Warsaw Cyberpunk I: Paradiso Club (Seelenverkoper) Brak ocen

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 15 minut/-y    

9.30 CST 22.09.2058 Abso Blair

Cholera jasna. Jestem już starym facetem, wiecie? Jeden z postnowoczesnych filozofów francuskich, którego nazwisko wypadło mi z głowy, opisał pokolenie dwudziestoparoletnich, zdziadziałych panów w garniturach, próbujących zgodnie z medialnym przekazem opanować świat dyspozycyjnością, energią i oddaniem firmie. Nie, nie byłem jednym z nich, a tylko naprzeciw takiego siedziałem. Jamochłon ów, święcie wierzący w to, że swoją ciężką pracą ratuje świat, heglowski absolut i całe pokolenie starszych pań z Texasu , którym zagrażają ciapaci, sprawdzał na ipadzie, srajfonie albo szajsungu najnowsze doniesienia z ryjbuka czy innych portali, które rzecz jasna były – w przeciwieństwie do telewizji czy prasy – prawdomówne i wiarygodne. Wyglądał, jakby właśnie zstąpił tu z wyższej dzielnicy i tak zapewne było. Nienagannie skrojony garnitur z prawdziwej bawełny skrywał idealne, młode i muskularne ciało szczęśliwego efektu genotechnologii. Zabójcze niebieskie oczy, lekki, parodniowy, jasny zarost, wystające kości policzkowe i gęsta blond czupryna czyniły go wręcz archetypem Apolla, Marsa i Johnnego Deppa w jednym.

Ja byłem po prostu zmęczonym, czterdziestodziewięciolatkiem, którego przemiany systemowe i ci sami co zawsze złodzieje na szczycie pozbawili marzeń, ambicji, pragnień, przekonań, miłości bliźniego i erekcji. No dobra – erekcji pozbawiłem się sam paląc tony papierosów i prowadząc bardzo niezdrowy tryb życia. W niczym nie przypominałem wysportowanych czcicieli własnego ciała, wegetarianizmu lub operacji plastycznych. Oczywiście, że wiem, że gdybym łaził na siłownię, wpierdalał bez oporów miejski trawnik – o, pardon – sałatki warzywne i rzucił ten paskudny nałóg tytoniowy i kofeinowy byłbym niczym młody bóg dobiegający pięćdziesiątki, na którego widok każda licealistka ma kisielek w majtkach. Wy w to naprawdę, kurwa, wierzycie? Ja przestałem. Jeśli jeszcze o tym nie wspomniałem to powiem to teraz – jestem łapsem. Miejskim policjantem, a ten jamochłon przede mną to korpoglina. Max Power – zajebiste nazwisko, co nie? To mój nowy partner, zaś reszta dnia też nie zamierzała być dla mnie miła.

***

17.42 CST 22.09.2058 Max Power

– „Porucznik Abso Erick Blair”, mruknął do mnie, podając ogromne łapsko. Śmierdział,  jak musiałem przyznać, imponującą mieszanką przepoconych skarpet, gorzkiego dymu tytoniowego i mokrego psa. Chociaż może tak jechał ten posterunek miejskich, „publicznych” – to słowo prawie wyplułem – policjantów, do którego mnie oddelegowano. „Witam. Dużo słyszałem o panu dobrego”, odparłem uśmiechając się. On zaś się zmieszał, uwierzysz w to? – Roześmiałem się pokazując pełny, porcelanowy garnitur równiutkich ząbków. Po chwili, jakby w zamyśleniu zacząłem gładzić śliczną elfkę leżącą w moim apartamencie, gdzieś w okolicach dawnego Pałacu Kultury i Nauki. Zataczałem koła palcem wskazującym po jej malutkiej, prawie dziewczęcej piersi,  mlecznobiałej o delikatnej, lekko przejrzystej skórze, pod którą widać było sieć błękitnych żyłek. Chwilowo nawet nie zbliżałem dłoni do powoli twardniejącego, różowego sutka, a dziewczyna i tak wzdychała i wierciła pupą na łóżku. Pierś delikatnie naprężyła się i stężała, unosząc się jakby do dalszych pieszczot. Spojrzał na nią jakoś wilczo i kontynuowałem swój monolog:

–  Rzeczywiście słyszałem o nim. Był korpolegendą, gościem który piął się całkiem nieźle do góry, strzelał kiedy mu kazano i przestępców łapał, też, kiedy mu kazano. Przykładny korpoglina, aż kiedyś mu odwaliło i przystawił broń do głowy wiceprezesa pionu.

–  To wszystko? – mruknęła, przewracając oczami dziewczyna.

–  Nie do końca – odparłem i delikatnie schwyciłem w wargi jej sutek, possałem przez chwilę wzbudzając kakofonię gardłowych jęków partnerki, a następnie lekko pociągnąłem cofając głowę by zaczerpnąć oddechu.

–  Następnie pociągnął za spust i rozbryzgał jego mózg po całym biurze. –  Dziewczyna spojrzała głęboko w oczy swojego szefa i wcale nie przejęta historią czule miauknęła: – Pierdol mnie, Max.

Musiałem przyznać, że elfka, a właściwie genetycznie zmodyfikowana dziewczyna, była naprawdę wspaniałą towarzyszką erotycznych igraszek. Wysoka i szczuplutka, z ciałem pozbawionym skaz i innych niedoskonałości. Do tego była zawsze wilgotna i chętna. I stanowiła własność korporacji, a ta postanowiła być łaskawa i oddała ją mnie, ja zaś nie mogłem odmówić prośbie, jaka wypłynęła z ust nowej zabaweczki. Jedną drobniutką nóżkę przełożyłem tak, by znaleźć się między jej udami i przylgnąłem swoim kutasem do jej kobiecości. Objąłem ją i władczo przyciągnąłem do siebie delikatne, stale omdlewające ciałko. Czułem, jak cała drży. Były zaprojektowane by drżeć, by łatwo dochodzić, by nie mieć problemów z osiągnięciem orgazmu pochwowego. Po chwili, gdy mój penis urósł do odpowiednich rozmiarów, odsunąłem lekko biodra od ocierającej się o nie spazmatycznie elfki i wślizgnąłem do środka. Była wilgotna i ciasna. Gdy byłem w niej już cały, spojrzała na mnie ogromnymi i radosnymi oczami. Rozchyliła swoje usta śmiejąc się. Następnie otworzyła je na całą szerokość, wywróciła oczy i głośno jęknęła. Byłem na skraju, wiedziałem, że jeśli nie wytrzymam jeszcze paru minut, to nie zdam egzaminu jako facet. Gówno mnie to obchodziło. Przycisnąłem ją mocno do siebie, pchnąłem po raz ostatni i odetchnąłem z rozkoszy. Miałem wrażenie, że powoli odzyskuję zmysły, szczególnie wzrok i równowagę. Zwlokłem się z łóżka nawet nie patrząc na swoją kobietę.

***

18.27 CST 22.09.2058 Abso Blair

Czekałem na tego dzieciaka pod jego koszarami, o pardon, przed apartamentowcem, w którym korpo wynajmowała mu mieszkanie, kobietę i resztę życia. Wstałem od małego plastikowego stolika ustawionego we wnętrzu hotelowej poczekalni i podszedłem do uśmiechającej się Ev – jak mówiła mi plakietka zawieszona na jej płaskim biuście.

–  Kawę podwójną poproszę. W filiżance – dodałem pośpiesznie, gdy próbowała sięgnąć po tekturowy kubek. Jeszcze miałem resztki ostatniego w zębach, a na kolejne zakąski nie wyrażałem ochoty. Gdy oddalała się, by nalać mi czarnego wrzącego po całodziennym parzeniu w ekspresie płynu, spojrzałem na jej tyłek. Na śliczne pośladki wielkości dużych grejpfrutów, które bez problemu zmieściłbym w dłoniach. Podziwiałem osią talię nastolatki – mogła mieć bowiem góra dziewiętnaście lat i chyba od razu po liceum postanowiła znaleźć robotę w „usługach”. Po chwili wahania, lekko pochyliłem się nad ladą by dojrzeć jej zgrabne nóżki. Niestety, nosiła tak strasznie popularne obecnie rurki i trampki, które pozbawiały jej chód jakiejkolwiek gracji. Gdy odwróciła się na pięcie, czar prysł. Zobaczyłem strasznie zmęczoną twarz wypaćkaną kiepskimi kosmetykami i zmatowiałe oczy.

