Piosenka zza rogu ulicy 2/2 (Seelenverkoper)  2.59/5 (9)

12 min. czytania
Źródło: pixabay.com

Źródło: pixabay.com

Przeczytaj pierwszą część cyklu

Usłyszałem szelest kroków stawianych bosymi stopami, parę metrów za mną, na drewnianej podłodze malutkiego tarasu. Mogło to być albo stadko wygłodniałych myszy polnych robiących rajzę na nieostrożnych turystów, albo ona. Moja Maria. Chryste, jak to pięknie brzmi. Odłożyłem brzytwę, którą się goliłem – zresztą za bardzo mi dziś drżały ręce i starłem resztkę piany z twarzy szorstkim ręcznikiem. Znów rozbolało mnie prawe przedramię. Objęła mnie od tyłu w pasie i zamruczała zachwycona.

– Dzień dobry bardzo! – rzuciłem ze śmiechem do niej, ale i do całego świata, który się znajdował wokół mnie. Przed nami. Uwolniłem się z uścisku, obróciłem ją do siebie i chwyciłem za przedramiona.

– Wiewiórka – wyszeptała do mnie.

– Co proszę? – spytałem zdezorientowany.

– Na drzewie siedziała wiewiórka – powtórzyła, siląc się na powagę. Była ruda i urocza – skwitowała po chwili Maria Rachela, marszcząc nos i przekrzywiając trójkątną główkę.

W odpowiedzi zaniosłem się śmiechem. Głębokim, gardłowym, wydobywającym się z głębi trzewi. Stała chichocząc i skromnie zakładając ręce za plecy.

– Wiedziałam, że cię rozbawię. – Spoważniała momentalnie. Obdarzyła mnie pięknym, długim i wymownym spojrzeniem wymierzonym spod kręconych włosów.

– Byłeś taki smutny, gdy rano robiłeś śniadanie i włóczyłeś się po domku.

– Myślałem, że drzemałaś – mruknąłem cicho. – Nigdy cię chyba nie przejrzę do końca. Chodzi o to – precyzyjnie dobierałem słowa, tłumacząc się jak winny zbrodni przeciwko ludzkości – że to, przed czym uciekałem, dopadło mnie. Nawet tu. W Zagubinowie. I wpadłbym w panikę, gdybyś nie spała tak spokojnie – urwałem. Przez chwilę dreptała w miejscu, w końcu oparła się o barierkę i zapatrzyła w zieleń drzew, lekko już ściętą pierwszymi zimnymi nocami.

– Uciekamy dalej – podjęła decyzję i zacisnęła i tak wąskie usta.

***

Pakowała się. Miała zadziwiająco mało bagaży, ale nie potrafiła znaleźć połowy z nich. W międzyczasie wyrwałem parę kartek z książki serwisowej Citroena i zacząłem pisać, patrząc jak zwija się i prawie tańczy po domku. Zrobiła piruet. Włosy zawirowały niczym burzowa chmura. Cieszyłem się, że nie miała manii ich prostowania. Nie wiem skąd ona się w ogóle bierze. Czy to odbicie pierwotnej niechęci do wyróżniania się z tłumu objawiające się nam w szarości, skromności i braku indywidualizmu? Czy to tylko moda, jak paskudne, czarne brwi do platynowych kudłów? Potknęła się o skraj wytartego dywanika, zrobiła parę kroków na piętach, jednak po kilku wymachach ramion odzyskała równowagę. Podziwiałem jej nagie, napięte łydki i długie, białe wieże ud.

***

Kugel. Zdążyła zrobić Kugel zanim wyjechaliśmy i obecnie karmiła mnie nim, łyżka za łyżką. Co chwila zabierała mi kolejne porcje tuż sprzed ust i chichotała złośliwie, gdy nie mogłem ich sięgnąć. Musiałem w końcu patrzeć na drogę, bo nie chciałem nas zabić. Jej zabić.

Kugel to taka zapiekanka, robiona z cebuli, czosnku, ziemniaków, odrobiny mąki i mięsa drobiowego – naprawdę przepyszna i o intensywnym zapachu, który wypełnił całe auto.

– Moja babcia zawsze taką robiła – wyjaśniła mi w końcu Maria Rachela, gdy cała potrawa wylądowała w naszych brzuchach albo na tapicerce. Pamiętam jak ojciec opowiadał, że zaserwowała go milicjantowi, gdy faraon Wiesław zamarzył o jego emigracji – ciągnęła. – Ostatecznie tato został na uniwersytecie, ale wielu znajomych musiało zniknąć z kraju. Potem nauczyła mnie, co z czym. No wiesz – kopnęła moje udo stopą w samej skarpetce, gdy dostrzegła uśmiech w kąciku ust – jak się robi kugel.

