Po prostu niebo cz. 1 (Santi) Brak ocen

11 min. czytania
Perry Galahger, Dominique d'Vita "Blinded", CC BY-NC-ND 3.0

Perry Galahger, Dominique d’Vita
„Blinded”, CC BY-NC-ND 3.0

List I

Marie do Stana

Bardzo poza korespondencją zawodową: po mojej opowieści przy kawie, dlaczego nie jestem mężatką i jako autorka zdania „on jest seksowny” wypowiedzianego aż nazbyt głośno w firmowym bufecie, które tyczyło się Pana i jak sądzę do Pańskich uszu dotarło, chciałabym zapytać zupełnie niestosownie o Pańską sytuację partnersko-życiową. Pokrótce i bez pardonu: wolny czy zajęty?

Cechuje Pana rodzaj arogancji, który uważam za szalenie pociągający u mężczyzn. Pewnie powinnam to powiedzieć osobiście (o ile w ogóle), ale okazji nie będzie zbyt wiele. A wolę by temat, jako pozostające w mojej głowie pytanie-możliwość, został domknięty. Zresztą lepiej żałować czynu niż braku jakiejkolwiek próby.

Wszystko, co opatrzone zostało mianem „prywaty”, nie wpłynie w żaden sposób na moje zawodowe zaangażowania. Pomimo paskudnej skłonności do romansów, wypełniam swoje zadania możliwie profesjonalnie.

30 czerwca 20**

Maria napisała ten list wieczorem, czując się panią chwili. Późna pora i opary czerwonego wina pulsowały jej w skroniach. Niestosowne pytanie skierowane do przełożonego wydało się jej czymś dopuszczalnym. Zresztą w jej świecie coś, co było do pomyślenia, było i do wykonania. Lubiła wprowadzać w czyn nawet te najbardziej szalone pomysły, bojąc się ceny za zaniechanie. Była przekonana, że w piekle musi istnieć specjalny krąg dla tych, co nie wykorzystali danych im szans czy przepuścili zbyt wiele okazji.

Kilka lat wcześniej wykreśliła ze swojego słownika zwrot „nie wypada”. Spośród argumentów o efektywności działania czy szansach powodzenia, ten wydawał jej się najsłabszym. Nie cierpiała moralizatorskich głosów, będących echem tradycji, napomnieniami brodatych autorytetów czy szeptem dochodzącym z jej wnętrza. Być może słyszała ich zbyt wiele i to od wczesnego dzieciństwa. Jeśli miała w sobie Dajmoniona*, to szczelnie kneblowała mu usta, goniąc za własnym szczęściem. Trenowała się w dawaniu samej sobie przyzwolenie na działanie w imię własnego dobra i satysfakcji.

Tym razem samemu przyzwoleniu na swawolę towarzyszyły rzeczowe argumenty. On nie był jej szefem, a jedynie nadzorował aktualny projekt. Do tego taki, który w ciągu miesiąca miał być ostatecznie zamknięty kampanią promocyjną. Zespół przestanie istnieć, pojawią się nowe zadania, wyzwania i twarze. „To przecież nic takiego” – powtarzała pod nosem, jakby próbując oswoić własną śmiałość.

Mimo świadomej pogoni za marzeniami, momenty podobnej brawury zdarzały jej się rzadko. W chwilach uniesienia, surfowania na fali życia. Gdy zdecydowała się wysłać ten nie do końca poprawny email. I jeszcze wtedy, gdy kilka lat temu aplikowała o zagraniczne stypendium, by zrobić specjalizację. Dostała je, a tym samym otworzyły się setki nowych drzwi. Dlaczego więc teraz miałoby być inaczej?

„Proście, a będzie wam dane”. Odpowiedź od niego przyszła jeszcze tej samej nocy.

List II

Stan do Marie

Tego, że jestem seksowny, nigdy z Pani ust nie usłyszałem. Ale co do tej mojej rzekomej arogancji, to chętnie bym się dowiedział czegoś więcej. Mój stan cywilny jest powszechnie znany. Przynajmniej zainteresowane to wiedzą.