Nie była zdziwiona tym, że na nią zerkałem. Przyzwyczaiła się, że jest tu zwykłą ruchomą wystawą dla podjaranych zapachem bogactwa samców, a ten jeden frajerzyna, był tak typowy, że aż niewidzialny. Zresztą nie mam się co dziwić. Z ryja podobny jestem trochę do nikogo. Tylko, że do wyjątkowo paskudnego nikogo: duży kartoflany nos, wiecznie czerwone policzki i zapadnięte, świńskie oczka. Cały ten pasztet okraszony nierównym, błękitnawym zarostem i podwójnym podbródkiem. Na domiar złego noszę brodę. Pomimo prawie dwóch metrów wzrostu nauczyłem się garbić i kulić w sobie. Lubię właściwie tylko moje dłonie. Duże i czerstwe, lekko zrogowaciałe, o długich palcach pianisty, obecnie w kolorze nikotynowej żółci, podobnej do ecru. Wszczepy też mam raczej kiepsko zamaskowane, całe prawe przedramię jest niekształtne, a skurcze mięśni zdradzają technoszkielet. Nie wstydzę się i najchętniej w ogóle tego bym nie ukrywał, ale muszę dostosowywać się do regulaminu jednostki. Ledwo skończyłem pić gorący, parzący płyn, gdy z windy wyskoczył mój nowy partner. Jak zawsze elegancki, podszedł do mnie prawie w podskokach. Pachniał kobietą. Pachniał pożądaniem, piżmem, seksem i drogą pościelą. Przeszłością. Coś mnie zakłuło. Nie w sercu. Znacznie niżej, w okolicach żołądka, coś jak pierwotny głód, zadawniony ból. Na widok Powera, Ev cała rozbłysła, szybko rzuciła wszystkie obowiązki i podbiegła na palcach.

–  Proszę pana! – zaćwierkała, przekrzywiając główkę.

– Tak, hm… – mruknął Max i spojrzał na plakietkę – Ev?

– Mam coś dla pana – wyciągnęła chudziutką rękę z listem.

– Dzięki, kociaczku – uśmiechnął się mój partner, odbierając kopertę i chwytając mnie za łokieć wyprowadził przez wielkie, poxiglasowe drzwi. Uwolniłem się z chwytu jednym szarpnięciem, następnie podszedłem do swojego auta, starego i służbowego grata, otworzyłem drzwi i sięgnąłem po papierosa z paczki leżącej na fotelu pasażera. Po dłuższej chwili klepania się po kieszeniach w poszukiwaniu ognia ze zrezygnowałem wyjąłem z tylnego siedzenia kevlarowy ciężki płaszcz, wyglądający trochę jak bardzo zniszczona, włoska jesionka, nałożyłem go i powtórzyłem manewr poszukiwań. Po chwili patrzyłem na Powera, zaciągając się aromatycznym dymem.

–  W sprawie tych wybebeszonych biznesmenów z centrum, co możesz mi przekazać? – spytałem.

–  Niewiele. Niczym szczególnym się nie zajmowali, średni szczebel, który gówno wie i niewiele więcej niż gówno zarabia. Ktoś ich torturował, potem zgwałcił i wybebeszył ostrym narzędziem, prawdopodobnie mononuklearną kataną. Wszystkich czterech znaleziono przy budkach kontroli wstępu do centrum, co sugeruje, że zginęli gdzieś w mieście. Na terenach wyłączonych z jurysdykcji korpo. Co robili poza centrum nie wiem. Co ich tak sponiewierało także.

– U mnie były tylko dwa trupki. Netrunnerka i wyleczony cybersajko. Cyberpscych. Obaj niedawno, ale ta sama metodyka. Jedziemy właśnie do koronera, by ich obejrzeć.

Power uśmiechnął się szeroko:

–  Zadzwonię po auto z korpo…

– …zdurniałeś synek? Chcesz się świecić w mieście dla wszystkich? Jedziemy moim. – Pokazałem mu starego, służbowego Peugeota w kolorze rdzy z wierzy Eiffla.

***

19.02 CST 22.08.2058

Poza centrum zajętym przez korporacje Warszawa wyglądała jak śmietnik. Mijali brudne, pełne ludzi i androidów ulice, przypominające trochę kocie rzygi – były równie kolorowe i ohydne. Wszechobecny fetor i smog towarzyszył im aż do prosektorium na Bródnie. Zapalili po papierosie spoglądając na wraki aut, których właściciele porzucili, je by rdzewiały tu jak mechaniczne wrzody na podbrzuszu dzielnicy. Gdy wspinali się już po schodach prowadzących do budynku, para przechodzących prostytutek otaksowała ich szybko, oceniła portfele i odeszła, donośnie tupiąc swoimi kilkunastocentymetrowymi koturnami.

***

19.12 CST 22.09.2058 Abso Blair

Dostałem w mordę. Właściwie to za niewinność. Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że miałem zadzwonić i powiedzieć, kiedy idziemy na kolację. Zdziwiło mnie, że dalej jej tak na niej zależy po pół roku.

–  Przepraszam Elen… – zacząłem.

Trzask!