Poprawiła się w fotelu pasażera, położyła stopy na moich kolanach i oparła głowę o szybę.

– Odeszła dwa lata temu. Ojciec zmarł trzy miesiące po niej. Był nieuważny – szepnęła i już nie zamknęła ust. Dolna warga zaczęła drżeć, zresztą cała Maria drżała. Był nieuważny – kontynuowała, gdy złapała oddech – i nie przewidział, że jakiś bęcwał w ciężarówce uśnie za kółkiem.

Schwyciłem ogromną łapą jej drobną dłoń i uścisnąłem. O przednią szybę rozbiły się pierwsze, duże krople deszczu.

– Jesteś chory, prawda? – Przerwała milczenie i wbiła we mnie błękitne oczy.

– Moi dziadkowie byli barwnymi postaciami. – Uciekłem, zmieniając temat – Sekretarz wojewódzki i bohater Gdańska z siedemdziesiątego…

– Jesteś chory, prawda? – powtórzyła z tym samym wyrazem twarzy. To coś związanego z twoją ręką?

– Tak – burknąłem w końcu zmęczonym głosem. To tumor Ewinga. Rak kości, zazwyczaj dotykający ludzi przed dwudziestym piątym rokiem życia. U mnie po prostu późno się zorientowali.

– Bardzo boli? – spytała cicho. Teraz to ona zaciskała obie dłonie na mojej.

– To nawet nie o to chodzi – powiedziałem zamyślony. – Obecnie jedyną metodą leczenia – parsknąłem złośliwie – jest amputacja razem z węzłem chłonnym pod pachą.

– Bez tego… – zaczęła i nie skończyła pytania.

–… bez tego zostało mi może dwa miesiące życia. Jeśli upierdolą mi prawą rękę – cedziłem powoli – i podadzą silną chemię, taką co mnie praktycznie wykastruje, to mam szansę na pięć lat. I tak są przerzuty – dodałem po dłuższej chwili, gdy w aucie zapanowała grobowa cisza.

– Czyli będziesz ze mną na mojej studniówce, przyniesiesz mi kanapki na każdą przerwę w pisaniu egzaminów maturalnych i piwo, gdy będę wymęczona wychodziła po wszystkim – Maria przerwała milczenie.

– Zatańczymy poloneza i spędzimy razem najdłuższe w życiu wakacje – kontynuowała, mierząc we mnie palcem – pieprząc się codziennie.

– Mogę nie dać rady – burknąłem, nadal będąc w złym humorze.

– Nie wytrzymasz ze mną do matury? – Udała zdziwienie i znów kopnęła mnie lekko w biodro.

– Wiesz, że nie o tym mówię – zaoponowałem, ale nie umiałem się już złościć. Nie, kiedy pruliśmy razem pustą, mokrą drogą.

– Będę komicznie wyglądał – ciągnąłem – z jednym rękawem marynarki zawiązanym na supeł w połowie, tańcząc wśród twoich rówieśników po złej stronie. Właśnie zobowiązujemy się, do wymyślenia własnego układu, całkiem szalonego, na złość wszystkim. Na naszym ślubie będzie jeszcze gorzej.

Odwróciła nagle głową i zastrzygła uszami.

– Chcesz się ze mną ożenić? – spytała z zauważalnym napięciem w głosie.

– Tak. Co się dziwisz, ty nie masz na to ochoty?

– Jasne! Najbardziej. – Uśmiechnęła się i rzuciła, by mnie objąć. Gdy jej się udało, targnąłem kierownicą i zjechałem na przeciwległy, pusty pas ruchu. Waits smutno wyrykiwał: catch the tears of a widow in a thimble made of glass tell your mama and papa they can kick your ass. Jej delikatna dłoń zawędrowała na wysokość paska. Rozpięła go. Potem trzasnął guzik dżinsów. Odepchnęła się od mojego ramienia i z cichym sapnięciem opadła na fotel pasażera.

– Zauważyłam, że mu się podobam – mruknęła cicho i wskazała na moje krocze. Ciekawe, czy to też – dodała jakby bardziej do siebie. Burn down all those honeymoons put em in a pillow case and wait next to the switch blades at the amusement park for me. Zdjęła skarpetki i położyła gołe stopy na moich bokserkach. Oderwałem wzrok od drogi, która zaczęła ginąć w deszczu i zaryzykowałem spojrzenie w dół. Nie pomalowała paznokci. Drobnymi palcami wyciągnęła na wierzch penisa. Nie było to trudne, bo stał już napęczniały i gotowy.

– Chyba przekraczasz średnią – mruknęła ukontentowana i przejechała podbiciem po mojej żołędzi. Spanikowany spojrzałem na licznik, zanim zdałem sobie sprawę, że nie o tym mówiła. And i’ll whittle you a pistol for keeping nightmares of the blinds.

