Ostateczna granica (HTSoaB) Brak ocen

„Były dwie siostry Noc i Śmierć – Śmierć większa, a Noc mniejsza…

Noc była piękna jak sen, a Śmierć… Śmierć była jeszcze piękniejsza…”

K. I. Gałczyński

Biegłem ile tchu w płucach. W ciemności pól, spowitych jedynie światłem gwiazd, miałem nadzieję znaleźć schronienie. Moje plecy oświetlał jeszcze nikły poblask bijący od łuny pozostawionego w tyle miasta. Miasta ogarniętego zarazą.

Musiałem zabić dwóch strażników, aby wyrwać się z tego miejsca przepełnionego szaleństwem. Tego piekła na ziemi. Wcześniej nie miałem nikogo. Dziś praktycznie już nie było nikogo do poznania. Wszystkich porwała Śmierć zbierając swoją kosą obfite żniwo.

W moim mieście panowała rozpacz…

Bałem się. Potwornie się bałem. Przed tym nie było ucieczki. Nie było możliwości uwolnienia się od czyhającej w powietrzu groźby, nie było leku ani żadnego sposobu na ominięcie choroby, która uderzała w starych i młodych, silnych i słabych. Nie oszczędziła prawie nikogo. Już dawno uchwyciła w swoje zgniłe szpony wszystkich, których znałem. Prawie straciłem wiarę…

Jednak życie nauczyło mnie trwać pośród burzy. Nie znałem rodziców, od dziecka byłem sam. Przez cały czas szedłem pod prąd, omijając przeciwności losu lub radząc sobie z nimi. Jestem pewien, że gdyby nie to, dziś leżałbym w rynsztoku, trawiony cierpieniem i załamany, pusty jak świat, który do tej pory był moim domem. Kiedyś stanowił przystań, a dziś…

Nie mogłem już tego znieść. Nie wytrzymałbym kolejnej nocy w niegdyś tak tętniącym życiem mieście, dziś ogarniętym pożogą. Nie wytrzymałbym kolejnych tysięcy szeptów, jęków, modłów, błagań i przekleństw. Nigdy więcej tych widoków.

Musiałem biec. Musiałem uciekać.

Uciekałem przez pola. Wydano zakaz opuszczania granic miasta. Odkąd wybuchła zaraza nie można było swobodnie podróżować, nie można było opuszczać pewnych sektorów. Jednak w miarę upływu czasu strażników było coraz mniej. Dziś już nie było praktycznie nikogo – ani do pilnowania, ani nawet do wywozu zwłok.

Podobno miasto otaczał pierścień wojsk. Ja jednak znałem teren, wiedziałem, że jeśli wyrwę się poza mury, to i dalej uda mi się prześlizgnąć. Zawsze mi się w życiu udawało. Byłem silny, umiałem sobie radzić. Mnie choroba nie dopadła. I nie dopadnie.

Płuca już paliły od wysiłku. Jednak musiałem dać z siebie jeszcze trochę. Byłem tuż, tuż, na skraju wolności… Minęło kilka dni, odkąd wyrwałem się z tamtej dziury. Przeszedłem wiele. Zanim uciekłem, zaopatrzyłem się w złoto. Już nie było nikomu potrzebne i niemalże walało się po ulicach. Nikt tego już wtedy nie pilnował.

Byłem wolny. Jednak noce przynosiły sny. Koszmary. Obrazy z przeżytego piekła nawiedzały mnie w najgłębszej ciemności, by dręczyć i zsyłać wizje, których nie mogłem znieść. Gwałtownymi ruchami drżących rąk rozpalałem wtedy małą świeczkę i obserwowałem przedramiona, ich wewnętrzną stronę, szukając oznak choroby – ciemniejących pod skórą żył. To niemalże doprowadziło mnie do obłędu. Już nawet w dzień, raz po raz, zerkałem na ręce aby sprawdzić czy… Nie mogłem dalej tak żyć.

Kupiłem czarną koszulę z trzema guzikami na mankiecie. Na wszelki wypadek oplotłem nadgarstki bandażem, by przez jakiś czas nie zaglądać pod spód. Poczułem się lepiej. Jednak już po następnych paru dniach wiedziałem, że potrzebuję czasu, by zapomnieć. Coraz częściej budziłem się zlany potem, nawiedzany przerażającymi wizjami. Godzina za godziną ogarniało mnie coraz większe przerażenie. Nie mogłem już spać ani jeść. Byłem taki samotny. Samotny bardziej niż kiedykolwiek, co przecież było praktycznie niemożliwe.

Schudłem, czułem się źle. Nie mogłem pozbyć się wizji. Ludzie na drogach z przerażeniem odsuwali się, widząc mój stan. W końcu kupiłem pelerynę z kapturem, by nie musieć znosić przerażonych spojrzeń natrętnych podróżnych. Podążałem dalej, chcąc jak najszybciej oddalić się od tego przeklętego miejsca na ziemi, gdzie zaczął się mój koszmar.

***

– Panie Majorze… – Pierwszy sierżant stanął na baczność, gdy obwieszona medalami postać zawitała do jego skromnego, polowego namiotu. Niedawno przyjechał, więc nie było nawet czasu aby rozłożyć rzeczy zapakowanych w skrzynie, postawione teraz w rogu.

– Spocznij, sierżancie. Widzę, że mamy kolejną sprawę. Naprawdę należałoby wpierw podjąć środki ostrożności, ale już chyba nie ma to sensu. – Major przyglądał się podwładnemu błyszczącym wzrokiem.

– Odkąd przyjechaliśmy, zdążyliśmy przepytać kilku ludzi. Mamy podejrzenie, że to właśnie on. Kupiec, Simon, wędrujący z Newady, widział podróżnego… chwilkę wyciągnę raport… – Pośpiesznie pogrzebał w papierach zaściełających drewniany blat. – O, jest proszę – szybko odnalazł fragment i zaczął czytać na głos: „…dziwnym było, że w środku lata ktoś idzie w czarnej sutannie. Od razu wydał mi się szurnięty. I co chwilę odwracał się na północ, patrząc w dal, tymi zapadniętymi oczyma, jakby widział tam samego diabła. Aż ciarki szły po plecach…”

– Czyli to najprawdopodobniej on. Dobrze, niestety już tu jesteśmy, więc zostaniemy aż to się skończy. Proszę wydać rozkazy swoim ludziom, rozlokować sektory i podzielić mieszkańców. Niech każdą strefę oddzielą od siebie dwie mile. Mają być rozmieszczone wokół miasta. Wszystkich, którzy tamtego wieczoru byli obok należy zamknąć tutaj… z nami. Poczekam na zewnątrz, pójdziemy go zobaczyć.

Po wydaniu rozkazów sierżant James szybko podbiegł do majora. Tamten zapatrzony w dal co chwilkę uderzał szpicrutą w błyszczącą cholewę buta. James zasalutował :

– Na rozkaz…– powiedział drżącym lekko głosem. Nie chciał tam iść. Wiedział co zastanie. Bał się jak diabli.

– Boi się pan, sierżancie? – nie odwracając się spytał major.

– Tak jest, sir.

– To dobrze. – ciemne oczy starszego stopniem zwróciły się ku Jamesowi, sondując do głębi jego duszę. – Strach to rzecz ludzka. Ale obowiązek musi zostać spełniony. Wie pan co czeka każdego kto w takich warunkach… wycofuje się? – Świdrujące oczy nie dawały za wygraną.

– Sir, wiem … ja nigdy bym… – wysapał sierżant przełykając ślinę.

– Wiem , że się boisz synu, ale nikt inny tego nie zrobi. Musimy być silni, bo inaczej będzie po nas. – Na chwilkę major stał się bardziej ludzki, jego wzrok złagodniał, jakby jakieś wspomnienie zmiękczyło jego duszę. Odwrócił się gwałtownie. Obaj stali milcząc.

– Dzień się kończy. Ruszajmy. Im szybciej to sprawdzimy, tym szybciej staniemy z przeciwnikiem twarzą w twarz – głos twardego majora zabrzęczał w powietrzu.

Buty zachrzęściły w żwirze….

***

Późnym wieczorem dotarłem do gospody na obrzeżach miasteczka. Światło i gwar sączyły się przez otwarte okiennice. Widać ludzi było sporo, napitku zaś nie brakowało, gdyż bawiących się można było usłyszeć co najmniej z odległości mili. Tym lepiej, nikt nie zwróci uwagi na jednego więcej podróżnego.

Wszedłem do dusznego, przesyconego potem pomieszczenia. Panował tu zaduch, ciepło gorącego dnia, potęgowane wśród tłumu rozgrzanych alkoholem ciał, nie uciekło jeszcze przez okna w chłód nocy. Tak jak myślałem – nikt nie zwrócił na mnie większej uwagi. Oprócz karczmarza stojącego za barem, oczywiście, przecierającego szklanki brudną szmatą . Podszedłem wolno do wysłużonej lady.

– Chciałbym pokój na jedną noc – wyszeptałem spod ciemnego kaptura. Mężczyzna długo taksował mnie wzrokiem. Widać wahał się.

– Nie ma wolnych pokoi. Przykro mi. – odwrócił się w stronę balii z wodą… Byłem na to przygotowany. Wyciągnąłem spod odzienia przygotowane wcześniej monety i wrzuciłem je do cynowego kufla stojącego tuż przede mną. Głośno brzęknęło. Barman odwrócił się powoli, zerknął do środka, po czym sięgnął pod ladę. Po chwil na blat upadł zaśniedziały klucz. Kawałek drewna doczepiony doń przy pomocy brudnego drutu miał wypalony numer sześć. Położyłem na stolę jeszcze jedną monetę :

– I coś mocnego. Na dobry sen.

Już po chwili ruszyłem w kierunku schodów, trzymając w jednej dłoni klucze, w drugiej zaś butelkę z grubego szkła, wypełnioną najprawdopodobniej siwuchą. Nie obchodziło mnie to. Wszystko żeby tylko zapomnieć…

Przy schodach stała Ona. Jej czarne włosy wymykały się spod kaptura. Podobnie jak ja, ubrana była w ciemną pelerynę. Jej twarz zasłaniał cień, nie mogłem się jej przyjrzeć. Może za sprawą podobnego stroju od razu poczułem, jakbym ją znał od zawsze…Może sylwetka wydała mi się znajoma. Czekała na klienta. Choć nie widziałem jej oczu, nie miałem wątpliwości, że patrzy na mnie. Czekałem, nie mówiąc ani słowa, czekałem aż do mnie podejdzie. Krople potu spływały po moich skroniach. W jakiś sposób wiedziałem, że zrozumie mnie bez słów.

Razem weszliśmy po skrzypiących schodach na nie oświetlony korytarz. Znalazłem drzwi i przekręciłem klucz….

***

James podążał krok w krok za dziarsko maszerującym majorem. Najwyraźniej tamtemu spieszno było, by ocenić sytuację i powziąć dalsze kroki. Ludzie dookoła w ponurym milczeniu przyglądali się podążającym drogą żołnierzom. Całe miasteczko już pewnie wiedziało, dlaczego zawitała tu armia i ile setek wojska czeka poza obszarem zabudowań. Nikt nie miał prawa opuścić terenu…

Obydwaj weszli do karczmy. Bez zapalonych lamp duża izba wyglądała na martwą. Do ciemnych ścian docierało niewiele dziennego światła, wsączającego się przez malutkie okienka. Przy barze, na niskim taborecie, siedział barman. Opuszczoną głowę wsparł na rękach podpartych o kolana. James wcale nie dziwił się temu, co zobaczył. Sam, w podobnej sytuacji, chciałby usiąść i przestać cokolwiek robić. Beznadzieja. Z deszczu pod rynnę – prosto w objęcia Śmierci….

– Pan tu jest właścicielem? – rzeczowo spytał major. Karczmarz powoli podniósł głowę i widząc, kto przyszedł, szybko wstał. Energicznie pokiwał głową, w jego spojrzeniu pojawiła się iskierka nadziei. Jamesowi żal było tego człowieka. Przecież oni nic nie mogli na to wszystko poradzić…

Major usiadł naprzeciw barmana.

– Proszę mi opowiedzieć, co się wydarzyło – powiedział.

Karczmarz chwilkę się namyślał. Widać chciał jak najdokładniej zrelacjonować zdarzenia wczorajszego wieczoru. Wreszcie zaczął.

– Wczoraj było tu sporo ludzi. Dziewczyny ledwo radziły sobie z obsługiwaniem wszystkich gości. Gwar, krzyki, picie, mówię, było dużo ludu i wszyscy dobrze się bawili. Ten jegomość przyszedł dość wcześnie, od razu z wieczora, ale i tak zabawa już szła na całego. Sam widać nie chciał się bawić, bo zapłacił trzy razy tyle, ile należy się za pokój i dodał jeszcze cosik za butelkę. Nie podobał mi się. W tym kapturze, ciężko było w ogóle zobaczyć jego mordę. Ale zapłacił, co było robić… No i jak szedł na górę, to patrzyłem, czy aby coś nie kręci, a on, niech pan generał sobie wyobrazi, jeszcze przystanął przy poręczy, zachwiał się, jakby miał upaść. Chwilę postał i poszedł na górę. Normalnie to bym go wyrzucił, ale tyla ludu było… no co było robić…

– Rozumiem. Pozwoli pan, że rozejrzymy się na górze…

Karczmarz tylko skinął głową, na powrót zatapiając się we wspomnieniach. Major wstał, spojrzał na Jamesa i ruszył w górę schodów. Co było robić…

***

Wszedłem do pokoju. Nawet nie rozpalałem lampy. Wirowało mi w głowie, byłem zmęczony. Wszystko pewnie z braku snu… Otworzyłem tylko okno, by trochę przewietrzyć izbę. W tym momencie Ona zatrzasnęła drzwi. Byłem tak słaby, że od razu usiadłem na łóżku. Zajęła miejsce obok. Nie patrzyła w moją stronę. Odkorkowałem butelkę. Pociągnąłem z gwinta długi łyk cierpkiego, palącego napoju. Najpierw poczułem ciepło, lecz za chwilę dopadło mnie pieczenie w głębi brzucha. Widać trunek był wyjątkowo wredny. Postawiłem go na półce.

Musiałem nie trafić, bo butelka spadła na podłogę i potoczyła się pod ścianę. Nawet po nią nie sięgnąłem, zawirowało mi w głowie.

W tym momencie poczułem chłodne ręce na mych barkach. Przyniosły ukojenie. Ten dotyk był znajomy, jak dotyk matki tyle, że zimny…ale uspokajał. Pozwoliłem Jej na pieszczoty. Masowała moje plecy, dół kręgosłupa, łopatki, ramiona, barki i szyję. Z każdym muśnięciem coraz bardziej poddawałem się uczuciu odrętwienia.

Wreszcie przestała. Położyłem się na brudnym kocu. Nie miałem już nawet siły, by zdjąć buty. Nawet nie wiem kiedy Ona to zrobiła, lecz teraz siedziała na mnie. Nie zsunęła kaptura. Mimo blasku księżyca, lejącego się przez okno, nie widziałem jej oblicza, jedynie jasny kształt oczu. Nic więcej.

Powoli pochyliła się nad moją twarzą. Jej czarne, kręcone włosy wypadły spod kaptura i łaskotały mi skórę na policzkach i szyi. Bladą, szczupła i zadbaną dłonią dotknęła mego policzka, gładząc go delikatnie. Słyszałem jej szept. Cicho coś nuciła. Nic z tego nie rozumiałem, jednak sam dźwięk jej głosu budził przyjemne uczucia. Czekałem…

***

Powoli szli korytarzem. W drzwiach pokoju stał człowiek. Patrzył na nich. Cały czas poruszał ustami, żując coś namiętnie i co chwila spluwał na podłogę gęstą śliną. Najprawdopodobniej dobrze wiedział, po co się zjawili.

Major zatrzymał się tuż przed nim. Patrzyli sobie w oczy. Tamten trzymał w jednej dłoni ostry nóż, w drugiej zaś jabłko. Co jakiś czas odkrawał kawałek, by powoli podsunąć go do ust. Nie spuszczał wzroku z twarzy oficera. Cisza, przerywana mlaskaniem osobnika była już nie do zniesienia. Sierżant zrozumiał, że to on musi coś zrobić.

– Czy może widział pan w nocy coś niepokojącego? A może coś pan słyszał? Chodzi nam o pokój numer sześć, ten po prawej stronie od pańskiego…

Tamten nawet nie spojrzał na Jamesa. Czekali, aż do końca przegryzie kawałek owocu. Gdy skończył, odciął kolejny, jednak nie trafił on już do ust. Jak gdyby nigdy nic, mężczyzna zaczął:

– Wczoraj stałem na korytarzu. Coś ciężko mi ostatnio się śpi, mam problemy z kręgosłupem – obleśny uśmiech zagościł na twarzy oprycha – wyszedłem więc na jabłuszko, ot tak, jak teraz. Widziałem go. Szedł chwiejnie do pokoju, zataczał się z butelką. Myślałem, że jest pijany. Już miałem mu „pomóc”, otworzyć drzwi i wejść do mieszkania… ale się rozmyśliłem. Chyba sami wiecie dlaczego.

Czekał dość długo, wpatrując się w majora, jednak ten się nie odezwał.

– Nie rozmawiał pan z nim? – spytał James.

– Nie. On nawet mnie nie zauważył. To normalne. Później z jego pokoju głośny dobiegł huk. Być może upadł na deski. Tak sobie pomyślałem… ale po chwili coś usłyszałem…

– Tak. To bardzo pomocne. Co pan usłyszał? – dopytywał się sierżant. Mężczyzna wreszcie spojrzał Jamesowi w oczy. Wojskowy widział już w życiu całkiem sporo, jednak wyrachowanie widoczne w twarzy oprycha sprawiło, że skrzywił się z niesmakiem.

– Słyszałem … jak się modlił. – uśmiech zagościł na twarzy złego człowieka.

Major powoli odwrócił się w stronę numeru sześć. James tylko raz obejrzał się na oprycha, opierającego się o drzwi. Upiorny uśmiech nie schodził z jego warg….

***

Nagle przebudziłem się. Przez wyczerpanie musiałem na chwilkę stracić przytomność. Leżałem nagi. Czułem jej chłodne ciało na moich nogach. Jej oczy świeciły jasnym blaskiem. Znajdowałem w nim zapomnienie. Czułem, że mógłbym w zatonąć w tych ślepiach…

Nie było tak jak z każdą inną. Ona miała w sobie coś…

Delikatnie przysiadła na mnie. Poczułem ciepło. Nie takie jak zawsze – to ciepło było głęboko we mnie. Teraz wiedziałem , że było tam zawsze, zrozumiałem, że zawsze mogłem do niego sięgnąć i zatracić się w tym uczuciu. Zaczęła poruszać się w górę i w dół. Powoli jej ruchy stawały się coraz szybsze. Z każdym kolejnym, płynęło przeze mnie to niemalże boskie doznanie. To tak jakby strach, niepewność, gniew lecz również ciepło, dobro i czułość na raz wypełniły moją duszę.

Gdy podnosiła się, moje serce przepełniało się goryczą. Bałem się, że już odejdzie, że nigdy więcej nie spojrzę w oczy pełne blasku…To było cierpienie…Strach, niepewność, samotność i smutek…

I nagle zawieszałem się w pustce… chwila ciszy… Jej szept….

Wracała. Opadała w dół. Moje myśli poraziła radość, łzy szczęścia spływały po policzkach. Czułem, że rozumiem każdą najmniejszą część świata, każdą myśl. Rozumiałem czemu wszystko istnieje. I cieszyłem się tym. Im głębiej przysiadała, tym większą sprawiała mi radość. Ta euforia wypełniała mnie po brzegi, powoli, ruch za ruchem, przeradzając się w ekstazę.

I wtedy zrozumiałem. Zrozumiałem, że za każdym razem do tej pory przeżywałem … TO. W owej rozkoszy była cząstka wszechświata, była również i pustka – spotęgowane do granic możliwości. W każdej chwili przyjemności, którą do tej pory przeżyłem był zamknięty świat…. Wszystkie uczucia. To było… wspaniałe.

Już nie mogłem wytrzymać. Uczucia wypełniały skorupę ciała, próbowały wyrwać się na zewnątrz. Ona nie zwalniała tempa. Raz po raz, czułem jak mój umysł zatapia fala ekstazy. Nadchodził koniec… jednak nie taki, jak za każdym poprzednim razem… teraz uczucie spełnienia miało uderzyć we mnie z siła szalejącego huraganu… niekończąca się rozkosz spotęgowana tysiąc razy…

Czułem, że tej nocy dosięgnę gwiazd. Czułem, że umieram.

Ona była tą jedyną. Ona była ostatecznym kresem. Zatrzymała bieg. Jeszcze czułem na ustach słone łzy. Moja dusza drżała dźwiękiem, który nadchodził.

Czekała. Pozostał ostatni ruch. Cała moc doznań wibrowała za barierą. Ta granica zniknie, wszystko wleje się we mnie, po raz ostatni, gdy ona opuści na mnie swe ciało.

Nie było odwrotu.

Ostateczna granica….

Zdjąłem jej z głowy kaptur. Ująłem w dłonie chłodną i przejrzystą jak mgła twarz. Pocałowałem ją. Ona zaś opadła na mnie z westchnieniem…

***

Otworzyli drzwi do pokoju. Przez uchylone zasłony wpadał ciepły, słoneczny blask.

Na łóżku leżało nagie ciało. Podeszli. Przedramiona pokrywały fioletowe żyły. Policzki i poduszkę znaczyły ślady krwawych łez.

Obaj stali w ciszy. Nie wypowiedziano ani słowa. Wszystko było jasne. Należało zacząć przygotowania do kwarantanny. W mieście niedługo zacznie się zaraza. Po kilku minutach major odwrócił się w stronę drzwi. Nie patrząc na Jamesa, położył mu dłoń na ramieniu, ścisnął i wyszedł.

Sierżant stał sam. Cały czas przyglądał się ciału. Nie rozumiał, czemu to on musiał się tutaj znaleźć. Chciał być dobrym żołnierzem. Ale nie chciał walczyć z… tym czymś. Wiedział, że nie umiałby zmagać się z tym, co pozostawia na twarzy umierającego człowieka taki uśmiech…

.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobry wieczór,

po długiej przerwie wznawiamy publikowanie tekstów HighTonedSonOfABitch! Przy okazji wywiązując się z obietnicy zamieszczania większej liczby samodzielnych opowiadań.

HTSOAB tym razem uraczył nas historią niesamowitą, niepokojącą i tajemniczą. Lokującą się gdzieś na ziemi niczyjej między opowieścią grozy, katastroficzną oraz futurystyczną antyutopią. Bohaterowie – podobnie jak świat – nakreśleni są bardzo ogólnie, ale na tyle, by wczuć się w intensywny klimat opowiadania. Paleta barw jest bardzo mroczna. Nie ma tu miejsca na śmiech. Uśmiech zdarza się, ale tylko w śmiertelnym stężeniu. Co więc pozostaje? Beznadzieja i rozpacz. Ale bardzo dobrze opisana.

Polecam osobom spragnionym niespodziewanego, ambitnego, literackiego eksperymentu.

Pozdrawiam
M.A.

Ale klimat! Miodzio, jak mawiali niegdyś recenzenci gier komputerowych z Gamblera i okolic. F.

Podoba mi się połączenie dwóch stylów narracji – pierwszo- i trzecioosobowego. To bardzo udany zabieg, przyczyniający się do suspensu. Dzięki niemu rozstrzygnięcie zagadki staje się oczywiste dopiero w ostatniej scenie.

Wykreowany świat choć ledwie naszkicowany, też przypadł mi do gustu.

Lurker

Pozostaje w pamięci. Jako memento mori. Każdy kiedyś przekroczy tę granicę.

Ale nie każdy w takim stylu – zabierając z sobą całe miasto :->

Okej. Krotkie i sprytne. Wszystko brudne, chore i zle.
Jak z koszmarnego snu wziete. (czy tak?)
Nieuchronnie przypomnialo mi sie "Umrzec w Italbarze".

Jest kila bledow w zapisie dialogow i na przyklad to:

" Nie znałem rodziców, od dziecka byłem sam. "
a dalej:
"Ten dotyk był znajomy, jak dotyk matki tyle, że zimny…"

Mysle, ze tez troche pospieszyles sie z publikacja. Mogles to wszystko dopiescic.
Te amerykanskie klimaty troszke psuja calosc. wg mnie lepiej by bylo gdyby calosc byla jeszcze mniej sprecyzowana w czasie i przestrzeni.

pozdrawiam

AS

Mi zaś Panie Starski wybitnie się nie podobało. Musiałem czytać na raty z papierosem w paszczy.Rzeczywiście biorąc to pod uwagę fakt, że opowiadanie nie jest długie zaliczamy in plus.

Co do precyzji;] właśnie autor mógłby zastosować albo twoją radę, albo doprecyzować- wtedy przerodziłoby nam się opowiadanie w klimat katastroficzny.

Zazgrzytało mi jedno- skad długie płaszcze w USA?;'] Do kupienia na drodze?

Seelenverkoper, wybitnie Ci się nie podobało, czy nie podobało Ci się aż tak wybitnie? 😉

No nie było pocierania płatków i pupy to już dla mnie duży plus.
Ot taka natchniona alegoria, w której nie trzeba chyba doszukiwać się, gdzie bohater nabył płaszcz i inne gadżety. Może na przydrożnych straganach innych uciekających…

No i Śmierć raz jest pompatyczna, a raz ciach i już, więc nie trzeba żałować, że tym razem poszło szybciochem Barman-Raven 😉
Zgadzam się, że godne pochwały choćby za to, że inne, a że nie do końca udane …

@starski
co do "pospieszenia się z publikacją" – opowiadanie odleżakowało swoje. było publikowane wcześniej (chyba na DE)

Ciekawe fabularnie.
Wszystko co nie jest tępą rąbanką jest szczególnie godne uwagi. Taki pomysł szczególnie frapuje.

O podziale narracji już powiedziano dwa słowa. Ja zaznaczę tylko, że narracja w 3 os była pisana lekko i sprawnie, podczas gdy ta pierwszoosobowa sprawiała kłopoty.
Nie chodzi o duszność, zbytnie wysublimowanie… to coś innego mi "nie grało".

Narracja jest rwana, ale jednocześnie niedynamiczna. Czytając miałem wrażenie jakbym jechał traktorem po wyboistej drodze grzęznąc co jakiś czas w błocie. Wydaje się że to kwestia mieszania opisu rzeczywistości zewnętrznej i myśli bohatera. Może gdyby porządnie opisać sytuację a potem skupić się na emocjach i ucieczce…

Erotycznie nie zachwyciło. Śmierć jako kochanka daje ogromne pole do popisu, Ty zaś autorze prześlizgnąłeś się ledwo po temacie. Zmarnowanie takiego potencjału znacznie obniża notę.
Aczkolwiek opowiadanie warto docenić za pomysł.

Napisz komentarz