–  Gwen! Gwen! – Poprawiłem się od razu. –Nie bij! – mruknąłem do niewielkiej, czarnowłosej pani koroner, aktualnie zajętej okładaniem mnie swoimi drobnymi piąstkami. Schwyciłem ją za nadgarstki i trzymając tak, uniosłem lekko do góry. Dystans między nami zdecydowanie się skrócił i poczułem na sobie pachnący goździkami oddech oraz mrożące spojrzenie błękitnych oczu.

–  To mój nowy partner, Max Power – wskazałem skinieniem głowy japiszona, który cynicznie chichotał dwa metry za mną. Nie mogąc się opanować, cmoknąłem jej nosek, na co zareagowała kłapnięciem szczęką, wycelowanym gdzieś w okolice tętnicy szyjnej. – Tak całkowicie na marginesie – dorzuciłem, jakby od niechcenia – dopiero wczoraj wyszedłem ze szpitala, kocie niecnocie. Siedemnaście pocisków mi z korpusu wyjęli. Dzięki, że pytasz.

Spojrzała na mnie podejrzliwie spod kręconej grzywki. W końcu rozchmurzyła się trochę i spytała:

–  Po co tu wpadliście? Bo domyślam się, że nie chcecie mnie zabrać na żadne korpoparty, a następnie na orgię odbywająca się na ostatnim piętrze biurowca?

–  To też – wyszczerzyłem się – ale najpierw chcieliśmy obejrzeć tą netrunnerkę i psychola.

Bez słowa przytuliła się, obejmując mnie ramionami. Nie mogła nawet złączyć rączek na moich plecach. Dopiero po chwili odsunęła się i schwyciła moją dłoń, ciągnąc za sobą.

Przeszliśmy przez ogromne, automatyczne drzwi do lodowatej, wyłożonej białymi płytkami sali pełnej przyrządów medycznych. Gwen podeszła do dwóch stołów sekcyjnych ściągając z nich prześcieradła. Zapaliła papierosa i patrząc na gliniarzy, ewidentnie nie czujących się tu dobrze, rozpoczęła raport:

– Elizabeth Frytkowsky, posługiwała się powszechnie nickiem „Tron”. Lat siedemnaście. Netrunnerka ścigana od trzech lat listem gończym wydanym przez korporacje: Hosaka, Wall Mart Stores, BP, Toyota Motor i Statoil. Do tej pory żaden łowca głów nie zgłosił się po nagrodęco sugeruje, że morderstwo było niezarejestrowane i nielegalne. Zginęła od ciosu tępym narzędziem w głowę. Następnie wielokrotnie zgwałcona, także analnie, i pozbawiona organów wewnętrznych, poprzez wyciągnięcie ich na zewnątrz przez jamę brzuszną.

Przysunąłem się trochę bliżej stołu sekcyjnego i spojrzałem w kredowobiałą twarz nastolatki. Była brzydka – mułowata, o zbyt wąskich wargach i wydatnej szczęce. Rzadkie włosy pofarbowane na błękit i poprzetykane nanodredami. Jej ciało, zmasakrowane i pocięte, stanowiło tak potworny widok, że musiałem opanować odruch wymiotny. Power za to skupiał się na szczegółach. Dokładnie oglądał dłonie, stopy, właściwie wszystko.

–  Rozklejam się chyba – mruknąłem. Power musiał to usłyszeć, bo mrugnął do mnie łobuzersko i podszedł do drugiego trupka.

–  Karl Wagner. Lat czterdzieści jeden. Przez ostatnie szesnaście lat przebywał w zakładzie psychiatrycznym w Poznaniu. Sześć dni temu opuścił go, pozbawiony większości wszczepów, jako zdrowy człowiek. Listy gończe wydane przez Monsanto i Hosakę wygasły. Do tej pory żaden łowca głów nie zgłosił się po nagrodę co sugeruje, że morderstwo było niezarejestrowane i nielegalne. Zginął od dużej dawki arszeniku. Po śmierci wielokrotnie zgwałcony analnie. Pozbawiony organów wewnętrznych poprzez wyciągnięcie ich na zewnątrz przez jamę brzuszną.

Facet wyglądał na ogolonego goryla lub niedogolonego nazistę. Całe ciało pokryte miał nic nie znaczącymi tatuażami geometrycznymi. Pusta gałka oczna sugerowała wszczep wirtualnego oka, ale morderca musiał je zabrać ze sobą.

Gdy Max zajmował się drugim, ciałem podszedłem do Gwen. Odpaliłem papierosa i patrzyłem jej głęboko w oczy, pilnując się aby nawet przez chwilę nie zerkać na kształtny jak para dużych jabłek biust.