Odlatywałem siedząc za kierownicą samochodu, to się chyba paradoks nazywa. Przesunęła zewnętrzną częścią stopy po żyle biegnącej pod spodem całego mojego prącia. Westchnąłem. Zauważyła to i ścisnęła główkę pomiędzy paluchem i kolejnym palcem. To nienormalne, że nawet dotyk jej stóp doprowadzał do wrzenia. Wzięła go pomiędzy miękkie podbicia stóp i zaczęła je przesuwać. W górę i w dół. Jeszcze raz. Zacząłem podrzucać biodra pomagając jej. Opony zapiszczały, bo nie mogłem opanować rąk ani dreszczu, który mną targnął, gdy penis strzelił spermą.

Gdy odzyskiwałem zmysły zaciskając łapska na kółku, zobaczyłem, jak wyciąga z kieszeni chusteczkę jednorazową. Nachyliła się nad moim kroczem, zakładając pasemka niesfornych włosów za uszy i delikatnie wytarła nasienie ze spodni i prącia. Potem poklepała mój penis po główce jak ukochanego psa i wsadziła z powrotem do bokserek. Deszcz coraz mocniej bił o szyby auta. Włożyła czubki palców do ust i oblizała je cicho mlaszcząc.

And lay down here beside me let me hold you in the dirt and you’ll tremble as the flames tear the throat out of the night sink your teeth into my shoulder dig your nails into my back – wyrykiwałem razem ze starym alkoholikiem po lekko niewłaściwej stronie drogi.

***

Zatrzymaliśmy się na poboczu, gdy wycieraczki nie nadążały z utrzymaniem przejrzystości przedniej szyby. Krople waliły w dach jak w bęben i wkrótce przestaliśmy rozmawiać, znudzeni ich przekrzykiwaniem. Maria wpatrywała się we mnie. Ciągle i wciąż. Wyłuskałem papierosa, wygniotłem go w palcach układając równomiernie tytoń i zapaliłem. Nie uchyliłem nawet okna, nie chciało mi się. Wciągnąłem głęboko dym w płuca, jak bierze się pierwszy, poranny oddech, odpiąłem pasy bezpieczeństwa i przytuliłem do niej. Trąciłem jej duży, grecki nos swoim i zbliżyłem wargi do cieniutkich ust.

– Kocham cię – wyszeptała i wpiła się zachłannie wargami w moje. Wydmuchałem wprost do jej gardła gorzki dym, a ona po kilku sekundach wypuściła go nosem. Samochód zapachniał tytoniem i jej pożądaniem. To była naprawdę piękna mieszanka – ostra woń piżma i słodki posmak moreli – płynąca z okolic jej krocza, odurzała mnie intensywnością. Jej ciało chciało być ze mną. Ona chciała być ze mną jak kobieta z facetem. Przeraziłem się i przerwałem pocałunek. Zobaczyłem zdziwienie w jej oczach. Nie żal, a zdziwienie.

– Przestało aż tak lać – zełgałem. Musimy jechać – dorzuciłem, parząc w jej niebieskie oczy i powoli, na oślep, ruszyłem starym Citroenem XM.

***

Minęliśmy kościół. Prawie. Zatrzymałem się, by przepuścić wrześniowy, jeden z ostatnich w tym roku, kondukt weselny. Pierwszy z bram parafialnej posesji wyjechał, warcząc donośnie z braku tłumika, biały mercedes ozdobiony tandetną muchą, cylindrem i złotymi balonikami, a za nim sznureczek czyściutkich, wypastowanych aut gości weselnych. Ruszyłem powoli za nimi, trąbiąc równie głośno jak wszyscy. Maria śmiała się w głos, odrzucając do tyłu głowę i tupiąc piętami o podłogę. Złapała mnie za ramię i cmoknęła w policzek. Minęliśmy ich, gdy zjeżdżali do małej knajpki „Red Dragon”, gdzieś przy trasie znikąd do wielkiego miasta. Szukałem czegoś wzrokiem, wpatrując się w chodnik biegnący wzdłuż drogi. Staruszek odpowiedni do moich celów przycupnął pod rozłożystą lipą na poboczu. Zahamowałem, włączyłem awaryjne i wyskoczyłem, by podbiec do niego. Po drodze kuliłem się z powodu kropel wpadających mi za poszewkę.

– Kto to dzisiaj brał ślub? – spytałem wyciągając porozumiewawczo paczkę papierosów. Spojrzał na mnie nieufnie mrużąc oczy i strosząc brodę.

– Nie poznaje mnie pan? Syn Wieśka jestem. Mój stryj ma tu gospodarstwo, o tam – machnąłem ręką gdzieś za niego.

– Nie no, poznaję – mruknął staruszek i sięgnął w stronę Lucky Strike’ów. Połknął łgarstwo, chyba tylko dzięki mojej szczerej, prawdziwie chłopskiej twarzy.