30 czerwca 20**

Konkretnie. Był konkretnym mężczyzną. Pracował jako free lancer i konsultant, czyniąc to tu, to tam PRowe cuda dla tego, kto zapłaci najwięcej. Już ponad rok pracowali razem, spotykając się raz w tygodniu podczas mityngów sprawozdawczych. Słuchał uważnie wszystkich, po czym bezlitośnie korygował. Czasem wymuszając pracę od zupełnego początku, od pustej białej kartki. Nie raz zarywała noce, nie tyle dla dobra promowanych przez nich produktów, co raczej po to, by mu zaimponować. Własną błyskotliwością, pracowitością i profesjonalizmem. Tak bardzo o to walczyła, a teraz ściąga się na samo dno korespondencyjnym kokietowaniem. Jednak natura bywa silniejsza…

List III

Marie do Stana

Ja nie chodzę i nie rozpytuję o Pana. Jeśli bardzo chcę się czegoś dowiedzieć, to udaję się do źródła – jak dzisiaj. Moja dociekliwość kończy się na spostrzeżeniu, że nawet w nocy dostaję odpowiedzi na maile. To raczej cecha ludzi samotnych, choć rozumowania tego typu bywają zawodne. Temat arogancji zostawmy więc do następnego spotkania. Być może uda nam się znaleźć chwilę na rozmowę „off-the-record”.

            30 czerwca 20**

Wystarczy. Już i tak czuła, że dawno przeholowała. Odsłoniła się. On mógłby teraz jednym żartem zniszczyć jej zawodowy wizerunek. Na poparcie swych słów miałby te napisane przez nią, wysłane przez firmowego maila. Gotowe do wydrukowania i pomachania nimi w powietrzu, a może i rzucenia na biurko szefa. Kobietom i tak nie było łatwo w tym wyścigu. Te z rodzinnymi marzeniami o czymś więcej niż zwyżki ze sprzedaży czy udane kampanie, odchodziły jedna po drugiej. Najczęściej na zwolnienia lekarskie i urlopy, by nigdy nie wrócić. Nie, że nie próbowały. Po prostu polityka firmy powrotów nie przewiduje. To miejsce dla walczących, zdeterminowanych, stale biegnących, bez ławki rezerwowej. Ścigasz się lub żegnasz. Tertium non datur. Za tobą i tak czekają inni, chętni na Twoje miejsce, pragnący przesunąć się o oczko wyżej w tabelach. W porządku. Rozumiała reguły. Lubiła walczyć i wygrywać, więc firma przyjęła ją życzliwie. I tylko teraz to zawahanie. Chyba ze zmęczenia, z tęsknoty za ryzykiem innym niż finansowe, za namiętnością. W każdym razie sama uczyniła się słabszą. Bo gdyby on tylko chciał, jednym ironicznym uśmiechem mógł ją pozbawić całej pewności siebie. Podczas spotkania, narady, zebrania. Przy kolegach, zwierzchnikach, w obecności szefa. Z drugiej strony – nie było innej drogi. By mógł ją zobaczyć, musiała zdjąć zbroję lub przynajmniej odsłonić przyłbicę.

List IV

Stan do Marie

Z tą arogancją to jednak mogłaby się Pani trochę rozpisać. Takie uwagi bywają bezcenne. Przy poczcie, fakt, jestem cały czas…

1 lipca 20**

List V

Marie do Stana

Nie nadaję pejoratywnego znaczenia słowu „arogancja”. Można by je spokojnie zamienić na „nieskrywaną pewność siebie”. Podczas pierwszego wyjazdu zagranicę często słyszałam „bądź bardziej arogancka, mono przekonana o własnej wartości, o mocy sprawczej swoich poglądów”. Bo to cechy ludzi, którzy biorą byka za rogi, przejmując odpowiedzialność za własny los. Choć oczywiście w pakiecie było jeszcze coś o pracowitości i codziennym doskonaleniu się. Mawiano, że najgorsze, co może się stać w razie złej inwestycji intelektualnej czy błędu, to uznanie mnie za śmieszną. A do wygrania jest wszystko. Uwierzyłam, że tak jest.

Ma Pan tę cechę, tę pewność siebie. Zapewne lubianą przez kobiety i nielubianą przez mężczyzn. A ja mam słabość do dużego ego. Lubię, gdy mężczyzna jest „bardziej” niż ja: bardziej pewny siebie, zdecydowany, bardziej pracowity, silniejszy. Tylko tacy mogą sobie poradzić ze mną i moją bezpośredniością. Przyjąć lub odrzucić zbyt dosłowne propozycje. Czasem też ta tak zwana arogancja zdradza pewne preferencje. Ale to tylko czasem. I pewnie tego najbardziej chciałabym się dowiedzieć przy pierwszej nadarzającej się okazji.

