Warsaw Cyberpunk II: Prokurator (Seelenverkoper) Brak ocen

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 20 minut/-y    
Źródło: pixabay.com

Źródło: pixabay.com

przeczytaj pierwszą część cyklu

07.22 CST    22.09.2058 Sylvester Grave

            To nie działa tak jak chcemy. Nic. Kompletnie nic, nie podporządkowuje się naszej woli. To gra z przeciwnikiem, który rozdaje karty, oszukuje i jeszcze mierzy do ciebie z gnata kaliber czterdzieści cztery. Potem spluwa i śmieje się, gdy pragniecie dostać trójkę dwójek. Nie mówię o niczym skomplikowanym, ani tym bardziej wielkim. Jedynie o zwykłym, gównianym i szarym życiu. Przez chwilę patrzę na seksowną dupę na monitorze zajmującym całą ścianę. Chciałbym mieć taką kobietę. Prawdziwą. Żywą. Organiczną. Autentyczną. O zajebistym tyłku, bo cycki może mieć nie za duże. Wtedy z odrętwienia wyrywa mnie ostry dźwięk telefonu.

– Sylvester Grave, prokurator okręgowy, słucham – rzuciłem odruchowo po jego odebraniu

 .

***

07.57 CST 22.09.2058 Sylvester Grave

Do pracy zawsze jeżdżę w poważnym, nieco staromodnie wytaliowanym, czarnym garniturze. Pewnie to przez to, że jestem kurduplowatym, chudym jak szczapa i łysiejącym blondynem o kutasie w rozmiarze znacznie mniejszym od europejskiej średniej piętnastu centymetrów, który uwielbia robić dobre wrażenia na ludziach znajdujących się poniżej w hierarchii dziobania. Zakładam go także dlatego, że uniformu wymaga mój szef i jak zapewnia natchnionym głosem na każdej odprawie, także matka boska i wszyscy święci. I choć całą tę groteskową bandę miałem głęboko w dupie, to w dupie przebywającej w regulaminowym stroju. Ze służbowego BMW wysiadłem przed dworcem kolejowym. Nie, nie prowadziłem po pijaku – wystarczyło wbić adres na konsoli, a auto samo dostarczało na miejsce. Chociaż nie miałbym nic przeciw jeżdżeniu pod wpływem alkoholu.

Wysiadłem z samochodu, jednym, sprawnym pociągnięciem dłoni poprawiłem błękitny, jedwabny krawat, wiszący u mojej szyi. Zlustrowałem okolicę. Jakiś gość w luźnych spodniach i starej, podartej bluzie z kapturem, wyglądający jak przerośnięty i anorektyczny strach na wróble wyrykiwał rapując: Los rzucił nas totalnie w tak różne wymiary i gdybym był demiurgiem to najwyższy wymiar kary zastosowałbym wobec świata naszego autorstwa. Ta strata boli bardziej niż wszystkie Zachody Słońca.* Skóra twarzy ciasno opinała jego czaszkę, a ogromne, wytrzeszczone oczy straszyły każdego przechodnia. Odwróciłem głowę. Na schodach dworca siedział zwykły przeciętniak. Opuścił gacie do połowy masztu – czyli do kolan, i spokojnie oglądał swoje przyrodzenie. Co pewien czas chichotał opętańczo. Ruszyłem powoli, stukając lakierkami o kostkę. Dwóch starszych bezdomnych wyciągało długim, zakrzywionym drutem worki z „suchymi” śmieciami z białych pojemników i uważnie przeczesywało ich zawartość. Na Brudnych Dworcach, nigdy nie szukaj tam repliki, bo jak ja sam dla siebie okażesz się być nikim. Ten kto ustawia codziennie nasze klocki zobrazuje ci jak boli gdy przestajesz być radosny* – darł się dalej strach na wróble, gdy znikałem za oszklonymi drzwiami dworca kolejowego.

***

8.00 CST 22.09.2058 Sylvester Grave

– Śruby szukam – mruknąłem do policjanta o krótko ostrzyżonych cyberwłosach roztaczających bladą, błękitną poświatę. Stał przed przejściem na perony i wydawał się znudzony cieciowaniem.

– Do Castoramy idź! – warknął do mnie i zaniósł się wrednym chichotem.

– Cha, cha, cha! – krzyknąłem, pokrywając śliną twarz młodego funkcjonariusza i wyprowadziłem prawą pięścią cios w jego podbrzusze. Schyliłem się nad nim, gdy jęczał skulony na lśniącej glazurze i rzuciłem złośliwie belferskim tonem:

– Aleś, kurwa, dowcipny. Sierżanta Thomasa Śrubskiego! Z prokuratury jestem!

– Brawo Grave – usłyszałem szczeknięcie przy prawej nodze. – Wszystkich dowcipnisiów jebiesz po bebechach, czy tylko wtedy, gdy masz kaca?

Spojrzałem w bok i zobaczyłem rozkosznego, małego mopsa z wielką policyjną odznaką przyczepioną do obroży. Wgapiał się ogromnymi, czarnymi oczami, które miały wyrażać furię, ale były jedynie wilgotne i rozkoszne.

– Sierżant Śrubski! – Uśmiechnąłem się szeroko do podoficera siedzącego na tyłu z rozwalonymi łapami. Policja ceni sobie niektórych gliniarzy i jeśli ich rany okazują się śmiertelne, downloaduje świadomość do innych istot. Psy, jak wszyscy się zgadzają,  dzięki węchowi i sile stanowią niezły i nieco ironiczny substytut. Thomas miał jednak pecha, trafiając na koniec roku budżetowego jednostki. W skrócie, klinika mogła mu zaoferować tylko ciało genetycznie zmodyfikowanego mopsa. Jednak gdy wykrwawiasz się na stole operacyjnym, to wybór jest oczywisty.