– To córka Eweliny z Halików, Gabriela zaciążyła z Łukaszem Ogrodnikiem. Dlatego dopiero we wrześniu biorą ślub – wyjaśnił mój rozmówca ze szczerbatym uśmiechem.

– Dzięki – mruknąłem i pognałem z powrotem do auta. W połowie drogi jednak znów zawróciłem na pięcie. Jak każdy prestidigitator potrzebowałem rekwizytów.

– Przepraszam, pożyczyłby mi pan swoją marynarkę?

***

Przebieraliśmy się na rozłożonej, tylnej kanapie Citroena. Dziewczyna wyginała się jak fryga, ściągając ciasne dżinsy. Znieruchomiałem i podziwiałem piękne pośladki, obleczone jedynie w błękitne, koronkowe figi, specjalnie podsunięte tuż pod czubek mojego nosa. Cmoknąłem prawy, po czym uszczypnąłem go zębami. Odwróciła się i uklęknęła przede mną. Półmrok niewiele ukrywał. Powoli ściągała przez głowę sweter, a ja omiatałem wzrokiem jej niezbyt płaski brzuch i gwiazdozbiór sporych pieprzyków na żebrach. Gdy wylądował razem z koszulką, gdzieś na przednim siedzeniu, zobaczyłem Marię w samym biustonoszu. Nie był duży, ale nie znam się na rozmiarach. Jej piersi pewnie zmieściłbym w dłoniach, a lewą, która wyglądała na mniejszą, możliwe, że i w ustach. Miałem duże usta. Parsknęła i zdmuchnęła włosy, które opadły na czoło. Podałem jej sukienkę w maki i sznurowane sandały, a sam założyłem marynarkę należącą wcześniej do starszego pana.

***

Drapałem się jak szalony. Tweedowa marynarka w jodełkę doprowadzała mnie do szału. Ściągałem łopatki, starając się przesunąć ciało względem materiału. Nie działało. Zaryzykowałem nawet ocieranie się o drewniany wspornik, ale Maria zbulwersowana takim zachowaniem znów wciągnęła mnie na parkiet.

– Przestań – wyszeptała mi do ucha stając na palcach – bo wreszcie się domyślą.

Tak. Wkręciliśmy się na wesele całkiem obcych nam ludzi. To wcale nie takie trudne. Wystarczyło głośno rozmawiać o urodzie panny młodej i o tym, jakim kozakiem jest jej mąż. Znaliśmy ich imiona, a to znacznie więcej niż pamiętała pijana banda wujków, ciotek i dalszych krewnych, często widzianych po raz pierwszy w życiu. Bawiliśmy się wybornie.

– Jestem świetnym kłamcą – rzuciłem jeszcze ciszej i ugryzłem płatek jej ucha.

– Mnie też oszukujesz. – Spojrzała wymownie.

– Niestety. – Uśmiechnąłem się smutno. – Ty nie dajesz wiary moim łgarstwom. Prawda?

Pytanie zawisło niezręcznie między nami. Poprawiłem ramę ramienia, w której była zamknięta już przez dwa walce i jedno, chyba, tango i zawirowaliśmy z dala od lepkich rąk „stryjków Januszów”.

W następnym tańcu, do dźwięków disco polo z lat dziewięćdziesiątych, powoli podnosiła sukienkę, wcale na mnie nie patrząc. Najpierw do kolan, potem do połowy uda, a na końcu lekko zarzuciła materiał ze swojego tyłka, po to, by pan młody mógł zobaczyć jej rozkoszne pośladki w niebieskich majtkach. Gówniarz wybałuszył oczy i tak feralnie nadepnął swoją świeżo poślubioną małżonkę, że ta zgubiła pantofelek. Pokręciłem głową i przyciągnąłem ją do siebie. Palce prawej dłoni pieściły linię dziewczęcego kręgosłupa, skupiając się kolejno na każdej kosteczce, na którą natrafiły.

– Jesteś o mnie zazdrosny? – spytała gardłowo i położyła mi palec na nosie.

– Jak jasna cholera – mruknąłem ochryple. Mam ciebie tak mało – dodałem, niewinnie patrząc w górę na bibułowe girlandy i chwytając w dłoń jej prawy pośladek. Poczułem, jak kurczy się i twardnieje, bo zaskoczona Maria napięła wszystkie mięśnie.

Przerwał to jakiś facet pod czterdziestkę, który zaciągnął nas pod beczułkę z bimbrem i nalał pełne kieliszki złotawego płynu, bo jak twierdził, musi się napić z dawno niewidzianą rodziną.