1 lipca 20**

List VI

Stan do Marie

To ciekawe. Może to moje doświadczenia amerykańskie, a może mój kawalerski stosunek do życia stanowią podstawę. Sam nie wiem. Mam tylko nadzieję, że ta „arogancja” jest dość miła dla otoczenia, podszyta uprzejmością. Bardzo mi na tym zależy. Do zobaczenia.

1 lipca 20**

***

List VII

Marie do Stana

Wciąż pamiętam. Zapomnieć jakoś nie sposób.

5 sierpnia 20**

Napisała dzień po. Dzień po tym jak go sobie uwiodła. Wybrała spośród wielu, wyselekcjonowała, wyczekała. Wykorzystując tę jedyna okazję. Konferencyjny wyjazd. Zaprosiła na obiad, powiedziała, że jest seksowny w sensie, w którym kosztuje się zakazanych owoców. Wgryza się w nie tak, że aż sok spływa po ustach. Patrząc prosto w oczy temu nieznanemu mężczyźnie, mówiła jak lubi się rżnąć i że chętnie by to wszystko właśnie z nim robiła. Bo rozchyla uda szeroko, ale tylko przed ludźmi z wyobraźnią, nieumiarkowanymi z natury.

Dwa dni później całowała się z nim na ławce. Miała pończochy i czarną krótką sukienkę. Nie mogła zrozumieć, dlaczego jego ręka nie sięga rozpalonej cipki. Była gotowa mu się tam wtedy oddać. Na oczach przypadkowych przechodniów czy też nawet bez ich spojrzeń. Czterdzieści osiem godzin po tym incydencie podjechał po nią taksówką. Miał swój rytm, w którym rozpalała się i jego wyobraźnia. Zabrał Marie do hotelowego pokoju. Czekał z owocami pokrojonymi na talerzu, choć ona miała ofiarować mu swój – brzoskwinię rozkoszy. I choć mówili różnymi językami, to tej nocy zaczęli szukać wspólnego. Ona była jak z filmów porno: wypięta w różnych pozycjach, zawsze gotowa. On ponoć uprawiał seks z czułości. Razem kochali się, pieprząc, i pieprzyli się dziko, kochając. Tamta noc była jak zapowiedź, a właściwie jak supernowa, co po wybuchu, szybko stygnie, by powoli zniknąć wśród kolejnych wątków.

List VIII

Stan do Marie

Przeżywam coś niezwykłego, choć nie to, co plotki, które prędzej czy później usłyszysz, będą sugerować. W pierwszej godzinie pobytu w Barcelonie zapoznałem kogoś bardzo interesującego (oczywiście bez seksu) i całe szkolenie sprowadza sie na razie do bycia razem. Ale nie ma i nie będzie przejścia do sfery cielesnej. Nie wierz temu, co być może przeczytasz na mój temat. Na razie.

8 sierpnia 20**

List IX

Marie do Stana

Zimny prysznic. Jak widać konferencje i szkolenia są dla Ciebie niezwykle stymulujące. Zazdrosna jestem o wyobraźnię, nie o seks. Ale korzystaj. Jasne. Na razie.

8 sierpnia 20**

List X

Marie do Stana – na bis

Ale już wiesz, dlaczego używam takiego, a nie innego języka. Bo frazy, których używasz Ty: „penetrowanie osobowości”, „tworzenie z kobietą mikrokosmosu”, „kochanie z czułości”, bywają bardzo mylące. Ktoś mógłby pomyśleć, że to piękna zapowiedź rozerotyzowanej historii.

Sama zostanę więc przy „dotykałeś piersi tak, że byłam cała wilgotna”,  „przeleciałeś półmiękkim penisem”, „wylizałeś cipkę, bym szczytowała”. Tu nie ma mowy o pomyłce, obawie nadinterpretacji. Powiedziałeś, że jesteś kobieciarzem. Po prostu Ci uwierzę i zrobię więcej miejsca dla nowego, innego. Wczoraj pochowałam i winem opiłam rozbudzone fantazje, marzenia. Przetańczyłam je w nocy, przeflirtowałam.