– Dzięki, że nie zaprosiłeś mnie na swoje imieniny. Mam nadzieję, że złapiesz pchły, a żona cię w końcu wykastruje – odburknąłem.

– Proszę cię, kurwa bardzo! – warknął mops i z trudem powstrzymał się od liźnięcia się po swoich nabrzmiałych jajach. – Tylko, że ja dzwoniłem – kontynuował wstając i ruszając na perony – ale ty byłeś tak najebany, że pewnie nie w stanie podnieść słuchawkę.

Wiedział, że piję za dużo. Kurwa, nie był aż tak głupi, żeby nie wiedzieć.

Owiało nas zimno z peronów. Momentalna zmiana temperatury i otoczenia. Tu nie było podróżnych cierpliwie czekających na pociąg i wcinających fastfoody, a jedynie paru smutnych gliniarzy i dużo żółto-czarnych taśm. Szedłem wolno, dostosowując tępo kroków do szybkiego przebierania łapek sierżanta. Dotarliśmy do torów i spojrzeliśmy w dół, na szyny. Na młodą kobietę. Na ciało młodej kobiety. Chyba.

– Ci idioci spierdolili sprawę już na wstępie – mruknął Thomas i wskazał nosem swoich podkomendnych, udających, że mają bardzo wiele bardzo istotnych spraw do załatwienia, gdzieś poza granicami pola widzenia przełożonego mopsa. – Wyobraź sobie, że zanim pstryknęli fotki i opisali miejsce zbrodni, któryś baran ruszył ciało, bo niby utrudniało ruch pasażerski na trasie. No kurwa! – Wściekł się sierżant i szczeknął parę razy. – Dowody poszły w pizdu, bo każda papuga w tym mieście zakwestionuje ich oryginalność i ewentualny, zrekonstruowany przebieg zdarzenia. I będzie miała racje! Więc tak do końca nawet nie wiem, po co góra cię tu ściągnęła. EOT.

Włożyłem dwa papierosy do ust, odpaliłem i jeden włożyłem sierżantowi do mordki. Przez chwilę wgapiałem się w jego uradowaną psią mordkę, gdy wziął pierwszy, głęboki buch. Po paru zaciągnięciach się i wymianie zdawkowych uwag, zacząłem dokładnie lustrować krwawą scenę. Kobieta wyglądała na trzydzieści lat. Góra. Jednak nie byłem pewien, bo wiek płci pięknej oceniam zazwyczaj po stanie TAPETY na twarzy, a tej brakowało. Twarzy znaczy, nie tapety. Właściwie, to ciało było pozbawione całej prawej ręki i głowy, urwanych przez przejeżdżający skład- w ich miejscu ziała krwawa mielonka zwieńczona małym jeziorkiem krwi, w którym widziałem swoje odbicie. Mój kutas powoli zaczął twardnieć. Przestąpiłem z nogi na nogę. Resztka błękitnego żakietu prawie nie kryła dużych, ciężkich piersi. Ofiara nie nosiła nawet bluzki ani stanika, a co z resztą underwearu,  pomyślałem i znów niecierpliwie przestąpiłem z nogi na nogę. Miała spore, brązowe sutki i, kurwa, nie wiem czy to przez stężenie pośmiertne, ale stały na baczność. Zupełnie jak mój kutas. Spodnie! Niestety, nosiła luźne i bawełniane! Przez materiał nie mogłem dostrzec nawet zarysów bielizny, choć możliwe że jej nie posiadała, a co dopiero jej cipy. Ale i tak byłem nabuzowany.

– Dobra, to ja znikam, skoro nie jestem potrzebny – burknąłem do Śrubskiego i wstałem, próbując ukryć bolesną erekcję.

–Trzym się! – pozdrowił mnie mops. Gdy znikałem truchtem za drzwiami, rzucił za mną:

– Wpadnij wieczorem do narkotykowego! Zatrzymali podobno przemyt prosto z Kolumbii!

***

08.12 CST 22.09.2058 Sylvester Grave

Obecnie gówno obchodziła mnie koka, nawet jeśli parę jej ton dostarczono by mi do ogródka. Byłem ćpunem, ale chwilowo, przede wszystkim, byłem nagrzany jak cholera. Truchtem zmierzałem do toalety. Jakiś gość właśnie miał do niej wchodzić, jednak odciągnąłem go za kołnierz koszuli rzucając jedynie:

– Prokuratura! Wypierdalaj!

Wpadłem do kabiny, zatrzasnąłem za sobą drzwi i sięgnąłem do zamka spodni. Ziiiiig! – Rozległo się niepokojąco głośno w pustce sanitariatu. Wyjąłem mojego drąga. Mierzył jedenaście centymetrów, więc nie był to nawet eufemizm, a zwykłe, pospolite łgarstwo. Wziąłem go do ręki i delikatnie ściągnąłem skórkę stawiającą lekki opór. Zawsze byłem suchy. Kurwa. Mogłem potruchtać do dozownika z mydłem, jednak chyba mi się nie chciało. Oparłem głowę o ścianę nad klozetem i powoli zacząłem się masturbować.

– Jeśli tego nie zrobię – powtarzałem sobie, by zagadać wyrzuty sumienia – to jaja będą mnie bolały przez trzy dni.

Przesunąłem palce po żyłce znajdującej się pod prąciem i zamknąłem żołądź we wnętrzu dłoni. Mruknąłem gardłowo z zachwytu. Powtórzyłem. Jeszcze raz, jeszcze, jeszcze, jeszcze, jeszcze…

To zabawne, jak popkultura łączy nam upodobanie do przemocy i seksu – przemknęło mi przez głowę, gdy wycierałem dłoń w papier toaletowy. Morderstwo i pieprzenie się. Koniec i początek. Alfa i omega. Byłem dzieckiem swoich czasów. Nieodrodnym

***

08.27 CST 22.09.2058 Sylvester Grave

Do biura poszedłem spacerkiem. Lubię czuć pod butami miejski bruk. Uwielbiam przyglądać się wielkim telebimom wyświetlającym kolejno reklamy organizacji katolickich, nowych, dostępnych tylko elicie modeli luksusowych samochodów i nowych,  generowanych przez wielkie korporacje filmów porno. Jednak  najbardziej pociągają mnie kobiety – jestem nałogowym podglądaczem. Uwielbiam oglądać kształtne nogi, obleczone w rajstopy, przesuwające się jak w kalejdoskopie niewiele poniżej poziomu moich oczu. Jestem kurduplem i dzięki temu nie muszę nawet opuszczać wzroku. Także dupy. Śliczne, wąskie lub te tłuste i szerokie, pełne erotyki, rozchybotane i zapraszające. Nie wiem, może mój brak zainteresowania zaglądaniem dziewczynom w biusty jest wtórny wobec zrządzenia natury. Tej jebanej suki, która stworzyła mnie na wzór połowy prawdziwego mężczyzny. Obiłem się o czyjeś ramię i spadłbym na jezdnię, gdybym nie wyciągnął rąk z kieszeni spodni i nie zamachał nimi, łapiąc równowagę. Musiałem wyglądać jak ogromne, czarne ptaszysko. Jak kruk. Obróciłem głowę. Nawet tego nie zauważyła. Była silniejsza i roślejsza ode mnie, choć dość szczupła i lekko żylasta. Nawet nie zauważyła, że o mało co mnie nie przewróciła. Śmiała się w głos, rozmawiając z przyjaciółką. Obie miały fioletowo-czerwone loki spadające im w okolice ramion, błękitne staniki wychylające bezwstydnie zza skąpych bluzeczek i spodnie w kratę.

Chciałem je opieprzyć, ale gęsty tłum mi to uniemożliwił. Dziesięć, piętnaście metrów. Ruszyłem lekkim truchtem omijając przechodniów, ale było już za późno. Nawet nie widziałem ich jaskrawych, świecących czupryn. Zawróciłem na pięcie zmełłem parę kurew w ustach. Zmierzałem do centrum, do resztek dawnego miasta, jak nazywa się te dwudziestowieczne ruiny. Podobno były urocze, staromodne i prestiżowe. Wiem, że na pewno brakowało w nich klimatyzacji, a grube mury zagłuszały zasięg Internetu. Przekroczyłem wolno ulicę, marudząc potwornie i wlokąc nogę za nogą jeszcze na czerwonym. Chciałem by któryś z tych narwańców za kółkiem wyskoczył i dał się stłuc i zabrać na przesłuchanie. Oni miękną. Szczą w gacie, służą, proszą i dają łapę nawet bez mojej prośby. Tacy twardziele, psia ich mać, przed publiką i dziewczynami. Kiwnąłem głową odzianemu od stóp po koniuszek nosa w kevlar policjantowi stojącemu przy bramce wykrywające metale i ruszyłem w stronę schodów. Winda pewnie nie działała. Jak zwykle.

– Niech będzie pochwalony! – zaryczał mi za plecami szef. Jego trucht odbijający się echem po marmurowej sali słyszałem już dawno, ale łudziłem się, że chce dopaść kogoś innego.

– Do  drzwi domu publicznego puka ksiądz – zacząłem, delektując się jego zdziwionym wyrazem pyska. – Po pewnym czasie drzwi otwierają się i staje w nich mężczyzna…

– Co ty? Grave? – zaoponował mój przełożony i przeżegnał się pucułowatymi łapkami.

–…”Pochwalony”, mówi nieśmiało ksiądz – kontynuowałem niezrażony. – Na co odźwierny „ Lona wyjechała”. – Zachichotałem złośliwie, patrząc jak Sokółka pokrywa się zimnym potem. Był dewotem, a na stanowisko trafił, pomimo bycia skończonym idiotą mylącym aresztowanie z zatrzymaniem, dzięki wujkowi, lub jak twierdzą niektórzy złośliwcy, tatusiowi, wysoko postawionemu w kurii.

– No co ty Grave! Jak tak można – zaperzył się parskając na mnie. – Jak ty się Boga nie boisz!

– Bóg umarł. Nie słyszałeś, Sokółka? – wycedziłem ostro. Otarł złoty krążek na czubku głowy lnianą chusteczką, którą następnie zaczął miętosić w łapsku i mruknął:

– Zgwałconą masz pod gabinetem. Już trzy kwadranse drze ryja szmata i pracować nie daje.

– To czemuś jej komuś innemu nie dał? – spytałem lekko zdziwiony.

 – Złote szczyny – odparował. Zastanowiłem się. To taki żargon, slang. Mają go więźniowie, ale i struże prawa, choć nie są odmiennymi językami, a jedynie narzeczami tego samego pokracznego języka. „Złote szczyny” oznaczały prawdopodobne oskarżenie wobec najbogatszych, elity, włodarzy miasta. Tych oficjalnych i tych stojących za kotarą. Czyli bagno dla prokuratora. Nieopłacalne bagno, za które może polecieć jego głowa. W tym wypadku moja głowa.

– Dzięki, kurwa.- Mruknąłem. Tym razem złośliwie zachichotał mój szef.

Wspinałem się na schody. Powoli. Zluzowałem krawat. Krok za krokiem. Dłonią pieściłem starą, stalową poręcz. Dotarłem na właściwe piętro. Usłyszałem przenikliwy szloch. Obmacując kieszenie w poszukiwaniu papierosów rozejrzałem się ostrożnie. Młodziutka dziewczyna siedziała skulona i wtulona w ramiona starszego mężczyzny – na oko jej ojca – przed drzwiami mojego gabinetu. Zauważył mnie. Jego oczy rozszerzyły się. Był zarośnięty, silny i ogorzały, w starym ubraniu pamiętającym lepsze czasy. Dłonie. Miał dłonie jak bochny chleba, olbrzymie i poorane głębokimi bruzdami. Odpaliłem papierosa.

– Zapraszam – burknąłem, wydmuchując chmurę dymu i otwierając drzwi mojego i jej miejsca kaźni. „Szeol”. Wpadło mi do głowy. „Szeol jest właściwszym określeniem”.

– Chcesz zeznawać sama, czy z prawnym opiekunem? – Nie odpowiedziała, odtrąciła ramię ojca i pobiegła za mną.

Pokój ożył, gdy tylko splunąłem na czytnik DNA. Rolety podniosły się, elektroniczny barek zaterkotał i nalał mi podwójną whiskey, a lampa spod sufitu otuliła wszystko mdłym światłem.

– Siadaj – rozkazałem i wskazałem jej miejsce przy biurku Sam zasiadłem z sapnięciem w czarnym fotelu, po jego drugiej stronie. Skuliła się na krześle, pociągnęła kilka razy nosem i zaczęła wyjąkiwać pojedyncze słowa.

– Poczekaj – mruknąłem. – Prokurator okręgowy Sylvester Grave – rzuciłem głośniej. – Jest godzina dziewiąta czterdzieści jeden, przesłuchanie pierwsze, akta sprawy tysiące sto dwadzieścia łamane przez dwa tysiące pięćdziesiąt osiem.

Teraz zwróciłem się do zapłakanej blondynki:

–  Nasz rozmowa będzie video rejestrowana w celu uniknięcia nieprawidłowości. Czy zgadza się pani na to?

Pokiwała głową. Cienkie, naturalne włosy zakryły jej delikatną, owalną, bladą jak kokaina twarz.

– Musi pani odpowiadać werbalnie. – Upomniałem ja poważnie jałowym, wypranym z emocji głosem.

– Tak, zgadzam się – wychrypiała piskliwie i jeszcze niżej opuściła głowę.

– Imię. Nazwisko. Wiek. Adres – poleciłem i łyknąłem whiskey.

– Agnes Potocky. Szesnaście lat. Warszawa 17-851 ulica Bohaterów Czystek Etnicznych sześć mieszkania sto siedemdziesiąt dwa.

–  Proszę mi opowiedzieć przebieg zdarzenia.

–  To było w parku – Wykręciła sobie ręce.

– Głośniej – zaordynowałem.

–  To było w parku – poprawiła się. Każde słowo artykułowała oddzielnie. Widać gardło bolało ją po wielogodzinnym płaczu. – To było w parku Skaryszewskim. Około trzeciej w nocy, kiedy wracałam do domu, dopadł mnie, zdzielił czymś, a jak się ocknęłam, to był we mnie i dyszał w kark.

– Jak cie brał? – zadałem pytanie, powstrzymując drżenie głosu.

– Słucham?  – podniosła na mnie brązowe oczy i cicho wyszeptała.

– No jak cię, kurwa, brał! – zaryczałem i uderzyłem parę razy dłonią o stół. W dupę cię rżnął? – kontynuowałem krzycząc. – Czy po bożemu, jak misjonarz?

Znów skuliła się i jakby zapadła w sobie.

– A może na pieska, co?  – ciągnąłem ciszej i znów rozparłem się w fotelu. Poczułem mrowienie w kroczu. Zdarł z ciebie majtki, ustawił na czworaka i wchodził. Wtedy boli. Podobno. I jesteście ciaśniutkie – dodałem po przedłużającej się chwili milczenia.

– Od przodu. Był między moimi nogami. Wepchnął się. Trzymał za ramiona i włosy – urywanie szeptała Agnes.

–Głośniej! – ryknąłem.

– Od przodu. Był między moimi nogami. Wepchnął się – powtórzyła, prawie piejąc. To był głośny szloch, szloch poskładany w zgłoski brzmiący właśnie jak trel jakiegoś ptaka, który zapomniał jak śpiewać. Tyle, że nie ruszał mnie. Ani trochę. Byłem twardy, ale z zupełnie innego powodu. Opuściłem rękę na materiał spodni.

– Długo  było? Szybko skończył? – dopytywałem. – Dyszał ci coś w uszko? Że cię kocha, że pragnie, że to twoja wina?

– Nie! – krzyknęła nagle. – Spuścił się szybko! I tak! – Wstała z miejsca. – Krzyczał, że mnie kocha! Dyszał, kurwa! Potem wstał, zapiął rozporek i poszedł sobie!

Mój kutas znów stał. Masowałem go przez spodnie.

–  Ale ma pan to w papierach. W obdukcji! Nie zwraca pan uwagi na opinię lekarza bo zrobił syn Ryszarda Zaporowskiego! Cezary! Człowiek bez skazy! – darła się dalej. – To pewnie koniec i jestem wariatka, bo to szycha nie? Nie ma szans, abyś sukinsynu nawet wszczął to śledztwo – dokończyła cicho.

– Przesłuchanie pierwsze zakończyło się. Koniec nagrania – zakomunikowałem w pustkę. Wstałem, podszedłem do niej i podałem jej opróżnioną do połowy szklaneczkę whiskey. Wypiła haustem, nawet na mnie nie patrząc.

– Wierzę ci – rzuciłem sucho. – I obiecuję, że postaram się go dorwać. – Zapaliłem papierosa, pochylając się nad nią.

– Dlaczego? – spytała. – Nie mamy szans. Nie mamy szans, a pan zadrze z nimi wszystkimi.

Zastanowiłem się. Miała rzecz jasna rację: zadrę z nimi wszystkim. Z cała tą bandą na szczycie, która będzie kryła synalka prezydenta miasta, tylko po to, by tatuś znów jako kandydat niezależny od partii rządzącej wziął stolicę.

– Wierzę ci mała. – Nie było to właściwe określenia, bo dziewczyna miała ładnych parę centymetrów więcej niż ja. – Poza tym – dorzuciłem z uśmiechem w kąciku ust – Robienie przykrości takim sukinsynom jest jedyną przyjemnością, jaką mam w życiu.

Gdy wyprowadzał ją z mojego gabinetu, ojciec dziewczyny o mało co nie pogruchotał mi dłoni. Miał łzy w oczach, gdy wymienialiśmy męski uścisk rąk i nie widział, jak mocno ściska. Jąkał się, że dziękuje, że uwierzyłem, że prawo jednak istnieje, że mi pomoże.

Wierzyłem jej. Wierzyłem jej, bo mówiła prawdę, ale to gówno znaczyło. Nigdy nie podjąłbym się tej sprawy: mogłaby pogrążyć moją karierę, zaczynałem z największą szychą miasta i dysponowałem jedynie zeznaniami dziewczyny i raportem kiepskiego lekarza. Wielkie czarne gówno.

Jednak sprawa i ta dziewczyna spadły mi jak nieba. Miałem osobistą vendettę, a siedziało to we mnie jak ból w dupie. Bez skojarzeń proszę.

11.15 CST 22.09.2058 Sylvester Grave

Syn Rysia miał na imię Cezary Ryszard. Dobre polskie, prawdziwe imiona jak tołkowały nam miejskie media. I chodził do dobrego, prawdziwie polskiego liceum. Mniejsza o nazwę i numer. Ważne, że było patriotyczne i wychowywało w duchu bogoojczyźnianym. Oczywiście oficjalnie było publiczne, ale pokątnie przyjmowało tylko określoną grupę młodzieży. Synów i córki miejskich grubych ryb i korporacyjnych bonzów. Elitę. Stałem pod nim. Zadzierałem głowę wysoko, by zobaczyć napis nad ciężkimi, drewnianymi drzwiami: „Jesteśmy, czym jesteśmy – brzydcy, zdziczali, po chłopsku pazerni i amoralni, po reymontowsku bezwzględni w walce o przetrwanie, piękniejący tylko do kościoła, a i to nie w każdą niedzielę. Ale za to – ciężko nas zajebać”.

Cytat z Ziemkiewicza, wieszcza dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku, uświadomiłem sobie szybko. Zabrzmiał dzwonek, archaiczny i drążący uszy. Ze szkoły wybiegły dzieciaki bogatych rodziców. Wysocy, szczęśliwi chłopcy w czarnych garniturach, parokrotnie droższych niż mój, w białych koszulkach z cytatami z Biblii, Mein Kampf czy innych świętych ksiąg i pedalskimi, niepewnymi wyrazami na mordach. Za nimi dumnie, na kilkunastocentymetrowych obcasach, niepewnie szurały dziewczęta. Większość w cielistych rajstopkach, koronkowych bluzkach i różnych wersjach plisowanych spódniczek. Niektóre wyglądały jak harcerki: grube, zielonkawe bluzy z logami Vistuli czy Versache przepasane miały paskami od chlebaków made by Chanel czy Gucci. W tym roku, jak uświadamiała mi usilnie moja siostrzenica, była moda na stylizację na powstanie warszawskie. Jedna z nich, rudzielec o włosach pokręconych jak zwoje mózgowe niektórych tanich, androidzkich prostytutek, wpadła na mnie i cicho jęknęła odskakując. O mało co mnie nie przewróciła. Miała słodkie piegi, kościste kolana i piętnaście centymetrów wzrostu więcej ode mnie.

– Goń się, szmaciarzu – rzuciła mi spod grzywki. Po chwili spojrzała uważniej, jej zielone oczy rozszerzyły się.

– O kurwa, przepraszam! Myślałem, że to ten zbok, Karol – speszyła się. Pchał mi łapy pod bluzkę już na lekcjach nauki o jednostce.

– A ty z której klasy jesteś? – zapytała uśmiechając się i kładąc rękę na moim torsie. Mam dwadzieścia osiem lat, a ona wzięła mnie za nastolatka. Siedemnasto lub osiemnastolatka.

– trzecia D – wyszczerzyłem się. W końcu ta pomyłka może mi pomóc.– Tylko, że z Zawiszy.

– Artura Zawiszy? Tej nowej budy na prawej stronie Wisły? To co tu robisz?

– Czarka szukam – mruknąłem i poczęstowałem ja papierosem. Podziękowała i machnęła ręką wyciągając jego e-wersję.

– Zaporowskiego.

Zadławiła się dymem i oparła o mnie pokasłując. Spojrzałem na jej pełne, dziewczęce piersi. Całkiem spore, na oko rozmiar „E” o lekko zadartych czubkach. Były pełne piegów.

– Na co się lampisz. I do czego ci Czarek? – badała mnie, patrząc podejrzliwie i zakrywając czarny koronkowy biustonosz.

Kiepski ze mnie pokerzysta. To przez wzrost. Wszyscy zaglądają mi w karty nad głową. Wolałem tą wersje niż równy poziomowi podłoża blef w moim wydaniu. Więc powiedziałem prawdę. Prawie.

– Szukam go, bo mam mu do przekazania bardzo złą wiadomość.– Zaciągnąłem się głębiej.  –Zajebiście złą – dorzuciłem, widząc jej uśmiech.

– Jest tam. – Wskazała ręka na ławeczkę znajdującą się pod konarami rozłożystego kasztana. Blondynek o twarzy wyjątkowo tępej małpy siedział w rozchełstanej koszulinie, a śliczna blondyneczka o wydatnych ustach i pośladkach ujeżdżała mu energicznie krocze. Dla mnie wyglądali prawie jak rodzeństwo; może pochodzili zresztą z tej samej ampułki geotechnika. Chłopaczek drugą rękę wsadził pod spódniczkę harcereczki o długich, brązowych włosach związanych w warkocz o przekątnej mojego ramienia i regulaminowych, grubych skarpetach do kolan siedzącej obok. Ta jęknęła cicho, zacisnęła ręce na jego przegubie, parokrotnie delikatnie poruszyła biodrami i już po chwili rozpoczęła szaloną jazdę. Chłopakowi się to podobało, jego twarz złagodniała i po paru chwilach odrzucił głowę na oparcie, głośno oddychając. Był wyższy ode mnie, a to nowość i miał prawie dwa metry wzrostu. W jego dossier przeczytałem, że jest kapitanem licealnej drużyny piłki siatkowej.

Obok stało stadko młodzieży z wyciągniętymi w łapach igównami, robiąc zdjęcia, filmiki i inne memy, a następnie wrzucając je na modne w danej chwili portale społecznościowe. Część masturbowała się przez ubrania. Grupa nie była mieszana. Zdecydowanie przeważały młode dziewczyny, chłopców było niewielu. Czterech czy pięciu, licząc z Cezarym. Rodziło się ich coraz mniej, to podobno wina niemożliwości naprawiania się chromosomu Y czy jakoś tak, a nie wszystkich rodziców było stać na drogie genetyczne manipulacje. Przynajmniej nie było ich stać, gdy te dzieciaki się rodziły.

Przyszedłem tu by gnoja nastraszyć, bez tatusia, bez papugi. To dużo daje, chociaż nie do końca jest zgodne z prawem. Nie do końca, bo miałem w kieszeni wezwanie na przesłuchanie i chciałem wręczyć je osobiście. Od dwóch tygodni ma osiemnaście lat. Mogę. Zrobiłem parę kroków, głośno tupiąc lakierkami i wykonując zabawne, teatralnie szerokie wymachy nóg. Ręce włożyłem do kieszeni spodni, co nadało mojej sylwetce wygląd asymetryczny. Wygląd klauna ze starych klisz filmowych z epoki, w której istniały jeszcze cyrki.

Towarzystwo,  z wyjątkiem trójkącika na ławce, zauważyło mój mały występ i wszystkie szklane oczy kamer zwrócono na mnie. Byłem urodzonym aktorem.

– Pan Cezary Zaporowski! – wydarłem się. Siatkarz spojrzał na mnie i zsunął z siebie dziewczynę. Wyjął też dłoń z szatynki.

– Tak, czego chcesz? – spytał, wstał i zapiął rozporek. Miał sporego penisa.

– Wezwać cię na przesłuchanie do prokuratury okręgowej. – Wyjąłem z kieszeni pomiętą kopertę i wyciągnąłem w jego stronę.

– Jeśli sądzisz, że wezmę je do rąk bez adwokata, to się grubo mylisz…– zlustrował mnie spojrzeniem –… konusie.

Błąd.

Uśmiechnąłem się do niego przyjacielsko i podszedłem jak najbliżej. Patrzył na mnie z góry i chichotał. Wyciągnąłem wolną rękę i uderzyłem go w bebechy. Zabolało. Mnie także, bo na brzuchu musiał mieć niezły kaloryfer. Gdy zgiął się wpół, chwyciłem go za nos, by zmusić do zaczerpnięcia oddechu ustami i wepchnąłem zmięte w kulkę wezwanie do jego jeszcze niedawno roześmianej japy. Mogłem. Według orzeczenia Sądu Najwyższego był taki kazus.

11.25 CST 22.09.2058 Zbłąkany Pies

Witajcie w Warszawie, mieście szpanerów. Ten młody prokurator przed chwilą załatwił dzieciaka bez mydła. Pięknie i boleśnie. Odwróciłem się i odszedłem, by mnie nie zauważył. Polecono mi go. Jego oraz Abso Blaira i Maxa Powera. Wszyscy, nawet jeśli nie byli tego świadomi, dążyli do tego samego celu, a ja pragnąłem im pomóc w jego realizacji. Musiałem im pomóc. Inaczej już mnie nie będzie. Taki imperatyw stworzony w duszy przez wymierzony w moją głowę karabinek półautomatyczny i ciche słowa prośby, której nie mogłem odmówić.

Jestem Zbłąkanym Psem. Magiem ulicznym. Nie mam innego imienia. Noszę długi, ciężki płaszcz zbudowany, tak to dobre określenie, zbudowany z setek naszytych na oryginalną kurtkę, wielokolorowych łat. Skórzanych, bawełnianych, poliestrowych. Na karku, któryś z moich poprzedników pieczołowicie wkleił kawałek jedwabiu. Chyba dla wygody, ale użył do tego koronkowych, różowych majtek kobiecych. Trochę piłowało.

Rozłożyłem się na niewielkim placyku, u stóp monumentalnego budynku, którego ogromny dach, przypominający te z greckich świątyń podparty był serią kolumn uformowanych w ludzkie postacie. Pierwszy z prawej był biskup tysiąclecia ściskający dłoń przykładnej polskiej matki w długiej sukience w kwiaty. Drugi to śmiejący się Lech Wałęsa z Matką Boską w klapie. Tylko taki, jakiś wyższy, niż w rzeczywistości. Trzeci stał anonimowy żołnierz z naszywką „Narodowe Siły Zbrojne” na ramieniu. Kolumny po lewej stronie przedstawiały Karola Wojtyłę. Na pierwszej wyglądał jak piłkarz; miał krótkie spodenki i koszulkę. Wydawał się młody. Na drugiej rozkładał ręce i już jako papież dawał błogosławieństwo miastu ( zawsze myślałem, że Krakowowi) i światu… Na ostatniej deptał swoim butem wąsatą twarz komunizmu zobrazowanego jako Stalin. Kiedyś ten sam dach podpierały inne figury. Robotnice i robotnicy. Stoczniowcy, górnicy, chłopi i żołnierze Armii Ludowej. Przedstawieni byli surowo, zgodnie z kanonami sztuki socrealistycznej. Nie jestem pewien, którą wersję wolałem.

Ustawiłem parę gadżetów, w tym niewielki turystyczny odtwarzacz mp3 z wbudowanym głośniczkiem, składane krzesełko i duży, czarny kapelusz przypominający ten noszony dawniej przez żydów starozakonnych w getcie, odwrócony do góry dnem. Lwy sprzed kina Moskwa też zmieniono, uświadomiłem sobie. Teraz pomalowane na różowo stoją przed europleksem.

Rozpocząłem występ. Na początku głośno klaskałem w dłonie, by przywołać tłumek. Gdy sformował się krąg gapiów, podchodziłem do dzieci i wyciągałem im czekoladowe monety w złotych papierkach zza uszu. To pierwsza zasada: najpierw przykuj do siebie najmłodszych. Po chwili wypatrzyłem ją. Wyróżniała się z tłumu. Wyglądała na dwadzieścia parę lat, ale nie była zniszczona, ani pomalowana wyraźnymi, maskującymi wady kosmetykami. Rachunek prawdopodobieństwa.

– Studentka – orzekłem. Przyjrzałem się uważniej, chwytając jej nadgarstek i węsząc jak pies. Odsunęła się niepewnie, próbując wyrwać. Miała czarne dredy opadające wokół twarzy jak kaptur, duże oczy nieokreślonego koloru, wyraźne kości policzkowe i spory, zadarty nos. Usta. Za duże usta; nieproporcjonalne, szerokie, długie i bardzo czerwone. Uśmiechnęła się speszona i poszukała wzrokiem kogoś w tłumie. W jej policzkach pojawiły się dołeczki. Uruchomiłem ciśnieniomierz podłączony do opuszków palców, odpaliłem zauważanie szczegółów na siatkówce oka i rozpocząłem zabawę.

– Aleksandra, prawda? – mruknąłem i szarpnąłem lekko za nadgarstek, tak, by patrzyła na mnie. Nie miała tego wypisanego na czole, a na plakietce na fartuchu wystającym z plecaka.

– Studiujesz…– zacząłem. Spanikowała. Puls wzrósł. Miałem dwie opcje.

–…pielęgniarstwo, prawda? – Prawda. Trafiłem. Speszyła się. Spuściła głowę. Wstydziła się.

– Nie obawiaj się – kontynuowałem. – Teraz się dostaniesz na medycynę, wyjawił mi to duch świata. Tłum stał zafascynowany i milczący.

– Ale twój facet – mruknąłem z uśmiechem – ten wysoki, z kręconymi włosami, imię nie jest ważne, puszcza cię kantem.

Dopadł mnie po ułamku sekundy. Widziałem jak szarżował od tyłu roztrącając tłum. Kamerka na plecach i ekran na prawej soczewce okularów. Dlatego opisałem go zaskoczonej Oli tak dokładnie. Gdy starał się mnie przewrócić zniknąłem. Zostawiłem mu tylko iluzję stworzoną przez jeden z aparatów za moimi plecami. Wstał, boksując pięściami światło wirtualne. Tłum się roześmiał, ja krążyłem za ich plecami z kapeluszem, zbierając drobniaki.

12.13 CST 22.09.2013 Zbłąkany Pies

– Zejdźmy na ziemię, gdzie wszystko jest autentycznie sztuczne. Nie trzeba daleko szukać, na przykład tutaj. Mogę być szczery przed sobą w odbiciu zakurzonej szybki, zza której realność na gwarancji trochę szwankuje, jednak nie jest to powód do obaw, bo przecież obawy nie dotyczą tego, który dogadał się ze swoim obrazem i wsiąkł jak kamień w wodę pod platformą** – szeptałem siedząc w garażu i patrząc narozżarzone, wibrujące powietrze. Od godziny dwunastej nie można było przebywać pod palącym słońcem, bo zmieniałeś się w warzywko. Oczywiście dziura ozonowa, ocieplenie klimatu i tym podobne to bzdura wymyślona przez ekologów i Unię Europejską, ale od czasu kiedy paru chętnych do obalania tych tez drogą empiryczna usmażyło mózgi i pokolorowało się na różne odcienie raka skóry, nikt nie starał się zdobywać twardych dowodów kłamstw lewaków i zielonych. Nie w samo południe.

W starej budzie zbudowanej z blachy falistej, suporku i eternitu całkiem niedaleko centrum Warszawy siedzieliśmy większą grupą.  Ćpuni, bezdomni, streetworker i ja. Oraz oni. Para dzieciaków zakochanych w sobie po uszy. Ona była niewysoka i wychudzona. Krótkie nóżki, kościste biodra i zniszczone od farby i promieni UV włosy. On wyglądał jak przeciętny dresik z getta na Pradze. Szeleszcząca ortalionowa kurtka, bluza z kapturem i nogi jak pałąki od wiader wystające z podartych, dżinsowych nogawek. Był bezrobotny. Musiał być bezrobotny; pięćdziesiąt procent warszawiaków nie miało pracy, a siedemdziesiąt żyło poniżej poziomu ubóstwa.

Korpoelity które przeniosły się do ażurowych domków pod stolicę miały miejsca pracy. Pomimo stałego kryzysu i konieczności cięć. Zwolniono sprzątaczkę, ale pięciu dyrektorów nią zarządzających przenoszono do innego działu. Androidy zaś były niewolnikami.

Nikt nie patrzył na tę parkę zakochanych dzieciaków, ale każdy widział. Ten brudny żul, który wyjął butelkę taniego wina i chłeptał je łapczywie, wcale nie zwracał uwagi, jak chłopak pakuje łapska pod jej cieniutką, bawełnianą bluzeczkę z napisem „córunia tatunia”. Potem objął ją od tyłu, zadarł spódniczkę i zsunął majtki.  Nikt nie słyszał głośnego mlaskania ich warg. Przyśpieszonych oddechów. Nikt nie zarejestrował mokrego odgłosu, gdy chłopak wszedł w nią, już gotową na wszystko. Wszyscy odwrócili głowy, gdy wypięła tyłek, by było mu wygodnie. Seria szybkich pchnięć.

Dziewczęce westchnienie. Schwycił ja za kark i zamarł wyprężony, z dżinsami opuszczonymi do kostek

– Już? – spytała zawiedzionym, łamiącym się głosikiem.

Już. To koniec. Nic się nie zmieni. Nic nie zmieni ani Grave, ani Blair ani Power, a pomimo to musiałem im pomóc.

***

21.27 CST 22.09.2058 Sylvester Grave

Piłem. Na umór. Jak zawsze tylko po to, aby móc usnąć spokojnie. Pomiędzy jednym a drugim rzygnięciem lub kieliszkiem wódki usłyszałem alarm awanturującego się telefonu służbowego. Znalazłem go gdzieś pomiędzy krzesłem a doniczką paprotki, która wyzionęła ducha jakieś trzy miesiące temu i odebrałem.

– Grave – wybełkotałem. I po chwili dorzuciłem: – Zaraz będę.

*Oba fragmentu pochodzą z utworu “4 dźwięki” A.J.K.S.

** Fragment wiersza Krzysztofa Siwczyka „Wizja”.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Ja Cię proszę, jak u Googla. Z całej wioski tylko prokurator przyzwoity. A i on, szczerze mówiąc, świnia. Fajny tekst! Popieram z całego serca!

Gogola:-) freudowska pomyłka mojego telefonu:->

Planowałem stworzyć galerię paskud, prawdziwych antyhero bo, że tak to ujmę na tym portalu jeszcze tacy zbytnio nie rznęli;],
Czasem ciekawe jest obserwować jak mniejsze zło walczy z tym większym, lub takim samym. I przy okazji seks (dużo seksu) dragi i cyberpunk;]

Ciekawe opowiadanie. Na razie ma niewielki związek z częścią 1 ale rozumiem że z czasem nastąpi spłacenia wątków. Już nie mogę się doczekać, co z tego wyjdzie!

Lurker

Si;] chciałem zaprezentować bohaterów a w jednej części nie dałbym rady;] Także zbliżyć ich trochę do czytelnika.

Dziękuję za kibicowanie Lurker.

A zatem poznaliśmy już wszystkie osoby dramatu? Czyli teraz ruszamy w stronę rozwiązania kryminalnej zagadki? A może i ocalenia cyberpunkowej Warszawy przed nowoczesnością w typowej dla tego kraju formule tradycjonalistyczno-bogoojczyźnianej? Liczę, że to będzie interesujące!

Wciąż mam nadzieję na jakiś cudowny powrót Abso Blaira, jedynej jak dotąd postaci z tej historii, za którą mogę trzymać kciuki bez zastrzeżeń. Natomiast postać prokuratora-świni w pełni mnie przekonuje. Czytając opis jego przesłuchania zgwałconej dziewczyny mogłem bez trudu uwierzyć, że w wielu wypadkach tak to się odbywa. Przypomniałem też sobie, że w średniowiecznej Europie, by uzyskać od księdza rozgrzeszenie za cudzołóstwo lub seks wprawdzie z własną żoną/własnym mężem ale w okresie święta czy postu, należało dokładnie opisać zajście, łącznie z pozycjami i praktykami, jakich się dopuściło (można też było w ten sposób przyznać się do paru kolejnych grzechów, bo wszystko oprócz pozycji misjonarskiej mogło uchodzić za grzech).

Na koniec tradycyjnie zapytam, kiedy planujesz kolejny rozdział Twojej serii. Myślę, że będzie na co czekać.

Pozdrawiam
M.A.

Przyznam że prokurator mi się spodobał (i jako postać i jako opowiadanie:-) kiedy ciąg dalszy? Nie można tak ludzi w niepewności trzymać! Zwłaszcza że kolejne rozdziały krótkie i na długo nie starczają…

Mustafa

Wreszcie! dzięki Mustafa, bo bałem się, że nie będzie podobał się nikomu! Znaczy jako postać.

Zaraz, zaraz. Ja też napisałem, że prokurator "w pełni mnie przekonuje". W przypadku, jak sam piszesz: "paskud, prawdziwych antyhero" to najwięcej, na co może liczyć Sylvester Grave. Bo przecież nie na czystą i niezmąconą sympatię 🙂

Pozdrawiam
M.A.

W tej części sporo jest satyry na współczesną Polskę. Doceniam jej wartość, ale nie wiem jak krytyka naszego kraju katechetyczno-wasątego pasuje do konwencji cyberpunku. Wydaje się że Autor siłuje się z gatunkiem. Czekam cierpliwie, co dalej.

Absent absynt

Cóz Gibson i Dick siłują sie z USA, a ja, skoro przeniosłem akcje do Europy siłuję się z Polską i UE. Tyle, że czynię to trochę inaczej.

Napisz komentarz