Potem złapała welon, a ja wyrwałem jakiemuś nieszczęśliwcowi krawat, uprzednio wyprowadzając piękny, lewy sierpowy w jego szczękę i posyłając go na deski parkietu. Tańczyliśmy jeszcze długo po tym, jak przebrzmiała nasza piosenka. Udawaliśmy. Pomimo tłumu i mijając się z rytmem.

***

Usnęła zmęczona. Nie budziłem jej nawet. Poszedłem zebrać parę przydrożnych, jesiennych kwiatów – głównie aksamitek i spóźnionych chabrów, by wręczyć jej po przebudzeniu. Te błękitne były ukochane przez starożytnych Greków i według niektórych podań miały oznaczać powrót. Podobno wyrosły dla Odysa nawet na wyspie Kirke. Złożyłem także w czworo parę kartek papieru pochodzących z książki serwisowej i upchnąłem je w portfelu.

***

Wsiadłem do auta, po tym jak zatankowałem do pełna i spojrzałem na Marię Rachelę. Na jej twarz pełna piegów i miłości do mnie. Na długie i szczupłe nogi, znów przełożone przez otwarte okno. Włosy pełne porannego słońca. Na kobietę mojego całego życia. Nerwowo poklepałem się po kieszeniach.

– Zapomniałem papierosów. Jestem padnięty i bolą mnie kości – dorzuciłem po chwili. Kupisz je dla mnie? Sięgnąłem po swój portfel i wcisnąłem w jej drobne dłonie. Czerwone Luckies.

– Dobrze – odrzekła i wysiadła, zabierając ze sobą bukiet polnych kwiatów.

Gdy tylko zniknęła za oszklonymi drzwiami, spod fotela wyjąłem papierosy i wyłuskałem jednego z nich.

– Przepraszam – wyjąkałem w eter i odpaliłem silnik. Powoli budził się do życia wymrukując, na razie spokojną, pieśń długiej podróży. Wrzuciłem jedynkę i wyjeżdżając na autostradę zobaczyłem jak wypada za mną. Nie goniła auta, ani nie krzyczała w głos. Stała i patrzyła. Zmalała, a potem zniknęła w lusterku. Rozpędziłem wkrótce XMa do stu kilometrów na godzinę. Wrzuciłem płytę w odtwarzacz i zaciągnąłem się dymem papierosowym. Komety, zespół pochodzący z okolicznego miasteczka, dzielnie walił w perkusję i fałszował gitarami elektrycznymi. Sto czterdzieści. Ostatni oddech, ostatni szept Chciałbym wiedzieć, o czym teraz myślisz. Dwieście dziesięć. Citroen zaczynał się dławić i parskał jak wierny koń Don Kichota.

– Jeszcze chwilę malutki – uspokoiłem go. Odwdzięczył się chóralną mantrą wszystkich cylindrów, gdy zjeżdżałem na niewłaściwą stronę drogi.

Chciałbym umrzeć jak James Dean

Chciałbym umrzeć jak James Dean

***

Przyśpieszyłam. Burn down all those honeymoons put em in a pillow case. Kolejne słowa piosenki płynęły zza rogu ulicy. Nie wierzyłam. Wiedziałam, że to nieprawda. Kłamstwo. To już pięć lat. Pięć cholernie długich i samotnych lat bez niego. And wait next to the switch blades at the amusement park. Minęłam róg ulicy i rozepchnęłam tłum otaczający ulicznego grajka.

For me – wymruczał i przerwał śpiew. Spojrzał na mnie. Tylko, że to nie był on, a jedynie jakiś chłoptaś w skórzanej kurtce, który rzucił się z kapeluszem, by zgarnąć trochę drobnych.

Wykorzystane piosenki to: „Chciałbym umrzeć jak James Dean” – Komet i „Wrong side of the road” – Toma Waitsa.

Amando Ero – przepraszam.

*

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Podobało mi się, szczególnie zakończenie.

P.S. Weselny jest orszak, kondukt żałobny. Chyba, że to ironiczne i zamierzone.

Tak to było zamierzone. Jedyny błąd jaki (ponownie) popełniłem to ten z autostradą. One nie mają pasów. A wystarczyło zamienić na trasę szybkiego ruchu. Dzięki Swiss za ocenę.

Seelenverkoperze, skoro widzisz swój błąd, to nic nie stoi na przeszkodzie, byś go poprawił – blogger daje Ci przecież możliwość edycji Twoich opowiadań – także tych już opublikowanych.

Pozdrawiam
M.A.

A nie lepiej było wybrać np filar wiaduktu, których na autostradzie jest dużo, a nie zabierać ze sobą innych ludzi jadących z naprzeciwka?
Pozdrawiam
2andreas

Bardzo dobre opowiadanie. Jedyny mankament to to, że tekst został podzielony na dwie części (pierwszą mieliśmy okazję przeczytać całkiem nie dawno). Gdyby zbić to w całość byłabym zauroczona.
Jak na prawdziwego Dziadka przystało, bohater jest i mądry i głupi. Doświadczenie i, chyba trochę empatii jakby nie było, u bohatera (to ta mądrzejsza strona), powodują, że decyzję uważam za słuszną. "Demencja starcza" wraz z choróbskiem (mogą powodować chwilowe ogłupienia) wypaczają zdroworozsądkowe podejście do życia i z tej perspektywy uważam, że zrobił błąd.
Odebrał sobie szczęście tym samym zabierając je Marii. Owszem, miało być na krótko, ale jednak… Lepsze pięć minut radochy niż miesiąc katorgi. Czy to rzeczywiście akt odwagi, czy może bezgranicznej głupoty – ciężko stwierdzić.
Najgorsze, że nie pozwolił jej zadecydować. Co z tego, że oglądałaby go niekompletnego, osłabionego, zmienionego – może wtedy sama by to wszystko rzuciła w diabły. Męskie, popieprzone podejście do życia, którego nigdy nie zrozumiem.
No, jak się nie obrócisz, dupa zawsze z tyłu, bo i koniec byłby jeden. A co wokół niego, co przed nim… Dla niektórych ma to znaczenie.

Pozdrawiam,
kenaarf

Pierwsza część bardzo mi się nie podobała. Ta jest o niebo lepsza! Ciekawa koncepcja, urzekła mnie ta fragmentaryczność. Nic tu nie jest dokończone ani pewne. Gratulacje! 🙂
Eileen

Fragmentaryczność jest spowodowana tym, że chciałem wszystko lekko naszkicować, tak, jak szkicuje się suchymi pastelami. Po drugie parę rzeczy pozostawiłem do rozstrzygnięcia dla czytelnika( tak jak zauważyłaś)- min. to co Konstantyn napisał na tych kartkach, które jej dał.

Zakończenie intrygujące.

Wciąż jednak nie widzę sensu podzielenia tej krótkiej w sumie historii na dwie części. Można było spokojnie opowiedzieć wszystko w jednym opowiadaniu, Czytelnicy nie byliby zawieszeni w próżni po pierwszym rozdziale.

Motyw choroby nadał nieco dziwnemu bohaterowi tragiczny rys. Jego wybór jest dla mnie zrozumiały. Nikt nie ma obowiązku przedłużać swej agonii, zwłaszcza, że byłaby to agonia na oczach ukochanej osoby. Wybrał rozwiązanie honorowe – w starożytności uważano samobójstwo za najszlachetniejszy rodzaj śmierci, jako formę "dobrego umierania". Grecy i Rzymianie mieli mnóstwo opowieści o samobójcach, a nawet o ludziach, którzy wręczali swym śmiertelnie chorym bliskim miecz, dodając przy tym "Gdybyś znalazł się w chwili, gdy nieodzowne będą usługi przyjaciela". Później z powodu chrześcijaństwa zatraciliśmy tamtą tradycję, ale warto ją odkurzyć. Zwłaszcza, że nawet po wielu triumfach medycyny wciąż wielu z nas jest skazanych na długotrwałą śmierć w szpitalu i "uporczywą terapię", która niby nie jest obowiązkowa, ale i tak lekarze opętani wiarą w świętość każdego życia (a także uświęcającą moc cierpienia) uparcie ją stosują.

Dobre opowiadanie, oparte przede wszystkim na nastroju. Wszystko służy jego kreowaniu: prosta historia, bohaterowie zakreśleni kilkoma grubymi kreskami. Klimat udało się utrzymać i to decyduje o wysokiej nocie.

Pozdrawiam
M.A.

To my sami postawieni pod murem, niejednokrotnie chwytamy się tego życia. Bohater nie był jeszcze w stanie agonalnym, miał czas aby skorzystać z tego, czy owego. Idź na oddział onkologiczny gdzie leżą dzieciaki, nauczą Cię bardziej optymistycznego podejścia – one rozumieją o wiele więcej niż dorośli.

Ja nie wiem- przez parę lat pracowałem na oddziale paliatywnym jako wolontariusz. Oni byli wściekli. Szaleli gryźli, rozbijali głowy. Pluli, odmawiali jedzenia.
Rozumiem Greków i Rzymian- nawet stoicy i epikurejczycy mówili o samobójstwie jako leku, gdy życie stało się nieznośne.
Kenaaf- nie zrozum mnie źle, nie bronię bohatera, tylko sam się zastanawiam nad tą kwestią. Ale, chyba obie postaci o tym wiedziały. Maria chyba wiedziała o tym, że Konstantyn kłamie zgadzając się. Oba wyjścia były złe- nawet ciężko tu mówić o mniejszym złu. To prawie jak opowiadanie Sapkowskiego o Wiedźminie pod tym samym tytułem.