–  Po co tu przyszedłeś? – spytała ponownie. Tylko nie wmawiaj mi, że chciałeś zobaczyć trupy, bo w nich już niczego nie ma, prawda?

–  Oczywiście, że nie ma – wyszeptałem miękko. – Ktoś naszukał się deków albo kart pamięci, a gwałt to jedynie zmyłka. Zresztą to było oczywiste od chwili znalezienia drugiego ciała. Oboje zostali bardzo delikatnie zamordowani, aby niczego nie uszkodzić. Niczego, co znajdowało się w środku. – Wydmuchałem gesty, aromatyczny dym, przez chwilę próbując formować kółka. – Wpadłem tu tylko, aby wziąć cię na grzbiet białego konia i porwać do Nibylandii.

– Teraz na serio – powiedziała, choć wyraźnie jej humor uległ poprawie.

–  Chciałem zaprosić cię na kolacje i śniadanie. – Tak, chciałem aby przyszła. Wiem, że to głupie, ale zależało mi jak dzieciakowi. – Poza tym – dorzuciłem po przeciągającej sie w nieskończoność pauzie – młodemu przyda się trochę widoku mięcha.

– Jesteś strasznie romantyczny, wiesz? – Obruszyła się delikatnie. – Mam założyć błękitną bieliznę? – Spytała po chwili przygryzając zadziornie dolna wargę.

20.10 CST 22.09.2058 Max Power

Rynny wyrzygiwały kolejne porcje burej wody wprost do rynsztoka. Abso podrzucił mnie pod hotel, ale nie miałem najmniejszej ochoty wysiadać z auta. Nie chciałem moknąć. Nie chciałem wracać do biurowca. Do mojej kobiety i moich raportów. Do mojego korporaju podlanego sosem z niezłych alkoholi.

– Nie masz ochoty prolongować naszej podróży? – spytałem i uśmiechnąłem się najszerzej jak mogłem. Mruknął coś cicho w odpowiedzi. Odpalił silnik. Czemu to zaproponowałem? Po prostu odniosłem wrażenie, że spędzimy z sobą więcej czasu, niż byśmy chcieli. To nie była szybka sprawa, a przynajmniej na taką nie wyglądała. Siedzieliśmy po uszy w gównie.

–  Proponuję Paradiso Club. Ja stawiam – dodałem z drobnym wahaniem.

–  Mówisz o tej knajpie z elektrycznymi panienkami? – spytał mnie Abso.

–  Nie tylko elektrycznymi. Partnerze – dorzuciłem przez zaciśnięte zęby. Wreszcie i on uśmiechnął się szerzej, szczerząc przesiąkniętą papierosową żółcią szczękę.

***

Warszawa przeżyła trzy wojny uliczne, w tym dwa starcia z islamistami i jedno, najbardziej wyniszczające, z androidami kierowanymi przez SI. Teraz miała dość. Dość pieniędzy by opłacać pokój, dość bezwzględności, by to robić  i dość egoizmu, by nikogo to nie obchodziło. Liberalno-psychodeliczny raj cybernetyczny.

***

20.46 CST 22.09.2058 Abso Blair

Głośna muzyka. generowana cyfrowo przez automat basowy TB303 i parę pochodnych urządzeń nie zagłuszała moich obaw dotyczących śledztwa. Zrobiła to dopiero mieszanka alkoholu i ona. W sumie cieszyłem się, że tą imprezę stawia Max Power. Paradiso Club był najstarszym i najdroższym klubem w dawnej Warszawie. Cały kompleks, bo to określenie bardziej oddawało rzeczywistość, rozciągał się na dziesiątkach kilometrów kwadratowych.

Wiele z sal było od dziesięcioleci odciętych od korytarzy. Odciętych od świata, który je zrodził, ale nie martwych. Siedziały w nich przestarzałe modele androidów seksualnych, trwały prywatne orgie, parę osób zamkniętych w sarkofagach snów marzyło. Ich mary transmitowane były, po obróbce cyfrowej, wprost na ogromne teleekrany. Uruchomiłem pierwszy z nich oszczędnym ruchem palców po dotykowym interfejsie. Jakaś szczuplutka, koścista wręcz dziewczyna śniła o tym, że jest kobietą o obfitych kształtach i ogromnych, ciężkich piersiach. Jeździła na motocyklu. Zmiana kanału. Starożytność. Chyba morze śródziemne. Kozy, oliwki i hoplici. Jeszcze raz kozy. Jeden z przyszłych diadochów bierze od tyłu spartańską królową. Klik. Facet tworzy posiadłość pełną demonów i orgazmów, gdzieś na amerykańskim południu. Odwróciłem wzrok. Wielka sala przepełniona była pieprzącymi się parami, błyskami neonów i hałasem. Wszystko działo się publicznie.