Rano wzięłam głęboki oddech i poczułam brak braków jakichkolwiek. Wszystko jak zawsze – w równowadze, ze wspomnieniem, bez planów. Podsumowując: zależało mi, zabolało mnie, już jest dobrze. Mówiłam, że jestem romantyczna, jeśli sobie na to pozwolę. Rzadko sobie pozwalam – właśnie przez takie wypadki. Ech… Stan, baw się dobrze. Piękne miasto, interesujące znajomości, czego chcieć więcej. Cieszę się razem z Tobą.

8 sierpnia 20**

A on się dziwił, że jak to, bo przecież, gdy rozstawali się w kawiarni, mówiąc o przyszłości, to ona uśmiechała się szeroko, gdy padały słowa o braku zobowiązań. Na dodatek on był zaledwie jej kolejnym kochankiem, jednym z tych, których liczba krążyła wokół dość bajkowej liczby rozbójników Ali-Baby. Więc skąd to „zabolało”? Był znawcą kobiet, a nie wiedział, że niektóre zdają się maskować swoją czułość lepiej od innych. Podobnie jak nadzieje. Na zmianę i na lepszą przyszłość. Na własną wersję rycerza ujeżdżającego dzikiego rumaka. Marie najwyraźniej do nich należała, upychając dziewczyńskie marzenia niczym nastolatki w stanik, by to co eksponowane, było koniecznie seksowne. Dostała szansę, wykorzystała szansę. A Stan właśnie fascynował się kolejną kobietą w gorącej Hiszpanii.

List XI
Marie do Stana

Zabolało mnie, że nie potrafiłam utrzymać Twojej uwagi nawet przez kilka chwil. Nie mówiąc o poczuciu, że się wygłupiłam – pisałam jakieś maile, myślałam więcej niż trochę, może nawet tęskniłam… A mężczyzna zdążył już zapomnieć, pójść dalej. Seks to tylko seks, bez względu na słowa i gesty towarzyszące. Rozumiem to lepiej niż ktokolwiek, choć wciąż to właśnie w słowa wsłuchuję się wyjątkowo uważnie.

Co pozostaje mi po takim emailu? Wyznaniu fascynacji inną? Chyba tylko zapomnieć. Przestać pisać, bo przecież wyraźniej dać znać nie mogłeś, że zainteresowanie mną się skończyło. Może nawet na długo przedtem niż naprawdę się rozpoczęło. Niektóre historie takie właśnie są – błyskawiczne… Dzieją się nagle, by nagle rozpłynąć się w powrocie do codzienności.

Jestem teraz zdezorientowana. Pogrzebałam i opłakałam tę naszą relację seksualno-wyobrażeniową w potencji. Zajęło mi to pół dnia wczorajszego z butelką wina. Uspokoiłam się. Ostudziłam pożądanie. Tak, żeby nie łudzić się i nie mamić kolorowymi obrazkami. Nauczona doświadczeniem, jak zapominać szybko i skutecznie. bo przecież nie stało się nic…

Rozumiem, że to dwie różne historie. Nie chodzi o seks, bo sama o swego rodzaju brak zobowiązań prosiłam. Umowy tego rodzaju są symetryczne. Tyle że – rób co chcesz, ale mi nie mów… Nie chcę wiedzieć. Proszę. To mnie dotyka. Chcę, zupełnie zwyczajnie, jak każda inna, być dla Ciebie wyjątkowa. A gdy tracę to miejsce, ląduję jako jedna z wielu – dla własnego dobra uciekam. Jest też pewna spora różnica między nami. Ja pieprzę wielu, ale myślę tylko o jednym.  Ty najwidoczniej pieprzysz jedną, ale głowę wypchaną masz wieloma. To trudne. Żadna z tych postaw nie jest bardziej uczciwa.

Zastanów się na spokojnie, czego byś chciał. Jeśli jedynie seksu ze mną w przyszłości, to musi obywać się on bez tej wielkiej dawki czułości. Normalnie rżnę się tylko, zostawiając kochanie na inne okazje. Wedle maksymy „fuck me now, love me later”. Nie mówię, że nie moglibyśmy zagrać o więcej, ale… Wtedy robię się bezbronna, dziewczyńska, może nawet… wrażliwa. Nie sądzę, byś tego chciał. Możemy też zamknąć tę wciąż niezwykle przyjemną historię krótkim „dziękuję”. Powrotów nie będzie. Zagwarantować mogę zrelaksowane obcowanie w przyszłości. Jak podkreślałam wielokrotnie: w zapominaniu jestem przecież wytrenowana.

10 sierpnia 20**

List XII

Stan do Marie

Oczywiście jesteś wyjątkowa.

10 sierpnia 20**

Zaczął jej tłumaczyć, że on tak ma, że nawiązuje więcej niż jedną relację, choć stara się szanować każdą jakby była ta jedyna. Pokrętne. Marie nie chciała słuchać tego rodzaju bzdur, nie potrafiła też zrezygnować. Jakby to wszystko było wciąż niedostatecznie dobre. Zwykła rzucać mężczyzn i kończyć relacje z bardziej błahych powodów, ale tym razem coś kazało jej poczekać jeszcze trochę, tym bardziej, że tyle już czekała. A może i zwyczajnie przeczekać.

List XIII

Marie do Stana

Korzystając z okazji, mówię – przeżywaj i czerp z tego, co piękne. Tego chcę dla ludzi, których lubię i którym dobrze życzę. Ale następnym razem nie mów mi wszystkiego – oszczędź zachwytów nad innymi kobietami, z którymi wchodzisz w bliższe relacje. Pozwól mi się sycić teraz i zawsze słowami „oczywiście jesteś wyjątkowa”. Chcę taka być dla Ciebie. Albo nie być w Twoim życiu w ogóle. Dobrze. Wiesz o mnie więcej. Możesz bardziej świadomie wybierać.

11 sierpnia 20**

Spotkała Stana po raz pierwszy rok wcześniej. Na szkoleniu, którego tematu już nie pamiętała. Siedziała w pierwszym rzędzie krzeseł wykładowej sali, gdy wszedł. Miał na sobie biały, grubo pleciony sweter i sportową torbę przełożoną przez ramię. Krótko ścięte włosy, twarz ściągnięta skupieniem i grube okulary nie pozwalały oszacować jego wieku. Mógł mieć równie dobrze lat trzydzieści kilka, jak i pięćdziesiąt. Wydawał się emanować pewnością siebie. Odpychającą dla wielu, szczególnie innych rywalizujących z nim mężczyzn. Pociągającą dla kobiet. Nie ma lepszego wabika, niż samcza arogancja prześwitująca przez zachowania uprzejme, wysoce kulturalne. Była pewna, że nie ona jedyna na sali poczuła uderzenie gorąca i skurcz w podbrzuszu, gdy zapowiadał temat wystąpienia. Mówił jasno i swobodnie, w amerykańskim bezpośrednim stylu, jakby z lekką manierą znad Missisipi. Zastanawiała się przez chwilę, co on właściwie robi w miejscu takim jak to, w Polsce.

Po krótkim wprowadzeniu, Stan chciał poznać wszystkich uczestników. Pierwsze pytanie trafiło właśnie do niej, wtedy jeszcze zielonej praktykantki. Odpowiadała powoli, gdy w tym samym czasie rodziły się w jej głowie bardzo niepoprawne obrazy pełne tego obcego mężczyzny. Mówiła, jak się nazywa, niemal czując jego pocałunki na szyi. Mówiła, co ją interesuje, widząc oczami wyobraźni, jak on chwyta ją za włosy, obraca i popycha na biurko. Mówiła, czym chce się zajmować, nie wspominając słowem, że poważną tego częścią, mogłoby być prowadzenie jego samego na szczyt. Skończyła mówić, zastanawiając się jeszcze, czy kiedykolwiek skosztuje realnej wersji własnych fantazji. Na pewno nie w tej chwili. Teraz będzie brać udział w kursie, jak oni wszyscy, tutaj zebrani.

To pewnie tamten początek nakazał jej teraz cierpliwość. Bo czasem najtrudniej zrezygnować z tych długo pielęgnowanych marzeń.

Po prostu niebo cz. 2

Santi (nieswieta.pl)

*Dajmonion – w filozofii starożytnej: ostrzegawczy głos wewnętrzny powstrzymujący przed czynieniem zła; sumienie.

Z podziękowaniami dla redaktora tekstu – White Wolfa. Za wszystkie pozostawione błędy odpowiada tylko i wyłącznie Autorka.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Opowiadanie epistolarne? Tego jeszcze chyba na Najlepszej Erotyce nie było! I jak widzę nie skończy się na jednej części. Pozostaje zatem czekać na kontynuację i zobaczyć, jak Santi rozwinie swój pomysł. Na razie wstrzymam się z oceną bo zaprezentowany fragment jest zwyczajnie za krótki. Ale zmierza to wszystko w ciekawą stronę.

Absent absynt

dziękuję za komentarz 🙂 zafascynowana jestem formą epistolarną (miała w tym swój udział książka "Niebezpieczne związki"). a co do przyszłości – okaże się, jak uniosę ciężar. 21.07 kolejna część…

Któż z nas nie kochał, a przynajmniej nie lubił "Niebezpiecznych związków"? Ech, gdyby Chaderlos de Laclos żył, z chęcią zaprosilibyśmy go na nasze łamy 🙂

Pozdrawiam
M.A.

ta książka dla mnie to nie przelotne "lubiebie" jak zwykło się lubić czekoladowe lody. to życiowy wybór preferencji, seksualnych intryg w życiu i literaturze. od 15 lat numer jeden na mojej liście utworów niezwykłych, genialnych, dopracowanych. tym trudniej mi się zmierzyć z formą epistolarną. i tym bardziej czuję, że choć raz muszę to zrobić.

Ale gdzie tu seks? Autorka sugeruje że jej bohaterka to bardzo namiętna i odważna seksualnie kobieta. Tymczasem wszystko rozgrywa się poza kadrem i możemy się tylko tego domyślać. Liczę że w dalszych odcinkach więcej akcji będzie się działo pod kołdrą, a mniej na szkoleniach firmowych:)

Mustafa

ja też na to liczę. następna odsłona 21.07. a dodatkowo dziękuję za sugestię, która zrodziła całkiem ciekawy pomysł napisania części "po prostu niebo – poza kadrem".

Interesujący początek. Pomysły domagają się rozwinięcia. Będę z uwagą śledził dalsze rozdziały.

Droga Santi, daj swojej narratorce i nam wiecej erotycznych przygod. Nie kaz nam sie domyslac, opisz. Chce wiedziec kto jak i kiedy zerznal Twoja bohaterke. I jak sie z tym czula. To dla mnie wazne podczas lektury. Devon

dobrze. pracuję nad tym, aby dać więcej erotycznych przygód – autorce, narratorce i bohaterce. wszystkie się tego domagają. nie ma co ukrywać. bardzo dziękuję za komentarz.

Myślę,że wszystkich tu obecnych bardzo cieszy powyższa deklaracja 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Przejrzałem, potem przeczytałem, kolejnego dnia jeszcze raz przeczytałem. Nastawienie do tekstu zmienne. Zaciekawienie, zniecierpliwienie i zniechęcenie – lekkie, zaciekawienie ponowne.
Poetyka, styl poetyczny (w końcu nie czytam w oderwaniu od pierwszego tekstu, który tu widziałem) wbudowany w prozę to nie nowość, to odwieczna próba pensjonarek i młodziutkich romantyków. Niektórym z nich zostaje na długo, już z tego nie potrafią wyrosnąć, prędzej porzucą swoje próby przelewania myśli na papier. Zetknąłem się już z próbą powieści napisanej wręcz poetyckim językiem (gdy ten powyżej jest jeno lekko zmanierowany), opublikowaną w bardzo szacownym wydawnictwie. Ten rodzaj prozy nie jest dla każdego czytelnika. Zachwycałem się zdaniami, metaforami, które były świetne, mimo, że przyziemne, życiowe, nowatorskie. Nawet gryzmoliłem na kartach tej poetyckiej powieści, podkreślając szczególnie udane fragmenty, porywające zdania, co mi się nigdy nie zdarza, wszak to grzech mazać po książkach, zawsze mnie tak uczono. Ale… Po trzydziestu stronach miałem dość. Nie dało się tego czytać. A powieść grubo nad sto kartek, pomnożone przez dwa daje ponad dwieście. Powiem tylko tyle, że w mojej opinii eksperyment poetyckiej powieści nieudany. Męczyłem ją kilka miesięcy, rzucałem w kąt i dokończyłem tylko dlatego, że nie lubię nie kończyć. Więc pytanie, czy warto iść podobną drogą, czy jednak się z nadmiaru poetyckości leczyć, kontrolować nałóg, ulegać mu w ściśle wymierzonym zakresie, bo nie przeczę, trochę udanej poetyckiej przyprawy chętnie odnajduję w tekście.

Wspominałem o zaciekawieniu, zniecierpliwieniu i tak dalej, kończąc na finalnym zaciekawieniu jednak. Tak zadziałał na mnie ten tekst. Ale zaciekawienie wynika tylko z głębszego wczytania się w to, co pisze bohaterka w listach i kontrastu, jaki zachodzi między jej relacją, a reakcją męskiej postaci. Zaczynam się zastanawiać, co naprawdę zaszło i zachodzi między dwojgiem ludzi. Furteczka niezamknięta. Ledwo uchylona. Poczekam, zobaczę. Natomiast czy innym będzie się chciało analizować? Kto się zaciekawi, a kto zniechęci? Świadomy autor myśli o czytelnikach i o swoim artystycznym ego w wyważony sposób. Kto harmonii nie znajdzie, szczytów nie osiągnie, choć to nie przeszkadza w zdobyciu kasy.

Kiedy możemy się spodziewać kontynuacji?

21.07, godzina 22 🙂

Zarówno forma opowiadania, jak i jego głębia bardzo do mnie przemawiają.
Dzieje się tu tak wiele poza literkami…
Zachwyca mnie sposób opisu Bohaterki bez opisu, chociaż obawiam się, że dla niejednego Czytelnika to właśnie może być wadą, podobnie jak za niedociągnięcie uznano brak dosłownego opisu scen erotycznych.
Może to opowiadanie nie podnieca erotycznie, ale bardzo wciąga i rozbudza pragnienie wchodzenia jeszcze głębiej w skomplikowaną i nie do końca uświadamianą sobie przez Bohaterkę Jej naturę.
No i chyba… "trafił swój na swego", ponieważ Jej Partner ma podobny charakter, jak mi się zdaje.
Ciekawe jest to, że ludzie, którzy nawet sami sobie wydają się "skończonymi postaciami", doskonale ukształtowanymi i znanymi sobie, spotykają czasami osoby, wydobywające z nich to, czego sami w sobie nie dostrzegali.

Witaj, Sami! Miło znów Cię widzieć na naszych łamach 🙂

Zgadzam się w pełni, że to bardzo ciekawy tekst. Liczę, że jego potencjał zostanie wydobyty w następnych częściach, tak by stał się widoczny dla wszystkich Czytelników. Przeczytałem z zainteresowaniem, choć jeszcze nie do końca widzę zamysł Autorki. Forma epistolarna podoba mi się, tego jeszcze u nas nie mieliśmy.

Pozdrawiam
M.A.

Sami, dziękuję. dobrze jest czytać, że postacie zaczęły żyć swoim życiem nie tylko w mojej głowie…

Cóż…liczyłem na listy wyłącznie…mi mieszanie form psuje smaka. Lubię doczytywać się bohaterów po treści, po formie…a tu mi to ograniczono. więc stanowcze Nie.Lub po francusku "No!".

Poza tym…..proszę mi wybaczyć, ale kto dziś tak listy pisze? Jeśli umieścilibyśmy akcje w międzywojniu….tak. Ale XXI wiek opanowany przez skróty, zapożyczenia i kolokwializmy(ewentualnie regionalizmy)?

Cóż: listy same, nie same, to kwestia gustu. Każdy ma prawo mieć własny.
Ale już z drugim marudzeniem się nie zgadzam. Listy są współczesne do bólu, niebanalne, to prawda, ale świadczą o niebanalnej ich autorce, która potrafi odważnie pisać o tym, czego chce, co myśli (czasem odwagi dodaje jej alkohol). Nie każdy musi zawsze używać skrótów, zapożyczeń i kolokwializmów. Wystarczy mieć w młodości dobrego, charyzmatycznego polonistę i wpływ takiego człowieka odciska się na długo. Wystarczy być antymodowym z natury i wtedy skróty, zapożyczenia i kolokwializmy omija się z obrzydzeniem.

Współczesne, jeśli byłyby pisane przez czterdziestoparolatków- o ile Stan może tyle mieć to nie bohaterka. Wydaje mi się, że to historia korpo. Czytałeś cokolwiek, nawet prywatną korespondencje, pisaną przez takich ludzi? Ja niestety czasem muszę.

"oszczędź zachwytów nad innymi kobietami, z którymi wchodzisz w bliższe relacje"- nie brzmi to dla ciebie jak wycinek z romansu dla pensjonariuszek? Bo dla mnie tak.
"oszczędź sobie zachwytów nad innymi kobietami, z którymi chodzisz na kolację i do łóżka" – tak brzmiałoby lepiej. Zauważ wprowadziłem jedynie dwa związki frazeologiczne , które sprawiły, że język jest żywszy- i uniknąłem "pogardzanego" języka parweniuszy obfitującego w kolokwializmy , skróty i zapożyczenia.

Drogi Selenverkoper Brak,
Wiele, wiele lat wewnątrz międzynarodowej korpo. I czytałem. Mainstramowy korporacyjny bullshit. A także perełki o całkiem innym charakterze, od których otwierały się oczy ze zdumienia. Ludzie są różni. Zdania, które przywołujesz, są zasadniczo równoważne i żadne z nich nie świadczy o zapożyczeniu z romansu dla pensjonariuszek bądź mowy w stylu korpo. Pisząc intymne listy do kolegi z korpo, subtelna osoba wyraźnie zechce odciąć się stylem od korporacyjnego, aby podkreślić prywatny charakter korespondencji – sam bym tak zrobił. Mimo to klimat korpo jest w tekście tu i ówdzie zachowany. Z pozdrowieniem dla bezkompromisowego komentatora, Karel 🙂

"Wiele, wiele lat wewnątrz międzynarodowej korpo."- współczuję;]
"zdania, które przywołujesz, są zasadniczo równoważne i żadne z nich nie świadczy o zapożyczeniu z romansu dla pensjonariuszek bądź mowy w stylu korpo".- oj nie są równoważne. Nie semantycznie.
"Pisząc intymne listy do kolegi z korpo, subtelna osoba wyraźnie zechce odciąć się stylem od korporacyjnego, aby podkreślić prywatny charakter korespondencji "- jak dla mnie to Stan jest subtelny jak cios w mordę w ciemnym zaułku.

Ale dobra- nie spieram się dłużej- wymiękam przed doświadczenie. Bo przyznaję- pracuję jedynie jako zleceniobiorca od takich korporacji.więc nie znam ich od środka.

Dla pensjonarek, jeśli już:-)
Ja wprawdzie zawsze wiedziałam, że mogę pracować w różnych miejscach, ale nigdy w korporacji, natomiast mam wielu bliskich znajomych tak zarabiających na życie. I faktycznie, mogę potwierdzić to, co powyżej napisał Karel. Trafiają się i wśród "korporacyjnych klonów" ludzie niezwykli, o niesamowitych zainteresowaniach, talentach i wrażliwości, o którą nawet trudno ich na pierwszy rzut oka podejrzewać. Musiałam nieraz zrewidować swoje na ten temat schematyczne myślenie.

Natomiast zgadzam się (na razie) z Tobą w kwestii Stana, choć kto tam wie, co w końcu i z tego bohatera wyjdzie.

Miss,
Jakiż to błędów człowiek nie popełni w polemicznym zapale. 🙂 Słusznie przejęzyczenie wytykasz.

Jak zwykle Santi Genialne!
Juz nie moge doczekać sie kolejnej części !!!

uwaga, uwaga. sama jestem po tych wszystkich komentarzach i sporach przejęta. bo druga część już jutro – w poniedziałek 21.07 o 22. i sama drżę, czy seksu nie będzie za mało. a może właśnie za dużo tym razem? czy znowu bohaterowie wyjdą na martwych dawno kochanków przedwojennych? czy będą kochankami? z redaktorem kolejnej części (ukłony i wiele wyrazów wdzięczności dla Karela) kopie niemal były kruszone…

taka ze mnie uparta pensjonarka 😉 w czarnej spódnicy do połowy łydki (https://www.facebook.com/pages/nieswietapl/1510213769194160). po Gombrowiczowsku.
jak igrać ze świętością – to z każdym jej rodzajem.
całusy.

Wasza Santi

Dzięki za rozpalenie wyobraźni wysublimowaną lekturą. Napiszę Ci teraz w slangu, który rozumiemy tylko my dwie i dziewczyny z WKW 🙂 że chwała Agacie za jej WKW, bo dzięki temu trafiłam na Twój blog. Nie mogę się doczekać drugiej części. Pozdrawiam ciepło z Toskanii

ave 🙂 ale tak poważnie – bardzo dziękuję. Ty (Wy) tutaj to dla mnie coś niezwykłego. cuda się dzieję. cuda :*

Napisz komentarz