Sam jestem na tyle upartym sukinsynem że z radością i uśmiechem na ustach zniszczyłbym życie paru osobom i rzutem na taśmę próbował poprawić swoje;] ale ja to ja a nie bohater.

Żeby była jasność: jestem za eutanazją. Ale Konstantyn, według mojej opinii, że się tak wyrażę, nie nadawał się jeszcze do złotego strzału.
Co do Twoich doświadczeń, Koprze – specjalnie wspomniałam o dzieciakach. Nigdy nie oberwałam resztkami jedzenia, nie usłyszałam ani jednej przykrej uwagi i nikt nie próbował mnie gryźć. Może miałam, źle pojęte, szczęście…
"Rozumiem Greków i Rzymian- nawet stoicy i epikurejczycy mówili o samobójstwie jako leku, gdy życie stało się nieznośne" – gdyby dzisiaj zastosować tę zasadę, to mielibyśmy plagę samobójstw.

kenaarf
Mocne słowa w pierwszym zdaniu.
Eutanazja to albo samobojstwo, albo morderstwo.
Samobójstwo- wtedy gdy człowiek jest w pełni świadomy i sam sobie zadaje śmierć, oczywiście tam gdzie prawo na to zezwala.
Morderstwo- jęśli człowiek jest nieświadomy i decyduje rodzina.
Mam nadzieję, że chodziło ci właśnie o samobójstwo, a nie o eutanazję szeroko pojętą. Takie stwierdzenie kłóci się z tekstem o dzieciach chorych na raka. Jedna chemia kosztuje kilkadziesiąt tysięcy- i co z tego?
Myślę, że każdy chce żyć jak najdłużej.
Wiem z autopsji.
2andreas

Andreasie,

jesteś tu zbyt pryncypialny. Życie jest zbyt różnorodne, by można było uporządkować prostymi zasadami. Eutanazja nie musi być morderstwem – może być aktem łaski. Rozumieli to już średniowieczni, którzy nazwali sztylet do dobijania śmiertelnie rannych żołnierzy "mizerykordią" – bronią przynoszącą koniec niepotrzebnych cierpień. Eutanazja ma podobny cel – położenie kresu cierpieniu. Nieprawdą jest, że "każdy chce żyć jak najdłużej". Ludzie w końcowej fazie raka przeżywają męczarnie, które odbierają im chęć życia. Czasem łatwiej przyjąć śmierć niż znosić katusze, które i tak niczego nie zmienią, a więc nie mają żadnej wartości. No i są też chorzy nieświadomi, którym nauka nie daje najmniejszej szansy powrotu do zdrowia i świadomości. Ich odłącza się od aparatury podtrzymującej życie – nie jest to eutanazja w sensie stricte, ale działanie o takim samym skutku. I bynajmniej nie sposób nazwać tego morderstwem. Podobnie jak przerwanie uporczywej terapii na życzenie rodziny. To są dramatyczne decyzje i dodatkowe okładanie rodzin poczuciem winy naprawdę niczego tu nie ułatwia – choć może oczywiście poprawić samopoczucie stojących z boku moralistów.

Pozdrawiam
M.A.

Megas Alexandros
Na ciebie można zawsze liczyć. Łagodnie i spokojnie wytłumaczysz, jak dziecku, że nie ma ono racji i sprowadzisz na drogę tolerancji, bo "życie jest różnorodne".
Tylko, że ja mam 56 lat. Od czterech lat nie mam już połowy układu trawiennego. Radioterapia i chemioterapia nie są mi obce.
Żyję! I chcę żyć. Średnio co miesiąc mam ataki bólu, trwające przez tydzień. Nie można wtedy jeść, spać ani newet myśleć. Tylko gdzieś z tyłu głowy kołacze się myśl, że tylko tydzień i znów przez miesiąc spokój. Chcę żyć jak najdłużej. Czytam NE, żeby nie myśleć o sobie.
Przepraszam za to osobiste wynurzenie. Będę starał się nie siać więcej defetyzmu.
Niektóre opowiadania budzą we mnie wielkie wzruszenie, a czasami złość, że ludzie potrafią sobie zrobić tyle krzywdy. Stąd moje emocje.
Pozdrawiam
2andreas

Za daleko poszliśmy. Sformułowanie "eutanazja" nie powstało, byśmy mogli mówić o synonimie do słów "samobójstwo" i "morderstwo". Jest to szczególny przypadek.
Z prawdziwym samobójstwem spotkałam się już w wieku lat czternastu, kiedy to znalazłam z koleżanką jej wiszącego w łazience ojca. Zdrowy chłop, tylko jakoś sobie z życiem nie dawał rady… Kilka podobnych historii mogłabym jeszcze opowiedzieć.
Morderstwo? Serio? Nie będę się z Tobą kłóciła, ale wspomnę, że dla mnie mord jest wtedy, kiedy przyrodni brat zabija pan X, ćwiartuje go na kawałki, wsadza do zamrażalnika i zamurowuje na poddaszu, bo liczy na przejęcie firmy i spadek.
Nie mylmy pojęć, bardzo Cię proszę. To jest delikatna tematyka i powinna być rozpatrywana za każdym razem inaczej.
Każdy chce żyć jak najdłużej? Nie mierz wszystkich swoją miarą. Współczuję choroby i szanuję wolę walki i chęć życia, ale nie wszyscy są tak silni. A może jeszcze nie przyszło najgorsze.
Eutanazja to po prostu dobra śmierć, która zawsze będzie kością niezgody, bo strona etyczna nigdy nie będzie równa dla wszystkich stron.

Pozdrawiam,
kenaarf

kenaarf
Przepraszam, nie miałem prawa pisać tak ostro.
2andreas
a.andros@op.pl

Andreasie,

nie miałem zamiaru "tłumaczyć jak dziecku". I nie przepraszaj za przedstawienie osobistego doświadczenia. Współczuję Ci zdrowotnej przypadłości i bólu, który przeżywasz. Natomiast Ty wyobraź sobie, że dla osób w końcowej fazie niektórych chorób ból nie trwa tydzień w miesiącu, ale przez cały miesiąc. I nic innego prócz bólu nie ma. Pomyśl, czy gdybyś nie miał perspektywy, że ból minie, też chciałbyś żyć jak najdłużej? Pewnie nie wiesz, co byś wówczas myślał. – nikt tego nie wie, dopóki nie znajdzie się w takiej sytuacji. Ale nie uwierzę, że dla każdego priorytetem jest jak najdłuższe życie, zwłaszcza gdy jego jakość jest bardzo niska i składa się praktycznie z samego cierpienia.

Pozdrawiam
M.A.

Megasie wydaje mi się, że rozpatrujemy to odrobinę źle. Odwołajmy się do klasyka: Marek Aureliusz pisał, że zal jest tak samo życia człowieka młodego jak i starca, cesarza jak i niewolnika bo w momencie śmierci każdy z nas traci to samo: życie.Tylko tyle. Jednak powtarzajac za filozofem nie jest ono wartością bezwzględnie dominującą- cenniejsza jest wolność w tym wolność od bólu.
Jednak czasem to nasze wyzwolenie niesie cierpienie innym.Rodzinie i bliskim jak to opisała Kenaarf. ji takich przypadków.p.s Panu Androsowi strasznie zazdroszczę chęci życia.

M.A
"Pewnie nie wiesz, co byś wówczas myślał".
No cóż właściwie, będę się upierał przy swoim.
Cały 2011 r byłem w tzw. hospicjum domowym, polegało to na tym, że byłem pod kontrolą telefoniczną wyspecjaliwanego personelu medycznego, będąc jednocześnie w swoim domu.
Do walki z bólem stosowałem plastry opiumowe, wypisywane na tzw różową receptę. Działanie jednego plastra trwało 3 doby, czasami krócej. Spóźnienie zmiany o pół godziny powodowało straszliwy ból. Nowy zaczynał działać po około godzinie. Później naklejałem na zakładkę, jeden nie zakończył działania, a następny był już naklejany. Nigdy nie pomyślałem o skróceniu swoich cierpień "inaczej".
W zasadzie nie chciałem pisać o sobie, ale pomyślałem, że może ktoś wątpiący, to przeczyta.
Ha ha
Po ośmiu latach separacji faktycznej, z mieszkaniem w osobnych miastach, moja żona namówiła mnie, żebym do niej wrócił.
Kto zrozumie kobiety?
Pozdrawiam
2andreas

No to wygląda na to, że pozostaniemy przy odmiennych zdaniach.

No i gratulacje z powodu nagłej, a niespodziewanej zmiany sytuacji życiowej 🙂

Pozdrawiam
M.A.

"Przeczytał bardzo dobre opowiadanie i nie wiedział, jak je skomentować."

A ja wiem jak skomentować: dobry tekst. Niezbyt ostry, mocno poetycki. Warto było na niego czekać, w dodatku nie trzeba było czekać długo. No to prosimy o więcej w tym stylu i guście.

Absent absynt

Główny bohater skojarzył mi się trochę z chłopakami z Sin City – te wielkie łapska, pesymizm i dążenie do samozagłady. Chyba dlatego, że wczoraj widziałem zwiastun SinCity 2…
Tak czy siak – bardzo dobry tekst. Chociaż nadal nie mogę zrozumieć, dlaczego połykasz myślniki i kropki, zwłaszcza w dialogach 🙂

Pozdrawiam, seaman.

Napisz komentarz