Siła muzyki V (Paco_de)  3.36/5 (14)

24 min. czytania
Stan Lieberman(stanjean257), "Betcee May at Rest", CC BY-NC-ND 3.0

Stan Lieberman(stanjean257), „Betcee May at Rest”, CC BY-NC-ND 3.0

Przeczytaj pierwszą część cyklu

Najbliższa przyszłość Pawła rysowała się w czarnych barwach. Bardzo nie chciał się w nią zagłębiać, w przeciwieństwie do zgrabnego tyłka Adonny, który wraz ze swoją właścicielką zapewniał sobie właśnie szybki odwrót, niknąc za sylwetką wyczekującego maga. Sekundę później wybiegła za nią oburzona Domicela, wściekle kołysząc piersiami.

Merlib cierpliwie stał w drzwiach z przepastną torbą przewieszoną przez ramię. Nieodłączne atrybuty nadwornego czarodzieja, czyli szatę i szpiczasty kapelusz, zamienił na bardziej praktyczny, lecz ciężki ubiór. Z wyglądu sprawiał wrażenie profesjonalnego trapera, ale w jego posturze i ruchach widać było brak obycia ze szlakiem. Spojrzenie maga było nieobecne, tak jakby myślał ciągle o czymś innym. Cały czas mocno marszczył czoło, nie zwracając nawet uwagi na wdzięki nagich kobiet. Paweł zerknął na niego wzrokiem, który mógł wyrażać tylko jedną prośbę: powiedz mi, że mamy jakiś plan.

– Ubierz się, koniec zabawy – w głosie maga nie dało się nie wyczuć nuty zazdrości i podenerwowania. Widocznie nie w smak było mu, że to nie on miał w łóżku dwie królewny naraz.

Dopiero teraz Paweł uświadomił sobie, że stoi zupełnie nagi, dyndając wpół nabrzmiałym kutasem, połyskującym od wszelakich płynów towarzyszących miłości. Szybko ubrał się i zebrał cały swój dobytek. Niestety w tym wypadku brawurowa akcja „zgładzenia” smoków nie przyniosła mu nic poza miłymi wspomnieniami i bujnym rozrostem ego. A przecież czekało na niego pół skarbca. Trzeba było jak najszybciej brać kasę i stąd spieprzać, a nie biegać za tyłkami. Na swoją obronę mógł jednak przywołać fakt, że tym razem dziewczyny same do niego przyszły, a urody były nieprzeciętnej.

Po zwycięskich igraszkach pozostała jedynie bogata suknia królewny, wysadzana gdzieniegdzie kolorowymi klejnotami. Niektóre były naprawdę słusznej wielkości, na tyle duże, aby kilkanaście z nich zdołało do połowy wypełnić sakiewkę.

Dobiegające z zewnątrz krzyki gawiedzi, podjudzane rykiem smoków, zachęcały do szybkiego działania. Paweł nie miał zbyt wiele rzeczy do zabrania, dlatego po chwili podążał już żwawym krokiem za magiem, prowadzącym go przez labirynt korytarzy. Ciągle zastanawiał się, jak uda im się wydostać poza obręb murów, bo jedyny most prowadzący do twierdzy był już na pewno szczelnie obsadzony przez motłoch.

W przepastnych komnatach zamku na dobre rozgościł się chaos, dzielący łoże z paniką i dezorientacją. Niby smoki wcześniej były, ale teraz już ich być nie powinno, więc przy tej okazji w miarę uzasadnione było bezcelowe bieganie i głośne wzywanie bogów, przeplatane przekleństwami. Całkiem rozsądne natomiast było chowanie cennych przedmiotów zdobiących ściany i kredensy do własnych toreb, przecież później zawsze można je z powrotem odłożyć na miejsce, w wypadku gdyby zamieszki zbyt szybko się uspokoiły. Pozostali upodobali sobie gwałtowne otwieranie drzwi i czujną lustrację otoczenia. Na nieszczęście dla uciekinierów te otwierały się zazwyczaj na zewnątrz, co sprawiało spore zagrożenie otrzymania niespodziewanego ciosu w twarz.

Nie licząc kilku zderzeń ze służkami odzianymi jedynie w przerażenie, których nie do końca chcieli uniknąć, udało im się bez szwanku i zwracania zbędnej uwagi dotrzeć do zacisznej sali na parterze. Mag ciężkim krokiem podbiegł do jednego z okien i nerwowym pchnięciem rozwarł je na oścież. Szybkie spojrzenie w dół przyniosło ulgę jego skołatanym nerwom – łódź uwiązana przez niego do kraty okna kondygnację niżej, kołysała się na cichych falach fosy. Cała operacja organizacji ucieczki sporo go kosztowała. Nie dość, że musiał kupić czółno i wiosła, to jeszcze zapłacił pachołkowi, który wprowadził go do zamku na tyle dużo, żeby ten nie wygadał się nikomu przez co najmniej kilka godzin. A to wcale nie oznaczało końca wydatków. Miał za to nadzieję, że wkrótce zainwestowane pieniądze zostaną pomnożone. Wyciągnął z torby zwój cienkiej, lecz mocnej liny, którą przywiązał do ramy okna. Usiadł na parapecie, spojrzał kilka metrów w dół i stwierdził, że jest już za stary na takie harce.

– Zejdź na dół i postaraj się przyciągnąć łódź – polecił Pawłowi.

Młodzieniec był gotów skoczyć do fosy i przebyć na drugą jej stronę wpław, byleby tylko wydostać się z zamku, który z każdą sekundą stawał się dla niego coraz mniej przyjaznym miejscem. Chwycił więc linę i nie myśląc wiele zsunął się sprawnie piętro niżej. Dłonie paliły go piekielnie, powinien był owinąć sznur wokół nogi i powoli się opuszczać. Nie było jednak czasu na użalanie się nad sobą. Jedną stopę oparł na kracie, drugą zaczął powoli przyciągać łódź, naciskając coraz mocniej na cumę. Gdy jego bilet do wolności był dostatecznie blisko, zsunął się prawie że nad samą wodę, odbił od ściany i chwilę później siedział całkowicie suchy w chyboczącej się łodzi.

Merlib za to, zdawał się schodzić przez wieczność. Najpierw usiadł na parapecie, owinął kilka razy linę wokół ręki, potem wokół nogi, dwa razy przetestował, czy przypadkiem nie zawiedzie węzeł na ramie okna, następnie centymetr po centymetrze zaczął przybliżać się do łodzi.

Paweł dowiedział się w końcu jak to jest, gdy czuje się czas uciekający przez palce. Miał wrażenie, że powietrze zgęstniało, a od nerwowego oczekiwania mocno się spocił. Gdyby miał wybrać podkład muzyczny do tej sceny, byłby to odgłos stopera, odmierzającego sekundy pozostałe do udzielenia odpowiedzi w teleturniejach. Tutaj jednak koniec odliczania nie oznaczałby utraty punktów, lecz pojawienie się w oknie złowrogiej sylwetki, mierzącej do niego z kuszy. Na szczęście z wnętrza zamku nadal nie dobiegały odgłosy zbliżającego się pościgu, więc nie starał się poganiać Merliba. W końcu mag dotarł na tyle blisko, że można było go bezpiecznie ściągnąć na pokład.

Podczas czekania Paweł sto razy obmyślił jak w najszybszy sposób rozwiązać węzeł cumy, co uczynił natychmiast, gdy obaj siedzieli bezpiecznie w czółnie. Trącając ciężko łapiącego powietrze Merliba łokciami, chwycił za wiosła. Od brzegu dzieliło ich jakieś piętnaście metrów. Problem w tym, że ów brzeg okazał się być wysokim murem, na który nie mieli szans się wspiąć. Chłopak z początku wiosłował jak szalony, szybko jednak uspokoił się, gdy zdał sobie sprawę z czynionego przez siebie hałasu. Mag wskazał na czarne, pancerne drzwi w ścianie.

Wrota kanału, z daleka wyglądające na nie do zdobycia, okazały się być atrapą z desek, na dodatek z doszczętnie przerdzewiałą kłódką. Były jednak na tyle ciężkie i słabo naoliwione, że musieli podpływać kilka razy, aby je otworzyć, bo z każdym pchnięciem odpływali kawałek do tyłu. Gdy uporali się w końcu z zasadami dynamiki Newtona i dla niepoznaki zamknęli za sobą drzwi, ogarnęła ich idealna ciemność. Mag kolejny raz pokazał, że przemyślał sprawę, wyciągając ze swojego ekwipunku pochodnię. Po przyzwyczajeniu się do oślepiającego z początku blasku, okazało się że płyną, unoszeni delikatnym prądem. Znajdowali się w kanale podziemnej rzeki. Wykładane zgrzybiałą cegłą równe ściany szybko ustąpiły miejsca naturalnym, skalnym formacjom. Czasem tunel robił się na tyle wąski, że łódź ledwo się w nim mieściła, ale na szczęście nie musieli wiosłować. Uważali jedynie, by nie uszkodzić zbytnio burt podczas zderzeń z litą skałą. Gdzieniegdzie dało się dostrzec szczurze oczy, odbijające światło pochodni, łypiące na nich nieufnie z zakamarków jaskini.

Paweł udawał na tyle zajętego, aby magowi nie przyszło do głowy zapytać go, jak doszło do zmartwychwstania smoków. Starał się też nie myśleć o tym, dokąd właściwie uciekali i jaki interes miał w tym jego wybawca. Szukał przygód, sławy, czy chciał się go pozbyć? Cokolwiek by to nie było, jak na razie zawdzięczał mu życie. Oboje milczeli, czarodziej nadal sprawiał wrażenie zamyślonego.

Na zewnątrz było ciemno, a niebo skryło się za koronami drzew, więc prawie przegapili moment wypłynięcia z tunelu. Koryto znacznie się rozszerzyło, wartki dotąd prąd wyraźnie osłabł. Okazało się, że nie był im już potrzebny – wystarczyło kilkanaście mocnych ruchów wiosłami, aby łódź zaorała kilem piasek plaży, wskazanej przez podstarzałego Indiana Johnesa.

Paweł oddałby konia z rzędem, aby nie słyszeć odgłosów dobiegających z okolicznych krzaków. Ściślej mówiąc właśnie tego konia, który tak radośnie rżał. Nigdy nie miał zaufania do tych zwierząt, bał się ich. Nie wyobrażał sobie jak można jeździć na czymś, co nie ma hamulców ani kierownicy, a pomiędzy wolą podróżującego, a kierunkiem i prędkością jazdy stoi jeszcze jeden mózg. Z braku koni mechanicznych tym razem przeczuwał, że będzie musiał się przełamać, bo o pieszych wycieczkach raczej nie było mowy w tak naglących okolicznościach. Spojrzał pytającym wzrokiem na swojego towarzysza, w odpowiedzi otrzymał potwierdzające kiwnięcie głową. Gaduła z tego magika.

– Nie umiem jeździć konno. Nie możemy płynąć dalej w dół rzeki? – spytał z nadzieją.

– Niestety to niemożliwe, kawałek dalej zatrzymałyby nas katarakty. Poskromiłeś smoki, to może z końmi też się uda. Chodź.

Za osłoną krzaków czekał na nich chłopiec, na oko piętnastoletni. Za wodze trzymał dwie klacze, osiodłane i gotowe do jazdy. Merlib wcisnął mu do ręki monetę, błysnęło złoto. Chłopakowi zaświeciły się oczy, wpatrywał się w swego dobroczyńcę spojrzeniem godnym ważnego, afrykańskiego bóstwa. Ocknął się po chwili, czym prędzej oddał wodze i odbiegł, jak gdyby mag miał się rozmyślić i odebrać mu pieniądz. Ten spokojnie zajął się przypinaniem swojej torby do boku karej klaczy, Pawłowi zostawił siwą.

Po przyspieszonym kursie na konne prawo jazdy mag pomógł chłopakowi wgramolić się na siodło. Klacz o dziwo stała spokojnie, nie skakała jak na westernach, nie wyrwała do przodu ani nie próbowała go zrzucić. Po prostu nadal skubała kępę wyschniętej trawy, jedyną którą miała teraz w zasięgu, bez konieczności przestawiania nóg. Może nie będzie tak źle, leniwa lepsza od narowistej – pomyślał. Siodło było w miarę wygodne, a włożenie stóp w strzemiona zapewniło minimum zabezpieczenia przed spadnięciem.

Merlib ruszył. Klacz Pawła sama wyczuła o co chodzi i podążyła za nim. Uczucie jazdy było co najmniej dziwne. Przy każdym kroku kiwało go we wszystkie strony, a przy nieco większej prędkości miał wrażenie, że kręgosłup zaczął wbijać mu się w spód czaszki, z każdym uderzeniem kopyt coraz głębiej. Poza tym jego lutnia wydawała dźwięki, które mogły być zinterpretowane jedynie, jako jawna oznaka niezadowolenia. Po kilku minutach wjechali na znajomy Pawłowi gościniec. Znajdowali się w tej chwili około kilometra od bram miasta. Mag zatrzymał się i odwrócił do towarzysza.

– Prowadź – polecił Pawłowi.

– Niby dokąd?

– Jak to dokąd, do portalu. Nie udawaj, że nie wiesz o czym mówię. Coś mi się należy za tę akcję ratunkową.

– Racja, coś tak. Ale to ja pierwszy wybieram przedmiot – mag nie odpowiedział, lecz prawie niezauważalnie skinął głową.

A więc to o to mu chodzi. Mogłem się domyślić sporo wcześniej. Jestem dla niego jedyną możliwością wyjścia z tego świata, dlatego dba o to, aby moja wiedza nie przepadła wraz ze mną – rozumował Paweł. Chciał zadać mu kilka cisnących się na usta pytań, lecz w tym momencie usłyszał przeciągły ryk, dobiegający zza pobliskiego pagórka. Ten odgłos mógł oznaczać tylko jedną, a raczej dwie rzeczy. Bardzo duże i bardzo ziejące ogniem. Na szczęście ich cel znajdował się w przeciwnym kierunku, a spłoszonym klaczom nie trzeba było tłumaczyć, że pora się zbierać. Nie mieli więc okazji ujrzeć sylwetek dwóch smoków, kierujących się prosto w ich stronę. Tym razem Alfred z żoną nie wyglądali na skorych do pogawędek.

Konie prawie że z miejsca rozpoczęły galop. Gnali jak szaleni po nierównym, ciemnym gościńcu, a pęd wiatru wyciskał łzy z oczu, rozmywając widok i tak co chwilę przesłaniany przez podskakujący łeb spłoszonych zwierząt. Siodła stały się równie wygodne co młot pneumatyczny, więc jeźdźcy unieśli się w strzemionach. Paweł był mimo wszystko zdolny rozpoznać okolicę – jeśli utrzymają takie karkołomne tempo, powinni być przy portalu za kilka minut. Kopyta wzniecały za nim tuman kurzu, z trudnością dostrzegał Merliba, eskortowanego przez zbliżające się bestie. Po tym jak klacz przeskoczyła przez sporą dziurę w drodze, jego ukochany instrument wydał ostatnie tchnienie. Czuł jak pudło rezonansowe, uderzając go w biodro, rozpada się na kawałki. Struny brzęknęły po raz ostatni, odmawiając udziału w dalszej części utworu.

Smoki były jakieś… nieswoje. Niby machały potężnymi skrzydłami, ale jakby od niechcenia, niemalże sztucznie. Ich ognisty oddech oplatał przydrożne drzewa, lecz miał na nie mniejszy wpływ niż podmuchy wiatru. Ryki wydobywały się z zamkniętych paszcz, a na dodatek wszystkie były do siebie łudząco podobne, jeśli nie identyczne. Coś było nie tak, jednak od odwracania głowy zrobiło mu się niedobrze, poza tym zbytnio bał się spuszczać z oczu gościniec. W ostatnim momencie uchylił się przed konarem drzewa nachylonego nad drogą. Spojrzał szybko w tył, próbując ostrzec Merliba, lecz było już za późno. Podróżniczy kapelusz wystrzelił w górę, koń pojechał naprzód, znikając szybko na ciemnym trakcie, a mag wywinął salto w tył, z osią obrotu umiejscowioną początkowo dokładnie na styku jego czoła i gałęzi. Krótki lot zakończył twarzą w przydrożnej kałuży.

– Prrrrr! – krzyczał Paweł do swojego środka transportu, lecz z marnym skutkiem. – Stop! Halt! Stój kurwa!

O dziwo ostatnia komenda zadziałała, być może dlatego, że została połączona z silnym ściągnięciem wodzy. Klacz pierwsza zauważyła brak smoków, co wyraźnie ją uspokoiło i dała się zawrócić. Do Pawła cała sytuacja dotarła z opóźnieniem – nie ma Merliba, nie ma smoków.

– O ty chamie! Taką szopkę odstawiasz, a nie mogłeś się grzecznie zapytać o ten pieprzony portal? Iluzjonista się znalazł, patrzcie jaki ze niego czarodziej, taki potężny! Robi ludzi w ciula, bo się boi z nimi pogadać!

Mag go nie słyszał, a przynajmniej nie reagował. Sądząc po braku jakiegokolwiek ruchu i energii, z jaką uderzył w konar, mógł już nigdy nikogo nie usłyszeć. Paweł zeskoczył na ziemię, ledwo stojąc na trzęsących się ze zmęczenia i emocji nogach. Na szczęście sakwę z cudownie złotymi krążkami Merlib nosił przy sobie, a nie w torbie przytroczonej do siodła klaczy, która dawno zniknęła za zakrętem gościńca. Mimo że nie było ich wiele, monety ważyły całkiem sporo, więc najprawdopodobniej było to czyste złoto. Nie dziwne, że staruszek tak długo opuszczał się po linie do łodzi.

W dalszej inspekcji niespodziewanego upadku przeszkodziło mu dziwne zjawisko – woda w kałuży, w której mag zakończył swój żywot, zaczęła lekko falować. Chwilę później dało się stopami wyczuć wyraźne drżenie gruntu. Zanim Paweł domyślił się o co chodzi, usłyszał tętent wielu kopyt, pchających ku niemu jeźdźców, odzianych w kupę żelastwa. Na szczęście, tak jak poprzednio, pościg nadciągał od przeciwnej strony niż ta, w którą się kierował. Jako że iloraz inteligencji tłumu był odwrotnie proporcjonalny do jego liczebności, nie zamierzał z nikim dyskutować. Jak oni się tu znaleźli? Musieli podążać za iluzją smoków, albo był to kolejny punkt w planie Merliba.

Udało mu się wgramolić na siodło zanim zza zakrętu wyłoniły się pierwsze łby, poganianych bezlitośnie koni. Jego klacz znów wyczuła o co chodzi i zebrała się do ucieczki, tak jakby udzieliło jej się przerażenie jeźdźca. Do portalu pozostało kilka ciasnych zakrętów. Paweł nie chciał się oglądać za siebie, lecz słyszał okrzyki prowadzących pościg, którzy zdołali go już wypatrzeć. Skulił się jak tylko mógł, plecy mu zesztywniały, w każdej chwili spodziewając się śmiercionośnej strzały.

Na zakrętach jego prześladowcy wpadali na siebie nawzajem, obijali się zbrojami, wydając przy tym złowróżbne chrzęsty. W podnieceniu krzyczeli, zachęcając konie do jeszcze większego wysiłku. Byli coraz bliżej, czuł to na skórze niczym słońce palące kark. Jego klacz jednak nie dawała za wygraną, mimo że jej oddech stawał się coraz cięższy. Galopowała tak zawzięcie, jakby również jej życie zależało od wyniku pościgu.

Portal znajdował się na długiej prostej, w którą właśnie wbiły się podkowy siwki. Po chwili znalazł się przy znajomej posesji. Wszystko wyglądało tak jak wcześniej, budynek nadal stał i miał się dobrze, więc nie powinno być problemów z przejściem, a raczej ucieczką, do innego świata. Najtrudniejsze było nakłonienie klaczy do skrętu w odpowiednim momencie, co udało się wykonać przy jedynie połowicznym staranowaniu przydrożnych krzaków.

Pościg musiał natomiast mocno zwolnić, aby zmieścić się na ciasnym podjeździe. Gdy pierwsze konie zaczęły zwalniać, kolejne przetwarzały informację z pewnym opóźnieniem, w wyniku czego jeźdźcy w dużej mierze wpadli na siebie nawzajem, reszta robiła skomplikowane uniki, kończące się zazwyczaj w rowie.

Zapewniło to Pawłowi chwilę, konieczną na porzucenie klaczy i zamknięcie za sobą drzwi portalu. Nie zdążył nawet podziękować siwce za ocalenie życia, za to zostawił jej na pamiątkę szczątki swojej lutni. To co najważniejsze miał jednak przy sobie – pieniądze, klejnoty i grot strzały, który kiedyś go tu sprowadził. Teraz wylądował z powrotem w kolekcji. Na namyślenie się nad wyborem następnego przedmiotu z opisem świata nie było jednak czasu. Zabrał pierwszy lepszy i pobiegł w stronę wyjścia.

W samą porę, aby zobaczyć jak drzwi się uchylają i przez powstałą szparę wsuwa się uzbrojone ramię. Już raz je za sobą zamknął, więc musi teraz po prostu wyjść i je zatrzasnąć od zewnątrz. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Kopnął z całej siły, ręka się cofnęła. Paweł chciał domknąć drzwi, aby odciąć się od poprzedniego świata i ze spokojem, nie nękany przez nikogo, wyjść w kolejnym. Przeszkodziła mu w tym stopa w ciężkim, jeździeckim bucie, w ostatnim momencie postawiona przy framudze. W akcie desperacji otworzył drzwi i wypadł na zewnątrz, cały czas chwytając się klamki jak tonący brzytwy. Znalazł się na granicy dwóch światów. Nowy zlewał się ze starym, tworząc wirujące, przenikające się nawzajem obrazy. Zbrojnego, stojącego mu na drodze do wolności widział jednak wystarczająco dokładnie, żeby przyłożyć mu z całej siły pięścią w twarz. Równie dobrze mógłby tłuc w ścianę, zahartowany w ulicznych bojach strażnik ledwo drgnął. Jednak aby mu oddać, prześladowca Pawła musiał ruszyć stopę, uniemożliwiającą zamknięcie drzwi. Pawłowi udało się więc dopiąć swego, co niestety nie uchroniło go przed ciosem metalowej rękawicy w skroń, wymierzonym zanim na dobre znalazł się w odrębnym uniwersum.

* * *

Leżał na czymś twardym. Nie pasowało mu to jednak do wrażenia, że znajdował się w sadzie. Powinien leżeć na trawie. Zaraz nad sobą widział bowiem kilka jabłek. Nie, zaraz… Wszystkie owoce były podobne, lecz różnej wielkości, nadgryzione i namalowane na czymś prostokątnym, niektóre nawet świeciły się dziwnym blaskiem.

– Ale się nawalił! Kręcicie to? – ekscytował się gimnazjalista stojący z boku. Był pryszczaty i chorobliwie chudy, chyba nie miał zbytniego miru wśród kolegów, bo nie dali mu popatrzeć.

– No pewnie, nie peniaj. Będzie na jutuba. Wyślę wam linka później – uspokajał go właściciel jabłka, znajdującego się kilka centymetrów od nosa Pawła. Chyba był przywódcą grupy, z racji tego, że jego urządzenie było największe i miało najbardziej świecący emblemat. To pozwoliło mu zająć najlepsze miejsce do kręcenia.

– Dobrze, bo by nam w szkole nie uwierzyli! – odparł chudzielec.

– Najebany to do spania! – krzyczał do kamery lider grupy. Reszta jak na komendę wybuchła gromkim śmiechem, przerywanym oznakami mutacji.

Po stężeniu jabłek na telefonach dzieciaków Paweł stwierdził, że musi znajdować się w dużym mieście. Niewątpliwie był w Polsce. Czyżby trafił z powrotem do siebie? To się okaże, jednak jak na razie nie mógł nawet podnieść ręki. Głowa bolała go niemiłosiernie po uderzeniu wojaka, konkurując chyba tylko z tyłkiem, solidnie obitym podczas szaleńczej jazdy.

– Rozejść się gnojki! Trzeba mu pomóc, a nie się śmiać. Co to ma być? – Paweł skądś znał ten głos.

Dzieciarnia spąsowiała i rozstąpiła się przed urokiem zbliżającej się dziewczyny. Niewysoka, o ciemnych włosach i hipnotyzującym spojrzeniu zielonych oczu – Aida. Jeszcze jej tu brakowało. To od niej zaczęła się cała ta przygoda z podróżowaniem pomiędzy światami. Paweł wolałby nigdy jej nie spotykać, najlepiej byłoby cofnąć się w czasie, siedzieć spokojnie w domu i uczyć się do egzaminu. Ubrana w sportowy strój, podkreślający wszystko co miała najlepsze, zbliżała się do niego krokiem mówiącym „żałuj, że nie możesz oglądać mnie teraz z tyłu”.

– Popatrz, popatrz, kogo my tu mamy? – ton jej głosu nie wróżył nic dobrego.

Paweł odzyskawszy częściowo trzeźwość umysłu obejrzał się za siebie. Spodziewał się znaleźć tam drzwi do portalu. Kompletnie pusto. W zwartym szeregu kamienic świeciła wyrwa, nic ciekawego poza krzakami z gatunku tych, o które wojny toczyli okoliczni menele.

– No widzisz, a mogłabym przysiąc, że jeszcze niedawno był tu całkiem obiecujący obiekt – uśmiechnęła się widząc przerażony wzrok chłopaka. Wiedział, że dał ciała, a ona mu tego nie wybaczy.

Gdy była tuż przy nim, zrobiło się już za późno na ucieczkę. Oderwał plecy od ziemi, pomagając sobie rękami. Zawirowało mu w głowie. Aida szybkim, niewidocznym dla nieuważnych obserwatorów ciosem kantu dłoni w szyję pozbawiła go resztek przytomności. Gdy zwiotczał jej w ramionach, skinęła na najbliższego gimnazjalistę.

– Ty!. Pomożesz zanieść mojego chłopaka do mnie. Niedaleko, do tej kamienicy – wskazała brodą budynek, stojący tuż przy zapuszczonej działce.

* * *

Znów nie wiedział, gdzie się znajduje, ale tym razem przynajmniej było miękko. Głowa już mniej go bolała. Sądząc po żyrandolu, znajdował się w zwykłym pokoju, a więc nie w lochu, czego się obawiał. Jedynym źródłem światła była żółta poświata latarni, wpadająca przez okno, przesłonięte typową polską firanką w kwieciste wzory. Gdyby nie to, że był związany tak skrupulatnie, że mógł poruszyć jedynie głową, czułby się, jakby nocował u babci. Pewną swobodą cieszyły się również jego dłonie i stopy. Kilkukrotnie opasany liną przez wszystkie kończyny, biodra, brzuch i klatkę piersiową mógł jedynie pomarzyć o ucieczce. Leżał na plecach, tyłem do okna, z szeroko rozłożonymi nogami i rękami, zupełnie jakby ktoś zatrzymał go przy robieniu „orła” w głębokim śniegu. Pod głową miał poduszkę, co umożliwiało dość wygodną obserwację skromnie urządzonego pokoju i pustego korytarza. Dokładnie przed nim w ścianę wbudowano solidne lustro. Na całym ciele czuł powiew chłodnego powietrza, miał na sobie tylko bokserki. W próbie oswobodzenia się napiął wszystkie mięśnie. Drewniane łóżko zaskrzypiało, materac się zapadł, lecz więzy nadal trzymały go mocno. Próbował wysunąć dłonie ze sprytnie zawiązanej liny, szarpał się i rzucał. Liny ocierały skórę, ale nie dawały za wygraną.

Pokój zalała fala światła, oślepiającego przywykłe do ciemności oczy. W drzwiach stała Aida. Nie wiadomo, czy z przekory, czy w jakimś konkretnym celu, ubrała się w taki zestaw, aby jej więzień żałował, że swobodny jest tylko jeden członek jego ciała. Rozcięta, półprzezroczysta bluzka związana na brzuchu nie była w stanie zasłonić jej pełnych piersi, przebijających się sutkami przez zwiewny materiał. Z wysoko zabudowanych majtek zwisały paseczki z żabkami do pończoch. Nie były potrzebne, bo koronkowe okrycie jej nóg było samonośne. Całości dopełniały starannie upięte włosy i wyzywający makijaż, ze szminką tak czerwoną, że mogłaby zawstydzić niejedno Ferrari.

Popatrzyła na niego z szyderczym uśmiechem, rozkoszując się władzą i wrażeniem, jakie na nim wywarła. Zapowiadała się ciekawa noc. Podeszła do łóżka w wysokich szpilkach, podkreślających jej wysportowane nogi. Gdyby nie to, że w tym momencie wstać mogła tylko część Pawła, już dawno rzuciłby się na nią i wziął łapczywie na podłodze, kredensie, czy czymkolwiek, co byłoby najbliżej. Aida to widziała i czerpała z tego dziką satysfakcję.

– Myślisz, że będziesz sobie tak skakał po światach i rozwalał portale bez żadnej konsekwencji? Jak myślisz, dlaczego tu mieszkam? Żeby eliminować takich jak ty. Od razu wiedziałam, że będą z tobą problemy, a mimo to zaryzykowałam. Głupia byłam, no ale kobieta też czasem ma swoje zachcianki.

Gdyby Paweł nie skupiał całej uwagi na dorodnych piersiach pochylonej nad nim dziewczyny, w jej wypowiedzi na pewno zaniepokoiłoby go słowo „eliminować”. Teraz jednak myślał tylko o jednym, a w pamięci wciąż żywe pozostawały wspomnienia z ich pierwszego spotkania. Tym razem role się odwróciły, ale jak na razie mu się to podobało. Umierał z ciekawości, żeby dowiedzieć się, co zapisane jest w scenariuszu dzisiejszej nocy. Dlatego nic nie odpowiedział i czekał na rozwój sytuacji.

– Muszę tu trochę posprzątać, nie uciekaj nigdzie.

Podeszła do niskiej szafki w rogu pokoju. Przy każdym kroku luźne paseczki do pończoch klepały ją w jędrne pośladki, połowicznie odkryte przez wycięte majtki. Podniosła pierzastą zmiotkę do kurzu, o której Paweł był przekonany, że istnieje jedynie w filmach. Niby nigdy nic zaczęła ścierać kurze. Zalotnie krzyżowała przy tym nogi i jak tylko mogła, kręciła swym okrągłym tyłkiem. Gdy doszła do biurka, pochyliła się nad nim, wypinając się zalotnie w stronę Pawła. W okolicach najbardziej interesujących facetów dało się dojrzeć wystający spod materiału plastikowy krążek. Paweł zrozumiał, co Aida ma w sobie. Zrobiło mu się jeszcze bardziej gorąco, gdy przypomniał sobie, jakie doznania zapewniła mu w ten sposób Adonna. Wypełnienie anusa sprawiało, że pochwa robiła się przyjemnie ciasna. Tego było już za wiele, ale jedyne co mógł zrobić, to coraz bardziej moczyć bokserki wydobywającym się z penisa śluzem.

– O, a tak przy okazji – gospodyni podniosła z biurka dwie sakiewki swojego gościa. – Pozwoliłam sobie przechować twoje kosztowności. W jednej co prawda jest tania chińszczyzna, ale te czerwone polskie złote z szesnastego wieku mogą być całkiem sporo warte.

Pieniądze nie zaprzątały jednak teraz głowy Pawła. Aida stanęła na czworaka tak, aby mógł dobrze ją widzieć i zaczęła zmiatać niewidzialny kurz z podłogi. Jedna z jej piersi wyskoczyła przy tym z kusej koszulki. W końcu przestała udawać sprzątaczkę i zaczęła ugniatać ją wolną ręką. Uklęknęła tyłem do Pawła, porzuciła zmiotkę i druga dłoń powędrowała w kierunku łechtaczki. Kiwała się w rytm swoich pieszczot, pośladki zaciskały się przy kolejnych falach powoli napływającej rozkoszy.

– Och przepraszam, zapomniałam się. Nie jestem przecież tutaj sama – udając zawstydzenie skierowała się w stronę swojej ofiary, zrzucając po drodze buty.

Kołysząc biodrami wskoczyła na łóżko i usiadła w wolnej przestrzeni pomiędzy udami Pawła, centymetry od jego penisa, który tak bardzo chciał się wydostać ze swojego ukrycia, że prawie rozrywał napięty materiał bokserek. Mógł poczuć ciepło bijące od jej łona, a nawet jego woń, lecz nie był w stanie nic zrobić. Próbował ruszyć biodrami w jej stronę i dosięgnąć skarbu, ale liny trzymały go zbyt mocno. Aida widząc to stanęła nad nim okrakiem i zaczęła robić bardzo powolny przysiad, dokładnie nad jego kroczem. Gdy znalazła się dosłownie milimetry od niego, odgarnęła jedną ręką majtki na bok, a drugą rozchyliła wargi sromowe. Kropla śluzu trafiła w, zaznaczoną na bokserkach mokrą plamą, główkę penisa, rozsiewając ostro podniecający zapach. Następnie, już klęcząc, zaczęła się przesuwać w stronę zdumionej twarzy chłopaka, zostawiając cieniutki ślad swoich lepkich soków na jego brzuchu i torsie. Zatrzymała się dłużej nad jego ustami, cały czas pozostając w takiej odległości, aby nie mógł jej w żaden sposób dosięgnąć. Rozpięła włosy i rozrzuciła je, energicznie kręcąc głową. Jak w zwolnionym tempie spomiędzy jej płatków zaczęła wypływać kolejna strużka śluzu. W momencie, gdy miała dosięgnąć chciwie wystawionego języka, jednym ruchem zebrała ją na palec i z rozkoszą oblizała. Jej mina sugerowała, że bawi się wyśmienicie. Zwinie zeskoczyła z łóżka, pozostawiając swojego rozochoconego więźnia samemu sobie.

– Hej, wracaj tu! Co jest? – krzyknął zdesperowany Paweł.

– Haha, chciałbyś! – stanęła tyłem do niego, pomiędzy łóżkiem a lustrem i zaczęła zsuwać powoli majtki, pochylając się coraz niżej.

Wypięty nieprzyzwoicie tyłek tak ładnie zapraszał, a Paweł nie mógł nic począć. Bezsilnie patrzył, jak dłonie Aidy przesuwają się z powrotem w górę, najpierw po pończochach, później po nagiej skórze uda, docierając do rozgrzanego łona. Wsunęła palec do środka, zaczęła nim poruszać, resztą dłoni pieszcząc całą cipkę. Jej drugi otwór nadal pozostawał zakorkowany, lecz nie przeszkodziło jej to we wprowadzeniu w siebie kolejnego palca. Zaczęła pomrukiwać z rozkoszy, cały czas wbijając na w pół obecny wzrok w biednego chłopaka.

– Ach, szkoda że nie ma tu nikogo, kto by mnie porządnie zerżnął. Mam straszną ochotę na fiuta, im większy tym lepszy – popatrzyła pytająco na Pawła, lecz ten nie odpowiedział, tylko ze złości przełknął ślinę. Zrozumiał, że jest to jego kara. Rozpalony do czerwoności, nabrzmiały po brzegi kutas pompował w bokserki kolejne porcje śluzu, a on dosłownie miał związane ręce. Jeszcze do tego wszystkiego Aida była tak seksowna, że dałby sobie uciąć obie nogi, żeby tylko móc się w nią wbić. To było zbyt okrutne. Mógłby oddać jej wszystkie pieniądze, niech tylko wyswobodzi mu jedną rękę, to sobie ulży. Nie był jednak w sytuacji do pertraktacji. Cały jego majątek leżał na wyciągnięcie pachnącej cipką ręki jego oprawczyni.

– Jak nie ma ochotników, to sama sobie poradzę – z szuflady wyjęła gumowego penisa z podstawką, z pomocą której przyssała go do lustra, na wysokości bioder. Pochyliła się i wzięła go w usta. Wracając do wspomnień z ich pierwszego spotkania, Paweł wyobrażał sobie, jak jej język tańczył na zabawce, która w tylko jej znanym rytmie znikała coraz głębiej w gardle. Wargi znaczyły szminką czerwone ślady. Raz po raz wypuszczała go z ust z głośnym mlaskiem i przesuwała po nim energicznie ręką. Następnie ssała go powoli, spoglądając na Pawła w lustrze, jakby sprawdzała czy patrzy. Ten nie mógł oderwać wzroku – gdy obracała głowę w bok, widział jak jej policzki wydymają się pod naporem penisa, podziwiał zawziętość ruchów, zmarnowanych na pieszczotę sztucznego kijka. Dobrze pamiętał przecież jak dobra w tym była. W końcu wyjęła go z buzi i stanęła tyłem do lustra. Lekko uginając kolana i pomagając sobie dłonią, wprowadziła mokrego od śliny fiuta w swoje wnętrze.

Mimo że penis sam w sobie nie był przesadnie gruby, czuła się przyjemnie wypełniona dzięki korkowi analnemu. Rozkosz rozpływała się po jej ciele, gdy przesuwała pośladki po zimnym lustrze w górę i w dół. Co chwilę jej plecy także prawie dotykały do jego chłodnej powierzchni. Niemal zapomniała o swoim gościu, któremu oczy, za sprawą widoków, jakie mu fundowała, wychodziły na wierzch. Jego kutas prężył się z całych sił pod materiałem bokserek, ale musiał pozostać w ukryciu. Było trudno się nie skusić, lecz na szczęście się jej udało – mając w sobie swoje dwie ulubione zabawki już nie miała ochoty go przelecieć.

W miarę narastania podniecenia nogi zaczęły odmawiać jej posłuszeństwa. Pochyliła się do przodu i złapała za ramę łóżka. Zaczęła bezlitośnie nabijać się na kutasa, z każdym ruchem uderzając pupą o taflę lustra. Tak było jej wygodniej, a więzień mógł podziwiać skaczące w rytm uderzeń cycki, które dawno wypadły z koszulki. Patrzyła na niego przy każdym wejściu penisa w ciasne wnętrze, nie kryjąc rozkoszy, wyraźnie malującej się na jej twarzy. Coraz głośniejsze jęki zachwytu o mało nie przyprawiły biedaka o zawał.

Przestawała nad sobą panować, jej ruchy stały się zbyt wolne. Odkleiła kutasa od lustra i położyła się na plecach naprzeciw Pawła, pomiędzy jego rozłożonymi nogami, cały czas uważając, by go nie dotknąć. Sama uniosła stopy wysoko do góry i obiema rękami wprowadziła w siebie zabawkę raz jeszcze. Teraz jej ofiara miała doskonały widok, jak penis z szaleńczą częstotliwością wchodzi w nią po samą podstawę.

Rozkosz wywołana ciasnotą jej wnętrza i prędkością rozpychającego się w niej kutasa powoli odbierała jej zmysły. Zapomniała o wszystkim, liczyła się tylko przyjemność. Gdyby dołączyła do tego pieszczotę łechtaczki, pewnie nie mogłaby się później podnieść z łóżka przez kilka minut. Nieważne było jak głośno krzyczy i jak bardzo jej twarz jest wykrzywiona w grymasie rozkoszy. Orgazm nadszedł szybciej niż się spodziewała, odcinając ją na jeden błogi moment całkowicie od świata zewnętrznego. Zwinęła się w kłębek, kutas wypadł z niej bezwładnie na pościel. Opadła z sił i ciężko dysząc powoli dochodziła do siebie. W końcu spojrzała na Pawła z miną zwycięzcy.

– Podobało się?

Ten patrzył na nią błagalnym wzrokiem, ale nie miał na co dziś liczyć. Wiedział, że jeśli cokolwiek powie, zostanie to użyte przeciwko niemu. Aida podniosła się z łóżka i stanęła niepewnie na chwiejnych nogach.

– Dobranoc. Dalsza część jutro – powiedziała, rzucając mu ciepłą jeszcze zabawkę na tors, uśmiechnęła się i wyszła, wkładając więcej wysiłku w kręcenie tyłkiem niż we właściwy chód.

Paweł leżał więc sam, z całkowicie mokrymi majtkami, cały spocony i niezaspokojony, ze sztucznym kutasem na piersi, który miał na tyle szczęścia, żeby zagłębić się w ciało jego seksownej pani i władczyni. Lepiej nie mógł trafić. Dobranoc? Nie wiem dla kogo. Kutas pachniał tak mocno, że nie dawał mu szans na odwrócenie myśli od tego, co właśnie zaszło.

Nagle poczuł, że coś kłuje go w dłoń. Wykręcił palce do granic możliwości i udało mu się chwycić przedmiot. Wsuwka do włosów! Gdyby udało mu się ją złamać, otrzyma ostrą krawędź. O, właśnie tak… I teraz nitka po nitce da radę przeciąć linę, właściwie bardziej ją skubiąc niż tnąc, lecz efekt będzie ten sam.

Palce drętwiały mu z wysiłku, musiał więc robić przerwy. Aida była w odrębnym pokoju i chyba rzeczywiście spała, bo nie słyszał żadnego dźwięku. Trudno było ocenić, ile jeszcze liny zostało mu do przecięcia, bo z winy poduszek nie był w stanie dostatecznie obrócić głowy. W miarę postępu zyskiwał coraz większą swobodę, co przyspieszało pracę. Gdy zostało mu kilka włókien, jego kutas znów zaczął pęcznieć. On już wiedział, co go czeka. Palce bolały go jak diabli, ale jego motywacją była wolność.

Gdy w końcu udało mu się oswobodzić dłoń, szybko znalazł drogę do uwolnienia nadgarstka, a następnie całej ręki. Momentalnie chwycił za penisa, mokrego do tego stopnia, że aż wyślizgiwał mu się z ręki. Przysunął sobie bliżej nosa pachnące trofeum dzisiejszego wieczoru i odtwarzał w pamięci to, co zaszło. Jak najciszej, aby nie zbudzić Aidy, zaczął pieścić stęsknionego członka. Ciche odgłosy rytmicznych uderzeń odbijały się echem po pokoju, przyspieszony oddech stawał się coraz bardziej urywany i płytki. Jego ruchy stawały się coraz szybsze. Stopniowo przestawał się martwić o swoją wolność, teraz chciał tylko jednego. W wyobraźni czarnowłosa piękność ujeżdżała jego kutasa, zamiast jakiejś gumowej podróbki przytwierdzonej do lustra. W akompaniamencie jej krzyków zapisanych w pamięci, wstrząsnął nim orgazm tak silny, że byłby podskoczył, gdyby nie trzymające go liny. Strumień spermy spływający z jego, szczęśliwych w końcu, jąder, zdawał się nie mieć końca. Na szczęście resztki racjonalnej części umysłu kazały mu wystrzelić na bok, na łóżko, a nie w górę, prosto na siebie.

Odsapnął chwilę i wziął się za pozostałe więzy. Był omotany po mistrzowsku. Lina zdawała się nie mieć końca, na dodatek była poprzeplatana tak zmyślnie, że rozwiązanie jednego węzła powodowało zwykle zaciśnięcie następnego. Po chwili jednak władał już obiema rękami, co znacznie ułatwiło mu zadanie. W końcu uporał się z nogami i wypróbował, czy jeszcze działają, podchodząc do szafki z sakiewkami.

Klejnoty z sukni królewny rzeczywiście zamieniły się w tanie, plastikowe, chińskie ozdóbki. Czerwone złote za to prezentowały się znacznie lepiej. Kiedyś dobry cieśla mógł zarobić w miesiąc około dziesięć takich monet. Dziś, mimo że w ręku miał ich zaledwie kilkanaście, musiały być warte fortunę. Tylko jak on je spienięży w tym chorym kraju?

Tym będzie się martwił później. Znalazł swoje ubrania, te same w których wyruszył na tę obłędną wycieczkę. Telefon oczywiście się rozładował, ale portfel był na miejscu z całą zawartością. Jakimś niesamowitym trafem znalazł się więc w swoim świecie. I dobrze, bo robił się strasznie głodny. Ubrał się w pośpiechu. Wciąganie spodni na mokre majtki nie było najprzyjemniejsze, lecz pozostawiało miłe wspomnienia i dziwne uczucie satysfakcji.

Będąc w korytarzu zajrzał do sąsiedniego pokoju. Aida spała słodko, odziana nadal jedynie w przezroczystą koszulkę. Oddychała głęboko, wyraźnie zmęczona swoim pokazem. Przez chwilę rozważał wsunięcie się w nią, gdy najmniej się tego spodziewała, jednak zrezygnował z tego ambitnego planu. Dziewczyna na pewno szybko by się przebudziła przy każdej próbie dotyku, a miał już serdecznie dosyć szarpaniny na dziś.

Wyszedł na zewnątrz i odetchnął. Powiew chłodnego, miejskiego powietrza ocucił go i przywołał do rzeczywistości. Rozejrzał się, rozpoznał okolicę. Dzienne autobusy na szczęście jeszcze kursowały. Wracał do domu uboższy o instrument i część zdrowia, lecz bogatszy w doświadczenie i kilkanaście zabytkowych złotych krążków. Bilans wyszedł chyba na plus. Postanowił nigdy nie wracać myślami do podróży pomiędzy światami, jako do realnego zjawiska, a zaksięgować całość z etykietą „fantastyka i dziwne sny”. No i musi postarać się, aby nigdy więcej nie spotkać Aidy.

.
KONIEC
.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

To ja pierwszy dam komentarz. Wszystko mi się podoba, a najbardziej korekta :D.
A tak poważnie to kiedy dostałem ten tekst to nie znałem treści pozostałych, jednak po tym co przeczytałem chętnie w wolnej chwili sięgnę do wcześniejszych części Siły muzyki.
UWAGA SPOILER
Podoba mi się scena erotyczna z Aidą. Szczególnie to, że nie dochodzi do stosunku, a to co się dzieje jest perfidną karą dla głównego bohatera. W opowiadaniu dużo się dzieje, a widać, że Paco chciał tą piątą częścią zakończyć opowieść (zresztą rozbijanie tego na dwa opowiadania byłoby raczej działaniem "na siłę"). Udało mu się to, choć przez to niektóre wydarzenia, zostały opisane moim zdaniem zbyt ogólnie. Można by się pokusić o dokładniejsze przedstawienie niektórych zdarzeń, dłuższe prowadzenie akcji (np. w scenie płynięcia łodzią lub ucieczki konnej i kraksy maga) jednak bardzo duży plus za to, że pomimo takiej dużej dawki ogólności, że pomimo, iż są to wydarzenia opisane pobieżnie czyta się to naturalnie i wiadomo o co chodzi. Można sobie to bez większych problemów wyobrazić i podążać cały czas w fantazji za autorem.
Dobra kończę, bo jakoś tak dzisiaj mało składnie piszę 😀
Pozdrawiam i ode mnie taka duża czwórka z plusem.

Wielkie dzięki Smoku za korektę! Uśmiałem się czytając Twoje komentarze do fragmentów tekstu ;] Jeśli teraz mam 4+, to bez korekty byłoby 3-.
Odnośnie treści opowiadania – bohater na karę sobie zasłużył, choć nie wszystkie przeciwności losu wynikły z jego winy. Nie zmienia to faktu, że Aida lubi wymierzać sprawiedliwość na swój sposób. Co do ogólności stwierdziłem, że nie będę czytelników zanudzać opisami formacji skalnych w jaskini czy wybojów na drodze. Przyznam, że miejscami akcja toczy się bardzo szybko, a każdy akapit wnosi sporo w przebieg wydarzeń. Zbytnie rozdrabnianie moim zdaniem doprowadziłoby do odciągnięcia uwagi widza od głównej akcji.

Zgadzam się z tobą, dlatego nie sugerowałem nawet żadnych zmian (pomijając fakt, że staram się nie ingerować w fabułę przy korekcie). Aż tak źle bym Cię nie oceniał przed tą korektą, choć perełki by się znalazły, ale kto z nas ich nie popełnia :D.
Czy sobie zasłużył na karę to nie wiem jeszcze, bo jak pisałem na wcześniejsze części przyjdzie jeszcze czas, jednak jako osoba, która z Siła muzyki spotkała się dopiero przy jej ostatniej części, mogę powiedzieć, że jest to opowiadanie, w którym jesteśmy w stanie złapać wątki w trakcie ich dziania się i zrozumieć opowiadanie. Nawet jeśli są jakieś niuanse, to ich nieznajomość nie zakłóca odbioru utworu. Czytelniczo to bardzo dobre, gdyż nigdy nie wiemy, w którym momencie czytelnik trafi na Twoje opowiadania. Ja trafiłem na piątą część i na pewno zajrzę do wcześniejszych.
Pozdrawiam
Smok

Zaskoczyło mnie-po pierwsze: zabawna metoda surowej kary za naruszanie porządku wszechświata. Po drugie: jaki facet, po oswobodzeniu się z więzów, nie wpadłby do śpiącej oprawczyni;]?

Ciśnienie mu już spadło, poczuł zew wolności i przyjemny ciężar złota w kieszeni… Nic tylko zostawić baby i cieszyć się życiem 😉

I dojmujący ból w pewnej części ciała o ile się nie mylę. BTW dla mnie cieszenie się życiem w dość dużym stopniu pokrywa się zakresem z cieszenia się kobietami;]

Podoba mi się, że Smok koryguje tekst o smokach:-)
Upraszam zatem o poprawę "Indiana Johnesa" na właściwą formę:P Jako, że od lat kocham Harrisona Forda!

A tekst fajny i sympatyczny, lubię humor Paco, delikatnie przemycany w metaforach i pomniejszych scenkach. No i ta Aida, panie… bezlitosna! Paco, ale to jeszcze nie koniec przygód Pawła?

Oj koprze (jeśli mogę się tak do Ciebie zwracać), gdy przeczytasz poprzednie części, to może zgodzisz się, że czasem można mieć dość ;] Szczególnie po przejściach, jakie zafundowała mu Aida. Oczywiście w naszych nudnych, akademickich życiach kontakty z kobietami zawsze będą wisienką na życiowym torcie ;d

Miss – jak na razie to koniec przygód Pawła jako takiego, ale na pewno podobny bohater jeszcze może się pojawić w moich tekstach. A że Smokowi się smoki trafiły… Cóż, szkoda że już tylko zjawy 😀

Ale fajny tekst! Może narracja trochę zbyt pospieszna, ale i tak bawiłem się doskonale podczas lektury. Szkoda tylko że Paweł nie zdecydował się raz jeszcze zakosztować wdzieków Aidy. Może i byłby to gwałt ale akurat w tym szczególnym przypadku trudno nie uznać, że "sama się o to prosiła".

Zakończenie w sumie otwarte, pozwala liczyć na kontynuację pod postacią następnego cyklu o Pawle – Autor jak widzę nie wyklucza do końca takiego wariantu. Co bardzo mnie cieszy.

Paco, pisz i publikuj jak najwięcej! Masz nadzwyczaj lekkie i dowcipne pióro! Nie pozwól mu zardzewieć!

Absent absynt

I tak oto Paco_de zakończył swój pierwszy cykl na Najlepszej Erotyce.

Opowieść o Pawle podróżującym między światami urwała się dość niespodziewanie, sądziłem, że Autor dłużej pociągnie temat, bo możliwości dawał praktycznie nieograniczone. Z drugiej strony, nadmierna rozbudowa odebrałaby tej humorystycznej fantasy jej lekkość i bezpretensjonalność. Może więc i dobrze,że Paco_de zdecydował się postawić kropkę nad i. Szkoda tylko, że na sam koniec główny bohater nie miał jeszcze szansy na kilka miłych chwil z Aidą. Jestem pewien, że przy odrobinie wysiłku z jego strony prędko wybaczyłaby mu niszczenie portali oraz robienie zamieszania w innych wymiarach. A tak – musiał poprzestać na obserwacji połączonej z katuszami niezaspokojenia.

Tym niemniej i tak swoje przeżył: "pokonał" smoki, zdobywał księżniczki, zarobił niewielką fortunę. Nie wiem, czy czy czegoś się przy tym nauczył, ale połotrzykował sobie, co nie miara 🙂 I tego nikt mu nie odbierze. No chyba, że Aida, gdy już się obudzi.

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz