Wielka gra III (Foxm)  3.57/5 (32)

46 min. czytania
Wara! plakat propagandowyz 31 sierpnia 1939 roku, źródło:Gazeta Rzeczpospolita – U progu wojny

Wara! plakat propagandowy z 31 sierpnia 1939 roku, źródło: Gazeta Rzeczpospolita – U progu wojny

Przeczytaj pierwszy odcinek cyklu

Błysk płomienia zapałki był tak jasny, że na ułamek sekundy oślepiał. Generał Tadeusz Kutrzeba odpalił kolejnego papierosa. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek wcześniej tak chciwie zaciągał się papierosowym dymem.

Głowa generała pulsowała tępym bólem, zmęczone oczy zaczęły łzawić. Kutrzeba wpatrywał się w rozłożone na dużym stole mapy sztabowe z taką intensywnością, jakby chciał je spopielić wzrokiem. Zmuszał swój umysł do bezustannego wysiłku, przypominał sobie wszystkie założenia planu, którego był głównym architektem.

Generał Kutrzeba nie miał złudzeń, że postawiono przed nim i jego ludźmi zadanie arcytrudne. Na rozkaz Marszałka Rydza-Śmigłego przez kilka miesięcy opracowywali plan „Zachód”.

– Armia „Modlin” na północnym skrzydle – powtarzał po raz tysięczny Kutrzeba, zupełnie nie przejmując się faktem, że popiół z końcówki papierosa może w każdej chwili spaść na oglądaną przezeń mapę. – Fortyfikacje okolic Modlina stanowią pewną przeszkodę. Jest jeszcze Samodzielna Grupa Operacyjna „Narew”. Centrum mają zabezpieczyć armie „Poznań” i „Pomorze”.

W tym miejscu mapy dowódca Armii „Poznań” zatrzymał wzrok, zawieszając prowadzony monolog. Nie miało znaczenia, że o tej porze sala narad była pusta, a jego wywodom nie przysłuchiwało się żadne audytorium.

Już od pierwszych dni sierpnia czynił wszystko, co było w jego mocy, by przygotować się możliwie jak najlepiej na niemiecki atak. Nakazał natychmiastową rozbudowę umocnień, zgromadzenie zapasów i rozpoznanie teatru przyszłych działań. Owo rozpoznanie łączył również z obserwacją ruchów nieprzyjaciela. Raporty zwiadu wyglądały niepokojąco spokojnie. Nic nie wskazywało na to, że mają przed sobą jakieś poważniejsze siły wroga. Na tym etapie, gdy zbrojna rozprawa była nieunikniona, pewnych oznak koncentracji ludzi i środków po prostu nie dawało się ukryć.

– Główne uderzenie nastąpi na innym odcinku frontu – sformułował na głos swoją myśl dowódca Armii „Poznań”.

Za powód do największego niepokoju należało uznać fakt, iż znacznie więcej wiedzieli o poczynaniach szkopów niż sąsiadującej z nimi armii Bortnowskiego.

– Nie ma zgrania, do cholery, współdziałanie jest wszystkim!

Pustka sali odpraw uwolniła generała od konieczności wstrzymywania się z co poniektórymi sądami. Kutrzeba wiedział, że nie leży w jego kompetencjach ocenianie przygotowania do nieuchronnej wojny czy – tym bardziej – kompetencji Naczelnego Wodza, ale…

Nie wolno było zamykać oczu na rzeczywistość.

W Sztabie Generalnym nie była szerzej znana całościowa koncepcja prowadzenia nadchodzącej wojny. Jeżeli Marszałek takową posiadał, to zachowywał jej treść wyłącznie dla uszu najbliższych współpracowników. Generał Kutrzeba, świdrując wzrokiem mapę, opierał się o garść ogólników, które sam opracował. Improwizowany, kilkukrotnie zmieniany pod wpływem dynamicznie rozwijającej się sytuacji na świecie „Plan Z” był wszystkim, co udało się pośpiesznie stworzyć.

Szare, zmęczone oczy generała skierowały się ku punktowi ciężkości całego planu – Armii „Kraków”. Wszyscy zaangażowani w projektowanie planu wojskowi byli zgodni co do jednej rzeczy – główne natarcie wojsk nieprzyjaciela nadejdzie od południa. Rejon Dolnego Śląska miał stanowić podstawę do natarcia dla najliczniejszych i najlepiej wyekwipowanych jednostek germańskich.

Za najistotniejszy z polskiego punktu widzenia odcinek przyszłego frontu odpowiadała Armia „Łódź”. Za wszelką cenę miała bronić dostępu do miasta, któremu zawdzięczała swą nazwę. Umocowana w oparciu o solidne fortyfikacje polskiej części Śląska Armia „Kraków” stanowiła osłonę ewentualnego manewru odwrotowego wszystkich pozostałych sił. stanowił obszar, którego wedle zamysłu sztabowców należało bronić wszelkimi dostępnymi środkami.

To na tym stosunkowo niewielkim obszarze znajdowało się wiele kluczowych obiektów dla funkcjonowania polskiego przemysłu.

Utrata kontroli nad tymi terenami stworzyłaby niebezpieczeństwo bezpośredniego uderzenia na rozlokowane  w centrum kraju zakłady Centralnego Okręgu Przemysłowego. Budowane kosztem ogromnego wysiłku na wszystkich płaszczyznach państwowej działalności zakłady produkcyjne i ośrodki badawcze miały w zamyśle pomysłodawców stanowić odpowiedź Rzeczypospolitej na toczący się w Europie od początku dekady wyścig zbrojeń.

 Opracowując plan obronny stratedzy ze Sztabu Generalnego musieli mieć na względzie nie tylko aspekty natury wojskowej . Do głosu dochodził równie istotny – a może i w całej tej układance najistotniejszy – czynnik polityczny. Generał Kutrzeba aż się wzdrygnął, odpłynąwszy myślami ku sprawom, które jego, wojskowego, nie powinny zajmować w aż tak dużym stopniu. Rzeczpospolita była otoczona przez wrogo nastawionych sąsiadów, z jednym może wyjątkiem.   Rumunia, jak twierdziły zgodnie źródła dyplomatyczne i wywiadowcze, była Polsce życzliwie neutralna.

– Pal licho Rumunię – mruknął Kutrzeba, zagryzając przy tym ustnik dopalającego się papierosa. Po raz nie wiadomo który przystąpił do rozważenia kwestii, które bez wątpienia miały być decydujące dla wyniku walnej rozprawy z Rzeszą Niemiecką.

Wszystko, absolutnie wszystko w przyszłej wojnie zależeć będzie od Anglii i Francji. Trwałość świeżo zawiązanej koalicji była bezdyskusyjna. W czasie trójstronnych angielsko-francusko-polskich negocjacji wojskowych padły zdecydowane deklaracje. Obydwa europejskie mocarstwa nie poskąpią Polce wszelkiej pomocy, jeśli zajdzie taka potrzeba  Kutrzeba nieomal na głos wyartykułował radość z faktu, że u boku Rzeczpospolitej staną dwie największe potęgi świata – bitni Francuzi i dysponujący największą w dziejach świata potęgą morską Anglicy. Zadanie Wojska Polskiego w pierwszych dniach konfliktu było klarowne. Wydać bitwę na całej długości naszej zachodniej granicy, tak by alianci nie mieli wątpliwości, iż Polska dotrzymała swych sojuszniczych zobowiązań.

Generał przywołał w pamięci jedną ze sztabowych narad, kiedy to stanął w opozycji do koncepcji forsowanej przez Naczelnego Wodza.

– Znacznie korzystniejszym rozwiązaniem od strony czysto wojskowej będzie rozlokowanie wszystkich naszych sił na łuku Wisły – argumentował wtedy. – W takim wypadku wojska nieprzyjaciela będą musiały się zmierzyć z solidną naturalną przeszkodą, a dopiero w dalszej kolejności z nami.

– Panie generale. – W tonie odpowiedzi Rydza-Śmigłego już po pierwszych sylabach dawało się wyczuć irytację. Wódź postąpił krok do przodu, wysunął podbródek i podrapał się po pozbawionej włosów głowie. – Omawiane kwestie są problemami natury politycznej – oświadczył twardo, omal nie krzyknąwszy na nieposłusznego dowódcę. Częstą manierą u Rydza było traktowanie własnych podwładnych jak niedouczonych kaprali – rzeczywisty ciężar pagonów tego czy tamtego oficera nie miał najmniejszego znaczenia. Kutrzeba doskonale pamiętał, że wówczas, otrzymawszy burę, ugryzł się w język, zasalutował i odszedł.

Jego przełożony miał rację w tym punkcie, że obrona całej granicy była polityczną koniecznością. Gdyby broniono się na linii Wisły, Pomorze, Wielkopolska i Śląsk zostałyby wówczas oddane bez walki. W najbardziej niepomyślnym dla Polski wariancie, Niemcy skończyliby wojowanie na trzech polskich prowincjach i wysunęli propozycję konferencji pokojowej. Dlatego trzeba było wdać się w bitwę graniczną.

Generał Kutrzeba miał pełną świadomość faktu, że ta gra va banque może Polskę drogo kosztować. Obrona granic takiej długości, przy obecnym potencjale Wojska Polskiego, ocierała się o szaleństwo. Jeszcze ta Słowacja, myślał z rozdrażnieniem wojskowy. Diabli nadali! Wywiad donosi, że ich rząd to niemieckie marionetki. Jesteśmy wprost wymarzonym celem do oskrzydlenia.

Dodatkowo martwił generała brak wystarczającej ilości broni przeciwpancernej. Jego autorski pogląd, że następna wojna będzie inna od tej znanej jego kolegom z tysiąc dziewięćset dwudziestego roku, nie znalazł szerokiego uznania. Plan modernizacji wojska napotykał na wieczne trudności budżetowe. Przez cztery lata rządów Rydza wykonano co prawda dużą robotę w tym zakresie, ale wciąż całe lata dzieliły Wojsko Polskie od końca reformy.

Będziemy się bić tym, co mamy, skonstatował ponuro generał Kutrzeba. Nieważne, że zaczęliśmy przygotowania zbyt późno, że brakuje wszystkiego: od porządnych map przez lepsze systemy łączności aż po nowoczesne uzbrojenie. Musimy się bić samotnie, aż nie przyjdą Francuzi, a nie ulega wątpliwości, że muszą szybko włączyć się do wojny. Muszą!

Generał ziewnął ze zmęczenia i poczuł, że już dłużej nie zmusi się do trzymania oczu szeroko otwartych. Strzepnął popiół z niedopałka na pobliską gazetę. Ogromny nagłówek krzyczał „Wara!”. Artykuł na pierwszej stronie ilustrowała kolejna karykatura śmiesznego krzykacza z wąsikiem. Autor tekstu dowodził z zapałem i w sposób zupełnie niezbity, że Niemcy już wkrótce dostaną solidną lekcję. „Polski ułan już za kilka tygodni napoi konia w Odrze płynącej przez Breslau” – obwieszczało jedno z końcowych zdań tekstu. Tadeusz Kutrzeba nie był tak wielkim optymistą, ale wierzył niezłomnie, że polski żołnierz wiele wytrzyma.

Był tak zmęczony wielogodzinnym wpatrywaniem się w mapy i notatki, że na swoją kwaterę trafił niemal po omacku. Bardzo potrzebował chwili wytchnienia. Umysł zaczął płatać generałowi figle. Ostatnim obrazem, jaki ujrzał przed zaśnięciem, była mapa kontynentu z nienaturalnie rozległymi Niemcami i Sowietami. Nie było Polski. Absurd, zdążył pomyśleć i zamknął oczy. Tym razem osunął się w sen bez natarczywie powracającego w ostatnich tygodniach pytania: kiedy to się zacznie?

***

Kiedy to się zacznie, zastanawiał się major Henryk Sucharski. Klęcząca u jego stóp kobieta wydawała się być nadzwyczaj chętna i nie zamierzała czekać długo z zaczynaniem czegokolwiek.

Osobista kwatera dowódcy Składnicy Tranzytowej Westerplatte nie była zbyt przestronna. Umeblowanie ograniczało się do prostego, drewnianego łóżka, szafki oraz niewielkiego stołu. Na blacie tego ostatniego stała lampa naftowa. Jej blask rozpraszał ciemność nocy.

W tym nienaturalnym oświetleniu Sucharski mógł obserwować mlecznobiałą skórę swej przyszłej kochanki. Świeża młódka mogła mieć siedemnaście, może osiemnaście wiosen. Przez ponad dwa tygodnie obserwował ją, jak krzątała się po porcie, co i rusz zwracając na siebie uwagę krewkich marynarzy. Korzystała z okazywanego zainteresowania w sposób nader umiejętny – podejrzana rzecz w tak młodym przecież wieku.

W jej zachowaniu nie było nachalności. A to posłała jednemu zalotne spojrzenie swych orzechowych oczu, innym razem nagrodziła adoratora szczerym uśmiechem. Bywało też i tak, że ten czy ów nie znalazł aprobaty. Wówczas odwracała się na pięcie i raźnym krokiem ruszała przed siebie, a wzgardzony nieszczęśnik jeszcze długo miał w pamięci sięgające do połowy pleców, kręcone włosy w kolorze kasztana.

Major był właśnie świadkiem podobnej sceny, gdy ujrzał ją po raz pierwszy. Zwrócił uwagę na sposób poruszania się dziewczyny. Szła lekko, niczym baletnica, zadarłszy głowę wysoko do góry, wydawała się być na czymś bardzo mocno skupiona. Ten widok był dla Sucharskiego jak iskra. Już wiedział, że musi mieć tę dziewczynę.

Nie miał kobiety od ponad czterech tygodni, pochłaniały go zupełnie sprawy służbowe. Ów krótki celibat stanowił przykre odstępstwo od normy. Jako oficer powinien myśleć o przyjemnościach ciała jak o kosztowaniu kobiecych wdzięków.

Nigdy jednak nie stał się wyperfumowanym paniczykiem. Pewne sprawy miały się zupełnie tak, jak w jego rodzinnej małopolskiej wiosce. Pierdolenie zawsze było pierdoleniem i

Dwa dni po tym, jak pierwszy raz zobaczył pannę o lśniących, ciemnobrązowych włosach, wiedział już o niej całkiem sporo. W zbieraniu informacji pomocny okazał się stójkowy z portu. Wystarczyła drobna opłata, połączona z dość dokładnym opisem poszukiwanej i już wiedział, że w oko wpadła mu panna Stefania.

– Panie oficerze, toć to córka jednego ze sklepikarzy. Jakiś taki drobny ciułacz chyba… Ja tam nie wiem dokładnie. Ludzie mówią, że absztyfikanta se znalazła. Ale ja tam, panie oficerze, portowym przekupom nie daje wiary.

Dla podkreślenia ostatnich słów policjant splunął obficie.

Major poczuł niejaką ulgę – ta panna Stefania nie była kurwą. Nie lubił z kurwami. Za to nie do końca jeszcze opierzone podlotki… Tu sprawa miała się nieco inaczej.

***

Sucharski szczerze pogardzał tymi wszystkimi nadętymi szlachciurami w mundurach – wielu takich widywał w trakcie długich lat służby – nauczył się od nich jednak kilku sztuczek. Następny tydzień spędził na uważnej obserwacji dziewczęcia, które wpadło mu w oko. W końcu nadszedł odpowiedni czas.

Sucharski wyrósł przed dziewczyną jak spod ziemi, dokładnie w momencie, gdy pakowała do kraciastej torby świeżo zakupione pomarańcze. Zrobił dokładny wywiad, więc wiedział, gdzie można spotkać ją najczęściej. Tamtego dnia dopisało mu szczęście. Zasalutował, uśmiechnął się szeroko i wyprężył jak struna.

– To się nie godzi, żeby dama nosiła tak ciężkie pakunku. Czy mogę?

Zagadnięta kobieta w pierwszym odruchu zrobiła wielkie oczy, by sekundę później okryć się ładnym, różowym rumieńcem. Major był przystojnym mężczyzną w sile wieku, do tego wojskowy mundur dodawał mu jeszcze powagi. W starym ludowym porzekadle – uczącym, że za mundurem panny sznurem – niewątpliwie było jakieś ziarno prawdy. Zdaniem Sucharskiego nawet dość sporej wielkości.

Bez dalszych ceregieli przejął od panny Stefanii wszystkie torby, które faktycznie okazały się być dość ciężkie. Sucharski jednak nie zaprzątał sobie tym myśli, pochłonięty rzucaniem kolejnych ukradkowych spojrzeń w kierunku bardzo apetycznej towarzyszki. Oficer pozwolił się nawet wyprzedzić o pół kroku, by móc swobodnie podziwiać grę mięśni przy każdym kolejnym kroku stawianym przez kobietę. Tamtego dnia miała na sobie niebieską sukienkę, sięgającą niemal kostek, a i tak wywarła na nim niezwykle silne wrażenie. Chciał zerwać z niej ten osłaniający dupę strzęp materiału i…

Tylko najwyższym wysiłkiem woli powstrzymał się przed wprowadzeniem swych wyobrażeń w czyn. Kutas obudził się do życia, powodując delikatne wybrzuszenie w spodniach majora. Dziewczyna nie zwracała uwagi na takie drobiazgi. Początkowo wyraźnie onieśmielało ją oficerskie towarzystwo. Poddała tylko adres, pod który miała dostarczyć zakupy, zapewniając przy tym, że poradzi sobie z tym zadaniem samodzielnie. Major jednak nie dał się przekonać.

– Wykluczone – stwierdził Sucharski. – Obowiązkiem wojskowego jest nie tylko pobicie wroga w polu, ale również pomoc cywilom.

Wypowiedziawszy te słowa z kamienną twarzą, uśmiechnął się w duchu, widząc, że w oczach barwy dojrzałego kasztana błysnęła iskierka podziwu.

Podobnych zapewnień w ciągu następnego tygodnia padło ze strony majora bardzo wiele, zwłaszcza gdy dwudziestego piątego sierpnia do portu wszedł z kurtuazyjną wizytą niemiecki pancernik. Szeroko pisały o tym zdarzeniu gazety, a także z zapałem plotkowano na terenie całego portu.

***

– A pan nie boi się wojny, majorze? Wszyscy teraz tylko o tym mówią, że lada dzień pójdziemy bić szwaba.

Zagadnięty przez moment udawał, że zastanawia się nad odpowiedzią, tak naprawdę napawał się zaś uwielbieniem, z jakim panna Stefania się w niego wpatrywała. Zabrał ją tamtego wieczoru na dobrą kolację, zajęli jeden z lepszych stolików w lokalu i oczekiwali na realizację zamówienia. Strumień wieczornych gości spływających do kawiarni „Pod Zieloną Jodłą” był z minuty na minutę coraz bardziej wartki. Niemiecka i polska mowa krzyżowały się ze sobą, tworząc irytujący jazgot.

– Prawdziwy żołnierz winien umieć panować nad naturalnym strachem – orzekł w końcu. – Niemcy są mocni, ale wytrzymamy. Nie oddamy nawet guzika od płaszcza, droga pani.

– Ach, majorze… – wyrwało się oczarowanej dziewczynie.

Nie odtrąciła dłoni majora, kiedy ta nakryła jej własną. Czując ciepło i miękkość młodej skóry, Sucharski nabrał pewności, iż tego wieczoru dopnie swego.

Panna Stefania bez najmniejszego sprzeciwu dała się poprosić do tańca. Był to wyśmienity pretekst, by znaleźć się możliwie blisko dziewczyny. Dłoń oficera co i rusz błądziła po smukłości jej pleców, a palce zuchwale zaciskały się na opiętych materiałem w kolorze subtelnego różu pośladkach.

Stefania w odpowiedzi na te wszystkie zabiegi tylko wtuliła się w tancerza, któremu serce biło dużo szybciej niż normalnie. Musiała to wyczuć, podobnie jak wyraźną sztywność dużo niżej.

– Ja… ja… nie jestem taka… – Usłyszał zdławiony szept kobiety albo tak mu się tylko zdawało.

Za nic mając podobne deklaracje, dowódca Westerplatte nachylił się ku dziewczynie. Usta spotkały usta. Delikatne muśnięcie warg o siebie, pierwsze – jeszcze pełne rezerwy i niepewności – spotkanie języków. Smakowała tak świeżo i niewinnie.

W żyłach mężczyzny zagrała krew, gdzieś z tyłu głowy pojawiła się prosta żołnierska myśl: będą ją jebał aż do utraty tchu, będę ją jebał! Tymczasem wybrzmiały ostatnie dźwięki melodii i Sucharski ku swemu głębokiemu rozczarowaniu wrócił śladem towarzyszki do stolika. Nie wszystko ułożyło się zgodnie z planem pobudzonego oficera. Panna Stefania dokończyła posiłek i szybko wymówiła się czekającymi ją następnego dnia obowiązkami – rzekomo miała zastąpić w sklepie nie najlepiej się czującego ojca. Grzecznie dygnąwszy na pożegnanie, złożyła na niedokładnie ogolonym policzku bohaterskiego wojaka wilgotny pocałunek. Sucharski na widok owego dygnięcia poczuł, jak raptownie ogarnia go złość. Czyżby chciała poudawać dziunię z dobrego domu? Dobre sobie! Skinął jej tylko głową na pożegnanie i pięć minut po jej wyjściu był już w drodze na placówkę.

Kurewska dziura! Wbrew temu, co nałgał dziewczynie, Westerplatte nie było tak silne, by poradzić sobie z niemieckim atakiem. Jego podkomendni, choć dobrze wyszkoleni, stanowili gorszy sort – samobójczych zadań gryzipiórki ze sztabu nie powierzyliby elicie. Westerplatte było bodaj ostatnim miejscem, do którego major Sucharski chciał trafić. To była straceńcza placówka – nie przypadkiem zresztą jej obsadę stanowili wyłącznie kawalerowie. W razie ataku rozkaz mówił o dwudziestu czterech, maksymalnie czterdziestu ośmiu godzinach oporu. Nikt nie liczył, że przetrwają dłużej.

Wciąż nie mogący znaleźć ujścia dla swego gniewu major przećwiczył wartownika przy bramie.

– Co to jest, kurwa, za burdel? – warknął. – Tak wygląda alarm bojowy? Wy łachmyty, mógłbym do was podejść na dziesięć kroków i wystrzelać do ostatniego.

– Widzieliśmy pana majora już pięć minut temu – zapewnił gorliwie starszy szeregowy.

– Gówno widzieliście! – wybuchnął w końcu Sucharski.

– Kapitan Dąbrowski przeprowadził inspekcję. Nie miał zastrzeżeń.

Na sam dźwięk nazwiska Dąbrowski Sucharskiego ogarnęła gorączka. Nie znosił tego cholernego buca. Panisko z dziwnymi manierami, chuj patrzący na wszystkich z góry. Z lubością podkreślał, że on to jest z tych Dąbrowskich.

Z tych czy z tamtych… Sucharski nienawidził swojego zastępcy, ale musiał go tolerować.

– Szeregowy! Udam, że tego nie słyszałem. Jeszcze raz, a dostaniecie dodatkową wartę. Baczność!

I wściekły poszedł na kwaterę.

***

Wieczorem trzydziestego pierwszego sierpnia przypadkowym zrządzeniem losu ten sam żołnierz obserwował, jak dowódca prowadzi pod rękę kobietę o ładnych kasztanowych włosach na teren składnicy. Major Sucharski rzucił warcie znaczące i groźne spojrzenie. Miał nadzieję, że zrozumieli, iż nigdy nie widzieli go w towarzystwie kobiety.

Ostatni tydzień był cholernie nerwowy, załoga składnicy nieustannie trwała w gotowości bojowej. Major pochłonięty był obowiązkami i nie miał sposobności, by wrócić do swej panny.

Tego dnia zaraz po kolacji wygłosił krótką odezwę do wszystkich żołnierzy służących na placówce.

– Nie ma wątpliwości, że godzina próby nadchodzi – mówił. – To na nas spadnie pierwsze uderzenie wroga. Musimy być gotowi na odpowiedź z całą stanowczością. Bijemy się o Polskę, panowie, nie ustąpimy.

Major, wypowiadając te słowa, poczuł niemal fizycznie na swych barkach ciężar odpowiedzialności. Wiedział, że powinien ramię w ramię ze swoimi ludźmi w pośpiechu budować umocnienia i na bieżąco wyszukiwać ewentualne luki.

Potrzeba jebania okazała się być silniejsza niż wojskowy obowiązek. Wysłuchawszy raportów od dowódców wszystkich kluczowych punktów obronny, zniknął w mieście na dwa kwadranse.

Pannie Stefanii aż rozbłysły oczy, kiedy dziarskim tonem oznajmił, że chce jej pokazać uroki wojskowego życia. Szykowała się do wyjścia na potańcówkę, którą młodzież polskiego pochodzenia organizowała w odpowiedzi na wielki wiec propagandowy, któremu osobiście miał przewodzić gauleiter Albert Forster.

Figurę młódki podkreślała znacznie krótsza niż zazwyczaj czerwona sukienka w białe grochy. Na zmysły majora ta czerwień podziałała niczym płachta na byka. Z trudem wyrzucił z siebie:

– Ale musisz obiecać, że nikomu nie powiesz.

Odpowiedzią był wesoły chichot podekscytowanej dziewczyny.

Na terenie składnicy nie było niczego, co mogłoby pobudzić jej ciekawość. Mimo to wydawała się szczerze przejęta, gdy zatrzymali przed najnowszym i najwygodniejszym budynkiem mieszkalnym na terenie składnicy, nazywanym przez wszystkich Willą. To właśnie w Willi mieściło się sześć pokoi oddanych do dyspozycji najwyższych rangą oficerów. Kiedy tylko znaleźli się na kwaterze majora, spragniony mężczyzna niemal siłą przyparł młodą kobietę do ściany.

– Stefciu – wycharczał i nie mówiąc już nic więcej, nakrył jej usta swoimi.

Języki splotły się ze sobą. Stefania jeszcze próbowała protestować, ale czyniła to niezbyt zdecydowanie. Oficer bez wątpienia potrafił całować. Jego dłonie zaczęły gorączkowo badać ciało partnerki, nie dbając o delikatność. Palce ścisnęły z całej siły osłonięty dwiema warstwami materiału pośladek. Z gardła młodej kobiety wyrwał się jęk, lecz został stłumiony przez coraz śmielej poczynający sobie język oficera.

Kiedy opadło pierwsze zaskoczenie, dziewczyna zaczęła przejawiać inicjatywę. Sucharski odniósł wrażenie, że raptownie uniósł się o kilka cali w powietrze. Tak! Tego mu właśnie brakowało. Triumfował, gdy zamknął swą lewą dłoń na piersi kochanki. Nie była szczególnie duża, ale w tamtej magicznej sekundzie zdawała się być idealnie dopasowana do ręki Sucharskiego. Pierwszy, gorączkowy pocałunek dobiegł końca. Oddychał głęboko, oszołomiony dawno niezaznaną przyjemnością.

Z zaskoczeniem poczuł, jak dziewczyna wtula się w niego całym ciałem, niby przypadkiem ocierając się o krocze. Major czuł gorący oddech na swoim karku, a krew w szalonym tempie pulsowała mu w skroniach.

– Żeby pan nie myślał, majorze, że ja jestem jakaś taka… – Usłyszał całkiem mocny głos z ciemności. Sucharski oczywiście ani myślał przejmować się słowami kobiety – jego głównym zmartwieniem w tamtym momencie było znalezienie zapałek.

Kiedy ciepły blask światła lampy naftowej częściowo rozproszył panujące w pokoju ciemności, oficer natychmiast skupił całą swą uwagę na brązowowłosej Stefanii. Dziewczyna nie ruszyła się nawet o centymetr – wciąż stała pod ścianą wpatrzona w niego jak w święty obrazek. Dowódca Westerplatte wiedział, że jeśli nie przystąpi szybko do działania, gotowa się rozmyślić. Pobudzona długim pocałunkiem męskość bardzo stanowczo dopinała się o swoje prawa.

Priorytetem było jak najszybsze i jak najdokładniejsze poznanie wszystkich sekretów tej kruchej dziewki. Major był zdeterminowany, by jak najprędzej wedrzeć się między jej smukłe nogi. A później…

Później wypierdolić ją tak, żeby krzyczała, ile tylko ma powietrza w płucach. Lubił ten moment, gdy kobieta przestawała nad sobą panować i oddawała mu pełnię władzy. Nie znał nic cudowniejszego w życiu niż te kilkanaście sekund zwierzęcej satysfakcji, jaką dawało ostre rżnięcie.

Sucharski nie miał zamiaru marnować całej nocy na skomplikowane gry. Ledwie kilka kroków starczyło mu, by ponownie poczuć ciepło kobiecego ciała. Wtuliła się w jego ramiona ochoczo. W odpowiedzi nachylił się ku niej i ucałował delikatnie płatek lewego ucha. Chciał jeszcze o parę chwil wydłużyć jej oczekiwanie. Skwitowała podobne zabiegi pomrukiem dezaprobaty. Major był zbyt doświadczonym kochankiem, by przeoczyć wyraźny sygnał.

Znów ją pocałował – tym razem z jeszcze większą zapalczywością niż poprzednio. Nie pozostała dłużna – dwa języki splotły się ze sobą w rozkosznym, miłosnym boju. Dwie pary rąk zajęte były odkrywaniem ciała partnera. Świat wokół zdawał się wirować. Kochankowie byli pijani sobą nawzajem.

Z najwyższą niechęcią oderwał się od smakowitych warg młódki, nie mógł jednak pozwolić sobie na dłuższe oczekiwanie. Niecierpliwie zabrał się za ściąganie czerwonej sukienki w białe grochy skrywającej przed nim najbardziej apetyczne skarby panny Stefanii. Major poradził sobie z tym zadaniem bez większego trudu, sukienka wylądowała na ziemi. Dziewczyna stała przed nim, odziana jedynie w nieprześwitującą halkę, najwidoczniej jednak chciała jak najszybciej pokazać kochankowi pełnię swych wdzięków. Sama w wielkim pośpiechu pozbyła się ostatniej części garderoby. Halka została ściągnięta przez głowę i ciśnięta w kąt.

Sucharski aż wstrzymał oddech z wrażenia. Blada skóra, wąska talia i płaski brzuch płynnie przechodzący w porośnięty kręconymi włoskami wzgórek. Tym razem major już się nie powstrzymał – oblizał się zupełnie jawnie. Panna Stefania po raz drugi tego wieczoru zarumieniła się bardzo wdzięcznie, kiedy spojrzenie oficera przesunęło się po smukłości obojczyków.

– Cudowne – wymruczał i z satysfakcją odnotował błysk zadowolenia w ciemnych oczach.

Klamra od paska szczęknęła jednoznacznie. Spodnie majora zjechały w dół, na chwilę odbierając mu swobodę ruchu. Pozbycie się tej niegodności zabrało mu kilkanaście cennych sekund. Górę swojego munduru Sucharski ściągnął już nieco sprawniej.

Stefania cierpliwie wyczekiwała na finał tych zabiegów. Wpatrywała się intensywnie w wyprężoną niczym żołnierz na warcie męskość. Major nie zwrócił uwagi na fakt, iż tym razem się nie zarumieniła.

– Drogi panie majorze, cóż za widok – wyszeptała zmysłowo, jednocześnie  płynnie osuwając się na kolana. Oglądała gruby i długi członek jak mała dziewczynka, której dano możliwość pobawienia się ukochaną zabawką. Oczy jej rozbłysły, gdy się ku niemu nachyliła; jej drobna dłoń zdecydowanie przesunęła się po całej długości penisa.

W głowie majora, kiedy już zorientował się, co też dziewczyna zamierza zrobić, pojawiło się dziecinne pytanie: kiedy to się zacznie?

Cudownie miękkie usta otuliły nabiegłą krwią żołądź. Pierwsze delikatne muśnięcie wędzidełka koniuszkiem języka sprawiło, że Sucharski głośno wypuścił powietrze z płuc. Stefania zaczęła regularnie ssać jego penisa, urozmaicając swoje zabiegi pieszczotą nabrzmiałych jąder. Palce przesuwające się po mosznie w połączeniu z coraz to intensywniejszym lizaniem sprawiły, że dowódca Westerplatte z coraz większym trudem chwytał kolejne oddechy. Dziewczyna wiedziała, jak sprawić mężczyźnie ogromną przyjemność. Ssała coraz mocniej, najwyraźniej odczuwając dumę, gdy” udało jej się wkładać kolejne centymetry przyrodzenia najgłębiej, jak to tylko było możliwe. Penis zniknął w jej ustach prawie w całości.

Henryk Sucharski doznawał nadzwyczajnej rozkoszy. Instynktownie położył rękę na głowie dogadzającej mu Stefanii i zaczął narzucać rytm odpowiadający w pełni jego woli. Pierdolił jej usta jak król. Poddał się naturalnemu instynktowi i wprawił biodra w ruch. Sztychy były wręcz brutalne, kilka z nich z całą pewnością sięgnęło do gardła dziewczyny. Jak kurewsko brakowało mu podobnych doznań!

Nie chciał przestawać. Uczynił to dopiero wówczas, gdy do serii charakterystycznych mokrych odgłosów dołączył charkot towarzyszący krztuszeniu. Biodra majora cofnęły się. Jego męskość była właśnie u szczytu możliwości. Było coś hipnotyzującego w fakcie, że od czubka aż po nasadę ociekała śliną. Sucharski tak się zapatrzył, że na dłuższą chwilę kompletnie zapomniał o kochance, która niczym ryba wyrzucona na brzeg rozpaczliwe walczyła o powietrze.

Ich spojrzenia skrzyżowały się jednak ponownie. Oczy, te jej kurewsko podniecające oczy, zdawały się wyrażać prośbę o jeszcze. Major mógł tylko przypuszczać, co można odczytać z jego własnego spojrzenia. Jednym stanowczym ruchem chwycił podbródek dziewczyny, zmuszając ją, by wstała.

– To było – zaczął, ale nie skończył, uświadomiwszy sobie, że nie potrafi znaleźć w swym żołnierskim słowniku odpowiedniego określenia.

– Starałam się dla pana oficera – odpowiedziała Stefania i uśmiechnęła się tak, że majorowi załomotało serce, a męskość uniosła się jeszcze wyżej, niemalże dotykając pępka.

Musiał ją mieć! Wiedział to już, kiedy unosił ją w powietrze, niosąc jednocześnie w kierunku prostego żołnierskiego łóżka. Zdawała się nic nie ważyć.

Całowali się zachłannie, zwierzęco, toteż przejście kilku metrów, jakie mieli do pokonania, zajęło dużo więcej czasu niż zazwyczaj. Nie był to jednak czas stracony. Mężczyzna podążył za podszeptem własnej fantazji i wetknął palec wskazujący między pośladki Stefanii. Ku jego zaskoczeniu to zakazane miejsce poddało się dość szybko. Palec mniej więcej w jednej trzeciej znalazł się w środku.

Być może jego działania spotkałyby się z protestem, gdyby nie dotarli do łóżka. Panna Stefania pofrunęła w górę i sekundę później leżała na wznak na posłaniu. Sucharskiemu zdawało się, że dostrzegł coś na kształt rozczarowania. W końcu jego penis otarł się o spuchnięte wargi jej kobiecości. Z pewnością liczyła na to, że w nią wejdzie.

I bynajmniej nie zamierzał jej rozczarować. Pewnym ruchem rozwarł złączone uda i dosłownie przygniótł drobną Stefanię swoim ciężarem. Usta odnalazły się nawzajem, a języki przez moment uprawiały grzeszny taniec zupełnie bez wstydu. Oparłszy cały swój ciężar na lewej ręce, major wprowadził sztywny członek pomiędzy uda młodej i chętnej panny, delikatnie pomagając sobie przy tym drugą ręką.

Wnętrze młódki przywitało go ciasnotą, wilgocią i nadzwyczajnym uczuciem gorąca. Kiedy Sucharski wyprowadził pierwsze pchnięcie, podnosząc się na obu rękach, kasztanowłosa zakwiliła cicho. Oficer unosił się i opadał, korzystając z siły własnych ramion i głęboko patrzył w oczy tej, którą uwiódł. Odpływała. Podobało mu się to.

Ciała klaskały o siebie, łona stykały się ze sobą. Maleńkie zgrubienie łechtaczki, ukryte gdzieś pomiędzy bujnymi kręconymi włosami, drażnione było wielokrotnie. Sucharski mógł tak długo – jego ciało podlegające od wielu lat wymogom wojskowej dyscypliny było znakomicie przygotowane do wysiłku. Po kilku pierwszych szalonych minutach oficer znów zaczął utrzymywać swój ciężar tylko na jednej wyprostowanej ręce – druga służyła mu do zabawy krągłymi piersiami Stefanii. Ugniatał i głaskał raz jedną, raz drugą, zupełnie nie troszcząc się o delikatność.

Gdy i to mu się znudziło, począł ssać na przemian sterczące sutki. I tego jednak było mu mało, wzbogacił zatem swój repertuar pieszczot o lizanie. O celowości tych wszystkich wysiłków świadczyło coraz cięższe posapywanie młódki. Gdy w którymś momencie wydawało mu się, że jego kochankę opuściła świadomość, nie zawahał się uderzyć jej na odlew otwartą dłonią. Miał ciężką rękę, toteż pokój wypełnił odgłos uderzenia i następujący zaraz po nim pełen zaskoczenia krzyk.

Wbił się w nią do końca. Paznokcie Stefanii dotkliwie drapały mu plecy. By nie krzyknąć, Sucharski zatkał jej usta pocałunkiem, zaciskając oczy pod wpływem fal przeciwstawnych doznań. Ona doszła jako pierwsza. Czuł to wyraźnie, mimo że nie widział całej gamy emocji przemykających przez ładną, proporcjonalną twarzyczkę. Całe ciało kochanki spięło się gwałtownie, zmuszając mięśnie do posłuszeństwa. Z młodej piersi wyrwał się krótki krzyk.

Sucharski potrzebował jeszcze kilkunastu wykonanych w oszalałym tempie ruchów, by wystrzelić salwą nasienia wprost na płaski brzuch dziewczyny. W jego ciele eksplodowała rozkosz, której towarzyszyło przemożne uczucie ulgi. Zakrawało na cud, że zachował do końca na tyle przytomny umysł, by nie skończyć między jej nogami.

Oboje długo dochodzili do siebie, ogarnięci poczuciem niemocy, skutkiem ubocznym spełnienia.

Henryk Sucharski uprzytomnił sobie właśnie w tej chwili, iż jest to rodzaj wyczerpania, który wprost ubóstwia. Ponownie zamknął oczy i otworzył je dopiero wtedy, gdy uprzytomnił sobie, że panna Stefania zbiera się do wyjścia. Usiadł na łóżku trochę gwałtowniej, niż zamierzał. Starając się nie patrzeć na kobietę, która podarowała mu tak potrzebną chwilę zabawy, wstał i podszedł do stolika. Na jedynym skrawku papieru, jaki udało mu się znaleźć, ogryzkiem ołówka nabazgrał rozkaz.

– Oddasz to żołnierzowi przy bramie – powiedział, mając świadomość, że była to tylko jednonocna przygodna. Stefania wzięła do ręki żałośnie wyglądający zwitek papieru i spojrzała na swego niedawnego kochanka tak, że ten ku własnemu zaskoczeniu zapewnił:

– Spotkamy się jeszcze, po wojnie. Masz na to moje oficerskie słowo honoru.

– Po wojnie – powtórzyła jak echo dziewczyna, nadstawiwszy policzek do ostatniego pocałunku.

Bezszelestnie wysunęła się na korytarz, zostawiając nagiego jak w dniu narodzin mężczyznę samego. Dowódca Westerplatte szybko wrócił do łóżka i legł w nim jak długi – miał nadzieję na jeszcze kilka godzin spokojnego snu. Odprężony i szczęśliwy oddał się w objęcia Morfeusza.

Zbudził go dopiero dowódca posterunków obserwacyjnych, meldując, że niemiecki pancernik zmienił pozycję. Major wyskoczył z łóżka, ubierając się w pośpiechu. Senność opuściła go w połowie wąskiego korytarza, gdy wszystkie inne dźwięki zagłuszył bliski grzmot. „Schleswig-Holstein” otworzył ogień ze wszystkich dział.

***

Wstawał świt. Niebo było szare, a widoczność jak na tak wczesną porę doskonała. Temperatura również była dość wysoka, co stanowiło zapowiedź niezwykle słonecznego dnia. Siedzący za sterami Junkersa osiemdziesiąt siedem oberleutnant Bruno Dilly kątem oka zerknął na zegarek. Dwadzieścia sześć minut po czwartej – byli nad celem.

Krótki ruch nadgarstka i bombowiec przeszedł w lot nurkowy. Przy prędkości pięciuset kilometrów na godzinę zejście z wysokości czterech tysięcy sześciuset metrów na czterysta pięćdziesiąt zajęło maszynie najwyżej kilkanaście sekund. Lampka umieszczona tuż obok wysokościomierza rozjarzyła się czerwonym blaskiem. Dilly popchnął dźwignię umiejscowioną na kolumnie kontrolnej. Specjalny wysięgnik odsunął bombę spod śmigła. Dwa pierwsze śmiercionośne ładunki o łącznej wadze kilkuset kilogramów pomknęły w dół. Pilot pstryknął niepozornym przełącznikiem – automatyczny mechanizm wychodzenia z lotu nurkowego został uruchomiony. Junkers wyrównał lot i już po chwili ponownie zaczął nabierać wysokości. Lotnik przez moment walczył z nieprzyjemnymi efektami ubocznymi związanymi z ogromnymi przeciążeniami. Na szczęście tym razem obyło się bez niespodzianek. Normalne w takich okolicznościach zawroty głowy okazały się krótkotrwałe.

Oberleutnant pozwolił sobie na krótki przegląd sytuacji. W kluczu obok niego leciały bliźniacze maszyny, które przed chwilą wykonały identyczny manewr. Wyglądało na to, że wszystko przebiegło bez zakłóceń. Dilly poczuł przez moment zawodową dumę – pierwszy lot bojowy zakończył się pełnym sukcesem.

***

SS-Untersturmführer Sebastian Nöll czekał. Niewielki lasek zapewniał mu niezłą osłonę – mógł stąd spokojnie prowadzić rozpoznanie. Przez lornetkę obserwował oddalone o kilkaset metrów polskie umocnienia. Nawet z takiej odległości mógł dostrzec co najmniej trzy solidnie wyglądające bunkry – prawdopodobnie zaopatrzone w ciężkie karabiny maszynowe.

Nie przejdziemy tak łatwo, pomyślał.

Wydawało się, że na tym odcinku Polacy zdążyli całkiem solidnie przygotować się do obrony. Taki stan rzeczy był zresztą całkowicie naturalny – przecież tędy biegła najkrótsza droga prowadząca z dawnych terenów Prus Wschodnich do Warszawy.

Nöll dowodził liczącym sześćdziesięciu ludzi oddziałem, stanowiącym szpicę batalionu rozpoznawczego piechoty SS, wchodzącego w skład dywizji pancernej „Kempf”. Untersturmführer otrzymał przydział do jednostki rozpoznania na początku marca tego roku, kiedy to po trwającym kilka tygodni przymusowym urlopie wrócił do czynnej służby. Przyjął nowe zadanie bez słowa sprzeciwu. Podobny przydział zwiastował zahamowanie jego przyzwoicie rozwijającej się kariery, ale najpewniej uchronił go przed znacznie dotkliwszymi konsekwencjami. Fiasko nadzorowanej przez niego operacji w Antwerpii spowodowało, iż bardzo wielu wysoko postawionych oficjeli znalazło się w niezręcznej sytuacji.

Sam Nöll miał świadomość, że belgijska porażka może nie tylko złamać jego karierę, ale również zaprowadzić go przed pluton egzekucyjny. Grupie, za której selekcję był osobiście odpowiedzialny, nie udało się ukraść rzekomo zaginionego płótna jednego z francuskich mistrzów. Kompromitacja, jaka stała się udziałem ludzi z SD kładła się cieniem na reputacji samego Reinharda Heydricha.

Teraz jednak nie pora na niezbyt spójne dywagacje o przeszłości. Miał zadanie do wykonania. Zgodnie z rozkazami mieli w pierwszej kolejności wyeliminować polski posterunek graniczny, następnie przeprowadzić wstępne rozpoznanie stanu obrony nieprzyjaciela i czekać na przybycie głównych sił wchodzących w skład macierzystej dywizji.

Kilka minut po szóstej regiment rozpoznania otworzył ogień w stronę budynków polskiej placówki granicznej. Untersturmführer celował dokładnie, jego MP38 pruł długą serią w kierunku pomalowanego na biało niepozornego budynku, na dachu którego powiewała biało-czerwona flaga. Polacy odpowiedzieli w sposób bardzo chaotyczny. Strzelcy prowadzili ogień przez otwarte na oścież okna, mając do dyspozycji ledwie kilka sztuk broni. Niewiele mogli zdziałać. Intensywna wymiana ognia między nacierającymi a obrońcami trwała najwyżej kilka minut. Nöll przenosił ogień z jednego okna na drugie. Liczba czerwonych punkcików widocznych w oknach strażnicy szybko malała – mieli przygniatającą przewagę.

– Wstrzymać ogień! – rozkazał. – Naprzód!

Kanonada ucichła raptownie. Nie było potrzeby marnowania amunicji – polska placówka została wzięta bez większego trudu oraz strat własnych.

Kilka minut później żołnierze dowodzeni przez untersturmführera podnieśli solidny, pomalowany w czerwono-białe paski solidny szlaban odgradzający terytorium dwóch państw i wkroczyli do Polski.

Nöll miał sposobność dokonania pobieżnego obchodu zdobytego budynku. Zobaczył poryte kulami ściany, powywracane biurka, pośpiesznie przesunięte w pobliże okien, porozwalane papiery i ciała obrońców. Polska załoga składała się z ośmiu ludzi. Wszyscy byli martwi. Drewniana podłoga szybko nasiąknęła świeżą krwią. Esesman beznamiętnie patrzył na efekty swojej pierwszej wojennej potyczki.

Wiele lat temu – jeszcze jako funkcjonariusz monachijskiej policji kryminalnej – nabył szczególny rodzaj odporności na tego rodzaju widoki. Tylko na jednym z zabitych zatrzymał wzrok na dłużej niż sekundę. Młody chłopiec, najwyżej dziewiętnastoletni, o bladej, pociągłej twarzy i w krótko na wojskową modłę przyciętych włosach został trafiony w sam środek czoła. Miejsce wlotu kuli było wyraźnie widoczne – z niepozornego otworu sączyła się jeszcze czerwona strużka krwi.

Młodzian upadł na plecy. Ręce miał rozłożone szeroko, martwe niebieskie oczy utkwione gdzieś w suficie. Nöll skonstatował, że być może to on wystrzelił kulę, która zakończyła żywot tego dzieciaka. Nie byłby to pierwszy raz, gdy odebrał komuś życie. Nigdy nie sprawiało mu to jakiejś szczególnej satysfakcji, ale czasem było po prostu koniecznością. Był żołnierzem, strzelał do w pełni umundurowanego i uzbrojonego wroga.

To wszystko.

***

W końcu się doczekał. Przez silnie powiększające szkła lornetki dostrzegł nagły ruch. Kilkadziesiąt postaci w baniastych hełmach i zielonkawych mundurach maskujących przesuwało się zwartym szykiem w kierunku pozycji nieprzyjaciela, gęsto go przy tym ostrzeliwując. Rozpoczynało się najwyraźniej pierwsze natarcie piechoty.

SS-Untersturmführer uniósł rękę, wszyscy jego ludzie jak jeden mąż podnieśli się z ziemi. Najwyraźniej szeregowy nazwiskiem Lange, którego pchnął na tyły z wstępnym raportem jakieś pół godziny temu, wypełnił rozkaz. Raport dotarł i zdecydowano o rzuceniu batalionu w bój. Dowodzony przez Nölla oddział miał w takim wypadku również przystąpić do akcji.

Nabrawszy powietrza w płuca, niedawny oficer SD wydał rozkaz tonem, który – jak miał nadzieję – odpowiadał powadze sytuacji:

– Formować szyk! Do natarcia przystąp!

Kolejna setka żołnierzy przyłączyła się do ataku, którego celem miało być przełamanie fortyfikacji pod Mławą.

Nie wszystko poszło jednak tak gładko, jak zakładano – pierwsze niemieckie uderzenie napotkało na zdecydowany opór. Do walki w obliczu nadciągającego wroga przystąpiły wszystkie stanowiska ogniowe wchodzące w skład pierwszej linii umocnień. Przed nacierającymi wyrosła istna ściana ognia. Pojedyncze dźwięki były praktycznie nie do wyłowienia, a odgłosy bitwy już po chwili przekształciły się w jeden przybierający na sile huk. Można było pomyśleć, że nadciąga letnia burza, gdyby nie fakt, że dzień zapowiadał się na całkiem pogodny. Słońce stało już wysoko na niebie, rozświetlając swymi promieniami pełne przemocy sceny dziejące się na ziemi.

Szpica idącej do ataku niemieckiej piechoty została dosłownie zdmuchnięta celnym ogniem karabinów maszynowych, którym dzielnie sekundowała niezbyt liczna, ale za to śmiertelnie precyzyjna artyleria. Na mrowie odzianych w zielonkawe mundury, prących do przodu postaci spadł prawdziwy grad kul.

Pierwszy krótki interwał w tym makabrycznym przedstawieniu nastąpił po około pół godzinie. Sytuacja była niekorzystna dla Niemców – ich natarcie ugrzęzło. Polacy umiejętnie korzystali z wybudowanych umocnień, zadając przeciwnikowi duże straty już we wstępnej fazie szturmu.

***

Po tym, jak wydał rozkaz ataku, Nöll puścił się sprintem do przodu, mając nadzieję jak najszybciej dotrzeć do pozycji nieprzyjaciela i zmusić go do otwartej walki już wewnątrz tych przeklętych fortyfikacji. Jak na razie założony cel był daleki od realizacji. Regiment dowodzony przez untersturmführera po przebyciu może dwustu metrów znalazł się pod niezwykle intensywnym ostrzałem. Szyk załamał się, ludzie pokotem padli na rozgrzaną słońcem ziemię. Ale nawet to dawało tylko względne bezpieczeństwo. Kule świstały nad głowami niczym wściekłe szerszenie. Zewsząd dobiegały krzyki rannych. Niektórzy z biegnących padali jak rażeni piorunem, by już nigdy więcej się nie podnieść.

Leżący na brzuchu Nöll głowę trzymał nisko i starał się za wszelką cenę nie ogłuchnąć. Kakofonia była wręcz przytłaczająca dla ludzkiego ucha. Najwięcej hałasu i szkody zarazem czynił ludziom untersturmführera ciężki karabin maszynowy zainstalowany w bunkrze oddalonym o jakieś pięćdziesiąt metrów od ich obecnej pozycji. Złowieszczy, powtarzalny warkot długich serii trzymał ich w szachu, przygwożdżonych do podłoża.

Nöll klął szpetnie w myślach na obecną sytuację. Jeszcze trochę, a wybiją nas do nogi! Czołgając się niezgrabnie, znalazł w końcu wśród swoich ludzi żywego. Kojarzył twarz, ale nie pamiętał ani nazwiska, ani stopnia. Trudno zresztą zawracać sobie głowę takimi szczegółami, gdy w skołatanym umyśle adrenalina walczy o lepsze z pierwotnym strachem. Nachylił się nad uchem podwładnego i krzyknął, starając się przebić przez zgiełk kolejnej serii karabinu:

– Zdejmujemy skrajny bunkier! Na mój znak sześciu ludzi – osłaniacie!

Kula świsnęła mu tuż obok lewego ucha. Zapadła cisza.

Polacy, widząc, że udało im się wyhamować impet pierwotnego uderzenia wroga, a niektórzy z nacierających rozpaczliwie wycofują się poza zasięg skutecznego ostrzału, wstrzymali ogień.

SS-Untersturmführer dostrzegł swoją szansę. Zdjął hełm, wydał ostatnie dyspozycje i ruszył przed siebie. Wydawało mu się, że porusza się w żółwim tempie, a przecież musiał się śpieszyć! Mozolnie, metr za metrem posuwał się naprzód. Dystans oddzielający go od polskiego bunkra sukcesywnie malał. Rozległ się strzał, potem następny i jeszcze jeden.

Podkomendni Nölla przystąpili do wykonania jego rozkazów. Polska załoga dała się sprowokować. Kolejna porcja kul pomknęła w stronę przyczajonych na niepewnych pozycjach Niemców.

Untersturmführer zastygł w bezruchu.  Zaczynała się najbardziej ryzykowna część jego improwizowanego planu. Zdawał sobie sprawę, że w każdej chwili może zginąć ugodzony zbłąkaną kulą. Czas na stosowanie półśrodków definitywnie się skończył. Obecny impas musiał zostać przełamany za wszelką cenę.

Plujący amunicją polski karabin zamilkł ponownie – cekaemista musiał w końcu uzupełnić amunicję i wsunąć do ładownicy nową taśmę z nabojami. W głowie zrywającego się na równe nogi Nölla pojawiła się niezbyt jasna myśl, iż tego dnia sprzyja mu wojenne szczęście. Krótki ruch ręką po przytroczony do pasa owalny przedmiot, szarpnięcie zawleczki i rzut. Mijały sekundy, które wlokły się niczym lata. W uszach Nölla brzmiał jego własny bojowy okrzyk. Prawa ręka cisnęła ciężki przedmiot w dal. Granat jeszcze nie zakończył swojego lotu, gdy rzucający ponownie przypadł do ziemi.

Leżąc z głową przyciśniętą do podłoża, nie miał szans usłyszeć głuchego stukotu, jaki powstał po uderzeniu granatu o beton. Rzut był pierwszorzędny – owalne narzędzie śmierci nie dość, że doleciało do bunkra, to jeszcze przez szczelinę wpadło do jego wnętrza, w którym operowała obsługa cekaemu. Załoga nie miała najmniejszych szans na przetrwanie – została rozerwana na strzępy przez deszcz zabójczych odłamków. Fala uderzeniowa została nieco przytłumiona z racji solidnej budowy bunkra, mimo to sam podmuch powstały po wybuchu sprawił, że włosy Nölla stanęły dęba.

Twardo broniący się Polacy zostali boleśnie ukąszeni, a wszystko za sprawą brawury i odwagi jednego żołnierza. Impas został przełamany – przynajmniej na chwilę. Niemcy zyskali kilkaset metrów terenu. Przeszkoda blokująca na tym odcinku znaczne niemieckie siły została usunięta. Batalion rozpoznania dywizji pancernej „Kempf” ruszył z werwą do przodu.

Obrońcy szybko zauważyli ubytek we własnej linii i najwidoczniej szykowali się do zmontowania kontrataku, chcąc możliwie jak najszybciej odepchnąć wroga. Batalion rozpoznania stanowił jednak bardzo realną siłę bojową. Starcie zapowiadało się na bardzo wyrównane. Polacy zdawali się być przepełnieni determinacją. Teraz dopiero się zacznie, pomyślał Nöll, po raz wtóry tego dnia ściągając spust schmeissera.

***

– Wiesz, co to jest – szeptał mu do ucha. – Jeden głupi pomysł i strzelę. Wykonuj polecenia i nie ociągaj się.

Warknięcie miało udowodnić drugiej stronie, że nie żartuje. Na razie ich konwersacja nie przyciągnęła niczyjej uwagi. Tłum zajęty był dysputami istotnymi dla Francji. Lawirując w gąszczu zaproszonych gości, z zadziwiającą łatwością przemknął się blisko swojego celu. Nikt nie zwrócił uwagi na szybki ruch dłoni, wyciągającej broń z kieszeni. Jeśli nawet Markov był zaskoczony lufą wbijającą mu się w kręgosłup, to udało mu się zapanować nad emocjami. Musiał zdawać sobie sprawę, że groźba strzału jest raczej bez pokrycia.

Tłum mógł służyć za znakomity parawan dla wygłaszania rozmaitych gróźb, jednak użycie broni w podobnej sytuacji byłoby skrajną głupotą. Strzelec zapewne – jeżeli w ogóle udałoby mu się uciec – nie zdołałby ujść daleko.

– Edmunde! Znów się upiłeś! Jak mogłeś narobić mi takiego wstydu!? – Pretensja w głosie chudej damy w długiej sukni bez pleców, utrzymanej w tonacji jasnego błękitu, była aż nadto dobrze słyszalna. Towarzyszący jej mężczyzna w białym fraku bełkotał coś niezrozumiale – ni to przeprosiny, ni to wyjaśnienia. Kobieta jednak wyraźnie nie była w pojednawczym nastroju. Nacisnęła tylko rondo wielkiego, dobranego pod kolor sukni kapelusza, przyozdobionego fikuśnym piórem głębiej na oczy i odwróciła się. Jej towarzysz nie miał jednak najmniejszego zamiaru się poddać. Ruszył jej śladem. Uczynił to z taką energią, że o mało co nie stracił równowagi.

Jego niezgrabne ruchy sprawiły, że wpadł na niego zmierzający w tym samym kierunku dobrze zbudowany mężczyzna o krótkiej rudej brodzie. Sprawca całego zamieszania był tak zaskoczony rozwojem wypadków, że omal nie wypuścił trzymanego w dłoni kieliszka, do połowy wypełnionego czerwonym winem. Niemniej jednak znaczna część płynu wylądowała na smokingu rudobrodego. Dwaj mężczyźni stanęli twarzą w twarz. Masywny brodacz spojrzał gniewnie na zataczającego się pijaka. W jego szarych oczach pojawiły się groźne błyski.

Całą scenę doskonale widziała towarzyszka winowajcy. Kobieta, odwróciwszy się na pięcie, szybkim krokiem podeszła do mierzącej się wzrokiem dwójki.

– Najmocniej pana przepraszam za tego gamonia – zaczęła, kładąc lewą rękę na ramieniu brodacza. Na palcu wskazującym błysnął złoty pierścionek z maleńkim rubinem koloru karmazynu. – Oczywiście pokryjemy wszelkie straty – przepraszała dalej dama. Rozeźlony na dobre mężczyzna w zaplamionym smokingu nie chciał słyszeć więcej.

***

Miał strzec swego podopiecznego, a nie wdawać się w kłótnie. Markov tymczasem na moment zniknął mu z pola widzenia. Szybko go odnalazł – jeden rzut oka doświadczonego zawodowca wystarczył, żeby stwierdzić, że coś jest nie w porządku. Bardzo nie w porządku.

Za Borisem stał wysoki czarnowłosy mężczyzna i cały czas do niego mówił. Chronił Borisa Iwanowicza wystarczająco długo, by rozpoznać chwilę, kiedy ten jest zaniepokojony. Ponadto ręce tamtego były ułożone jakoś dziwnie – jak gdyby starał się ukryć to, co w nich trzyma.

Co jest do cholery, przemknęło mu przez głowę.

Ruszył w stronę swojego szefa, gotów interweniować i wtedy nogi odmówiły mu posłuszeństwa, a przed oczami pociemniało. Zupełnie jakby ktoś odciął dopływ światła. Zachwiał się i z pewnością byłby się przewrócił, gdyby nie podtrzymały go czyjeś silne ramiona.

***

– Twoi stróże ci nie pomogą – szeptał wprost do ucha Markova. – Wychodzimy.

To powiedziawszy, mało delikatnie pchnął go naprzód. Niemal w tym samym momencie, w którym w umyśle kompletnie zaskoczonego Rosjanina zrodził się pomysł gwałtownego odwrócenia się i ucieczki, przy jego boku pojawiła się szczupła dama w za dużym kapeluszu. Drobna dłoń zamknęła się na ramieniu w nadspodziewanie silnym uścisku. Był w potrzasku.

– Przyjdzie ci do głowy coś głupiego, to pożałujesz. – Ton damy w za dużym kapeluszu był zimny i stanowczy zarazem.

Nie miał pojęcia, co się właśnie stało. Kto ośmieliłby się pod bronią wyprowadzić go z tego nieformalnego spotkania? Jego umysł działał zbyt wolno, by okiełznać dynamicznie zmieniającą sytuację.Dopiero w momencie, gdy byli już przy drzwiach, poczuł, jak przez ścianę szoku przebija się strach.

Lata wygodnego życia w Paryżu, dobra legenda i pochwały napływające z centrali osłabiły jego czujność. Przerażająca myśl zaczęła się wściekle dobijać do zdominowanej zaskoczeniem świadomości.

A co, jeśli to oni?

Nim jednak zdążył choćby przeanalizować taką ewentualność, znaleźli się na zewnątrz. Trzymająca go za ramię kobieta życzyła miłego wieczoru komuś, kto otworzył im drzwi. Musieli wyglądać całkiem naturalnie. Ot, trójka znudzonych uczestników przyjęcia, szukająca tylko swojego towarzystwa, postanowiła wyjść wcześniej.

***

Victoria Galand pozbyła się fikuśnego kapelusza, kiedy tylko znaleźli się w mroku długiego korytarza stanowiącego przedsionek dworku, gdzie odbywało się to niecodzienne zgromadzenie. Czas naglił.

– Antoine, przytrzymaj go – poleciła, a w momencie, gdy wysłannik Canarisa złapał eskortowanego jeńca wpół, wbiła mu igłę w kark.

Drobny rubin umieszczony w złotym pierścionku, który nosiła na serdecznym palcu maskował obecność igły, wysuwanej przy pomocy specjalnie zaprojektowanego mechanizmu. Wystarczyło w odpowiedni sposób przekręcić pierścionek. Zaletą podobnego rozwiązania była niewątpliwie jego dyskrecja. W końcu która kobieta od czasu do czasu nie poprawia biżuterii?

Końcówka igły była nasączona jadem kiełbasianym z domieszką katalizatora przyśpieszającego działanie trucizny.

Udało im się podejść do bezpośredniej obstawy Markova wystarczająco blisko, by mogła zrobić użytek z substancji powodującej zadziwiającą wiotkość wszystkich mięśni ciała. Rozsądna dawka jadu dawała sobie radę z człowiekiem każdej postury. Należało jednak zachować daleko idącą ostrożność. Granica między dawką bezpieczną dla ludzkiego organizmu, a śmiertelną była dość płynna.

Zdecydowali się na uśpienie więźnia dopiero teraz, ponieważ zrobienie tego na sali i wywleczenie ciała pod pozorem kłopotów z nadmierną ilością alkoholu nie wchodziło w grę. Ten fortel zastosowali w przypadku osobistego ochroniarza Markova. Minutę po tym, jak potraktowała rudobrodego Rosjanina pierwszą porcją jadu, został on półprzytomny wyprowadzony na zewnątrz przez jej człowieka udającego dobrego samarytanina.

Plan przewidywał najrozmaitsze warianty rozwoju sytuacji.

Pierwszą i zarazem najtrudniejszą część operacji udało się jednak przeprowadzić niezwykle gładko. Mogło być znacznie gorzej, pomyślała Galand, patrząc, jak ciało Markova staje się bezwładne niczym szmaciana lalka. Na świętowanie pełnego sukcesu było jednak zdecydowanie zbyt wcześnie. W ciemności coś się poruszyło.

Delongchamps również to dostrzegł. Płynnym ruchem sięgnął po broń, którą wciąż trzymał w pogotowiu. Co prawda marsz przez salę zmusił go do wsadzenia rewolweru do kieszeni, uczynił to jednak w taki sposób, by w razie potrzeby móc szybko z niego skorzystać. Teraz, wytężywszy wszystkie zmysły, z napięciem wpatrywał się w mrok.

– Spokojnie, opuść broń. – Z ciemności wynurzyło się czterech mężczyzn: dwóch idących ku nim dziarskim krokiem oraz dwóch zmuszanych do szybkiego marszu niedwuznacznymi dźgnięciami pistoletowych luf. Obu znał – jednego nawet dość dobrze. Spotkali się przed kilkoma tygodniami w „El Marie”. Drugiego poznał ledwie na dwie godziny przed akcją. Nie opuścił broni, choć wyglądało na to, że byli już wszyscy.

Galand, rozpoznawszy kapitana Paillole i sierżanta Kieffera, odetchnęła z ulgą. Wyglądało na to, że reszta jej ludzi poradziła sobie ze spacyfikowaniem ochrony celu równie sprawnie jak oni. Choć walka z pozostałą dwójką towarzyszącą Rosjaninowi musiała być bardziej zażarta. Aż nazbyt dobitnie świadczyła o tym okrwawiona dłoń kapitana, którą starał się zawinąć w poły narzuconego na ramiona płaszcza. Jeden z Sowietów miał rozbitą wargę i podbite oko, drugi pokancerowaną twarz i nienaturalnie wykręcony lewy nadgarstek. Krew mogła ich zdradzić, wszyscy zdawali sobie z tego sprawę. Nie zostało jednak wypowiedziane ani jedno zbędne słowo komentarza.

– W porządku? – zapytała gwoli formalności.

– Jak najlepszym, proszę pani. – Odpowiedzi udzielił jej ledwie słyszalnym szeptem sierżant Kieffer. Widocznie świeżo odniesiona rana dokuczała kapitanowi na tyle, że na jakiś czas musiał zacisnąć zęby i spróbować przetrzymać ból.

Odnotowała też formę „proszę pani.” Nawet w terenie i w trudnej sytuacji sierżant nie pozwalał sobie na pominięcie obowiązującego konwenansu. Ów konwenans odchodził w zapomnienie tylko wówczas, gdy zostawali sam na sam – w momentach, kiedy korzystała z usług ubezpieczającego ją sierżanta w nieco szerszym zakresie, niż zakładał to służbowy regulamin. Jak choćby ostatnio – na jej własnym biurku.

Skinęła głową i rzuciła od niechcenia:

– Zabierajmy się stąd, zanim zainteresuje się nami jakiś kamerdyner. Świetna robota, panowie.

Do czekającej na nich dorożki dotarli bez przeszkód. Egzotyczny pochód zatrzymał się tylko dwukrotnie. Za pierwszym razem, kiedy pomagający wlec po ziemi otumanionego Markova kapitan nieco osłabł i pozwoliła mu na kilkadziesiąt sekund odpoczynku. Za drugim – kiedy to drzwi rezydencji otworzyły się niespodziewanie, a dwie postacie ruszyły, jak się zdawało, w ich kierunku.

Dwaj więźniowie trzymani na muszce wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Nadzieje więźniów szybko okazały się płonne – strażnicy nawet na sekundę nie stracili koncentracji.

Noc była pogodna. Sierp księżyca stał wysoko na niebie, majestatycznie demonstrując własne piękno.

Udało im się dostrzec obściskującą się na podjeździe parę. Nerwowe palce znieruchomiały na spustach. Zdradliwy księżyc zdemaskował kochanków. Grupa szpiegów skryła się tuż przy linii drzew pobliskiego lasu. Byli bezpieczni.

W końcu udało im się doprowadzić jeńców do wynajętej specjalnie na tę akcję dużej dorożki. Kapitan Kieffer związał i zakneblował sowieckich agentów. Nieprzytomny Markov ułożony został tuż przy swoim ochroniarzu. Cztery dodatkowe osoby zajmowały całkiem sporo przestrzeni. W dorożce – pomimo jej sporych rozmiarów ledwie starczyło miejsca dla trójki agentów DB. Delongchamps musiał zająć miejsce na koźle.

Role woźnicy spełniał detektyw Patrick Poussin – członek siatki, którą udało mu się stworzyć po przyjeździe do Paryża, a którą za cenę własnej wiarygodności sprzedał siedzącej ledwie kilka metrów od niego kobiecie. Nie pominął nikogo, wydał jej wszystkich. Takie były zasady gry. Tworząc plan misji, stwierdziła, że ktoś taki jak Poussin może okazać się użyteczny. Mający problemy z nałogami szemrany typ, na dodatek parający się nieprzynoszącym wielkiej chluby zawodem detektywa, miał swoje zalety. Bez problemu wynajął odpowiedni pojazd i zgodził się spełniać rolę woźnicy, bez protestu zastosował się też do otrzymanych instrukcji. Wszystko było kwestią ceny, a oni płacili hojnie.

Ona, rozmyślał niemiecki szpieg, Victoria Galand – jej personalia wydobył z wielkim trudem – upodobała sobie mówić tylko tyle, ile sama sobie życzyła. I była w tym postanowieniu nad wyraz konsekwentna. Pewnej nocy przyszła do niego i znów zaczęła zadawać te same pytania co zawsze. Pytania na które znała już odpowiedź. Dlaczego? Co? Kiedy? Z kim? Na czyje polecenie? Gdzie?

– Już mówiłem – odparł wtedy nie w pełni rozbudzony i odrobinę rozdrażniony. – W przypadku nawiązania kontaktu z wami mam znaleźć łącznika w Szwajcarii, przekazać mu bieżące ustalenia i czekać na decyzję admirała. Nic się od tamtego czasu nie zmieniło. Siedzimy i powtarzamy to samo, niczym głupiec ulubiony wierszyk. Trzeba działać zamiast gadać. Możemy się stąd nie ruszyć i do zimy, mademoiselle, ale ja potrzebuję konkretów. Rozumiemy się?

Nie uzyskał odpowiedzi, więc kontynuował:

– Tymczasem nie raczyła mi się pani nawet przedstawić. W momencie gdy ja poszedłem na pełną współpracę.

Grał, improwizował i dotykał różnych strun. Włożył w to cały swój niemały kunszt zawodowy, nie zrobiło to jednak na niej szczególnego wrażenia. Patrzyła na niego tymi swoimi niebieskimi oczyma, a z jej spojrzenia biła przenikliwość. Nagle wstała i spojrzała na niego z góry, jakby przez moment się wahając. Aż w końcu usłyszał:
– Vitoria Galand.

I tyle – przesłuchanie dobiegło końca. Wróciła następnego dnia, prezentując gotowy plan porwania. Nie miał najmniejszych wątpliwości, że trafił na niebezpieczną i utalentowaną kobietę.

Bryczka wioząca szóstkę szpiegów z każdym metrem zbliżała się do miasta. Wracali do Paryża.

***

– Nazwiska waszych agentów, sposoby przekazywania informacji i pieniędzy? – pytała Victoria Galand.

– Jestem obywatelem francuskim! – Usłyszała w odpowiedzi. – Chce stąd wyjść. Żądam tego!

Krzyk odbił się od blaszanych ścian magazynu, który wybrali z rozmysłem, mając na uwadze przesłuchanie. Przepytywany mógł sobie krzyczeć do woli – na peryferiach dzielnicy robotniczej i tak nikt nie miał szans go usłyszeć.

Agenci sekcji wschodniej wielokrotnie wykorzystywali to miejsce, gdy chcieli kogoś dogłębnie przepytać, uniknąwszy zbędnego rozgłosu. Przywieźli tutaj nieprzytomnego sowieckiego szpiega blisko dobę wcześniej. Galand postawiła przepytywać go osobiście. Coś uparcie jej podpowiadało, że nie mają dużo czasu.

– Wierz mi, Markov, ja też niczego bardziej nie chcę – odparła Galand, przechodząc na rosyjski. Nie dał się podejść w tak prosty sposób. Nie dał po sobie poznać, że rosyjski jest dla niego językiem ojczystym.

– Nie rozumiem. – Twardo obstawał przy francuskim.

– Rozumiesz, rozumiesz. Kiedy i gdzie Polnikin spotyka się z Niemcami?

– Nie wiem, o czym mowa!

– Boisz się, że cię dopadną, rozumiem. Ochronimy cię, damy nowe papiery, schowamy tak, że nawet oni cię nie znajdą. Gdzie odbędzie się spotkanie?

– Nie mam pojęcia! Nigdy nie spotkałem żadnego Polnikina! To jakaś gigantyczna pomyłka, musicie mi uwierzyć….

– Oj, zaczynam tracić cierpliwość – warknęła Galand. – Jeśli ją stracę, ty wracasz na łańcuch.

Groźba przykucia nago do ściany nie była wcale błaha. Ramiona i nogi więźnia były rozwarte tak szeroko, że każdy gwałtowny ruch groził poważnym uszkodzeniem stawów. Ponadto przesłuchiwany znajdował się cały czas pod czułą opieką kapitana Paillole. Jej podwładny specjalizował się również w nieco mniej łagodnych technikach zdobywania informacji. Czas naglił, wszystkie dostępne im metody musiały zatem zostać wypróbowane.

– To moi ludzie znaleźli w twoim mieszkaniu – powiedziała, stawiając na stolę malutką zakorkowaną buteleczkę, wypełnioną granatową cieczą. – Atrament syntetyczny, taki sam, jakiego używa GRU.

Nie dodała, że zaprezentowana przed chwilą fiolka to jedyny dowód, na jaki udało im się trafić i to pomimo faktu, że przewrócili mieszkanie Markova dosłownie do góry nogami. Nie prowadził żadnych notatek, nie sporządzał kopii raportów czy ważnych dokumentów. Atrament był co prawda mocnym dowodem świadczącym przeciwko niemu, ale to w żaden sposób nie przybliżało ich do uzyskania bliższych informacji o planowanym niemiecko-radzieckim spotkaniu szpiegów.

– Nazwisko i stopień – zażądała

– Nie wiem, o czym mowa.

– Dobrze, dziesięć tysięcy franków na nowe życie, pełna ochrona, jeżeli tylko zaczniemy rozmawiać na interesujące nas tematy.

Galand nie miała w swej dyspozycji tak dużych kwot, ale warto było spróbować. Zwyczajna ludzka pazerność okazywała się czasem niezwykle pomocna w jej pracy.

– Nie mam nic, za co można by zapłacić tak wiele.

– Masz. Wiesz, gdzie twój szef spotka się z niemieckim agentem o kryptonimie „Matka”.

Tym razem milczał, patrząc przesłuchującej go kobiecie prosto w oczy.  Westchnęła z nieudawanym rozczarowaniem.

– Zabrać go!

Do magazynu jak na komendę wrócił oczekujący na koniec przerwy kapitan Paillole.

– Wiesz, co masz robić – rzuciła tylko. Rozkaz był jasny: bić tak, żeby nie zostawić zbyt wielu śladów.

***

Godzinę później stawiła się przy de Tourville pod numerem drugim. Duży budynek na samym rogu ruchliwej ulicy bez wątpienia liczył sobie z górą sto lat. Szara cegła, czerwony spadzisty dach z powiewającą na maszcie flagą Francji znamionowały jeden z rządowych budynków. Uwagę przechodniów przyciągnąć mogła jedynie świeżo odnowiona elewacja. Francuski wywiad przeniósł tu swoje biura ledwie kilka lat temu i niemal od razu zdecydowano o kapitalnym remoncie nieruchomości.

Galand szybko okazała dokumenty wartownikowi w dyżurce i nie czekając, aż żołnierz podniesie słuchawkę telefonu, by ją zapowiedzieć, ruszyła na górę. Kiedy zapukawszy, weszła do pokoju oznaczonego numerem siedemnastym, gospodarz był głęboko pogrążony w lekturze. Oczy pułkownika Gauché przesuwały się w zawrotnym tempie po kolejnych linijkach czytanych dokumentów. Galand wiedziała, że szef wywiadu wojskowego będzie traktował ją jak powietrze, dopóki nie skończy czytać. Miała więc czas, żeby dokładnie mu się przyjrzeć.

Zwykle prosta sylwetka przyjaciela była teraz nienaturalnie zgarbiona, jakby na jego barkach położono jakiś wielki ciężar. Ziemista cera stała się niemal przeźroczysta, policzki zapadnięte. Pełne usta wykrzywiły się w grymasie niezadowolenia, gdy skończył czytać. Zanim jednak przeniósł swoje spojrzenie na nią, przeczesał w zamyśleniu siwe włosy, rujnując tym samym misternie ułożony przedziałek.

– To nieuniknione – stwierdził ze smutkiem. – Wejdziemy w tę cholerną wojnę, zupełnie nie będąc do niej przygotowanymi. Czytałaś raport Doumenca?

Pułkownik pytał o generała, któremu powierzono dowództwo nad grupą brytyjsko-francuskich wojskowych, którzy zostali wysłani do Moskwy w tym samym czasie, gdy przebywał tam Minister Spraw Zagranicznych Rzeszy. Tematem rozmów miał być trójstronny sojusz wojskowy. Decydenci nad Sekwaną bardzo liczyli, że w ostatniej chwili uda się uzyskać przychylność Stalina. Sojusz z ZSSR byłby w obecnej sytuacji politycznej siłą decydującą.

– Czytałam – potwierdziła. – Oni nie traktowali nas poważnie, wysunęli zbyt rozległe żądania terytorialne. Nawet gdybyśmy bardzo chcieli, nie mamy takiej mocy sprawczej, by oddać Sowietom połowę Rumunii i Polski.

Nie musiała dodawać, że oboje oddaliby dużo więcej i samemu diabłu, byle chronić Francję. Bruzdy w kącikach ust szefa wywiadu pogłębiły się, kiedy zadawał następne pytanie.

– Uważasz, że czerwoni pomogą Niemcom?

Taka możliwość rozważana głośno wydawała się obojgu czymś makabrycznym.

– Jeszcze niedawno powiedziałabym, że potencjał Armii Czerwonej po zabójstwie Tuchaczewskiego jest niewystarczający i potrzeba lat, by odbudować kadrę dowódczą. A teraz…

Gauché uniósł brwi, więc wyrzuciła z siebie na jednym oddechu:

– Nie wiem. Mamy za mało źródeł na miejscu, nie potrafimy nikogo tam umieścić.

Te słowa były dla niej osobistą porażką, podobnie zresztą jak przyznanie, że czwórka uprowadzonych w ryzykownej akcji Rosjan milczy jak zaklęta mimo intensywnego śledztwa.

Nastrój pułkownika uległ dalszemu pogorszeniu.

– Masz dwadzieścia cztery godziny – oznajmił. – Przyciśnij ich. Jeśli nic na nich nie znajdziesz, wsadzisz całe to towarzystwo w najbliższy pociąg do Moskwy.

– Ale Polnikin! – zaprotestowała głośniej, niż zamierzała. – W mieszkaniu Markova znaleźliśmy syntetyczny atrament. Jesteśmy na tropie wielkiej siatki. Wmieszana w to wszystko jest również agentura niemiecka, co potwierdziło nasze źródło.

– Wsadzisz w pociąg do Moskwy tych, na których nic nie masz – uściślił dyrektor wywiadu. – Markov idzie pod klucz. To samo tyczy się naszego niemieckiego źródła.

Victoria Galand rozszerzyła oczy ze zdumienia.

– Mam odesłać Rosjan i zamknąć siatkę człowieka Canarisa? To szaleństwo! Obłęd!

– Sytuacja się zmieniła. Nie wolno nam prowokować Sowietów. Kwestią godzin jest wejście Francji do wojny z Hitlerem. Człowiek Canarisa musi być pod kluczem jeszcze przed zaistnieniem stanu wojny. Premier zażąda od nas efektów i dostanie je. Zlikwidowanie tej siatki będzie pierwszym wojennym zwycięstwem Francji.

– Czy ty siebie słyszysz? Mamy aresztować emisariusza Canarisa, nie przejmując się niemiecko-sowiecką siatką, o której nic praktycznie nie wiemy?

– Wszystkie wątki śledztwa będą kontynuowane. Przekazałem informację MI6. Okazuje się, że w pewnym sensie dotykamy tych samych nici. Owoce twojej znakomitej pracy nie zostaną zmarnowane, Victorio.

Galand sztyletowała przełożonego wzrokiem. Nie uwierzyła w ani jedno jego słowo

– Ten człowiek może się okazać bezcennym jeńcem – dodał pułkownik. – Canaris gra o wielką stawkę, nie zrezygnuje. Musimy być ostrożni. Wydarzenia są dynamiczne. Całkiem możliwe, że to wszystko jest jakąś prowokacją.

Nabrała powietrza w płuca, wściekła jak jeszcze nigdy wcześniej. Pułkownik jednak uprzedził wybuch emocji i twardo stwierdził:

– Zdejmujemy tego szwaba. To jest rozkaz.

– Tak jest – wycedziła przez zęby Victoria Galand, nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że właśnie popełniają kolosalny błąd.

***

Drugiego września nad Westerplatte załopotała biała flaga. Ziemia wciąż dygotała, jakby przerażona gwałtownością bombardowania. Niemieckie sztukasy przemieniły wartownię numer pięć w stertę dymiących gruzów. Zginęli wszyscy żołnierze znajdujący się w środku.

Major Sucharski nie miał złudzeń – atak z powietrza stanowił ledwie preludium do kolejnego natarcia piechoty. Załoga placówki biła się dotychczas znakomicie, powstrzymując kolejne germańskie hordy. Podobny wysiłek na nic się jednak zdawał wobec rażących niedostatków w obronie przeciwlotniczej.

W czasie trwającego czterdzieści minut nalotu zniszczeniu uległy cztery moździerze – nie było nawet czym odpowiedzieć na atak z powietrza. Sucharski miał wrażenie, że znalazł się w piekle. To, co działo się wokół, było gorsze od najstraszliwszego koszmaru. A on nie mógł się obudzić. Siedząc w pokoju dowodzenia, znajdującym się w suterenie koszar, nasłuchiwał kolejnych grzmotów. Sam hałas był tak ogłuszający, że już po kilku minutach wszyscy obrońcy utracili zdolność słyszenia czegokolwiek. Major instynktownie zakrył dłońmi maltretowane uszy.

Z przerażeniem patrzył, jak tynk sypie się ze ścian i sufitu. Wiszący nad biurkiem portret Naczelnego Wodza spadł na ziemię. Zafrasowana podobizna Śmigłego rozleciała się na pół, zupełnie jakby jakaś nieludzka siła rozdarła ją w napadzie szału. Sucharski miał wrażenie, że lada moment runie na niego cały sufit. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa, uginając się pod nim. Na moment oparł cały ciężar ciała na rękach i krzyczał. Opanował go strach, jakiego nie zaznał nigdy wcześniej. Demon paniki zacisnął swe szpony na gardle majora.

Nie potrafił stwierdzić później, jak długo nie oddychał. Kiedy w końcu udało mu się zmusić swe ciało do posłuszeństwa, paraliżujący strach tylko się pogłębił. Apokalipsa wciąż trwała. Dowódca Westerplatte nigdy nie był bogobojny, w tamtej chwili zaczął się jednak żarliwie modlić. Skulony na podłodze, obsypany pyłem i drżący na całym ciele modlił się o rychły koniec.

Gdy nastała minuta ciszy, zdawało mu się, że trafiła go któraś z bomb i teraz cieszy się pośmiertnym spokojem i błogością. Z najwyższym trudem podniósł się na czworaki. Wszystkie jego mięśnie drżały. Kaszląc, krztusząc się i plując, pokonał dystans dzielący go od biurka. Kiedy po dwóch nieudanych próbach w końcu udało mu się sięgnąć po słuchawkę telefonu, po drugiej stronie panowała martwa cisza. Przez kilka następnych minut Sucharski walczył z własnym ciałem. Gdy udało mu się wstać, kolana wciąż mu drżały.

Nie potrafił się owego drżenia pozbyć, kiedy dokonywał szybkiej inspekcji. Widział ruiny wartowni numer pięć, lizane przez złowrogie czerwone płomienie. Widział ciało jednego z żołnierzy, który w odruchu paniki, po tym, jak bomba trafiła w budynek koszar, wybiegł na podwórze i tam dosięgły go śmiercionośne odłamki. W brzuchu zabitego ziała olbrzymia dziura, flaki wylewały się na zewnątrz.

– Radiostacja uszkodzona, linie telefoniczne zerwane – raportowali kolejno dowódcy ocalałych placówek.

Major Sucharski uważnie przypatrywał się twarzom mijanych ludzi. Wszystkie były śmiertelnie blade, na każdej dostrzegał autentyczny szok. Wszyscy tu zginiemy, pomyślał. Nie obawiał się śmierci jako takiej – wiedział, że podstawowym zadaniem oficera jest walka z wrogiem, a wobec jego wielokrotnej przewagi śmierć z bronią w ręku. Hańbą dla oficera jest jednak ciągnięcie ze sobą własnych ludzi na rzeź. Dowódca bezsensownie narażający prostego żołnierza nie zasługuje na nic więcej jak na miano ostatniego skurwysyna.

Wróciwszy do pokoju dowodzenia, major jeszcze przez moment bił się z ponurymi myślami, aż w końcu wydał rozkaz, który rozumiał jako wyższą konieczność.

– Wywiesić białą flagę – rozkazał znajdującemu się w pokoju kapralowi Geburze, a potem ukrył twarz w dłoniach. Muszę uspokoić myśli, wyrównać oddech, a przede wszystkim zapanować nad tymi cholernymi kolanami! Nie stać go jednak było na podobną determinację, toteż zastygł tylko w przyjętej pozycji i czekał, sam do końca nie wiedząc na co.

Do życia przywróciło go gwałtowne wtargnięcie do pokoju. W progu stał kapitan Franciszek Dąbrowski.

Smukły jak tyczka zastępca dowódcy miał rozwichrzone włosy i nadpalony prawy rękaw munduru, a jego młodą, niemal chłopięcą twarz szpecił paskudny grymas.

– Henryk, co to jest?! – wykrzyknął od progu Dąbrowski, wymachując trzymanym w garści kawałkiem białego płótna.

– Dla pana kapitana jestem major Sucharski – warknął w odpowiedzi i na chwilę wstąpiła w niego dawna energia. – Wydałem taki rozkaz wobec niemożności kontynuowania obrony. Rozkazy wypełniliśmy z nawiązką, biliśmy się dzielnie, dalsze prowadzenie walki równa się jednak samobójstwu. Musimy złożyć broń.

– Nie! – zaoponował Dąbrowski. – Naszym obowiązkiem jest wytrwać, aż odsiecz nadejdzie.

Sucharski tylko westchnął ciężko. Wobec siły bojowego ducha i głupoty swego zastępcy poczuł się nagle bezradny jak dziecko.

– Nie mamy na to sił! Wartownia numer pięć zniszczona! Jesteśmy odsłonięci! – Każde słowo wypowiadał coraz głośniej, by w końcu krzyknąć na kapitana.

– Pozostałe cztery wartownie wciąż stoją, pokryjemy lukę. Westerplatte to symbol naszej obrony! Podtrzymujemy ducha w żołnierzach, którzy biją się w całym kraju! Radio w kółko nadaje komunikaty: Westerplatte wciąż trwa, za wszelką cenę nie wolno nam się dać złamać!

– Nie za cenę rzezi na żołnierzach – oświadczył dobitnie major. – Spełniliśmy obowiązek wobec Ojczyzny, a nawet więcej: wytrwaliśmy trzydzieści osiem godzin.

– Mamy zapasy, by bronić się dłużej. – Na twarzy kapitana gołym okiem była widoczna olbrzymia determinacja, w spojrzeniu niebieskich oczu czaiło się coś szalonego.

– Rozkaz mówi wyraźnie: po dwudziestu czterech godzinach mam prawo wydać taki rozkaz, jaki uznam za stosowny.

– Oficerowie i brać żołnierska się panu nie podporządkują. – W tonie zastępcy pobrzmiewała pewność, która zaniepokoiła Sucharskiego.

– Odmawiacie wykonania rozkazu? – zapytał, a wściekłość ścisnęła mu struny głosowe. – Odmawiacie… Ja chcę, żeby to kurewskie piekło się skończyło!

Zmyję ci z mordy ten pyszałkowaty uśmieszek, pomyślał Sucharski i ścisnął dłoń w pięść, na ułamek sekundy zapominając o własnej niemocy i rozdygotaniu. Kapitan, widząc rozwój wypadków, gwałtownie się cofnął i płynnym ruchem wyszarpnął z kabury służbowego Visa. W pokoju zalśniła zimna stal.

Wydawało się, że świat zamarł w oczekiwaniu.

Major Sucharski, widząc broń w ręku przeciwnika, rozmyślił się i cofnął ramię. Przez pełne pół minuty wpatrywał się w ciemny otwór niewielkiej, wycelowanej prosto w niego lufy.

– Ty skurwielu! Za niewykonanie rozkazu i grożenie bronią dowódcy jest sąd wojskowy i pluton. Kiedy ta cholerna wojna się skończy, dopilnuję, byś tam właśnie trafił.

– Robię to, co robię, w stanie wyższej konieczności. Szerzy pan major kapitulanckie postawy wśród załogi. Brak panu ducha.

Sucharski już miał odpowiedzieć, kiedy usłyszał:

– Ma pan moje słowo honoru, że po wojnie sprawa pańskiego tchórzostwa nie ujrzy światła dziennego. Teraz odprowadzę pana na kwaterę, którą będzie pan opuszczał tylko i wyłącznie w moim towarzystwie. Jeżeli spróbuję pan stawiać opór, przyrzekam solennie, że sprawa pańskiego tchórzostwa zostanie upubliczniona zaraz po wojnie.

Tchórzostwem nazywasz, paniczyku, racjonalne postawy, pomyślał gorzko dowódca polskiej składnicy i omal nie wypowiedział tego na głos. On nie widział już sensu w dalszym oporze. On sam nie miał siły dalej walczyć. Splunął młodemu kapitanowi pod nogi i chwiejnym krokiem wyszedł z pokoju. Miał tego wszystkiego serdecznie dość, chciał tylko dożyć końca tego pieprzonego oblężenia.

Kapitan Dąbrowski jak cień podążył za swym dowódcą. Udeptaną drogę przez pustkowie ruin i gruzów, w jakie zamieniła się okolica, obaj żołnierze przebyli w całkowitym milczeniu. Dopiero gdy znaleźli się w Willi na kwaterze dowódcy, Dąbrowski przemówił:

– Oddanie dowództwa w moje ręce było rozsądną decyzją.

Siedzący na łóżku aresztant nie zareagował. Myślami był zupełnie gdzie indziej. Wydawało mu się, że wyczuwa zapach ślicznej panny, którą miał tu tak niedawno. Całe wieki temu.

– To pan będzie odpowiedzialny za masakrę, która się tu rozegra – rzucił swemu zastępcy na pożegnanie.

Ten już go jednak nie słyszał – w głowie miał listę niezbędnych do wydania rozkazów. Należało natychmiast nakazać powrót do czynnej walki. Dąbrowski odetchnął z ulgą – udało mu się przejąć dowodzenie w krytycznej chwili. Splamił swój honor, dobywając broni przeciw dowódcy. Nie lubił Sucharskiego, ale nigdy nie poważyłby się strzelić do tego nadętego gbura. Działałem w stanie wyższej konieczności, usprawiedliwiał sam siebie. Westerplatte musi trwać.

Niezłomna wola trwania na stanowiskach z całą pewnością zostanie doceniona po wygranej przez Polskę wojnie. Wówczas ten, który podtrzymał owego ducha w obrońcach przyczółka, zostanie sowicie nagrodzony.

Zasługi muszą być doceniane sprawiedliwie, dlatego też nie wykluczał wycofania słowa honoru, którym przyobiecał zachowanie dyskrecji wobec haniebnej postawy Sucharskiego.

Biegnąc wąskim korytarzem, imaginował sobie deszcz zaszczytów, jaki na niego spadnie po zwycięskiej obronie. Na pewno Virtuti Militari wysokiej klasy, a być może pułkownikowskie czy nawet generalskie belki.

On, Franciszek z rodu Dąbrowskich, będzie bohaterem!

***

Dzielnica paryskiej cyganerii wyglądała na wymarłą. Godzina dwudziesta była stanowczo zbyt wczesną dla rezydującej w okolicy artystycznej cyganerii. Nie było jednak żadnej wątpliwości, że skacowani twórcy, umęczeni zrozumiałą tylko dla nich samych nieznośnością egzystencji, odzyskają siły do dalszego nurzania się w rozpuście. Mógłbym się tu osiedlić, pomyślał emisariusz Canarisa, opierając się o balkonową balustradę. Kiedyś, w spokojniejszych czasach.

Przebywał w mieszkaniu przy Beautreillis dwadzieścia od czterdziestu ośmiu godzin. Galand umieściła go w nowym lokum zaraz po udanym uprowadzeniu sowieckich szpiegów. Miał oczekiwać na dalszy rozwój wypadków.

Czas był wybitnie niespokojny. Wojna w Polsce rozgorzała nawet szybciej, niż przewidywał Canaris, Wielka Brytania wypowiedziała Rzeszy wojnę, a jej śladem podążyła Francja. Nie miał najmniejszych wątpliwości, że kilka najbliższych tygodni będzie miało decydujące znaczenie dla dalszego rozwoju wypadków. Jeżeli Hitler pozostanie przy władzy, Polska będzie tylko pierwszym łupem. Wojennej pożogi nie będzie w stanie powstrzymać, nawet ktoś dysponujący tak dużą władzą, jak szef Abwehry.

Może dlatego był tak niespokojny – miał świadomość, że czas mu się kończy. Musiał jednak czekać na wieści od Galand. Dopóki nie uda jej się złamać Sowietów, nie będzie mógł wyeliminować „Matki”. Czuł się bezsilny. Czekanie męczyło go, napinając nerwy do granic.

Usłyszał pukanie do drzwi. Dwa krótkie stuknięcia, przerwa i trzy długie. Odwrócił się błyskawicznie i kilkoma długimi susami znalazł się przy drzwiach. Pukano w umówiony sposób. Mimo to, zanim odsunął zasuwę, zerknął jeszcze przez wizjer. Ostrożność była najważniejsza – to ona całymi latami utrzymywała go przy życiu.

Nie było wątpliwości, po drugiej stronie był człowiek, który spotkał się z nim w kawiarni „El Marie”. Odsunął zasuwę i otworzył drzwi.

Nie zdążył wyrzec słowa. Człowiek Galand uniósł pistolet, celując prosto w niego. Po schodach wbiegło dwóch barczystych mężczyzn w policyjnych mundurach – także z gotową do użycia bronią. Uciekaj! – wrzeszczał instynkt, umysł nie był jednak w stanie ogarnąć tego, co się stało.

– Nie próbuj – uprzedził lojalnie niedawny sojusznik, jakby czytając mu w myślach. – Jesteś aresztowany.

Próba oporu nie miała sensu. Galand osobiście odebrała mu broń, zanim rozstali się po udanej akcji. Zrozumiał, że został zdradzony.

To koniec, pomyślał i powoli uniósł ręce do góry.

Przejdź do kolejnej części – Wielka Gra IV

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Rzadko kiedy zdarza się opowiadanie tak bardzo na czasie 🙂

W rocznicę rozpoczęcia II Wojny Światowej otrzymujemy opowiadanie, którego akcja rozgrywa się 31 sierpnia, 1 i 2 września 1939 r. Nie zabraknie więc znanych już z poprzednich odcinków "Wielkiej Gry" szpiegowskich intryg, jak i bitewnego zgiełku. Jest też gorąca erotyczna scena u progu wojny oraz dylematy dowódców (sztabowych i polowych). Miejsca akcji zmieniają się jak w kalejdoskopie, podobnie jak osoby dramatu, których śledzi narracyjna "kamera".

Jutro napiszę więcej, bo dziś już późno. Ale gorąco polecam "Wielką grę" wszystkim naszym Czytelnikom, nie tylko tym, którzy pasjonują się historią II Wojny Światowej. Opowiadanie jest dynamicznie napisane, ani przez chwilę nie nudzi, przyjemnie podgrzewa krew podczas erotycznej sceny, no i pozwala dowiedzieć się co nieco o pewnych historycznych epizodach, które były nie tak dawno przedmiotem gorącej publicznej debaty.

Tak więc, jak powiedziałby generał Kutrzeba, "w prawo zwrot, do lektury marsz!"! Na pewno Panie i Panowie nie zmarnujecie poświęconego czasu.

Pozdrawiam
M.A.

Hmmm… tylko 1 komentarz?

Najwyraźniej nasi Czytelnicy potrzebują czasu, by przetrawić tak długi i treściwy odcinek… bo nie uwierzę, że wciąż nie mogą dojść do siebie po pierwszym dniu szkoły. Wszak czytają nas tylko osoby pełnoletnie, najwcześniej w maturalnej klasie 😉

No dobrze, to ja sobie popiszę, bo jest o czym.

Najbardziej z tego odcinka podobały mi się wydarzenia na Westerplatte – zarówno przed samym atakiem Niemców – uwiedzenie przez pana majora Stefanii – jak i potem. Podoba mi się, że konflikt między majorem Sucharskim i kapitanem Dąbrowskim – o to, czy toczyć dalej beznadziejną walkę – nie został pokazany z najbardziej banalnej perspektywy (Dąbrowskiego – walczyć mimo wszystko, wszak śmierć honorowa najwyższym obowiązkiem Polaka). Z drugiej strony, nie do końca pasuje mi spłaszczenie postaci kapitana, który jakoby myślał tylko o powojennych zaszczytach. Myślę, że można go było pokazać bardziej wielopłaszczyznowym – tak jak Sucharskiego. Zapewne i on miał swoje, jakkolwiek straceńcze racje.

Sceny ataku na polską placówkę w wykonaniu Nölla – bardzo dobry kawałek batalistyki! Oby więcej takich. Scena z Junkersem – ledwo zarysowana, ale przyjemna. No i wreszcie powrót do Paryża, czyli do zasadniczego wątku "Wielkiej gry" – walki toczonej przez wywiadowców i szpiegów. Po dwóch latach czekania w końcu dane jest nam poznać dalsze losy Kurta Freiherra, niemieckiego wysłannika admirała Canarisa, oraz Victorii Galand, francuskiej agentki. W sumie dowiadujemy się niewiele, ale i tak ciekaw jestem, jak Freiherr wyjdzie z tej kabały, w którą się wpakował. Mam nadzieję, że nie będzie musiał czekać z tym aż do 1940 r. (a my nie będziemy musieli czekać na kolejny rozdział do roku 2016 🙂 Ta opowieść domaga się rychłej kontynuacji! Mam wielką nadzieję, że nie zostanie zarzucona na rzecz innych serii. Bo spośród licznych cyklów prowadzonych przez Foxa, "Wielka gra" jest zdecydowanie moim ulubionym.

Tekst był dla mnie prawdziwą ucztą, więc raz jeszcze zachęcam do przeczytania – a najlepiej do cofnięcia się do części 1 i odświeżenia sobie całej serii. A sam zabieram się do powtórnej lektury.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Dobry Wieczór!

Swoje wypowiedzi pod tekstem Wielkiej gry części trzeciej rozpocznę od podziękowań. Dziękuję Megasowi Alexandrosowi za nieocenioną pracę korektorską i poświęcony czas. Bez jego wkładu, Czytelnicy co i rusz łapaliby się za głowę, widząc rozmaite mankamenty mojej pisaniny. Specjalne podziękowania należą się Arei Athene, za artystyczne wyczucie. To ona pomogła mi dobrać ilustrację, oddającą "ducha tekstu".

To prawda, w tym odcinku odszedłem od głównego wątku dość mocno, ale zrobiłem to z pełną świadomością. Historia Westerplatte przez lata obrosła wieloma mitami. Świadomie wkomponowałem niejasności, które gnębią historyków od blisko trzech dekad.
Również uważam, że fragment odnoszący się do bitwy o polską składnicę, za najbardziej udany literacko. Starałem się nadać wszystkim bohaterom możliwie wyraziste rysy. Motywacje kapitana Dąbrowskiego na zawsze pozostaną tajemnicą. Osobiście sądzę, że podobny krok mógł być mieszanką wpływu młodości i mocarstwowej propagandy, która była w tamtej Polsce uprawiana latam i zupełnie bez umiaru.

Byli tacy, którzy święcie wierzyli, że Polska bez trudu wygra wojnę z Rzeszą.Być może do takich zaliczał się kapitan. Już wiem, jak rozegram wątek wysłannika Canarisa, nic jednak nie zdradzę. Kończąc rozdział trzeci, przezwyciężyłem największy twórczy zastój, jaki mi się przydarzył. Nie jestem z tych dwóch lat specjalnie dumny, ale najważniejsze , że udało mi się przełamać.
Nauczony doświadczeniem nie złożę jednak deklaracji odnośnie terminu. Pisanie o historii ponownie zaczęło sprawić mi radość i to jest optymistyczny prognostyk na przyszłość.

Nie podejmuję się wróżenia, dlaczego jest tyle komentarzy ile jest. Początek szkoły może człowieka zdołować. 🙂 Ja stawiam raczej na długość tekstu, jeśli już miałbym się doszukiwać przyczyn. No i erotyka nie jest centralnym punktem tego odcinka, chociaż jest dość silnie obecna.
Jeszcze raz dziękuję Ci za dwa pierwsze komentarze.
Pozdrawiam,
Foxm

Przydałby się jakiś link do pierwszej części cyklu – dla bardziej leniwych. Ja je znalazłem, ale innym może się zwyczajnie nie chcieć 🙂

Przebrnąłem przez dwa pierwsze rozdziały, trzeci poszedł gładko i przyjemnie, z czego wnoszę że postęp u Autora jest i to znaczny. Opowieść ciekawa, powoli wciąga choć przydałyby się mocniej nakreślone postacie, bo trudno się do kogoś przywiązać. A co dopiero polubić.

Pieczołowitość w oddawania historycznych realiów zasługuje na uznanie. Sceny erotyczne nieco mniej. Może to kwestia niewielkiej sympatii dla bohaterów. Mnie nie ruszają.

Skoro już zainwestowałem w tak obszerną serię, liczę że następna część pojawi się wkrótce, bym nie stracił wątku:-) ale wiem, że czasem trudno tak po prostu usiąść do pisania. Tak więc życzę natchnienia i czasu, by przelać je na papier!

Absent absynt

Absencie
Zgodnie z Twoją wielce trafną sugestią podlinkowałem pierwszy rozdział tej opowieści, specjalnie dla naszych nieco bardziej energooszczędnych Czytelników. Nie złożę jakiejkolwiek deklaracji odnośnie daty wydania kolejnej części. Mam jednak nadzieję, że kciuki, które za mnie ściskają czytający, wpłyną pozytywnie na szybkość przelewania na papier kolejnych pomysłów.

Niezwykle się cieszę,że dostrzegasz postęp w moim pisaniu. To dowód na to, że solidnie przepracowałem minione dwa lata. Brak przywiązania do głównych bohaterów może wynikać zarówno z gigantycznego odstępu między poprzednimi częściami, jak i z faktu, że w tym odcinku główny wątek szpiegowsko – sensacyjny został zmarginalizowany na rzecz wątku Westerplatte.

Cóż, zawsze jest to pewien problem dla autora, gdy czytający przechodzi obojętnie obok scen erotycznych. Mam świadomość, że nie da się jedną sceną zadowolić wszystkich. Będę w każdym razie próbował utrafić również w Twoje gusta, pracując nad literackim poziomem opisywanych uniesień.

Czas, który zainwestowałeś w czytanie moich opowiadań to ogromny kapitał. Mogę obiecać, że uczynię co w mojej mocy, by go nie zaprzepaścić. Dziękuję za komentarz. 🙂
Pozdrawiam,
Foxm

tl; dr 😀

@Anonimowy Czytelniku
Bardzo chciałbym zrozumieć to tajemnicze złożenie znaków będące komentarzem. Chętnie podjąłbym dyskusję. Nie mogę jednak tego zrobić, skoro rozumiem tylko :D.
Uprzejmie proszę o ponowne napisanie komentarza pod tekstem. 🙂
Pozdrawiam zaciekawiony,
Foxm

Obawiam się że rozwinięcie jest banalne. W jezyku korposzczurów oznacza: too long, didn't read. Używane głównie przez kretynów dla których tekst dłuższy niż 2 str już jest zbyt długi. Nie ma się co przejmować takimi. Idiota z wozu, koniom lżej.

Marksista

@Marksisto
Bardzo się cieszę, że zdecydowałeś się chyba po raz pierwszy skomentować coś na łamach Najlepszej Erotyki. Gdybym dysponował takimi możliwościami nagrodziłbym Cię za rozwiązanie zagadki egzemplarzem mojego opowiadania z dedykacją. Niestety/stety wszystko dzieje się w przestrzeni wirtualnej, moje pole manewru jest więc siłą rzeczy mocno ograniczone.

Zdumiewające, że Anonim znalazł w sobie tyle zapału, by skomentować tekst, którego nie chciało mu się przeczytać. 🙂 A ja głupi myślałem, że któremuś z naszych Czytelników kot przebiegł po klawiaturze. Jak widać wszystko ma swój głębszy sens na tym świecie.
Oficjalnie dziękuję za rozwiązanie zagadki i mam nadzieję, że jeszcze nie raz zajrzysz do moich opowiadań, a może i skomentujesz coś od czasu do czasu.
Kłaniam się z uznaniem,
Foxm

Już parę razy komentowałem tutaj opowiadania, głównie Seamana. Ale nie wykluczam rozwinięcia działalności 😀

Marksista

Zdecydowanie popieram pomysł rozszerzenia działalności w takim razie.:)

Jedno mi się wydaje tutaj niezbyt prawdopodobne, żeby Sucharski mógł się w umundurowaniu spotykać z jakąś Polką w Gdańsku. Pracy wydanej w serii historycznej bitwy w Bellonie westerplatte oksywie hel 1939 napisano, że w tym czasie jak polscy żołnierze mieli przebywać w Gdańsku to po cywilnemu. Poza tym nie sądzę, żeby Sucharski był ąż takim idiotom, żeby wprowadzać cywili na teren placówki wojskowej szczególnie, że była ona solą w oku Niemców w końcu przecież mogła okazać się szpiegiem

@Anonimie
Dziękuję za komentarz. W żadnym ze źródeł, o które się oparłem nie znalazłem informacji o rozkazie chodzenia w cywilu. Przyznam szczerze, że zabieg z prezentacją w pełnym umundurowaniu był celowy. Mundur w tamtych czasach naprawdę robił wrażenie na kobietach. Wojskowy charakter składnicy nie był dla Niemców żadną tajemnicą, tym bardziej nie widzę sensu w aż tak daleko posuniętej dyskrecji.

Czy Stefania była szpiegiem? Cóż, nic nie zostało powiedziane wprost, pole do ewentualnej interpretacji jest ogromne. Zachęcam do tego i obiecuję się za mocno nie wtrącać. 🙂

Wprowadzenie na teren jednostki cywila, było rażącym złamaniem wszelkich procedur – zgoda. Pozwolę sobie jednak zauważyć, że pożądanie sprawiało, iż nieracjonalne decyzje podejmowali nawet ludzie wielkiego formatu.
Kłaniam się,
Foxm

Witaj Lisie!
Oj, ta konkretna część nie zostałaby zbyt dobrze przyjęta w pewnych kręgach za szarganie wizerunku Polskiego oficera czasów międzywojennych, zwłaszcza tego oficera! Jak było w rzeczywistości nie dowiemy się chyba nigdy – choć powiem szczerze nie zgłębiałem tematu, nie znam dokumentów źródłowych – bo wszyscy uczestnicy polegli… Taki los bohaterów. jedno, co mi się podobało, to założenie Dąbrowskiego, że Westerplatte musi walczyć jako symbol oporu narodu, ku pokrzepieniu serc innych walczących z agresorem. Myślę, że była to jedna z ważniejszych pobudek, jakie kierowały Dąbrowskim.
Literacko tekst bardzo dobry. Nie spieszyłeś się z publikacją, to pewne ;), ale efektem jest interesujący język, niemal całkowity brak jakichś potknięć i po prostu opowiadanie, które samo się czyta.
Słowa uznania.

Pozdrawiam, s.

Witaj Seamanie
Dziękuję za dobre słowo. Nie wiem czy wiesz, ale tak naprawdę prawie wszyscy obrońcy Westerplatte przeżyli wojnę. Polskie starty wynosiły mniej niż dwadzieścia osób. W Polsce Ludowej wielu z nich było otoczonych względami, gdyż pasowali do oficjalnej wersji historii głoszącej,że Polska walczyła tylko z III Rzeszą.

Kapitan Dąbrowski wrócił do Polski i przez kilka pierwszych powojennych lat piastował wysokie stanowiska w marynarce. W latach 50 ktoś sobie przypomniał, że to przedwojenny burżuazyjny oficer. Wydalono go, zarówno z wojska, jak i z PZPR. Aż do połowy lat siedemdziesiątych żył w nędzy, szyjąc kapcie w Krakowie.
Major Sucharski zmarł niespodziewanie we Włoszech w 1946 roku.

Rozumiem jednak skąd bierze się ten błąd. Zaraz po kapitulacji gazety informowały, że wszyscy bohaterscy obrońcy polegli. Pod wpływem chwili poeta Gałczyński napisał słynny wiersz, w którym obrońcy do nieba czwórkami szli.

Nie uważam bym szargał cokolwiek. Józef Mackiewicz ukuł powiedzenie, które oddaje moje własne podejście do sprawy: "Tylko prawda jest ciekawa".
Załamanie Sucharskiego i wynikające z niego następstwa są faktami. Jeśli ktoś woli wierzyć w nieskomplikowane baśnie nie mogę mu tego zabronić. Historia dlatego jest jednak tak fascynująca, gdyż jest nauką niezwykle złożoną. Czasem trzeba ją po prostu wygładzać, by była strawna dla ogółu. Jestem jednak zdecydowanym przeciwnikiem podobnych praktyk. Tylko prawda jest ciekawa, a ta rzadko ma kolor różowy.
Pozdrawiam,
Foxm

Brawo Lisie!
Mnie osobiście Twój tekst bardzo przypadł do gustu. W kontekście dwóch najważniejszych oficerów składnicy na Westerplatte, przyznam szczerze, że bardziej wierzę w takie postawy niż te, które je przejaskrawiają w jedna bądź drugą stronę. Jesteśmy tylko ludźmi, pełnymi słabości i uprzedzeń, czasem tchórzliwymi, a czasem nierealnie odważnymi. Często walczymy ze swoim osobistymi demonami. Oczywiście zdarzają się postawy czy chwile, gdy coś bywa ewidentnie białe lub czarne, ale przytłaczająca cześć naszego życia toczy się w rozmaitych odcieniach szarości, dlatego ukazanie Sucharskiego i Dąbrowskiego w takich właśnie barwach podoba mi się wielce. Ani Sucharski – choć, można by odnieść wrażenie, że niezbyt Autor go potraktował bielą – nie jest ostatnim tchórzem, ani Dąbrowski nie jest ideałem bohatera.
Jak było naprawdę, chyba nikt tego nie dojdzie. Ostatni żołnierze z Westerplatte wprawdzie niedawno, ale zeszli z tego świata. Przez wiele lat, za dowodzenie obroną Westerplatte, cały splendor spadał na majora Sucharskiego (sam to przerabiałem w szkole), o Dąbrowskim nikt nie wspominał. Był przecież szlachcicem, sanacyjnym oficerem i siłą rzeczy "solą w oku" PRL-owskim dygnitarzom. Z jakichkolwiek pobudek działał, jego wpływ na to co działo się w polskiej składnicy w pierwszych dniach września był na pewno niemały. I nie znaczy to wcale, że Sucharskiego trzeba od razu "skreślać". Przez krótki moment zachłyśnięto się ujawnioną prawdą o wkładzie Dąbrowskiego w dowodzenie Westerplatte i dało się zauważyć pewne zbyt negatywne spojrzenie na postać majora Henryka. Co by się nie działo, między tymi dwoma mężczyznami w tamtym czasie, nie przeszkodziło w tym lub doprowadziło do tego, co jest faktem niezbitym – polska załoga Westerplatte broniła się nad wyraz dzielnie i długo, a poddała się nie wobec siły wroga tylko z braku środków do dalszej obrony i ze względu na drastycznie pogarszający się stan rannych. Jest ponoć udokumentowane pismami i zdjęciami, że po poddaniu się Polaków, Niemcy byli zdumieni brakiem podziemnych bunkrów, którymi tłumaczyli sobie tak silny opór obrońców.
Każdy naród ma w zwyczaju gloryfikowanie swoich zwycięstw i poszczególnych bohaterów, tak więc sobie myślę, że należy pamiętać, że to byli zwykli ludzie, mający prawa do słabości, jednocześnie nie doszukujmy się na siłę złego w każdym historycznym wydarzeniu.
A wracając z tych poważnych, historycznych wycieczek do tekstu Foxma – myślę, że wpisał się dobrze w zachowanie pewnych proporcji. Nie uczynił jednego czy drugiego oficera potworem czy aniołem, nie żałując im pewnych przywar. Technicznie też temu opowiadaniu nic zarzucić nie można, więc przeczytałem go łatwo i z dużą przyjemnością. Ocenę wystawiłem najwyższą i zabieram się ponownie do czytania, tym razem z zagłębieniem bardziej w każde zdanie.
Pozdrawiam.

Dobry wieczór!
Bardzo się cieszę, że tekst prowokuje do głębszych przemyśleń na dość głębokie. Ująłeś w słowa dokładnie to o co mi chodziło, kiedy zdecydowałem się włączyć do tekstu wątek Westerplatte. Chciałem pokazać bardziej ludzką stronę postaci, które znamy z podręczników historii. To byli pełnowymiarowi ludzie ze swoimi ambicjami, zaletami i przywarami.

Myślę, że tendencja do ferowania wyroków siedem dekad po fakcie jest zgubna. Starałem się zaprezentować możliwe wyważoną i prawdopodobną wersję konfliktu. Z psychologicznego punktu widzenia konflikt dwóch dowódców jest fascynujący. O tym co się tam stało wiedzą tylko dwaj główni bohaterowie. Obaj po wojnie zachowali milczenie najprawdopodobniej zdając sobie sprawę, iż nie byłoby dobrze w tamtych warunkach wszczynać zamieszanie wokół Westerplatte – symbolu bezprzykładnego męstwa. Heroizm przez wielkie H.

Ja będę ostatnim krytykantem Sucharskiego. Chcąc kapitulować opierał się na bardzo racjonalnych przesłankach. Uważam owo zachłystywanie się odkryciami ostatnich dwóch dekad, połączone z próbą oczernienia Sucharskiego za haniebne. Oficer, który na podstawie posiadanej wiedzy, podejmuje racjonalne decyzje jest godzien uznania. Gdyby dogmat o pierwszeństwie racjonalizmu nad "chciejstwem" wpoiły sobie władzę ówczesnej Polski dziś byliby uważani za mężów stanu.

Tak, demonizowałem majora. Gbur i uwodziciel, ale w godzinie największej próby podejmował racjonalne decyzję. I chwała mu za to. Że się załamał? Łamali się więksi od niego Krytykować może go za to tylko ktoś, kto okropieństwa wojny zna najwyżej z telewizji.
Bardzo dziękuję za ten komentarz Sinfulu, mam nadzieję, że ponowna lektura "Wielkiej gry dostarczyła Ci jeszcze więcej satysfakcji niż podejście pierwsze.
Kłaniam się,
Foxm

seaman4 września 2014 12:21

Podałem tytuł książki skąd wziąłem informacje jedynie przyczepiłem się tylko do tego a oto cytat z książki "Polscy żołnierze z garnizonu Westerplatte którzy stacjonowali w Gdańsku oficjalnie i legalnie na podstawie umów międzynarodowych zmuszeni byli do przebywania w swoim garnizonie niczym w więzieniu (bez prawa swobodnego poruszania się po okolicy gdy zaś opuszczali teren wojskowej składnicy tranzytowej musieli się przebierać w cywilne ubrania, żeby móc bezpiecznie przejechać przez terytorium Wolnego Miasta Gdańska do Polski" Piotr Derdej Westerplatte Oksywie Hel 1939 str. 34-35. Może przed 1939 roku pokazanie w mundurze wojskowym było możliwe ale po przejęciu włądzy w Gdańsku przez nazistów a to miało miejsce jeszcze długo przed wybuchem II wojny światowej nie sądzę. Co wiecej proponuję, żeby ci którzy cokolwiek mi zarzucają obejrzeli sobie film poświęcony obronie poczty gdańskiej Różewicza to co prawda działo się tuż przed 1 września ale przecież zamalowywanie skrzynek miało miejsce już w latach 20. Załóżmy, że teoretycznie w 1939 roku Sucharski pojawiłby się w mundurze i ktoś znieważyłby go i mundur co musiałby zrobić zastrzelić delikwenta w końcu przepisy kodeksu honorowego pozwalały na jak ktoś nie wierzy proponuję zapoznanie sie z biografią Wieniawy autorstwa Józefa Wittlina. Może rozkazu na piśmie co do przebywania w ubraniach cywilnych w Gdańsku nie było ale wydawano polecenie ustne więc raczej uważam, że wersja spotkania Sucharskiego w mundurze z tą dziewczyną za nieprawdopodobną.

Proza tym się właśnie różni od książki historycznej, że nie musi się w 100% trzymać realiów. Swoboda Autora dotyczy co najmniej "szarej strefy" co do której nie mamy pewności, jak wyglądały fakty. A czasem jest rozszerzana również na same fakty. Wtedy mamy do czynienia z luźnym trzymaniem się realiów albo w skrajnej postaci – z historią alternatywną.

Gdzie mieści się opowiadanie Foxa? To kwestia do dyskusji 🙂

Pozdrawiam
M.A.

@Anonimie Dziękuję Ci za podanie źródła cytatu. To niezwykły honor dla mnie mieć tak wnikliwego Czytelnika. Chętnie zapoznam się z całą pracą, tytuł zapowiada niezwykle interesujące dzieło. W tej części major jeszcze raz zrobił rzecz dość nierozsądną. Sprowadził swą kochankę na teren składnicy. W tym momencie z pełną świadomością nagiąłem realia historyczne do swej woli. Chciałem uatrakcyjnić miejsce, w którym nastąpi wymuszone profilem strony zbliżenie.

Jak napisałem wcześniej w materiałach, które zgromadziłem, zanim zasiadłem do pisania powyższego tekstu nie było wzmianki o podobnym rozkazie, nawet w formie ustnej. Jeśli jednak są na to dowody, pozostaje mi tylko uznać ten fakt. Prezentacja w mundurze znacząco przyśpieszyła uwiedzenie Stefanii. Można gdybać czy Sucharski po prostu po raz pierwszy nie złamał/zignorował wytycznych. Mnie pozostaje posypać głowę głowę popiołem za przeoczenie tego faktu.

Ilekroć oznaczam swój tekst etykietą historia staram się by był jak najprawdziwszy oparty na solidnym fundamencie pracy ludzi, którzy posiadali bardziej rozległą wiedzę niż ja.Staram się uciekać do historii alternatywnej tylko wówczas, gdy źródła milczą na temat szczegółów jakiegoś wydarzenia.

Stare powiedzenie, iż diabeł tkwi w drobnych szczególikach nic nie straciło ze swej aktualności. Mam nadzieję, Drogi Anonimie, że jeszcze nie raz przejrzysz swym czujnym okiem moje teksty.
Posiadanie tak wnikliwego odbiorcy to naprawdę duża przyjemność.
Pozdrawiam,
Foxm

I oto kolejna część opowieści. Tym razem wydarzenia, które przyciągnęły największą uwagę Czytelników i komentatorów rozgrywają się w Gdańsku. Dyskusja wywiązała się zwłaszcza wokół sposobu przedstawienia postaci mjra Sucharskiego. Bohater czy tchórz, naruszył czy też nie naruszył w pogoni za erotycznym spełnieniem takie czy inne rozporządzenia? Autor zachowuje zawsze pewną swobodę w kreowaniu postaci, a to, co naprawdę wydarzyło się pomiędzy obydwoma oficerami pozostanie już chyba tajemnicą. Moją uwagę przyciągnęły natomiast przede wszystkim dynamicznie przedstawione sceny batalistyczne walk pod Mławą. Oto batalistyka inna niż wymachiwanie mieczem czy oszczepem, opisana w sposób emocjonujący i zachęcający do lektury. Do tego bardzo dobra znajomość realiów, wskazanie walczących istotnie pod Mławą jednostek, do poziomu batalionu włącznie. Za to wszystko wielki plus.
Nie bardzo widzę natomiast związek opisywanych wydarzeń na Westerplatte czy pod Mławą z głównym wątkiem opowieści, czyli rozgrywką wywiadów. Ten motyw, chociaż pojawia się w drugiej części tekstu, ginie po prostu przytłoczony emocjami oraz barwnymi opisami ukazanymi poprzednio. Może wypadki na Westerplatte nadawałyby się na osnowę zupełnie odrębnego utworu? Tutaj stanowią, moim zdaniem, złamanie konstrukcji zasadniczej narracji. To właściwie jedyna uwaga krytyczna.
Pod względem języka i potoczystości lektury ta część wypada wyraźnie lepiej od poprzednich. Autor nie stracił dwóch lat, które minęły od wcześniejszych publikacji. Pozdrawiam.

Napisz komentarz