Dziś nie miałem ochoty na generowaną marzeniami pornografię, a na dziewczynę siedzącą na moich kolanach. Urzekająca – to chyba najwłaściwsze określenie. Była wysoką i szczupłą posiadaczką najpiękniejszych, długich nóg, jakie kiedykolwiek miałem okazje gładzić. Tarłem szorstką dłonią o lazurowe pończochy, a drugą wczepiłem w niebieskie cyberwłosy i delikatnie ciągnąłem w dół, by móc bez przerwy patrzeć w jej błękitne oczy, przepełnione iluzją czystych, morskich fal rozbijających się na tle nieboskłonu. Oczy lalki. Była androidką. Elektryczną, jak z pogardą nazywali takie istoty naziole i reszta tej bandy ględzącej o czystości rasy. Po chwili uwolniłem ją od swojego niecierpliwego dotyku i założyłem ręce za głowę. Miała na imię Af5o7 i właśnie zaciskała skąpą, przezroczystą pidżamkę, by zasłonić choć trochę swoje piersi rozmiaru grejpfrutów. Tak, zwieńczone były niebieskimi sutkami. Jej ciało nie miało naturalnych rozmiarów: długie ręce zakończone dłońmi o jedynie czterech palcach, wąska, osia talia mierząca może pięćdziesiąt centymetrów oraz trójkątna, uproszczona w rysach twarz nastolatki.

Całowałem każdy centymetr jej szyi a ona zaczęła odpowiadać mi cichymi mruknięciami, brzmiącymi trochę jak radio ustawione na puste fale. Spróbowałem zrobić jej malinkę, lekko zassałem wargami jej cieniutką skórę. Po paru sekundach spojrzałem. Nic. Nawet nie była zaczerwieniona. Spróbowałem jeszcze raz. Niebieskowłosa wtuliła czoło w mój obojczyk i zaczęła lekko ruszać biodrami. Do przodu i do tyłu. Znowu zlustrowałem wynik swoich zabiegów i ponownie się zawiodłem. Nie była genetycznie doskonała.

– Kurwa mać – rzuciłem wstając i zrzucając Af5o7 z kolan. Uderzyła pupą o podłogę i nawet się nie skrzywiła, ale na całe szczęście również nie brzdęknęła. Nagle wszystkie elementy wskoczyły na swoje miejsce. Miałem przed sobą od początku Mahjonga, z tym, że, tak to ujmę, złożonego z dwóch partii. Tej tutaj i tej sprzed dwudziestu lat. Komplet. Wcale nie wycinali deków ani dysków pamięci. Nie takich typowych.

– Power! – wrzasnąłem do swojego partnera, który obecnie zajmował się piersiami jakieś rudej androidki. Machnął ręką, zbywając mnie. Zapinając spodnie musiałem mocować się z zamkiem błyskawicznym, bo dłonie drżały mi z podniecenia. Podniecenia niezwiązanego z erotyką.

– Power, sukinsynu! Wiem, kurwa, już wszystko! To jasne, nie rozumiesz? Ty głupi sukinsynu, to zaczęło się dwadzieścia lat temu – Urwałem. Zobaczyłem, że przez drzwi wejściowe wchodzi dwóch osobników nie wyglądających na rozochoconych alkoholem gości. Być może przez to, że byli cali okryci fatałaszkami w stylu popkulturowych ninja, lub ze względu na fakt, że patrząc na mnie wydobyli bojowe katany.

21.22 CST 22.09.2058 Max Power

Skakała na mnie. Miała najmiększą pochwę ze wszystkich mi znanych. Zaciskała się na moim kutasie dokładnie, na całej jego długości, nie sprawiając bólu nawet żołędzi, nie napierając na nią. Nie czułem twardych uderzeń jej łona i byłem w siódmym niebie, dopóki ktoś stojący za mną nie przeciął ujeżdżającej mnie androidki na pół w feerii fioletowych iskier. Na szczęście, napastnik postanowił, że uderzy horyzontalnie a nie wertykalnie, inaczej moja lewa strona nie wiedziałaby, co czyni prawa. Dość dosłownie. Nie było krwi. Nie ochlapała mnie jucha, ona dopiero powoli wypływała z organizmu tej biednej małej… pchnięcie! Odturlałem się w ostatniej chwili pod stół do bilardu i zrzuciłem spodnie dyndające mi w kostkach. Tak było szybciej. Gdyby ninja – bo tak wyglądał ten fagas z mieczem – chciał mnie teraz zabić, to nie zajęłoby mu to długo, ale chwilowo odpuścił mi i razem ze swoim kolegą skupili się na Abso. Grubas ryczał wściekle nacierając z krzesłem w dłoni. Napastnik uchylił się przed pierwszym i drugim uderzeniem, po czym sam ciął mieczem. Ostrze świsnęło, uderzyło o prawe ramie porucznika i rozpadło się, na błyszczące jak gwiazdy odłamki. Czołgowa stal, uświadomiłem sobie. To bydle ma cyberkończynę! Sięgnąłem do kabury po swój pistolet i poszukałem wzrokiem tego drugiego. Wstałem odważniej i na ugiętych kolanach krzyknąłem do pozbawionego miecza ninjy:

– Ręce do góry! Policja!

W tym samym momencie jego kumpel zaszedł Abso od tylu i ściął mu głowę. Zacząłem strzelać. Najpierw załatwiłem bezbronnego. Trzy strzały, które miotały nim jak szmacianą laleczką. Dwa w tors i jeden w prawą nogę. Kolejny przeciwnik rozpoczął szarżę na mnie. Dziesięć metrów. Chybiłem. Chybiłem kurwa dwa razy. On ciął. Nie czułem bólu. To nie tak. Po prostu nagle musiałem trzymać pistolet jedna ręką.  Ponownie wypaliłem tym razem trafiając czysto, miedzy oczy.

21.25 CST 22.09.2058 Max Power

Kurwa mać. Niebieskowłosa androidka właśnie  wstrzyknęła mi nanoboty, które miały zasklepić ranę. Już prawie nie krwawiłem. Siedziałem i próbowałem odpalić papierosa tylko lewą ręką. Taka gra na zręczność. Nie patrzyłem na trupa mojego partnera ani na kawał mięsa, którym do niedawna się posługiwałem, a który leżał teraz dziesięć kroków za mną w lodzie. Rozpłakałem się.

– Nie martw się – powiedziała androidka i wzięła mnie w ramiona. – Twój przyjaciel nie cierpiał.

– Nie o to chodzi.– wydukałem cicho..– On nie był moim przyjacielem. Nawet go nie lubiłem.

– Więc o co?

– O to, że już rozumiem, jak wpakował się w to bagno. Zrobiłem dokładnie tak samo.

Przeczytaj kolejną część cyklu – Warsaw Cyberpunk II Prokurator

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobry wieczór,

dawno już nie mieliśmy na naszych łamach dobrego cyberpunku. Czegoś w klimacie "Łowcy Androidów" i tym podobnych dzieł (podobnych, acz nie dorównujących, bo jak wiadomo, "Łowca Androidów" jest wzorem niedoścignionym). Dziś otrzymujemy cyberpunk i to jeszcze w polskich dekoracjach, czy może raczej neodekoracjach, bo Polska i jej stolica mocno się w ciągu tych czterdziestu paru lat zmieniła. Ale są niezmienne reguły gatunku: wielkie korporacje rządzą tam, skąd ustąpiło słabe państwo. Roboty i cyborgi mieszają się z ludźmi, zarówno żyjąc wśród nich, jak i przyjmując ludzkie postacie. Ludzie zmieniają się w maszyny dzięki implantom. A wszystkim i tak rządzi pieniądz.

Z zabiegów stylistycznych podoba mi się prowadzenie fabuły z perspektywy to jednego, to drugiego detektywa. Zabawnie jest patrzeć, jak siebie wzajemnie postrzegają. Szkoda tylko, że moim zdaniem zabieg ten nie został pociągnięty dalej. Ciekawy jest też motyw cyber-dziewczyn. Skoro w przyszłości wszystko zostanie całkowicie skomercjalizowane i zrobotyzowane, to czemu nie kobiety oraz seks? Wizja przerażająca (zwłaszcza dla osób przywiązanych do idei człowieczeństwa) ale z pewnością sugestywna. I mogąca się jak najbardziej spełnić.

Przeczytałem z zaciekawieniem, czekam na dalszą część. Bo jak wnioskuję po otwartym zakończeniu opowiadania, a także po numerku "I" w tytule, ciąg dalszy raczej będzie.

Pozdrawiam
M.A.

Lubię cyberpunk więc opowiadanie przypadło mi do gustu. Kiedy można spodziewać się kontynuacji?

Lurker

Pod koniec miesiąca drogi Lurkerze. Aczkolwiek planuję dłuższy cykl- ot sam też bardzo lubię takie klimaty.

Autorze,

Cóż za lekkość i swoboda. Zazdroszczę tego luzu, naturalności i uroku wielu zdań, które zdają się być pisane bez wysiłku – jak jest naprawdę, wie tylko autor. O fabule się nie wypowiadam, bo to, jak rozumiem, cykl i jeszcze będzie czas, aby o tym pomówić. Szkoda tylko dwumetrowego brzydala, zdążyłem go już polubić, nawet bardziej niż korpoglinę, bo ten póki co nie pokazał nic, poza tym, że jest korporacyjnym gnojem (i skrupulatnie wypełniał obowiązki w prosektorium)..

Stylistycznie super. Gramatycznie: co najmniej jeden ort, który wpadł mi w oko, nim jeszcze nie rozpędziłem się w czytaniu. Konstrukcyjnie super. Do niczego nie mogę się przyczepić. To lubię.

Lubik dla Autora.

Pozdrawiam z nieskrywaną zazdrością,

Karel

Dzięki- zawsze obawiam się twoich opinii. Bywają szczere i dosyć bolesne;] Co do twojej opinii o brzydalu- to samo powiedział mi Megas;]

Ach! Szkoda niezmiernie Abso Blair'a. Podobnie jak Karel, polubiłam gościa. No, ale skoro jesteśmy w temacie cyborgów naszpikowanych elektroniką, czy bóg wie czym jeszcze, to nie spisuję go na straty. Może objawi się pod postacią androida ku mej uciesze i narobi niezłej rozpierduchy 😉

Tekst napisany sprawnie, ale treść to zupełnie nie moja bajka. Dlatego pozostawiam bez oceny, no przecie się nie rozdwoję 🙂

Pozdrawiam,
kenaarf

Szkoda, że treść to nie twoja bajka choć niezaprzeczalnie to bajka;] liczyłem, że porwę cię jej lirycznością i nie rzucisz mi sie do tchawicy jak Gwen;]
Poza tym planuję poprowadzić to trochę jak kryminał i politycal fiction. Nie pociągają cię panowie z władzą?;]

Właśnie, Koprze. Kunszt literacki mi odpowiada, dlatego z chęcią sięgnę po kolejne części Warsaw Cyberpunk.

Nie. Panowie "z władzą" to też nie moja bajka. Zazwyczaj są dość mocno pochrzanieni, a wystarczy, że ja mam już lekkie odchyły.

JESZCZE!
Eileen

W pełni popieram stanowisko Eileen 🙂

M.A.

osobiście do Autora: z różnych względów byłeś moim bohaterem negatywnym. czuję się więc przyjemnie rozczarowana. styl niby ten sam, co w "piosence" – równie wyrazisty, ale jednak jest świeżo i wciągająco. podoba mi się. to trochę jak w opowiadaniu: bohater z czasem tylko zyskuje. kto wie, może jeszcze będzie wzorem do naśladowania.

dobracowane. interesujące. czekam na część kolejną.

Santi

Zawsze miło usłyszeć że było się czyimś bohaterem;] nawet jeśli negatywnym;]

Jak można zabić jedynego sympatycznego bohatera w tej historii juz po kilku stronach tekstu? Jeszcze nawet nie zdążyłem go polubić ale czułem, że nić sympatii się nawiąże. No tak się nie robi.

Nawet George R.R. Martin zgładził Neda po jakichś 700 stronach gdy czytelnicy zdążyli go pokochać. Abso zginął stanowczo za szybko przez co efekt dramatyczny jest słaby. No i został ten ćwok Max Power. Gość równie nie przekonujący jak jego imię i nazwisko. Trudno będzie z tego wyjść, oj trudno. Dlatego choć lubię gatunek i styl tego opowiadania, najwyższej noty dać nie mogę.

Mustafa

Cytując jednego z bohaterów Dostojewskiego " To je żywot a nie sentymentalnyj roman".. A tak na serio staram się stworzyć smutny, przerażający świat, gdzie dobrzy zostaną słusznie ukarani to raz. To dwa, że to nie jedyni bohaterowie cyklu; w części drugiej pojawią się kolejni( ostatni). Po trzecie pamiętaj, że to cyberpunk, czyli "wypłaszczyli go" a uciekł.

p.S Martin wcale nie zabił Ogara! to tak co do tego pisarza wkręt.

Dlatego pisałem o Nedzie, czyli o Eddardzie Starku, którego jak najbardziej zgładził:-)

Mustafa

Napisz komentarz