu w oczy, z niewypowiedzianą prośbą o litość. Były smutne, tak bardzo smutne.

– Choć po stokroć zasłużyłaś na śmierć – szepnął, pochylając się nad nią – wiedz, że nie zadaję jej z rozkoszą. Po prostu nie mogę ryzykować, że przeszkodzisz w mojej misji.

Rozwarła szeroko oczy. A potem podjęła ostatnią walkę. Chwyciła Aratosa za nadgarstek i próbowała oderwać jego dłoń od szyi. Był jednak na to zbyt silny. Coraz bardziej zdesperowana, zobaczyła, jak drugą ręką opuszcza na jej twarz poduszkę. Ta odebrała jej naraz wzrok i oddech. Filona poczuła ciężar wbijający się w pierś. Kreteńczyk naparł na nią całym ciałem. Próbowała szarpać, kopać, wbiła mu paznokcie w przedramię. Wszystko na nic. Poduszka dociskała się do jej twarzy, dławiąc i tłumiąc krzyki.

Jedną ręką wymacała klingę miecza. Chciała za nią złapać, poderwać z łóżka, wbić w trzewia napastnika… Ostrze było jednak nieporęczne. Raniło jej palce. Spróbowała raz, drugi, trzeci, nie zważając na ból… a potem ciemność pogłębiła się. Spragnione oddechu usta zastygły w bezruchu. Wpatrzone w pustkę oczy powlekły się mgłą. Mięśnie zwiotczały. Filona zapadła w bezdenną otchłań.

* * *

Kiedy Demetriusz wyszedł na korytarz, zobaczył, że drzwi prowadzących do jego komnat strzeże dwóch wartowników.

– Co tu robicie? – zapytał. – Nie powinniście przypadkiem strzec drzwi wejściowych albo patrolować okolicy?

– Inni zostali wysłani na patrol. Nas przysłał tu młody Macedończyk – rzekł jeden ze zbrojnych. – Mamy strzec pokoi, w których przebywa zakładniczka. Pilnować, by nie uciekła, korzystając z zamieszania.

– Myślę, że jestem w stanie temu zapobiec – rzekł zirytowany Falerończyk. – Nie potrzebuję waszej pomocy.

– Mamy swoje rozkazy. Arcystrateg polecił nam słuchać Macedończyka.

– W takim razie ja z nim porozmawiam.

Zszedł do komnaty sympozjonów, lecz była pusta, jeśli nie liczyć sprzątających po wieczerzy sług. Udał się zatem do dawnej sypialni Hiperejdesa, zajmowanej obecnie przez jego ojca. Tych drzwi strzegł samotny niewolnik, który wcześniej przygrywał biesiadnikom na flecie. Bez tancerek u boku wyglądał dość żałośnie. Demetriusz gestem kazał mu się oddalić, a potem bez pukania wszedł do alkowy.

 Eneasz siedział na wielkim łożu z baldachimem. Był całkiem nagi. Całował się z klęczącą obok niego Dorydą, jedną dłonią miętosząc jej pierś. Między szeroko rozchylonymi nogami Macedończyka klęczała pochylona do przodu Nefthis. Pieszcząc ustami jego penisa, zarazem wypinała ku Falerończykowi smagłe, niezwykle apetyczne pośladki. W innych okolicznościach zapewne poczułby podniecenie, teraz jednak był zbyt mocno rozgniewany.

– Mój ojciec kazał ci strzec rezydencji – rzekł zbliżając się do łóżka. – Jestem bardzo ciekaw, czy właśnie o to mu chodziło.

Jasnowłosy oderwał wargi od ust Lakonki. Spojrzał na Demetriusza bez odrobiny szacunku. By pokazać, jak mało obchodzą go takie wymówki, chwycił Egipcjankę za włosy i mocniej przyciągnął do swej męskości.

– Rozstawiłem warty, wysłałem patrole – rzekł z wysiłkiem, przymykając oczy. – To powinno wystarczyć… Aratos byłby głupcem… gdyby chciał zaatakować…

– To ty jesteś głupcem – odparł Falerończyk. – W ogóle nie znasz Aratosa z Hierapytny. Gdybyś cokolwiek o nim wiedział, uciekałbyś czym prędzej z Aten. Albo robił ze strachu pod siebie.

Macedończyk wymierzył Dorydzie siarczystego klapsa, posyłając ją w ten sposób w stronę Demetriusza.

– Masz, weź sobie tę dziwkę. Kiedy ją zerżniesz, od razu przestaniesz się zamartwiać. A ty, czarnulko – spojrzał w dół, na pochyloną nad jego kroczem Egipcjankę – lepiej się postaraj. Dziś o poranku miałem heterę Fojbiane. Nie zadowolę się byle czym.

Lakonka zbliżyła się do Falerończyka. Z uśmiechem położyła mu dłoń na torsie. Popatrzył na nią. Jego spojrzenie zatrzymało się na moment na pełnych piersiach i gładkim brzuchu, ozdobionym szafirem. W końcu jednak odsunął od siebie tancerkę.

– Jak się zapewne domyślasz – mówił powoli, starając się panować nad głosem – od pierwszego spotkania nie darzyłem cię sympatią. Początkowo nie było ku temu dobrych powodów. Lecz wkrótce okazało się, że miałem słuszność. Zdobyłeś względy mojego ojca. Ukradłeś kobietę mojemu przyjacielowi. Bierzesz sobie, co chcesz, wciąż pozostając aroganckim i niewdzięcznym skurwy…

– Przyjacielowi? – Eneasz uniósł głowę. – Nosi może imię Menander?

Demetriusz skinął, szczerze zdziwiony.

– Przyszedł dziś rano do hetery… Nie wiem, czego się spodziewał, ale zastał nas razem…

Macedończyk uśmiechnął się. Mówił z coraz większym trudem. Nefthis musiała dawać z siebie wszystko. Bardzo kusząco kręciła przy tym biodrami oraz tyłeczkiem.

– Ponieważ się awanturował, dałem mu wycisk… Gdybym wiedział, że to twój druh… dodałbym jeszcze parę kopniaków!

Tego było już za wiele. Falerończyk zacisnął dłonie w pięści i ruszył w stronę Eneasza. Chwycił Egipcjankę za włosy i brutalnym szarpnięciem odciągnął ją od krocza tamtego. Drugie ramię wzniósł do ciosu… kiedy z korytarza dobiegł krzyk. I całkiem wyraźny szczęk żelaza.

– Co się tam dzieje? – zapytał Macedończyk, gramoląc się z posłania. Jego członek wciąż unosił się w pełnej erekcji, gdy wciągał na siebie tunikę.

Demetriusz był już na korytarzu. Odgłosy walki dobiegały od strony jego komnaty. Gdy tam dotarł, ujrzał przerażający widok. Dwóch najemników leżało na spryskanej krwią podłodze. Co najmniej jeden z nich nie żył. Zanim jednak padli, zdążyli zaalarmować następnych. Tych było aż trzech. Dzierżyli w dłoniach miecze. Między nimi uwijał się wojownik w ciemnym płaszczu. Choć był całkiem łysy, kogoś Falerończykowi przypominał…

– Aratos! – krzyknął wstrząśnięty.

Kreteńczyk rzucił mu prędkie spojrzenie. O mały włos nie kosztowało go to życia. W jakiś niemożliwy sposób zbił klingę, która mknęła już ku jego piersi. Obrócił się w piruecie, starł się z następnym żołnierzem i odepchnął go z całej siły. Demetriusz odruchowo sięgnął po krótki miecz jednego z powalonych. Uniósł go, zastanawiając się, co właściwie zamierza z nim zrobić.

Tymczasem walka trwała dalej. Aratos staranował jednego ze zbrojnych i przycisnął go ciałem do ściany korytarza. Wymienił trzy szybkie jak mgnienie oka ciosy z następnym. Chlasnął go w szyję i posłał na podłogę w fontannie karminowych kropel. Po czym sam został zraniony w bark.

Muszę to zatrzymać, pomyślał Falerończyk. Zaraz się pozabijają! Nim zdążył cokolwiek przedsięwziąć, obok niego przemknął Eneasz. Zamiast przyłączyć się do walki, zniknął w drzwiach jego komnaty. Co on zamierza? Zresztą, nie ma na to czasu…

– Natychmiast przestańcie! – zawołał Demetriusz. – Stać, mówię!

Najemnicy cofnęli się o kilka kroków, wciąż wysoko unosząc miecze. Kreteńczyk oparł się o ścianę. Dyszał ciężko. Rana spływała krwią.

– Przyszedłeś tu po śmierć, Aratosie?

– Przyszedłem po Korinnę – wychrypiał. – Nie stawaj mi na drodze, Demetriuszu. Nie zmuszaj, bym zabił i ciebie.

Żołnierze arcystratega ochłonęli już i szykowali się do ponownego ataku. Fechmistrz poderwał broń, by stawić im czoła. Młodzieniec czuł, że zaraz straci panowanie nad sytuacją. A wciąż nie wiedział, co powinien zrobić. Po jednej stronie stał przyjaciel i jego szlachetna misja. Po drugiej – lojalność wobec ojca i interesów rodu. Niespodziewanie od tego dylematu wybawił go Eneasz.

– Rzuć broń, nieznajomy! Zrób to albo poderżnę jej gardło.

Wszyscy zwrócili się w jego stronę. Macedończyk wyszedł na korytarz. Przed sobą, w silnym uścisku lewego ramienia, prowadził Korinnę. Nie miała na sobie żadnego odzienia – musiał ją wywlec prosto z łoża. Do jej podbródka przystawił ostrze sztyletu.

Mojego sztyletu, uświadomił sobie Demetriusz, widząc broń, którą odziedziczył po Korojbosie. To był ostatni impuls. Wtedy właśnie podjął decyzję.

– No już! Przecież o nią ci chodzi – warknął Macedończyk. – Spróbuj się stawiać, a zobaczysz, jak umrze.

Na potwierdzenie swej determinacji, przycisnął klingę do szyi dziewczyny. Syknęła z bólu. Po jasnej skórze spłynęła szkarłatna strużka.

– Nie czyń tego. Poddaję się. – Kreteńczyk wydawał się zrezygnowany. Obrócił xiphos w dłoni i skierował go rękojeścią ku najemnikom.

– Tak lepiej.

Sztylet odsunął się nieco od gardła Korinny. Demetriuszowi to wystarczyło. Od paru chwil przesuwał się powoli za plecy Eneasza, czekając na właściwy moment. Jego prawica wystrzeliła naprzód, chwytając nadgarstek Macedończyka. Wykręcił mu rękę do tyłu. A potem wbił krótki miecz pod żebra. Chłopak boleśnie westchnął. Uścisk jego lewicy osłabł, Korinna wyrwała mu się i upadła na kolana.

Aratos znów obrócił miecz w dłoni i złapał za rękojeść. Najemnicy byli wciąż zdezorientowani nagłą zmianą sojuszy. Zareagowali o ułamek sekundy zbyt późno. Natarł na nich, roztrącił klingi, pchnął jednego w brzuch, rozpruwając trzewia. Wyrwał ostrze zamaszystym ruchem i kontynuował go jako cięcie. Drugi żołnierz otrzymał ukośną ranę przez pierś. Siła uderzenia rzuciła go w tył. Nim zdołał oderwać się od ściany, kolejny sztych otworzył mu gardło.

Eneasz drżał, nabity na miecz. Wypuścił sztylet spomiędzy palców. Powoli obrócił głowę ku temu, który zadał mu podstępne pchnięcie. Zdumiony spojrzał w oczy Demetriusza.

– Ty… zdrajco… – wykrztusił z trudem.

– Nie mam dla ciebie żadnych słów – odparł twardo Falerończyk, przekręcając ostrze w ranie. – Po prostu zdechnij.

Kiedy ciało Macedończyka osunęło się na podłogę, młodzieniec spojrzał na Aratosa i Korinnę.

– Na co jeszcze czekasz? Zabierz ją stąd!

Kreteńczyk schował do pochwy miecz, zbliżył się do dziewczyny i pomógł jej wstać z podłogi. Szlochała bezgłośnie, rozglądając się wokół błędnym wzrokiem.

– Chodź – powiedział do niej kojącym tonem. – Wiem, gdzie możemy znaleźć ci sukienkę. Nie będziesz przecież uciekać w takim stanie.

Kiedy zniknęli za rogiem korytarza, Demetriusz zabrał się za dobijanie rannych.

Przejdź do kolejnej części – Opowieść helleńska: Demetriusz XXXVI

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

No cóż, widać, że historia zmierza do końca,
UWAGA SPOILER!
kolejni aktorzy schodzą ze sceny.
Mimo to nadal trudno mi przewidzieć koniec tej opowieści.
Lubiłam "tę złą", bez niej nie byłoby wielu emocjonujących zwrotów akcji. Nieźle namieszała, ale po prostu lubiłam ją. Lecz cóż, krąg się zamknął, nie wykonała swego zadania na początku opowieści na sto procent, a to się zemściło.
Drżałam o dzielnego wojownika, bo zbyt dobrze znam już naszego drogiego Autora usuwającego pionki z szachownicy, gdy spełnią swoją rolę. Ale widocznie jego czas się jeszcze nie dopełnił (bohatera, rzecz jasna, nie Autora).
Nie żal mi zupełnie dwóch postaci, faworyta Dionizjusza (w pewnym sensie przypomina on Narkissosa, szczególnie w tej części) i Fojbiane, którą uważam za bohaterkę kompletnie pozbawioną charakteru (a Menander po wszystkich przejściach powinien już być mniej naiwny). Czekam, aż sprawiedliwa ręka Megasa ukarze sprawiedliwie tę postać!
Miałam nadzieję, że zobaczymy, co dalej z Kritiasem, ale widocznie ALexandros postanowił jeszcze potrzymać czytelników w napięciu:-)
Część pod tym względem bardzo dobra, czekam z ciekawością na zamknięcie dalszych wątków, w tym także postaci pobocznych, np, Eurynome… W opowieści jest kilku bohaterów drugoplanowych, których losy ciekawie byłoby poznać.
Ciekawe, czy naprawdę uda się to jeszcze w tym roku?

Dobry wieczór,

mam wielką przyjemność zaprezentować XXXV rozdział przygód Demetriusza. Pozostały już tylko dwie części – i epilog. Tak więc zbliżamy się do końca tego fabularnego olbrzyma. Muszę przyznać, że czuję pewną ulgę! Jak zawsze wielkie podziękowania składam Arei Athene, która w rekordowo krótkim czasie przeprowadziła korektę. Wiem, że nie ułatwiam tej pracy, tym bardziej cieszę się, że wciąż jest gotowa ją robić i to tak dobrze! A Czytelników tradycyjnie już – zapraszam do lektury.

@ Miss.Swiss (w dalszej części posta będą SPOILERY, więc czytać należy go tylko na własną odpowiedzialność!

Masz rację, zbliżający się finał tej historii powoduje, że muszę skrócić "listę płac". Bohaterowie, także ci znani i lubiani, giną, co staram się zresztą uczynić moim znakiem rozpoznawczym 😀 W tej jednak części umierały głównie postacie "negatywne" (nawias jak najbardziej na miejscu). Zabójczynię dogonił w końcu jej los. Miałem pokusę, by pozwolić jej wyjść z tej historii obronną ręką, ale ostatecznie zdecydowałem, że jej koniec będzie jednym z nieczęstych przykładów sprawiedliwości w mojej Helladzie. Ta, która mordowała trucizną, zębami czy nożem, musiała w końcu zostać ukarana. Faworyt ściągnął na siebie śmierć z ręki stosunkowo łagodnego Demetriusza. Nie chciałem, by był zbyt podobny do Narkissosa, ale niestety od pewnego momentu sam w tę stronę ewoluował. Być może gdyby udało się go uczynić bardziej prawym, jego zgon miałby większy oddźwięk. Tego się nie dowiem, bo jego historia skończyła się tak oto. Nic już tu nie zmienię. Fojbiane… cóż ta bohaterka już wiele straciła. Ponieważ jednak zdecydowała się grać dalej na ateńskiej szachownicy, możliwe, że straci jeszcze więcej. Menander to piętnasto-szesnastoletni dzieciak, w dodatku poeta. Trudno mu czynić zarzut z naiwności 🙂

Co do Kritiasa, oczywiście wrócimy do niego, by zobaczyć, co się z nim stało po zbiorowym gwałcie. A jeśli chodzi o Eurynome… moje usta milczą 🙂 Nic już nie powiem.

I tak, jestem zdeterminowany, by skończyć jeszcze przed świętami.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Drogi Aleksandrze!

Korekta "Opowieści helleńskiej" to prawdziwa przyjemność, której wciąż – mimo wszystko – nie mam dosyć 😉

Tym bardziej że od czasu do czasu trafia się tak smakowity kąsek, jak wyżej opublikowany rozdział. Miecze szczękają o kości, trup ściele się gęsto, a krew wesoło chlupocze po płaskich powierzchniach. Czy można chcieć więcej?! 😛

Trzymam kciuki za koniec w grudniu i nowe projekty! 🙂

Pozdrawiam – Areia Athene

Witaj, Ateno!

Cieszę się, że wciąż masz ochotę korygować moje prace – bo jeszcze trochę odcinków mi zostało 🙂 Myślę że teraz, gdy koniec "Opowieści Demetriusza" już bliski, będą tylko odcinki soczyste, krwawe i dynamiczne. Czas rozstawiania pionów i figur po planszy dobiegł kresu. Teraz zacznie się wielkie zbijanie figur!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Szczerze mówiąc, chętnie przeczytałbym wersję, w której "owa zła" wychodzi obronną ręką. Kiedyś, ze względu na Aratosa, życzyłem jej śmierci. Teraz, z powodu mojego drugiego ulubionego spartiaty (biada Ci za zabicie pierwszego…), bardzo chciałem by przeżyła. Żałuję, że tak się nie stało. Może i to dość niecodzienny punkt widzenia, ale puściłbym z dymem połowę Hellady oraz kilka innych postaci tylko po to by się tej parze udało (naiwnie liczę, że to nie śmierć, a tylko omdlenie. )Pozdrawiam, Celt.

Dobry wieczór, Celcie!

Kiedy Czytelnicy polubią kreowanych przeze mnie bohaterów i przywiążą się do nich, uważam to za swoje zwycięstwo. Innym, ale również słodkim zwycięstwem jest, gdy uda mi się przekształcić wizerunek bohatera w oczach Czytelników – i np. z postaci niemal jednoznacznie negatywnej zrobić taką, która budzi sympatię. Dlatego też Twój dzisiejszy komentarz sprawił mi naprawdę dużą i to dwojaką przyjemność. Niestety, nie mogę się odwdzięczyć tym samym – i powiedzieć, że "owa zła" żyje i ma się dobrze. Zresztą, nawet gdyby przeżyła atak Kreteńczyka, też nie mógłbym tego zdradzić, bo staram się nie robić spoilerów 🙂 Cóż mogę rzec? Kolejny rozdział "Opowieści Demetriusza" będzie miał premierę już za 2 dni, 7 listopada. Wtedy wszystko stanie się jasne!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

A co Cię tak pili, Autorze, aby kończyć? Moim zdaniem, nie ma pośpiechu.

Nowe projekty, Karelu! Nowe pomysły, koncepcje, scenariusze, warianty. Pora zakończyć projekt, nad którym siedzę już od bardzo długiego czasu. A koniec roku to dobry na to moment. By wraz z nowym, 2015, zacząć coś nowego!

Pozdrawiam
M.A.

Jak zwykle Megasie nie zawiodłeś, dając soczysty kawałek przygód Demetriusza…. Oczywiście 5 gwiazdek 🙂

Pozdrawiam 🙂

Styna

Koniec roku?
Yhh czekam z niecierpliwością na kolejne odcinki i nowe projekty.
Pozdrawiam

Dobry wieczór,

@ Styna:

Dziękuję za miłe słowa! Postaram się już do końca nie zawodzić!

@Rafael:

Wiem, trochę jeszcze trzeba będzie poczekać. Ale spójrz na to z drugiej strony: ostatnio Atena uświadomiła mi, że pierwszy rozdział przygód Demetriusza publikowałem jeszcze na DE pod koniec listopada… 2011 roku! Tak więc 3 lata temu. Wtedy to dopiero było długie czekanie! A teraz, raptem 3 miesiące. Myślę więc, że wszyscy damy radę 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Masz rację, ta opowieść się ciagnie. Nie przeszkadza mi to, ale domyślam się że dla Autora musi to być męczące, ciągłe pilnowanie, by trzymać tak rozbudowaną historię "w kupie". Dla czytelnika najlepszym wyjściem będzie chyba przeczytanie całej historii po opublikowaniu wszytskich epizodów. Wtedy będzie łatwiej kontrolować przebieg wydarzeń.

A teraz komentarz do najnowszej części. Filonę wreszcie spotkała sprawiedliwość. Nie zginęła jednak za swoje grzechy, lecz dlatego bo była niepotrzebnym świadkiem zamierzeń Aratosa.

Czekam na epicki pojedynek Kreteńczyka i Lizandra ;).

Przysięga przyjaciół po raz kolejny znajduje odzwierciedlenie w ich działaniach.

Lubiłem Fojbiane ale ostatnimi czasy zaczeła mnie, kolokwialnie mówiąc, wkuriwać :P. Patrzy tylko kto może jej więcej zaoferować. Liczę że kara jej nie ominie.

daeone

Dobry wieczór, Daeone!

Wiesz, świadomość, że koniec jest tak blisko, dodaje skrzydeł! Choć z drugiej strony, trochę blokuje myśl, że nie mogę teraz tego spieprzyć 🙂 Finał musi być godny opowieści. No i chcę zamknąć w satysfakcjonujący sposób większość wątków.

Co do tego odcinka: tak, w śmierci Filony jest pewna karmiczna sprawiedliwość. Co prawda nie umarła za własne grzechy, tylko trochę przez przypadek, ale liczy się podstawowa prawidłowość – jesteś złą osobą, przytrafiają Ci się złe rzeczy (tak, wiem, że w Opowieści helleńskiej wiele złych rzeczy przytrafiło się też postaciom pozytywnym, ale wydaje mi się, że tym cenniejsze są te rzadkie chwile, gdy szale sprawiedliwości wracają do równowagi). Co do Aratosa i Lizandra – rozumiem, że możesz się tego spodziewać. Pamiętaj jednak, że nie raz, nie dwa myliłem tropy – np. w przypadku pojedynku Aratos-Brennus, więc niekoniecznie tak się to musi rozstrzygnąć! Odnośnie przysięgi przyjaciół – ciekawe, czy gdyby Demetriusz i Menander wiedzieli, ile krwi popłynie z powodu ich ślubowania, zdecydowaliby się na nie. A jeśli chodzi o słodką Fojbiane – cóż, jest heterą. Wyrachowanie jest niejako wpisane w jej profesję. Do tego brakuje jej inteligencji i pewnego zmysłu etycznego Fryne, który pozwoliłby jej dbać o swoje interesy, a jednocześnie nie dopuszczać się świństw i nie zrażać do siebie przyjaciół. Nie traktuję Szmaragdowookiej jako klasycznie negatywnej bohaterki. Jest raczej zagubiona w świecie, którego mechanizmów do końca nie rozumie. I zdestabilizowana emocjonalnie krzywdą, której doznała. Właściwie, można by jej nawet współczuć. Ale rozumiem też doskonale, że może także wkurwiać 😀

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Wiem że niekoniecznie mogę się spodziewać pojedynku tych dwóch zabijaków, dlatego wstawiłem też buźkę. Ale nie miałbym nic przeciwko gdyby jednak skrzyżowali miecze.

Myślę że Demetriusz i Meander nie spodziewali się ile krwi będą musieli przelać przez ich przysięgę (w końcu gdy ją składali byli nieopierzonymi młokosami), ale kto wie czy dzięki niej nie dojrzeli szybciej do zabijania i bronienia honoru swojego i bliskich?

Też jestem zdania że Fryne rozegrałaby to w zdecydowanie inny sposób. Wszyscy byliby zadowoleni, lecz nikt nie miałby wyłącznych praw do niej. Szmaragdowookiej może wcześniej współczułem (gwałt u Hiperejdesa), ale po tym jak pokazała że nic to jej nie nauczyło zmieniłem zdanie o niej. Wiem, może właśnie to przez te krzywdy wierzy każdemu kto mówi że ją pomści, tyle że do mnie to jakoś nie trafia :P.

A co do zakończenia. Uważam że napisałeś już tyle że ciężko bylołoby to spieprzyć. Musiałbyś się trochę postarać. Ale zdajesz sobie sprawę że nie uda Ci się zadowolić wszystkich zakończeniami poszczególnych wątków?

Jednak Ty jesteś panem tej opowieści i napisz tak żeby zakończenie satysfakcjonowało Ciebie. To będzie najlepsza nagroda za te trzy lata pracy.

daeone

Witaj ponownie, Daeone!

Przysięga złożona przez Demetriusza i Menandra z pewnością przyspieszyła proces ich dojrzewania. Choć oczywiście był to proces mocno traumatyczny. Są ludźmi swojej brutalnej epoki, w której etyka sprawiedliwej zemsty (to z niej wyewoluowała późniejsza mafijna vendetta) była niekwestionowana. Więc i oni bywają czasem nieludzcy. A fabuła Opowieści tak często skupia się na ich próbach wymierzenia sprawiedliwości kolejnym krzywdzicielom.

To, że Fojbiane zastąpiła Fryne w roli królowej ateńskich heter można odczytywać jako kolejny syndrom upadku "Słońca Hellady". Już nie tylko Ateny nie są potęgą militarną ani polityczną – zaczynają również tracić swój czar i atrakcyjność, uosabiane przez niezwykłe kurtyzany. Fryne odpływa do helleńskiego "Nowego Świata", na Sycylię, a w Atenach zostaje jej mniej uzdolniona następczyni. Miasto w ten sposób czyni kolejny krok po równi pochyłej.

Wiem, że nie uda mi się zadowolić wszystkich. Ale mam nadzieję, że jednak zdecydowaną większość 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Megas Alexandros – chylę czoła 🙂

Saga po 3 latach dobiega finału – śledzę ją od czasów DE, czyli od samego początku.
Stworzyłeś wielkie dzieło i nie chcę tu słodzić, ale tak jest.
I pomyślałem sobie, że skoro zapowiadasz finał na święta Bożego Narodzenia tego roku, to może by zebrać całą sagę w jeden E-BOOK?? Taki e-bok okraszony pięknymi zdjęciami/obrazami jak wyżej + kilka słów od autora. Było by to coś extra dla czytelników.
A kto by chciał mógłby sobie całość wydrukować. Sam zresztą o tym myślę, by następnie pięknie oprawić i dać żonie, by zobaczyła że jakiś Greey może się schować 😉 Polacy mają większą fantazję 

Megas Alexandros co sądzisz o tym pomyśle?

Napisałem w tej sprawie do admina tego portalu.

Witaj Andrzeju!

Cieszę się, że mamy w Tobie tak wiernego Czytelnika, śledzącego naszą działalność od ponad dwóch lat! Mam nadzieję, że skoro się już ujawniłeś, będziesz częściej wypowiadał się na Najlepszej. Strona żyje komentarzami i dialogiem między Autorami i Czytelnikami, więc Twój wkład będzie mile widziany.

Dziękuję również za miłe słowa pod adresem mojej twórczości. Mam nadzieję, że finał nie zawiedzie Twoich oczekiwań!

Co się tyczy ebooka, przyznam, że myślę o połączeniu wszystkich rozdziałów w jedną powieść, a może nawet dodaniu ilustracji… ale przed Bożym Narodzeniem zwyczajnie się z tym nie wyrobię. Premiera Epilogu planowana jest na 19 grudnia… a potem wiadomo – ferwor świątecznych przygotowań. Nie widzę jednak żadnych przeciwwskazań, byś połączył wszystko w całość, ozdobił grafikami (choćby tymi, które załączam do rozdziałów – w razie potrzeby służę ich wersją w lepszej rozdzielczości) i sprezentował swojej Małżonce pod choinkę. Wręcz przeciwnie, bardzo mi pochlebia taka ewentualność 🙂 Jak każdy twórca, chcę by moje prace trafiały pod strzechy, zarówno w elektronicznej, jak i papierowej formie! No i chętnie skorzystam z każdej okazji, by sprzedać kuksańca Greyowi.

A gdy opracujesz już swój projekt, będę wdzięczny za przesłanie mi cyfrowej kopii na priva. Oczywiście bez wszelkich prywatnych adnotacji, jakie zechcesz wprowadzić dla Żony 🙂 Po prostu dla celów kolekcjonerskich – chętnie zobaczę, jak ktoś inny postrzega moje opus magnum.

Na moją wersję ebooka – trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. Do świąt cały mój czas na Opowieść Demetriusza zajmie pisanie.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

A jeśli z jakiegoś powodu nie wyrobię się z Epilogiem Demetriusza do świąt (czasem zdarza mi się obsuwa terminu), zawsze możesz wręczyć Żonie dwa pierwsze tomy Opowieści – cykle Kassandra i Tais, a Demetriusza sprezentować np. po Nowym Roku 🙂

Pozdrawiam ponownie
M.A.

Świetny tekst Megasie muszę przyznać jednak szkoda mi, ze tak ułożyłeś losy bohaterów. Cóz Kreteńczyk ma dużo szczęścia a młody Ateńczyk…chyba nie postąpiłbym jak on.

Dobry wieczór!

Z ciekawości, szkoda Ci, że tak ułożyłem ich losy, bo wolałbyś dla nich czegoś lepszego (np. bo polubiłeś młodocianą zabójczynię), czy dlatego, że inny rozwój wydarzeń mógłby być wg Ciebie bardziej interesujący? Odnośnie Ateńczyka – cóż, był tak długo poddawany różnym nieprzyjemnym próbom, aż w końcu pękł. Można za to podziękować głównie jego tatusiowi. A Kreteńczyk nie pierwszy już raz ucieka niemal pewnej śmierci. Tylko on mógł odstawić tę nocną akcję. Żadnej innej postaci bym na to nie pozwolił 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Cóż losy pewnej młodej arystokratki, jej ojca czy właśnie Ateńczyka są jak hollywoodzki film;] wiadomo, że się dobrze skończą. Źli przegrają, ci "bardziej dobrzy" otrzymają nagrodę.Szkoda mi, że wszystkie genialne i złe postaci które szkicujesz kończą tak źle czy to Celt czy zabójczyni czy Następca pana M. jako dowódcy garnizonu Macedończyków w Atenach.

Naturalnie, co do postaci historycznych, jak Demostenes czy Hiperejdes, Demades czy Fokion, nie mogę ich ot tak, uśmiercić. Ich los dopełni się nieco później (bynajmniej nie w konwencji happy endu, bo żaden z nich nie umarł ze starości, we własnym łóżku.). Co do "złych" to staram się, by nie stali oni wszyscy po jednej stronie. Zarówno wśród stronników Olimpias, jak i stronników Antypatra znajdą się i potwory (Alkajos, Sostenes) i ludzie względnie przyzwoici (Brennus, Lizander). Giną jedni i drudzy. Zapewniam, że do końca tej przygody zostanie jeszcze kilku niegodziwców. Ponieważ "Opowieść Tais" zakończyła się niemal klasycznym happy endem (mimo śmierci Gylipposa) i nie zostało to zbyt dobrze przyjęte, uznałem, że "Opowieść Demetriusza" będzie miała nieco inny, mniej fortunny finał. Ale nic więcej już nie powiem 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Czasem Megasie możesz zastosować kazus Marka Lepidusa- znaczy w rodzinie wszyscy Marek Lepidus się nazywali i nawet współcześni im lub niewiele młodsi historycy nie potrafili się połapać który gdzie w łeb dostał.

Może to moje skrzywienie ale nie lubię polityków- szczególnie demokratów w wydaniu Ateńskim;] znacznie uczciwszy wydaje mi się system mieszany panujący w Rzymie. ale to tak obok dyskusji.

Niestety, rzymskie praktyki nazewnicze były odmienne od ateńskich. Ateńczycy nie nazywali się tak, jak ich ojcowie. Przykładem niech będzie wielki wódz Miltiades, zwycięzca spod Maratonu. Swojego syna nazwał Kimonem. Ten zaś swojego Lacedemoniosem (był bowiem zwolennikiem Sparty). Odmiennie uczynił wprawdzie Perykles (jeden z jego synów nosił to samo imię) ale ponieważ potomek umarł chyba bezpotomnie, nie wiemy, czy ta specyficzna tradycja byłaby kontynuowana. Tak więc kazus Marka Lepidusa nie jest dla mnie dostępny 🙂 No chyba, że przerzucę się na pisanie o Rzymianach.

Odnośnie ateńskich polityków – zgadzam się, że to była populistyczna i dość skorumpowana szajka. Ale nie oszukujmy się – od polityków rzymskich mogliby się uczyć cynizmu, egoizmu, bezwzględności oraz okrucieństwa. O ile jestem w stanie zrozumieć niechęć do polityków w ogóle, o tyle trudno mi pojąć, czemu ktoś chciałby przedkładać Rzymian nad Ateńczyków 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Brawo! Jak zwykle świetny rozdział. Mam nadzieję że jednak "się wyrobisz" z terminem i dostaniemy zakończenie Twojej wspaniałej historii jako prezent na gwiazdkę 🙂

Pozdrawiam
Tomasz

Dobry wieczór, Tomaszu!

Cieszę się, że rozdział przypadł Ci do gustu. Jestem dobrej myśli co do dotrzymania "gwiazdkowego terminu". W listopadzie powinny się pojawić aż dwa rozdziały Opowieści Demetriusza, a w grudniu – przed świętami – epilog. Taki jest plan i tego będziemy się trzymać!

Pozdrawiam
M.A.

Hej. Wspominasz o „niechętnym” przyjęciu zakończenia „Tais” – względnie pozytywnego. Względnie, bo trudno tam mówić o klasycznym happy endzie. Osobiście takiej niekorzystnej reakcji Czytelników nie zauważyłem. A Filony trochę szkoda, zginęła akurat wtedy, kiedy zdawała się ewoluować w stronę bardziej pozytywną niż rola odgrywana w początkowych fragmentach. W dodatku straciła życie właściwie przez przypadek. Sam rozdział napisany z werwą, trzyma w napięciu, do tego miłe dla zmysłów sceny erotyczne. Nie wątpię, że utrzymasz formę do końca.

Witaj, Neferze!

Nie zauważyłeś tej reakcji, bo prawdziwa burza przetoczyła się jeszcze na Dobrej Erotyce, gdzie Opowieść Tais była publikowana w 2012 r… Sporo osób było naprawdę niezadowolonych z faktu, że Tais wyszła z tego cało 🙂 Na Najlepszej było znacznie spokojniej.

Co do Filony – w sumie tak to właśnie zaplanowałem. Chciałem, by Czytelnicy trochę ją polubili, zanim… nawet ci, którzy od początku nie darzyli jej sympatią. No i myślę, że scena całkiem dobrze wyszła.

Odnośnie erotyki – dziękuję, bo już po przeczytaniu paru tekstów Mefista w kompleksy popadałem 😀

Pozdrawiam
M.A.

Tacy krwiożerczy okazali się dla tej sympatycznej i ciekawie skrojonej bohaterki? Domyślam się, że miała skończyć w szponach Alkajosa albo Kritiasa, a może obydwu jednocześnie? Tutejsi Czytelnicy bardziej, widać, życzliwi. A powodu do kompleksów nie dostrzegam.

Najwyraźniej niektórym Czytelnikom na DE udzieliła się krwiożerczość moich bohaterów 🙂 Faktycznie, tutaj panuje nieco łagodniejszy klimat!

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz